Coś mojego - A.P. Mist - ebook + audiobook
BESTSELLER

Coś mojego ebook i audiobook

A.P. Mist

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

490 osób interesuje się tą książką

Opis

June ma dość życia w pośpiechu wielkiego miasta, dlatego postanawia zrobić coś tylko dla siebie. Wyrusza do Montany, gdzie w małym miasteczku znajduje się stary lokal jej zmarłej babci, i zamierza otworzyć kawiarnię. Marzy o ciszy, spokoju i nowym początku.

Już pierwszego dnia jej plany stają pod znakiem zapytania, kiedy na pustej drodze łapie gumę, a jedyną osobą, która może jej pomóc, jest Grant. Starszy o piętnaście lat, milczący, uparty i zdecydowanie niechętny obcym. Jego spojrzenie potrafi zamrozić, a sposób, w jaki mówi, doprowadza June do szału.

Ona też działa mu na nerwy. Jest zbyt pewna siebie, zbyt zdeterminowana i zdecydowanie zbyt urocza, by można ją było zignorować. Każde ich spotkanie to iskry, słowne potyczki i złośliwe uwagi, za którymi kryje się coraz więcej ciekawości. A im bardziej próbują trzymać się od siebie z daleka, tym mocniej los splata ich drogi.

W surowym, pięknym krajobrazie Montany, między zapachem świeżo mielonej kawy i zielonych traw, June i Grant będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie: czy są wrogami, którzy nigdy się nie dogadają… czy może wbrew wszystkiemu potrafią stworzyć coś razem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 15 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej MotylskiKlementyna Umer

Oceny
4,4 (577 ocen)
353
130
63
24
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
karocky
(edytowany)

Z braku laku…

Nie przepadam za tą autorką ale postanowiłam dać jej kolejną szansę. Książka na pierwszy rzut oka może wydawać się fajna ale wg mnie jest dość płaska. Czytając pozycje tej autorki mam wrażenie, że pisze je sztuczna inteligencja (ze względu na to, że tematy są traktowanie po macoszemu). To książka napisana chyba przez osobę, która nigdy nie była w Minnesocie - brakuje opisów terenów, czegokolwiek co pomogłoby czytelnikowi wyobrazić sobie miejsce akcji. Dodatkowo akcja dzieje się w małym miasteczku co uwielbiam a tutaj nie zostało to w ogóle wykorzystane - brak opisu jego uroku, barwnych mieszkańców. Dodatkowo wątki: wypadku w wojsku, relacji bohaterów z byłymi,śmierci babci i rodziców głównej bohaterki w ogóle lub prawie nie rozwinięte. Nie jestem też fanką wyznawania słów miłości do osoby, którą zna się aż w tak małym stopniu - jakby bohaterowie pokochali swoje wyobrażenia o sobie a nie siebie samych. Dodatkowy minus za długość - za krótka.
154
MariolaWlodarskaa

Dobrze spędzony czas

pomysł fajny ale .... coś brakuje 🤔 jakby pisała sztuczna inteligencja....nie możliwe zeby wydawac książkę co miesiąc ..
92
alatobala

Z braku laku…

Odsmażany kotlet
72
zuychochlik

Nie polecam

mam wrażenie , ze tekst został wypluty przez ai.
31
Gosiak1021

Nie polecam

Nie udało się dokończyć.. historia jak wiele innych ale czyta się jakby była napisana przez nastolatkę.
20



Spis Treści

1.Pro­log2.Roz­dział 13.Roz­dział 24.Roz­dział 3Co­py­ri­ght

Prolog

June

Cza­semczło­wiekdo­cho­dzido punk­tu, w któ­rym ka­żdy ko­lej­ny dzień wy­gląda do­kład­nie tak samo jak po­przed­ni. W moim przy­pad­ku to była co­dzien­no­ść: miesz­ka­nie z wi­do­kiem na ru­chli­wą uli­cę, ster­ty do­ku­men­tów na biur­ku i po­ran­ki za­czy­na­jące się od bie­gu przez prze­szko­dy w szpil­kach. Me­tro, te­le­fon, pra­ca, ma­ile, spo­tka­nia. Ci­ągła wal­ka o to, by być szyb­szą, lep­szą, bar­dziej wy­daj­ną. A kie­dy wie­czo­rem wra­ca­łam do domu, mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko, co na­praw­dę moje, zo­sta­ło ze mnie daw­no wy­ssa­ne.

– My­ślę, że wy­ja­dę stąd na sta­łe – po­wie­dzia­łam w ko­ńcu.

Bro­oke pod­nio­sła gło­wę znad te­le­fo­nu i spoj­rza­ła na mnie, jak­by usły­sza­ła coś ab­so­lut­nie ab­sur­dal­ne­go. Unio­sła brwi, a po­tem za­śmia­ła się krót­ko i z nie­do­wie­rza­niem.

– Słu­cham?

– Do Mon­ta­ny. – Prze­łk­nęłam śli­nę. – Do mia­stecz­ka, gdzie miesz­ka­ła bab­cia. Chcę otwo­rzyć ka­wiar­nię.

– Chy­ba po­stra­da­łaś zmy­sły. – Pa­trzy­ła na mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, jak­bym wła­śnie ogło­si­ła, że za­mie­rzam za­miesz­kać na Mar­sie. – Mon­ta­na? June, kto nor­mal­ny rzu­ca wszyst­ko i wy­je­żdża na ko­niec świa­ta, żeby otwo­rzyć ka­wiar­nię?

Sie­dzia­ły­śmy w na­szej ulu­bio­nej knajp­ce, przy tym sa­mym sto­li­ku, przy któ­rym od lat oma­wia­ły­śmy wszyst­kie mo­żli­we kry­zy­sy za­wo­do­we, mi­ło­sne, eg­zy­sten­cjal­ne. Za szy­bą gło­śno szu­mia­ło mia­sto. Klak­so­ny, znie­cier­pli­wio­ne gło­sy, stu­kot ob­ca­sów na chod­ni­ku. To tło, któ­re do­tąd było dla mnie na­tu­ral­ne, na­gle za­częło mnie przy­tła­czać.

– Ktoś, kto ma już dość – od­po­wie­dzia­łam ci­cho, wpa­tru­jąc się w chłod­ną kawę. – Dość wiecz­ne­go bie­gu i uda­wa­nia, że wszyst­ko jest tak, jak po­win­no. Chcę… – za­wa­ha­łam się, bo to brzmia­ło tak na­iw­nie – …spró­bo­wać żyć ina­czej. Mo­żli­we, że zwa­rio­wa­łam – przy­zna­łam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Ale pierw­szy raz od daw­na czu­ję, że na­praw­dę mu­szę coś zmie­nić.

– Zmie­nić? – Bro­oke od­sta­wi­ła swo­ją fi­li­żan­kę, stu­ka­jąc por­ce­la­ną o ta­le­rzyk. – June, lu­dzie zmie­nia­ją fry­zu­rę, ku­pu­ją nowe buty, ewen­tu­al­nie rzu­ca­ją nud­ną pra­cę. A ty? Ty za­mie­rzasz spa­ko­wać wa­liz­ki i prze­nie­ść się na ko­niec świa­ta, żeby… co? Pa­rzyć kawę?

– Nie tyl­ko pa­rzyć kawę. – W moim gło­sie za­brzmiał cień zło­ści. – Chcę stwo­rzyć coś swo­je­go. Miej­sce, w któ­rym lu­dzie będą się za­trzy­my­wać, a nie pędzić. Miej­sce, w któ­rym ja wresz­cie po­czu­ję, że od­dy­cham.

Bro­oke prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Słod­ka wi­zja, ale ty nie masz po­jęcia, co ro­bisz. Mon­ta­na to nie Nowy Jork. Tam nie ma two­ich zna­jo­mych, nie ma ga­le­rii, te­atrów, ca­łe­go tego ży­cia, któ­re ko­chasz. – Na­chy­li­ła się bli­żej. – Wy­trzy­masz tam ty­dzień, góra dwa, za­nim za­czniesz wa­rio­wać.

Jej sło­wa bo­la­ły, choć wie­dzia­łam, że pły­nęły z tro­ski. Wzi­ęłam głębo­ki od­dech, sta­ra­jąc się nie dać po­nie­ść emo­cjom.

– A może wła­śnie tego po­trze­bu­ję. Ci­szy. Pust­ki. Prze­strze­ni.

– Albo pró­bu­jesz uciec – od­pa­rła chłod­no. – Tak jak za­wsze, gdy robi się trud­no.

Za­ci­snęłam dło­nie na kub­ku. Jej sło­wa były jak cios, nie do ko­ńca nie­za­słu­żo­ny. Ile razy już obie­cy­wa­łam, że coś zmie­nię? Ile razy cho­wa­łam się za po­zo­ra­mi, za­miast sta­nąć twa­rzą w twarz z tym, co mnie bo­la­ło?

– Tym ra­zem to nie uciecz­ka – za­prze­czy­łam sta­now­czo. – Ro­bię coś dla sie­bie.

Bro­oke mil­cza­ła chwi­lę, wa­żąc moje sło­wa. Po­tem opa­rła pod­bró­dek na dło­ni i przy­gląda­ła mi się ba­daw­czo.

– Bądź szcze­ra – za­częła po­wo­li. – To przez nie­go, praw­da?

Za­ma­rłam.

– Bro­oke…

– Och, pro­szę cię. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – June, znam cię jak wła­sną kie­szeń. Nie po­ra­dzi­łaś so­bie z tym, że zdra­dził cię z fa­ce­tem.

Po­czu­łam, jak żo­łądek pod­cho­dzi mi do gar­dła. To jed­no zda­nie wy­star­czy­ło, że­bym znów tam była.

Pa­mi­ęta­łam ka­żdy szcze­gół tam­te­go wie­czo­ru. Zbyt żywy, zbyt bo­le­sny, żeby mó­wić o nim gło­śno. Deszcz lał jak z ce­bra, a ja prze­kli­na­łam swo­je szpil­ki, głu­pie, nowe, ku­pio­ne, żeby wy­glądać pro­fe­sjo­nal­nie. Klucz zgrzyt­nął w zam­ku, gdy prze­kręca­łam go zzi­ęb­ni­ęty­mi pal­ca­mi. W miesz­ka­niu było ja­sno, nie­na­tu­ral­nie ja­sno, jak na pó­źną go­dzi­nę.

Naj­pierw usły­sza­łam śmiech. Jego głos. Lek­ki, swo­bod­ny, ja­kie­go daw­no nie kie­ro­wał do mnie.

Sta­nęłam przed uchy­lo­ny­mi drzwia­mi sy­pial­ni. Za­trzy­ma­łam się, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co do­kład­nie sły­szę. Po­tem po­pchnęłam je bez za­sta­no­wie­nia.

Za­ma­rłam.

On. W łó­żku. Nie sam.

Mężczy­zna obok nie­go, pó­łna­gi, z ręką opar­tą o jego pie­rś. Obaj za­sty­gli, a po­tem zbyt gwa­łtow­nie się od sie­bie od­su­nęli, ale ten ob­raz zdążył się wy­pa­lić w mo­jej pa­mi­ęci.

Czu­łam, jak całe cia­ło od­ma­wia mi po­słu­sze­ństwa. Ra­mio­na ze­sztyw­nia­ły, nogi zro­bi­ły się jak z waty, żo­łądek zwi­nął się w bo­le­sny su­peł. Przez chwi­lę nie do­cie­ra­ło do mnie nic – ani ich spoj­rze­nia, ani to, że mój od­dech przy­spie­szył do gra­nic pa­ni­ki.

– June… – zwró­cił się do mnie, ale jego głos za­drżał.

Mo­głam za­py­tać, jak śmiał zro­bić mi coś ta­kie­go. Mo­głam krzy­czeć, pła­kać, szar­pać go, do­ma­gać się wy­ja­śnień. A jed­nak nie zro­bi­łam nic. Sta­łam tam z wra­że­niem, że pa­trzę na ob­cych lu­dzi we wła­snym miesz­ka­niu.

Po­tem coś w moim wnętrzu ru­nęło. Wy­bie­głam z miesz­ka­nia i za­trza­snęłam drzwi, choć nie pa­mi­ęta­łam, kie­dy się od­wró­ci­łam. Nogi same nio­sły mnie do wy­jścia.

Zna­la­złam się na ko­ry­ta­rzu, a za chwi­lę na chod­ni­ku. Deszcz ude­rzył mnie w twarz, mo­kre wło­sy przy­kle­iły się do skó­ry. Do­pie­ro tam po­zwo­li­łam so­bie na pierw­szy, urwa­ny od­dech, któ­ry za­mie­nił się w szloch. Nie pła­ka­łam z bólu, lecz po­czu­cia, że cały świat, któ­ry zna­łam, był zbu­do­wa­ny na kłam­stwie.

Kie­dy znów spoj­rza­łam na Bro­oke, jej twarz była po­wa­żna. Po­ło­ży­ła dłoń na mo­jej i wes­tchnęła.

– Mar­twię się o cie­bie, June.

– To nie przez nie­go – wy­szep­ta­łam.

– Na­praw­dę? – Jej brew unio­sła się py­ta­jąco. – Bo brzmi jak kla­sycz­ny po­wód, żeby prze­wró­cić swo­je ży­cie do góry no­ga­mi.

– Nie – po­wie­dzia­łam już pew­niej. – To, co się sta­ło, otwo­rzy­ło mi tyl­ko oczy. Po­ka­za­ło, że wszyst­ko, na czym bu­do­wa­łam swo­je ży­cie, było uda­wa­ne. Zwi­ązek. Pra­ca. To mia­sto. Na­wet ja sama.

Bro­oke spu­ści­ła wzrok, ba­wi­ła się ły­żecz­ką, a po­tem ko­lej­ny raz wes­tchnęła.

– Je­steś nie­mo­żli­wa – mruk­nęła, a w jej gło­sie było zmie­sza­nie tro­ski i re­zy­gna­cji. – Upar­ta jak osioł.

– Wiem. – Uśmiech­nęłam się bla­do. – Ale tym ra­zem ta upar­to­ść jest wszyst­kim, co mam.

Przy­ja­ció­łka po­trząsnęła gło­wą.

– I co ja mam z tobą zro­bić? – za­py­ta­ła pół żar­tem, pół se­rio. – Chy­ba tyl­ko spa­ko­wać cię w kar­ton i wy­słać do tej Mon­ta­ny.

Par­sk­nęłam śmie­chem przez łzy, któ­re pa­li­ły mnie pod po­wie­ka­mi. Bro­oke wes­tchnęła raz jesz­cze i po­da­ła mi swo­ją dłoń przez sto­lik.

– Do­bra. Je­śli na­praw­dę to zro­bisz, je­śli na­praw­dę wy­je­dziesz… będę przy­je­żdżać. Cho­ćbyś zna­la­zła się na ko­ńcu świa­ta, ja za­wsze będę dla cie­bie, moja Iskier­ko.

Ści­snęłam moc­no jej pal­ce.

– Wiem.

W tym mo­men­cie po­czu­łam, że de­cy­zja za­pa­dła na­praw­dę.

Bro­oke pu­ści­ła moją dłoń, a po­tem na jej ustach po­ja­wił się chy­try uśmiech.

– Wiesz, June… Ko­cham cię, ale nie masz bla­de­go po­jęcia, w co się pa­ku­jesz. Mon­ta­na. – Roz­ło­ży­ła ręce te­atral­nym ge­stem. – To nie jest se­rial o ma­łym mia­stecz­ku, gdzie ka­żdy wy­gląda jak ak­tor z Hol­ly­wo­od. Tam są kro­wy. Dużo krów.

– Wiem, że są kro­wy. – Prych­nęłam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

– I trak­to­rzy­ści – do­da­ła z uda­wa­ną po­wa­gą. – Wiesz, tacy w ko­szu­lach w kra­tę, któ­rzy śmier­dzą sia­nem, staj­nią i roz­ma­wia­ją z ma­szy­na­mi rol­ni­czy­mi częściej niż z lu­dźmi.

– Fan­ta­stycz­nie. – Uśmiech­nęłam się bla­do. – Już wi­dzę sie­bie, jak wy­cho­dzę za mąż za lo­kal­ne­go ho­dow­cę by­dła.

– Albo sko­ńczysz jako „ta dzi­wacz­ka z mia­sta”, któ­ra pa­rzy hip­ster­ską kawę i pró­bu­je uczyć miej­sco­wych, co to jest lat­te z owsia­nym mle­kiem. – Bro­oke z tru­dem po­wstrzy­ma­ła śmiech. – Mogę ci już te­raz na­pi­sać je­den przy­kła­do­wy na­głó­wek lo­kal­nej ga­ze­ty: „Nowa w mia­stecz­ku pró­bu­je za­stąpić kawę z ter­mo­su ja­ki­mś wy­na­laz­kiem. Skan­dal!”.

– Dzi­ęki, na­praw­dę wspie­rasz moje ma­rze­nia.

– Wspie­ram! – Unio­sła ręce w obron­nym ge­ście. – Tyl­ko sta­ram się przy­go­to­wać cię psy­chicz­nie. – Na­chy­li­ła się, a w jej oczach za­ta­ńczy­ły iskier­ki roz­ba­wie­nia. – A poza tym… kto wie. Może znaj­dziesz tam swo­je­go far­me­ra z fil­mów? Ta­kie­go, któ­ry o świ­cie je­dzie kon­no na pole, z ręka­wa­mi pod­wi­ni­ęty­mi do łok­ci i spoj­rze­niem typu „nie za­dzie­raj ze mną, mała”.

Za­ru­mie­ni­łam się, choć pró­bo­wa­łam to ukryć za kub­kiem kawy.

– Oglądasz za dużo fil­mów ro­man­tycz­nych.

– Mo­żli­we – przy­zna­ła. – Ale nie wmó­wisz mi, że nie wy­obra­zi­łaś so­bie wła­śnie sce­ny, w któ­rej ten far­mer bez ko­szu­li na­pra­wia płot, a ty sto­isz obok w kwie­ci­stej su­kien­ce. Masz kwie­ci­stą su­kien­kę? Mu­sisz ko­niecz­nie ku­pić.

Po­kręci­łam gło­wą i stwier­dzi­łam bez za­wa­ha­nia:

– Ty je­steś nie­mo­żli­wa.

– Wiem – od­pa­rła z dumą. – I wła­śnie dla­te­go będziesz za mną tęsk­nić.

Jej dow­cip­ne tek­sty roz­lu­źni­ły at­mos­fe­rę, ale w środ­ku i tak czu­łam ci­ężar tej de­cy­zji. Choć żar­to­wa­ły­śmy o kro­wach, trak­to­rach i far­me­rach, wie­dzia­łam, że przede mną coś znacz­nie po­wa­żniej­sze­go niż sie­lan­ko­we ob­raz­ki. I że nie będzie już od­wro­tu.

Bro­oke jesz­cze przez kil­ka mi­nut roz­ta­cza­ła wi­zje mo­je­go no­we­go ży­cia, od na­uki do­je­nia krów po ro­mans z przy­stoj­nym kow­bo­jem, któ­ry co­dzien­nie przy­cho­dzi­łby do mnie na cap­puc­ci­no. Śmia­łam się, ale w środ­ku czu­łam co­raz sil­niej, że to wszyst­ko tyl­ko przy­kryw­ka dla na­szej oba­wy – że ta de­cy­zja zmie­ni mnie na za­wsze.

Kie­dy wresz­cie się po­że­gna­ły­śmy i wy­szłam na chłod­ne po­wie­trze, za­trzy­ma­łam się na mo­ment na chod­ni­ku. Świa­tło neo­nów od­bi­ja­ło się w ka­łu­żach, a gdzieś w od­da­li za­wy­ła sy­re­na. Mia­sto tęt­ni­ło nie­ustan­nym ryt­mem, któ­ry jesz­cze do nie­daw­na był moim ryt­mem. A te­raz? Czu­łam, że już nie przy­na­le­żę do tego miej­sca.

Wci­ągnęłam głębo­ko po­wie­trze, aż za­bo­la­ło. Jadę tam po spo­kój, po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach. Po ci­szę. Po nowe ży­cie, w któ­rym nikt mnie nie zra­ni. Nie jadę dla lu­dzi. Dla sie­bie. To będzie tyl­ko moje.

By­łam tego pew­na.

Rozdział 1

Grant

–Japier­do­lę– mruk­nąłem z nie­za­do­wo­le­niem pod no­sem, wi­dząc przed sobą krwi­sto­czer­wo­ny wóz po­sta­wio­ny w po­przek jezd­ni i ska­czącą wo­kół nie­go bia­łą krop­kę. Dziec­ko. Na­sto­lat­kę. Cho­le­ra, ko­bie­tę.

Za­ci­snąłem szczęki, przez co za­zgrzy­ta­łem zęba­mi, po czym de­li­kat­nie na­ci­snąłem ha­mu­lec. Nie chcia­łem uszko­dzić swo­je­go truc­ka, kie­dy będę ta­ra­no­wał czer­wo­ne pu­de­łko i ta­ńczące przy nim stwo­rze­nie.

Nie, nie mo­głem tego zro­bić, choć ku­rew­sko ku­si­ło.

Cho­le­ra, dla­cze­go mat­ka wpo­iła mi te całe pie­przo­ne po­czu­cie obo­wi­ąz­ku wo­bec słab­szych?! Mó­głbym po pro­stu prze­je­chać obok i zi­gno­ro­wać dziew­czy­nę. Nie mia­łem cza­su na ra­to­wa­nie ni­ko­go z opre­sji, bo by­łem umó­wio­ny z kimś od zma­rłej Win­ters.

By­łem za­sko­czo­ny, kie­dy otrzy­ma­łem ma­ila od ja­kie­goś June’a z in­for­ma­cją, że zgło­si się po klu­cze. Tyl­ko nie­ofi­cjal­nie sta­łem się opie­ku­nem sta­re­go domu bab­ki Marg i wszyst­kie­go, co po so­bie zo­sta­wi­ła, kie­dy zma­rła. Spad­ko­bier­ca mu­siał być do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­ny, gdzie szu­kać w ra­zie chęci ob­jęcia spad­ku. Tyl­ko dla­cze­go nie po­ja­wił się wcze­śniej? Prze­cież Win­ters nie żyje od pi­ęciu lat. Przez ten czas nikt się tu­taj nie po­fa­ty­go­wał ani nią nie in­te­re­so­wał. Nie wiem na­wet, czy ktoś z ro­dzi­ny był na po­grze­bie.

Omi­nąłem sto­jące na środ­ku dro­gi auto i nie­chęt­nie za­trzy­ma­łem się na po­bo­czu. Zer­k­nąłem w lu­ster­ko, ale nie za­uwa­ży­łem dziew­czy­ny, któ­ra jesz­cze przed chwi­lą cho­dzi­ła wo­kół wozu.

– Po­mo­że mi pan? – usły­sza­łem po mo­jej le­wej, ale nie od­wró­ci­łem gło­wy. – Chy­ba zła­pa­łam gumę. Wiem, że to brzmi ba­nal­nie. No wie pan, pa­niu­sia po­środ­ku ni­cze­go po­trze­bu­je ra­tun­ku, ale… no wła­śnie tak. Po­trze­bu­ję ry­ce­rza. Co praw­da nie je­dzie pan na bia­łym ru­ma­ku, ale bia­ły pick-up też jest ni­cze­go so­bie, a ja…

– Chry­ste, mo­żesz się za­mknąć? – jęk­nąłem i w ko­ńcu od­wró­ci­łem się w kie­run­ku wkur­wia­jących dźwi­ęków.

Wi­dok był zde­cy­do­wa­nie mniej iry­tu­jący, bo dziew­czy­na była… pi­ęk­na. Cho­ler­nie pi­ęk­na. Na­tu­ral­na, świe­ża. Jej skó­ra była ja­sna, roz­świe­tlo­na, a brązo­we, gęste wło­sy, opa­da­ły jej na ra­mio­na w mi­ęk­kich fa­lach. Mia­ła w so­bie coś mło­dzie­ńcze­go, nie­wy­mu­szo­ne­go, ale jed­no­cze­śnie ema­no­wa­ła pew­no­ścią sie­bie. Smu­kła ta­lia, bio­dra ko­bie­ce i pe­łne, a nogi… Dłu­gie, cho­le­ra ja­sna, i jesz­cze pod­kre­ślo­ne przez wy­so­kie ob­ca­sy, któ­re kom­plet­nie nie pa­so­wa­ły do tego miej­sca.

Za­ci­snąłem szczęki i dło­nie na kie­row­ni­cy, pró­bu­jąc od­go­nić nie­chcia­ne mro­wie­nie w lędźwiach. Niech to dia­bli, czy na­praw­dę ja­kaś obca ko­bie­ta ro­bi­ła na mnie nie­zdro­we wra­że­nie? Praw­da była taka, że za dłu­go nie mia­łem pod sobą żad­nej ko­bie­ty. Ani na so­bie, ani… kur­wa, za­czy­na­ło mi od­wa­lać. Nie­zna­jo­ma wy­gląda­ła jak z in­ne­go świa­ta, wpa­ko­wa­na w bia­ły, ele­ganc­ki kom­bi­ne­zon, któ­ry przy­le­gał do niej tak, że chcia­łem od­wró­cić wzrok, by nie my­śleć o tym, co ukry­wa.

Kto, u dia­bła, nosi taki strój w Mon­ta­nie? Kil­ka mil od mia­stecz­ka pe­łne­go farm, by­dła i bło­ta. Iry­to­wa­ło mnie to. Iry­to­wa­ło, że ktoś tak nie­pa­su­jący do tego miej­sca spra­wia, że dzie­je się ze mną coś nie­po­ko­jące­go. I naj­bar­dziej iry­to­wa­ło to, że nie mo­głem prze­stać na tego ko­goś pa­trzeć.

– Pan wy­ba­czy, ale ja za­wsze dużo mó­wię, kie­dy się de­ner­wu­ję, a je­stem umó­wio­na, a pó­źniej cze­ka mnie jesz­cze na pew­no dużo pra­cy, sprząta­nie i…

– Stop! Będziesz w ko­ńcu ci­cho?

– Och… Okej. – Dziew­czy­na spo­chmur­nia­ła i spu­ści­ła gło­wę, po czym od­su­nęła się od drzwi mo­je­go auta.

– Za ja­kie, kur­wa, grze­chy? – sap­nąłem do sie­bie.

Prze­mie­li­łem pod no­sem ko­lej­ną se­rię prze­kle­ństw i wy­sia­dłem, po czym igno­ru­jąc nie­wy­so­ką bru­net­kę, pod­sze­dłem do jej sa­mo­cho­du. Rze­czy­wi­ście zła­pa­ła gumę, ale nie to było nie­po­ko­jące. Spod ma­ski wy­do­by­wa­ła się para, a to ozna­cza­ło coś znacz­nie gor­sze­go – wy­sia­dła chłod­ni­ca.

– Po­trze­bu­jesz po­mo­cy dro­go­wej – mruk­nąłem.

– Och, no tak – bąk­nęła i sta­nęła tak bli­sko mnie, że czu­łem przez ubra­nie bi­jące od niej cie­pło.

– Prze­pchnie­my go na po­bo­cze – za­de­cy­do­wa­łem, kie­dy do­strze­głem zbli­ża­jące się sa­mo­cho­dy, i się od­su­nąłem. – Wy­mia­na opo­ny i tak ci nie po­mo­że, bo pod ma­ską się go­tu­je.

– Fa­cet w wy­po­ży­czal­ni mó­wił, że to jego naj­lep­szy wóz. Szar­la­tan – rzu­ci­ła gniew­nie i kop­nęła w prze­bi­tą opo­nę. – Cho­le­ra! – jęk­nęła i zła­pa­ła mnie za rękaw ko­szu­li. Od­ru­cho­wo chwy­ci­łem ją, chro­ni­ąc przed upad­kiem, nie wie­dząc tak na­praw­dę, co się dzie­je.

– Uwa­żaj – wy­ce­dzi­łem.

– Zła­ma­łam ob­cas!

– Ty­po­we – prych­nąłem i ją pu­ści­łem, mimo wszyst­ko upew­niw­szy się, że nie stra­ci rów­no­wa­gi.

– Hay­es! – Usły­sza­łem głos Bra­dleya. – Co jest?

Od­wró­ci­łem się do nie­go i wzru­szy­łem nie­dba­le ra­mie­niem.

– Po­móż mi prze­pchnąć tego gra­ta na po­bo­cze.

– To two­je? Prze­sia­dłeś się na miej­skie sa­mo­cho­dzi­ki? – za­kpił Brad, a wte­dy zza mo­ich ple­ców wy­ło­ni­ła się ta mała, bia­ła krop­ka. – Usza­no­wa­nie, pi­ęk­na pani! – zwró­cił się do niej.

– Dzień do­bry – od­po­wie­dzia­ła. – Po­mo­że­cie mi? Je­stem już spó­źnio­na.

– Z roz­ko­szą – od­pa­rł i kiw­nął na mnie.

Z tru­dem po­wstrzy­ma­łem się przed prze­wró­ce­niem ocza­mi, kie­dy za­uwa­ży­łem, z ja­kim za­cie­ka­wie­niem i dziw­nym pod­eks­cy­to­wa­niem pa­trzył na dziew­czy­nę. Po nie­dłu­gim cza­sie jej sa­mo­chód stał już w bez­piecz­nym miej­scu. Pró­bo­wa­łem do­dzwo­nić się do warsz­ta­tu, skąd przy­je­cha­li­by la­we­tą, ale nikt nie od­bie­rał.

– Wsia­daj – na­ka­za­łem i kiw­nąłem gło­wą w stro­nę mo­je­go pick-upa. – Pod­wio­zę cię do naj­bli­ższe­go mia­stecz­ka, pó­źniej mu­sisz ra­dzić so­bie sama.

– A jak na­zy­wa się naj­bli­ższe mias…

– She­ri­dan – wsze­dłem jej w zda­nie.

– Cu­dow­nie! Wła­śnie tam mu­szę się do­stać!

Za­kla­ska­ła i ru­szy­ła ko­śla­wym kro­kiem do swo­je­go auta. Otwo­rzy­ła ba­ga­żnik i za­częła wyj­mo­wać z nie­go wa­liz­ki i tor­by.

Obok mnie sta­nął Brad i trącił mnie łok­ciem.

– Co to za la­ska?

– Wiem tyle, co ty. Może ja­kaś tu­ryst­ka. Ge­ne­ral­nie mam to w du­pie.

– Ale po­ma­gasz jej.

– Sta­ła po­środ­ku dro­gi – stwier­dzi­łem obo­jęt­nie. – Wstrzy­my­wa­ła ruch.

– Mogę ją za­wie­źć na miej­sce, a ty weź jej ba­ga­że – za­pro­po­no­wał.

– Nie. – Zmru­ży­łem oczy i ru­szy­łem w stro­nę dziew­czy­ny, żeby wrzu­cić jej rze­czy na pakę.

Bra­dley po­że­gnał się mruk­ni­ęciem i od­je­chał. Wie­dział, że nie war­to wcho­dzić ze mną w dys­ku­sje.

– Nie wiem, jak panu dzi­ęko­wać. Może da się pan za­pro­sić na kawę? Oczy­wi­ście jak już będę mo­gła ją przy­go­to­wać. No wie pan, ja…

– Wsia­daj – prze­rwa­łem jej ko­lej­ny atak pa­pla­ni­ny. – Nie mam cza­su na głu­pie pier­do­le­nie.

Za­ci­snęła usta i zmru­ży­ła te ab­sur­dal­nie błysz­czące, sar­nie oczy, po czym w ko­ńcu za­jęła miej­sce.

– Mo­głem cię jed­nak tu zo­sta­wić. Albo roz­je­chać – wy­ce­dzi­łem, bo by­łem pe­wien, że ta ko­bie­ta przy­nie­sie ja­kieś kło­po­ty.

Wrzu­ci­łem jej ko­lo­ro­we wa­liz­ki na pakę i wsia­dłem do sa­mo­cho­du. Ru­szy­łem bez sło­wa i za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na kie­row­ni­cy. Czu­łem, że moja nie­chcia­na pa­sa­żer­ka za­raz wy­buch­nie i znów za­le­je mnie sło­wo­to­kiem, ale sta­ra­łem się ją igno­ro­wać. By­ło­by to ła­twiej­sze, gdy­by nie ten wkur­wia­jąco słod­ki za­pach i prze­dziw­ne uczu­cie, któ­re mro­wi­ło pod skó­rą.

– Do­kąd? – za­py­ta­łem, kie­dy mi­nęli­śmy ta­bli­cę in­for­mu­jącą, że je­ste­śmy w She­ri­dan, a ona na­dal się nie od­zy­wa­ła.

– Pro­szę zo­sta­wić mnie w cen­trum – wy­du­si­ła z wy­ra­źnie wy­mu­szo­ną sło­dy­czą.

– Cen­trum? My­ślisz, że jest tu ja­kieś cen­trum? Co naj­wy­żej śro­dek miej­sco­wo­ści.

Dziew­czy­na za­częła szpe­rać w to­reb­ce. Po chwi­li zna­la­zła tam ja­kąś po­mi­ętą kart­kę.

– Mu­szę się do­stać tu­taj, je­śli to nie pro­blem – rze­kła z po­wa­gą. – Na Wil­low Lane.

Za­trzy­ma­łem wóz i kiw­nąłem gło­wą. Do­brze się skła­da­ło, bo ja rów­nież mia­łem spo­tka­nie w tym miej­scu.

– Nie wiem, cze­go szu­kasz, ale nie ma tu żad­nych atrak­cji dla miesz­czu­chów, więc…

Nie zdąży­łem do­ko­ńczyć, bo dziew­czy­na wci­snęła mi w dłoń kil­ka bank­no­tów, po czym wy­sia­dła.

– Dzi­ęku­ję za po­moc, gbu­rze! – za­wo­ła­ła i za­częła sama zdej­mo­wać swój ba­gaż.

Kie­dy i ja wy­sia­dłem, trzy­ma­ła w ręce ostat­nią tor­bę i pa­trzy­ła na mnie z za­ci­ętą miną.

– Jak mnie na­zwa­łaś?

– Masz na my­śli to, co już po­wie­dzia­łam, czy może wszyst­kie epi­te­ty, któ­re jesz­cze nie zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne? By­łam pew­na, że znaj­du­ję się w cy­wi­li­zo­wa­nym miej­scu, ale cie­bie, lo­do­wy kró­lu, naj­wy­ra­źniej wy­cho­wy­wa­ły kro­wy. Cho­ciaż one mają chy­ba wi­ęcej kul­tu­ry.

– Słu­cham?!

– Nie dość, że cham, to jesz­cze głu­chy?

– Co cię ugry­zło?

– Sły­sza­łam, co mó­wi­łeś, za­nim wy­sia­dłeś. Sły­sza­łam też, co po­wie­dzia­łeś, za­nim ja wsia­dłam do two­je­go cho­ler­ne­go sa­mo­cho­du. Masz ra­cję, trze­ba było mnie tam zo­sta­wić. Do wi­dze­nia! Nie! Mam na­dzie­ję, że nie! – Uło­ży­ła tor­by na wa­liz­kach, a po chwi­li za­częła je ci­ągnąć po bru­ku.

– Świet­nie. Też mam na­dzie­ję, że już się nie spo­tka­my – burk­nąłem i wró­ci­łem do auta, by wy­jąć ze schow­ka pa­pie­ry i klu­cze.

Wście­kła dziew­czy­na znik­nęła z za­si­ęgu mo­je­go wzro­ku, a ja ru­szy­łem w stro­nę domu bab­ki Marg.

Ma­rzy­łem o ka­wie, a mój eks­pres po­sta­no­wił wy­zio­nąć du­cha aku­rat dzi­siaj. Chy­ba wła­śnie z tego wy­ni­ka­ło moje roz­dra­żnie­nie. Bez kawy było mi ci­ężko nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Awer­sję do lu­dzi mia­łem jed­nak za­wsze.

Kie­dy zbli­ży­łem się do po­se­sji, ro­zej­rza­łem się w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś ob­ce­go wozu i go­ścia, któ­ry się ze mną kon­tak­to­wał. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, po we­ran­dzie prze­cha­dza­ła się… ona. Dziew­czy­na, któ­rą przy­wio­złem do mia­stecz­ka.

– Cze­go tu szu­kasz? – zwró­ci­łem się do niej do­no­śnym gło­sem, kie­dy za­częła na­ci­skać klam­kę lo­ka­lu, w któ­rym Win­ters sprze­da­wa­ła wy­ro­by cu­kier­ni­cze.

Przy­bysz­ka się wzdry­gnęła i za­pisz­cza­ła, po czym od­wró­ci­ła się do mnie przo­dem.

– Ja?

– A wi­dzisz tu ko­goś in­ne­go?

– Ra­czej to ja po­win­nam za­py­tać, cze­go ty tu­taj szu­kasz – prych­nęła i po­de­szła do mnie chwiej­nym kro­kiem. W dło­ni trzy­ma­ła ob­cas.

– Zmia­taj stąd i mi nie prze­szka­dzaj. Cze­kam na wła­ści­cie­la – od­pa­rłem lek­ce­wa­żąco.

Wte­dy jej gład­kie po­licz­ki za­ró­żo­wi­ły się jesz­cze bar­dziej. Za­mru­ga­ła ener­gicz­nie i roz­chy­li­ła pe­łne war­gi.

– Wła­ści­cie­la?

– Nie in­te­re­suj się.

– Ja je­stem wła­ści­ciel­ką tego domu i cu­kier­ni. Na­zy­wam się June Win­ters.

Rozdział 2

June

Nie­ocze­ki­wa­niezna­la­złamsięw środ­ku sce­ny ro­dem z hisz­pa­ńskiej cor­ri­dy. Z tą ró­żni­cą, że na­prze­ciw­ko mnie nie stał roz­ju­szo­ny byk, lecz wście­kły mężczy­zna, któ­ry z ja­kie­goś po­wo­du da­wał so­bie pra­wo, by mnie stąd wy­rzu­cić. A ra­czej pró­bo­wać to zro­bić.

– To ja­kiś pie­przo­ny żart? – za­py­tał lo­do­wa­tym to­nem, a ja mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko wo­kół rze­czy­wi­ście za­ma­rza pod jego wpły­wem.

– Nie. Kon­tak­to­wa­łam się ma­ilo­wo z czło­wie­kiem, któ­ry po­noć opie­ku­je się do­mem Mar­ga­ret Win­ters, mo­jej bab­ci. Je­śli to ty, to mam naj­wi­ęk­sze­go pe­cha w ży­ciu.

Nie mo­głam so­bie po­da­ro­wać ja­do­wi­te­go tonu.

– Nie mo­żesz być z nią spo­krew­nio­na. Nie było cię na po­grze­bie. Nie in­te­re­so­wa­łaś się nią i jej nie od­wie­dza­łaś. Je­steś ja­kąś na­ci­ągacz­ką? Jak mam niby uwie­rzyć, że…

– Moja bab­cia zma­rła na za­wał – wtrąci­łam. – Pięć lat temu. Do­kład­nie dwa dni po tym, jak do­wie­dzia­ła się, że… – Prze­rwa­łam i spoj­rza­łam mu w oczy. – Nie mu­szę się tłu­ma­czyć. Mogę ewen­tu­al­nie po­ka­zać do­ku­ment dla po­świad­cze­nia, że rze­czy­wi­ście je­stem tym, za kogo się po­da­ję. Nic wi­ęcej nie po­win­no pana in­te­re­so­wać.

– Wo­bec tego udo­wod­nij – upie­rał się typ.

Z wes­tchnie­niem wy­jęłam do­ku­men­ty z to­reb­ki. By­łam zmęczo­na i głod­na, a w mo­ich pla­nach na pew­no nie po­ja­wia­ła się bez­sen­sow­na wal­ka z ja­ki­mś nadętym dup­kiem w kra­cia­stej ko­szu­li. Bro­oke mia­ła ra­cję – de­cy­zja, by tu przy­je­chać i pró­bo­wać za­cząć żyć od nowa, była ab­sur­dem. Nie nada­wa­łam się do tego, a lo­do­wa­te spoj­rze­nie, któ­rym ob­rzu­cał mnie nie­zna­jo­my, tyl­ko mnie w tym utwier­dza­ło.

Nie­chęt­nie po­da­łam mu do­wód, a on uwa­żnie prze­śle­dził go z ka­żdej stro­ny.

– Znam two­ich ro­dzi­ców – burk­nął i od­dał mi go. Pó­źniej wci­snął mi w ręce pęk klu­czy i po­sza­rza­łą tecz­kę, po czym tak po pro­stu ucie­kł ni­czym ra­żo­ny prądem.

To mo­żli­we, że znał mamę i tatę. Mama, za­nim po­ja­wi­łam się na świe­cie, była na­uczy­ciel­ką w miej­sco­wej szko­le. Tata z ko­lei pra­co­wał w trans­por­cie. Tak przy­naj­mniej opo­wia­da­li, kie­dy jesz­cze żyli.

Od­ru­cho­wo prze­su­nęłam dło­nią po kar­ku, na któ­rym mia­łam gru­bą bli­znę. Na wspo­mnie­nie mi­nio­nych bez­pow­rot­nie lat po­czu­łam smu­tek. Sta­łam po­środ­ku nie­wiel­kie­go skraw­ka zie­le­ni, pa­trzy­łam w prze­strzeń, w któ­rej znik­nęły sze­ro­kie ple­cy kró­la lodu, i za­miast od­czu­wać eks­cy­ta­cję przed no­wym po­cząt­kiem, opa­no­wa­ły mnie re­zy­gna­cja i zwąt­pie­nie.

Co, je­śli ro­dzi­ce wy­je­cha­li stąd wła­śnie dla­te­go, że kom­plet­nie nie nada­wa­li się do ży­cia w ta­kim miej­scu? Pew­nie mam to w ge­nach i oka­żę się ty­po­wym miesz­czu­chem. Uto­pię się w bło­cie, zej­dzie la­wi­na, któ­ra przy­sy­pie aku­rat mnie, albo na­pad­nie mnie ja­kaś kro­wa. Zdep­cze, a pó­źniej zo­sta­wi swój kro­wi pla­cek na mo­ich zwło­kach.

– Ale je­stem głu­pia – stwier­dzi­łam z wes­tchnie­niem.

– Dzień do­bry, ślicz­not­ko! – usły­sza­łam gdzieś po le­wej stro­nie. – Szu­kasz ko­goś? Marg nie żyje od kil­ku lat, więc… – Star­sza ko­bie­ta za­mil­kła, kie­dy od­wró­ci­łam się do niej przo­dem. – Niech mnie góra przy­gnie­cie! Ty je­steś ma­le­ńka June!

Za­mru­ga­łam i zmru­ży­łam oczy, bo po spo­tka­niu z tym ja­ski­niow­cem mój or­ga­nizm dzia­łał in­stynk­tow­nie i z pe­łną czuj­no­ścią.

– Skąd pani wie? – za­py­ta­łam zdez­o­rien­to­wa­na, ale z wy­ra­źną po­dejrz­li­wo­ścią.

– Och, ja wiem o to­bie wszyst­ko, ko­cha­nie. Przy­ja­źni­łam się z Mar­ga­ret. Je­steś do niej tak po­dob­na… Ona też była pi­ęk­na. I te oczy, ma­cie iden­tycz­ne oczy, June.

– Ja prze­pra­szam, ale…

– Nie, to ja prze­pra­szam – wtrąci­ła, za­nim zdąży­łam do­ko­ńczyć myśl, i po­de­szła bli­żej.

Ko­bie­ta mo­gła mieć ja­kieś sie­dem­dzie­si­ąt lat, co czy­ni­ło­by ją rów­no­lat­ką z moją zma­rłą bab­cią. Pa­trzy­ła na mnie cie­pło, z dziw­ną eks­cy­ta­cją i czy­mś, cze­go nie po­tra­fi­łam roz­szy­fro­wać.

– Je­stem Elo­ise – przed­sta­wi­ła się, a we mnie ude­rzy­ło zro­zu­mie­nie.

Kie­dyś, gdy roz­ma­wia­łam z bab­cią przez te­le­fon, pa­dło to imię. Ujęłam dłoń ko­bie­ty i uśmiech­nęłam się ser­decz­nie.

– June.

– Przy­kro mi z po­wo­du tra­ge­dii, któ­ra cię do­tknęła. Na pew­no nie jest ci ła­two żyć w sa­mot­no­ści. Do­brze, że zde­cy­do­wa­łaś się tu przy­je­chać.

– S-słu­cham?

– No, bo chy­ba nie pla­nu­jesz jed­nak sprze­dać domu i cu­kier­ni? Sta­ra­li­śmy się dbać o wszyst­ko, ale wnętrza wy­ma­ga­ją re­mon­tu. My­ślę, że to wła­śnie jest two­je miej­sce.

– Moje?

– Oczy­wi­ście, prze­cież ka­żdy musi mieć coś swo­je­go. Cho­ćby miał to być nie­wiel­ki do­mek i lo­kal ze słod­ko­ścia­mi – mó­wi­ła cie­pło, a jej oczy błysz­cza­ły z eks­cy­ta­cji. – Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła, wy­star­czy, że po­wiesz, a ka­żdy ci po­mo­że – do­da­ła.

– Nie ka­żdy – mruk­nęłam pod no­sem, choć w grun­cie rze­czy to nie była praw­da. Ten gbur, choć nie­chęt­nie i z nie­przy­jem­ny­mi ko­men­ta­rza­mi, po­mó­gł mi tu­taj do­trzeć.

– Coś mó­wi­łaś?

– Nie, nie. Je­stem tro­chę zmęczo­na, więc…

– Tak, wej­dź, dziec­ko, do środ­ka i od­pocz­nij – rzu­ci­ła sta­rusz­ka i ode­szła żwa­wym kro­kiem.

Nim zdąży­łam za­mru­gać, już jej nie było. Ro­zej­rza­łam się jesz­cze w po­szu­ki­wa­niu jej syl­wet­ki, ale roz­pły­nęła się w po­wie­trzu.

Wzi­ęłam głębo­ki od­dech, moc­niej za­ci­ska­jąc pal­ce na tecz­ce i zim­nym me­ta­lu klu­czy. Ich ci­ężar w dło­niach wy­da­wał się wi­ęk­szy, niż po­wi­nien. Nie były to zwy­czaj­ne do­ku­men­ty i kil­ka ka­wa­łków że­la­za, ale sym­bol cze­goś znacz­nie po­wa­żniej­sze­go. To mia­ła być prze­pust­ka do mo­je­go no­we­go ży­cia. Do miej­sca, któ­re wresz­cie mia­ło na­le­żeć tyl­ko do mnie. Do wol­no­ści, do wy­bo­rów po­dej­mo­wa­nych na wła­snych za­sa­dach.

Kie­dy wsu­nęłam klucz w za­mek, przez chwi­lę się opie­rał i nie­przy­jem­nie za­zgrzy­tał, za­nim wresz­cie ustąpił. Drzwi za­skrzy­pia­ły, co za­brzmia­ło jak ostrze­że­nie. Ser­ce za­częło mi bić szyb­ciej, a ja od­ru­cho­wo za­ci­snęłam po­wie­ki. Nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać, ale oba­wia­łam się, że rzu­ci się na mnie rój nie­to­pe­rzy albo z su­fi­tu opad­nie na mnie sieć pa­jęczyn. W gło­wie mia­łam ob­raz sta­rych fil­mów gro­zy. Ciem­ne ko­ry­ta­rze, skrzy­pi­ące de­ski, cień prze­my­ka­jący gdzieś w kącie i nie­po­ko­jące od­gło­sy.

Od­wa­gi star­czy­ło mi na tyle, by uchy­lić naj­pierw jed­no oko. Po­wie­trze było ci­ężkie, ale zu­pe­łnie zwy­czaj­ne. Nic mnie nie ob­le­pi­ło ani nie rzu­ci­ło się na mnie żad­ne stwo­rze­nie. Otwo­rzy­łam więc dru­gie oko, a po­tem roz­chy­li­łam usta ze zdu­mie­nia.

Wy­obra­ża­łam so­bie ru­inę, ob­dar­te ścia­ny, wy­bi­te szy­by, podło­gę, któ­ra za­rwie się pod moim pierw­szym kro­kiem. A tym­cza­sem… we­wnątrz pa­no­wał względ­ny po­rządek. Me­ble przy­kry­to fo­lia­mi, na któ­rych osia­dła je­dy­nie cien­ka war­stwa ku­rzu, jak­by dom przez te lata po pro­stu spał, cze­ka­jąc na mnie. Nie czu­łam odo­ru stęchli­zny ani wi­do­ku znisz­cze­nia, któ­ry mó­głby po­chło­nąć wszyst­kie moje oszczęd­no­ści. Za­miast tego od­kry­wa­łam miej­sce, któ­re wy­ma­ga­ło tyl­ko de­li­kat­ne­go prze­bu­dze­nia.

Po­czu­łam, jak w mo­jej pier­si ro­śnie ulga zmie­sza­na z eks­cy­ta­cją. Może los jed­nak nie za­mie­rzał rzu­cać mi kłód pod nogi. Może to był znak, że na­praw­dę mogę za­cząć nowe ży­cie.

Odło­ży­łam klu­cze i pa­pie­ry na sta­rą ko­mo­dę rów­nież za­bez­pie­czo­ną fo­lią i nie­pew­nym kro­kiem we­szłam w głąb domu. Roz­gląda­łam się z uwa­gą, bo wo­la­łam za­cho­wać czuj­no­ść, niż dać się cze­muś za­sko­czyć.

Prze­su­wa­łam dło­nią po ścia­nach i me­blach, po­wo­li oswa­ja­jąc się z tym miej­scem, aż w ko­ńcu do­ta­rłam do przy­tul­ne­go, choć za­ku­rzo­ne­go sa­lo­nu. Bez chwi­li na­my­słu chwy­ci­łam za­sło­ny i gwa­łtow­nie za nie po­ci­ągnęłam, chcąc wpu­ścić do środ­ka odro­bi­nę świa­tła. W tej sa­mej se­kun­dzie coś trza­snęło nad moją gło­wą, ci­ężki, drew­nia­ny kar­nisz ru­nął w dół, a wraz z nim opa­dł na mnie cały ma­te­riał. Po­kój wy­pe­łnił się du­szącym ku­rzem.

Za­częłam się krztu­sić, pró­bu­jąc uwol­nić się spod warstw gru­be­go ma­te­ria­łu, ale ka­żdy mój ruch tyl­ko po­gar­szał sy­tu­ację. Czu­łam, jak tka­ni­na opla­ta mnie co­raz cia­śniej, a wło­sy przy­kle­ja­ją się do twa­rzy. Ser­ce znów biło mi szyb­ciej, gdy na­gle ktoś chwy­cił ma­te­riał i jed­nym sta­now­czym ru­chem szarp­nął go w górę, od­da­jąc mi wol­no­ść.

Od­gar­nęłam wło­sy z twa­rzy i pod­nio­słam wzrok. Stał tuż przede mną wy­so­ki gość, sze­ro­ki w ra­mio­nach, w ko­szu­li z pod­wi­ni­ęty­mi ręka­wa­mi, opi­na­jącej jego mu­sku­lar­ne przed­ra­mio­na. Jego syl­wet­ka była do­kład­nie taka, jaką wy­obra­ża­łam so­bie u mężczyzn ży­jących w Mon­ta­nie. Su­ro­wa, sil­na, wy­rze­źbio­na przez ci­ężką pra­cę, a jed­no­cze­śnie na­tu­ral­na i swo­bod­na. Na­wet jego ubra­nie, wy­tar­te dżin­sy, so­lid­ne buty i kil­ka od­pi­ętych gu­zi­ków – to wszyst­ko spra­wia­ło wra­że­nie, że nie po­trze­bo­wał żad­nych do­dat­ków, by wy­glądać męsko.

Przez krót­ką chwi­lę nie od­dy­cha­łam, za­sko­czo­na tym, że ten gbur jest aż tak… przy­stoj­ny. Przy­ła­pa­łam się na tym, że przy­glądam się jego twa­rzy lek­ko przy­ciem­nio­nej kil­ku­dnio­wym za­ro­stem, ostrym ry­som, i spoj­rze­niu, któ­re wy­da­wa­ło się prze­ni­kać mnie na wskroś. Po­czu­łam dziw­ny ucisk w żo­łąd­ku, coś mi­ędzy fa­scy­na­cją a iry­tu­jącą świa­do­mo­ścią, że ten czło­wiek po­do­ba mi się bar­dziej, niż chcia­łam to przed sobą przy­znać.

Wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści, gdy za­uwa­ży­łam, że pa­trzył na mnie z wy­nio­słą miną, da­jąc mi tym do zro­zu­mie­nia, że ta sy­tu­acja była tyl­ko ko­lej­nym do­wo­dem na moją nie­udol­no­ść. Wra­że­nie, ja­kie na mnie ro­bił, jego urok, siła i ta cho­ler­na, po­ci­ąga­jąca su­ro­wo­ść, na­gle wy­da­ły mi się jesz­cze bar­dziej iry­tu­jące. Bo jak­by nie pa­trzeć, to wła­śnie ten nadęty du­pek stał te­raz nade mną i naj­wy­ra­źniej świet­nie ba­wił się moim kosz­tem.

– Co tu ro­bisz? – za­in­te­re­so­wa­łam się, pod­no­sząc się z podło­gi i dum­nie uno­sząc pod­bró­dek.

– Zda­je się, że ra­tu­ję twój nie­przy­sto­so­wa­ny ty­łek przed ata­kiem sta­rej za­sło­ny – od­burk­nął.

– Mój ty­łek to ty zo­staw w spo­ko­ju – wy­pa­li­łam, a on wci­snął mi w brud­ne ręce ko­lej­ną tecz­kę.

– Twój ty­łek będzie na pew­no obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia wie­lu w She­ri­dan, ale gwa­ran­tu­ję, że nie znaj­du­ję się w tym gro­nie – rzu­cił, od­da­la­jąc się do wy­jścia. – Pil­nuj się, bo nie­dźwie­dzie lu­bią kręcić się bli­sko mia­sta i by­ło­by szko­da, gdy­byś za­gi­nęła w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach, za­nim sprze­dasz wszyst­ko po bab­ce Marg – do­dał z kpi­ącym uśmie­chem i wy­sze­dł, nie za­mknąw­szy drzwi.

– N-nie­dźwie­dzie? Sprze­dam? – wy­mam­ro­ta­łam, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od od­da­jących się, sze­ro­kich ple­ców.

Otrząsnęłam się do­pie­ro po dłu­ższej chwi­li. Po­kręci­łam gło­wą i wy­szłam na ze­wnątrz, żeby za­brać z we­ran­dy swo­je ba­ga­że. Wci­ągnęłam je do środ­ka i za­trza­snęłam drzwi, przez co w po­wie­trze wzbi­ła się ko­lej­na war­stwa ku­rzu.

– Okej, wy­star­czy po­sprzątać. Ża­den nie­dźwie­dź ani tym bar­dziej ja­kiś du­pek nie prze­szko­dzą mi w roz­po­częciu tu­taj no­we­go ży­cia – po­wie­dzia­łam do sie­bie, pró­bu­jąc do­dać so­bie otu­chy. – Dasz radę, June – do­da­łam ci­cho, choć już bez tej pew­no­ści, któ­rą czu­łam przed przy­jaz­dem.

Rozdział 3

Grant

Tadziew­czy­na…byłapro­ble­mem od sa­me­go po­cząt­ku. Naj­pierw ska­cząca krop­ka wo­kół sa­mo­cho­du, pó­źniej wpląta­na w za­sło­ny jak cie­lak w drut kol­cza­sty, bez­rad­na i cha­otycz­na, a przy tym pa­trząca na mnie z wy­jąt­ko­wym za­ci­ęciem i dumą.

Nie lu­bi­łem ta­kich spoj­rzeń. Nie lu­bi­łem też lu­dzi, któ­rzy po­ja­wia­li się tu zni­kąd i my­śle­li, że Mon­ta­na się do nich do­pa­su­je. A już na pew­no nie lu­bi­łem tego dziw­ne­go ukłu­cia, któ­re po­czu­łem, kie­dy tak­so­wa­ła mnie wiel­ki­mi ocza­mi. Była za mło­da, zbyt de­li­kat­na i zu­pe­łnie nie z tej baj­ki.

Otwo­rzy­łem drzwi auta i wsia­dłem. Za­ci­snąłem dło­nie na kie­row­ni­cy i wzi­ąłem głębo­ki od­dech. To było ja­sne: ona nie na­le­ża­ła tu­taj. Nie do tej zie­mi, nie do pra­cy, nie do świa­ta, gdzie dzień za­czy­nał się o świ­cie, a ko­ńczył po zmro­ku.

Włączy­łem sil­nik i od­je­cha­łem, zde­ter­mi­no­wa­ny, żeby wy­rzu­cić nowo przy­by­łą z my­śli. Tyle że im da­lej by­łem od jej domu, tym bar­dziej się za­sta­na­wia­łem, jak szyb­ko jej się uda to wszyst­ko sprze­dać i kie­dy się wy­nie­sie.

Pod­je­cha­łem pod nie­wiel­ki bar, ten sam, w któ­rym wie­czo­ra­mi zbie­ra­ła się po­ło­wa mia­stecz­ka. Stał jak za­wsze nie­po­zor­ny, z szyl­dem, któ­ry pa­mi­ętał lep­sze cza­sy, i drzwia­mi skrzy­pi­ący­mi przy ka­żdym we­jściu. Za­trzy­ma­łem pick-upa, ale nie wy­sia­dłem. Sie­dzia­łem z dło­nią za­ci­śni­ętą na kie­row­ni­cy.

Coś w moim wnętrzu zo­sta­ło po­ru­szo­ne. Cho­le­ra, czu­łem się, jak­by ktoś po­ci­ągnął za ja­kiś za­ku­rzo­ny, za­po­mnia­ny sznu­rek. Mu­sia­łem ochło­nąć, za­nim wsze­dłem do środ­ka. Wbi­łem wzrok w szy­bę, pa­trząc na od­bi­cie swo­jej twa­rzy i pró­bu­jąc uda­wać, że nic się nie dzie­je. Wie­dzia­łem, że to kłam­stwo. To dziw­ne uczu­cie, któ­re się we mnie za­gnie­ździ­ło, nie chcia­ło dać spo­ko­ju. Zło­ści­ło mnie, że da­łem się wy­trącić z rów­no­wa­gi.

Po kil­ku mi­nu­tach z od­rętwie­nia wy­rwa­ło mnie gło­śne pu­ka­nie w szy­bę. Po­wo­li, z roz­my­słem, ob­ró­ci­łem gło­wę i zo­ba­czy­łem Bra­da. Oczy­wi­ście, że to mu­siał być on. Uchy­li­łem szy­bę, a on od razu we­pchnął swój łeb do środ­ka, i to z tym swo­im cwa­niac­kim uśmie­chem.

– Bry­ka tej ślicz­no­ści jest już na warsz­ta­cie. To po­dob­no wnucz­ka bab­ki Marg – rzu­cił to­nem, któ­ry od razu za­czął mnie uwie­rać.

– Po­dob­no – mruk­nąłem su­cho, na­wet na nie­go nie pa­trząc. – Przy­je­cha­ła wszyst­ko sprze­dać.

Brad zmarsz­czył brwi.

– Sprze­dać? Elo­ise twier­dzi coś in­ne­go.

Prych­nąłem i mi­mo­wol­nie za­ci­snąłem ręce. Nie cier­pia­łem tego – plo­tek, pó­łsłó­wek, ba­daw­czych spoj­rzeń, szep­tów po kątach.

– A co ona może wie­dzieć? – od­burk­nąłem z wy­ra­źną iry­ta­cją i otwo­rzy­łem drzwi moc­niej, niż trze­ba, aż tra­fi­łem nimi w bok kum­pla. Zro­bi­łem to spe­cjal­nie. Nie po­do­ba­ło mi się to jego dziw­ne, cie­kaw­skie spoj­rze­nie. Ani to, że w ogó­le po­ru­szył te­mat, o któ­rym wo­la­łbym nie my­śleć.

– Idziesz pić? – za­gad­nął, ma­su­jąc bio­dro. – Jest po­łud­nie.

– Idę na kawę – uci­ąłem i ru­szy­łem w stro­nę we­jścia.

Sły­sza­łem jego kro­ki tuż za sobą, bo jak zwy­kle nie po­tra­fił zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju. Otwo­rzy­łem drzwi baru i w środ­ku od razu po­czu­łem zna­jo­my ci­ężar spoj­rzeń. Kil­ka par oczu od­wró­ci­ło się w moją stro­nę, mie­rząc mnie z cie­ka­wo­ścią. To było małe mia­stecz­ko, więc to oczy­wi­ste, że ka­żdy wie­dział wszyst­ko, a jak nie wie­dział, to so­bie do­po­wie­dział.

Za ladą stał Gill. Po­le­ro­wał szklan­ki, choć bar­dziej wy­gląda­ło to na uda­wa­nie, że jest za­an­ga­żo­wa­ny w pra­cę. Usia­dłem na wy­so­kim sto­łku, po­wo­li od­su­wa­jąc go bu­tem. Brad oczy­wi­ście za­jął miej­sce obok, go­to­wy wier­cić mi dziu­rę w brzu­chu ko­lej­ny­mi py­ta­nia­mi.

– Ma­cie tu kawę? – za­cząłem, pa­trząc pro­sto w blat.

Gill par­sk­nął śmie­chem.

– W whi­sky ba­rze? Nie, sta­ry. Mogę na­lać ci pro­cen­tów, szyb­ciej po­sta­wią cię na nogi.

Pod­nio­słem wzrok, mru­żąc oczy. Wie­dział do­brze, jak jest.

– Nie piję – wy­ce­dzi­łem, już wy­star­cza­jąco zi­ry­to­wa­ny.

Nie ru­sza­łem al­ko­ho­lu od lat i ka­żdy, kto mnie znał, do­brze o tym wie­dział.

Gill unió­sł ręce w ge­ście pod­da­nia, uda­jąc skru­szo­ne­go.

– Żar­to­wa­łem, spo­koj­nie. Zro­bię ci kawę na za­ple­czu, bo za­raz za­czniesz mor­do­wać. – Po tych sło­wach znik­nął za drzwia­mi, zo­sta­wia­jąc nas sa­mych.

Brad od­wró­cił się w moją stro­nę i prze­szył mnie spoj­rze­niem.

– Co cię ugry­zło? – spy­tał. – Coś nie tak na far­mie?

Przez mo­ment mil­cza­łem, czu­jąc, jak we­wnątrz zno­wu za­ci­ska mi się coś w pier­si. Nie za­mie­rza­łem mu się spo­wia­dać.

– Po pro­stu chcę na­pić się kawy – od­pa­rłem chłod­no.

Przez ko­lej­ną go­dzi­nę sie­dzia­łem przy ba­rze i słu­cha­łem, jak wszy­scy wko­ło prze­ści­ga­ją się w spe­ku­la­cjach. Te­ma­tem nu­mer je­den była oczy­wi­ście ta iry­tu­jąca dzie­wu­cha, któ­ra zja­wi­ła się w She­ri­dan jak grom z ja­sne­go nie­ba. Jed­ni mó­wi­li, że na­praw­dę jest wnucz­ką Mar­ga­ret, inni, że to tyl­ko ja­kaś da­le­ka krew­na, a jesz­cze inni, że zwy­czaj­nie przy­je­cha­ła tu po to, żeby zgar­nąć, co się da, i od razu sprze­dać dom oraz tę budę, w któ­rej bab­ka sprze­da­wa­ła cia­sto.

Nie od­zy­wa­łem się, choć we­wnątrz sam sie­bie py­ta­łem, któ­ra wer­sja jest bar­dziej praw­do­po­dob­na. I, co gor­sza, któ­ra by mi pa­so­wa­ła. Wie­dzia­łem, że dziew­czy­na jest wnucz­ką Win­ters, ale nie zna­łem jej za­mia­rów.

– Sły­sza­łem, że to pan­na z No­we­go Jor­ku – wtrącił się Hank, sta­ry dziad, któ­ry spędzał wi­ęcej cza­su przy ba­rze niż w domu. – Ma dwa­dzie­ścia parę lat. Za mło­da na to wszyst­ko. – Po­kręcił gło­wą.

– Dwa­dzie­ścia parę? – prych­nąłem. – Smar­ku­la.

– Ty też by­łeś gów­nia­rzem w tym wie­ku – za­śmiał się Brad, stu­ka­jąc mnie łok­ciem w bok. – Nie uda­waj, że wte­dy nie mia­łeś głu­pot w gło­wie.

Rzu­ci­łem mu spoj­rze­nie, któ­re mia­ło go uci­szyć, ale jak zwy­kle nie za­dzia­ła­ło.

– Przy­je­żdża­ła tu co lato, jesz­cze za­nim bab­ka Marg zma­rła – do­rzu­ci­ła kel­ner­ka, któ­ra wła­śnie szła z tacą pe­łną szkla­nek. – Nie pa­mi­ęta­cie jej? Mała, z ku­cy­ka­mi, za­wsze bie­ga­ła za Mar­ga­ret jak cień.

– A ja my­śla­łem, że to była wnucz­ka jej ku­zyn­ki z Bo­ze­man – ode­zwał się inny fa­cet przy sto­li­ku. – No patrz, czło­wiek miesz­ka tu całe ży­cie, a i tak nie wie wszyst­kie­go.

Za­ci­snąłem pal­ce na kub­ku z kawą. Ta pa­pla­ni­na co­raz bar­dziej mnie iry­to­wa­ła, bo niby nikt nic nie wie­dział na pew­no, a jed­nak ka­żdy miał coś do po­wie­dze­nia. Plot­ki ro­sły jak kula śnie­gu.

– Jesz­cze usły­szy­my, że wy­szła za ja­kie­goś biz­nes­me­na w No­wym Jor­ku i przy­wio­zła go do Mon­ta­ny – za­żar­to­wał Hank, a resz­ta wy­buch­nęła śmie­chem.

– Nie ga­daj bzdur – par­sk­nęła Judy. – Elo­ise mó­wi­ła, że ją wi­dzia­ła. Była sama, a w po­bli­żu nie kręcił się ża­den mężczy­zna.

Brad prze­chy­lił się na sto­łku i spoj­rzał na mnie z uko­sa.

– Co o tym my­ślisz?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, sta­ra­jąc się wy­glądać na obo­jęt­ne­go, choć w środ­ku coś we mnie drgnęło.

– My­ślę, że nie prze­trwa tu dłu­go – oce­ni­łem twar­do. – Mon­ta­na nie jest miej­scem dla ta­kich jak ona.

– A może wła­śnie jest – od­po­wie­dzia­ła Judy, uno­sząc brew, za­nim wró­ci­ła za ladę.

Nie za­re­ago­wa­łem na ten ko­men­tarz. Nie chcia­łem dać im sa­tys­fak­cji, że co­kol­wiek mnie ob­cho­dzi, ale praw­da była inna. Choć uda­wa­łem, że te plot­ki spły­wa­ją po mnie jak deszcz po da­chu, to ka­żdy strzępek in­for­ma­cji ukła­dał mi się w gło­wie w ob­raz, któ­re­go nie po­tra­fi­łem prze­stać ana­li­zo­wać.

W ko­ńcu nie wy­trzy­ma­łem. Ode­pchnąłem od sie­bie pu­sty ku­bek po ka­wie, wsu­nąłem kil­ka bank­no­tów pod spodek i bez sło­wa ru­szy­łem do wy­jścia. Brad jesz­cze wo­łał coś za mną, ale nie mia­łem naj­mniej­szej ocho­ty da­lej słu­chać. Za dużo ga­da­nia, za mało sen­su.

Na ze­wnątrz ude­rzy­ło mnie chłod­niej­sze po­wie­trze. Wes­tchnąłem ci­ężko i przez chwi­lę sta­łem na pro­gu, z ręka­mi wci­śni­ęty­mi w kie­sze­nie. Czu­łem, że po­trze­bu­ję wró­cić do swo­jej prze­strze­ni, któ­rej nikt nie będzie za­pe­łniał głu­pi­mi py­ta­nia­mi ani spoj­rze­nia­mi.

Wsia­dłem do pick-upa, a gdy sil­nik za­war­czał zna­jo­mym dźwi­ękiem, od razu po­czu­łem uła­mek ulgi. Dro­ga do domu wio­dła przez roz­le­głe łąki, a im da­lej od mia­stecz­ka, tym ci­szej ro­bi­ło się w mo­jej gło­wie. Mi­ja­łem pa­stwi­ska, na któ­rych pa­sło się moje by­dło; czar­ne syl­wet­ki krów od­ci­na­ły się od zło­te­go świa­tła po­po­łud­nia. Ten wi­dok za­wsze mnie uspo­ka­jał. To był mój świat. Pro­sty, wy­ma­ga­jący, ale uczci­wy.

Gdy do­ta­rłem na far­mę, za­trzy­ma­łem auto przy sto­do­le, chwy­ci­łem ka­pe­lusz, któ­ry le­żał na de­sce roz­dziel­czej, i wy­sia­dłem. Po­wie­trze pach­nia­ło sia­nem, zie­mią i zwie­rzęta­mi. Duża ho­dow­la ozna­cza­ła dużo ci­ężkiej pra­cy, a ta z ko­lei była tym, co trzy­ma­ło mnie w ry­zach.

Pod­sze­dłem do ogro­dze­nia, opa­rłem się o drew­nia­ny słup i przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­łem sta­do. Kil­ka cie­ląt sku­bi­ących tra­wę, ma­syw­ne byki sto­jące w cie­niu, kro­wy spo­koj­nie prze­żu­wa­jące zie­le­ni­nę. To była co­dzien­no­ść, w któ­rej ro­zu­mia­łem ka­żdy szcze­gół. Tu­taj nikt nie roz­trząsał, kim kto jest i po co tu przy­je­chał. Nikt nie snuł do­my­słów, nie bu­rzył spo­ko­ju.

Przy­mknąłem po­wie­ki i po­wo­li wci­ągnąłem po­wie­trze w płu­ca. Po­wi­nie­nem czuć spo­kój, a jed­nak ob­raz tej dziew­czy­ny, roz­wi­chrzo­ne wło­sy i spoj­rze­nie pe­łne upo­ru usil­nie wra­ca­ły i wy­pro­wa­dza­ły mnie z rów­no­wa­gi. Im bar­dziej chcia­łem to od sie­bie od­su­nąć, tym wy­ra­źniej wi­dzia­łem ją przed ocza­mi.

– Cho­le­ra ja­sna – syk­nąłem pod no­sem i kop­nąłem w drew­nia­ny słup, aż pył po­sy­pał się z de­sek.

Pra­ca. Tyl­ko pra­ca mo­gła mi po­móc. Ru­szy­łem w stro­nę obo­ry, by spraw­dzić, czy cie­la­ki do­sta­ły już pa­szę. Nie mia­łem cza­su ani ocho­ty na bzdu­ry.

Wsze­dłem do środ­ka i od razu ude­rzył mnie zna­jo­my za­pach. Kil­ka cie­la­ków za­ry­cza­ło, gdy tyl­ko mnie zo­ba­czy­ły, do­kład­nie wie­dzia­ły, że zbli­ża się pora kar­mie­nia. Spraw­dzi­łem po­idła i prze­sze­dłem mi­ędzy koj­ca­mi. Moje dło­nie au­to­ma­tycz­nie wy­ko­ny­wa­ły ko­lej­ne czyn­no­ści: do­sy­pa­łem pa­szy, po­pra­wi­łem wi­ąza­nia, przyj­rza­łem się jed­ne­mu cie­la­ko­wi, któ­ry wy­glądał na osła­bio­ne­go. Wszyst­ko to ro­bi­łem w ci­szy, któ­rą prze­ry­wał tyl­ko po­mruk zwie­rząt i sze­lest sło­my pod bu­ta­mi.

Ta ci­sza była dla mnie ra­tun­kiem. Gdy zaj­mo­wa­łem się far­mą, świat na ze­wnątrz prze­sta­wał ist­nieć. Zwie­rzęta nie oce­nia­ły, nie za­da­wa­ły py­tań, były ufne i nie no­si­ły w so­bie zła.

Kie­dy sko­ńczy­łem pra­cę, wy­sze­dłem i opa­rłem się o fra­mu­gę drzwi, mru­żąc oczy od po­po­łu­dnio­we­go sło­ńca. Roz­ci­ąga­ły się przede mną akry mo­jej zie­mi, pa­stwi­ska, któ­re zna­łem jak wła­sną kie­szeń. Drew­nia­ne ogro­dze­nia ci­ągnęły się po ho­ry­zont, a na tle zie­le­ni po­ru­sza­ły się ci­ężkie, po­wol­ne syl­wet­ki mo­ich krów.

Było ich kil­ka­set. An­gus i he­re­for­dy, so­lid­ne by­dło mi­ęsne, moc­ne i od­por­ne, stwo­rzo­ne do ży­cia w Mon­ta­nie. Pa­sły się spo­koj­nie, nie zwra­ca­jąc na mnie uwa­gi. W ich ryt­mie nie było miej­sca na po­śpiech. Ta­kże mój ka­żdy dzień wy­glądał po­dob­nie: po­ran­ne kar­mie­nie, spraw­dza­nie ogro­dzeń, pra­ca przy ma­szy­nach, kon­tro­la sta­da. To była od­po­wie­dzial­no­ść, któ­ra nie po­zwa­la­ła mi na błędy.

Pod­sze­dłem bli­żej ogro­dze­nia i opa­rłem się o drew­nia­ną żer­dź. Pa­trzy­łem, jak je­den z by­ków stro­szy się przy dru­gim, po­ka­zu­jąc swo­ją prze­wa­gę. Ten wi­dok za­wsze mnie uspo­ka­jał i przy­po­mi­nał, że na­tu­ra rządzi się swo­imi pro­sty­mi za­sa­da­mi. Siła, cier­pli­wo­ść, prze­trwa­nie.

Zsu­nąłem ka­pe­lusz głębiej na oczy i prze­ta­rłem dło­nią kark. Far­ma była wszyst­kim, co mia­łem. Wszyst­kim, co zna­łem. Była moją dumą i moim wi­ęzie­niem za­ra­zem. Tu­taj nie było miej­sca na ka­pry­sy miej­skich pa­nie­nek, sen­ty­men­ty czy na wspo­mnie­nia, któ­re pró­bo­wa­ły za­ko­rze­nić się w gło­wie.

Nie było miej­sca na roz­pro­sze­nie…

Co­py­ri­ght © by A.P. MISTCo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: MOJE WY­DAW­NIC­TWO ISBN Pa­pier: 978-83-68837-35-3 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-36-0 ISBN Au­dio: 978-83-68837-37-7

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two