Miesiąc miodowy dla singli - Olivia Hayle - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Miesiąc miodowy dla singli ebook i audiobook

Olivia Hayle

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

633 osoby interesują się tą książką

Opis

To miały być najszczęśliwsze dwa tygodnie w jej życiu, ale los miał zdecydowanie lepszy plan

 

Porzucona tuż przed ślubem Eden miała spędzić miesiąc miodowy u boku mężczyzny, którego kochała. Zamiast tego zostaje sama – ze złamanym sercem, z bezzwrotną rezerwacją i biletem do tropikalnego raju, który miał być początkiem nowego życia.

Nie zamierza jednak zmarnować tej podróży. Co może pójść nie tak? Plan jest prosty: słońce, plaża, ocean i wystarczająco dużo drinków, by zapomnieć o przeszłości.

Nie przewidziała tylko jednego…

JEGO.

Phillip Meyer jest arogancki, cyniczny i zdecydowanie zbyt przystojny, by dało się go zignorować. Wiecznie niezadowolony pracoholik wydaje się dokładnym przeciwieństwem Eden. A jednak los uparcie stawia ich na swojej drodze.

Bo czasem, aby odnaleźć siebie, trzeba pozwolić sobie na szaleństwo.

Pełna humoru, emocji i romantycznego napięcia historia o drugiej szansie, nieoczekiwanej bliskości i miłości, która pojawia się wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 261

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 42 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Małgorzata Gradkowska

Oceny
4,7 (9 ocen)
7
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tusz_na_papierze

Nie oderwiesz się od lektury

Jakie to było dobre ! Jakie to było naturalne i niewymuszone! Jakie urocze, lekkie i zabawne! To mój ideał komedii romantycznych / romansu / obyczajówki. Przezabawna, urocza i wywołująca motyle w brzuchu! Nie jest to żenująco, wulgarnie ani nie ma sztucznych dram. Są bohaterowie, skrajnie różni , którzy powoli się poznają, otwierają przed sobą. Są wakacyjnymi wersjami siebie. Ale czy to tylko wakacyjne ja czy w końcu to prawdziwe ja doszło do głosu ? Na pocałunek w tej opowieści trzeba poczekać. Zresztą skala hot to 2/5, więc jest idealnie i dobrze się czyta te sceny. Autorka ma niesamowity talent do opowiadania. Jej styl jest naturalny, lekki i przyciągający uwagę . To nie tylko opowieść o wakacyjnym romansie, to droga ku zrozumieniu, wybaczeniu sobie i szczerości. To też wyprawa na pomoc wykluwającym się żółwią, ciasne lokalne autokary, wysyłanie pocztówek, pływanie w nocy w basenie czy degustacja rumu. Ta książka aż kipi emocjonalnym napięciem, humorem i słodkim "oooo". To...
00
malxyfox

Dobrze spędzony czas

Przyjemna, ale miałam wrażenie że można było trochę bardziej rozwinąć historię
00
Natalkak25

Nie oderwiesz się od lektury

Super napisana ! Lekki wakacyjny romans w sam raz do przeczytania na jeden wieczór. Kocham tą chemię między bohaterami !
00
Wioleta26

Nie oderwiesz się od lektury

⭐⭐⭐⭐⭐
00
Olczi97

Nie oderwiesz się od lektury

Komfortowa, lekka książka. Bez zbędnych opisów i dramatów. Idealna na letnie popołudnie.
00



Tytuł oryginału: How to Honeymoon Alone

 

Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz

Tłumaczenie: Grażyna Woźniak

Redakcja: Justyna Techmańska

Korekta: Agata Bogusławska, Sandra Popławska

Konsultacja językowa: Paulina Sobolak

Projekt okładki: Leni Kauffman

Przygotowanie polskiej wersji okładki, opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright © by Olivia Hayle, 2023. All rights reserved.

Copyright for the Polish translation © by Grażyna Woźniak, 2026

Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wydanie pierwsze

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

ISBN: 978-83-8380-473-6

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

 
 
 

Wszystkim tym, którzy nie wyobrażają sobie wakacji bez dobrej książki

 
 
Jeden

Niektóre rzeczy trudno robić w pojedynkę. Na przykład składać meble pakowane w te wielkie, płaskie, tekturowe pudła. Albo przetrwać liceum. Zamówienie kolacji w knajpie – samej – również zalicza się do tego zbioru. Moja najlepsza przyjaciółka, niezdolna pojąć tej prostej prawdy, piorunuje mnie wzrokiem przez ekran telefonu.

– Po prostu usiądź przy stoliku – mówi. – Zamów i zjedz. Kogo obchodzi, co pomyślą inni?

Opadam na hotelowe łóżko.

– Na przykład mnie.

– Nieprawda. A nawet jeśli, inni się nie liczą.

– Może i tak. Zresztą nie przyleciałam na Barbados, żeby chować się w pokoju.

– Zdecydowanie nie. Poleciałaś tam, żeby przeżyć najlepsze dwa tygodnie swojego życia – oznajmia Becky. Siedzi na swojej kanapie w turecki wzór, z ciążową poduchą u boku. Moja przyszła chrześnica to jedyny powód, dla którego Becky nie dotrzymuje mi towarzystwa na rajskiej wyspie. – Poza tym masz odegrać się na... nie, nie wymówię jego imienia. Tobie też nie wolno o nim choćby pomyśleć.

Salutuję jej posłusznie.

– Tak jest.

– Dlatego zjesz kolację w tej boskiej restauracji, rozkoszując się cudowną pogodą, a później zrobisz sobie przyjemność i obejrzysz powtórki ulubionych seriali w swoim pokoju.

– Ciąża zrobiła z ciebie despotkę – stwierdzam.

Zza kadru dobiega głos jej męża:

– Ty to powiedziałaś, nie ja!

– Rozmawiam z Eden – ucisza go Becky.

– Cześć, Patrick! – wołam.

– Hej, Eden! Naciesz się słońcem w moim imieniu!

– Jasne! – Uśmiecham się do Becky. – Ale wiesz co? Masz rację. Co z tego, że będę jedyną osobą na sali jedzącą samotnie kolację?

– Totalnie nic. Przecież po powrocie do domu nigdy więcej nie spotkasz tych ludzi.

– Właśnie. – Podnoszę się do pozycji siedzącej i zerkam na otwartą walizkę leżącą na dywanie; kolorowe sukienki wylewają się z niej jak podczas Black Friday. – Założę tę czerwoną.

– Otóż to. I... Eden? Chcę zobaczyć zdjęcie z kolorowym, tropikalnym drinkiem. Na dowód, że to zrobiłaś.

Przewracam oczami.

– Dobra.

– Świetnie. – Uśmiecha się ciepło. – Szkoda, że mnie tam z tobą nie ma.

– Też żałuję. Dzięki.

– Zawsze do usług. A teraz baw się dobrze i wróć do domu z opalenizną, której ci pozazdroszczę.

Rozłączamy się, a ja znów zostaję sama w pokoju, w którym cisza aż dzwoni mi w uszach. Okna nie wychodzą na ocean – nie było mnie stać na taki apartament – tylko na perfekcyjnie utrzymany ogród Winter Resortu. Luksusowy, świeżo otwarty hotel jest dokładnie tym, o czym marzyliśmy z Calebem, kiedy rozmawialiśmy o miesiącu miodowym.

Zamierzam czerpać z tego pobytu garściami. Nawet jeśli będę musiała dokumentować każdą czynność i wysyłać zdjęcia Becky.

Pierwsze tygodnie po odkryciu... sekretnej aktywności Caleba nie były łatwe. Już samo wygramolenie się z łóżka stanowiło wyzwanie. A spacer do kawiarni na końcu ulicy przypominał maraton.

Pewnego razu, gdy opowiadałam Becky przez telefon, co planuję ugotować na kolację, powiedziała: Wyślij mi zdjęcie, inaczej nie uwierzę, że to zrobiłaś.

Dobrze wiedziała, że najczęściej z moich planów nic nie wychodziło.

I tak zaczęłam wysyłać jej fotki wszystkiego, co robiłam. A po trzech miesiącach od zerwania zaręczyn zwykłe, codzienne czynności w końcu przestały przypominać sporty ekstremalne. Ból... stał się znośny. Nie wbija mnie już w ziemię. Przypomina ciężki plecak, z którym da się iść.

Może któregoś dnia zrzucę go z ramion na dobre.

Wkładam czerwoną sukienkę, wrzucam do torebki telefon, portfel i przewodnik. To w końcu moja podróż. To ja ją zaplanowałam, ja do niej doprowadziłam i marzyłam o niej latami.

Kiedy byłam nastolatką, miałam nad biurkiem tablicę marzeń. Z biegiem lat jej treść ulegała poważnym przemianom, lecz kilka obrazków trwało niczym niewzruszone filary w morzu młodzieńczych fantazji.

Jeden z nich przedstawiał turkusowe wody Morza Karaibskiego, omywające biały piasek, z palmami w tle.

To moja pierwsza zagraniczna podróż, nie licząc wyjazdów z rodzinnego stanu Waszyngton do kanadyjskiego Vancouver. Dopiero ta naprawdę się dla mnie liczy. Jestem tutaj. Odważyłam się przylecieć.

A Caleb jest ostatnią osobą, o której powinnam teraz myśleć.

Szczotkuję brązowe włosy z taką zawziętością, jakbym mogła go tym wypędzić z pamięci.

W lobby oddycham już lżej. Zmierzam otwartą kolumnadą przez ogród w stronę restauracji. W uszach rozbrzmiewa mi śpiew cykad, na skórze czuję ciepły wiatr.

Restauracja otwiera się z jednej strony na ogród, z drugiej – na ocean. W tak gorącym klimacie nie są potrzebne żadne szyby.

Wilgotne powietrze otula mnie lepko, jak kolejna warstwa ubrania, ale morska bryza chłodzi skórę. Karaibska bryza.

Ogarnia mnie euforia.

Jestem za granicą. I nikt mi tego nie odbierze. Nowe doświadczenia, spokojne fale, piasek pod stopami... Magia jest na wyciągnięcie ręki. Wystarczy po nią sięgnąć.

Zatrzymuję się przy stanowisku szefa sali. Wszystkie stoły nakryte białymi lnianymi obrusami wydają się pozajmowane – lokal pęka w szwach. Kołyszę się lekko w swoich sandałach i rozglądam. Ani jednego wolnego miejsca jak okiem sięgnąć.

Może jednak skorzystam z obsługi hotelowej i rzucę się w wir oglądania seriali...

– Dobry wieczór. – Uśmiecha się do mnie szef sali. – Ma pani rezerwację?

– Niestety nie. Widzę, że jest tłoczno. Ale może znalazłoby się miejsce dla jednej osoby?

– Tylko dla jednej?

– Tak. – Odruchowo kulę się w sobie.

– Sprawdzę. – Spogląda na ekran i stuka w niego kilka razy. – Wygląda na to, że został nam ostatni wolny stolik. Jeden jedyny!

– Cudownie, dziękuję.

Obok mnie ktoś chrząka.

– O, tu jesteś. – Słyszę męski głos. – Przepraszam za spóźnienie. Stolik dla dwojga.

Wlepiam wzrok w nieznajomego.

Szatyn w białej koszuli zapinanej na guziki góruje nade mną o dobre dziesięć centymetrów. Patrzy na mnie porozumiewawczo.

– Żaden problem! – mówi szef sali, sięgając po drugi zestaw menu. – Zapraszam.

I rusza w głąb restauracji. A ja wciąż wpatruję się w intruza.

Ten unosi brew.

– Podzielimy się ostatnim stolikiem? – pyta, dając gestem znak, żebyśmy się ruszyli.

Jestem zbyt oszołomiona, by zrobić cokolwiek innego niż podążenie za szefem sali, który prowadzi nas do stolika tuż przy drewnianym deptaku, skąd dobiega łagodny szum fal. Na stole pali się świeczka. Płomień tańczy na wietrze.

– Proszę bardzo – oznajmia pogodnie, kładąc menu na stoliku. – Niedługo przyjdzie kelner.

Zostaję sam na sam z obcym facetem, który odsuwa krzesło i spokojnie na nim siada, zupełnie jakby nie ukradł mi dopiero co stolika. Dostrzegam cień zarostu na jego kanciastej szczęce. Z bliska zauważam, że ma w sobie coś drapieżnego, jakby najczęściej to on był górą. Tak jak teraz.

– Przepraszam – mówię. – Ale co to miało być?

– Może chciałem cię poznać – odpowiada.

Brzmi jak Amerykanin. Rozglądam się wymownie po pękającej w szwach sali.

– Nie. Zależało ci na stoliku.

– Nic ci nie umknie. – Skinieniem głowy wskazuje krzesło naprzeciwko siebie. – Siadaj.

– Wiesz, że przez siedem lat trenowałam karate, a w torebce mam gaz pieprzowy? Poza tym jesteśmy w miejscu publicznym.

– Przyjąłem do wiadomości. – Otwiera swoje menu. – Podobno mają tu świetne ryby.

Niespiesznie opadam na krzesło.

– Tak. Mają je nawet w nazwie.

Koleś wydaje z siebie gardłowe mruknięcie. Zerkam na kartę, ale nazwy potraw zlewają się ze sobą. Przynajmniej nie muszę się już przejmować tym, co pomyślą inni, widząc mnie jedzącą samotnie.

Mój towarzysz przerzuca stronę w menu.

– Ja stawiam – proponuje. – W ramach podziękowania. Zamów, co chcesz. I nie musimy ze sobą gadać, jeśli nie jesteś w nastroju. Zostało mi trochę maili, na które muszę odpisać.

Wlepiam w niego zdumione spojrzenie.

– Będziesz pracował?

Facet nie odrywa wzroku od karty.

– Wolałabyś gadać o pierdołach, żeby uniknąć niezręcznej ciszy?

– Wow... Po prostu wow.

W końcu unosi na mnie wzrok, marszcząc brwi.

– No co?

– Chyba jeszcze nikt się tak do mnie nie odezwał.

– Możliwe. Bywam bezpośredni.

– Co ty powiesz? – Moje słowa ociekają sarkazmem.

Odkłada menu z taką miną, jakby sprawiało mu to fizyczny ból.

– Wybacz, że zakłóciłem ci wieczór. Masz coś przeciwko? Jeśli tak, pójdę sobie. Wystarczy słowo.

– W porządku – mówię, bo przynajmniej będę miała o czym opowiedzieć Becky. – Po prostu... zaskoczyłeś mnie.

Kiwa głową, jakby to zamykało sprawę, i wraca do przeglądania menu.

Cisza zawisa między nami. Studiuję kartę dań, chociaż wciąż niewiele do mnie dociera, bo co jakiś czas zerkam na nieznajomego. Odkąd zerwałam zaręczyny, nie rozmawiałam z żadnym facetem, który nie byłby moim krewnym, kolegą z pracy albo mężem przyjaciółki.

Koleś się nachyla. Ciemny kosmyk włosów opada mu na czoło. W tarczy masywnego zegarka odbija się płomyk świecy.

– Co zamawiasz? – pytam wreszcie.

Zamyka kartę zdecydowanym ruchem.

– Steka.

– Steka – powtarzam. – W restauracji słynącej z ryb? Na wyspie pośrodku oceanu? Wiesz, że specjalnością Barbadosu jest miecznik?

– Tak.

– Chyba zdecyduję się na lokalnie poławianego marlina.

Znów wydaje z siebie niski pomruk, po czym sięga do kieszeni spodni. Wyjmuje telefon i kładzie go na stoliku.

– Nie chcę być niegrzeczny, ale naprawdę muszę odpisać na te maile.

– Pracujesz w czasie urlopu?

– Tak – potwierdza ze wzrokiem utkwionym w ekranie.

– Nie mogłeś skorzystać z obsługi hotelowej?

Nie podnosi na mnie spojrzenia, ale jego szczęka lekko się napina.

– Mój pokój nie był jeszcze gotowy. Właśnie go sprzątają.

– Aha.

Cóż... trochę zastanawiające w pięciogwiazdkowym hotelu, ale to nie mój problem. Dla zabicia czasu przeglądam kartę deserów i win. Zatrzymuję się na absurdalnie wysokich cenach za butelkę. Przy zarobkach Caleba i moich ta podróż miała być najbardziej luksusową w naszym życiu.

Od początku wiedzieliśmy, że pobyt w Winter Resorcie okaże się dla nas finansowym wyzwaniem. Kiedy próbowałam odwołać podróż poślubną i odkryłam, ile stracimy na rezygnacji z lotów i dwuosobowego pokoju w eleganckim hotelu... cóż. Caleb pozbawił mnie ślubu i wesela. Prędzej wyzionęłabym ducha, niż pozwoliła sobie na utratę wakacji, o których marzyłam całe życie.

Dawna Eden nigdy w życiu nie zdobyłaby się na samotną podróż do obcego kraju. Ale jeszcze kilka miesięcy temu wydawało jej się, że może polegać na swojej świadkowej, a resztę życia spędzi z ówczesnym narzeczonym. Najwyraźniej w wielu kwestiach się myliła.

Obecna Eden łaknie przygód i jest gotowa zjeść kolację na rajskiej wyspie w towarzystwie zupełnie obcego mężczyzny.

Siedzę przy stole jak sparaliżowana. Co prawda nie jem sama, ale wciąż się stresuję, tyle że z zupełnie innego powodu. Zerkam na niego. Nawet mi się nie przedstawił. Po delikatnych zmarszczkach w kącikach oczu wnoszę, że może być ode mnie co najwyżej kilka lat starszy. Odpisuje na maile niezadowolony.

Pewnie kiepsko mu idzie w robocie – myślę. I nagle jestem wdzięczna losowi za to, że moi przedszkolacy dopiero uczą się pisać. Żadnych maili. Żadnych zmartwień.

Przy stoliku zjawia się kelner.

– Czego się państwo napiją?

– Czerwone wino – odpowiada facet. – Merlot.

– Już podaję. A dla pani?

– Poproszę rum punch[1].

Kelner uśmiecha się do mnie szeroko.

– Nasz popisowy drink. Świetny wybór. Czy to państwa pierwsza kolacja u nas?

– Pierwszy wieczór na wyspie – odpowiadam.

– Naprawdę? W takim razie: witamy! – Spogląda to na mnie, to na mojego towarzysza. – Będziecie się u nas świetnie bawić. To najromantyczniejsza z karaibskich wysp.

Nieznajomy odkłada telefon.

– Doprawdy?

– O, tak. – Kelner mruga znacząco. – Miłego wieczoru. Zaraz wrócę po resztę zamówienia.

I zostawia nas samych – a właściwie mnie, bo gość znów gapi się w ekran.

Opieram rękę na barierce pomostu. Ocean jest spowity przez ciemność – ledwo udaje mi się dostrzec srebrzyste grzbiety fal łagodnie omywających brzeg.

– Wprosiłeś się do mojego stolika i nawet się nie przedstawiłeś.

Mija okrągła minuta, zanim wreszcie odkłada telefon ekranem do dołu i wbija we mnie spojrzenie ciemnoniebieskich oczu.

– Phillip Meyer – mówi, wyciągając potężną dłoń. – Miło mi.

Ściskam ją.

– Eden Richards.

Potrząsa moją ręką z powagą człowieka przypieczętowującego umowę.

– Jeszcze raz dziękuję, Eden, że nie skazałaś mnie na kolację kupioną w lokalnym sklepiku.

Cofam dłoń i czuję rozchodzące się po niej ciepło.

– Nie ma sprawy. Jestem typem altruistki.

Phillip unosi brwi z błyskiem rozbawienia w oczach.

– Altruistki?

Przed odpowiedzią ratuje mnie kelner, który przynosi nasze drinki. Stawia przede mną szklaneczkę z rumem, a przed nim – kieliszek czerwonego wina. Nie muszę wspominać, który z drinków zapowiada się bardziej rozrywkowo. W swoim dostrzegam listek mięty i zmrożony plasterek limonki.

– Dla pięknej damy – mówi kelner, po czym zwraca się do Phillipa: – Szczęściarz z pana.

Już otwieram usta, by coś powiedzieć – choć sama nie wiem co – ale Phillip mnie ubiega:

– Tak, a ona regularnie mi o tym przypomina.

Kelner się śmieje. Piorunuję Phillipa spojrzeniem, a on patrzy na mnie z nieodgadnioną miną.

– Zrobiłaś mi przysługę. Jestem szczęściarzem.

Mam ochotę przewrócić oczami, ale czekam, aż kelner przyjmie zamówienie na danie główne i odejdzie.

– Czyli teraz jesteśmy parą?

– Wczułem się w rolę. Bez obaw, nie zapomniałem o twoich siedmiu latach uprawiania karate ani o gazie pieprzowym w torebce. Jak udało ci się go przemycić do samolotu?

– Nieistotne – mamroczę. Fikcyjne rzeczy łatwo przemycić. Oby tylko nie próbował mnie sprawdzić.

Ale Phillip znów wlepia wzrok w telefon.

Upijam łyk drinka. Smakuje niebiańsko. Przymykam oczy i wsłuchuję się w szum fal.

Jestem na wakacjach. Na Karaibach. Jestem panią swojego losu.

I zamierzam się świetnie bawić.

– Czy teraz ja mogę prosić o przysługę? – pytam. – W ramach rewanżu.

Podnosi na mnie wzrok.

– Jasne.

Podaję mu telefon.

– Zrobisz mi zdjęcie?

– Zdjęcie?

– No tak.

Czuję, że mnie osądza, ale nic sobie z tego nie robię. Pozuję z drinkiem i szerokim uśmiechem, jakbym mówiła: „Zdrówko”.

Po chwili Phillip oddaje mi telefon.

– Proszę. Zrobiłem parę ujęć.

– Super, dzięki!

Jego szczęka drga nerwowo.

– Planujesz zasypać media społecznościowe fotkami z wakacji?

Kręcę głową. Przed oczami stają mi wszyscy znajomi Caleba, którzy wiedzą, że ten wyjazd miał być naszym miesiącem miodowym. Nie, dziękuję, nie chcę znów się upokorzyć, zamieszczając w sieci zdjęcia z wakacji przeznaczonych dla dwojga.

– Nie. A gdybym nawet zamierzała, to co w tym złego?

Phillip bez słowa sączy wino. Jego milczenie mówi samo za siebie.

– Założę się, że bardziej posmakowałby ci drink na bazie lokalnego rumu – rzucam.

– Na pewno nie.

Uśmiecham się pod nosem. Przypomina marudnego pięciolatka z mojej grupy, który przegapił drzemkę. Tyle że on jest trzydziestoparoletnim pracoholikiem, który nie uciął sobie drzemki od co najmniej dekady.

– No co? – pyta.

– Nic. Po prostu... wstałeś dziś lewą nogą, co?

Znów milczy przez dłuższą chwilę, zaskoczony moją bezpośredniością. Wygląda na zbitego z tropu.

Co za kojące uczucie. Po locie, podczas którego rozpłakałam się nie raz, ale dwa razy, i miesiącach spędzonych na przenoszeniu swoich gratów do nowego lokum oddycham z ulgą. Nie pamiętam, kiedy ostatnio rozmawiałam z kimś, kto nie znałby mojej sytuacji w najdrobniejszych szczegółach.

Phillip wzdycha, jakby wbrew sobie.

– Rzeczywiście, nie jestem dziś w najlepszej formie.

– Spoko. Nie zawsze można być górą. – A gdy dociera do mnie, co właśnie powiedziałam, gwałtownie kręcę głową. – Nieważne.

Phillip rozpiera się wygodnie na krześle.

– Co tu robisz sama?

– A ty?

Obejmuję szklankę dłonią. Serdeczny palec lewej dłoni wydaje się dziwnie goły bez pierścionka zaręczynowego.

Tego, którym cisnęłam w Caleba, kiedy dowiedziałam się prawdy.

Było w tym coś dramatycznego i satysfakcjonującego zarazem: patrzeć, jak schyla się nad popękanym chodnikiem po wzgardzone świecidełko. Caleb nienawidzi brudu pod paznokciami – mam nadzieję, że tamtego popołudnia nazbierał go za wszystkie czasy.

Bo ja czułam się brudna, gdy odkryłam, że romansował z moją niedoszłą druhną, z którą Becky i ja swego czasu tworzyłyśmy trio najlepszych przyjaciółek.

– Podróżuję samotnie – wyjaśnia Phillip. – Miałem ochotę zwiedzić wyspę.

– Proszę, proszę. – Uśmiecham się szeroko. – To tak jak ja.

Przesuwa dłonią po szczęce i odwraca wzrok od naszego stolika w stronę wnętrza lokalu. Podążam za jego spojrzeniem. Restauracja pęka w szwach, głównie od par jedzących kolację w blasku świec, przy stolikach nakrytych białymi obrusami. Jedna z nich bezwstydnie się całuje.

– O rany, chyba wszyscy przyjechali tu w podróż poślubną – jęczę.

– Tacy są najgorsi – stwierdza Phillip.

– Wreszcie się w czymś zgadzamy?

– Na to wychodzi.

– Wiesz, czego najbardziej nie cierpię w nowożeńcach? – pytam, rozluźniając się nieco. – Ciągłej potrzeby ogłaszania światu, że nimi są. Jakby to mogło kogokolwiek obchodzić.

Phillip kiwa głową, zaciskając szczęki.

– Recepcjonistom w hotelu, obsłudze lotniska – wylicza.

– Kelnerom podczas śniadania, lunchu i kolacji. Kiedy się meldowałam, jakiś facet powiedział to nawet boyowi... który taszczył ich walizki.

– Dopominał się gratulacji od kogoś, kto odwalał za niego brudną robotę? Żenada – kwituje Phillip.

– Szczyt żenady – przyznaję mu rację. Upijam łyk drinka z prawie pustej szklanki. Jak miło. Lepiej, niż sobie wyobrażałam swój pierwszy wieczór niedoszłego miesiąca miodowego. – Ale ja nie jestem tu w podróży poślubnej.

– Domyśliłem się. Po twojej bezlitosnej krytyce nowożeńców – stwierdza z rozbawieniem podszytym ironią. Jakby chciał zakończyć rozmowę, ale nie potrafił się na to zdobyć.

– No tak. Ale niewiele brakowało, żebym była.

– Aha.

Kelner przynosi nam jedzenie: stek dla pana, ryba dla pani. Oba dania pachą nieziemsko. Nagle dociera do mnie, że umieram z głodu. Męczący lot, cały ten stres – wszystko znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Zapada między nami długie, uprzejme milczenie. Próbuję ryby. Okazuje się pyszna – dobrze przyprawiona i wciąż gorąca.

– Powinienem ci współczuć? – pyta w końcu Phillip.

– Nie. Szczerze mówiąc, wyszło mi to na dobre. Lepiej mi bez niego. Ale odwołać tak doskonale zaplanowaną i opłaconą wycieczkę? Nigdy w życiu. Zwłaszcza że zawsze o niej marzyłam.

– Rozumiem. – Wzdycha. – Za duża strata.

– Kolosalna. Dlatego tu jestem.

– I hejtujesz nowożeńców.

Znów parskam śmiechem.

– No. Cyniczka ze mnie.

Phillip wzrusza ramionami, a w zasadzie ramieniem, nie spuszczając ze mnie spojrzenia ciemnoniebieskich oczu.

– Cyniczki zawsze górą, jak to mówisz.

Uśmiecha się bez przekonania i wraca do swojego steka. A po chwili znów sprawdza skrzynkę mailową, marszcząc czoło. Ale i tak jestem zadowolona: udało mi się z niego wykrzesać chociaż cień emocji. I przetrwać swoją pierwszą kolację solo, nawet jeśli Becky mi tego nie zaliczy, bo przecież technicznie rzecz biorąc, nie byłam sama.

Kiedy tylko kończymy jeść, Phillip prosi kelnera o rachunek, a gdy go dostaje, nawet nie patrzy na kwotę.

– Proszę to dopisać do rachunku bungalowu numer dwanaście.

– Phillip – rzucam ostrzegawczo.

– Oczywiście, proszę pana – odpowiada kelner.

– Phillip! Chcę zapłacić za siebie.

Wstaje od stołu, kręcąc głową.

– Nie.

– Nie? A to niby dlaczego?

– Bo pozwoliłaś, żebym zajął ci pół wieczoru. Dziękuję, panno...

– Richards. – Serio? Już zapomniał? – Eden Richards.

– Eden. Właśnie. Miłego pobytu.

– Tobie też. I nie pracuj za dużo.

Posyła mi kolejny krzywy uśmiech, po czym wychodzi z restauracji – wysoki i niewzruszony widokiem hordy szczęśliwych nowożeńców.

A więc mieszka w bungalowie. To najdroższa opcja pobytu w całym resorcie. Pamiętam, że też ją sprawdzałam. Wystarczyło jednak rzucić okiem na cenę, by stwierdzić, że jest poza naszym zasięgiem.

Biorę ostatni łyk drinka – teraz już głównie wody z posmakiem cytrusów.

Można mieszkać w bungalowie i wciąż być nieszczęśliwym.

Może i zajmuję najtańszy pokój w hotelu. Może będę się stresować każdą samotnie zjedzoną kolacją. Ale przynajmniej jestem tu, w tym pięknym miejscu. I zamierzam zaszaleć.

Jestem panią swojego losu – powtarzam sobie w myślach. A to będą najlepsze dwa tygodnie mojego życia. W pełni zasłużone.

 
 
Dwa

Budzi mnie zachwycający wschód słońca. Chmury pędzą po niebie. Patrzę na ogród za oknem. Zieleń jest niezwykle intensywna, jak wszystkie kolory na tej wyspie. Nawet kwiaty wydają się większe i wyglądają, jakby ktoś podkręcił im barwy.

Dzięki cudownym prawom jet lagu pojawiam się przy śniadaniowym bufecie wyjątkowo wcześnie. Spróbowanie wszystkich smakołyków w ciągu dwóch tygodni będzie największym wyzwaniem tych wakacji. Szwedzki stół ugina się od wszelkich możliwych owoców, omletów, naleśników, gofrów, jajek, tostów, croissantów oraz tylu rodzajów granoli, że muszę cyknąć zdjęcie dla potomności.

Zajmuję stolik przy drewnianym pomoście i przez resztę poranka robię dokładnie cztery rzeczy: jem, patrzę na turkusowe fale, czytam książkę i wypatruję Phillipa Meyera.

Wielozadaniowość to moja tajemna supermoc.

Chociaż nie jestem pewna, czy „ludzie z bungalowów” przychodzą na zwykłe śniadania. Pewnie dostają cały bufet podany na srebrnej tacy prosto do swoich willi, w których nocleg kosztuje moją miesięczną pensję.

Ale i tak rozglądam się czujnie.

Jestem właśnie przy drugiej szklance soku z mango, gdy wreszcie go dostrzegam. Mija bufet śniadaniowy, nie spuszczając z oczu swojego celu: stanowiska z kawą. Ma na sobie piaskowe spodnie i niebieskie polo, jakby wybierał się na pole golfowe.

Zostawiam książkę, wstaję i ruszam w jego stronę. Ciemnobrązowe włosy opadają mu na czoło, a skóra wydaje się bardziej opalona niż wczoraj. To takie niesprawiedliwe, na bardzo wielu poziomach.

– Dzień dobry – mówię.

Odwraca głowę, zastygając z filiżanką w dłoniach.

– Dzień dobry. Eden, prawda?

– Zgadza się. – Sięgam do kieszeni sukienki po zwitek dwudziestek. – Dziękuję za wczorajszą kolację, ale chcę się z tobą rozliczyć.

Patrzy na moją rękę, jakby obrażała go już samym swoim istnieniem.

– Co? Nie ma mowy.

– Owszem. To nie była randka i prawie się nie znamy. Nie mogę pozwolić, żebyś za mnie płacił.

– Eden – mówi, odkładając filiżankę i akcentując każdą głoskę mojego imienia. – Wprosiłem się do twojego stolika. Nie ma mowy, żebym wziął od ciebie pieniądze.

Posyłam mu swój najbardziej rozbrajający uśmiech.

– Wiesz, że będę cię ścigać po całym kurorcie, jeśli tego nie zrobisz? Nie zapominaj, że wiem, gdzie mieszkasz.

Dorosły facet przede mną przewraca oczami jak dzieciak.

– Jasne. I na dodatek znasz karate, co?

– Mam czarny pas – kłamię. – Dlatego: proszę. Tak zostałam wychowana.

Phillip z niechęcią przyjmuje pieniądze.

– No dobrze. Skoro naprawdę musisz...

– Muszę.

– Dobrze. Ale pamiętaj, że robię to wbrew sobie.

Uśmiecham się szeroko.

– Zgoda. I miłego urlopu. Tylko nie zmarnuj całego czasu na pracę. Wyspa jest przepiękna, wiesz?

Kiwa głową.

– Mam wszystko ogarnięte.

– Świetnie. Baw się dobrze!

– Ty też – mówi, chowając banknoty do tylnej kieszeni spodni.

Idę do stolika, ale kiedy się odwracam, by sprawdzić, dokąd poszedł Phillip, jego już nie ma. Zniknął.

Miał cały szwedzki stół, a wziął tylko kawę.

Ponownie otwieram książkę.

Ach, ci ludzie z bungalowów.

Wylegiwanie się na słońcu okazuje się dużo łatwiejsze niż samotne jedzenie kolacji. Praktycznie bezproblemowe. Cieszę się z nieobecności Caleba, nawet jeśli nie jestem w stanie dokładnie pokremować pleców.

Mogę za to poczytać w spokoju. Zabrałam ze sobą książkę o ludziach, którzy zdecydowanie nie powinni być razem, ale założę się, że postanowią zawalczyć o miłość na przekór wszystkiemu.

Od tygodni miałam ochotę ją przeczytać.

Przerzucam stronę. I następną. Aż dociera do mnie, że nie mogę się skupić. Scena, która normalnie by mnie zachwyciła, nie budzi żadnych emocji. Jestem zbyt zainteresowana rozmowami, które toczą się wokół.

Goście Winter Resortu mogliby być doskonałą inspiracją dla autorów kryminałów. Książkę wciąż trzymam otwartą, ale uważnie obserwuję otoczenie zza okularów przeciwsłonecznych.

Para obok mnie jest wyjątkowo elegancka. On ma włosy potargane wiatrem, zbyt brązowe, żeby mógł to być naturalny kolor. Ona leniwie kartkuje pismo wnętrzarskie, żując gumę. Idealni kandydaci na podejrzanych. Nazwałabym ich „Fitzgerald” albo „Huntington”. Przyjechali na wyspę ratować rozpadające się małżeństwo.

Stukam palcem w okładkę książki. Szkoda, że nie wzięłam ze sobą notatnika.

Jest też miejsce na romans, wiadomo. Między tamtymi dwojgiem jest wyraźna chemia. Może jedno z nich również znalazłoby się w kręgu podejrzanych?

A kto byłby ofiarą?

Rozglądam się dalej. Każdy z plażowiczów wydaje się bardziej intrygujący od poprzedniego. Po raz pierwszy od miesięcy korci mnie, żeby chwycić za długopis i zacząć pisać.

Dawno nie miałam okazji, by zmienić otaczającą mnie rzeczywistość w opowieść. No, może nie do końca. Po prostu brakowało mi energii, żeby wyłapać ciekawe pomysły i stworzyć z nich interesującą historię. Jeśli mam być szczera, zaczęło się to, jeszcze zanim odkryłam sekret Caleba i Cindy. Stresowałam się przygotowaniami do ślubu, a mój narzeczony nawet nie kiwnął palcem.

Romans.

Może dwoje gości hotelowych będzie kochankami? Na przykład ci obok. Zerkam na nich ukradkiem. Laska ma męża, a na wyspę przyjechała z farbowanym kochankiem. Może wpadnie w hotelu na kogoś znajomego... Kogoś, kto odkryje jej sekret.

I proszę – mamy motyw.

Sięgam do torby, ale nie znajduję długopisu. Odpalam notatki w telefonie. Mam mnóstwo pomysłów: luźne przemyślenia i wątki, które – gdyby dać im czas – mogłyby się rozwinąć w coś większego.

Morderstwo na rajskiej wyspie to przecież świetny temat na książkę.

Zsuwam lewą stopę z leżaka i zanurzam ją w ciepłym piasku. Łagodny szum fal omywających brzeg staje się ścieżką dźwiękową mojego nagłego przypływu weny.

Ostatnią książkę skończyłam pisać prawie rok temu. Był to kryminał z wyraźnym wątkiem romantycznym – thriller romantyczny albo romantyczna sensacja, jak kto woli. Połączenie trzech motywów, które kocham najbardziej: true crime, tajemnicy i historii miłosnej godnej wielkich klasyków.

I podobnie jak poprzednie, ta książka również wylądowała w folderze na moim laptopie.

Od niemal siedmiu lat nikomu nie pokazałam swojej pisaniny. Od czasu... no cóż, wydarzenia-o-którym-nie-lubię-wspominać. Mojego prywatnego Voldemorta. Incydentu-którego-nie-wolno-nazywać.

Zanurzam palce w piasku i dostrzegam dwie kobiety stojące na brzegu. Wyglądają, jakby się kłóciły. Jedna gestykuluje zamaszyście, próbując coś udowodnić drugiej, która przygląda jej się z ponurą, zaciętą miną.

Siostry – myślę. Przyjechały tu po śmierci jednego z rodziców. Zainkasowały pokaźny spadek i oto są. Mogłyby nieźle namieszać w fabule...

To ostatnie akurat znam z autopsji. Cindy i Caleb wywrócili moje życie do góry nogami. Wcześniej wszystko miałam skrupulatnie zaplanowane. W zasadzie całą resztę życia – a przynajmniej najbliższe dwie dekady. Odkładaliśmy z Calebem pieniądze na większy dom. Za dwa, trzy lata mieliśmy zacząć starania o dziecko.

Dom, dzieci, praca, dwa samochody, może pies. Przewidywalnie. Stabilnie. Bezpiecznie.

Teraz czasu mam aż nadto, brakuje mi za to partnera i świadomości, kim właściwie jestem bez niego.

Jeszcze bardziej przeraża mnie wizja ponownego umawiania się na randki. Aplikacje. Poznawanie facetów w sieci. Już sama myśl o randkach online przyprawia mnie o dreszcze.

Stukam palcami w bok telefonu i znów zaczynam obserwować parę obok. To może być strzał w dziesiątkę. Ofiara morderstwa przyjechała na wyspę, by spotkać się z kimś poznanym w aplikacji randkowej. Śledztwo będzie szło moim bohaterom jak po grudzie – trafią na właściwy trop dopiero po odblokowaniu telefonu ofiary.

Moje palce śmigają po ekranie, gdy notuję kolejne pomysły.

Z zadumy wyrywa mnie dopiero znajomy głos.

– Nie, to nie przejdzie. Wiesz przecież. Te dokumenty muszą być nie do podważenia, jeśli zależy im...

To Phillip: zakłócacz spokoju i złodziej stolików. Kroczy białym piaskiem z telefonem w ręce i słuchawkami w uszach.

Patrzę, jak dociera na sam koniec prywatnego odcinka plaży Winter Resortu, obraca się na pięcie i rusza z powrotem, zostawiając za sobą ślady bosych stóp.

Spowija go aura irytacji. Nawet z daleka, w okularach przeciwsłonecznych na nosie, wygląda na spiętego. Najwyraźniej przeskoczył z odpisywania na maile przy kolacji do prowadzenia rozmów służbowych na karaibskiej plaży.

Podciągam nogi wyżej i wracam do robienia notatek w telefonie. Ten facet – maszerujący plażą i machający nerwowo rękami – ma w sobie coś, co pobudza moją wyobraźnię. Może zrobię go kierownikiem kurortu? Skrywającym mroczny sekret przed gośćmi i personelem... Albo wpływowym gościem, który uciekł z Nowego Jorku albo Londynu po tym, jak jego firma splajtowała? W każdym razie idealnie nadaje się na podejrzanego.

Kiedy mija mnie po raz kolejny, wyłapuję strzęp rozmowy.

– To nie mój problem, Briggs. Tylko twój. To o ciebie poprosił klient, chociaż nie mogę zrozumieć...

Przechodzi tak jeszcze trzy razy. Robi się coraz zabawniej. Stworzę na jego podstawie znakomitą postać: gderliwego bogacza z potężnym sekretem, który ujawni się dopiero na samym końcu i być może wpłynie na losy dwojga głównych bohaterów oraz ich romans...

Zatrzymuje się dokładnie przed moim leżakiem. Stoi zwrócony plecami do mnie i wpatruje się w horyzont.

– Dobra. Prześlij dokumenty, rzucę na nie okiem. Tak. No to cześć.

Odwraca się w moją stronę i zamiera.

Uśmiecham się lekko, unosząc dłoń na powitanie. Gburowaty czy nie, właśnie dołączył do plejady bohaterów mojej książki.

Przez chwilę stoi jak zamurowany, po czym kiwa głową krótko, oficjalnie – jakbyśmy byli parą współpracowników mijających się na korytarzu. Następnie obraca telefon w dłoniach i rusza plażą w stronę bungalowów. Patrzę, jak rozpływa się między luksusowymi willami, w światowym towarzystwie, które je wynajmuje.

Tej części kurortu jeszcze nie zdążyłam poznać.

Sięgam po lemoniadę i pociągam solidny łyk. Najbliższe dwa tygodnie nie zapowiadają się jednak tak najgorzej.

 

[...]

Przypisy
[1] Rum punch – popularny karaibski koktajl na bazie rumu [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki].