Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
234 osoby interesują się tą książką
Pałają do siebie nienawiścią, ale muszą zamieszkać razem…
Daphne Hayes po tym, jak przyłapuje narzeczonego na zdradzie z dwudziestoletnią stażystką rozwiesza kompromitujące zdjęcia w ich biurze. Zemsta ma wysoką cenę. Kobieta traci stanowisko, reputację i plany na przyszłość.
Kiedy pojawia się oferta zatrudnienia w małym górskim miasteczku Westbridge w stanie Waszyngton, Daphne przyjmuje ją bez wahania, traktując wyjazd jako szansę na nowy początek.
W samolocie, w chwili paniki, chwyta za rękę siedzącego obok nieznajomego mężczyznę o chłodnych, szarych oczach i surowej, nieprzystępnej twarzy. Okazuje się nim Tristan Kent, szef kuchni, który po latach wraca do rodzinnego miasteczka, by pomóc swojemu najlepszemu przyjacielowi w uruchomieniu restauracji w resorcie. Tym samym, w którym ma pracować także Daphne.
Po przyjeździe do Westbridge los płata im figla. Przez błąd starszej asystentki oboje otrzymują klucze do tego samego domku nad zamarzniętym jeziorem. I szybko wychodzi na jaw, że muszą w nim razem mieszkać…
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 455
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Karolina Żynda
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Aleksandra Krasińska, Dominika Kalisz-Sosnowska, Magdalena Kłodowska
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-920-7 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Ludzie nie są stworzeni do latania
Daphne
Oszalałam.
Niektórzy pewnie powiedzą, że stało się to już kilka tygodni temu – dokładnie w dniu, w którym rozwiesiłam w całym open spasie zdjęcia gołego tyłka Ethana robiącego zszokowaną minę, gdy stał dziwnie skręcony między szeroko rozłożonymi nogami dwudziestoletniej stażystki Kiry w pozie, której nie powstydziłby się żaden amatorski film na Pornhubie.
A jednak to nie był wcale szczyt szaleństwa.
Ani nawet mój pomysł.
Za całą tę akcję głównie ponosili odpowiedzialność Ivy oraz sam Ethan. Gość uznał, że pokój służbowy z kamerami przemysłowymi to idealne miejsce na szybki numerek w godzinach pracy. Zdobycie screena z nagrania okazało się dziecinnie proste. Kilka uśmiechów i niewinnych spojrzeń mojej przyjaciółki wystarczyło, by ochroniarz rozproszył się na tyle, że udało mi się wślizgnąć do jego biura i podkraść film.
Zemsta to suka.
Niestety dział HR najwyraźniej nie podzielał tej życiowej mądrości.
Straciłam posadę za kradzież nagrania, a mój eks został zawieszony za „nieodpowiednie stosunki w pracy”.
I dopiero to rozpoczęło lawinę zdarzeń, która sprawiła, że ostatecznie postradałam rozum.
Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że siedziałam właśnie w samolocie mającym mnie zawieźć w samo serce Gór Kaskadowych, i to w lutym, skoro panicznie bałam się latać, a śnieg w całym swoim życiu widziałam wyłącznie w filmach?
Przez całe życie nie wyjechałam poza Los Angeles.
A jednak teraz wybierałam się do małego górskiego miasteczka, żeby objąć stanowisko menedżerki projektu resortu mającego za kilka miesięcy przejść wielkie, wyczekiwane ponowne otwarcie.
Złośliwi powiedzieliby, że to z powodu braku lepszych opcji po tym, jak plotki o moim wybryku rozeszły się po branży. Ja postrzegałam to jako nowy początek. Szansę.
Musiałam tylko przeżyć lot.
– Szanowni państwo, witamy na pokładzie. Prosimy o zajęcie miejsc zgodnie z numerami na kartach pokładowych i schowanie bagażu podręcznego pod siedzeniem lub w schowku nad głową.
Spokojny, melodyjny głos stewardesy zabrzmiał w moich uszach jak wyrok śmierci.
Równie dobrze mogła powiedzieć: „Wkrótce wszyscy umrzemy”.
Kiedy wchodziłam do tej metalowej puszki zagłady wśród pierwszych pasażerów, wmawiałam sobie, że mam szczęście. Że za kilka godzin zacznie się zupełnie nowy, wspaniały etap mojego życia.
Uśmiechałam się.
Szeroko.
Teraz ten uśmiech zniknął.
W przypływie naiwności wybrałam miejsce przy oknie. Od początku idealizowałam ten wyjazd w głowie, wyobrażając sobie, jak podziwiam widoki z góry, popijając szampana. Strach wydawał mi się wtedy czymś drugorzędnym.
Jaka ja byłam głupia.
Ethan często powtarzał, że mój niezdrowy entuzjazm przyćmiewa mi rozsądek. Nienawidziłam tego, że teraz, po tym wszystkim, musiałam przyznać mu rację.
Ścisnęłam podłokietniki tak mocno, że pobielały mi knykcie. Samolot nawet jeszcze nie ruszył z miejsca, a moje serce już urządziło mały pokaz akrobacji.
Za oknem pracownicy obsługi naziemnej wrzucali ostatnie walizki do brzucha maszyny z taką nonszalancją, że aż się skrzywiłam.
Drżącymi palcami poprawiłam blond kucyk, a potem wygładziłam zmarszczki na pastelowoniebieskim swetrze. Starsza pani, wciąż stojąca w przejściu, złapała mój wzrok i obdarzyła mnie współczującym uśmiechem.
Czy moja panika okazywała się aż tak oczywista?
Próbowałam odwzajemnić uśmiech, ale kiepsko mi to wyszło. Moje usta nie współpracowały. Musiałam wyglądać, jakbym zjadła cytrynę.
Po chwili wszyscy pasażerowie jakoś się upchnęli, drzwi samolotu zamknięto z ostatecznym hukiem, a silniki zaczęły buczeć. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, szykując się do ryku. Cała maszyna lekko drżała, wibracje przenikały przez podłogę i siedzenie, prosto do moich kości.
Mimowolnie przymknęłam oczy.
Fotel obok ugiął się pod czyimś ciężarem, a potem otulił mnie przyjemny, ciepły zapach męskich perfum. Coś drzewnego z nutą cytrusa i dymu, subtelny aromat, ale na tyle wyraźny, że na moment przebił się przez mój strach.
Delikatnie rozchyliłam powieki, gdy stewardesa przeszła obok, demonstrując procedury bezpieczeństwa z profesjonalnym, beztroskim uśmiechem.
– Prosimy o zapięcie pasów i wyprostowanie oparć siedzeń.
Krew odpłynęła mi z twarzy tak szybko, że poczułam zimny pot na skroniach. Kliknęłam pas, ale palce mi drżały i musiałam spróbować dwa razy, zanim mi się udało.
– Pierwszy raz? – Z boku dobiegł mnie niski, lekko ochrypły męski głos.
Zadrżałam i powoli obróciłam głowę w stronę nieznajomego.
Siedział rozparty, jakby cała przestrzeń należała do niego, z ramionami swobodnie opartymi o podłokietniki. Jego szerokie barki sprawiały, że dystans między nami wydał się niebezpiecznie mały. Czarne włosy, odrobinę za długie, opadały mu na czoło w nieładzie i kontrastowały z jasną skórą twarzy o ostrych rysach, wysokich kościach policzkowych i prostym nosie, pokrytej cieniem dwudniowego zarostu.
Ale to oczy przyciągały najmocniej. Szare i chłodne jak niebo tuż przed burzą.
Patrzył na mnie bez uśmiechu, z wyraźną rezerwą niemającą w sobie nic z obojętności. Był przytłaczający. Na tyle, że dopiero po chwili dotarło do mnie, że powoli ruszamy.
– Nie. Po prostu… nie jestem fanką – wydukałam trzęsącym się głosem.
Samolot zaczął kołować. Silniki zawyły głośniej, maszyna ruszyła do przodu, nabierając prędkości. Podwozie dudniło o płytę lotniska, a ja czułam, jak ziemia ucieka spod nas coraz szybciej.
Puls mi przyspieszył, żołądek podjechał do gardła.
– Ale nie zamierzasz zemdleć? – zapytał, wciąż wpatrując się w moją twarz. – Nie jestem typem, który ratuje damy w opałach.
– Nie jestem damą w… – pisnęłam, kiedy dziób samolotu się uniósł.
Grawitacja przycisnęła mnie do fotela. Bezmyślnie, czysto instynktownie, wyciągnęłam rękę i złapałam pierwszą lepszą rzecz znajdującą się w pobliżu. Zacisnęłam palce na dużej, ciepłej dłoni, z lekkimi zgrubieniami na opuszkach.
Przez krótką, boleśnie ciągnącą się chwilę odnosiłam wrażenie, że moja dusza dryfuje gdzieś poza ciałem.
Ale kiedy już do mnie dotarło, co właśnie zrobiłam, cała panika związana ze startem została zastąpiona przez zażenowanie.
Właśnie złapałam obcego mężczyznę za rękę.
Gwałtownie otworzyłam oczy. Mój uścisk był jak imadło, a facet nawet nie drgnął. Nie wyrwał ręki, ale też nie próbował mnie uspokajać. Po prostu zastygł, spojrzał na nasze splecione palce, a potem na moją twarz. Ostrożnie, jakby oceniał potencjalne zagrożenie.
– Masz zimne ręce – powiedział w końcu tak cicho, że ledwie go usłyszałam przez szum w uszach.
– Bo zaraz umrę – wychrypiałam.
Kącik jego ust drgnął. Tak lekko, że mogłam to sobie wyobrazić.
– Nie dzisiaj – mruknął.
Samolot wznosił się coraz wyżej.
A ja nie puściłam jego dłoni przez następne czterdzieści sekund.
W końcu, kiedy maszyna wyrównała lot, a moje serce przestało próbować wyskoczyć z klatki piersiowej, powoli rozluźniłam uścisk. Jego dłoń okazała się ciepła, szorstka, jakby spędzał dni na świeżym powietrzu, nie w klimatyzowanym biurze. Zupełnie inna niż gładka skóra Ethana.
– Przepraszam – wymamrotałam, czując, że policzki mi płoną. – To wyszło… instynktownie.
– Nic się nie stało – mruknął i odwrócił wzrok w stronę okna.
– Dokąd się wybierasz? – zapytałam, próbując zatuszować fakt, że użyłam jego ręki jak osobistej piłeczki antystresowej. – Też do Seattle?
Gdy tylko te słowa padły z moich ust, miałam ochotę sama sobie wymierzyć policzek.
Dokąd się wybierasz? Też do Seattle?
Przecież siedzicie w tym samym samolocie, na litość boską!
Gorąco oblało mi policzki, szyję i czubki uszu.
Zachowywałam się jak wariatka. Na szczęście nieznajomy nie poprosił stewardesy o zmianę miejsca. Jedynie przechylił lekko głowę i rzucił lakonicznie:
– Tak. – Zawahał się, po czym dodał: – Nie do końca. Praca.
Parsknęłam niezdarnie, wciąż samobiczując się w myślach.
– Och, to tak jak ja!
Odpowiedział burknięciem. Brzmiał jak niedźwiedź, który obudził się w połowie grudnia i jeszcze nie zdecydował, czy chce dalej spać, czy już kogoś pożreć.
Nie chcąc się dalej kompromitować, wyciągnęłam słuchawki, odpaliłam na tablecie jakąś głupią komedię romantyczną, postanawiając zatonąć w przewidywalnym, nieco zabawnym, ale słodkim scenariuszu.
Nie odezwałam się już do współpasażera ani słowem.
Lecz co jakiś czas czułam na sobie jego spojrzenie.
A gdy sama odważyłam się zerknąć w jego kierunku, zauważyłam, że dłoń, za którą go złapałam, zaciskał w pięść.
Chyba trzymał ją tak przez cały lot.
Home, sweet home
Tristan
Co chwilę zerkałem na kobietę tkwiącą obok jak jakiś podglądacz i zaczynało mnie to wkurzać.
Nie potrafiła usiedzieć spokojnie. Krzyżowała nogi, rozkładała je z powrotem, wierciła się, zmieniała pozycję co kilkanaście sekund. Nawijała końcówkę wysokiego kucyka na palec. Stopą wystukiwała szybki, nerwowy rytm.
Wmawiałem sobie, że to właśnie ten ruch przyciąga wzrok.
Była drobna. Nie filigranowa, po prostu zwyczajnie mała, jakby zaprojektowana do świata o połowę mniejszego niż ten, w którym przyszło nam żyć. Jej skóra miała charakterystyczny złocisty odcień kojarzący mi się z Kalifornią, a włosy nieznajomej lśniły w popołudniowym słońcu, podkreślającym ich miodowy, ciepły kolor. Kąciki jej oczu marszczyły się za każdym razem, kiedy coś wyświetlanego na ekranie tabletu ją rozbawiło.
A rozbawiało ją prawie wszystko.
Poruszyłem się niespokojnie na fotelu, pocierając pięść.
Jakiś czas później nad naszymi głowami zamigotała lampka „zapiąć pasy”. Kobieta podskoczyła, jakby ktoś wsadził jej między żebra kabel pod napięciem. Kątem oka dostrzegłem, jak wbija paznokcie w podłokietniki tak mocno, że kostki jej palców zrobiły się śnieżnobiałe.
– Szanowni państwo – rozległ się spokojny, profesjonalnie znudzony głos stewardesy – rozpoczynamy zniżanie do Seattle. Czas lokalny: szesnasta czterdzieści siedem. Temperatura na ziemi wynosi przyjemne trzydzieści osiem stopni Fahrenheita…
Czekałem, aż dziewczyna znów wysunie dłoń i złapie moją.
Nie zrobiła tego.
Przeżyła lądowanie z zaciśniętymi, pobielałymi knykciami, zamkniętymi oczami i ustami poruszającymi się w czymś, co mogło być modlitwą albo ciągiem przekleństw.
Nie byłem pewien, czy poczułem ulgę, czy rozczarowanie.
Samolot dotknął pasa z szarpnięciem i piskiem opon. Kobieta mimowolnie wydała z siebie ciche westchnienie. Kiedy kołowaliśmy, w końcu się rozluźniła. Kolory powoli wracały na jej policzki.
Złapała moje spojrzenie i się uśmiechnęła.
Skinąłem tylko głową bez wyrazu, po czym odpiąłem pas, kiedy tylko zgasła lampka. Wstałem pospiesznie, co okazało się błędem. Schowek nad głową zmusił mnie do niezgrabnego pochylenia w wąskiej przestrzeni i otarłem się nogą o jej nogę.
Zesztywniałem i zerknąłem w dół.
Twarz nieznajomej wciąż rozjaśniał ten szeroki, irracjonalny uśmiech.
– Miałeś rację – powiedziała. – Dzisiaj jednak nie umrzemy.
Głos dziewczyny stracił paniczny ton. Zastąpiła go lekka, melodyjna barwa, która kojarzyła mi się z latem, ciepłem i pomarańczowym zachodem słońca. Strach całkowicie z niej wyparował, co przemieniło ją w osobę kipiącą ożywczą energią.
– Tak – mruknąłem, wyciągając torbę z większą siłą niż to konieczne. – Szczęściarze z nas.
Dołączyłem do wolno przesuwającej się kolejki pasażerów w przejściu, nie oglądając się za siebie. Nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, że zbiera swoje rzeczy, pewnie wciąż się uśmiechając.
***
Hala lotniska przypominała przepełniony zbiornik, w którym powietrze dawno przestało prawidłowo krążyć. Strumienie ludzi przecinały się pod tablicami odlotów, zderzały, rozpadały i znów łączyły. Każdy pędził w inną stronę, wpatrzony w telefon, bilet albo zatopiony we własnych myślach. Nieustający hałas wypełniał z pozoru ogromną przestrzeń aż po brzegi: komunikaty dudniły z głośników, kółka walizek stukały o podłogę, setki rozmów zlewały się w ciągły szum.
Przepychałem się przez tłum z zębami zaciśniętymi tak mocno, że aż bolały.
Zapomniałem, jak bardzo tego nienawidzę.
Naporu obcych ciał. Naruszania przestrzeni osobistej. Sensorycznego przeciążenia.
Można by pomyśleć, że lubiłem chaos. W końcu pracowałem w kuchni. Tyle że tamten chaos kontrolowałem. Otaczający mnie ludzie chodzili jak dobrze naoliwiona maszyna, którą sam wcześniej skalibrowałem.
Los Angeles pozostawało głośne, rozedrgane, wiecznie rozbuchane, ale ja żyłem w nim jak w stworzonej przez siebie bańce. Mieszkałem na drugim piętrze starego budynku w Mid-Wilshire. Okna mojego skromnego studia wychodziły na podwórko, gdzie prawie nigdy nikogo nie było, poza kotem przybłędą i starszą panią Rodriguez, karmiącą go o siódmej rano tuńczykiem prosto z puszki.
Stamtąd chodziłem głównie do restauracji, The Still. Poza tymi dwoma punktami prawie nie istniałem dla miasta. Odwiedzałem tylko pobliski park, wczesnym rankiem czy późnym wieczorem, kiedy biegałem albo wyprowadzałem psa dziewięćdziesięcioletniego pana Spencera.
Kobieta z trójką wrzeszczących dzieci odcięła mi drogę, prawie przejeżdżając mi wózkiem po stopie.
Jakiś biznesmen darł się do telefonu, jakby jego rozmówca miał problemy ze słuchem.
Gdzieś w tle płakało niemowlę.
Naprawdę miałem dość. Moja skóra wydawała się dziwnie napięta, a bębenki w uszach groziły pęknięciem.
W końcu wyrwałem się z głównej hali i znalazłem względnie spokojny kąt przy drzwiach wejściowych. Oparłem się o chłodną ścianę, po czym wziąłem głęboki wdech, czując, jak tętno powoli mi zwalnia. Dopiero wtedy wyciągnąłem telefon, żeby zadzwonić do Marshalla.
Odebrał po drugim sygnale.
– Proszę, powiedz, że nie spóźniłeś się na samolot.
– Jestem w Seattle – oznajmiłem, obserwując rodzinę witającą się trzydzieści stóp dalej. Skrzywiłem się na ich widok. – Wylądowałem jakieś piętnaście minut temu.
– I nie wsiadłeś od razu do powrotnego? Jestem pod wrażeniem – rzucił z przekąsem. – Nawiasem mówiąc, twój pick-up już na ciebie czeka. Wschodni parking, poziom trzeci, rząd D. Kluczyk leży za lewą oponą, jak za starych czasów.
Mój stary pick-up.
Nie widziałem tej ciężarówki od ośmiu lat. Ostatni raz prowadziłem ją w dniu, w którym wyjeżdżałem z Westbridge, przysięgając, że nigdy tu nie wrócę. Zostawiłem ją wtedy Marshallowi i kazałem sprzedać. Jak widać – nie posłuchał. Nawet nie czułem się zdziwiony. Rzadko robił to, o co go prosiłem.
– Trzymałeś go przez cały ten czas?
– To klasyk.
– Raczej zardzewiała kupa złomu – poprawiłem go, choć w klatce piersiowej rozlało mi się coś ciepłego i odrobinę niewygodnego na myśl, że mój przyjaciel zachował tę cząstkę mojej przeszłości. – W ogóle jeszcze jeździ?
– W zeszłym tygodniu odebrałem go od mechanika. Nowy olej, nowe opony, pełen bak. Nawet posprzątałem schowek, choć zostawiłem twoją starą kolekcję CD w nienaruszonym stanie. Mam nadzieję, że nadal słuchasz Linkin Park.
Parsknąłem.
– Nie musiałeś tego wszystkiego robić.
– Daj spokój, będziesz potrzebował samochodu. – Zamilkł na moment, a ja usłyszałem szum wody w tle. – Wybacz, że nie mogłem cię odebrać osobiście. Pękła rura we wschodnim skrzydle ośrodka. Zalało jeden z dopiero co wykończonych apartamentów.
– Jak bardzo jest źle?
– Mogło być gorzej. Wyłapaliśmy to dość szybko, ale mam wkurzonego wykonawcę i jakiś cal wody do ogarnięcia. – Westchnął. Niemal widziałem, jak przeczesuje włosy palcami. Robił tak zawsze, kiedy był zestresowany. – Olivia pomogła mi podrzucić ciężarówkę. Przekazuje pozdrowienia, tak swoją drogą.
Kąciki moich ust drgnęły na dźwięk jej imienia.
Olivia to młodsza siostra Marshalla. Jedyna osoba w Westbridge poza nim, która nie patrzyła na mnie przez pryzmat rodzinnego skandalu. Zapamiętałem ją jako energiczną, otwartą nastolatkę w ogrodniczkach i z aparatem na zębach, ale miałem świadomość, że dziewczynka z moich wspomnień już nie istnieje. Miała wtedy czternaście lat, a ja zniknąłem na osiem. Teraz stała się dorosłą kobietą i nie byłem pewien, czy rozpoznałbym ją na ulicy.
– Powiedz jej, że też pozdrawiam – odpowiedziałem.
– Sam jej to powiesz, gdy wpadniesz jutro do resortu – odparł z lekką nutą wyzwania. – Tęskniła za tobą. Oboje tęskniliśmy.
Burknąłem coś wymijającego.
– Muszę kończyć. Powinienem wyruszyć, zanim zrobi się całkiem ciemno.
– Jedź ostrożnie. Na wieczór zapowiadają mocne opady śniegu i wiatr. Istny armagedon. – Zawahał się chwilę, po czym dodał ciszej: – I, Tristan? Dzięki, że przyjechałeś. Wiem, ile cię to kosztuje.
Rozłączyłem się, zanim zdążył się rozczulić jeszcze bardziej, i wepchnąłem telefon z powrotem do kieszeni.
Znalezienie pick-upa okazało się łatwiejsze, niż myślałem. Wyblakły niebieski Ford F-150 z 1988 roku, który wyglądał, jakby jego miejsce znajdowało się na złomowisku, stał samotnie w oddalonym zakamarku parkingu. Kiedy podszedłem bliżej, na usta wkradł mi się niechciany uśmiech. Marshall rzeczywiście się nim opiekował. Karoseria okazała się czysta, a rdzawe plamy zamalowane farbą prawie pasującą kolorem. Kluczyk czekał za oponą, dokładnie tam, gdzie Marshall powiedział.
Rzuciwszy torbę na fotel pasażera, wślizgnąłem się za kierownicę. Wnętrze wciąż pachniało sosną, jakby zapach wgryzł się w tapicerkę na dobre. Wsunąłem kluczyk w stacyjkę. Silnik zaskoczył z gardłowym pomrukiem.
Droga do Westbridge miała zająć około trzech godzin w dobrych warunkach, ale przy prognozowanym śniegu należało się liczyć z opóźnieniem. Zapłaciłem za parking i wjechałem na autostradę, kierując ciężarówkę na wschód, ku górom. W lusterku wstecznym lśniła sylwetka Seattle, a popołudniowe słońce osuwało się coraz niżej, malując niebo miękkimi odcieniami pomarańczu i różu. Przede mną rysowały się już ciemne, postrzępione sylwetki szczytów jak zęby czekające, by mnie połknąć.
Włączyłem radio i podkręciłem głośność do granic możliwości, byle tylko zagłuszyć nieproszone myśli o domu, rodzicach i Vincencie, który z pewnością się odezwie, kiedy tylko dotrze do niego wieść, że wróciłem. Przez lata próbował wszystkiego, by odbudować nasz kontakt, a ja równie konsekwentnie gasiłem każdy jego wysiłek. Podejrzewałem, że bez dystansu kilku tysięcy mil nie będzie to już takie proste.
Gdy wjeżdżałem głębiej w Kaskady, droga zaczęła się zwężać i wić pomiędzy gęstymi lasami sosnowymi i jodłowymi napierającymi na asfalt z obu stron. Śnieg padał nieprzerwanie od ponad godziny. Grube płatki topniały na szybie, zanim wycieraczki zdążyły je zgarnąć, a reflektory pick-upa wycinały w narastającej ciemności blady tunel, rozświetlając wirującą biel i od czasu do czasu odbijając się w oczach jakiegoś zwierzęcia w głębi lasu.
Mimo zimna opuściłem szybę, pozwalając, by ostre, nasycone zapachem żywicy powietrze wypełniło mi płuca.
Pierwszy widok świateł w dole doliny przeszył moją klatkę piersiową niczym strzała. Westbridge przez te osiem lat niemal się nie zmieniło – wciąż było zlepkiem kilku budynków rozrzuconych wokół zamarzniętego jeziora.
Zatrzymałem się na poboczu i wyciągnąłem telefon, by sprawdzić adres wysłany przez Marshalla. Wynajęty domek z widokiem na wodę znajdował się przy Pinecrest Road, na obrzeżach miasteczka. Prawdopodobnie był to jeden z wakacyjnych domów, które zaczęły wyrastać tu w ostatnich latach, gdy bogaci mieszkańcy Seattle odkryli rustykalny urok Westbridge.
Opony pick-upa chrzęściły na świeżym śniegu, gdy skręciłem w wąską drogę okrążającą dalszą część jeziora.
Jechałem powoli, mrużąc oczy, aż w końcu odczytałem właściwy numer na płocie. Podjazd odbijał od drogi i znikał pomiędzy drzewami. Wkrótce przede mną wyłonił się zarys zaśnieżonego budynku.
„Domek” to słowo zdecydowanie zbyt skromne. Na końcu dróżki stał solidny, dwukondygnacyjny budynek z ciemnego drewna, osadzony na lekkim wzniesieniu wśród wysokich sosen. Świeży śnieg pokrywał grubą warstwą spadzisty dach, a niemal czarne belki konstrukcyjne kontrastowały z jaśniejszymi, wygładzonymi przez czas deskami elewacji, nabierającymi w świetle reflektorów ciepłego, bursztynowego połysku. Szeroka weranda wspierała się na masywnych słupach, a w przerwie między drzewami majaczyła zamarznięta tafla jeziora.
Był idealny. Odosobniony. Stworzony dla kogoś, kto chciał unikać miasteczka jak ognia.
Marshall znał mnie aż za dobrze.
Nie ma tego złego, co by na gorsze nie wyszło
Daphne
Autobus okazał się prawie pusty. W środku znajdowałam się tylko ja, kierowca, który wyglądał, jakby wyrwał się z lat 80. Nie mając pojęcia, że moda się zmieniła, oraz jakaś babcia w trzech swetrach. Ta ostatnia od dobrych czterdziestu minut patrzyła na mnie tak, jakbym bezczelnie wtargnęła do jej osobistego pojazdu.
Za oknem panowała ciemność. Góry rysowały się czarnymi sylwetkami na jeszcze czarniejszym niebie, a śnieg…
Boże, śnieg!
Padał powoli, leniwie, jakby mu się nigdzie nie spieszyło. Z fascynacją obserwowałam, jak płatki lądują na szybie, na chwilę robią się idealnie białe, a potem rozpływają w małych, przezroczystych łezkach.
Podciągnęłam kolana pod brodę, otuliłam się ciaśniej szalikiem i puściłam kolejną piosenkę z Evermore. Wszystko wydawało się nagle możliwe. Jakby całe pasmo porażek i nieszczęść miało mnie doprowadzić właśnie do tej chwili.
Telefon zawibrował mi w kieszeni.
Ivy:
Już zamarzłaś na śmierć? Czy może pożarł cię niedźwiedź? To jedyne dwie akceptowalne wymówki, żeby nie dać znać, że dotarłaś bezpiecznie.
Parsknęłam, co wywołało kolejne zdegustowane spojrzenie starszej pani. Uśmiechnęłam się do niej serdecznie, z minimalną skruchą, na co tylko zmrużyła oczy, więc spuściłam wzrok i odpowiedziałam na wiadomość:
Daphne:
Wciąż siedzę w autobusie. Niedźwiedzi jeszcze nie było, ale WIDZĘ ŚNIEG! PRAWDZIWY ŚNIEG, IVY! Jest tak piękny, że chyba się popłaczę.
Odpowiedziała kilka sekund później:
Ivy:
To zamarznięta woda, nie Chris Hemsworth. Poza tym twój entuzjazm wobec wygnania staje się niepokojący. Syndrom sztokholmski zazwyczaj rozwija się dłużej.
Daphne:
To nie wygnanie! To przygoda. Nowy rozdział.
Ivy:
Raczej ucieczka, bo twój eks to dupek, który zrujnował ci reputację w branży. Nie musisz udawać, że wybierasz się do Narni, a nie na jakieś zadupie.
Stłumiłam śmiech. Tylko ona potrafiła tak precyzyjnie przebić moją wymuszoną radość. Ale w jednym się myliła. Już nie musiałam niczego udawać. Tak, na początku się załamałam, kiedy wszystkie perspektywy pracy w LA wyparowały po „incydencie”, którego się dopuściłam. I tak, zgłosiłam się na to stanowisko w Westbridge tylko z desperacji. Ale gdzieś pomiędzy wejściem na pokład samolotu a pierwszym płatkiem śniegu na szybie autobusu coś się zmieniło.
Daphne:
Może wszystko dzieje się po coś.
Ivy:
Zrywałam przyjaźnie za mniejszy new-age’owy bullshit. Odezwij się, gdy dotrzesz na miejsce.
I mam nadzieję, że jednak odmrozisz sobie tyłek. Przez ciebie nie mam z kim zjeść lunchu, a nowa dziewczyna ciągle kradnie mi jogurt z lodówki.
Daphne:
Też już za tobą tęsknię!
Nie zdążyłam zobaczyć odpowiedzi, bo nagle znudzony głos kierowcy zatrzeszczał w głośnikach:
– Westbridge, pięć minut.
Naprężyłam się, wpatrując w okno autobusu. Droga gwałtownie skręciła, drzewa się rozstąpiły i nagle ukazało się miasteczko, które przez najbliższe miesiące miało stać się moim domem. Śnieg padał coraz gęściej, wirując w porywach wiatru, przez co krajobraz jawił się jak przez zamgloną szybę, a mimo to chłonęłam go całą sobą.
Zza zasłony bieli wyłoniło się zamarznięte jezioro przykryte puchem, za nim majaczyły góry, których szczyty ginęły w niskich chmurach. Wzdłuż tafli wiła się wąska, poskręcana ulica, a po drugiej stronie powoli wyrastały kolorowe, drewniane budynki. Witryny małych sklepików pokrywał szron. Na jednej ktoś namalował wielką śnieżynkę i napis: „Ciepłe kakao w środku. Ratujemy przemarznięte dusze!”. W tle stał smukły, kamienny kościół z wieżą prawie dotykającą chmur.
Gdy go minęliśmy, autobus zwolnił i z jękiem zatrzymał się przy małej drewnianej wiacie, która najwyraźniej była tutejszym przystankiem.
Chwyciłam torebkę, naciągnęłam czapkę głębiej na uszy i ruszyłam za starszą panią w stronę wyjścia. Gdy drzwi się rozsunęły, mroźne powietrze uderzyło we mnie z taką siłą, że niemal straciłam równowagę.
– Ostrożnie na schodkach, panienko – ostrzegł kierowca. – Jest ślisko.
Nie żartował.
Pierwszy krok na ziemi Westbridge omal nie okazał się ostatnim. Noga niezgrabnie przejechała mi po lodzie, ale na szczęście złapałam się poręczy, w ostatniej chwili ratując się przed upadkiem twarzą w śnieg. Gdy stanęłam stabilnie, odwróciłam się w stronę kierowcy wyciągającego właśnie moją wielką różową walizkę, wzdychając głośno.
– Niech zgadnę, przyjechała pani na narty? – zapytał z lekkim rozbawieniem.
– Właściwie to do pracy – odparłam uprzejmie. – Mam nadzorować ponowne otwarcie Westbridge Lake Resort.
– Aaa. – Kiwnął głową, nagle bardziej zainteresowany. – Miejsce Marshalla. To dobry człowiek. Nie mogła pani trafić lepiej. Założę się, że dobrze płaci.
Zanim zdążyłam zapytać, skąd zna mojego przyszłego pracodawcę, zamknął klapę i wrócił za kierownicę. Autobus odjechał z rykiem silnika, zostawiając mnie samą na pustym przystanku w towarzystwie sypiącego śniegu i coraz ostrzejszego wiatru.
Chwyciłam za rączkę i zrobiłam krok.
– O mój Boże… – sapnęłam, czując, jak chłód przenika moje eleganckie, ale kompletnie niepraktyczne buty.
Cienka skóra szybko przemokła, a dekoracyjne futerko zbierało płatki jak magnes. Kupiłam je specjalnie na tę podróż, przekonana, że okażą się odpowiednie na zimę. Sprzedawczyni przysięgała, że są idealne w góry. Zapomniała dodać, że idealne tylko wtedy, gdy góry istnieją wyłącznie jako tło do zdjęć na Instagramie.
Ciągnąc walizkę, dotarłam pod wiatę przystanku i sprawdziłam adres w telefonie. Według mapy moje tymczasowe lokum znajdowało się jakieś piętnaście minut drogi samochodem stąd. Drżącymi, zmarzniętymi palcami spróbowałam wybrać numer jedynej firmy taksówkarskiej w Westbridge.
– Tu Mountain Rides – poinformował mnie wesoły nagrany głos. – Czynne od poniedziałku do soboty w godzinach od dziewiątej rano do dziewiątej wieczorem. Zostaw wiadomość, a oddzwonimy najszybciej, jak to możliwe!
Spojrzałam na telefon: 8:55.
Mimo wszystko wybrałam numer, modląc się do wszystkich istniejących bóstw, by ktoś odebrał. Przy czwartym podejściu w końcu odezwał się wyraźnie znużony mężczyzna.
– Mountain Rides.
– O dzięki Bogu! Dzień dobry, potrzebuję taksówki do…
– Przykro mi, proszę pani. Ostatni kierowca pojechał do domu godzinę temu. Burza się nasila. Dziś w nocy nic nie jeździ.
Połączenie się urwało, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.
Z niedowierzaniem patrzyłam na telefon, rozważając swoje opcje. Mogłabym zadzwonić do Marshalla Lockwooda, mojego nowego szefa. Podczas rozmów wideo wydawał się sympatyczny. Był też jedyną znaną mi tu osobą. Ale potem przypomniałam sobie, jak się przedstawiałam podczas tych rozmów: zaradna, samodzielna, doświadczona w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami. Dzwonienie po ratunek, zanim oficjalnie zaczęłam pracę, wydawało się kiepskim sposobem na udowodnienie tych cech.
Została mi tylko jedna opcja.
Spacer.
Google Maps szacował trzydzieści minut pieszo do podanego adresu.
Dam radę.
***
Mała metalowa skrzyneczka na kod wisiała dyskretnie na balustradzie ganku, niemal niewidoczna pod świeżą warstewką śniegu. Niezdarnie grzebałam, ustawiając kombinację przysłaną e-mailem przez asystentkę Marshalla. Po trzech nieudanych próbach i jednym złamanym paznokciu zamek w końcu ustąpił, odsłaniając klucze.
Weszłam do domu, wciągając walizkę za sobą, i zamknęłam drzwi przed mroźnym wiatrem wdzierającym się bezlitośnie do środka.
Przystanęłam w wąskim przedpokoju, dając ciału chwilę na oswojenie się z ciepłem.
Po lewej ujrzałam otwartą kuchnię z masywną drewnianą wyspą i dużym oknem z widokiem na ośnieżone podwórze. Po prawej znajdował się salon zdominowany przez wysoki, sięgający aż do belkowanego sufitu kamienny kominek, w którym wesoło trzaskał ogień. Zanotowałam w myślach, by podziękować swojemu nowemu szefowi za taką dbałość o szczegóły. Dom był gotowy na moje przybycie, rozpalono nawet w kominku, co po prawie godzinnej tułaczce przez śnieg – bo oczywiście w tych warunkach droga zajęła mi o wiele więcej niż szacowane dwa kwadranse – wydawało mi się zbawieniem.
Z westchnieniem ulgi zsunęłam kurtkę z ramion i ruszyłam prosto do salonu, by przerzucić ją przez podłokietnik kanapy.
Byłam spocona, zmęczona, nie czułam stóp, ale dotarłam.
Zwaliłam się na sofę, cicho jęknąwszy, gdy obolałe mięśnie w końcu się rozluźniły. Kanapa okazała się przyjemnie miękka, a gruby, dziergany koc leżący nieopodal kusił ciepłem. Otuliłam się nim jak kokonem i przez chwilę po prostu oddychałam, nasłuchując trzaskania ognia i stłumionego wycia wiatru za oknem.
Potem przypomniałam sobie o Ivy. Wygrzebałam telefon i zrobiłam kilka szybkich zdjęć salonu.
Daphne:
Dotarłam! Z sześć razy prawie umarłam. Dom jest PRZEŚLICZNY. Patrz. Czasem dobre rzeczy naprawdę przytrafiają się dobrym ludziom, którzy podejmują bardzo, bardzo dyskusyjne decyzje po przeżyciach ze zdradzieckimi eksami.
„Wysyłanie…” trwało nienaturalnie długo. W końcu pojawił się komunikat: brak zasięgu. Nie powinnam poczuć się zaskoczona. Szalała śnieżyca, a ja znajdowałam się na odludziu.
Nagle z góry dobiegł huk. Zamarłam z telefonem w dłoni. Moje serce natychmiast przyspieszyło do galopu.
Przez sekundę próbowałam sobie wmówić, że to tylko stary dom, że to belki pracują na mrozie… ale potem usłyszałam dźwięk kroków. Dokładnie nade mną.
Nie byłam sama.
Mój umysł przeskakiwał przez możliwości, przy czym każda wydawała się straszniejsza od poprzedniej, a odgłosy nie ustawały.
Powoli wstałam z kanapy, rozglądając się za czymś, co mogłoby posłużyć za broń. Wzrokiem zahaczyłam o solidny ceramiczny wazon, stojący na stoliku bocznym przy schodach. Niebieski, z geometrycznymi białymi wzorami, na tyle ciężki, że mógł zrobić krzywdę. Chwyciłam go obiema rękami.
Kroki na górze ucichły.
Gardło mi się zacisnęło.
Ustawiłam się tak, żeby widzieć stopnie, a jednocześnie móc w razie czego schować się za kanapą. Wazon wydawał się niezgrabny i ciężki, ale ścisnęłam go mocniej, próbując przypomnieć sobie cokolwiek z kursu samoobrony w college’u. Celować w kolana? W krocze? Fakt, że nie pamiętałam niczego przydatnego, wydawał się kosmicznym żartem.
Drżącymi palcami zaczęłam wybierać numer alarmowy. Trzy razy wpisałam zły kod do odblokowania ekranu.
Drzwi na górze otworzyły się ze skrzypnięciem, a potem zamknęły z wyraźnym trzaskiem. Kroki ruszyły w stronę schodów.
Sekundę później na ich szczycie pojawiła się sylwetka.
Czas zwolnił.
Wysoki mężczyzna schodził powoli, z niedbałą, niemal arogancką pewnością siebie. Krople wody lśniły na jego nagim torsie, spływały leniwie po ciele i ginęły tam, gdzie biały ręcznik owijał się bardzo nisko wokół bioder. Czarne, świeżo umyte włosy zostały zaczesane do tyłu, ale kilka mokrych kosmyków uparcie opadało na czoło, podkreślając ostre rysy. Kilkudniowy zarost przyciemniał szczękę, dodając twarzy surowości, prawie drapieżności.
Ale to nie sylwetka ani ręcznik sprawiły, że wstrzymałam oddech. To jego oczy – stalowoszare, zimne, kipiące absolutnym, nieokiełznanym gniewem – gdy tylko natrafiły na moje.
Widziałam je już wcześniej.
Przez chwilę, która ciągnęła się jak wieczność, patrzyliśmy na siebie w bezruchu.
– Co, do cholery, robisz w moim domu? – warknął w końcu.
To był on.
Mężczyzna z samolotu.
I jakimś absurdalnym zbiegiem okoliczności stał teraz w moim domu, patrząc na mnie tak, jakbym to ja była intruzem.
Kobieta z samolotu
Tristan
Zamarłem w połowie schodów.
Przez moment nabrałem przekonania, że to zmęczenie po długiej podróży płata mi figle, że mój mózg produkuje obrazy, których nie powinienem tu zastać.
Ale nie.
W moim salonie stała uśmiechnięta blondynka z samolotu.
Z tym że teraz się nie uśmiechała. I wyglądała, jakby przeszła przez piekło. Jej blond kucyk był wilgotny. Policzki miała mocno zaczerwienione, a oczy szeroko otwarte. Wyraz twarzy nieznajomej w ułamku sekundy przeszedł od zaskoczenia do paniki. Trzymała przed sobą ceramiczną wazę jak tarczę.
Przez jedną zawieszoną w czasie chwilę po prostu na siebie patrzyliśmy. Ja, kapiąc wodą na stopnie, z ręcznikiem owiniętym naprędce wokół bioder. Ona, z miną, jakby właśnie zobaczyła ducha.
W końcu zrobiłem ostrożnie krok. Wtedy ciszę rozdarł jej wysoki, piskliwy okrzyk.
Wzdrygnąłem się.
Kobieta, która kilka godzin temu złapała mnie za rękę w samolocie, znajdowała się w moim domu. Absurdalność sytuacji natychmiast rozpaliła we mnie irytację, a ta szybko osiągnęła temperaturę wrzenia. Zwłaszcza że zauważyłem telefon przyciśnięty do jej poczerwieniałego ucha i usłyszałem stłumiony odgłos sygnału połączenia.
Nie mogła przecież dzwonić na policję, prawda?
To byłby już szczyt wszystkiego.
– Co ty, do cholery, robisz w moim domu? – warknąłem.
Jej oczy zrobiły się jeszcze większe, cofnęła się, wciąż trzymając wazę jak broń.
– Twoim domu? – szepnęła, po czym kręcąc głową, odezwała się do telefonu drżącym głosem: – W moim wynajmowanym domu jest jakiś mężczyzna. Ma na sobie tylko ręcznik. Ja… spotkałam go już wcześniej.
Cholera, naprawdę dzwoniła właśnie na policję.
Ręcznik zsunął mi się lekko, gdy zrobiłem kolejny krok w dół. Złapałem go gwałtownie, nagle boleśnie świadomy swojego niemal nagiego ciała. Zimne krople wody spływały mi po plecach, ale gniew grzał tak mocno, że nie czułem nic poza furią.
Kim była ta kobieta?
Wariatką?
Stalkerką?
Zmorą mającą uczynić mój pobyt w Westbridge jeszcze bardziej nieprzyjemnym?
– Chciałaś powiedzieć w moim domu. Moim. Nie twoim – wycedziłem, pokonując resztę stopni długimi krokami. – Nie wiem, kim jesteś ani co sobie wyobrażasz, ale masz się stąd wynieść. Natychmiast.
Zanim zdążyłem się zastanowić, znajdowałem się już po drugiej stronie pokoju, napędzany oburzeniem i pierwotnym dyskomfortem zostania złapanym w tak bezbronnej sytuacji. Wolną ręką – tą, którą nie trzymałem rozpaczliwie ręcznika – wyrwałem jej telefon z dłoni. Odskoczyła i uderzyła plecami o kamienny kominek.
Spokojny, profesjonalny głos rozległ się z głośnika:
– Halo? Proszę pana, proszę zachować spokój, patrol jest w drodze.
– To nieporozumienie – warknąłem do słuchawki, zanim zdążyłem się powstrzymać. Potem wziąłem głęboki wdech i dodałem już spokojniej, choć głos nadal miałem napięty: – Nazywam się Tristan Kent. Zapewniam, że jestem u siebie. Przyjechałem kilka godzin temu. Ta kobieta wtargnęła tu bezprawnie.
– Rozumiem. Funkcjonariusze wkrótce zjawią się na miejscu i wyjaśnią sytuację.
– Dobrze. – Rozłączyłem się i rzuciłem smartfon z powrotem do kobiety.
Złapała go niezdarnie. W jej dużych, niebieskich oczach strach mieszał się z oburzeniem.
– Nie możesz po prostu wyrwać komuś telefonu z ręki! – zaprotestowała, tym razem mocniejszym tonem. – I to nie twój dom. Mam potwierdzenie rezerwacji i kod do wejścia. Ja… – Urwała nagle, oczy znów jej się rozszerzyły, gdy przesunęła nimi z mojej twarzy na tors, a potem błyskawicznie wróciła w górę. Rumieniec rozlał się jej po policzkach.
Zimna rzeczywistość stania tam w samym ręczniku uderzyła mnie z całą siłą. Dzieląca nas przestrzeń wydała mi się nagle zbyt mała, a powietrze za gęste.
– Idę się ubrać – oznajmiłem sztywno. – Kiedy zejdę na dół, lepiej, żebym cię tu nie zastał.
Odwróciłem się i wbiegłem po schodach, biorąc po dwa stopnie naraz. Drzwi sypialni trzasnęły za mną z satysfakcjonującym hukiem. Liczyłem, że to wystarczy, by ją wystraszyć i skłonić do zniknięcia, zanim pojawi się policja.
Gdy wróciłem na dół, ubrany i gotowy na konfrontację, oczywiście nadal tu była.
Kobieta z samolotu, której imienia dalej nie znałem i nie wiedziałem, czy chcę poznać, rozsiadła się na kanapie, jakby nie przyjmowała do wiadomości, że wcale nie znajduje się u siebie. Zgięła jedną nogę, wsuwając stopę pod udo, i oparła się wygodnie o stos poduszek. Usłyszawszy, że się zbliżam, wyprostowała się jak struna i skierowała ku mnie zaskakująco pewne spojrzenie. Z jej oczu zniknął strach, została tylko determinacja.
– Nadal tu jesteś – wycedziłem.
Odchrząknęła, jakby zyskiwała na czasie.
– A gdzie indziej miałabym być? – zapytała niewzruszonym tonem.
Zmrużyłem oczy.
– Daleko.
Oblizała spierzchnięte wargi, wyraźnie zastanawiając się nad odpowiedzią. Wbrew woli podążyłem wzrokiem za tym gestem, co tylko pogłębiło moją irytację. Odniosłem wrażenie, że zauważyła to kątem oka, bo ramiona jej zesztywniały, a podbródek uniósł się minimalnie.
– Chyba źle zaczęliśmy – przyznała w końcu. – Nie wiem, co się dzieje, ale stało się jasne, że żadne z nas nie ma złych zamiarów. Trzeba to jakoś uporządkować.
Prychnąłem, wchodząc jej w słowo bez cienia skrupułów:
– Nie jestem tego taki pewien.
Jej brwi powędrowały w górę, a uśmiech, rozciągający jej wargi, niemal natychmiast zgasł.
– Słucham?
– Co do tych złych zamiarów – doprecyzowałem. – Zbyt wiele rzeczy się tu nie zgadza.
– Nie rozumiem.
Poruszyłem nerwowo żuchwą, czując narastającą potrzebę skonfrontowania jej z tym, co od początku nie dawało mi spokoju.
– Spotkaliśmy się w samolocie. Rozeszliśmy się każde w swoją stronę. A teraz znajduję cię w moim salonie – wyliczałem, zbliżając się o krok. – Śledziłaś mnie?
Otworzyła szerzej oczy, wyraźnie zaskoczona.
– Czy cię śledziłam? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Myślisz, że jestem jakąś… prześladowczynią?
– Tylko zadaję pytania. Całkiem logiczne.
Wzięła głęboki wdech.
– Nie. Jestem. Żadną. Stalkerką. – Podkreśliła każde słowo. – Proszę, masz swoją odpowiedź.
– Kim więc jesteś? – zapytałem. – I co tutaj robisz?
Podniosła się i bez cienia wahania skróciła dzielącą nas odległość. Wyciągnęła rękę. Przez chwilę patrzyłem na nią jak na węża, gotowego ukąsić mnie w każdej chwili.
– Daphne Hayes – przedstawiła się spokojnie, nic sobie nie robiąc z mojej pełnej niechęci miny. – Przyjechałam tu do pracy. Bynajmniej nie po to, żeby śledzić nieznajomych z samolotu, jak niektórzy mogą sobie wyobrażać.
Nie podałem jej ręki, zamiast tego założyłem ramiona na piersi.
– A jednak jakimś cudem znalazłaś się w domu, który dopiero co wynająłem – zauważyłem sucho. – Bo to ja go wynająłem. Mam potwierdzenie i znajduję się tu od kilku godzin.
– Ja też – odparła, po czym się poprawiła: – No dobrze, nie od kilku godzin. Dopiero przyjechałam. Ale też mam potwierdzenie. – Dziarsko wyciągnęła telefon z kieszeni, odnalazła e-mail, po czym podsunęła mi go pod nos z triumfalną miną. – Proszę. Westbridge Lake Rentals. Dom Pinecrest. Od dwunastego lutego do pierwszego czerwca.
Coś zimnego i nieprzyjemnego osiadło mi w żołądku, gdy wyjąłem własną komórkę. Znalazłem wiadomość od Marshalla i wystawiłem ekran w jej stronę.
– Dwunastego lutego do pierwszego czerwca. Ten sam dom.
Przez długą chwilę patrzyliśmy na siebie, gdy ogarniało nas bliźniacze zrozumienie.
Żadne z nas nie kłamało.
Żadne z nas nie okazało się intruzem.
Oboje dostaliśmy legalny dostęp do tego samego miejsca.
– To… niemożliwe – wyszeptała, szybko mrugając.
Przeczesałem wilgotne włosy palcami, czując coraz większą frustrację. Nie mogłem uwierzyć, że mój pierwszy dzień w Westbridge już przyniósł takie komplikacje. Liczyłem przynajmniej na kilka spokojnych dni, tymczasem dostałem powitanie równoznaczne z rozpoczęciem prawdziwego horroru. Jak to się w ogóle mogło stać? Czy w tej dziurze pracowali sami niekompetentni ludzie? Nic dziwnego, że Marshall potrzebował pomocy.
– Najwyraźniej jest możliwe, skoro oboje tu stoimy – skwitowałem ponuro.
Daphne opadła na skraj sofy, jakby uleciało z niej całe powietrze. Wyglądała na wyczerpaną. Dopiero teraz zauważyłem, że jej ubranie jest wilgotne na brzegach, jakby przedzierała się przez śnieg.
– Powinienem zadzwonić do Marshalla – mruknąłem, bardziej do siebie niż do niej.
– Marshalla? – Poderwała głowę. – Marshalla Lockwooda?
– Znasz go?
– To mój nowy szef. Przyjechałam pomóc przy ponownym otwarciu ośrodka. – Jej niebieskie oczy się rozszerzyły. – Czekaj… a skąd ty go znasz?
– To mój przyjaciel.
Usta dziewczyny uformowały się w małe „o” z zaskoczenia.
Właśnie ten moment wybrał sobie korpulentny policjant, by zapukać do naszych… moich drzwi.
Szkoda, że jego obecność pozostawała już całkowicie zbędna.
Wątpiłem, by potrafił wyjaśnić oczywistą pomyłkę w dokumentach, przez którą dwoje przypadkowych osób wylądowało pod tym samym dachem.
Musiałem zadzwonić do kumpla.
Tylko on mógł wiedzieć, co poszło nie tak.
***
Marshall wpadł przez frontowe drzwi w tumanach śniegu i potoku przeprosin, a potem zatupał butami o wycieraczkę tak mocno, że aż echo rozeszło się po całym przedpokoju. Nawet w środku kryzysu mój przyjaciel zachowywał tę swoją naturalną charyzmę. Uśmiechał się, choć dostrzegałem w nim coś nerwowego, jakby próbował rozbroić sytuację samą obecnością.
Ubrał się stosownie do pogody: ciężka kurtka, solidne buty, czapka, spod której wystawało kilka kasztanowych kosmyków. Wyglądał dokładnie jak właściciel górskiego resortu, czyli ktoś, kim się stał. Przeskakiwał spojrzeniem zielonych oczu między Daphne a mną, rejestrując oczywiste napięcie z wyraźnym grymasem. Nie zdołał go całkiem ukryć.
Zignorował je jednak, więżąc mnie w niedźwiedzim uścisku, zanim zdążyłem zareagować. Zesztywniałem na moment, zaskoczony intensywnością tego gestu.
– Dobrze cię widzieć, stary – przyznał cicho, wprost do mojego ucha. – Choć szkoda, że w takiej sytuacji.
Poklepałem go po ramieniu, odrobinę się rozluźniając.
– Ciebie też.
Odsunął się i przeniósł spojrzenie na kobietę, po czym posłał jej skruszony, niemal zawodowy uśmiech.
– Naprawdę bardzo, bardzo przepraszam za to wszystko – powiedział, zdjął kurtkę i zawiesił ją przy drzwiach. – Daphne, miło mi w końcu poznać cię osobiście, choć wolałbym, żeby towarzyszyły temu przyjemniejsze okoliczności.
Podeszła krok bliżej i wyciągnęła rękę. Zauważyłem, że zanim to zrobiła, wzięła krótki, kontrolowany wdech, jakby świadomie zbierała się w sobie.
– Miło mi w końcu poznać pana twarzą w twarz, panie Lockwood – odpowiedziała spokojnie.
– Marshall, proszę. – Uścisnął jej dłoń, po czym się odwrócił i klepnął mnie po ramieniu. – I widzę, że już zdążyliście się poznać z moim nowym szefem kuchni.
Skrzywiłem się.
Tak zaaferowałem się całym tym zamieszaniem, że nawet nie pomyślałem o tym, że nasze drogi i tak się skrzyżują, nawet jeśli uda mi się wykurzyć Daphne z domu. Oboje przyjechaliśmy tu pracować dla tego samego człowieka. Z pewnością będziemy się widywać, a ja jeszcze nie wiedziałem, czy mi się to podoba.
– Nie do końca – mruknąłem.
Uśmiech przyjaciela na moment zbladł.
– No tak. Dobra, wyjaśnię, co się stało. – Minął mnie i wszedł do salonu.
Poszliśmy za nim jak niechętne satelity wciągnięte w jego orbitę.
– Moja asystentka Clarissa pracuje w ośrodku chyba od zawsze. Praktycznie ją z nim odziedziczyłem. Jest świetna, ale technologia to jej nienajmocniejsza strona. – Opadł na sofę z westchnieniem i potarł skronie. – Wpisała obie rezerwacje do systemu, ale jakimś cudem nie zauważyła, że daty się nakładają. Dom jest twój, Tristan, do połowy czerwca, jak ustaliliśmy – zawahał się, przeskakując wzrokiem ze mnie na Daphne – i jednocześnie należy do pani Hayes.
– To niemożliwe – zauważyłem, opierając się o gzyms kominka, najdalej od niej, jak tylko pozwalał pokój.
– Prędzej niedopuszczalne – zgodził się Marshall. – To błąd. Ale teraz mamy problem, bo dosłownie nie ma gdzie indziej was ulokować.
Kobieta przysiadła na samym brzegu fotela, wyprostowana jak struna, jakby balansowała z książką na głowie. Dłonie miała splecione na kolanach, a spojrzenie skupiła na Lockwoodzie, nie na mnie.
– A co z samym resortem? – zapytała rzeczowo. – Nie macie wolnych pokoi?
Pokręcił głową.
– Jesteśmy w samym środku wielkich remontów. Wszystkie zdatne do użytku pomieszczenia zajmują teraz ekipy budowlane, a reszta jest rozebrana do gołych belek.
– Muszą być w mieście jakieś inne wynajmy – podsunąłem.
– W lutym? Nie ma szans. – Rozłożył ręce. – Wszystko albo zajęte przez turystów, albo zamknięte na zimę. Jedyna alternatywa to motel Pine Lodge i…
– Nie – zaprotestowałem jednocześnie z Daphne, po czym oboje spojrzeliśmy na siebie zaskoczeni.
Przez lata nasłuchałem się od kumpla o tym miejscu opowieści rodem z horrorów. A sądząc po krótkim grymasie obrzydzenia przemykającym po twarzy Daphne, ona też zdążyła się zorientować w sytuacji. Już wiedziałem, co robiła przez ostatnie piętnaście minut, gdy siedziała z nosem w telefonie, a jej mina przechodziła od zdeterminowanej do zrezygnowanej. Najwyraźniej sama próbowała znaleźć jakąś alternatywę i zderzyła się ze ścianą.
– A co z twoim domem? – zapytałem. – Na pewno masz jakiś pokój gościnny.
Znów się skrzywił.
– Sprzedałem go, żeby mieć kasę na remont – wyznał. – Mieszkam teraz w starej chacie, a ona ma tylko jedną sypialnię i problemy z ogrzewaniem.
Nie udało mi się ukryć zaskoczonej miny.
Nagle poczułem się podle, bo najwyraźniej nie odzywałem się do niego wystarczająco często. Ciekawe, ile takich szczegółów z jego życia jeszcze mi umknęło.
– Dom twoich rodziców? – podsunąłem.
Westchnął.
– Wynajęty. Dwa miesiące temu wyjechali w podróż kamperem po całej Ameryce i nie chcieli, żeby budynek stał pusty, skoro może przynosić zyski – wyjaśnił.
Okej, naprawdę byłem w tyle.
I najwyraźniej byłem też w czarnej dupie, bo wyglądało na to, że moja sytuacja mieszkaniowa okazała się znacznie bardziej skomplikowana, niż mi się zdawało. Naiwnie liczyłem, że Marshall zjawi się tu, przyzna, że to nieporozumienie, i zabierze stąd nadprogramowego gościa.
Wychodziło na to, że nic z tego.
Nie miał dokąd jej zabrać.
– Słuchajcie – ciągnął, wracając do tematu – ten dom ma dwie sypialnie. Jest przestronny. Bez problemu moglibyście się podzielić tą przestrzenią, nie wchodząc sobie w drogę.
– Podzielić? – powtórzyłem gorzko. – Chyba sobie żartujesz.
W tym samym momencie Daphne powiedziała:
– Brzmi jak plan. Może nie idealny, ale na ten moment chyba jedyny.
Nie.
To nie wchodziło w grę.
Marshall chyba zwariował. Już samo przebywanie w towarzystwie tej kobiety drażniło jakiś obszar w moim mózgu. Mieszkanie z nią stałoby się katorgą.
– Tristan, chciałeś znaleźć się z dala od miasta. Ten dom był jedynym miejscem spełniającym twoje wymagania – stwierdził spokojnie. – Chyba rozumiesz, że nie mogę wyrzucić kobiety, którą sam tu ściągnąłem, nie dając jej żadnej alternatywy. Jestem za nią odpowiedzialny. Wiem, że to niedogodne, ale na ten moment nie mam dla was żadnego innego rozwiązania.
Założyłem ręce, zaciskając zęby.
– To tylko tymczasowe – odezwała się Daphne, patrząc prosto na mnie. – Dopóki jedno z nas nie znajdzie innego miejsca.
Jej rozwaga tylko bardziej mnie zirytowała. Wydawała się tak cholernie opanowana, że to ja zaczynałem wyglądać na tego nierozsądnego. Pogodziła się z sytuacją szybciej, niż byłem gotów to zaakceptować.
Przez chwilę po prostu stałem jak posąg, desperacko próbując wpaść na jakieś rozwiązanie, które żadnemu z nich nie przyszło do głowy.
Tyle że ono nie istniało.
Westbridge to małe miasteczko. Turystyczne. Oddalone od cywilizacji, co brzmiało urokliwie, ale teraz zmieniało się w koszmar. Zimą, w połowie sezonu narciarskiego, stawało się pułapką dla przyjezdnych. Wszystkie sensowne pensjonaty czy apartamenty musiały być zajęte od tygodni, a resort Marshalla stał zamknięty, jeszcze bardziej ograniczając możliwości.
Milczałem przez dobre dziesięć sekund, czując, że drgają mi mięśnie szczęk.
– Dobra. Wygląda na to, że nie mam wyboru – wycedziłem w końcu, patrząc gdzieś ponad głową Marshalla. – Ale lepiej, żebyś znalazła sobie inne miejsce w ciągu najbliższych paru dni.
Daphne spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami, po czym skinęła głową.
– Oczywiście. Na pewno w końcu coś znajdziemy.
Przez ułamek sekundy odniosłem wrażenie, że właśnie rzuciła mi rękawicę. Powiedziała „my”. Nie ona. My. Coś mi mówiło, że pomimo jej pozornego spokoju wcale nie zamierza się stąd ulotnić. Liczyła, że ja to zrobię.
Po moim trupie.
Nie planowałem się wyprowadzać, bo jak zauważył Marshall, ten dom pozostawał idealnie odizolowany. Pasował mi. To Daphne zawinie stąd manatki. Już ja się o to postaram.
Zatrzymałem jednak te przemyślenia dla siebie ze względu na przyjaciela. Był dobry. Honorowy. Oczywiście, że chciał zadbać o nową pracownicę. Włączał się w nim naturalny instynkt opiekuńczy, którego mnie chyba zawsze brakowało. A nie chciałem dokładać mu problemów. Przynajmniej nie bezpośrednio.
– Poszukamy – zapewnił Marshall z wyraźną ulgą. – Może za kilka dni nam się poszczęści i coś się zwolni.
– Właśnie – przytaknęła Daphne.
Nie spojrzała na mnie, gdy to mówiła. Skupiła wzrok na swoim nowym pracodawcy, a jej ton brzmiał spokojnie, profesjonalnie, jakby prowadziła rozmowę służbową, a nie godziła się na mieszkanie z kimś, kto jeszcze godzinę wcześniej oskarżał ją o stalking.
– Świetnie. Naprawdę świetnie. Obiecuję, że wam to wynagrodzę – dodał, prostując się i wyraźnie szykując się do odwrotu. – Daphne, szczegóły twojej pracy omówimy jutro w ośrodku. Rano podstawię ci samochód. Dziesiąta pasuje?
Skinęła głową, unosząc kąciki ust w uśmiechu.
– Idealnie.
– A ty, Tristan… piwo jutro wieczorem? – zaproponował, zerknąwszy na mnie z nadzieją. – Musimy nadrobić zaległości.
Burknąłem coś niejednoznacznie, co Marshall, jak zwykle, bezbłędnie zinterpretował jako zgodę. Zawsze potrafił czytać między wierszami mojego milczenia lepiej niż ktokolwiek inny.
Po kilku kolejnych przeprosinach i zapewnieniach, że zrobi wszystko, co w jego mocy, ruszył w stronę drzwi. Poszedłem za nim i dopiero w przedpokoju odezwałem się ściszonym głosem, nie chcąc, by Daphne usłyszała choć jedno słowo.
– To tymczasowe – ostrzegłem. – Bardzo tymczasowe.
Westchnął, zatrzymując się na moment z dłonią na klamce.
– Wiem, że to nieidealne rozwiązanie – przyznał cicho. – Ale ta dziewczyna jest ważna dla ponownego otwarcia ośrodka. Potrzebuję jej. Po prostu… postaraj się nie odstraszyć jej swoim uroczym charakterem, co?
Nie odpowiedziałem. Nie byłem w nastroju do żartów.
Wyszedł, a ja zamknąłem za nim drzwi może odrobinę mocniej niż to konieczne. Dźwięk poniósł się echem po domu, który jeszcze kilka godzin temu wydawał mi się azylem, a teraz przypominał pole minowe.
Przez chwilę stałem w miejscu, wpatrując się w zamknięte drzwi, jakby istniała szansa, że przyjaciel wróci i oznajmi, że znalazł jednak cudowne rozwiązanie. Oczywiście tak się nie stało.
Odwróciłem się powoli.
Daphne wciąż siedziała w salonie, z rękami splecionymi luźno przed sobą.
Nie zamierzałem słuchać Marshalla. Mój „uroczy charakter”, jak to delikatnie ujął, pozostawał właśnie tym, czym planowałem uraczyć swoją niechcianą współlokatorkę. Nie miałem sumienia wyrzucić jej stąd na mróz, ale nie oznaczało to, że musiałem ułatwiać jej pobyt.
Mogłem sprawić, że sama uzna to miejsce za nie do zniesienia.
Zmotywuję ją, żeby szybko znalazła sobie alternatywne lokum.
Jakiekolwiek.
Byle zniknęła z mojej przestrzeni.
