Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
95 osób interesuje się tą książką
Dziewiętnastoletnia Raven Williams była przekonana, że ucieczka do Neapolu pozwoli jej i siostrze rozpocząć nowe życie. Marzyła o spokoju, bezpieczeństwie i odcięciu się od koszmarnej przeszłości. Nie spodziewała się jednak, że trafi prosto do świata, w którym strach i przemoc są codziennością.
Neapol należy do Camorry. Tutaj każdy zna swoje miejsce. Kiedy Raven przypadkiem staje na drodze jednemu z najbardziej niebezpiecznych mężczyzn w mieście, jej życie zmienia się bezpowrotnie.
Ciro Giacalone właśnie wyszedł z więzienia. Pozbawiony wpływów i dawnej pozycji jest gotów zrobić wszystko, by odzyskać władzę i zemścić się na zdrajcach. Bezwzględny i opanowany nie pozwala, by emocje wpływały na jego decyzje.
Raven szybko się przekonuje, że w świecie mafii przypadki nie istnieją. A gdy raz zwróci się uwagę takiego mężczyzny jak Ciro, nie ma już odwrotu.
Między nimi rozpoczyna się niebezpieczna gra pełna tajemnic, pożądania i walki o przetrwanie. Tylko czy dziewczyna zdoła ocalić siebie, zanim mrok świata Ciro pochłonie ją bez reszty?
Książka zawiera treści przeznaczone wyłącznie dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 441
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Karolina Jurga
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka
Korekta: Aleksandra Krasińska, Martyna Rolirad, Martyna Góralewska
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-983-2 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Książka zawiera treści przeznaczone dla dorosłych czytelników, ponieważ występują w niej:
– przemoc fizyczna,
– działalność przestępcza,
– groźby, zastraszanie oraz motyw porwania,
– trauma i trudna przeszłość bohaterów,
– wulgarny język.
Nie każda kobieta marzy o księciu.Niektóre z nas chcą potwora, który uklęknie tylko przed nami.
Ciro
Poprawiłem kaptur na głowie i przez ułamek sekundy pozwoliłem sobie na spojrzenie w stronę naszych ludzi ustawionych przed wejściem do budynku. Stali nieruchomo, rozproszeni tak, by nie zwracać uwagi przechodniów, ale każdy z nich był napięty jak struna. Wiedziałem, że czekali tylko na jedno – na mnie.
Uniosłem dłoń i wykonałem krótki, niemal niedostrzegalny gest, lecz to wystarczyło. To był rozkaz, na którego wydanie czekałem miesiącami. Odchyliłem głowę w bok, potem w drugi, pozwalając, by ciszę rozdarł suchy trzask kręgów. Czułem, jak adrenalina powoli rozlewała się po żyłach, zastępując chłód towarzyszący mi jeszcze chwilę temu. Teraz nie było już miejsca na wahanie, tego dnia sprawiedliwości miało stać się zadość.
I byłem, kurwa, przekonany, że Gino się tego nie spodziewał. Musiał jednak ponieść karę i to ja powinienem mu ją wymierzyć. Nikomu innemu nie dawałem do tego prawa, nie po tym, co zrobił. Nie po tym, co mi zabrał. W moim świecie długi spłacało się krwią, a zdrada nie przewidywała terminu przedawnienia. Widziałem kątem oka, jak moi chłopcy wchodzili do wnętrza dyskoteki. Pochłaniało ich jednego po drugim, a pulsujące światła i bas próbowały zagłuszyć to, co za chwilę miało się tam wydarzyć. W środku rozpęta się piekło, ale to nie tam było moje miejsce.
Odbiłem w prawo. Wtopiłem się w mrok opuszczonej uliczki prowadzącej do tylnego wyjścia klubu. Smród szczyn mieszał się z odorem gnijących odpadków i wilgocią starych murów. Neapol miał wiele twarzy, ta była jedną z nich.
Prawdziwą.
Obrzydliwą.
Szczerą.
Stara lampa umieszczona na końcu uliczki migotała i dawała mi widok na rzędy kontenerów po brzegi wypełnionych śmieciami, worki pękały, wysypując resztki jedzenia, potłuczone szkło, brud, którego nikt nie chciał. Uśmiechałem się pod nosem, wyśmiewając nieudolność dzisiejszych władz. W latach osiemdziesiątych ówcześni przywódcy, w porozumieniu z rządem, otrzymali monopol i odpowiednie środki na utylizację śmieci. Wyznaczeni ludzie do dziś odbierali odpadki po atrakcyjnej cenie, wystawiali lewe dokumenty, a nieczystości podrzucali, gdzie tylko nam się podobało. Politycy, w zamian za nakłonienie ludzi do oddania na nich głosu, popełnili kolosalny błąd, którego nie dało się już naprawić. Teraz mieli, czego chcieli. Camorra nie kierowała się sentymentem, nie znała litości i mogliśmy udowodnić to każdemu.
Zatrzymałem się przy jednym z kontenerów i oparłem plecami o zimny metal. Nasłuchiwałem. Z wnętrza klubu dobiegała stłumiona muzyka, krzyk, potem coś, co brzmiało jak przewracane stoły. Moi chłopcy robili swoje, on jednak powinien wyjść tędy, zawsze wybierał tylne drzwi. Tchórze już tak mieli – uciekali tam, gdzie było najmniej światła.
Uśmiechnąłem się krzywo, czując, jak napięcie rozlewało się po ciele. Serce biło wolno i spokojnie, nie było we mnie gniewu, tylko pewność, że tego dnia nie dojdzie do negocjacji i nie wysłucham próśb. Pozostawałem sędzią, ławą przysięgłych i katem w jednym. A kiedy drzwi na końcu uliczki w końcu skrzypnęły, wiedziałem, że sprawiedliwość właśnie wychodziła mi naprzeciw.
Moim ciałem wstrząsała zimna furia, gdy dostrzegłem, jak chłopcy wywlekali Gino na zewnątrz. Szamotał się, wrzeszczał coś niezrozumiale, próbował się wyrwać, jakby wciąż się łudził, że to tylko pomyłka. Metalowe drzwi dyskoteki zatrzasnęły się za nimi z hukiem, odcinając muzykę i światła. Gnojek wyglądał zdecydowanie lepiej niż podczas naszego ostatniego spotkania. Drogi, idealnie skrojony garnitur leżał na nim jak druga skóra, koszula była śnieżnobiała, a zegarek na nadgarstku błyszczał nawet w tym parszywym świetle. Strój bossa, mundur władzy, więc każdy, kto znał Camorrę, od razu wiedział, z kim miał do czynienia. Ale ten kostium w niczym już nie mógł mu pomóc.
Jego buty szurały po brudnym asfalcie, kiedy ciągnęli go w moją stronę. Dostrzegłem w jego oczach błysk rozpoznania, ten ułamek sekundy, w którym wszystko do niego dotarło. Krew odpłynęła mu z twarzy, a usta lekko się rozchylały, jakby chciał coś powiedzieć.
Za późno.
Tego dnia jego pozycja bossa została utracona, i to bez śmiesznego głosowania. Camorra nie potrzebowała formalności, kiedy zapadały takie wyroki, bo to on ponad dwa lata wcześniej, podczas zatrzymania przez jednego z prokuratorów, uchronił swój nędzny tyłek. Siedział naprzeciwko nich, spokojny, opanowany, i zrzucił całą winę za swoje czyny na człowieka, którego chciał się pozbyć jak zbędnego balastu. Na mnie.
Jego zeznania w połączeniu z moim brakiem alibi na czas przestępstwa wystarczyły, by mnie pogrążyć. Mimo pracy najlepszych prawników wyznaczonych przez mojego brata – głowę naszej rodziny – dostałem wyrok. Odsiadka w Poggioreale nauczyła mnie cierpliwości. Każdego dnia, który tam spędziłem, wymyślałem nowy sposób, w jaki ukarzę tego skurwiela.
Czułem, jak szczęki mimowolnie mi się zacisnęły, każda sekunda tamtego czasu wracała ze zdwojoną siłą: cela, przesłuchania, spojrzenia ludzi, którzy jeszcze wczoraj nazywali mnie bratem. W tym czasie on pił drogą whisky i umacniał swoją pozycję, budując imperium na moim nazwisku.
– Witaj ponownie, Pentito…1 – warknąłem. Nie użyłem tego przezwiska przypadkowo; w tym jednym słowie zawarłem informację, że wiem, kto mnie wrobił.
– Co, do chuja?! – Gino splunął, kiedy w końcu stanąłem w zasięgu światła. Jego spojrzenie stanowiło mieszankę wyzwania i czegoś, czego bardzo nie chciał okazać: strachu. – Jakim cudem wydostałeś się z odsiadki?
– Zaskoczony? – spytałem niemal z rozbawieniem. – Gdy ma się takie znajomości i możliwości, jakich dorobił się Thiago, nic nie jest niemożliwe. Trochę musiałem odczekać… – przechyliłem głowę, przyglądając mu się uważnie – …ale powiedzmy, że było warto.
Posłałem mu uśmiech pełen wyższości, taki, który nie pozostawiał złudzeń. Widziałem, jak wyraźnie pobladł, jak jego gardło pracowało, gdy przełykał ślinę. Garnitur nagle przestał być zbroją, stał się tylko drogą tkaniną na ciele człowieka właśnie tracącego grunt pod nogami.
– Odwołaj swoje psy i powiedz, czego chcesz! – krzyknął, szarpiąc się ponownie w uścisku ludzi.
Próbował odzyskać kontrolę, resztki autorytetu, który jeszcze przed chwilą coś znaczył, więc uniosłem dłoń, a ten gest wystarczył.
Chłopcy puścili go, cofając się o krok, ale nie spuszczali Gino z oczu. Zatoczył się lekko, wyprostował marynarkę drżącymi palcami i podniósł na mnie wzrok, bo wydawało mu się, że jesteśmy równi. Przynajmniej w jego głowie.
– Ile jeszcze będziesz udawał, że nie wiesz, po co tu jestem? – spytałem spokojnie, niemal znudzonym tonem, kontrastującym z chaosem, który widziałem w jego oczach. – Więzienie było zamknięte, to fakt… ale informacje nadal tam docierały. A ja mam szczury wszędzie, w każdym kącie tego zaśmieconego miasta.
Powoli sięgnąłem za pasek. Ten ruch nie był gwałtowny, bo przez lata się nauczyłem, że strach najlepiej dojrzewał, kiedy dało się mu czas. Zacisnąłem palce na rękojeści narzędzia, które stało się przedłużeniem mojej ręki, powitałem znajomą wagę i wyciągnąłem ostrze. Metal błysnął, odbijając żółte, chore światło starej lampy. Przez ułamek sekundy wyglądał niemal pięknie. Widziałem, jak Gino wlepił wzrok w nóż niczym zahipnotyzowany.
– Czas twoich rządów minął, Gino – powiedziałem cicho, wyraźnie, smakując każde słowo.
– Pierdol się! Nie dam się zabić! – wysyczał, ale w jego głosie nie było już tej pewności, zastąpiła ją czysta desperacja.
Chciał rzucić się na mnie pierwszy, widziałem to dokładnie, zdradziło go napięcie w udzie, skręt bioder, moment, w którym decydował się na atak. Kopnięcie miało wytrącić mi nóż z dłoni, dać mu sekundę przewagi, jednak okazał się za wolny. Uniknąłem jego nogi jednym, płynnym ruchem, cofając się pół kroku i pochylając. W tej samej chwili przejąłem inicjatywę, nie było w tym chaosu ani furii, tylko precyzja, pamięć mięśni i lata praktyki.
Wyprowadziłem cios i przesunąłem ostrzem w poprzek jego klatki piersiowej, tworząc czyste, kontrolowane cięcie. Nóż wszedł dokładnie tam, gdzie chciałem, i wyszedł równie gładko. Krew natychmiast przebiła się przez materiał koszuli, ciemna plama rozlewała się po drogim garniturze, niszcząc go bezpowrotnie.
Gino syknął z bólu, cofnął się chwiejnie o krok, a jego twarz wykrzywił gniew. Podniósł na mnie wzrok i dostrzegł w moich oczach spokój i pewność. To nie była walka o przetrwanie, lecz egzekucja rozpisana na etapy.
– To dopiero początek – wyjaśniłem cicho, przesuwając ostrze w dłoni, podczas gdy on oddychał ciężko. Krew kapała na brudny asfalt uliczki, mieszając się z wodą i śmieciami. Jego ciało już go zdradzało, nawet jeśli umysł wciąż próbował walczyć. – Doskonale wiedziałeś, że dokonam zemsty – oznajmiłem lodowato, zanim zdążył złapać oddech.
Nie czekałem na odpowiedź, lewy sierpowy wyszedł instynktownie, czysto, z całego skrętu bioder. Czułem opór jego szczęki pod knykciami i satysfakcjonujący moment, w którym stracił równowagę. Właśnie tyle mi było trzeba. Wykorzystałem bez wahania ten ułamek sekundy. Podciąłem mu nogi szybkim ruchem, pozbawiając go resztek stabilności. Gino upadł na ziemię z przekleństwem, jak ktoś, kto przez całe życie stał wysoko i nigdy nie nauczył się upadać, a ja nie marnowałem czasu. Usiadłem na nim okrakiem, przygniatając go ciężarem ciała, zanim zdążył zebrać myśli albo spróbować kolejnego desperackiego ruchu. Czułem, jak napinał mięśnie pod moimi udami, jak próbował się wyswobodzić, ale to już nie miało znaczenia. Uniosłem rękę i przyłożyłem ostrze do jego szyi. Wystarczył minimalny nacisk, by pojawiła się cienka, czerwona linia. Oddech mężczyzny gwałtownie przyspieszył, klatka piersiowa unosiła się nierówno, a oczy się rozszerzyły, gdy w końcu dotarła do niego prawda.
– Wszystko, co wydarzy się dalej – mówiłem cicho, nachylając się tak, by słyszał każde słowo – jest konsekwencją twoich wyborów.
Posłałem mu spojrzenie, które nie pozostawiało żadnych złudzeń. Nastał koniec. Nie było już targowania się, obietnic ani kłamstw. Tylko finał, na który pracował przez lata. Nacisk na ostrze sprawił, że metal niemal natychmiast, bez oporu wtopił się w skórę. Czułem ciepło, gdy krew wypływała z rany wprost na moją dłoń, tak gorąca i prawdziwa. Gino drżał pod moim ciężarem, a twarz wykrzywiał w panice, której już nie potrafił ukryć.
Ponad dwa lata…
Dwa pierdolone lata leżałem nocami, wpatrzony w sufit, rozmyślając, co z nim zrobię, kiedy w końcu go dopadnę. Każdy dzień przynosił nowy pomysł, każda noc nową wersję jego końca. Podcięcie mu gardła wydawało się zbyt proste i zbyt szybkie, niczym miłosierdzie, na które nie zasłużył.
Tymczasem Gino zaczął się dławić, ten dźwięk był chrapliwy, urwany i pełen desperacji. Krew zbierała się w jego przełyku, a ciało reagowało instynktownie, walcząc o każdy oddech, choć umysł już wiedział, że to bez sensu. Jego ruchy słabły, napięcie w mięśniach powoli ustępowało, oddychał coraz płycej i ciszej. W tej jednej chwili nie czułem triumfu. Towarzyszył mi spokój pojawiający się tylko wtedy, gdy rachunki zostają wyrównane.
Przeniosłem ostrze niżej i zatrzymałem je tuż nad sercem Gino, patrząc na niego po raz ostatni.
– To za każdy dzień, który mi zabrałeś – oznajmiłem cicho.
Śmiech wyrwał mi się z piersi, nim zdążyłem go powstrzymać. Czułem go na ustach, w gardle, w całym ciele, jakby przez te wszystkie lata pozostawał uwięziony gdzieś głęboko i dopiero teraz znalazł ujście. Lecz to nie była radość. Raczej ulga pomieszana z obłędem.
Powoli, centymetr po centymetrze, wbijałem nóż w jego pierś, nie spieszyłem się, kontrolowałem nacisk, czułem opór tkanek, drżenie ciała pod moim ciężarem. Każdy milimetr miał znaczenie, to była chwila, na którą pracowałem latami, i nie zamierzałem jej zmarnować.
Gino patrzył na mnie zamglonym wzrokiem, z trudem łapiąc powietrze. Krew brudziła mi dłonie, spływała po rękojeści, ale nie odpuszczałem.
– Zobaczymy się w piekle, skurwielu… – wyszeptałem.
Ciało pod moimi rękami stało się ciężkie, bezwładne i puste, a oczy zgasły.
Wyciągnąłem ostrze jednym, zdecydowanym ruchem i wstałem, jakby to była tylko kolejna czynność do odhaczenia. Otrzepałem dłoń z krwi, patrząc, jak czerwone krople znikają na brudnym asfalcie.
– Sprzątnijcie to truchło – rozkazałem chłopakom bez emocji.
Nie patrzyłem już na zwłoki, nie było takiej potrzeby. To, co miało się wydarzyć, właśnie się dokonało. Camorra odzyskała równowagę, a dług został spłacony.
– Kurwa!
Obróciłem się, by zobaczyć, na co zareagował Leo, lecz jedyne, co ujrzałem, to znikająca za rogiem sylwetka.
– Widział nas? – warknąłem zirytowany, gdy zerkał w stronę, gdzie zniknęła postać, po czym bez zbędnych wyjaśnień schował broń pod kurtkę.
– Coś widziała na pewno – odpowiedział. – To dziewczyna.
Zacisnąłem szczęki. To komplikowało sprawę bardziej, niż gdyby zobaczył nas jakiś gówniarz albo odurzony ćpun. Świadek to świadek, płeć nie miała znaczenia, lecz dziewczyny zawsze stanowiły problem, bo zapamiętywały więcej, niż powinny.
– Leo – rzuciłem ostrzegawczo.
– Spokojnie – przerwał mi, ruszając w stronę wyjścia z uliczki. – Dam radę.
Spojrzałem jeszcze raz w ciemność, w miejsce, gdzie przed chwilą ktoś stał. Nie podobało mi się to za cholerę.
– Bądź niewidoczny – rozkazałem twardo. – Nie wiemy, czy masz rację. Śledź ją i obserwuj, ale żadnych kontaktów, żadnych głupich ruchów.
Kiwnął głową, nie odwracając się nawet na moment.
– A potem – dodałem – zdasz mi pełen raport.
Schowałem zaplamione krwią dłonie w kieszenie czarnej bluzy, pozwalając, by materiał wchłonął resztki ciepła, które nie należały już do żywego człowieka.
Ruszyłem w stronę samochodu zaparkowanego przecznicę dalej. Kroki miałem spokojne i pewne, takie same jak zawsze po robocie. Pogłoska o śmierci Gino rozejdzie się szybciej, niż zdążę jutro rano napić się porządnej kawy. Telefony się rozdzwonią, wiadomości zaczną krążyć. Takie rzeczy nie potrzebowały oficjalnych komunikatów, Camorra oddychała plotką. Od najmłodszych lat razem z Thiago nie pierdoliliśmy się w tańcu z całą resztą. Nie bawiliśmy się w półśrodki, ostrzeżenia ani puste groźby. Jeśli trzeba było zabić, to zabijaliśmy. Głośno. Tak, żeby każdy mógł sam wyciągnąć wnioski, bo strach jest najprostszym językiem władzy. Dla nas nigdy nie miało to większego znaczenia, czy ktoś nas nienawidził, czy się nas bał. Liczyło się tylko jedno. Kontrola. A utrzymanie władzy zawsze niosło pewne konsekwencje – rozlew krwi stanowił jedną z nich.
Zatrzymałem auto w garażu, wysiadłem i stanąłem twarzą w twarz z czekającym na mnie Thiago.
– Jak się bawiłeś?
– Nie wiedziałem, że to się okaże aż tak satysfakcjonujące – odparłem zgodnie z prawdą.
Nie potrafiłem tego opisać inaczej. Większość uczuć, jakie posiadali inni ludzie, była dla mnie obca. Stłumiłem je w zarodku, gdy zobaczyłem matkę leżącą bez życia na ulicy. Tak wydawało się bezpieczniej. Żal i miłość do kobiety, dzięki której przyszedłem na świat, zrobiły ze mnie potwora skupionego tylko na jednym.
Rodzinie.
Thiago od zawsze tkwił u mego boku, gotowy wspierać i zapłacić każdą cenę, jeśli popełniłbym błąd. Był jedyną osobą na ziemi, której ufałem bezgranicznie.
Nie mówiąc nic więcej, ruszyłem w stronę domu. Kupiłem go od wcześniejszego właściciela za zdecydowanie większą kwotę niż rynkowa, nie przeszkodziło mi to jednak, by władować w remont drugie tyle i połączyć go z willą brata. Urządziłem go od podstaw, ale tak naprawdę jego wystrój niewiele mnie obchodził. Potrzebowałem tylko prysznica i jebanego łóżka w rozmiarze king size, jak nazwała je Frankie, by móc spokojnie odpocząć po walkach lub zabawach takich jak dzisiejsza.
Dźwięk wibrującego telefonu zakłócił mój komfort w chwili, gdy zrzuciłem z siebie ostatnie ubrania i wchodziłem pod strumień gorącej wody. Zignorowałem go, przynajmniej na razie. Oparłem dłonie o chłodne kafle i pochyliłem głowę, pozwalając, by woda spływała po karku i plecach. Para powoli wypełniała przestrzeń, lecz nie była w stanie zagłuszyć tego, co wciąż pulsowało we mnie od środka. Euforia po zabiciu Gino krążyła w moim krwiobiegu jak narkotyk.
Choć w dłoni nie trzymałem już noża, nadal czułem ten moment. Ciężar rękojeści, chwilę, w której ostrze znikało pod skórą, a Gino przestawał być kimś nietykalnym i stawał się tylko mięsem i krwią. Moje palce mimowolnie się zaciskały, jakby wciąż obejmowały stal.
To się okazało kurewsko upajające. Uśmiechnąłem się krzywo, przesuwając dłonią po twarzy. Krople wody mieszały się z czymś cięższym, czymś, co siedziało we mnie od zawsze, ale nic w tym dziwnego, nie oszukujmy się.
Nazywam się Ciro Giacalone.
I oficjalnie, po raz kolejny, wróciłem do rodzinnego biznesu, a ciało leżące w zaułku stanowiło moje trofeum.
Raven
Przekręciłam klucz w zamku i ostatkiem sił wtoczyłam się do mieszkania, które wynajmowałam ze starszą siostrą. Drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem, a ja przez chwilę po prostu stałam, oparta o framugę, łapiąc oddech. Nogi miałam ciężkie jak z ołowiu, barki bolały, a w głowie pulsowało zmęczenie po nocy w pracy. Zsunęłam z ramienia znoszoną, szmacianą torbę i rzuciłam ją pod ścianę, po czym przeciągnęłam dłonią po twarzy i rozejrzałam się po pomieszczeniu.
Nie miałyśmy wiele.
Stara kanapa stała krzywo pod oknem, a jej sprężyny skrzypiały przy każdym najmniejszym ruchu, kiedy tylko się usiadło. Obok niej znajdował się czarny fotel, kupiony na garażowej wyprzedaży, trochę obdarty, z plamą, której nigdy nie udało się nam doprać. Stół też nie był nowy, ale nasz. Tak samo jak kilka innych gratów, zbieranych powoli, miesiąc po miesiącu, odkąd wprowadziłyśmy się tu rok wcześniej. Każda rzecz w tym mieszkaniu stanowiła efekt godzin pracy, nadgodzin i odkładania pieniędzy kosztem wszystkiego innego. Każda miała swoją historię i swoją cenę. Może nie wyglądało ono jak dom z katalogu, ale było jedynym miejscem, w którym czułam się względnie bezpieczna. Każda z nas miała swój mały kąt do spania i to nam wystarczało. Nie potrzebowałyśmy więcej – nie na teraz. Łóżko, lampka, kawałek przestrzeni tylko dla siebie okazały się wystarczające, żeby zamknąć oczy i na chwilę zapomnieć o całym świecie.
Decyzja o opuszczeniu Miami dla żadnej z nas nie była łatwa. Ja musiałam zostawić znajomych, przerwać naukę i wyjechać daleko od miejsca, które przez lata nazywałam domem. Z dnia na dzień wszystko, co znałam, przestało mieć znaczenie. Zostały tylko walizka, kilka ubrań i strach, którego wtedy nie potrafiłam powstrzymać. Nie miałyśmy jednak wyboru. Tamto życie przestało być bezpieczne. Każdy kolejny dzień przypominał balansowanie na krawędzi, udawanie, że wszystko jest w porządku, choć w środku narastał niepokój. Wiedziałyśmy, że jeśli nie odejdziemy, coś w końcu się stanie którejś z nas, a wtedy mogłoby być za późno. Musiałyśmy zaryzykować i wszystko, co posiadałyśmy, zostawić za sobą – wygodę i ludzi, których kochałyśmy. Postawiłyśmy wszystko na jedną kartę w nadziei, że gdzie indziej uda się nam znaleźć spokój. I choć nadal uczyłyśmy się żyć od nowa, wiedziałam jedno: ta decyzja uratowała nam życie.
Czułyśmy się tu szczęśliwe, a przynajmniej tak sobie powtarzałam, kiedy próbowałam usprawiedliwić wszystko, co nas otaczało. Jeśli jednak miałam pozostać szczera sama ze sobą, życie w tej dzielnicy Neapolu, pełnej niewywiezionych śmieci i zapachu rozkładu, nigdy nie było dla nas łatwe.
Od wczesnego świtu aż po zmierzch po ulicach kręcili się ćpuny i dilerzy. Stali w bramach, siedzieli na schodach, kłócili się głośno albo patrzyli zbyt uważnie. Nauczyłam się chodzić szybciej ulicą, nie łapać kontaktu wzrokowego i zawsze mieć klucze między palcami, kiedy wracałam do domu po zmroku. O tej porze roku było jeszcze gorzej, gdy temperatura spadała, a szczury wychodziły z kanałów i pchały się do domów w poszukiwaniu ciepła i jedzenia. Zdarzało się, że słyszałam je w ścianach, to ciche skrobanie, piski. Czasem znajdowałam nad ranem puste opakowania po jedzeniu albo ślady przy misce Skipera. Ten, zupełnie jakby mnie usłyszał, otarł się o moją nogę i zaczął głośno mruczeć. Białe futro okazało się ciepłe i miękkie, gdy zatopiłam w nim dłoń. To koci sposób na przypomnienie mi, że pora karmienia już dawno minęła.
– Już, już – szepnęłam pod nosem. – Nie dostałeś obiadu? – zapytałam cicho, gładząc miękkie futro.
Skiper głośno mruknął, jakby to była najoczywistsza odpowiedź na świecie. Chwilę później podniosłam jego ogromne, ośmiokilowe cielsko i przytuliłam go do siebie. Był ciężki, ale idealny do gaszenia stresu po długim dniu.
Z nim na rękach podeszłam do drzwi i przekręciłam klucz w obu zamkach, dopiero wtedy ruszyłam w stronę małej kuchni.
Przestrzeń była wąska, ledwo mieściły się w niej dwie osoby, ale znałam ją na pamięć, każdy odprysk farby i każdą skrzypiącą deskę. Odłożyłam Skipera na podłogę, a on natychmiast skierował się w stronę swojej miski, pewny, że jedzenie zaraz się pojawi. Ja tymczasem podeszłam do lodówki i wtedy dostrzegłam kartkę leżącą na stole.
Wyjęłam z lodówki butelkę wody i westchnęłam cicho, widząc niemal całkowitą pustkę na półkach. Kilka zapomnianych słoików, samotny jogurt i światło, które paliło się zbyt jasno jak na to, co miało oświetlać. Zamknęłam drzwiczki, wsypałam kotu karmę, a na końcu sięgnęłam po kartkę.
Raven,
wczorajszego wieczora postanowiłam skorzystać z propozycji Philipa i wyjechać z nim w jego rodzinne strony, kiedy będzie załatwiał wszystkie formalności związane ze spadkiem. Wiem, że nie podoba Ci się nasz związek, ale naprawdę chcę z nim być i mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz. Z ostatniej wypłaty i pieniędzy, które udało mi się odłożyć, opłaciłam Twoje rachunki i czynsz. Skontaktuję się z Tobą, gdy tylko wszystko tutaj stanie się jasne.
Kocham
Teagan 🤍
Kartka lekko drżała w moich palcach, kiedy skończyłam czytać, a oczy piekły mnie od zmęczenia, choć nie płakałam. Philip… no tak. Obecny chłopak mojej siostry. Pochodził z dobrej rodziny, zawsze idealnie ubrany, z planem na przyszłość. Szalał za Teagan tak samo mocno, jak za prawem i wszystkim, co dawało mu poczucie kontroli nad światem.
Wypuściłam cicho powietrze i odłożyłam kartkę na stół, po czym usiadłam na krześle, a drewno skrzypnęło pod moim ciężarem. Rozejrzałam się po pustym mieszkaniu: kanapa wyglądała na większą niż zwykle, fotel stał samotnie w kącie, a cisza wydawała się zbyt natarczywa. Spodziewałam się tego, że prędzej czy później zostanę sama, po prostu nie sądziłam, że nastąpi to właśnie teraz. Mimo że Teagan była moją siostrą, w wielu kwestiach okazałyśmy się zupełnie inne. Jakbyśmy patrzyły na ten sam świat, ale przez dwa różne filtry. Ja zawsze mocno stąpałam po ziemi, jej zdaniem widziałam życie w zbyt realistycznych barwach, czasem wręcz brutalnych. Wszystko analizowałam, przewidywałam i martwiłam się na zapas.
Teagan była moim przeciwieństwem, marzycielką. Potrafiła dostrzec piękno tam, gdzie ja widziałam zagrożenie. Zdarzały się chwile, gdy zazdrościłam jej tej beztroski, patrzenia na świat przez różowe okulary i tego, że wierzyła ludziom szybciej, niż powinna. Podczas gdy ja przez pierwszy tydzień mieszkania w tym domu prawie nie spałam, nasłuchując każdego dźwięku i martwiąc się, że ktoś nas napadnie, ona znikała na całe dnie i wracała wieczorami z uśmiechem na ustach, jakby świat był dla niej placem zabaw. Opowiadała mi wtedy, kogo poznała, gdzie się podziewała i co zobaczyła. A ja słuchałam, kiwając głową, choć dyskretnie zaciskałam palce na kubku z herbatą i liczyłam sekundy do zamknięcia drzwi na noc.
Mimo że dopiero co wróciłam z całonocnej zmiany, postanowiłam odłożyć sen na później. Najpierw wezmę szybki prysznic, potem zajmę się zakupami, dzięki czemu przez kolejne dwa dni będę mogła odpocząć, nie wychodząc z mieszkania przed zmianą w barze. Sprawdziłam jeszcze raz wszystkie zamki w drzwiach i łańcuch, dopiero wtedy złapałam telefon i ruszyłam do łazienki.
To było najmniejsze pomieszczenie w mieszkaniu, ale panował w nim idealny porządek. Poświęciłyśmy mnóstwo czasu, żeby przemalować zżółknięte płytki na śnieżną biel i wyłożyć podłogę dobrym drewnem. Każdy szczegół miał znaczenie i to dawało zadowalający efekt.
Zrzuciłam z siebie mundurek z knajpki, w której spędziłam prawie szesnaście godzin, a potem bieliznę, po czym wskoczyłam pod prysznic i odkręciłam ciepłą wodę, by umyć włosy. Długie blond pasma opadały wzdłuż talii. Zebrałam je w garść, zamknęłam oczy i nałożyłam szampon na dłonie. Piana wsiąkała w kosmyki, a ja masowałam skalp, czując, jak napięcie powoli schodzi z karku i ramion. Piętnaście minut później woda ochłodziła się na tyle, że zaczęłam drżeć, więc szybko owinęłam ciało i włosy ręcznikiem, zanim podeszłam do lustra.
Patrzyłam na znajome odbicie, twarz nosiła ślady zmęczenia, ale wciąż wyglądałam dobrze. Duże, niebieskie oczy, okalane przez gęste rzęsy, mały, zadarty nos i oliwkowa cera. Te cechy odziedziczyłyśmy z Teagan po ojcu, tym samym, którego matka pieszczotliwie nazywała „dawcą dobrych genów”. Czasem uśmiechałam się na myśl o tym określeniu, nawet jeśli w tym momencie nie czułam się szczególnie urokliwa. Mama często powtarzała, że z taką urodą na pewno znajdziemy sobie wysoko ustawionych mężczyzn, co zawsze wywoływało we mnie niesmak. Wszystko, czego w życiu naprawdę pragnęłam, to samowystarczalność. Widziałam już dostatecznie dużo bólu, jaki potrafi przynieść miłość mężczyzn, i się przekonałam, jak zmienni bywają w uczuciach. Nie chciałam tego dla siebie.
Uruchomiłam ulubioną playlistę i cicho nuciłam melodie, przypominając sobie, że Teagan nie było dziś w domu. Zawsze, gdy słyszała pierwsze nuty Bubblegum Bitch w wersji Nightcore, dostawała ataku szału, który rozbawiał mnie do łez. Teraz uśmiech jednak zamarł na moich ustach. Zdjęłam ręcznik z głowy, a włosy opadły wokół mojej talii. Jasny blond, który tak bardzo kochałam, zniknął, a zamiast niego dostrzegłam cholerstwo, którym Teagan katowała swoje włosy.
– Boże, proszę, żeby to okazało się snem… – wymruczałam do odbicia w lustrze, łapiąc między palce jedno z turkusowych pasm.
Serce zabiło mi szybciej, a w gardle czułam, że zbiera mi się na płacz. Drżącymi dłońmi wybrałam numer koleżanki. Vanessa była jedyną osobą w całym barze, która znała angielski na tyle dobrze, żeby pomóc mi odnaleźć się w nowym miejscu. Szybko się okazało, że miałyśmy wspólne zainteresowania, a oprócz pracy ze mną dorabiała też jako fryzjerka w małym salonie. To ona zawsze potrafiła znaleźć sposób, by rozładować moją frustrację.
– Nie powinnaś przypadkiem odsypiać? – zapytała spokojnym głosem.
– Proszę, powiedz mi, że to paskudztwo, którym Teagan faszeruje swoje włosy, jest szybko zmywalne! – wykrzyknęłam zamiast powitania i wyszłam z łazienki, bo nie mogłam znieść widoku własnego odbicia w lustrze.
– Powinno. Czyżby Teagan miała dość? – odpowiedziała, a w jej głosie słychać było lekkie rozbawienie.
– Vane, proszę cię! Musisz koniecznie do mnie przyjechać, ja… – zawiesiłam głos i wypuściłam westchnienie, zanim w końcu przyznałam: – Umyłam tym włosy…
– Co?! – Jej okrzyk mieszał się z głośnym śmiechem, który tylko pogłębił moją frustrację. – Boże, Raven, co ty sobie myślałaś?!
– To nie moja wina! – broniłam się, próbując opanować nerwy. – Prosiłam ją tyle razy, żeby nie trzymała tego pod prysznicem… – mówiłam, ale słowa ginęły w dźwięku jej chichotu, który dudnił w słuchawce.
– No dobrze, co chcesz, żebym zrobiła? – zapytała, a ton jej głosu brzmiał bardziej cierpliwie, mimo że nadal się śmiała.
– Cokolwiek się da…
– Dobrze, Raven, nie panikuj. Najpierw musimy to spłukać, a potem zobaczymy, co się da uratować.
– Masz rację… tylko boję się, że już jest za późno.
– Spokojnie. Zaczniemy od podstaw, może je uratujemy, nawet jeśli wyglądają jak… – Zawiesiła głos i przez chwilę śmiałam się razem z nią, choć był to śmiech przez łzy. – Jezu, nawet nie jestem pewna, co to za kolor. Gdzie jesteś?
– W mieszkaniu, nie wyjdę nigdzie z tym na głowie…
– Przyjadę i zobaczę, co się da zrobić.
Napięcie w moich ramionach powoli puszczało. Może włosy wyglądały jak totalna katastrofa, ale przynajmniej nie zostałam z problemem sama. W tym momencie to wystarczało, bym zaczęła myśleć, że wszystko uda się naprawić.
Czterdzieści minut później klęczałam na podłodze salonu, klnąc po raz setny na swoją szaloną siostrę.
– Nie rozumiem, czemu tak się wściekasz. Wyglądasz w tym kolorze tak samo dobrze jak Teagan – oznajmiła Vanessa, wygodnie oparta w fotelu.
Piorunowałam ją wzrokiem, choć w głębi duszy byłam jej wdzięczna. Rzuciła wszystko i przyjechała, żeby mi pomóc, nawet jeśli efekt na razie pozostawał daleki od ideału, bo turkusowe cholerstwo nie chciało zejść.
– Tyle razy ją prosiłam, żeby schowała to po użyciu… – jęczałam, czując, że łzy napływają mi do oczu. – Nie mogę tak iść do pracy. Wywalą mnie, gdy tylko przekroczę próg.
– Nie dramatyzuj – odpowiedziała spokojnie Vanessa. – Violet ma różowe włosy i nikt jej nie wywalił.
– Może dlatego, że szef jest jej wujkiem – narzekałam dalej, krzyżując ramiona na piersi.
Vanessa nie odpowiedziała, zamiast tego ucięła dyskusję, jednym zdecydowanym ruchem podłączając prostownicę do gniazdka. Chwilę później zaczęła wygładzać moje włosy, które przez Teagan przybrały kolor przypominający Lazurowe Wybrzeże. Każde przeciągnięcie gorących płytek sprawiało, że pasma stawały się coraz gładsze, bardziej zdyscyplinowane… i niestety nadal cholernie turkusowe. Teagan mogła sobie pozwolić na takie wariactwo. Pracowała jako barmanka w nocnym klubie, żyła nocą, przyciągała spojrzenia i kochała być widoczna. Ja natomiast nie chciałam się wyróżniać. Wolałam wtopić się w tłum, zniknąć między innymi, być niezauważalna, a co za tym szło, bezpieczna.
– Nie jest tak źle, spójrz – powiedziała Vanessa, poprawiając ostatnie pasmo i odsuwając się na bok.
Podniosłam wzrok i spojrzałam w lustro. Włosy były gładkie, lśniące, opadały równo na plecy… ale kolor wciąż pozostał krzykliwy.
– Nie czuję się dobrze.
– Niestety, musisz się przyzwyczaić – odpowiedziała zrezygnowana. – Kolor z czasem się zmyje. Dopiero wtedy będę mogła przywrócić je do dawnego stanu.
Westchnęłam ciężko, wciąż nie spuszczając wzroku z odbicia. Nie poznawałam dziewczyny, która na mnie patrzyła, i chyba właśnie to okazało się najbardziej przerażające.
– Mam nadzieję, że Joey nie wyleje mnie za to z pracy – mruknęłam cicho, po czym posłałam przyjaciółce nieśmiały uśmiech.
Czułam się już trochę lepiej. Gdy tuż po wyjściu spod prysznica zobaczyłam, co mam na głowie, byłam autentycznie przerażona. Teraz… teraz się cieszyłam, że Vanessa zdołała wyrównać kolor do jednego tonu i nadać mu choć odrobinę kontroli.
– Spokojnie… – Klepnęła mnie w ramię z rozbawieniem. – Jestem pewna, że gdy się przyzwyczaisz, sama mnie poprosisz, żebym go utrzymała.
– To się nie stanie – parsknęłam krótko, kręcąc głową. – Ale dziękuję, że znalazłaś chwilę, żeby mi pomóc, bo muszę zrobić zakupy. Wyjście z domu bez twojej interwencji byłoby niemożliwe.
Vanessa odpowiedziała uśmiechem, po czym zaczęła zbierać swoje rzeczy i chować szczotki oraz kosmetyki do torby.
– W porządku. Cieszę się, że zadzwoniłaś – powiedziała, zarzucając torbę na ramię. – A skoro już się widzimy, może wyskoczymy gdzieś w weekend?
– To dobry pomysł – zgodziłam się bez wahania. – Odezwę się, jak tylko ustalę, do której pracuję.
– Jasne, mała.
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy zamknęłam za nią drzwi. Cisza, która zapadła w mieszkaniu, nie była już tak przytłaczająca jak wcześniej. Podwinęłam rękawy i zabrałam się za sprzątanie, poodkładałam rzeczy na miejsce, starłam blat w kuchni i poprawiłam poduszki na starej kanapie. Potem przebrałam się w świeże ubrania i rzuciłam ostatnie spojrzenie w lustro. Włosy wciąż wyglądały obco, ale już nie przerażały. Włożyłam buty, chwyciłam torbę i z cichym kliknięciem zamknęłam za sobą drzwi.
Ciro
– Wygląda na to, że mają dla ciebie kolejnego przeciwnika – powiedział jeden z najwierniejszych i najbardziej oddanych ludzi mojego brata, gdy wszedł do siłowni i zatrzymał się kilka metrów ode mnie.
Nie przerwałem treningu, uderzałem w worek zwisający z sufitu, pozwalając, by łańcuchy dźwięczały pod naporem kolejnych ciosów.
– Długo im zeszło – rzuciłem chłodno, nie odwracając głowy. Pot spływał mi po karku, koszulka przylegała do pleców, a dłonie pulsowały przyjemnym bólem.
Hansel parsknął krótko.
– Dziwię się, że ktokolwiek miał na tyle duże jaja, żeby się zgłosić. Niewielu chce stanąć naprzeciw niemal dwumetrowego faceta ważącego prawie sto dziesięć kilo jedynie po to, by dać sobie złamać kręgosłup.
– To stało się tylko raz – stwierdziłem sucho.
Wyprowadzałem serię uderzeń, jedno po drugim, bez zawahania. Worek odskakiwał, wracał, znów przyjmował cios – każdy precyzyjny, wyćwiczony, pozbawiony emocji. Zatrzymałem go dopiero po chwili, opierając czoło o szorstką skórę.
– Kiedy? – zapytałem w końcu.
– Za tydzień, prywatna oferta.
Uśmiechnąłem się i wyprostowałem powoli.
– Świetnie. Dawno nie miałem okazji porządnie się rozerwać.
Hansel zaśmiał się cicho i pomachał przede mną czarną teczką.
– Mam parę informacji odnośnie do sytuacji sprzed tygodnia.
– Piętnaście minut – odpowiedziałem bez zastanowienia. Zdjąłem rękawice i rzuciłem je na ławkę, a pot z czoła starłem przedramieniem.
Hansel od lat stał u naszego boku. To on zarządzał ludźmi znajdującymi się niżej w hierarchii, filtrował informacje, decydował, co jest warte naszej uwagi, a co powinno zostać pogrzebane, zanim w ogóle dotrze do nas. Był granicą, pierwszym i ostatnim przystankiem dla każdego, kto dobrowolnie chciał się skontaktować ze mną lub z Thiago. Takie ustaliliśmy zasady i nikt ich nie kwestionował. Każdy, kto miał problem albo oczekiwał przysługi, zgłaszał się do Hansela. Od półtora roku był dla mnie kimś w rodzaju menedżera, odkąd wkręciłem się do Areny. To on dogadywał walki, analizował propozycje i pilnował, by wszystko odbywało się na naszych warunkach. Nie pytałem, skąd bierze ludzi ani skąd ma pieniądze, to jego działka. Moja zaczynała się tam, gdzie ktoś stawał naprzeciw mnie i myślał, że ma szansę wygrać.
Oczekiwanie na zemstę na Gino pożerało mnie każdego dnia, od chwili, gdy przekroczyłem bramy Poggioreale. Każdego pieprzonego ranka. Więzienie zostawia w człowieku piętno, nawet jeśli nikt go nie widzi. Kilka miesięcy spędzonych za kratami wnika w kości, w sposób myślenia, w postrzeganie świata, odmieniając wszystko, co wcześniej znałeś. Ale nauczyło mnie też dyscypliny i systematyczności. Treningów, które miały zabić czas, a czasu było aż nadto. Myślałem, że odebranie życia temu skurwysynowi przyniesie spokój, że kiedy jego krew spłynie mi po dłoniach, coś wreszcie się domknie. Nic bardziej mylnego. Spokój nie nadszedł ani tamtej nocy, ani żadnej kolejnej. Gniew, który rozpaliło zamknięcie, wciąż we mnie siedział, czujny i nieubłagany. Tlił się pod skórą, ciężki i lepki, gotowy eksplodować przy najmniejszym impulsie. Czułem go każdego dnia, zaraz po otwarciu oczu. Arena była jedynym miejscem, gdzie mogłem go uwolnić. I wiedziałem jedno: dopóki gniew oddycha razem ze mną, nikt, kto stanie mi na drodze, nie powinien czuć się bezpiecznie.
Potrzebowałem jebanego prysznica. Skóra kleiła mi się od potu, mięśnie pozostały napięte po treningu, a zapach siłowni wżarł się we mnie na dobre. Mimo to ciekawość wygrała. To, co miał dla mnie Hansel, musiało być warte uwagi, skoro sam przyszedł z teczką. Odpuściłem więc łazienkę i skierowałem się prosto do niego.
Zastałem go w salonie. Siedział na kanapie, skupiony na ekranie telefonu, i szybko poruszał kciukiem, jakby coś sprawdzał albo z kimś korespondował. Przez chwilę tylko stałem i go obserwowałem. Hansel zawsze wyglądał na spokojnego, ale to pozory, bo jego głowa pracowała bez przerwy.
Kiedy wyczuł moją obecność, bez słowa odłożył komórkę na stolik i rozsiadł się wygodniej. Ruchem brody wskazał na czarną teczkę leżącą obok. Otworzyłem ją i pierwsze, co zobaczyłem, to seria fotografii. Kilka ujęć przedstawiało dziewczynę podczas zakupów, inne w barze, gdy obsługiwała klientów. Przerzucałem kartki powoli, chłonąc każdy szczegół. Wyjąłem jedno ze zdjęć i od razu przyciągnął mnie jej wygląd.
Długie, jasnoniebieskie włosy, rozwiane przez wiatr, opadały swobodnie na ramiona. Smukła sylwetka była owinięta lekką, białą sukienką, a twarz częściowo zasłaniały duże, czarne okulary, lecz mimo to nie potrafiłem oderwać wzroku, ponieważ okazała się cholernie ładna.
Wszystko w niej przyciągało spojrzenie, a jednocześnie budziło coś, czego w moim świecie nie powinno być… ciekawość.
– Co o niej wiemy? – zapytałem, siadając naprzeciw Hansela.
– Niewiele. Zamieszkała tu jakiś czas temu razem z młodszą siostrą. Ludzie niechętnie o niej mówili, początkowo nie mogliśmy nawet znaleźć dokładnego adresu. Ale z takim kolorem włosów łatwo zapadła w pamięć. Przyjechały z Miami.
– Surferka, co? – rzuciłem z kpiarskim uśmiechem, przypominając sobie jedną z dawnych przygód Hansela.
Doskonale pamiętałem, jak przed laty romansował z dziewczyną, która przyjechała tu na wakacje. Biedna, niczego nieświadoma, oddała mu serce, a on – gdy tylko się znudził – po prostu ją zostawił.
Jakież było jego zdziwienie, gdy następnego ranka znalazł swojego białego Mercedesa z przebitymi wszystkimi czterema oponami i cytatami tekstów, którymi ją wcześniej karmił, wypisanymi czerwonym markerem na karoserii. Nigdy w życiu nie widziałem, żeby Thiago śmiał się tak bardzo.
Tamto wydarzenie, choć dawne, wciąż do nas wracało, ilekroć wspominaliśmy stare czasy. Niekiedy wystarczał jeden szczegół, jedno słowo, by przypomnieć sobie, jacy byliśmy, zanim wszystko stało się trudniejsze, brutalniejsze, bardziej realne.
– Miejmy nadzieję, że choroba umysłowa nie bierze się z tego, skąd się pochodzi – mruknął Hansel, po czym wyraźnie się wzdrygnął. – Zabiję każdą laskę, która zbliży się do mojego Mercedesa z pomadką albo markerem.
Parsknąłem krótko, bez cienia radości. Wspomnienia bywają zabawne tylko wtedy, gdy nie mają wpływu na teraźniejszość. A ta nieznajoma już miała.
– Dla mnie to nie ma znaczenia – powiedziałem, odkładając zdjęcie z powrotem do teczki. – Dziewczyna umrze, nim skończy się ten miesiąc. – Podniosłem wzrok na Hansela. – Kto teraz jej pilnuje?
– Leo. Obecnie jest w domu, po długiej zmianie.
Odłożyłem teczkę na stolik i podszedłem do okna. Zasłony były rozsunięte, a za szybą rozciągała się okolica zalana słońcem.
– Nie zgłosiła niczego na policję? – zapytałem, nie odrywając wzroku od krajobrazu.
– Nie – odpowiedział szybko. – Wykonałem telefon do Hossa. Odezwie się, jeśli pojawi się ktoś z podobnym tematem.
– Dobrze. – Odwróciłem się w jego stronę. – Muszę porozmawiać z Thiago o tym, co zrobić.
Hansel kiwnął głową, jakby doskonale wiedział, że rozmowa z moim bratem nie będzie należeć do spokojnych. Thiago nie znosił niespodzianek.
– Zostaw dokumenty dziewczyny i informacje o kandydacie do walki na stole – poprosiłem, po czym wyprostowałem się i ruszyłem w stronę korytarza.
Potrzebowałem prysznica i kilku minut, żeby uporządkować myśli i zdecydować, co dalej.
Jakiś czas później wyszedłem na taras i dołączyłem do Thiago. Powietrze było ciężkie od gorąca, a promienie popołudniowego słońca odbijały się od morza. Brat stał oparty o balustradę, w ciszy unosząc do ust filiżankę z czarną kawą. Wpatrywał się w wodę, jakby szukał w niej odpowiedzi, których nikt inny nie potrafił mu dać.
– Twoja wiadomość brzmiała dość poważnie, Ciro – odezwał się w końcu, nie odrywając wzroku od horyzontu. Dopiero po dłuższej chwili powoli odwrócił głowę i wbił we mnie spojrzenie.
– Można powiedzieć, że to poważna sprawa. – Oparłem się o barierkę obok niego. Przez moment milczałem, starając się dobrze dobrać słowa. – Bardzo możliwe, że podczas zajścia z Gino miałem świadka.
Thiago nie zareagował od razu, wziął kolejny łyk kawy, odłożył filiżankę na stolik i dopiero wtedy znów na mnie spojrzał. Jedynym znakiem, że usłyszał moje słowa, było lekkie uniesienie brwi.
– Bardzo możliwe? – powtórzył. – Więc nie jesteś pewien?
– Jestem – odpowiedziałem bez wahania. – Wysłałem Leo na obserwację, gdy tylko się zorientowaliśmy, że ktoś mógł nas widzieć.
Na tarasie zapadła cisza. Thiago sięgnął do kieszeni marynarki, wyciągnął paczkę fajek i odpalił jedną z nich.
– Ciro, kurwa… – Wypuścił dym powoli, jakby próbował wraz z nim pozbyć się napięcia. – Musisz wiedzieć, że nie jestem Bogiem. – Zaciągnął się ponownie, a potem odwrócił w stronę morza. – Wyciągnąłem cię z więzienia raz, bo nie było żadnego rzetelnego świadka. – Jego głos twardniał. – Tym razem możesz posiedzieć o wiele dłużej, jeśli to się wyda.
Nie odpowiedziałem od razu, znałem konsekwencje, zawsze je znałem. Każda decyzja niosła ze sobą ryzyko. Tym razem popełniłem błąd.
– Właśnie dlatego przyszedłem – przyznałem. Opadłem na najbliższe krzesło i oparłem ręce na podłokietnikach. Starałem się wyglądać na spokojnego, choć w środku wszystko we mnie wrzało. – Minął tydzień, a dziewczyna wciąż nie poszła złożyć doniesienia. W zasadzie udaje, że nic się nie stało.
Thiago zmrużył oczy.
– Dziewczyna? – powtórzył powoli, a w jego głosie od razu pojawiła się nagana. – Dałeś się zobaczyć pieprzonej lasce?
– Nawet jej nie widziałem – rzuciłem szybciej, niż planowałem. – Byłem zajęty przebijaniem serca Gino.
Słowa brzmiały jak marne usprawiedliwienie, nawet dla mnie samego.
Czułem, że muszę się bronić, choć obaj wiedzieliśmy, jak to wygląda w praktyce. Thiago kręcił głową z wyraźnym niezadowoleniem, powoli poprawiając marynarkę, idealnie leżącą na jego ramionach. Ten gest znałem aż za dobrze, widziałem go setki razy, zawsze tuż przed tym, gdy podejmował decyzje, które komuś rujnowały życie.
Był wkurzony. A kiedy mój brat się wkurzał, nie wróżyło to nic dobrego.
– Jadę zająć się interesami związanymi z dużym rzutem kokainy – oznajmił chłodno. – Masz coś zrobić z tą dziewczyną, bracie. Zgłosiła to czy nie, nie ma sentymentów. Zabij ją, zakop żywcem, mam to w dupie. Upewnij się tylko, że przez kolejne kilka lat nikt nie znajdzie jej pierdolonego ciała.
– Tak zrobię – odpowiedziałem bez wahania.
Thiago patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, jakby próbował zajrzeć głębiej, sprawdzić, czy naprawdę rozumiem ciężar tego polecenia. Potem niemal niedostrzegalnie kiwnął głową.
– Mam nadzieję… – mruknął, bardziej do siebie niż do mnie.
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia z tarasu. Stawiał równe kroki, kontrolowane, ale znałem go zbyt dobrze, by nie dostrzec napięcia w ramionach. Tego dnia miał wyjątkowo podły nastrój, bynajmniej nie przez interesy, te zawsze były brudne, lecz przez to, że musiał zostawić chłopców i Frankie.
Rodzina zawsze była jego słabością.
Zostałem sam, z widokiem na morze i poleceniem, które ciążyło mi bardziej, niż chciałem przyznać. Dziewczyna z jasnoniebieskimi włosami wracała do mojej głowy jak pieprzony bumerang.
W końcu jednak wstałem i wróciłem do swojego apartamentu. Zamknąłem za sobą drzwi ciszej, niż wymagałoby to dobre wychowanie. Usiadłem przy stoliku i jeszcze raz sięgnąłem po fotografie. Przeglądałem jedną po drugiej. Te same ujęcia, te same detale, a jednak coś uparcie nie dawało mi spokoju.
Nie chodziło o to, że dziewczyna wyglądała młodo, w naszym świecie młodość dawno przestała być tarczą. To coś innego, coś w twarzy. Jakby naprawdę wierzyła, że nic jej tu nie grozi. Jakby Neapol pozostawał tylko kolejnym przystankiem, a nie miastem, które pożera takich jak ona bez śladu.
Z irytacją rzuciłem zdjęcia na stolik. Papier uderzył o drewno z głuchym dźwiękiem, a ja odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do sypialni. Kucnąłem przy łóżku, sięgnąłem pod nie i wysunąłem niewielką, czarną skrzynkę. Już sam jej widok sprawił, że adrenalina uderzyła mi do głowy.
Otworzyłem wieko. W środku wszystko leżało dokładnie tak, jak powinno – moje ulubione noże, każdy na swoim miejscu. Broń, którą Thiago podarował mi lata temu, a obok mała butelka hydroksyzyny i sterylnie zapakowane strzykawki to narzędzia, które nigdy mnie nie zawiodły. Widok tej dziewczyny uruchomił we mnie pewien impuls. Nie potrafiłem go nazwać ani zignorować. To nie była litość ani ciekawość, lecz chęć posiadania kontroli, potrzeba, by mieć ją blisko. Bo nieznajoma widziała moment, w którym ostrze wchodziło w ciało Gino, krew na moich dłoniach i ostatni oddech człowieka, który przestał mieć znaczenie. A mimo to postanowiła nic z tym nie zrobić. Nie pobiegła na policję, nie podniosła alarmu ani nie zniknęła z miasta.
Chciała dzielić ze mną ten sekret.
Ze mną.
Ta myśl powinna mnie uspokoić, a zamiast tego drażniła jak drzazga pod skórą. Nie prosiłem o jej lojalność, nie oczekiwałem ciszy. Teraz nadszedł moment, w którym musiałem pojmać małą niebieską ptaszynę i sprawdzić, jak twarda była naprawdę. Delikatność bywała tylko iluzją, a ja nie mogłem pozwolić sobie na złudzenia, więc chwyciłem strzykawkę, potem małą butelkę z płynem. Ruchy miałem spokojne, wyćwiczone, niemal mechaniczne.
Wróciłem do salonu, a cisza apartamentu zdawała się gęstnieć z każdym krokiem. Otworzyłem sejf i wyjąłem broń, ciężką i znajomą, jak przedłużenie mojej własnej ręki. Nie łudziłem się, że dziewczyna pójdzie ze mną dobrowolnie. Ludzie rzadko reagowali rozsądnie, gdy strach zaczynał ściskać im gardło, dlatego chciałem być przygotowany na wszystko.
Tego dnia Teagan Williams stała się moim celem, pionkiem w grze, której zasad jeszcze nie znała i o której istnieniu nie miała pojęcia.
1Pentito (z wł.) – zdrajca; termin określający członka organizacji przestępczych (mafii), który zdecydował się współpracować z wymiarem sprawiedliwości (przyp. aut.).
