Coś mojego - A.P. Mist - ebook + audiobook

Coś mojego ebook i audiobook

A.P. Mist

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

June ma dość życia w pośpiechu wielkiego miasta, dlatego postanawia zrobić coś tylko dla siebie. Wyrusza do Montany, gdzie w małym miasteczku znajduje się stary lokal jej zmarłej babci, i zamierza otworzyć kawiarnię. Marzy o ciszy, spokoju i nowym początku.

Już pierwszego dnia jej plany stają pod znakiem zapytania, kiedy na pustej drodze łapie gumę, a jedyną osobą, która może jej pomóc, jest Grant. Starszy o piętnaście lat, milczący, uparty i zdecydowanie niechętny obcym. Jego spojrzenie potrafi zamrozić, a sposób, w jaki mówi, doprowadza June do szału.

Ona też działa mu na nerwy. Jest zbyt pewna siebie, zbyt zdeterminowana i zdecydowanie zbyt urocza, by można ją było zignorować. Każde ich spotkanie to iskry, słowne potyczki i złośliwe uwagi, za którymi kryje się coraz więcej ciekawości. A im bardziej próbują trzymać się od siebie z daleka, tym mocniej los splata ich drogi.

W surowym, pięknym krajobrazie Montany, między zapachem świeżo mielonej kawy i zielonych traw, June i Grant będą musieli odpowiedzieć sobie na pytanie: czy są wrogami, którzy nigdy się nie dogadają… czy może wbrew wszystkiemu potrafią stworzyć coś razem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 15 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Maciej MotylskiKlementyna Umer

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis Treści

1.Pro­log2.Roz­dział 13.Roz­dział 24.Roz­dział 3Co­py­ri­ght

Prolog

June

Cza­semczło­wiekdo­cho­dzido punk­tu, w któ­rym ka­żdy ko­lej­ny dzień wy­gląda do­kład­nie tak samo jak po­przed­ni. W moim przy­pad­ku to była co­dzien­no­ść: miesz­ka­nie z wi­do­kiem na ru­chli­wą uli­cę, ster­ty do­ku­men­tów na biur­ku i po­ran­ki za­czy­na­jące się od bie­gu przez prze­szko­dy w szpil­kach. Me­tro, te­le­fon, pra­ca, ma­ile, spo­tka­nia. Ci­ągła wal­ka o to, by być szyb­szą, lep­szą, bar­dziej wy­daj­ną. A kie­dy wie­czo­rem wra­ca­łam do domu, mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko, co na­praw­dę moje, zo­sta­ło ze mnie daw­no wy­ssa­ne.

– My­ślę, że wy­ja­dę stąd na sta­łe – po­wie­dzia­łam w ko­ńcu.

Bro­oke pod­nio­sła gło­wę znad te­le­fo­nu i spoj­rza­ła na mnie, jak­by usły­sza­ła coś ab­so­lut­nie ab­sur­dal­ne­go. Unio­sła brwi, a po­tem za­śmia­ła się krót­ko i z nie­do­wie­rza­niem.

– Słu­cham?

– Do Mon­ta­ny. – Prze­łk­nęłam śli­nę. – Do mia­stecz­ka, gdzie miesz­ka­ła bab­cia. Chcę otwo­rzyć ka­wiar­nię.

– Chy­ba po­stra­da­łaś zmy­sły. – Pa­trzy­ła na mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, jak­bym wła­śnie ogło­si­ła, że za­mie­rzam za­miesz­kać na Mar­sie. – Mon­ta­na? June, kto nor­mal­ny rzu­ca wszyst­ko i wy­je­żdża na ko­niec świa­ta, żeby otwo­rzyć ka­wiar­nię?

Sie­dzia­ły­śmy w na­szej ulu­bio­nej knajp­ce, przy tym sa­mym sto­li­ku, przy któ­rym od lat oma­wia­ły­śmy wszyst­kie mo­żli­we kry­zy­sy za­wo­do­we, mi­ło­sne, eg­zy­sten­cjal­ne. Za szy­bą gło­śno szu­mia­ło mia­sto. Klak­so­ny, znie­cier­pli­wio­ne gło­sy, stu­kot ob­ca­sów na chod­ni­ku. To tło, któ­re do­tąd było dla mnie na­tu­ral­ne, na­gle za­częło mnie przy­tła­czać.

– Ktoś, kto ma już dość – od­po­wie­dzia­łam ci­cho, wpa­tru­jąc się w chłod­ną kawę. – Dość wiecz­ne­go bie­gu i uda­wa­nia, że wszyst­ko jest tak, jak po­win­no. Chcę… – za­wa­ha­łam się, bo to brzmia­ło tak na­iw­nie – …spró­bo­wać żyć ina­czej. Mo­żli­we, że zwa­rio­wa­łam – przy­zna­łam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Ale pierw­szy raz od daw­na czu­ję, że na­praw­dę mu­szę coś zmie­nić.

– Zmie­nić? – Bro­oke od­sta­wi­ła swo­ją fi­li­żan­kę, stu­ka­jąc por­ce­la­ną o ta­le­rzyk. – June, lu­dzie zmie­nia­ją fry­zu­rę, ku­pu­ją nowe buty, ewen­tu­al­nie rzu­ca­ją nud­ną pra­cę. A ty? Ty za­mie­rzasz spa­ko­wać wa­liz­ki i prze­nie­ść się na ko­niec świa­ta, żeby… co? Pa­rzyć kawę?

– Nie tyl­ko pa­rzyć kawę. – W moim gło­sie za­brzmiał cień zło­ści. – Chcę stwo­rzyć coś swo­je­go. Miej­sce, w któ­rym lu­dzie będą się za­trzy­my­wać, a nie pędzić. Miej­sce, w któ­rym ja wresz­cie po­czu­ję, że od­dy­cham.

Bro­oke prze­wró­ci­ła ocza­mi.

– Słod­ka wi­zja, ale ty nie masz po­jęcia, co ro­bisz. Mon­ta­na to nie Nowy Jork. Tam nie ma two­ich zna­jo­mych, nie ma ga­le­rii, te­atrów, ca­łe­go tego ży­cia, któ­re ko­chasz. – Na­chy­li­ła się bli­żej. – Wy­trzy­masz tam ty­dzień, góra dwa, za­nim za­czniesz wa­rio­wać.

Jej sło­wa bo­la­ły, choć wie­dzia­łam, że pły­nęły z tro­ski. Wzi­ęłam głębo­ki od­dech, sta­ra­jąc się nie dać po­nie­ść emo­cjom.

– A może wła­śnie tego po­trze­bu­ję. Ci­szy. Pust­ki. Prze­strze­ni.

– Albo pró­bu­jesz uciec – od­pa­rła chłod­no. – Tak jak za­wsze, gdy robi się trud­no.

Za­ci­snęłam dło­nie na kub­ku. Jej sło­wa były jak cios, nie do ko­ńca nie­za­słu­żo­ny. Ile razy już obie­cy­wa­łam, że coś zmie­nię? Ile razy cho­wa­łam się za po­zo­ra­mi, za­miast sta­nąć twa­rzą w twarz z tym, co mnie bo­la­ło?

– Tym ra­zem to nie uciecz­ka – za­prze­czy­łam sta­now­czo. – Ro­bię coś dla sie­bie.

Bro­oke mil­cza­ła chwi­lę, wa­żąc moje sło­wa. Po­tem opa­rła pod­bró­dek na dło­ni i przy­gląda­ła mi się ba­daw­czo.

– Bądź szcze­ra – za­częła po­wo­li. – To przez nie­go, praw­da?

Za­ma­rłam.

– Bro­oke…

– Och, pro­szę cię. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – June, znam cię jak wła­sną kie­szeń. Nie po­ra­dzi­łaś so­bie z tym, że zdra­dził cię z fa­ce­tem.

Po­czu­łam, jak żo­łądek pod­cho­dzi mi do gar­dła. To jed­no zda­nie wy­star­czy­ło, że­bym znów tam była.

Pa­mi­ęta­łam ka­żdy szcze­gół tam­te­go wie­czo­ru. Zbyt żywy, zbyt bo­le­sny, żeby mó­wić o nim gło­śno. Deszcz lał jak z ce­bra, a ja prze­kli­na­łam swo­je szpil­ki, głu­pie, nowe, ku­pio­ne, żeby wy­glądać pro­fe­sjo­nal­nie. Klucz zgrzyt­nął w zam­ku, gdy prze­kręca­łam go zzi­ęb­ni­ęty­mi pal­ca­mi. W miesz­ka­niu było ja­sno, nie­na­tu­ral­nie ja­sno, jak na pó­źną go­dzi­nę.

Naj­pierw usły­sza­łam śmiech. Jego głos. Lek­ki, swo­bod­ny, ja­kie­go daw­no nie kie­ro­wał do mnie.

Sta­nęłam przed uchy­lo­ny­mi drzwia­mi sy­pial­ni. Za­trzy­ma­łam się, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co do­kład­nie sły­szę. Po­tem po­pchnęłam je bez za­sta­no­wie­nia.

Za­ma­rłam.

On. W łó­żku. Nie sam.

Mężczy­zna obok nie­go, pó­łna­gi, z ręką opar­tą o jego pie­rś. Obaj za­sty­gli, a po­tem zbyt gwa­łtow­nie się od sie­bie od­su­nęli, ale ten ob­raz zdążył się wy­pa­lić w mo­jej pa­mi­ęci.

Czu­łam, jak całe cia­ło od­ma­wia mi po­słu­sze­ństwa. Ra­mio­na ze­sztyw­nia­ły, nogi zro­bi­ły się jak z waty, żo­łądek zwi­nął się w bo­le­sny su­peł. Przez chwi­lę nie do­cie­ra­ło do mnie nic – ani ich spoj­rze­nia, ani to, że mój od­dech przy­spie­szył do gra­nic pa­ni­ki.

– June… – zwró­cił się do mnie, ale jego głos za­drżał.

Mo­głam za­py­tać, jak śmiał zro­bić mi coś ta­kie­go. Mo­głam krzy­czeć, pła­kać, szar­pać go, do­ma­gać się wy­ja­śnień. A jed­nak nie zro­bi­łam nic. Sta­łam tam z wra­że­niem, że pa­trzę na ob­cych lu­dzi we wła­snym miesz­ka­niu.

Po­tem coś w moim wnętrzu ru­nęło. Wy­bie­głam z miesz­ka­nia i za­trza­snęłam drzwi, choć nie pa­mi­ęta­łam, kie­dy się od­wró­ci­łam. Nogi same nio­sły mnie do wy­jścia.

Zna­la­złam się na ko­ry­ta­rzu, a za chwi­lę na chod­ni­ku. Deszcz ude­rzył mnie w twarz, mo­kre wło­sy przy­kle­iły się do skó­ry. Do­pie­ro tam po­zwo­li­łam so­bie na pierw­szy, urwa­ny od­dech, któ­ry za­mie­nił się w szloch. Nie pła­ka­łam z bólu, lecz po­czu­cia, że cały świat, któ­ry zna­łam, był zbu­do­wa­ny na kłam­stwie.

Kie­dy znów spoj­rza­łam na Bro­oke, jej twarz była po­wa­żna. Po­ło­ży­ła dłoń na mo­jej i wes­tchnęła.

– Mar­twię się o cie­bie, June.

– To nie przez nie­go – wy­szep­ta­łam.

– Na­praw­dę? – Jej brew unio­sła się py­ta­jąco. – Bo brzmi jak kla­sycz­ny po­wód, żeby prze­wró­cić swo­je ży­cie do góry no­ga­mi.

– Nie – po­wie­dzia­łam już pew­niej. – To, co się sta­ło, otwo­rzy­ło mi tyl­ko oczy. Po­ka­za­ło, że wszyst­ko, na czym bu­do­wa­łam swo­je ży­cie, było uda­wa­ne. Zwi­ązek. Pra­ca. To mia­sto. Na­wet ja sama.

Bro­oke spu­ści­ła wzrok, ba­wi­ła się ły­żecz­ką, a po­tem ko­lej­ny raz wes­tchnęła.

– Je­steś nie­mo­żli­wa – mruk­nęła, a w jej gło­sie było zmie­sza­nie tro­ski i re­zy­gna­cji. – Upar­ta jak osioł.

– Wiem. – Uśmiech­nęłam się bla­do. – Ale tym ra­zem ta upar­to­ść jest wszyst­kim, co mam.

Przy­ja­ció­łka po­trząsnęła gło­wą.

– I co ja mam z tobą zro­bić? – za­py­ta­ła pół żar­tem, pół se­rio. – Chy­ba tyl­ko spa­ko­wać cię w kar­ton i wy­słać do tej Mon­ta­ny.

Par­sk­nęłam śmie­chem przez łzy, któ­re pa­li­ły mnie pod po­wie­ka­mi. Bro­oke wes­tchnęła raz jesz­cze i po­da­ła mi swo­ją dłoń przez sto­lik.

– Do­bra. Je­śli na­praw­dę to zro­bisz, je­śli na­praw­dę wy­je­dziesz… będę przy­je­żdżać. Cho­ćbyś zna­la­zła się na ko­ńcu świa­ta, ja za­wsze będę dla cie­bie, moja Iskier­ko.

Ści­snęłam moc­no jej pal­ce.

– Wiem.

W tym mo­men­cie po­czu­łam, że de­cy­zja za­pa­dła na­praw­dę.

Bro­oke pu­ści­ła moją dłoń, a po­tem na jej ustach po­ja­wił się chy­try uśmiech.

– Wiesz, June… Ko­cham cię, ale nie masz bla­de­go po­jęcia, w co się pa­ku­jesz. Mon­ta­na. – Roz­ło­ży­ła ręce te­atral­nym ge­stem. – To nie jest se­rial o ma­łym mia­stecz­ku, gdzie ka­żdy wy­gląda jak ak­tor z Hol­ly­wo­od. Tam są kro­wy. Dużo krów.

– Wiem, że są kro­wy. – Prych­nęłam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

– I trak­to­rzy­ści – do­da­ła z uda­wa­ną po­wa­gą. – Wiesz, tacy w ko­szu­lach w kra­tę, któ­rzy śmier­dzą sia­nem, staj­nią i roz­ma­wia­ją z ma­szy­na­mi rol­ni­czy­mi częściej niż z lu­dźmi.

– Fan­ta­stycz­nie. – Uśmiech­nęłam się bla­do. – Już wi­dzę sie­bie, jak wy­cho­dzę za mąż za lo­kal­ne­go ho­dow­cę by­dła.

– Albo sko­ńczysz jako „ta dzi­wacz­ka z mia­sta”, któ­ra pa­rzy hip­ster­ską kawę i pró­bu­je uczyć miej­sco­wych, co to jest lat­te z owsia­nym mle­kiem. – Bro­oke z tru­dem po­wstrzy­ma­ła śmiech. – Mogę ci już te­raz na­pi­sać je­den przy­kła­do­wy na­głó­wek lo­kal­nej ga­ze­ty: „Nowa w mia­stecz­ku pró­bu­je za­stąpić kawę z ter­mo­su ja­ki­mś wy­na­laz­kiem. Skan­dal!”.

– Dzi­ęki, na­praw­dę wspie­rasz moje ma­rze­nia.

– Wspie­ram! – Unio­sła ręce w obron­nym ge­ście. – Tyl­ko sta­ram się przy­go­to­wać cię psy­chicz­nie. – Na­chy­li­ła się, a w jej oczach za­ta­ńczy­ły iskier­ki roz­ba­wie­nia. – A poza tym… kto wie. Może znaj­dziesz tam swo­je­go far­me­ra z fil­mów? Ta­kie­go, któ­ry o świ­cie je­dzie kon­no na pole, z ręka­wa­mi pod­wi­ni­ęty­mi do łok­ci i spoj­rze­niem typu „nie za­dzie­raj ze mną, mała”.

Za­ru­mie­ni­łam się, choć pró­bo­wa­łam to ukryć za kub­kiem kawy.

– Oglądasz za dużo fil­mów ro­man­tycz­nych.

– Mo­żli­we – przy­zna­ła. – Ale nie wmó­wisz mi, że nie wy­obra­zi­łaś so­bie wła­śnie sce­ny, w któ­rej ten far­mer bez ko­szu­li na­pra­wia płot, a ty sto­isz obok w kwie­ci­stej su­kien­ce. Masz kwie­ci­stą su­kien­kę? Mu­sisz ko­niecz­nie ku­pić.

Po­kręci­łam gło­wą i stwier­dzi­łam bez za­wa­ha­nia:

– Ty je­steś nie­mo­żli­wa.

– Wiem – od­pa­rła z dumą. – I wła­śnie dla­te­go będziesz za mną tęsk­nić.

Jej dow­cip­ne tek­sty roz­lu­źni­ły at­mos­fe­rę, ale w środ­ku i tak czu­łam ci­ężar tej de­cy­zji. Choć żar­to­wa­ły­śmy o kro­wach, trak­to­rach i far­me­rach, wie­dzia­łam, że przede mną coś znacz­nie po­wa­żniej­sze­go niż sie­lan­ko­we ob­raz­ki. I że nie będzie już od­wro­tu.

Bro­oke jesz­cze przez kil­ka mi­nut roz­ta­cza­ła wi­zje mo­je­go no­we­go ży­cia, od na­uki do­je­nia krów po ro­mans z przy­stoj­nym kow­bo­jem, któ­ry co­dzien­nie przy­cho­dzi­łby do mnie na cap­puc­ci­no. Śmia­łam się, ale w środ­ku czu­łam co­raz sil­niej, że to wszyst­ko tyl­ko przy­kryw­ka dla na­szej oba­wy – że ta de­cy­zja zmie­ni mnie na za­wsze.

Kie­dy wresz­cie się po­że­gna­ły­śmy i wy­szłam na chłod­ne po­wie­trze, za­trzy­ma­łam się na mo­ment na chod­ni­ku. Świa­tło neo­nów od­bi­ja­ło się w ka­łu­żach, a gdzieś w od­da­li za­wy­ła sy­re­na. Mia­sto tęt­ni­ło nie­ustan­nym ryt­mem, któ­ry jesz­cze do nie­daw­na był moim ryt­mem. A te­raz? Czu­łam, że już nie przy­na­le­żę do tego miej­sca.

Wci­ągnęłam głębo­ko po­wie­trze, aż za­bo­la­ło. Jadę tam po spo­kój, po­wta­rza­łam so­bie w my­ślach. Po ci­szę. Po nowe ży­cie, w któ­rym nikt mnie nie zra­ni. Nie jadę dla lu­dzi. Dla sie­bie. To będzie tyl­ko moje.

By­łam tego pew­na.

Rozdział 1

Grant

–Japier­do­lę– mruk­nąłem z nie­za­do­wo­le­niem pod no­sem, wi­dząc przed sobą krwi­sto­czer­wo­ny wóz po­sta­wio­ny w po­przek jezd­ni i ska­czącą wo­kół nie­go bia­łą krop­kę. Dziec­ko. Na­sto­lat­kę. Cho­le­ra, ko­bie­tę.

Za­ci­snąłem szczęki, przez co za­zgrzy­ta­łem zęba­mi, po czym de­li­kat­nie na­ci­snąłem ha­mu­lec. Nie chcia­łem uszko­dzić swo­je­go truc­ka, kie­dy będę ta­ra­no­wał czer­wo­ne pu­de­łko i ta­ńczące przy nim stwo­rze­nie.

Nie, nie mo­głem tego zro­bić, choć ku­rew­sko ku­si­ło.

Cho­le­ra, dla­cze­go mat­ka wpo­iła mi te całe pie­przo­ne po­czu­cie obo­wi­ąz­ku wo­bec słab­szych?! Mó­głbym po pro­stu prze­je­chać obok i zi­gno­ro­wać dziew­czy­nę. Nie mia­łem cza­su na ra­to­wa­nie ni­ko­go z opre­sji, bo by­łem umó­wio­ny z kimś od zma­rłej Win­ters.

By­łem za­sko­czo­ny, kie­dy otrzy­ma­łem ma­ila od ja­kie­goś June’a z in­for­ma­cją, że zgło­si się po klu­cze. Tyl­ko nie­ofi­cjal­nie sta­łem się opie­ku­nem sta­re­go domu bab­ki Marg i wszyst­kie­go, co po so­bie zo­sta­wi­ła, kie­dy zma­rła. Spad­ko­bier­ca mu­siał być do­sko­na­le po­in­for­mo­wa­ny, gdzie szu­kać w ra­zie chęci ob­jęcia spad­ku. Tyl­ko dla­cze­go nie po­ja­wił się wcze­śniej? Prze­cież Win­ters nie żyje od pi­ęciu lat. Przez ten czas nikt się tu­taj nie po­fa­ty­go­wał ani nią nie in­te­re­so­wał. Nie wiem na­wet, czy ktoś z ro­dzi­ny był na po­grze­bie.

Omi­nąłem sto­jące na środ­ku dro­gi auto i nie­chęt­nie za­trzy­ma­łem się na po­bo­czu. Zer­k­nąłem w lu­ster­ko, ale nie za­uwa­ży­łem dziew­czy­ny, któ­ra jesz­cze przed chwi­lą cho­dzi­ła wo­kół wozu.

– Po­mo­że mi pan? – usły­sza­łem po mo­jej le­wej, ale nie od­wró­ci­łem gło­wy. – Chy­ba zła­pa­łam gumę. Wiem, że to brzmi ba­nal­nie. No wie pan, pa­niu­sia po­środ­ku ni­cze­go po­trze­bu­je ra­tun­ku, ale… no wła­śnie tak. Po­trze­bu­ję ry­ce­rza. Co praw­da nie je­dzie pan na bia­łym ru­ma­ku, ale bia­ły pick-up też jest ni­cze­go so­bie, a ja…

– Chry­ste, mo­żesz się za­mknąć? – jęk­nąłem i w ko­ńcu od­wró­ci­łem się w kie­run­ku wkur­wia­jących dźwi­ęków.

Wi­dok był zde­cy­do­wa­nie mniej iry­tu­jący, bo dziew­czy­na była… pi­ęk­na. Cho­ler­nie pi­ęk­na. Na­tu­ral­na, świe­ża. Jej skó­ra była ja­sna, roz­świe­tlo­na, a brązo­we, gęste wło­sy, opa­da­ły jej na ra­mio­na w mi­ęk­kich fa­lach. Mia­ła w so­bie coś mło­dzie­ńcze­go, nie­wy­mu­szo­ne­go, ale jed­no­cze­śnie ema­no­wa­ła pew­no­ścią sie­bie. Smu­kła ta­lia, bio­dra ko­bie­ce i pe­łne, a nogi… Dłu­gie, cho­le­ra ja­sna, i jesz­cze pod­kre­ślo­ne przez wy­so­kie ob­ca­sy, któ­re kom­plet­nie nie pa­so­wa­ły do tego miej­sca.

Za­ci­snąłem szczęki i dło­nie na kie­row­ni­cy, pró­bu­jąc od­go­nić nie­chcia­ne mro­wie­nie w lędźwiach. Niech to dia­bli, czy na­praw­dę ja­kaś obca ko­bie­ta ro­bi­ła na mnie nie­zdro­we wra­że­nie? Praw­da była taka, że za dłu­go nie mia­łem pod sobą żad­nej ko­bie­ty. Ani na so­bie, ani… kur­wa, za­czy­na­ło mi od­wa­lać. Nie­zna­jo­ma wy­gląda­ła jak z in­ne­go świa­ta, wpa­ko­wa­na w bia­ły, ele­ganc­ki kom­bi­ne­zon, któ­ry przy­le­gał do niej tak, że chcia­łem od­wró­cić wzrok, by nie my­śleć o tym, co ukry­wa.

Kto, u dia­bła, nosi taki strój w Mon­ta­nie? Kil­ka mil od mia­stecz­ka pe­łne­go farm, by­dła i bło­ta. Iry­to­wa­ło mnie to. Iry­to­wa­ło, że ktoś tak nie­pa­su­jący do tego miej­sca spra­wia, że dzie­je się ze mną coś nie­po­ko­jące­go. I naj­bar­dziej iry­to­wa­ło to, że nie mo­głem prze­stać na tego ko­goś pa­trzeć.

– Pan wy­ba­czy, ale ja za­wsze dużo mó­wię, kie­dy się de­ner­wu­ję, a je­stem umó­wio­na, a pó­źniej cze­ka mnie jesz­cze na pew­no dużo pra­cy, sprząta­nie i…

– Stop! Będziesz w ko­ńcu ci­cho?

– Och… Okej. – Dziew­czy­na spo­chmur­nia­ła i spu­ści­ła gło­wę, po czym od­su­nęła się od drzwi mo­je­go auta.

– Za ja­kie, kur­wa, grze­chy? – sap­nąłem do sie­bie.

Prze­mie­li­łem pod no­sem ko­lej­ną se­rię prze­kle­ństw i wy­sia­dłem, po czym igno­ru­jąc nie­wy­so­ką bru­net­kę, pod­sze­dłem do jej sa­mo­cho­du. Rze­czy­wi­ście zła­pa­ła gumę, ale nie to było nie­po­ko­jące. Spod ma­ski wy­do­by­wa­ła się para, a to ozna­cza­ło coś znacz­nie gor­sze­go – wy­sia­dła chłod­ni­ca.

– Po­trze­bu­jesz po­mo­cy dro­go­wej – mruk­nąłem.

– Och, no tak – bąk­nęła i sta­nęła tak bli­sko mnie, że czu­łem przez ubra­nie bi­jące od niej cie­pło.

– Prze­pchnie­my go na po­bo­cze – za­de­cy­do­wa­łem, kie­dy do­strze­głem zbli­ża­jące się sa­mo­cho­dy, i się od­su­nąłem. – Wy­mia­na opo­ny i tak ci nie po­mo­że, bo pod ma­ską się go­tu­je.

– Fa­cet w wy­po­ży­czal­ni mó­wił, że to jego naj­lep­szy wóz. Szar­la­tan – rzu­ci­ła gniew­nie i kop­nęła w prze­bi­tą opo­nę. – Cho­le­ra! – jęk­nęła i zła­pa­ła mnie za rękaw ko­szu­li. Od­ru­cho­wo chwy­ci­łem ją, chro­ni­ąc przed upad­kiem, nie wie­dząc tak na­praw­dę, co się dzie­je.

– Uwa­żaj – wy­ce­dzi­łem.

– Zła­ma­łam ob­cas!

– Ty­po­we – prych­nąłem i ją pu­ści­łem, mimo wszyst­ko upew­niw­szy się, że nie stra­ci rów­no­wa­gi.

– Hay­es! – Usły­sza­łem głos Bra­dleya. – Co jest?

Od­wró­ci­łem się do nie­go i wzru­szy­łem nie­dba­le ra­mie­niem.

– Po­móż mi prze­pchnąć tego gra­ta na po­bo­cze.

– To two­je? Prze­sia­dłeś się na miej­skie sa­mo­cho­dzi­ki? – za­kpił Brad, a wte­dy zza mo­ich ple­ców wy­ło­ni­ła się ta mała, bia­ła krop­ka. – Usza­no­wa­nie, pi­ęk­na pani! – zwró­cił się do niej.

– Dzień do­bry – od­po­wie­dzia­ła. – Po­mo­że­cie mi? Je­stem już spó­źnio­na.

– Z roz­ko­szą – od­pa­rł i kiw­nął na mnie.

Z tru­dem po­wstrzy­ma­łem się przed prze­wró­ce­niem ocza­mi, kie­dy za­uwa­ży­łem, z ja­kim za­cie­ka­wie­niem i dziw­nym pod­eks­cy­to­wa­niem pa­trzył na dziew­czy­nę. Po nie­dłu­gim cza­sie jej sa­mo­chód stał już w bez­piecz­nym miej­scu. Pró­bo­wa­łem do­dzwo­nić się do warsz­ta­tu, skąd przy­je­cha­li­by la­we­tą, ale nikt nie od­bie­rał.

– Wsia­daj – na­ka­za­łem i kiw­nąłem gło­wą w stro­nę mo­je­go pick-upa. – Pod­wio­zę cię do naj­bli­ższe­go mia­stecz­ka, pó­źniej mu­sisz ra­dzić so­bie sama.

– A jak na­zy­wa się naj­bli­ższe mias…

– She­ri­dan – wsze­dłem jej w zda­nie.

– Cu­dow­nie! Wła­śnie tam mu­szę się do­stać!

Za­kla­ska­ła i ru­szy­ła ko­śla­wym kro­kiem do swo­je­go auta. Otwo­rzy­ła ba­ga­żnik i za­częła wyj­mo­wać z nie­go wa­liz­ki i tor­by.

Obok mnie sta­nął Brad i trącił mnie łok­ciem.

– Co to za la­ska?

– Wiem tyle, co ty. Może ja­kaś tu­ryst­ka. Ge­ne­ral­nie mam to w du­pie.

– Ale po­ma­gasz jej.

– Sta­ła po­środ­ku dro­gi – stwier­dzi­łem obo­jęt­nie. – Wstrzy­my­wa­ła ruch.

– Mogę ją za­wie­źć na miej­sce, a ty weź jej ba­ga­że – za­pro­po­no­wał.

– Nie. – Zmru­ży­łem oczy i ru­szy­łem w stro­nę dziew­czy­ny, żeby wrzu­cić jej rze­czy na pakę.

Bra­dley po­że­gnał się mruk­ni­ęciem i od­je­chał. Wie­dział, że nie war­to wcho­dzić ze mną w dys­ku­sje.

– Nie wiem, jak panu dzi­ęko­wać. Może da się pan za­pro­sić na kawę? Oczy­wi­ście jak już będę mo­gła ją przy­go­to­wać. No wie pan, ja…

– Wsia­daj – prze­rwa­łem jej ko­lej­ny atak pa­pla­ni­ny. – Nie mam cza­su na głu­pie pier­do­le­nie.

Za­ci­snęła usta i zmru­ży­ła te ab­sur­dal­nie błysz­czące, sar­nie oczy, po czym w ko­ńcu za­jęła miej­sce.

– Mo­głem cię jed­nak tu zo­sta­wić. Albo roz­je­chać – wy­ce­dzi­łem, bo by­łem pe­wien, że ta ko­bie­ta przy­nie­sie ja­kieś kło­po­ty.

Wrzu­ci­łem jej ko­lo­ro­we wa­liz­ki na pakę i wsia­dłem do sa­mo­cho­du. Ru­szy­łem bez sło­wa i za­ci­snąłem moc­niej pal­ce na kie­row­ni­cy. Czu­łem, że moja nie­chcia­na pa­sa­żer­ka za­raz wy­buch­nie i znów za­le­je mnie sło­wo­to­kiem, ale sta­ra­łem się ją igno­ro­wać. By­ło­by to ła­twiej­sze, gdy­by nie ten wkur­wia­jąco słod­ki za­pach i prze­dziw­ne uczu­cie, któ­re mro­wi­ło pod skó­rą.

– Do­kąd? – za­py­ta­łem, kie­dy mi­nęli­śmy ta­bli­cę in­for­mu­jącą, że je­ste­śmy w She­ri­dan, a ona na­dal się nie od­zy­wa­ła.

– Pro­szę zo­sta­wić mnie w cen­trum – wy­du­si­ła z wy­ra­źnie wy­mu­szo­ną sło­dy­czą.

– Cen­trum? My­ślisz, że jest tu ja­kieś cen­trum? Co naj­wy­żej śro­dek miej­sco­wo­ści.

Dziew­czy­na za­częła szpe­rać w to­reb­ce. Po chwi­li zna­la­zła tam ja­kąś po­mi­ętą kart­kę.

– Mu­szę się do­stać tu­taj, je­śli to nie pro­blem – rze­kła z po­wa­gą. – Na Wil­low Lane.

Za­trzy­ma­łem wóz i kiw­nąłem gło­wą. Do­brze się skła­da­ło, bo ja rów­nież mia­łem spo­tka­nie w tym miej­scu.

– Nie wiem, cze­go szu­kasz, ale nie ma tu żad­nych atrak­cji dla miesz­czu­chów, więc…

Nie zdąży­łem do­ko­ńczyć, bo dziew­czy­na wci­snęła mi w dłoń kil­ka bank­no­tów, po czym wy­sia­dła.

– Dzi­ęku­ję za po­moc, gbu­rze! – za­wo­ła­ła i za­częła sama zdej­mo­wać swój ba­gaż.

Kie­dy i ja wy­sia­dłem, trzy­ma­ła w ręce ostat­nią tor­bę i pa­trzy­ła na mnie z za­ci­ętą miną.

– Jak mnie na­zwa­łaś?

– Masz na my­śli to, co już po­wie­dzia­łam, czy może wszyst­kie epi­te­ty, któ­re jesz­cze nie zo­sta­ły wy­po­wie­dzia­ne? By­łam pew­na, że znaj­du­ję się w cy­wi­li­zo­wa­nym miej­scu, ale cie­bie, lo­do­wy kró­lu, naj­wy­ra­źniej wy­cho­wy­wa­ły kro­wy. Cho­ciaż one mają chy­ba wi­ęcej kul­tu­ry.

– Słu­cham?!

– Nie dość, że cham, to jesz­cze głu­chy?

– Co cię ugry­zło?

– Sły­sza­łam, co mó­wi­łeś, za­nim wy­sia­dłeś. Sły­sza­łam też, co po­wie­dzia­łeś, za­nim ja wsia­dłam do two­je­go cho­ler­ne­go sa­mo­cho­du. Masz ra­cję, trze­ba było mnie tam zo­sta­wić. Do wi­dze­nia! Nie! Mam na­dzie­ję, że nie! – Uło­ży­ła tor­by na wa­liz­kach, a po chwi­li za­częła je ci­ągnąć po bru­ku.

– Świet­nie. Też mam na­dzie­ję, że już się nie spo­tka­my – burk­nąłem i wró­ci­łem do auta, by wy­jąć ze schow­ka pa­pie­ry i klu­cze.

Wście­kła dziew­czy­na znik­nęła z za­si­ęgu mo­je­go wzro­ku, a ja ru­szy­łem w stro­nę domu bab­ki Marg.

Ma­rzy­łem o ka­wie, a mój eks­pres po­sta­no­wił wy­zio­nąć du­cha aku­rat dzi­siaj. Chy­ba wła­śnie z tego wy­ni­ka­ło moje roz­dra­żnie­nie. Bez kawy było mi ci­ężko nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. Awer­sję do lu­dzi mia­łem jed­nak za­wsze.

Kie­dy zbli­ży­łem się do po­se­sji, ro­zej­rza­łem się w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś ob­ce­go wozu i go­ścia, któ­ry się ze mną kon­tak­to­wał. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, po we­ran­dzie prze­cha­dza­ła się… ona. Dziew­czy­na, któ­rą przy­wio­złem do mia­stecz­ka.

– Cze­go tu szu­kasz? – zwró­ci­łem się do niej do­no­śnym gło­sem, kie­dy za­częła na­ci­skać klam­kę lo­ka­lu, w któ­rym Win­ters sprze­da­wa­ła wy­ro­by cu­kier­ni­cze.

Przy­bysz­ka się wzdry­gnęła i za­pisz­cza­ła, po czym od­wró­ci­ła się do mnie przo­dem.

– Ja?

– A wi­dzisz tu ko­goś in­ne­go?

– Ra­czej to ja po­win­nam za­py­tać, cze­go ty tu­taj szu­kasz – prych­nęła i po­de­szła do mnie chwiej­nym kro­kiem. W dło­ni trzy­ma­ła ob­cas.

– Zmia­taj stąd i mi nie prze­szka­dzaj. Cze­kam na wła­ści­cie­la – od­pa­rłem lek­ce­wa­żąco.

Wte­dy jej gład­kie po­licz­ki za­ró­żo­wi­ły się jesz­cze bar­dziej. Za­mru­ga­ła ener­gicz­nie i roz­chy­li­ła pe­łne war­gi.

– Wła­ści­cie­la?

– Nie in­te­re­suj się.

– Ja je­stem wła­ści­ciel­ką tego domu i cu­kier­ni. Na­zy­wam się June Win­ters.

Rozdział 2

June

Nie­ocze­ki­wa­niezna­la­złamsięw środ­ku sce­ny ro­dem z hisz­pa­ńskiej cor­ri­dy. Z tą ró­żni­cą, że na­prze­ciw­ko mnie nie stał roz­ju­szo­ny byk, lecz wście­kły mężczy­zna, któ­ry z ja­kie­goś po­wo­du da­wał so­bie pra­wo, by mnie stąd wy­rzu­cić. A ra­czej pró­bo­wać to zro­bić.

– To ja­kiś pie­przo­ny żart? – za­py­tał lo­do­wa­tym to­nem, a ja mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko wo­kół rze­czy­wi­ście za­ma­rza pod jego wpły­wem.

– Nie. Kon­tak­to­wa­łam się ma­ilo­wo z czło­wie­kiem, któ­ry po­noć opie­ku­je się do­mem Mar­ga­ret Win­ters, mo­jej bab­ci. Je­śli to ty, to mam naj­wi­ęk­sze­go pe­cha w ży­ciu.

Nie mo­głam so­bie po­da­ro­wać ja­do­wi­te­go tonu.

– Nie mo­żesz być z nią spo­krew­nio­na. Nie było cię na po­grze­bie. Nie in­te­re­so­wa­łaś się nią i jej nie od­wie­dza­łaś. Je­steś ja­kąś na­ci­ągacz­ką? Jak mam niby uwie­rzyć, że…

– Moja bab­cia zma­rła na za­wał – wtrąci­łam. – Pięć lat temu. Do­kład­nie dwa dni po tym, jak do­wie­dzia­ła się, że… – Prze­rwa­łam i spoj­rza­łam mu w oczy. – Nie mu­szę się tłu­ma­czyć. Mogę ewen­tu­al­nie po­ka­zać do­ku­ment dla po­świad­cze­nia, że rze­czy­wi­ście je­stem tym, za kogo się po­da­ję. Nic wi­ęcej nie po­win­no pana in­te­re­so­wać.

– Wo­bec tego udo­wod­nij – upie­rał się typ.

Z wes­tchnie­niem wy­jęłam do­ku­men­ty z to­reb­ki. By­łam zmęczo­na i głod­na, a w mo­ich pla­nach na pew­no nie po­ja­wia­ła się bez­sen­sow­na wal­ka z ja­ki­mś nadętym dup­kiem w kra­cia­stej ko­szu­li. Bro­oke mia­ła ra­cję – de­cy­zja, by tu przy­je­chać i pró­bo­wać za­cząć żyć od nowa, była ab­sur­dem. Nie nada­wa­łam się do tego, a lo­do­wa­te spoj­rze­nie, któ­rym ob­rzu­cał mnie nie­zna­jo­my, tyl­ko mnie w tym utwier­dza­ło.

Nie­chęt­nie po­da­łam mu do­wód, a on uwa­żnie prze­śle­dził go z ka­żdej stro­ny.

– Znam two­ich ro­dzi­ców – burk­nął i od­dał mi go. Pó­źniej wci­snął mi w ręce pęk klu­czy i po­sza­rza­łą tecz­kę, po czym tak po pro­stu ucie­kł ni­czym ra­żo­ny prądem.

To mo­żli­we, że znał mamę i tatę. Mama, za­nim po­ja­wi­łam się na świe­cie, była na­uczy­ciel­ką w miej­sco­wej szko­le. Tata z ko­lei pra­co­wał w trans­por­cie. Tak przy­naj­mniej opo­wia­da­li, kie­dy jesz­cze żyli.

Od­ru­cho­wo prze­su­nęłam dło­nią po kar­ku, na któ­rym mia­łam gru­bą bli­znę. Na wspo­mnie­nie mi­nio­nych bez­pow­rot­nie lat po­czu­łam smu­tek. Sta­łam po­środ­ku nie­wiel­kie­go skraw­ka zie­le­ni, pa­trzy­łam w prze­strzeń, w któ­rej znik­nęły sze­ro­kie ple­cy kró­la lodu, i za­miast od­czu­wać eks­cy­ta­cję przed no­wym po­cząt­kiem, opa­no­wa­ły mnie re­zy­gna­cja i zwąt­pie­nie.

Co, je­śli ro­dzi­ce wy­je­cha­li stąd wła­śnie dla­te­go, że kom­plet­nie nie nada­wa­li się do ży­cia w ta­kim miej­scu? Pew­nie mam to w ge­nach i oka­żę się ty­po­wym miesz­czu­chem. Uto­pię się w bło­cie, zej­dzie la­wi­na, któ­ra przy­sy­pie aku­rat mnie, albo na­pad­nie mnie ja­kaś kro­wa. Zdep­cze, a pó­źniej zo­sta­wi swój kro­wi pla­cek na mo­ich zwło­kach.

– Ale je­stem głu­pia – stwier­dzi­łam z wes­tchnie­niem.

– Dzień do­bry, ślicz­not­ko! – usły­sza­łam gdzieś po le­wej stro­nie. – Szu­kasz ko­goś? Marg nie żyje od kil­ku lat, więc… – Star­sza ko­bie­ta za­mil­kła, kie­dy od­wró­ci­łam się do niej przo­dem. – Niech mnie góra przy­gnie­cie! Ty je­steś ma­le­ńka June!

Za­mru­ga­łam i zmru­ży­łam oczy, bo po spo­tka­niu z tym ja­ski­niow­cem mój or­ga­nizm dzia­łał in­stynk­tow­nie i z pe­łną czuj­no­ścią.

– Skąd pani wie? – za­py­ta­łam zdez­o­rien­to­wa­na, ale z wy­ra­źną po­dejrz­li­wo­ścią.

– Och, ja wiem o to­bie wszyst­ko, ko­cha­nie. Przy­ja­źni­łam się z Mar­ga­ret. Je­steś do niej tak po­dob­na… Ona też była pi­ęk­na. I te oczy, ma­cie iden­tycz­ne oczy, June.

– Ja prze­pra­szam, ale…

– Nie, to ja prze­pra­szam – wtrąci­ła, za­nim zdąży­łam do­ko­ńczyć myśl, i po­de­szła bli­żej.

Ko­bie­ta mo­gła mieć ja­kieś sie­dem­dzie­si­ąt lat, co czy­ni­ło­by ją rów­no­lat­ką z moją zma­rłą bab­cią. Pa­trzy­ła na mnie cie­pło, z dziw­ną eks­cy­ta­cją i czy­mś, cze­go nie po­tra­fi­łam roz­szy­fro­wać.

– Je­stem Elo­ise – przed­sta­wi­ła się, a we mnie ude­rzy­ło zro­zu­mie­nie.

Kie­dyś, gdy roz­ma­wia­łam z bab­cią przez te­le­fon, pa­dło to imię. Ujęłam dłoń ko­bie­ty i uśmiech­nęłam się ser­decz­nie.

– June.

– Przy­kro mi z po­wo­du tra­ge­dii, któ­ra cię do­tknęła. Na pew­no nie jest ci ła­two żyć w sa­mot­no­ści. Do­brze, że zde­cy­do­wa­łaś się tu przy­je­chać.

– S-słu­cham?

– No, bo chy­ba nie pla­nu­jesz jed­nak sprze­dać domu i cu­kier­ni? Sta­ra­li­śmy się dbać o wszyst­ko, ale wnętrza wy­ma­ga­ją re­mon­tu. My­ślę, że to wła­śnie jest two­je miej­sce.

– Moje?

– Oczy­wi­ście, prze­cież ka­żdy musi mieć coś swo­je­go. Cho­ćby miał to być nie­wiel­ki do­mek i lo­kal ze słod­ko­ścia­mi – mó­wi­ła cie­pło, a jej oczy błysz­cza­ły z eks­cy­ta­cji. – Gdy­byś cze­goś po­trze­bo­wa­ła, wy­star­czy, że po­wiesz, a ka­żdy ci po­mo­że – do­da­ła.

– Nie ka­żdy – mruk­nęłam pod no­sem, choć w grun­cie rze­czy to nie była praw­da. Ten gbur, choć nie­chęt­nie i z nie­przy­jem­ny­mi ko­men­ta­rza­mi, po­mó­gł mi tu­taj do­trzeć.

– Coś mó­wi­łaś?

– Nie, nie. Je­stem tro­chę zmęczo­na, więc…

– Tak, wej­dź, dziec­ko, do środ­ka i od­pocz­nij – rzu­ci­ła sta­rusz­ka i ode­szła żwa­wym kro­kiem.

Nim zdąży­łam za­mru­gać, już jej nie było. Ro­zej­rza­łam się jesz­cze w po­szu­ki­wa­niu jej syl­wet­ki, ale roz­pły­nęła się w po­wie­trzu.

Wzi­ęłam głębo­ki od­dech, moc­niej za­ci­ska­jąc pal­ce na tecz­ce i zim­nym me­ta­lu klu­czy. Ich ci­ężar w dło­niach wy­da­wał się wi­ęk­szy, niż po­wi­nien. Nie były to zwy­czaj­ne do­ku­men­ty i kil­ka ka­wa­łków że­la­za, ale sym­bol cze­goś znacz­nie po­wa­żniej­sze­go. To mia­ła być prze­pust­ka do mo­je­go no­we­go ży­cia. Do miej­sca, któ­re wresz­cie mia­ło na­le­żeć tyl­ko do mnie. Do wol­no­ści, do wy­bo­rów po­dej­mo­wa­nych na wła­snych za­sa­dach.

Kie­dy wsu­nęłam klucz w za­mek, przez chwi­lę się opie­rał i nie­przy­jem­nie za­zgrzy­tał, za­nim wresz­cie ustąpił. Drzwi za­skrzy­pia­ły, co za­brzmia­ło jak ostrze­że­nie. Ser­ce za­częło mi bić szyb­ciej, a ja od­ru­cho­wo za­ci­snęłam po­wie­ki. Nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać, ale oba­wia­łam się, że rzu­ci się na mnie rój nie­to­pe­rzy albo z su­fi­tu opad­nie na mnie sieć pa­jęczyn. W gło­wie mia­łam ob­raz sta­rych fil­mów gro­zy. Ciem­ne ko­ry­ta­rze, skrzy­pi­ące de­ski, cień prze­my­ka­jący gdzieś w kącie i nie­po­ko­jące od­gło­sy.

Od­wa­gi star­czy­ło mi na tyle, by uchy­lić naj­pierw jed­no oko. Po­wie­trze było ci­ężkie, ale zu­pe­łnie zwy­czaj­ne. Nic mnie nie ob­le­pi­ło ani nie rzu­ci­ło się na mnie żad­ne stwo­rze­nie. Otwo­rzy­łam więc dru­gie oko, a po­tem roz­chy­li­łam usta ze zdu­mie­nia.

Wy­obra­ża­łam so­bie ru­inę, ob­dar­te ścia­ny, wy­bi­te szy­by, podło­gę, któ­ra za­rwie się pod moim pierw­szym kro­kiem. A tym­cza­sem… we­wnątrz pa­no­wał względ­ny po­rządek. Me­ble przy­kry­to fo­lia­mi, na któ­rych osia­dła je­dy­nie cien­ka war­stwa ku­rzu, jak­by dom przez te lata po pro­stu spał, cze­ka­jąc na mnie. Nie czu­łam odo­ru stęchli­zny ani wi­do­ku znisz­cze­nia, któ­ry mó­głby po­chło­nąć wszyst­kie moje oszczęd­no­ści. Za­miast tego od­kry­wa­łam miej­sce, któ­re wy­ma­ga­ło tyl­ko de­li­kat­ne­go prze­bu­dze­nia.

Po­czu­łam, jak w mo­jej pier­si ro­śnie ulga zmie­sza­na z eks­cy­ta­cją. Może los jed­nak nie za­mie­rzał rzu­cać mi kłód pod nogi. Może to był znak, że na­praw­dę mogę za­cząć nowe ży­cie.

Odło­ży­łam klu­cze i pa­pie­ry na sta­rą ko­mo­dę rów­nież za­bez­pie­czo­ną fo­lią i nie­pew­nym kro­kiem we­szłam w głąb domu. Roz­gląda­łam się z uwa­gą, bo wo­la­łam za­cho­wać czuj­no­ść, niż dać się cze­muś za­sko­czyć.

Prze­su­wa­łam dło­nią po ścia­nach i me­blach, po­wo­li oswa­ja­jąc się z tym miej­scem, aż w ko­ńcu do­ta­rłam do przy­tul­ne­go, choć za­ku­rzo­ne­go sa­lo­nu. Bez chwi­li na­my­słu chwy­ci­łam za­sło­ny i gwa­łtow­nie za nie po­ci­ągnęłam, chcąc wpu­ścić do środ­ka odro­bi­nę świa­tła. W tej sa­mej se­kun­dzie coś trza­snęło nad moją gło­wą, ci­ężki, drew­nia­ny kar­nisz ru­nął w dół, a wraz z nim opa­dł na mnie cały ma­te­riał. Po­kój wy­pe­łnił się du­szącym ku­rzem.

Za­częłam się krztu­sić, pró­bu­jąc uwol­nić się spod warstw gru­be­go ma­te­ria­łu, ale ka­żdy mój ruch tyl­ko po­gar­szał sy­tu­ację. Czu­łam, jak tka­ni­na opla­ta mnie co­raz cia­śniej, a wło­sy przy­kle­ja­ją się do twa­rzy. Ser­ce znów biło mi szyb­ciej, gdy na­gle ktoś chwy­cił ma­te­riał i jed­nym sta­now­czym ru­chem szarp­nął go w górę, od­da­jąc mi wol­no­ść.

Od­gar­nęłam wło­sy z twa­rzy i pod­nio­słam wzrok. Stał tuż przede mną wy­so­ki gość, sze­ro­ki w ra­mio­nach, w ko­szu­li z pod­wi­ni­ęty­mi ręka­wa­mi, opi­na­jącej jego mu­sku­lar­ne przed­ra­mio­na. Jego syl­wet­ka była do­kład­nie taka, jaką wy­obra­ża­łam so­bie u mężczyzn ży­jących w Mon­ta­nie. Su­ro­wa, sil­na, wy­rze­źbio­na przez ci­ężką pra­cę, a jed­no­cze­śnie na­tu­ral­na i swo­bod­na. Na­wet jego ubra­nie, wy­tar­te dżin­sy, so­lid­ne buty i kil­ka od­pi­ętych gu­zi­ków – to wszyst­ko spra­wia­ło wra­że­nie, że nie po­trze­bo­wał żad­nych do­dat­ków, by wy­glądać męsko.

Przez krót­ką chwi­lę nie od­dy­cha­łam, za­sko­czo­na tym, że ten gbur jest aż tak… przy­stoj­ny. Przy­ła­pa­łam się na tym, że przy­glądam się jego twa­rzy lek­ko przy­ciem­nio­nej kil­ku­dnio­wym za­ro­stem, ostrym ry­som, i spoj­rze­niu, któ­re wy­da­wa­ło się prze­ni­kać mnie na wskroś. Po­czu­łam dziw­ny ucisk w żo­łąd­ku, coś mi­ędzy fa­scy­na­cją a iry­tu­jącą świa­do­mo­ścią, że ten czło­wiek po­do­ba mi się bar­dziej, niż chcia­łam to przed sobą przy­znać.

Wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści, gdy za­uwa­ży­łam, że pa­trzył na mnie z wy­nio­słą miną, da­jąc mi tym do zro­zu­mie­nia, że ta sy­tu­acja była tyl­ko ko­lej­nym do­wo­dem na moją nie­udol­no­ść. Wra­że­nie, ja­kie na mnie ro­bił, jego urok, siła i ta cho­ler­na, po­ci­ąga­jąca su­ro­wo­ść, na­gle wy­da­ły mi się jesz­cze bar­dziej iry­tu­jące. Bo jak­by nie pa­trzeć, to wła­śnie ten nadęty du­pek stał te­raz nade mną i naj­wy­ra­źniej świet­nie ba­wił się moim kosz­tem.

– Co tu ro­bisz? – za­in­te­re­so­wa­łam się, pod­no­sząc się z podło­gi i dum­nie uno­sząc pod­bró­dek.

– Zda­je się, że ra­tu­ję twój nie­przy­sto­so­wa­ny ty­łek przed ata­kiem sta­rej za­sło­ny – od­burk­nął.

– Mój ty­łek to ty zo­staw w spo­ko­ju – wy­pa­li­łam, a on wci­snął mi w brud­ne ręce ko­lej­ną tecz­kę.

– Twój ty­łek będzie na pew­no obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia wie­lu w She­ri­dan, ale gwa­ran­tu­ję, że nie znaj­du­ję się w tym gro­nie – rzu­cił, od­da­la­jąc się do wy­jścia. – Pil­nuj się, bo nie­dźwie­dzie lu­bią kręcić się bli­sko mia­sta i by­ło­by szko­da, gdy­byś za­gi­nęła w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach, za­nim sprze­dasz wszyst­ko po bab­ce Marg – do­dał z kpi­ącym uśmie­chem i wy­sze­dł, nie za­mknąw­szy drzwi.

– N-nie­dźwie­dzie? Sprze­dam? – wy­mam­ro­ta­łam, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od od­da­jących się, sze­ro­kich ple­ców.

Otrząsnęłam się do­pie­ro po dłu­ższej chwi­li. Po­kręci­łam gło­wą i wy­szłam na ze­wnątrz, żeby za­brać z we­ran­dy swo­je ba­ga­że. Wci­ągnęłam je do środ­ka i za­trza­snęłam drzwi, przez co w po­wie­trze wzbi­ła się ko­lej­na war­stwa ku­rzu.

– Okej, wy­star­czy po­sprzątać. Ża­den nie­dźwie­dź ani tym bar­dziej ja­kiś du­pek nie prze­szko­dzą mi w roz­po­częciu tu­taj no­we­go ży­cia – po­wie­dzia­łam do sie­bie, pró­bu­jąc do­dać so­bie otu­chy. – Dasz radę, June – do­da­łam ci­cho, choć już bez tej pew­no­ści, któ­rą czu­łam przed przy­jaz­dem.

Rozdział 3

Grant

Tadziew­czy­na…byłapro­ble­mem od sa­me­go po­cząt­ku. Naj­pierw ska­cząca krop­ka wo­kół sa­mo­cho­du, pó­źniej wpląta­na w za­sło­ny jak cie­lak w drut kol­cza­sty, bez­rad­na i cha­otycz­na, a przy tym pa­trząca na mnie z wy­jąt­ko­wym za­ci­ęciem i dumą.

Nie lu­bi­łem ta­kich spoj­rzeń. Nie lu­bi­łem też lu­dzi, któ­rzy po­ja­wia­li się tu zni­kąd i my­śle­li, że Mon­ta­na się do nich do­pa­su­je. A już na pew­no nie lu­bi­łem tego dziw­ne­go ukłu­cia, któ­re po­czu­łem, kie­dy tak­so­wa­ła mnie wiel­ki­mi ocza­mi. Była za mło­da, zbyt de­li­kat­na i zu­pe­łnie nie z tej baj­ki.

Otwo­rzy­łem drzwi auta i wsia­dłem. Za­ci­snąłem dło­nie na kie­row­ni­cy i wzi­ąłem głębo­ki od­dech. To było ja­sne: ona nie na­le­ża­ła tu­taj. Nie do tej zie­mi, nie do pra­cy, nie do świa­ta, gdzie dzień za­czy­nał się o świ­cie, a ko­ńczył po zmro­ku.

Włączy­łem sil­nik i od­je­cha­łem, zde­ter­mi­no­wa­ny, żeby wy­rzu­cić nowo przy­by­łą z my­śli. Tyle że im da­lej by­łem od jej domu, tym bar­dziej się za­sta­na­wia­łem, jak szyb­ko jej się uda to wszyst­ko sprze­dać i kie­dy się wy­nie­sie.

Pod­je­cha­łem pod nie­wiel­ki bar, ten sam, w któ­rym wie­czo­ra­mi zbie­ra­ła się po­ło­wa mia­stecz­ka. Stał jak za­wsze nie­po­zor­ny, z szyl­dem, któ­ry pa­mi­ętał lep­sze cza­sy, i drzwia­mi skrzy­pi­ący­mi przy ka­żdym we­jściu. Za­trzy­ma­łem pick-upa, ale nie wy­sia­dłem. Sie­dzia­łem z dło­nią za­ci­śni­ętą na kie­row­ni­cy.

Coś w moim wnętrzu zo­sta­ło po­ru­szo­ne. Cho­le­ra, czu­łem się, jak­by ktoś po­ci­ągnął za ja­kiś za­ku­rzo­ny, za­po­mnia­ny sznu­rek. Mu­sia­łem ochło­nąć, za­nim wsze­dłem do środ­ka. Wbi­łem wzrok w szy­bę, pa­trząc na od­bi­cie swo­jej twa­rzy i pró­bu­jąc uda­wać, że nic się nie dzie­je. Wie­dzia­łem, że to kłam­stwo. To dziw­ne uczu­cie, któ­re się we mnie za­gnie­ździ­ło, nie chcia­ło dać spo­ko­ju. Zło­ści­ło mnie, że da­łem się wy­trącić z rów­no­wa­gi.

Po kil­ku mi­nu­tach z od­rętwie­nia wy­rwa­ło mnie gło­śne pu­ka­nie w szy­bę. Po­wo­li, z roz­my­słem, ob­ró­ci­łem gło­wę i zo­ba­czy­łem Bra­da. Oczy­wi­ście, że to mu­siał być on. Uchy­li­łem szy­bę, a on od razu we­pchnął swój łeb do środ­ka, i to z tym swo­im cwa­niac­kim uśmie­chem.

– Bry­ka tej ślicz­no­ści jest już na warsz­ta­cie. To po­dob­no wnucz­ka bab­ki Marg – rzu­cił to­nem, któ­ry od razu za­czął mnie uwie­rać.

– Po­dob­no – mruk­nąłem su­cho, na­wet na nie­go nie pa­trząc. – Przy­je­cha­ła wszyst­ko sprze­dać.

Brad zmarsz­czył brwi.

– Sprze­dać? Elo­ise twier­dzi coś in­ne­go.

Prych­nąłem i mi­mo­wol­nie za­ci­snąłem ręce. Nie cier­pia­łem tego – plo­tek, pó­łsłó­wek, ba­daw­czych spoj­rzeń, szep­tów po kątach.

– A co ona może wie­dzieć? – od­burk­nąłem z wy­ra­źną iry­ta­cją i otwo­rzy­łem drzwi moc­niej, niż trze­ba, aż tra­fi­łem nimi w bok kum­pla. Zro­bi­łem to spe­cjal­nie. Nie po­do­ba­ło mi się to jego dziw­ne, cie­kaw­skie spoj­rze­nie. Ani to, że w ogó­le po­ru­szył te­mat, o któ­rym wo­la­łbym nie my­śleć.

– Idziesz pić? – za­gad­nął, ma­su­jąc bio­dro. – Jest po­łud­nie.

– Idę na kawę – uci­ąłem i ru­szy­łem w stro­nę we­jścia.

Sły­sza­łem jego kro­ki tuż za sobą, bo jak zwy­kle nie po­tra­fił zo­sta­wić mnie w spo­ko­ju. Otwo­rzy­łem drzwi baru i w środ­ku od razu po­czu­łem zna­jo­my ci­ężar spoj­rzeń. Kil­ka par oczu od­wró­ci­ło się w moją stro­nę, mie­rząc mnie z cie­ka­wo­ścią. To było małe mia­stecz­ko, więc to oczy­wi­ste, że ka­żdy wie­dział wszyst­ko, a jak nie wie­dział, to so­bie do­po­wie­dział.

Za ladą stał Gill. Po­le­ro­wał szklan­ki, choć bar­dziej wy­gląda­ło to na uda­wa­nie, że jest za­an­ga­żo­wa­ny w pra­cę. Usia­dłem na wy­so­kim sto­łku, po­wo­li od­su­wa­jąc go bu­tem. Brad oczy­wi­ście za­jął miej­sce obok, go­to­wy wier­cić mi dziu­rę w brzu­chu ko­lej­ny­mi py­ta­nia­mi.

– Ma­cie tu kawę? – za­cząłem, pa­trząc pro­sto w blat.

Gill par­sk­nął śmie­chem.

– W whi­sky ba­rze? Nie, sta­ry. Mogę na­lać ci pro­cen­tów, szyb­ciej po­sta­wią cię na nogi.

Pod­nio­słem wzrok, mru­żąc oczy. Wie­dział do­brze, jak jest.

– Nie piję – wy­ce­dzi­łem, już wy­star­cza­jąco zi­ry­to­wa­ny.

Nie ru­sza­łem al­ko­ho­lu od lat i ka­żdy, kto mnie znał, do­brze o tym wie­dział.

Gill unió­sł ręce w ge­ście pod­da­nia, uda­jąc skru­szo­ne­go.

– Żar­to­wa­łem, spo­koj­nie. Zro­bię ci kawę na za­ple­czu, bo za­raz za­czniesz mor­do­wać. – Po tych sło­wach znik­nął za drzwia­mi, zo­sta­wia­jąc nas sa­mych.

Brad od­wró­cił się w moją stro­nę i prze­szył mnie spoj­rze­niem.

– Co cię ugry­zło? – spy­tał. – Coś nie tak na far­mie?

Przez mo­ment mil­cza­łem, czu­jąc, jak we­wnątrz zno­wu za­ci­ska mi się coś w pier­si. Nie za­mie­rza­łem mu się spo­wia­dać.

– Po pro­stu chcę na­pić się kawy – od­pa­rłem chłod­no.

Przez ko­lej­ną go­dzi­nę sie­dzia­łem przy ba­rze i słu­cha­łem, jak wszy­scy wko­ło prze­ści­ga­ją się w spe­ku­la­cjach. Te­ma­tem nu­mer je­den była oczy­wi­ście ta iry­tu­jąca dzie­wu­cha, któ­ra zja­wi­ła się w She­ri­dan jak grom z ja­sne­go nie­ba. Jed­ni mó­wi­li, że na­praw­dę jest wnucz­ką Mar­ga­ret, inni, że to tyl­ko ja­kaś da­le­ka krew­na, a jesz­cze inni, że zwy­czaj­nie przy­je­cha­ła tu po to, żeby zgar­nąć, co się da, i od razu sprze­dać dom oraz tę budę, w któ­rej bab­ka sprze­da­wa­ła cia­sto.

Nie od­zy­wa­łem się, choć we­wnątrz sam sie­bie py­ta­łem, któ­ra wer­sja jest bar­dziej praw­do­po­dob­na. I, co gor­sza, któ­ra by mi pa­so­wa­ła. Wie­dzia­łem, że dziew­czy­na jest wnucz­ką Win­ters, ale nie zna­łem jej za­mia­rów.

– Sły­sza­łem, że to pan­na z No­we­go Jor­ku – wtrącił się Hank, sta­ry dziad, któ­ry spędzał wi­ęcej cza­su przy ba­rze niż w domu. – Ma dwa­dzie­ścia parę lat. Za mło­da na to wszyst­ko. – Po­kręcił gło­wą.

– Dwa­dzie­ścia parę? – prych­nąłem. – Smar­ku­la.

– Ty też by­łeś gów­nia­rzem w tym wie­ku – za­śmiał się Brad, stu­ka­jąc mnie łok­ciem w bok. – Nie uda­waj, że wte­dy nie mia­łeś głu­pot w gło­wie.

Rzu­ci­łem mu spoj­rze­nie, któ­re mia­ło go uci­szyć, ale jak zwy­kle nie za­dzia­ła­ło.

– Przy­je­żdża­ła tu co lato, jesz­cze za­nim bab­ka Marg zma­rła – do­rzu­ci­ła kel­ner­ka, któ­ra wła­śnie szła z tacą pe­łną szkla­nek. – Nie pa­mi­ęta­cie jej? Mała, z ku­cy­ka­mi, za­wsze bie­ga­ła za Mar­ga­ret jak cień.

– A ja my­śla­łem, że to była wnucz­ka jej ku­zyn­ki z Bo­ze­man – ode­zwał się inny fa­cet przy sto­li­ku. – No patrz, czło­wiek miesz­ka tu całe ży­cie, a i tak nie wie wszyst­kie­go.

Za­ci­snąłem pal­ce na kub­ku z kawą. Ta pa­pla­ni­na co­raz bar­dziej mnie iry­to­wa­ła, bo niby nikt nic nie wie­dział na pew­no, a jed­nak ka­żdy miał coś do po­wie­dze­nia. Plot­ki ro­sły jak kula śnie­gu.

– Jesz­cze usły­szy­my, że wy­szła za ja­kie­goś biz­nes­me­na w No­wym Jor­ku i przy­wio­zła go do Mon­ta­ny – za­żar­to­wał Hank, a resz­ta wy­buch­nęła śmie­chem.

– Nie ga­daj bzdur – par­sk­nęła Judy. – Elo­ise mó­wi­ła, że ją wi­dzia­ła. Była sama, a w po­bli­żu nie kręcił się ża­den mężczy­zna.

Brad prze­chy­lił się na sto­łku i spoj­rzał na mnie z uko­sa.

– Co o tym my­ślisz?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi, sta­ra­jąc się wy­glądać na obo­jęt­ne­go, choć w środ­ku coś we mnie drgnęło.

– My­ślę, że nie prze­trwa tu dłu­go – oce­ni­łem twar­do. – Mon­ta­na nie jest miej­scem dla ta­kich jak ona.

– A może wła­śnie jest – od­po­wie­dzia­ła Judy, uno­sząc brew, za­nim wró­ci­ła za ladę.

Nie za­re­ago­wa­łem na ten ko­men­tarz. Nie chcia­łem dać im sa­tys­fak­cji, że co­kol­wiek mnie ob­cho­dzi, ale praw­da była inna. Choć uda­wa­łem, że te plot­ki spły­wa­ją po mnie jak deszcz po da­chu, to ka­żdy strzępek in­for­ma­cji ukła­dał mi się w gło­wie w ob­raz, któ­re­go nie po­tra­fi­łem prze­stać ana­li­zo­wać.

W ko­ńcu nie wy­trzy­ma­łem. Ode­pchnąłem od sie­bie pu­sty ku­bek po ka­wie, wsu­nąłem kil­ka bank­no­tów pod spodek i bez sło­wa ru­szy­łem do wy­jścia. Brad jesz­cze wo­łał coś za mną, ale nie mia­łem naj­mniej­szej ocho­ty da­lej słu­chać. Za dużo ga­da­nia, za mało sen­su.

Na ze­wnątrz ude­rzy­ło mnie chłod­niej­sze po­wie­trze. Wes­tchnąłem ci­ężko i przez chwi­lę sta­łem na pro­gu, z ręka­mi wci­śni­ęty­mi w kie­sze­nie. Czu­łem, że po­trze­bu­ję wró­cić do swo­jej prze­strze­ni, któ­rej nikt nie będzie za­pe­łniał głu­pi­mi py­ta­nia­mi ani spoj­rze­nia­mi.

Wsia­dłem do pick-upa, a gdy sil­nik za­war­czał zna­jo­mym dźwi­ękiem, od razu po­czu­łem uła­mek ulgi. Dro­ga do domu wio­dła przez roz­le­głe łąki, a im da­lej od mia­stecz­ka, tym ci­szej ro­bi­ło się w mo­jej gło­wie. Mi­ja­łem pa­stwi­ska, na któ­rych pa­sło się moje by­dło; czar­ne syl­wet­ki krów od­ci­na­ły się od zło­te­go świa­tła po­po­łud­nia. Ten wi­dok za­wsze mnie uspo­ka­jał. To był mój świat. Pro­sty, wy­ma­ga­jący, ale uczci­wy.

Gdy do­ta­rłem na far­mę, za­trzy­ma­łem auto przy sto­do­le, chwy­ci­łem ka­pe­lusz, któ­ry le­żał na de­sce roz­dziel­czej, i wy­sia­dłem. Po­wie­trze pach­nia­ło sia­nem, zie­mią i zwie­rzęta­mi. Duża ho­dow­la ozna­cza­ła dużo ci­ężkiej pra­cy, a ta z ko­lei była tym, co trzy­ma­ło mnie w ry­zach.

Pod­sze­dłem do ogro­dze­nia, opa­rłem się o drew­nia­ny słup i przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­łem sta­do. Kil­ka cie­ląt sku­bi­ących tra­wę, ma­syw­ne byki sto­jące w cie­niu, kro­wy spo­koj­nie prze­żu­wa­jące zie­le­ni­nę. To była co­dzien­no­ść, w któ­rej ro­zu­mia­łem ka­żdy szcze­gół. Tu­taj nikt nie roz­trząsał, kim kto jest i po co tu przy­je­chał. Nikt nie snuł do­my­słów, nie bu­rzył spo­ko­ju.

Przy­mknąłem po­wie­ki i po­wo­li wci­ągnąłem po­wie­trze w płu­ca. Po­wi­nie­nem czuć spo­kój, a jed­nak ob­raz tej dziew­czy­ny, roz­wi­chrzo­ne wło­sy i spoj­rze­nie pe­łne upo­ru usil­nie wra­ca­ły i wy­pro­wa­dza­ły mnie z rów­no­wa­gi. Im bar­dziej chcia­łem to od sie­bie od­su­nąć, tym wy­ra­źniej wi­dzia­łem ją przed ocza­mi.

– Cho­le­ra ja­sna – syk­nąłem pod no­sem i kop­nąłem w drew­nia­ny słup, aż pył po­sy­pał się z de­sek.

Pra­ca. Tyl­ko pra­ca mo­gła mi po­móc. Ru­szy­łem w stro­nę obo­ry, by spraw­dzić, czy cie­la­ki do­sta­ły już pa­szę. Nie mia­łem cza­su ani ocho­ty na bzdu­ry.

Wsze­dłem do środ­ka i od razu ude­rzył mnie zna­jo­my za­pach. Kil­ka cie­la­ków za­ry­cza­ło, gdy tyl­ko mnie zo­ba­czy­ły, do­kład­nie wie­dzia­ły, że zbli­ża się pora kar­mie­nia. Spraw­dzi­łem po­idła i prze­sze­dłem mi­ędzy koj­ca­mi. Moje dło­nie au­to­ma­tycz­nie wy­ko­ny­wa­ły ko­lej­ne czyn­no­ści: do­sy­pa­łem pa­szy, po­pra­wi­łem wi­ąza­nia, przyj­rza­łem się jed­ne­mu cie­la­ko­wi, któ­ry wy­glądał na osła­bio­ne­go. Wszyst­ko to ro­bi­łem w ci­szy, któ­rą prze­ry­wał tyl­ko po­mruk zwie­rząt i sze­lest sło­my pod bu­ta­mi.

Ta ci­sza była dla mnie ra­tun­kiem. Gdy zaj­mo­wa­łem się far­mą, świat na ze­wnątrz prze­sta­wał ist­nieć. Zwie­rzęta nie oce­nia­ły, nie za­da­wa­ły py­tań, były ufne i nie no­si­ły w so­bie zła.

Kie­dy sko­ńczy­łem pra­cę, wy­sze­dłem i opa­rłem się o fra­mu­gę drzwi, mru­żąc oczy od po­po­łu­dnio­we­go sło­ńca. Roz­ci­ąga­ły się przede mną akry mo­jej zie­mi, pa­stwi­ska, któ­re zna­łem jak wła­sną kie­szeń. Drew­nia­ne ogro­dze­nia ci­ągnęły się po ho­ry­zont, a na tle zie­le­ni po­ru­sza­ły się ci­ężkie, po­wol­ne syl­wet­ki mo­ich krów.

Było ich kil­ka­set. An­gus i he­re­for­dy, so­lid­ne by­dło mi­ęsne, moc­ne i od­por­ne, stwo­rzo­ne do ży­cia w Mon­ta­nie. Pa­sły się spo­koj­nie, nie zwra­ca­jąc na mnie uwa­gi. W ich ryt­mie nie było miej­sca na po­śpiech. Ta­kże mój ka­żdy dzień wy­glądał po­dob­nie: po­ran­ne kar­mie­nie, spraw­dza­nie ogro­dzeń, pra­ca przy ma­szy­nach, kon­tro­la sta­da. To była od­po­wie­dzial­no­ść, któ­ra nie po­zwa­la­ła mi na błędy.

Pod­sze­dłem bli­żej ogro­dze­nia i opa­rłem się o drew­nia­ną żer­dź. Pa­trzy­łem, jak je­den z by­ków stro­szy się przy dru­gim, po­ka­zu­jąc swo­ją prze­wa­gę. Ten wi­dok za­wsze mnie uspo­ka­jał i przy­po­mi­nał, że na­tu­ra rządzi się swo­imi pro­sty­mi za­sa­da­mi. Siła, cier­pli­wo­ść, prze­trwa­nie.

Zsu­nąłem ka­pe­lusz głębiej na oczy i prze­ta­rłem dło­nią kark. Far­ma była wszyst­kim, co mia­łem. Wszyst­kim, co zna­łem. Była moją dumą i moim wi­ęzie­niem za­ra­zem. Tu­taj nie było miej­sca na ka­pry­sy miej­skich pa­nie­nek, sen­ty­men­ty czy na wspo­mnie­nia, któ­re pró­bo­wa­ły za­ko­rze­nić się w gło­wie.

Nie było miej­sca na roz­pro­sze­nie…

Co­py­ri­ght © by A.P. MISTCo­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: MOJE WY­DAW­NIC­TWO ISBN Pa­pier: 978-83-68837-35-3 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-36-0 ISBN Au­dio: 978-83-68837-37-7

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two