Co za bałagan - Lynn Painter - ebook
NOWOŚĆ

Co za bałagan ebook

Lynn Painter

4,7

903 osoby interesują się tą książką

Opis

Miała tylko posprzątać mieszkanie. Naprawdę nie planowała zakochiwać się w jego właścicielu.

Abi Mariano studiuje literaturę, pracuje jako sprzątaczka i desperacko próbuje utrzymać się na powierzchni. Kiedy jej mieszkanie opanowują insekty, podejmuje ryzykowną decyzję – po kryjomu nocuje w luksusowym apartamencie jednego ze swoich klientów. Problem w tym, że rano zostaje przyłapana przez jego rodziców… którzy biorą ją za dziewczynę syna.

Declan Powell od dawna opowiada rodzinie i współpracownikom o idealnej partnerce, która tak naprawdę nie istnieje. Teraz potrzebuje Abi, żeby kłamstwo nie wyszło na jaw. Proponuje więc układ: ona będzie udawać jego partnerkę podczas ważnych spotkań i weekendu wśród nowojorskiej elity, a on zapewni jej pieniądze i dach nad głową.

Plan wydaje się prosty. W końcu to tylko biznes. Żadnych uczuć. Żadnych komplikacji.

Problem w tym, że naprawdę trudno pamiętać o zasadach, kiedy fałszywy chłopak patrzy na ciebie tak, jakbyś była najlepszym, co kiedykolwiek wydarzyło się w jego perfekcyjnie uporządkowanym życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 341

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (9 ocen)
7
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Piramida40

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
10
nastkaczyta

Nie oderwiesz się od lektury

(Napisałam tę recenzję w maju, po przeczytaniu angielskiego wydania i nie chcę mi się jej zmieniać) Po raz pierwszy sięgnęłam po Lynn Painter w odsłonie New Adult i zaczęłam od książki "Maid for each other", która (jeśli się nie mylę) nie ma jeszcze polskiego tłumaczenia. Mam nadzieję, że to się zmieni, ponieważ ta książka jest genialna! Już od pierwszych stron czułam, że pokocham tę książkę i nie myliłam się. Poznajemy historię Abi, która podejmuje się wielu prac, żeby opłacić kredyt studencki. Jej mieszkanie jest dezynfekowane, a ona nie ma się gdzie podziać. Spędza noc w jednym z mieszkań bogaczy, które sprząta i wie, że właściciel wyjechał. Ale kiedy rano się budzi, spotyka dwójkę ludzi, którzy wydaje się, że ją... znają? Rodzice Declana biorą ją za dziewczynę syna. Tak naprawdę jego dziewczyna jest wymyślona i niefortunnie także nazywała się Ab(b)i(e). Mamy tutaj fake dating! Co od razu zaplusowało, ponieważ uwielbiam ten motyw 🤭 on nie chce, żeby jego kłamstwo wyszło na jaw, ...
10
fakirek13

Nie oderwiesz się od lektury

Fajna
00



TYTUŁ ORYGINAŁU:

Maid for Each Other

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczyni: Ewelina Czajkowska

Redakcja: Magdalena Wołoszyn-Cępa

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki i ilustracja: Nathan Burton

Opracowanie graficzne okładki: Adelina Sandecka

Copyright © 2025 by Lynn Painter

This edition published by arrangement with Berkley, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Bliss an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Karolina Bochenek, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-756-3

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla Kevina:

Kocham cię bardziej niż sobotni wieczór ze spaghetti z Pappy.

Kocham wszystko w tobie i w naszym wspólnym życiu, i teraz napiszę haiku*, które idealnie odda moje uwielbienie.

Uwielbiam twoją słodką mordkę

Słodziak, słodziak, słodziak

Jesteś najsłodszym słodziakiem

* Nie jestem poetką.

Rozdział 1

POBUDKA W ŁÓŻKU MILIONERA

Abi

Czy to źle o mnie świadczyło, że w głębi duszy cieszyłam się z plagi robali w moim budynku mieszkalnym?

Oczywiście, że tak.

A jednak przeciągnęłam się rozkosznie w miękkim łóżku king-size. No bo któż mógłby mieć mi to za złe? Jak miałabym narzekać na swoją sytuację mieszkaniową, skoro mogłam się teraz otulić luksusową pościelą o absurdalnie wysokiej gęstości splotu (nie wspominając już nawet o tym, jak wygodnie się śpi na poduszkach z pianki memory)? Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, jakim cudem bogaczom udaje się zwlec rano z łóżek, skoro tak przyjemnie jest w nich leżeć.

Nie miałam jednak czasu na rozkoszowanie się przepychem. Musiałam się stamtąd jak najszybciej wynieść i ruszyć do pracy, zanim Benny mnie zwolni.

Pościeliłam starannie łóżko, żeby nikt nie mógł poznać, że w nim spałam. Zamierzałam też wyprać potem pościel, bo nie byłam przecież jakąś psychotyczną Złotowłosą, która zostawiłaby swoje DNA w łóżku, które bezprawnie zajmowała. Chciałam zatrzeć wszelkie ślady po nieproszonej Abi Mariano, na wypadek gdyby ktoś się tu pojawił.

Wczoraj wieczorem wzięłam prysznic, po czym poświęciłam czas na wyszorowanie każdego centymetra kwadratowego łazienki (a było ich naprawdę sporo). Teraz tylko szybko się przebrałam i związałam włosy w kucyk. Pięć minut później wszystkie moje rzeczy, które ze sobą przyniosłam, były już upchnięte w plecaku. Sięgnęłam do klamki i otworzyłam drzwi sypialni.

– No proszę, proszę, dzień dobry!

Zachłysnęłam się powietrzem, a ręce automatycznie powędrowały mi do serca, kiedy spojrzałam w prawo.

O Boże, o Boże, o Boże.

W ogromnej kuchni luksusowego penthouse’u stali srebrzystowłosy mężczyzna i brunetka z eleganckim bobem. Choć się do mnie uśmiechali, jakoś wcale mnie to nie uspokoiło.

Miałam totalnie przechlapane.

Facet był ubrany w idealnie skrojony na miarę granatowy garnitur (zamożny elegancik z poszetką), a kobieta miała na sobie jeden z tych „skromnych” kompletów dla bogaczek: koszulę oksfordzką i białe dżinsy za jakieś tysiąc dolców. Wyglądali jak dostojni emerytowani arystokraci, perfekcyjni w każdym calu i doskonale pasujący do luksusowego apartamentu, w którym nielegalnie pomieszkiwałam.

Tyle że, o dziwo, wcale nie wyglądali na zaskoczonych moją obecnością.

– Przepraszam, nie chcieliśmy cię przestraszyć – odezwał się mężczyzna, po czym podszedł do mnie bliżej i wyciągnął rękę z ciepłym uśmiechem na twarzy. – Jestem Charles, a to Elaine.

– Abi – mruknęłam zszokowana, gdy „król Karol” uścisnął pewnie moją dłoń swoją wielką dłonią, jakby ta sytuacja była zupełnie normalna, a oni wręcz się mnie tam spodziewali.

„Świetnie, jeszcze podaj im swoje prawdziwe nazwisko, idiotko!” – zbeształam się w myślach.

– Abi! – Kobieta, najwyraźniej o imieniu Elaine, rzuciła mi spojrzenie, jakby nie mogła się doczekać spotkania ze mną. – Jak miło cię w końcu poznać.

– Tak, yyy, wzajemnie – wybąkałam, kompletnie nie rozumiejąc, co ma na myśli, mówiąc „w końcu”.

Czy znalazłam się w jakimś programie z ukrytą kamerą?

A jeśli gliny są już w drodze, a ten duet tylko mnie tu zagaduje, żebym nie zwiała?

– Ja, yyy…

– A tak w ogóle to poczęstowaliśmy się twoimi babeczkami – oznajmił Charles, wskazując na kratkę do studzenia wypieków na wyspie kuchennej. Z sześciu babeczek z wielkimi borówkami, które poprzedniego wieczoru upiekłam własnoręcznie w tej zachwycającej, wspaniale wyposażonej kuchni, zostały tylko cztery.

ZJEDLI MOJE BABECZKI.

Choć miałam w tej chwili znacznie większe problemy, jakaś cząstka mnie aż zawrzała ze złości. Zamierzałam raczyć się moimi ulubionymi przysmakami na śniadanie przez cały następny tydzień – każdego dnia wsunąć po jednej perfekcyjnej babeczce z rana, zanim zmierzę się z moim znacznie odbiegającym od ideału życiem.

A teraz dwie znajdowały się w przewodzie pokarmowym tych rozpromienionych salonowców.

Spoczywajcie w pokoju, niebiańskie babeczki… I niech zaraza spadnie na dom Charlesa i Elaine.

– Były przepyszne – zachwyciła się Elaine, po czym dodała: – Declan nigdy nam nie wspomniał, że jesteś mistrzynią wypieków.

– No cóż… – wydukałam, a serce waliło mi jak młotem, gdy zastanawiałam się, jak mam dalej grać w tę dziwną grę. – Znacie Declana.

Roześmiali się, jakby to miało absolutny sens. Co tu się dzieje, do jasnej anielki? Musiałam się stamtąd jak najszybciej wydostać. Wyciągnęłam kluczyki od samochodu z plecaka i przykleiłam do twarzy szeroki uśmiech.

– Słuchajcie, bardzo miło było was poznać i chętnie bym z wami dłużej pogadała, ale muszę lecieć do pracy.

– Cała Abi – stwierdził Charles tonem „Jakaż ona urocza, nieprawdaż?”, obdarzając mnie najpiękniejszym uśmiechem. – Będziesz dziś wieczorem na przyjęciu Hathaway?

„Cała Abi”?

– Yyy, j-jeszcze nie wiem – wyjąkałam, przesuwając się bokiem w stronę drzwi wejściowych i myśląc tylko o tym, jak desperacko pragnę uciec. Im szybciej się stamtąd wyniosę, tym mniejsze szanse, że zostanę aresztowana za bezprawne wtargnięcie. – Może?

– Nie uznamy „może” za odpowiedź, Abi – oznajmiła Elaine, przesuwając zadbaną dłonią (jasna cholera, jaki wielki diament!) po idealnie ułożonych włosach. – Nie puścimy cię do pracy, dopóki się nie zgodzisz. Bardzo chcemy cię lepiej poznać.

– Hm, no tak. – Poczułam ulgę, gdy dotarłam do drzwi i chwyciłam chłodną metalową klamkę. Jeszcze chwila, a stąd zwieję. – W takim razie na pewno się tam zjawię.

W tamtym momencie byłam gotowa powiedzieć im wszystko, żeby tylko dali mi spokój.

– Och, to wspaniale! – oznajmiła Elaine z entuzjazmem.

– Fantastycznie – zgodził się Charles.

– Muszę już iść – wydusiłam z siebie, otworzyłam drzwi i posłałam im czarujący uśmiech. A przynajmniej miałam nadzieję, że tak właśnie wyglądał. – Miło było państwa poznać.

W sekundę po tym, jak znalazłam się na korytarzu i drzwi zamknęły się za mną z trzaskiem, rzuciłam się biegiem przed siebie. Zwykle nie przepadałam za wysiłkiem fizycznym, ale tym razem nie zamierzałam czekać na windę – zbiegłam na dół po schodach, błyskawicznie pokonując dwadzieścia pięter, żeby tylko znaleźć się jak najdalej od tej absurdalnej sytuacji.

Nie miałam pojęcia, za kogo wzięli mnie ci obcy ludzie, ale zdecydowanie nie zamierzałam próbować się tego dowiedzieć.

Rozdział 2

WYMYŚLONA PRZYJACIÓŁKA OKAZUJE SIĘ ISTNIEĆ NAPRAWDĘ

Declan

– Dzień dobry, kochanie.

– Mamo. – Pochyliłem się i pocałowałem ją w policzek, po czym usiadłem między nią a tatą przy okrągłym stole bankietowym.

Rodzice przylecieli wczoraj późnym wieczorem, więc nie miałem jeszcze okazji z nimi porozmawiać przed moim krótkim powitalnym przemówieniem dla VIP-ów firmy Hathaway.

– Jak lot?

– Opóźniony – odpowiedział mój ojciec, unosząc do ust kawałek bekonu. – Ale poza tym bez przygód. Świetna przemowa, swoją drogą.

– Dzięki.

Miał rację – naprawdę pozamiatałem. Nie zamierzałem jednak popadać w samozachwyt, bo miałem jeszcze przed sobą cały weekend spotkań z udziałowcami.

Doroczne spotkanie udziałowców Hathaway, na które zjeżdżało do Omaha tysiące ludzi, aby przez tydzień czuć się jak inwestujące w akcje gwiazdy rocka, zawsze zaczynało się od piątkowego śniadania tylko dla VIP-ów. Nazajutrz rano miało się odbyć kolejne, dla wszystkich pozostałych gości.

W tym roku to ja miałem wygłosić przemówienia powitalne na obu.

– Nie zanudził mnie nawet przy jedzeniu jajek – stwierdził z aprobatą Warren z drugiej strony stołu i podniósł swoją filiżankę z kawą. – Młody daje radę.

„Młody daje radę” – oto jak mnie podsumował Warren Hathaway, najbogatszy człowiek w Ameryce i wieloletni prezes Hathaway Holdings. Facet miał głowę do biznesu i od zawsze był moim idolem, więc skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zależało mi na jego pochwałach.

Zaraz po tym, jak ukończyłem studia, Hathaway zaoferował mojej rodzinie – która przekształciła małą firmę mojej prababci produkującą sofy w największy sklep meblowy w kraju o nazwie CrashPad – wielomilionowy wykup. To było dla nas prawdziwe spełnienie marzeń: moi rodzice mogli przejść na wcześniejszą emeryturę i podróżować po świecie, a ja dostałem szansę wspinania się po szczeblach kariery w dużo większej korporacji.

Niespodziewanie moje MBA, które wujowie uznawali za stratę czasu („Po co ci takie studia, skoro pracujesz w rodzinnej firmie?”), poprowadziło mnie ku karierze, o jakiej zawsze marzyłem.

Problem w tym, że po dwóch latach pełnienia funkcji wiceprezesa wykonawczego w Hathaway miałem wrażenie, że moja kariera stanęła w miejscu. Bez względu na to, jak ciężko pracowałem, tam na górze wciąż postrzegano mnie jako „młodego”, mimo że skończyłem już trzydzieści lat.

Dopiero w zeszłym miesiącu zwróciłem na siebie uwagę Warrena, gdy na kwartalnym przeglądzie biznesowym wytknąłem dyrektorowi finansowemu Marty’emu Muellerowi niemalże katastrofalny błąd. W końcu zaczęto traktować mnie poważnie. Zarówno sam staruszek, jak i jego najbliższe otoczenie zdawali się zapominać o moim młodym wieku i ograniczonym doświadczeniu w szeregach korporacji, a za to naprawdę ufać mojej wiedzy.

To była cholernie duża sprawa.

– Dziś rano poznaliśmy wreszcie jego dziewczynę – oznajmiła nagle mama Warrenowi.

Zaraz, zaraz. Co takiego?

– Poznaliście jego Abby? – Warren odstawił filiżankę na stół i posłał mojej mamie porozumiewawczy uśmiech. – A już zacząłem się zastanawiać, czy ona w ogóle istnieje, skoro nikt z nas jej nigdy nie widział.

– No właśnie! – zaśmiała się.

Co tu jest grane, do diabła?

Przecież ona naprawdę nie istniała.

Abby to imię, które nadałem swojej nieistniejącej dziewczynie.

Jakim cudem więc moja matka ją poznała?

Na swoje usprawiedliwienie wspomnę tylko, że nigdy nie zamierzałem wymyślać sobie dziewczyny. W końcu nie byłem jakimś nieśmiałym nastolatkiem, który za bardzo boi się kobiet, żeby naprawdę się z nimi umawiać, na litość boską. Przeciwnie, byłem ich wielkim fanem. Po prostu nie miałem czasu na te wszystkie bzdury, które wiązały się z relacjami. Skupiałem się na pracy – o ustatkowaniu się miałem zamiar pomyśleć jakoś po czterdziestce.

Tylko że wszyscy na stanowiskach kierowniczych mieli swoje drugie połówki, więc cóż… Desperackie czasy wymagają desperackich środków. Chciałem, żeby tam na górze mieli mnie za stabilnego, twardo stąpającego po ziemi i gotowego do kierowania firmą faceta, dlatego gdy moje życie osobiste stało się tematem rozmowy na kwartalnym wyjeździe, mimochodem wspomniałem o swojej bezpretensjonalnej, rodzinnej dziewczynie o gołębim sercu.

Abby.

Jak wymyśliłem to imię? Szczerze mówiąc, zbytnio się nie wysiliłem. Kelnerka miała na plakietce „Abby”, a ja postanowiłem to wykorzystać i nazwać tak swoją wyimaginowaną dziewczynę.

Z początku nie zamierzałem dalej brnąć w to niewinne kłamstwo, tylko że nie bardzo mogłem się już z niego wycofać… Wszyscy niezmiernie się ucieszyli, że mam w swoim życiu Abby: nie tylko moi współpracownicy, ale także rodzice i babcia.

Problem w tym, że ja jej wcale nie miałem.

Ta kobieta nawet nie istniała.

O kim więc mówiła moja matka?

– Przyjdzie dziś wieczorem na przyjęcie – zwrócił się tata do Warrena, który w ciągu ostatnich kilku lat stał się jego dobrym kolegą. – Wreszcie będziesz mógł ją poznać.

– Ona… – Ścisnąłem nasadę nosa, podczas gdy mój mózg gorączkowo próbował ogarnąć, co się tu, do cholery, dzieje. – Abby, yyy, powiedziała wam, że przyjdzie?

– Tak – potwierdziła mama, odwracając się w moją stronę na krześle. – Ale wyglądała na zaskoczoną, kiedy zobaczyła nas rano w kuchni, Dex. Zapomniałeś jej powiedzieć, że się u ciebie zatrzymamy?

– Och – wykrztusiłem z siebie, starając się nie wyglądać na wstrząśniętego faktem, że ktoś obcy był w moim mieszkaniu. – Nie wiedziałem, że tam będzie. Myślałem, że…

– Tak się cieszę, że ją tam zastaliśmy – przerwała mi mama, jakby w ogóle mnie nie słuchała. – Ten uroczy rudzielec upiekł całą blachę przepysznych babeczek.

Czyli to się wydarzyło naprawdę. Ktoś o imieniu Abby spał w moim mieszkaniu, a w dodatku jeszcze upiekł tam cholerne babeczki.

– Och, wypieki Abby są wyborne, to trzeba jej przyznać – mruknąłem, podczas gdy w głowie miałem kompletny chaos. Co jest grane, do diabła? Mieszkam w strzeżonym budynku z portierem. Mam zamki w drzwiach i system alarmowy.

Jak się tam dostała?

I kim, do cholery, była ta Abby?

– Nie jadłem dobrych babeczek od śmierci Ethel – mruknął ponuro Warren. – Niech ta twoja Abby przyniesie mi dziś jedną, dobrze, Dex?

– Oczywiście, poproszę ją – odpowiedziałem, słysząc głośny szum w uszach, i posłałem mu najbardziej swobodny uśmiech, na jaki mnie było stać. – Mogę was przeprosić na chwilę? Muszę gdzieś zadzwonić.

– Czyżby do Abby? – zapytała mama śpiewnym głosem.

– Tak, zdecydowanie spróbuję ją namierzyć – potwierdziłem, po czym odwróciłem się od czujnych spojrzeń i ruszyłem do wyjścia. – Przepraszam.

Rozdział 3

MILIONER POZNAJE SWOJĄ POKOJÓWKĘ

Abi

– Czy życzy sobie pani paragon?

– Nie – odpowiedziała kobieta, chwyciła swoją torbę Lululemon i ruszyła do wyjścia z Benny’s Natural Grocers, nawet nie racząc mnie spojrzeniem.

– Miłego dnia! – zawołałam za nią.

Nie znosiłam tej jakże banalnej i odmóżdżającej pracy. Pracowałam w Benny’s od liceum – było to dla mnie wygodne i absolutnie konieczne rozwiązanie, bo zapewniało ubezpieczenie zdrowotne, z którego nie mogłam zrezygnować. Każda kolejna zmiana w sklepie przypominała mi jednak, że utknęłam tam jak w ruchomych piaskach, z których mogę się już nigdy nie wydostać.

To dlatego zdecydowałam się na drugi kierunek studiów. Przez co z kolei jeszcze bardziej potrzebowałam tej pracy, a także dorabiania sobie na trzech nocnych zmianach w tygodniu jako pokojówka.

– Dzień dobry – przywitałam się automatycznie z kolejnym klientem, po czym zauważyłam, że na taśmie nic nie ma. Podniosłam wzrok i… O, wow.

Chyba nawet rozdziawiłam buzię z wrażenia.

Choć na świecie jest wielu atrakcyjnych mężczyzn, ten musiał być pierwowzorem całej reszty.

Wysoki – ze dwa metry wzrostu – ale zdecydowanie nie tyczkowaty.

Szerokie ramiona zgrabnie ukryte pod perfekcyjnie skrojonym garniturem.

Ewidentnie bogaty i doskonale zbudowany.

Po prostu idealny.

Wyglądał jak zawodowy futbolista. I zdecydowanie jak ktoś, z kim się nie zadziera.

A jego twarz komunikowała to jeszcze dobitniej niż imponująca sylwetka.

Jego brązowe… nie, zielone oczy wpatrywały się we mnie w sposób, od którego motyle zatrzepotały mi w brzuchu. Przysięgam na Boga, że ten facet zaglądał prosto w moją duszę, a kąciki jego ust były lekko uniesione, jakby chciał się uśmiechnąć, ale zapomniał, jak to się robi.

Szczerze mówiąc, zazwyczaj nie zwracałam uwagi na usta u mężczyzn, ale jego łuk Kupidyna i ta pełna dolna warga przyciągnęły mój wzrok niczym magnes. Zupełnie jakby moje tęczówki były nakrapiane stalowymi plamkami.

Boże, te usta wydawały się stworzone do mówienia po francusku. Albo po włosku.

W końcu zmusiłam się do oderwania od nich wzroku, myśląc sobie w duchu, że ten doskonale ubrany mężczyzna mógłby być modelem z okładki dowolnego romansu – o szefie mafii, kierowcy wyścigowym i zrzędliwym miliarderze.

Starając się nie ślinić na jego widok, otworzyłam zauroczoną buzię, żeby zapytać: „W czym mogę pomóc?”, ale nie zdążyłam nawet zacząć zdania.

– Cześć, Abi przez „i” – odezwał się głębokim, niemożliwie zmysłowym głosem, zerkając na moją plakietkę.

– Yyy, cześć… – Zmrużyłam oczy i przygryzłam wargę, żeby nie uśmiechnąć się mimowolnie jak zachwycona nastolatka.

– Co jest? Nie poznajesz mnie? – zapytał, przechylając głowę.

Czyżbym go znała? To niemożliwe. Nie zapomniałabym chyba tak przystojnej twarzy, prawda?

– A powinnam? – Nie chciałam wyjść na flirciarę, ale zabrzmiałam prawie jak Joey Tribbiani ze swoim słynnym „How you doin’?”.

– Myślę, że tak, skoro jeszcze dziś rano obudziłaś się w moim łóżku i oznajmiłaś moim rodzicom, że jesteś moją dziewczyną.

– O cholera.

Kurde, kurde, kurde.

– Właśnie – zgodził się, patrząc na mnie z dezaprobatą spod uniesionych ciemnych brwi. Zupełnie jakbym była robakiem, którego zaraz rozdepcze.

Serce zaczęło mi walić jak szalone i zrobiło mi się gorąco, gdy ten oszałamiający mężczyzna zlustrował mnie z czystą pogardą na twarzy.

– Benny! – krzyknęłam, nie odrywając od niego wzroku. – Potrzebuję chwili przerwy.

– Dopiero co miałaś przerwę, Mariano – usłyszałam głos Benny’ego dochodzący z tyłu.

Już od kilku godzin zamawiał produkty, siedząc zgarbiony przed komputerem z innej epoki, raz po raz postękując, wzdychając i drapiąc się po łysinie. Z całą pewnością nie miał na to nastroju.

– Mariano – powtórzył cicho stojący przede mną mężczyzna, jakby chciał zapisać w pamięci moje nazwisko.

– Idę na przerwę, Benny – oznajmiłam przez zaciśnięte zęby i wyłączyłam światło przy kasie. – Czy się zgadzasz, czy nie.

Zdjęłam fartuch i gestem dałam znak facetowi w garniturze, żeby poszedł za mną, podczas gdy serce waliło mi jak młotem. Cały ranek panikowałam – obserwowałam drzwi, spodziewając się, że lada moment wejdzie tu policja i aresztuje mnie za włamanie. Dopiero godzinę temu, jedząc lunch przy stoliku obok wielkiego zielonego śmietnika, wmówiłam sobie, że nikt mnie nie wytropi.

Byłam na tyle naiwna, że pozwoliłam sobie nawet wziąć głęboki oddech.

– Przysięgam na Boga, że kiedyś cię zwolnię, Ab! – krzyknął za mną Benny.

– Nie, nie zwolnisz! – odkrzyknęłam, usiłując nie zacząć hiperwentylować. – Nikt inny by z tobą nie wytrzymał.

– Przynajmniej się pospiesz, dobra?

– Postaram się.

Czułam, że Pan Garnitur idzie za mną, kiedy kierowałam się przez zaplecze sklepu i drzwi prowadzące do zaułka z tyłu. Jasne światło słońca, ciepłe powietrze i woń śmieci zalały mi zmysły, gdy drzwi wyjściowe zatrzasnęły się za nami i się do niego odwróciłam.

Z tego, co pamiętam, tamta para królewska nazwała go Declanem.

– Proszę, pozwól mi wszystko wyjaśnić, Declanie.

Po tym, jak zmrużył oczy, domyśliłam się, że nie powinnam była używać jego imienia. Nie skomentował tego jednak.

– Nie jestem przestępczynią, przyrzekam. Pracuję nocami jako pokojówka w Masterkleen. Sprzątam twoje mieszkanie, kiedy nie ma cię w mieście, więc technicznie rzecz biorąc, to nie było włamanie.

Dobra uwaga, Abi.

Uśmiechnęłam się do niego słodko, siląc się na minę, która miała potwierdzić moją niewinność.

Zmarszczył brwi.

– Miałam klucz, więc to nie tak, że…

– Wprowadziłaś się do mojej sypialni – stwierdził spokojnym, lecz stanowczym tonem, który wyraźnie wskazywał, że nie zamierza puścić mi tego płazem. Grymas na jego twarzy tylko to potwierdzał. – Piekłaś babeczki w mojej kuchni. Nie sądzę, żeby te czynności wchodziły w zakres twoich obowiązków. To się nazywa wtargnięcie, Abi.

Wypowiedział moje imię tak kpiącym tonem, że zabrzmiało jak obelga. Aż rozbolały mnie od tego zęby.

Musiałam jednak zachować spokój i spróbować jakoś z tego wybrnąć.

– Wiem, ale to wszystko przez plagę robali w moim budynku. Przyrzekam, że nie przyniosłam żadnych robali do twojego mieszkania. Widzisz, zarządcy nieruchomości, a ściślej mówiąc, parszywi właściciele tej rudery, oznajmili, że muszę się gdzieś przenieść na kilka dni, żeby mogli się tym zająć. A ja nie mam dokąd pójść.

Policzki mi się zaczerwieniły, gdy tylko to wyznałam. To zabrzmiało tak cholernie żałośnie.

Przystojniak wpatrywał się we mnie z odrazą, jakbym wydłubywała sobie jedzenie spomiędzy zębów, a chwilę potem rozwiał wszelkie moje nadzieje na to, że okaże mi choć odrobinę zrozumienia.

– Wiesz, że istnieją jeszcze hotele?

– Nie stać mnie na hotel – mruknęłam zawstydzona. Marzyłam, żeby rozpłynąć się w powietrzu, ale nie miałam innego wyboru, jak tylko w desperacji ciągnąć: – Wczoraj wieczorem sprzątałam twoje mieszkanie i pomyślałam sobie: komu właściwie to zaszkodzi? Wiedziałam, że wyjechałeś na tydzień do Londynu. Znaczy najwyraźniej wróciłeś wcześniej, ale chyba zapomniałeś poinformować o tym Masterkleen… W każdym razie uznałam, że nic się nie stanie, jeśli utnę sobie u ciebie kilkugodzinną drzemkę, o której nikt się nie dowie.

Zacisnął zęby i milczał. Bardzo chciałam wierzyć, że rozważa moje argumenty, ale wyglądał jak jeden z tych superopanowanych gości, którzy w obliczu konfrontacji lubią milczeć, aby ich przeciwnicy sami się pogrążyli.

Co oznaczało, że już po mnie, bo byłam mistrzynią w paplaniu bez ładu i składu.

– Poza tym pewnie cię to nie obchodzi… – kontynuowałam – ale jestem naprawdę dobra w swojej pracy. Kapitalnie sprzątałam twoje mieszkanie. Mógłbyś wręcz jeść z podłogi w łazience. To znaczy wiadomo, że byś nie jadł, bo to obrzydliwe, ale technicznie rzecz biorąc, mógłbyś, bo jestem naprawdę dokładna.

Odchrząknął i spojrzał na swój drogi zegarek (co za dupek). Wtedy dotarło do mnie, że nieważne, co powiem, i tak stracę pracę.

O Boże.

Ten facet na pewno zadba, żeby mnie zwolniono.

A tak bardzo potrzebowałam tej fuchy.

Oczywiście ofert pracy było mnóstwo, ale niewiele z tak elastycznym grafikiem jak ta w Masterkleen.

Wciągnęłam powietrze nosem, zacisnęłam zęby i przełknęłam dumę, bo co innego mogłam zrobić?

– Wiem, że nie mam prawa o to prosić, ale błagam, nie zgłaszaj tego Masterkleen. Naprawdę potrzebuję tej pracy i dosłownie nie stać mnie na to, żeby ją stracić. Proszę, nie mów o niczym mojemu szefowi.

Jego ciemne brwi znów się ściągnęły i wyglądał wręcz na urażonego moją prośbą.

– Och, na pewno o wszystkim go poinformuję – oznajmił bez mrugnięcia okiem. – Wtargnęłaś do mojego mieszkania bez pozwolenia.

– Albo – chwyciłam go za ramię w desperackiej próbie przekonania go – po prostu zasnęłam w pracy. To przecież nie przestępstwo, prawda?

– Nie interesują mnie twoje usprawiedliwienia – stwierdził, rzucając tak ostre spojrzenie na moją dłoń, że natychmiast ją cofnęłam. – Przyszedłem tu tylko sprawdzić, kto, do cholery, włamał się do mojego mieszkania i zjadł śniadanie z moimi rodzicami. Teraz już wiem.

– Proszę… – Głos mi się załamał i w tamtym momencie nienawidziłam się za to. – Nie możesz po prostu o tym zapomnieć? Udawać, że nigdy mnie tam nie było?

– Chciałbym. – Pokręcił głową. – Ale nie masz pojęcia, co narobiłaś.

– Daj spokój. – Boże, czemu był taki bezlitosny? – Przecież nikomu nie zrobiłam tym krzywdy.

– Zrobiłaś! Mi! – Zaśmiał się ponuro i oznajmił: – Teraz moi rodzice i współpracownicy myślą, że moja Abby przyjdzie dziś wieczorem na najważniejsze wydarzenie w moim życiu, bo Abi im to obiecała.

– No to czemu po prostu im nie powiesz, że nie przyjdzie? – zapytałam ze zmarszczonymi brwiami. – I dlaczego w ogóle zachowywali się, jakby mnie znali?

– Bo myślą, że mam dziewczynę o imieniu Abby, na litość boską – warknął z wyraźną frustracją. – Jakie było prawdopodobieństwo, że moja pokojówka też będzie miała tak na imię?

– Czyli… – Wyglądało na to, że coś mi tu umyka, i nie miało to żadnego związku z moim nocowaniem w jego apartamencie. – Tak naprawdę nie masz dziewczyny o imieniu Abby?

– Nie mam – wycedził przez zaciśnięte zęby, patrząc gdzieś ponad moim ramieniem, jakby jego myśli nie krążyły już wokół mnie, lecz jego najwyraźniej niezwykle stresującej sytuacji.

– Czyli co, wymyśliłeś ją sobie? – zapytałam, podczas gdy on wyglądał, jakby gorączkowo próbował obmyślić jakiś plan wyjścia z opresji.

Jego intensywne spojrzenie wróciło do mnie i natychmiast pożałowałam tego pytania.

– Byłaś kiedyś aresztowana, Abi Mariano? – zapytał cicho tonem, który zabrzmiał groźnie.

– Oczywiście, że nie! – Policzki zapłonęły mi z oburzenia, choć chyba trochę sobie zasłużyłam na to pytanie.

– Czyli gdybym sprawdził twoją przeszłość kryminalną…

– Zawiadomiłabym policję i zgłosiła nękanie! – przerwałam mu głośno, niemalże krzycząc. Wkurzyłam się, że traktuje mnie jak przestępczynię, po tym jak wyjaśniłam mu dokładnie swoją sytuację. Nie każdy ma kilka mieszkań do dyspozycji czy kupę kasy na hotele, do diabła. Zabolało mnie, że przez moją nieco kontrowersyjną decyzję mieszkaniową zachowuje się, jakbym ukradła mu rodzinne klejnoty.

I wtedy się do mnie uśmiechnął.

Kurczę… to było coś.

Ten uśmiech naprawdę zwalał z nóg – był seksowny i prowokujący, począwszy od ułożenia jego warg, a skończywszy na zmrużeniu tych intensywnie zielonych oczu.

Podszedł do mnie bliżej.

– Tylko że nie mogłabyś tego zrobić, bo sama bezprawnie wtargnęłaś do mojego mieszkania, zapomniałaś? – odezwał się aksamitnym głosem, patrząc na mnie z wysokości swoich dwóch metrów wzrostu.

– Przestań się mną bawić. – Przełknęłam ślinę i skrzyżowałam ręce na piersi. – Co zamierzasz zrobić?

– Jeszcze się zastanawiam – odpowiedział i jego wzrok powędrował na moją klatkę piersiową. – Co to znaczy?

– Co?

Zmarszczył brwi i wskazał brodą na moją koszulkę.

– Napis na twojej koszulce. Nie rozumiem.

„Oczywiście, że nie rozumiesz”. Zaopatrywałam się w sklepie z koszulkami z nadrukiem na zamówienie, gdzie mieli cały stojak: „Wszystkie pomyłki 80% taniej”. W rezultacie moja szafa była pełna takich z krzywymi napisami, literówkami albo po prostu idiotycznymi pomysłami.

Osobiście miałam to gdzieś, bo kosztowały tylko dwa dolary, ale domyślałam się, że ktoś taki jak on w życiu by ich nie włożył.

Uniosłam dumnie podbródek.

– Czego konkretnie nie rozumiesz? – zapytałam.

Na koszulce – nawiasem mówiąc, mojej ulubionej – widniał rysunek wiewiórki w majtkach. Nad nią był napis: „Hamilton zamiótł”, a pod spodem: „Walczymy dla bielizny”. Nie miałam pojęcia, co autor miał na myśli, ale zawsze mnie to bawiło, gdy wyciągałam ciuch z suszarki.

– Czy to coś znaczy? – zapytał, wyraźnie zirytowany, że nie ogarnia.

Przewróciłam oczami, jakby był skończonym durniem.

– Oczywiście, że tak.

– Dobra, nie mam dziś na to czasu. – Jego zielone oczy przesunęły się po mojej twarzy. – Odezwę się. Odbierz, jak będę dzwonił.

A potem tak po prostu się odwrócił i ruszył przed siebie, jak jakiś pieprzony król, który nie ma już czasu na rozmowy z plebsem. Miałam ochotę rzucić czymś w ten jego idealny garnitur, kiedy tak szedł w stronę parkingu. Już same jego eleganckie skórzane buty z pewnością kosztowały więcej niż mój samochód.

– Co zamierzasz zrobić?! I co to znaczy „Odezwę się”?! – krzyknęłam. Miałam ochotę za nim pobiec i zmusić go, żeby skrócił moją udrękę. – Nie masz nawet mojego numeru.

– Wezmę go od Carla! – odkrzyknął, nawet się do mnie nie odwracając.

– Kim, do cholery, jest Carl? – mruknęłam do siebie, podczas gdy każdą cząstkę mojego ciała wypełniała coraz większa frustracja. Naprawdę nie potrzebowałam tego całego stresu, miałam już wystarczająco problemów na głowie.

– Mój portier – odpowiedział, udowadniając tym samym, że najwyraźniej jest obdarzony ultradźwiękowym słuchem oraz arogancją uprzywilejowanego bubka. – Według niego znacie się jak łyse konie.

Niech cię szlag, Carl.

Westchnęłam, odprowadzając faceta wzrokiem. Żołądek ściskał mi się ze strachu, gdy zastanawiałam się, ile czasu mi jeszcze zostało, zanim ten dupek milioner zniszczy mi życie.

Rozdział 4

ZAWARCIE UMOWY

Declan

„Nie mogę uwierzyć, że to robię” – pomyślałem, siedząc w samochodzie.

Moi rodzice zabierali właśnie ode mnie z mieszkania swoje rzeczy, dlatego odesłali mnie tu, żebym im nie przeszkadzał.

Wyszukałem Abi Mariano na swojej liście kontaktów. Przeprowadziłem wcześniej małe śledztwo w internecie, żeby upewnić się, że faktycznie nie jest przestępczynią (właściwie to uwierzyłem jej w kwestii tej plagi robali), sprawdzić, czy funkcjonuje normalnie w społeczeństwie, i ocenić stopień jej podejrzaności. Po znalezieniu jej profilu na LinkedInie i odkryciu, że z wyróżnieniem ukończyła Uniwersytet Nebraski w Omaha, skonsultowałem się z moim kumplem Romanem, który przekonał mnie do wykonania bardzo ryzykownego ruchu.

Wybrałem połączenie przez FaceTime i czekałem chwilę. Odebrała.

– Halo? – Na ekranie pojawiła się jej zdezorientowana mina ze zmarszczonymi brwiami. Nic dziwnego, nie znała mojego numeru i nie byliśmy znajomymi.

– Mariano.

– Tak? – Westchnęła, rzuciła mi zirytowane niecierpliwe spojrzenie, po czym odwróciła się i wymamrotała do kogoś za sobą: – Przepraszam na moment.

– Czy mogę cię prosić o chwilę uwagi?

Przeniosła wzrok na mnie.

– Proszę bardzo – odpowiedziała, wyglądając na wyraźnie wkurzoną.

Jej zmrużone brązowe oczy mówiły, że lepiej z nią nie zadzierać, co cholernie mnie zirytowało, bo za kogo ona się w ogóle miała? Użyła mojego apartamentu jako swojego prywatnego Airbnb, a teraz zachowywała się, jakbym to ja był dupkiem, bo mi się to nie spodobało?

Dziewczyna miała może metr pięćdziesiąt w kapeluszu, burzę rudych włosów na głowie i prawdziwie zadziorny charakterek. Może uznałbym ją nawet za uroczą, gdyby nie przyprawiała mnie teraz o migrenę. Niestety Abi Mariano wydawała się mieć do tego talent.

– Mam dla ciebie propozycję – oznajmiłem.

– Och, cudownie. – Szła jakąś zatłoczoną ulicą, której nie potrafiłem rozpoznać. Spojrzała w telefon i wypaliła: – Pozwól, że tu cię zatrzymam: nie interesuje mnie nic seksualnego ani nielegalnego.

– Jakby mnie interesowało.

Jak na kogoś, kto bez pozwolenia pomieszkiwał w moim apartamencie, naprawdę miała tupet. Z miejsca poinformowałbym jej szefa o całym incydencie, gdybym tak desperacko nie pragnął tego awansu.

– To chcesz usłyszeć moją ofertę czy mam zadzwonić do Kena Adamsa?

Zacisnęła usta. Tak, znam jego nazwisko, skarbie.

– Kontynuuj – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

– Jeśli zgodzisz się udawać moją dziewczynę na dzisiejszym przyjęciu, dobrze się spiszesz i nie pogorszysz sytuacji, będziemy kwita.

– Czekaj, co? – Zatrzymała się nagle i spojrzała na mnie, jakbym oszalał. – Mam udawać twoją dziewczynę na jakimś przyjęciu koktajlowym?

To rzeczywiście brzmi jak fatalny pomysł.

– Tak – potwierdziłem.

– Ale ja nawet cię nie znam.

– Prześlę ci parę informacji, żeby ci to ułatwić.

– Skąd mam wiedzieć, że potem i tak nie złożysz na mnie skargi?

– Nie złożę.

Przewróciła oczami.

– Jasne, już ci wierzę. Mówiłam, że cię nie znam.

– Dam ci to na piśmie.

– To żadne zapewnienie. Miałabym potem wynająć prawnika, żeby pozwał miliardera za złamanie obietnicy?

– To czego ode mnie chcesz? – warknąłem wkurzony, że jeszcze bardziej komplikuje tę absurdalną sytuację.

– Hmm. – Usiadła na ławce… Czyżby była w Elmwood Park? Milczała przez chwilę, po czym pstryknęła palcami i oznajmiła: – Wiem! Wyślesz Kenowi maila, że płacisz mi za doglądanie mieszkania przez tydzień. To będzie taki elektroniczny dowód twojej zgody na mój pobyt w nim, żeby cudowna Abi nie wpadła czasem w kłopoty, gdyby ktoś zobaczył, jak wychodzi stamtąd rano.

Dziewczyna była bystra, to musiałem jej przyznać.

– Okej, ale dlaczego przez tydzień? Napiszę mu, że zapłaciłem ci za popilnowanie mieszkania zeszłej nocy.

– Nie, udostępnisz mi je na tydzień, do czasu aż moja sytuacja mieszkaniowa się nie zmieni.

– Nie ma mowy – odparłem, kręcąc głową. – Nie pozwolę obcej osobie spać w…

– Po pierwsze, nie jesteśmy sobie obcy. Jestem twoją dziewczyną, pamiętasz? – przerwała mi tonem, jakby strofowała skończonego idiotę. – Oczywiście ty zatrzymasz się w tym czasie w hotelu. Nie miałoby sensu, żebym pilnowała mieszkania, w którym przebywasz.

– Czyli chcesz, żebym pozwolił nieznajomej zamieszkać u mnie, a sam wynajął sobie pokój?

Ta kobieta ewidentnie była niespełna rozumu.

Jak na ironię i tak chciałem spędzić weekend w hotelu. Mój tata miał problemy z plecami i nie tolerował kiepskich łóżek, a skoro w poniedziałek znów miałem wyjechać, rodzice mieli zatrzymać się u mnie.

Dopóki nie pojawiła się Abi.

– No tak. – Pokiwała głową. – Technicznie rzecz biorąc, ciągle jakieś nieznajome pokojówki wchodzą ci do mieszkania, kiedy jesteś poza miastem. No i to nie będzie mój pierwszy raz bez nadzoru w twoim apartamencie. Dość często tam zaglądam.

– Absolutnie odpada – oznajmiłem.

Wzruszyła ramionami.

– W takim razie na mnie nie licz.

– Być może mógłbym zamiast tego zakwaterować ciebie w hotelu na tydzień – zaproponowałem niechętnie, gotów zakończyć tę farsę.

Zmarszczyła nos.

– Nie.

– Jak to „nie?” – Zaraz mnie szlag trafi. – Właśnie powiedziałem, że opłacę ci tygodniowy pobyt w hotelu, a ty odmawiasz?

– Tak, bo chciałabym korzystać z twojej kuchni.

– To jakieś szaleństwo. – Wziąłem głęboki oddech, starając się zachować spokój, chociaż zostało zaledwie kilka godzin do przyjęcia. To na nim powinienem się skupić, a nie na tej niedorzecznej kobiecie, która wparowała nieproszona do mojego życia. – Miło było cię poznać. Wspaniałego życia! Ach, i przekażę Kenowi, że go pozdrawiasz.

– W takim razie ja pozdrowię od ciebie twoich rodziców, kiedy im powiem, że wymyśliłeś sobie dziewczynę.

Zamknąłem usta, bo nie miałem najmniejszego pojęcia, co na to odpowiedzieć, podczas gdy ona patrzyła na mnie z tą swoją zadziorną miną z uniesionymi brwiami, jakby rzucała mi wyzwanie. Miałem ochotę walić głową w ścianę.

– Nie pozwolę się szantażować pokojówce – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, zastanawiając się, jak to możliwe, że sytuacja tak szybko wymknęła mi się spod kontroli. – Przyjmij moją pierwotną ofertę albo się rozłączam i dzwonię do Kena.

Przygryzła dolną wargę, mrugając szybko, jakby gorączkowo próbowała znaleźć najlepsze rozwiązanie. „No dalej, Abi, podejmij mądrą decyzję” – powiedziałem do niej w myślach, czekając w milczeniu, aż coś postanowi.

– Ale właściwie po co ci to? – zapytała. Nie wydawała się przeciwna mojemu pomysłowi, sprawiała raczej wrażenie, jakby próbowała rozwiązać zagadkę. – To rozwiązałoby twój problem tylko na jeden wieczór i prawdopodobnie jeszcze pogorszyło sprawę na dłuższą metę.

– Słuchaj, muszę po prostu przetrwać ten bardzo ważny wieczór bez miliona pytań, okej?

Zacisnęła usta.

– Jaki dress code obowiązuje w ten „bardzo ważny wieczór”?

Dzięki Bogu – zrobi to. Odetchnąłem z ulgą.

– Masz sukienkę koktajlową?

Parsknęła, nie, dosłownie wybuchła śmiechem.

– Słuchaj, przyślę ci wszystko, co trzeba. – Uciszyłem ją. – Dostarczą ci do mieszkania sukienkę, buty i wszystko inne. Odbiorę cię o dziewiętnastej.

– Czekaj. Do czyjego mieszkania? Twojego czy mojego?

– Myślałem, że w twoim są robaki.

– Bo są.

– No to chyba oczywiste, że moje jest lepszym wyborem?

– Oczywiście, że tak, ale jeszcze niedawno groziłeś mi utratą pracy za to, że tam weszłam.

– Bo wtedy cię nie zapraszałem.

– Czyli teraz pozwalasz mi u siebie zostać? – zapytała z niedowierzaniem.

Nie chciałem ulegać jej żądaniom. Tylko że musiałem się pospieszyć, bo czas naglił.

– Czekaj… twoich rodziców już tam nie ma, prawda? – dopytała.

– Właśnie przenoszą się do hotelu.

– Dlaczego?

– Czy to ważne?

– Powiesz mi czy nie?

– Przenoszą się do hotelu, bo nie chcą, żeby krępowała cię ich obecność.

– Mnie?

– Ciebie.

– Ciekawe. – Siedziała tak jeszcze chwilę w milczeniu, wpatrując się zmrużonymi oczami w coś nad ekranem, po czym oznajmiła: – Nadal nie udzieliłeś mi zgody na tygodniowy pobyt.

– Abi…

– Ale nawet jeśli się zgadzasz, potrzebuję trochę czasu, żeby to przemyśleć.

– Ile czasu? – Poczułem silne pulsowanie w skroniach. Nie do wiary. Ta niemożliwa dziewczyna zachowywała się, jakby to ona miała nade mną przewagę. Zwykle ufałem radom Romana, ale patrząc teraz na jej uparty podbródek i idiotyczną koszulkę, zacząłem podejrzewać, że w tym przypadku akurat kompletnie się pomylił.

To był naprawdę fatalny pomysł.

– Właściwie, Abi…

– Zrobię to.

Chwila, czy ona mówi poważnie?

– Czyli kiedy powiedziałaś, że potrzebujesz trochę czasu na przemyślenie, miałaś na myśli dziesięć sekund?

– Na to wychodzi.

Potarłem czoło. Wiedziałem, że powinienem się z tego wycofać – uciec jak najdalej od tej szalonej Abi Pokojówki i całej absurdalnej sytuacji, do której jakimś sposobem doprowadziłem swoim kłamstwem, zanim to wszystko jeszcze bardziej obróci się przeciwko mnie.

Dlatego moja odpowiedź nie miała najmniejszego sensu.

– Dobra. No to plan jest taki…

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Rozdział 1. POBUDKA W ŁÓŻKU MILIONERA

Rozdział 2. WYMYŚLONA PRZYJACIÓŁKA OKAZUJE SIĘ ISTNIEĆ NAPRAWDĘ

Rozdział 3. MILIONER POZNAJE SWOJĄ POKOJÓWKĘ

Rozdział 4. ZAWARCIE UMOWY

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji