Stolen Touches - Neva Altaj - ebook
NOWOŚĆ

Stolen Touches ebook

Neva Altaj

4,7

1820 osób interesuje się tą książką

Opis

MILENE

Zasady?

Znam, ale nie przestrzegam.

 

Przeprowadziłam się do jego miasta – jego królestwa – bez pozwolenia.

A teraz nadszedł czas, abym za to zapłaciła.

 

Poślubię zimnego, wyrachowanego dona Cosa Nostry.

Człowieka, którego wielu nigdy nie widziało i nie potrafiłoby nawet rozpoznać,

i będę już na zawsze związana z mafią.

 

Ale kiedy on po mnie przychodzi,

zdaję sobie sprawę, że to nie jest nasze pierwsze spotkanie.

 

SALVATORE

Nic mnie już nie zdziwi.

Widziałem w życiu zbyt wiele.

Aż do momentu, gdy pojawia się ona.

Stanowi anomalię.

 

Żyje w biedzie,

w należącym do mnie mieście,

bez mojej zg

ody.

 

Pociąga mnie w inny sposób niż reszta kobiet.

Rozpala i intryguje.

Pragnę czegoś więcej niż tylko przypadkowych dotknięć.

Chcę ją mieć w całości dla siebie.

 

A Salvatore Ajello zawsze bierze to, czego chce.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 301

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (55 ocen)
44
7
4
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gorfy33

Nie oderwiesz się od lektury

Najlepsza ze wszystkich części. W końcu mamy bohaterkę która nie idzie do łóżka z bohaterem po chwili tylko cały ich romans rozwija się powoli. Czekam na kolejny tom.
DianaG1001

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejna książka z tej serii mnie nie zawiodła. Czekam na kolejne.
10
Scienta

Nie oderwiesz się od lektury

Równie dobra jak poprzednie, pojawiają się nowi bohaterowie (następne części), jestem zachwycona i nie mogę doczekać się następnej.
10
PAULINCIAA97

Nie oderwiesz się od lektury

Kochma tą serie
00
malazaczytana91

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam ! Nie zawiodłam się ! W końcu bohaterka ,która ma charakter i nie ulega odrazu!
00



Stolen Touches

Neva Altaj

Przełożył Bartosz Grzegorzyca

Prolog

SALVATORE

7 lat temu

Młotek uderza w dłoń, a metalowy czubek wbija się w od dawna poranioną skórę. Krople krwi rozpryskują się wzdłuż stołu. Czekam, aż najostrzejszy ból ustąpi, po czym unoszę podbródek i spoglądam gniewnie na górującego nade mną mężczyznę.

– Nie – mówię przez zaciśnięte zęby.

Marcello, jeden z capo, obserwuje mnie przez kilka sekund, a następnie ogląda się na dona opartego o ścianę po prawej stronie. W pomieszczeniu panuje półmrok, nie słychać brzęczenia ani nie widać blasku jarzeniówek zamontowanych na suficie. Światło dociera jedynie ze stojącej na stole starej lampy, lecz gdy don zapala cygaro, jego twarz rozjaśnia się od płomienia zapalniczki. Mężczyzna kiwa głową.

Marcello odwraca się do mnie i wzmacnia uścisk na nadgarstku.

– Myślę, że powinieneś to rozważyć – rzuca z pogardą i ponownie z całej siły uderza młotkiem w moje palce.

Piekący ból przeszywa całe ramię i niczym piorun trafia prosto w tył głowy. Ogarnia mózg, jakby na dobre rozgościł się w czaszce. Zaciskam zęby i próbuję go uśmierzyć.

– Pieprz się, Marcello – syczę.

– Niezły z ciebie artysta – śmieje się i kręci głową.

Następnie kładzie młotek na stole i wyjmuje z kabury broń. Zakładam, że po prostu strzeli mi w głowę, ale on celuje w nogę.

– Chyba wystarczająco zmasakrowałem ci rękę. Prawdopodobnie już jej nie czujesz. Co powiesz na inną część ciała?

Rozlegają się dwa strzały, a ja ryczę z bólu, gdy kule rozrywają mięśnie i kości. Czarne plamy zamazują mi widok.

– Ostatnia szansa, Salvatore – warczy.

Biorę głęboki oddech, ignoruję drania i nawiązuję bezpośredni kontakt wzrokowy z donem, który nadal stoi nieruchomo w ciemnym kącie. Nie widzę wyraźnie jego oczu, lecz sam siedzę w blasku lampy, więc jestem pewien, że on doskonale dostrzega moje. Choć sprawną rękę mam przywiązaną do poręczy krzesła, a powróz ociera boleśnie skórę, obracam nadgarstek na tyle, by pokazać mężczyźnie środkowy palec.

– On się nie podda, Marcello – mówi don i odwraca się, żeby odejść. – Po prostu go zabij i miej to z głowy.

Marcello czeka, aż drzwi się zamkną, po czym okrąża krzesło, do którego jestem przywiązany. Pochyla się, by szepnąć mi do ucha:

– Od zawsze nienawidziłem tej twojej wytrwałości. Nie wiem, co don myślał, gdy dwa lata temu pozwolił ci zająć miejsce twojego ojca. Mianował dwudziestoczterolatka capo, jakby to było pieprzone przedszkole.

– Rozumiem, jak bardzo musi cię to wkurzać, Marcello. – Biorę głęboki oddech, ciemne plamy nadal zasnuwają mi wzrok. – Zwłaszcza że jako capo w ciągu dwóch lat zarobiłem dla rodziny więcej pieniędzy niż ty po dwudziestu na tym stanowisku.

– Powinienem cię tutaj zostawić, żebyś się wykrwawił. – Pluje na podłogę i strzela w moją stopę.

– To nie byłoby mądre… – wykrztuszam resztką sił.

– Dlaczego nie?

– Bo jeśli ja nie umrę… to ty umrzesz.

– Masz rację – śmieje się. – Nie będziemy ryzykować takiego scenariusza.

Trzy szybkie strzały rozbrzmiewają echem w pomieszczeniu, a ja łapię powietrze, gdy w moich plecach eksploduje ostry, palący ból. Udaje mi się zrobić jeszcze jeden wymuszony wdech, nim pochłania mnie mrok.

Rozdział 1

SALVATORE

Obecnie

– Rusz się, baranie!

Podnoszę głowę i robię krok w bok, dzięki czemu unikam uderzenia łokciem w nerkę. Gapię się na kobietę w fartuchu. Mija mnie i biegnie w kierunku samochodu, który z piskiem opon hamuje kilka metrów dalej, pośrodku szpitalnego parkingu.

Za kierownicą siedzi chłopak, na oko piętnastoletni. Widać, że nigdy wcześniej nie był w szpitalu, skoro wjechał na parking dla odwiedzających zamiast pod wejście na SOR. Otwiera drzwi w momencie, gdy do pojazdu dociera pielęgniarka. Przez kilka sekund oboje wpatrują się w tylną kanapę.

– Czy to… główka? – wydusza nastolatek. – Dlaczego…? Mamo, mówiłaś, że mamy czas.

Jęki kobiety wypełniają przestrzeń, a chłopak, przerażony i blady jak ściana, nie odrywa wzroku od ich źródła.

– Chłopcze! Hej! – Pielęgniarka chwyta młodego za przedramię i potrząsa, lecz ten nie reaguje.

– Chłopcze. Skup się! – Uderza go lekko w twarz. – Biegnij do szpitala. Znajdź lekarza i przyciągnij go tutaj.

– A czy… czy pani nie jest przypadkiem lekarką?

– Niestety, tylko pielęgniarką. Z informacji wynikało, że twoja mama ma sporadyczne skurcze, a nie, że zaczęła rodzić. Idź. Natychmiast! – rzuca ostro, po czym odwraca się w stronę samochodu, klęka na betonie i kładzie ręce na siedzeniu przed sobą. – Wszystko w porządku, kochana. Oddychaj głęboko. Będzie dobrze. Gdy poczujesz ból, musisz przeć, okej? Jak masz na imię?

Kobieta jęczy i mamrocze coś, czego nie rozumiem, prawdopodobnie odpowiadając na pytanie, a potem znów krzyczy.

– Jestem Milene – mówi pielęgniarka. – Świetnie sobie radzisz, Jenny. Tak, oddychaj. Jeszcze raz, główka już wyszła. Zostało ostatnie parcie, ale musi być mocne.

Spogląda przez ramię w kierunku wejścia do szpitala, a następnie w bok i jej wzrok pada na mnie.

– Ty! Ty w garniturze! – woła. – Chodź no tutaj!

Przechylam głowę i przyglądam się pielęgniarce. Pierwsze, co zauważam, to oczy, choć niekoniecznie ich kolor. Jestem zbyt daleko, żeby go dostrzec. W jej spojrzeniu widzę mieszankę paniki i determinacji, która przykuwa moją uwagę. Normalnie zignorowałbym podobną prośbę i odszedł. Życie innych ludzi nie interesuje mnie w najmniejszym stopniu. Ale od tej dziewczyny nie mogę oderwać wzroku. Potrzeba sporo siły, by w takiej sytuacji zachować spokój. Powoli zbliżam się do samochodu, nie spuszczając oczu z pielęgniarki, która ponownie skupia uwagę na kobiecie i wydaje jej polecenia. Ma bardzo jasne blond włosy, związane w kucyk, teraz zwisający w nieładzie.

– Daj mi swoją marynarkę – mówi, nie patrząc w moją stronę, podczas gdy rodząca wydaje głęboki jęk. – Tak jest, Jenny. Tak jest. Mam ją.

Jej głos drży tylko nieznacznie, ale nie sposób przeoczyć malującej się na twarzy paniki. Jestem zdziwiony, że mimo wszystko wciąż zachowuje spokój. A przecież po tym, co w życiu widziałem, niewiele rzeczy potrafi mnie zaskoczyć.

Nagle rozbrzmiewa płacz dziecka. Mówi się, że zawodzenie niemowlęcia byłoby w stanie stopić nawet najzimniejsze serce, lecz nie w moim przypadku. Zostałem właśnie świadkiem przyjścia na świat nowego życia, lecz wywołało to we mnie reakcję porównywalną do tej przy zmianie świateł na zatłoczonym skrzyżowaniu.

Czyli żadną.

Zdejmuję marynarkę i zamierzam powiesić ją na drzwiach samochodu, po czym odejść, ale wtedy mój wzrok pada na twarz pielęgniarki i zapiera mi dech w piersi. Patrzy na dziecko w swoich ramionach, uśmiechając się z takim podziwem oraz radością, że aż promienieje. Jest to tak szczere i naturalne, że nie mogę odwrócić spojrzenia. Choć czuję pustkę wobec rzekomego cudu narodzin, to jednak, gdy obserwuję dziewczynę, dziwny impuls nagle wywołuje ucisk w mojej piersi. Wraz z nim pojawia się dotychczas obce uczucie… pragnienia. Ściskam marynarkę w dłoni, próbując rozszyfrować znaczenie tej nieproszonej potrzeby, by chwycić twarz nieznajomej i obrócić ją w swoją stronę. Chcę przywłaszczyć sobie jej uśmiech, i to natychmiast. Nie potrafię nazwać tego, co mną zawładnęło. Czy to coś w rodzaju… tęsknoty?

Kątem oka dostrzegam dwie kobiety w kitlach wychodzące ze szpitala i biegnące w naszym kierunku. Za nimi kroczy pielęgniarz pchający wózek.

– Świetnie sobie poradziłaś, Jenny. Położę małą na twojej klatce piersiowej. Rozepnij tylko koszulę – mówi pielęgniarka, po czym wyciąga do mnie dłoń.

Podaję jej marynarkę od Armaniego i obserwuję, jak się pochyla, aby okryć dziecko.

– Jezu, Milene – wzdycha jeden z lekarzy, który przybył na miejsce. – Zajmiemy się tym, kochana. Świetnie się spisałaś.

Blondynka kiwa głową i wstaje z asfaltu. Jej radosną minę zastępuje wyraz zmieszania, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co się wydarzyło. Chciałbym schwytać osobę odpowiedzialną za unicestwienie tego uśmiechu i ją ukarać, lecz nie ma nikogo, kogo można by za to obwinić. Sytuacja losowa. Mimo to potrzeba zabicia kogoś nie opuszcza mnie przez dłuższą chwilę.

Pielęgniarka zmierza ku wejściu do szpitala, ale po kilku krokach przystaje i opiera się o zaparkowany samochód. Z pochyloną głową spogląda na swoje drżące, pokryte krwią dłonie, a następnie zaczyna je gorączkowo wycierać o przód fartucha. Jest bardzo młoda. Ma nie więcej niż dwadzieścia lat. Najwyżej dwadzieścia dwa lub trzy. To był prawdopodobnie jej pierwszy poród, lecz zachowała zimną krew i nie mogę przestać patrzeć na nią z podziwem.

Gdy ręce wyglądają już na nieco czystsze, odsuwa się od auta i wznawia swoją chwiejną wędrówkę. Po paru krokach opada na kolejny samochód i zamyka oczy.

Powinienem iść. Po prostu odejść i odjechać do domu. Ale nie mogę. To tak, jakby cała moja uwaga skupiała się na tej blond pielęgniarce. Wydaje się zagubiona i bezbronna. Zamiast więc postąpić rozsądnie, pokonuję dzielącą nas odległość, po czym staję tuż przed dziewczyną. Nagle ogarnia mnie przemożna chęć, by dotknąć jej pięknych włosów, lecz tłumię ten absurdalny instynkt i po prostu ją obserwuję. Otwiera ciemnozielone oczy, którymi przygląda mi się uważnie.

– Facet w garniturze – mówi, po czym ponownie opuszcza powieki. – Zostaw swoje dane na recepcji. Dopilnuję, żeby odesłali ci marynarkę.

Jej głos brzmi spokojnie, ale ręce wciąż drżą, podobnie jak reszta ciała. To efekt spadku adrenaliny. Oglądam się przez ramię. Od wejścia do szpitala dzieli nas zaledwie trzydzieści metrów, lecz wątpię, by tak wyczerpana zdołała pokonać ten dystans. Nogi trzęsą się jej tak bardzo, że lada chwila pewnie upadnie na ziemię. Może się potknąć w drodze do budynku i zrobić sobie krzywdę. Nie wiem nawet, dlaczego wzbudza to we mnie niepokój.

Pochylam się i biorę ją na ręce. Dziewczyna wydaje pisk zaskoczenia, ale nie protestuje. Po chwili obejmuje moją szyję i patrzy szeroko otwartymi oczami. Jesteśmy w połowie drogi do drzwi, gdy zaczyna się wiercić.

– Postaw mnie. – Wierzga już jak szalona. – Mogę iść o własnych siłach, do cholery.

Kontynuuję marsz z nią w ramionach, a ona uderza piąstkami w moją klatkę piersiową i próbuje się wyślizgnąć z uścisku. Chociaż nie waży więcej niż pięćdziesiąt kilo, jej ruchy sprawiają, że zadanie jest coraz to uciążliwsze. Jeśli nie przestanie, oboje skończymy z twarzami na asfalcie.

Odwracam głowę i nasze nosy przypadkowo się stykają. Dopiero teraz zauważam, że dziewczyna ma piegi.

– No już, przestań! – mówię stanowczo i o dziwo, to działa.

Otwiera usta, jakby chciała się ze mną kłócić, lecz ściskam ją w ostrzegawczym geście. Nikt nie ma prawa przeciwstawiać się moim rozkazom. Pielęgniarka marszczy nos, ale milczy. Mądry wybór. Patrzę znów w stronę wejścia do szpitala i idę dalej.

MILENE

– Był przystojny? – pyta ciekawsko Andrea, moja najlepsza przyjaciółka.

Trzymam telefon między ramieniem a policzkiem i wyjmuję z lodówki resztki obiadu, żeby zjeść je na kolację.

– Chyba tak – mamroczę i nakładam jedzenie na talerz. Umieram z głodu.

– Co to za odpowiedź? Był czy nie był?

– Był. Wysoki. Drogi garnitur. Ciemne włosy, miejscami przyprószone siwizną. Pachniał ładnie.

Nawet bardzo ładnie. Wciąż czuję zapach jego wody kolońskiej na swojej koszulce.

– Przyprószone siwizną? Ile miał lat?

– Około trzydziestu pięciu. Być może posiwiał ze stresu. – Wkładam talerz do mikrofalówki i ustawiam zegar na minutę.

To zdecydowanie za mało, żeby potrawa się podgrzała, ale nic na to nie poradzę. Jestem głodna jak wilk.

– I nic nie powiedział? Jak się nazywa? Zostawił swój numer telefonu?

– Nie. Po prostu zaniósł mnie do holu szpitala, posadził, a potem się odwrócił i wyszedł.

– Cóż, nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona. Zawsze przyciągałaś dziwaków – śmieje się Andrea. – A czy ten anestezjolog Randy nadal cię stalkuje?

– Tak. – Siadam przy stole w kącie i zaczynam jeść. – Wczoraj znowu przysłał kwiaty. Tym razem goździki. Ja pierdolę, co to ma być? Goździki daje się na pogrzeby.

– Dołączył też przerażający liścik?

– Niestety. Coś o tym, że skóra lśni mi jak światło księżyca. Prawie zwymiotowałam.

Mój kot wskakuje na stół, wsadza nos do filiżanki i pije z niej wodę. Trzepię go kuchenną ścierką po głowie.

– Złaź, do cholery!

– Myślisz, że ten Randy jest niebezpieczny? – dopytuje Andrea. – Prześladuje cię już od miesięcy.

– Nie sądzę. Mam nadzieję, że wkrótce znajdzie sobie kogoś innego, kogo będzie mógł dręczyć. – Wkładam do ust następną porcję jedzenia tuż po tym, jak pytam: – A co się dzieje w Chicago?

– Kilka dni temu widziałam twojego brata. Nadal myśli, że jesteś w Illinois.

– To dobrze. Proszę, nie zdradź mnie przed nim. Angelo oszaleje, jeśli się dowie, że przebywam w Nowym Jorku.

– Powinnaś wrócić do Chicago, Milene. To niebezpieczne. A co, jeśli ktoś z nowojorskiej rodziny odkryje, gdzie jesteś? – Zniża głos do szeptu: – Ajello nie pozwala członkom innych rodzin Cosa Nostry przebywać na swoim terytorium bez jego zgody. Dobrze o tym wiesz.

– Wątpię, żeby słynny don Ajello zawracał sobie głowę biedną, małą pielęgniarką – mówię między kolejnymi kęsami. – Poza tym muszę skończyć staż. Wrócę, gdy tylko wszystko się ułoży.

Kot znów wskakuje na stół, kradnie kawałek mięsa z mojego talerza i pędzi w kierunku łazienki.

– Któregoś dnia uduszę tego futrzaka.

– Powtarzasz to od tygodni – śmieje się Andrea.

– Wczoraj wrócił do domu z pieprzonym skrzydełkiem kurczaka. A dwa dni wcześniej z kawałkiem ryby. Sąsiedzi pomyślą, że nauczyłam go kraść jedzenie. – Ziewam. – Zadzwonię do ciebie jutro. Oczy same już mi się zamykają ze zmęczenia.

– W porządku. Jeśli znów spotkasz tego seksownego nieznajomego, koniecznie poproś go o numer telefonu.

– Jasne. – Rozłączam się i wlokę do łóżka po drugiej stronie kawalerki.

Całe lokum jest mniejsze niż moja sypialnia w domu rodzinnym, jednak opłacam je z własnej kieszeni i za nic w świecie nie zamieniłabym na nic innego. Nie powiedziałam jeszcze o tym Andrei, ale nie zamierzam wracać do Chicago. Nigdy. Skończyłam z tym gównem spod znaku Cosa Nostry.

SALVATORE

Rozlega się głośne pukanie do drzwi mojego gabinetu. Podnoszę wzrok znad laptopa i widzę wchodzącego do środka szefa ochrony. Kiwam głową w kierunku krzesła po drugiej stronie biurka.

– Znalazłeś tę dziewczynę? – pytam.

– Tak. Nie uwierzysz. – Nino siada i krzyżuje ręce na piersi. – To Milene Scardoni. Najmłodsza siostra Angela Scardoniego, jednego z bossów mafii w Chicago.

Odchylam się na fotelu. Cóż za niezwykły zwrot akcji.

– Jesteś pewien?

– Na sto procent. To jedyna Milene, która pracuje aktualnie w Szpitalu St. Mary’s. Sprawdziłem też jej profile w mediach społecznościowych. – Wyciąga telefon, scrolluje przez kilka sekund, a następnie kładzie urządzenie na blacie przede mną. – Nie ma zbyt wielu zdjęć, ale znalazłem dwa, na których jest z siostrą. Tą, która wyszła za mąż za członka Bratvy. Są do siebie bardzo podobne. Trafiłem też na kilka ujęć z Andreą, szwagierką Rossiego. To ona, szefie.

Podnoszę komórkę z biurka i spoglądam na ekran. Fotografię zrobiono parę lat temu. Milene ma na niej znacznie krótsze włosy, uśmiecha się i stoi obok innej dziewczyny w podobnym wieku. Wyciąga przed siebie dłoń i posyła buziaka w stronę obiektywu. Patrzę na pełne wargi i mały nos – jest śliczna. Lecz mojej uwagi nie przyciąga nieskazitelna uroda, tylko te oczy. Duże, jasnozielone, błyszczące figlarnością i temperamentem, wydają się patrzeć prosto na mnie. Przesuwam kciukiem po ekranie, aż dochodzę do jej ust i śledzę ich kontury.

– Siostra bossa mafii z Chicago na moim terenie. – Odkładam telefon na blat, ale nie przestaję się gapić na zdjęcie.

Uśmiech dziewczyny jest taki szczery… Czy ktoś jeszcze uśmiecha się do mnie w ten sposób?

– Mam wysłać kogoś, żeby ją tu przyprowadził? – pyta Nino. – A może zadzwonisz do Rossiego, by sam zajął się tym problemem?

Odrywam wzrok od komórki, zaniepokojony faktem, że przypadkowa kobieta, którą dopiero co poznałem, wzbudziła we mnie tak niezdrowe zainteresowanie. Wstaję i podchodzę do dużego okna z widokiem na miasto. Najlepiej byłoby zadzwonić do Luki Rossiego, bossa mafii w Chicago. Ten wyśle kogoś, kto ją zabierze i zawiezie z powrotem do Illinois.

– Nie – odpowiadam po namyśle, wpatrzony w ulicę poniżej. Deszcz zaczął padać godzinę temu. Najpierw była to mżawka, która potem przeszła w ulewę. Zastanawiam się, o ile ciemniejsze stają się włosy Milene, gdy są mokre. – Niech ktoś ją obserwuje. Wiesz, gdzie mieszka?

– Sprawdziłem. W jakiejś dziurze na przedmieściach.

– Sama?

– Z kotem.

– Chcę, żeby w jej mieszkaniu zainstalowano kamery – oznajmiam. – W kuchni, salonie, sypialni, ale nie w łazience.

Kiedy Nino milczy, odwracam się i widzę, że patrzy na mnie z lekko zszokowaną miną. Znamy się od dwóch dekad, więc nic dziwnego, że moja prośba go zaskoczyła. Szczerze mówiąc, sam jestem nią zdziwiony.

– Zajrzałem do wewnątrz ze schodów przeciwpożarowych – mówi szybko. – To czterdziestometrowa kawalerka. Tylko jedno pomieszczenie.

Dlaczego, do diabła, siostra capo haruje jako pielęgniarka i mieszka w kawalerce na przedmieściach?

– Zainstaluj więc dwie kamery, aby objąć całą przestrzeń – polecam. – Chcę, by zostało to zrobione w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin, a nagrania niech będą przesyłane bezpośrednio na mojego laptopa. Nikt inny nie może mieć do nich dostępu.

– Załatwione. – Nino wstaje, żeby wyjść, ale rzuca mi jeszcze spojrzenie przez ramię. – Jeśli mogę zapytać… Gdzie ją znalazłeś?

– Przed Szpitalem St. Mary’s. Wracałem do domu po badaniach profilaktycznych. – Z powrotem staję twarzą do okna. – Nazwała mnie idiotą, prawie przewróciła, a potem odebrała poród na środku pieprzonego parkingu. Skonfiskowała mi też marynarkę.

Mężczyzna wybucha śmiechem.

– No cóż, chyba rozumiem, dlaczego uznałeś ją za interesującą.

Tak. Uważam Milene Scardoni za bardzo interesującą.

Rozdział 2

SALVATORE

Kładę się na łóżku, włączam laptopa, a potem uruchamiam transmisję z kamer monitorujących kawalerkę siostry Scardoniego. Robię to codziennie od tygodnia. Za pierwszym razem wmawiałem sobie, że to tylko niewinne hobby, i byłem przekonany, że fascynacja szybko minie. Zamierzałem jedynie rzucić okiem i iść spać. Skończyło się jednak na tym, że obejrzałem całe nagranie. Od tamtej pory robię to co wieczór. Potrzeba podglądania jej jest zbyt silna.

Cholera.

Cofam zapis do dzisiejszego poranka, kiedy wróciła z nocnej zmiany, wciskam enter i odtwarzam wideo.

To miejsce jest tak małe, że dwie kamery w zupełności wystarczają, by objąć każdy centymetr. Obserwuję, jak Milene wchodzi do środka, prawie potyka się o śpiącego na środku przedpokoju kota, po czym znika w łazience. Dziesięć minut później, ubrana w za dużą koszulkę, wlecze się do łóżka i wślizguje pod kołdrę. Nie mija minuta, a jej debilny kot wskakuje na materac. Jest szary, wychudzony i chyba brakuje mu części ogona. Czy ona wyciągnęła go ze śmietnika? Futrzak skrada się do właścicielki, aby podrapać ją w stopy wystające spod pościeli.

Dziewczyna podskakuje, widzę też ruch jej ust i chociaż kamery nie rejestrują dźwięku, po wyrazie twarzy wnioskuję, że krzyczy. Kot ucieka pod łóżko. Milene znów opada na poduszkę, lecz gdy tylko ponownie otula się kołdrą, sierściuch powraca. Tym razem podkrada się do głowy właścicielki, by uderzyć przednią łapą w nos. Ona nie reaguje, mimo że futrzak trąca ją jeszcze wiele razy. Co za uparty zwierzak. Wreszcie Milene go chwyta, przytula do siebie i zastyga.

Powiększam obraz i patrzę na śpiącą dziewczynę, oświetloną wpadającymi przez okno południowymi promieniami słońca. Kocur w pewnym momencie się obraca i wtula łebek w jej szyję.

Dlaczego, do diabła, Milene mieszka w tej norze? Poprosiłem Nina, żeby sprawdził wpływy na jej konta. Angelo co miesiąc przelewa siostrze ogromne sumy, lecz ona ich nie wypłaca. Korzysta wyłącznie z drugiego konta, na które wpływa jedynie skromna pensja. Ciekawe, czy Scardoni wie, że dziewczyna jest w Nowym Jorku. Prawdopodobnie nie. Powinienem był zadzwonić do Rossiego, gdy tylko potwierdziłem jej tożsamość. Zamiast tego szpieguję ją noc w noc, co przeradza się w obsesję. To jakiś absurd. Muszę z tym skończyć.

Próbując zignorować nawracający ból w lewej stopie, przewijam nagranie do godziny dziewiętnastej, kiedy Milene budzi się przerażona i siada na łóżku. Patrzy przez chwilę na drzwi, po czym owija ramiona kocem, wstaje i zmierza w stronę wejścia. Jest w połowie drogi, gdy głupi kot chwyta pazurami róg pledu, ciągnącego się po podłodze, i przemyka właścicielce pod nogami. Dziewczyna się potyka, a zwierzę wskakuje na komodę i strąca na podłogę ozdobny koszyk, stos papierów oraz kilka innych przedmiotów. Milene spogląda na ten bałagan, kręci głową i wytrwale podąża w kierunku drzwi.

W kadrze pojawia się kurier trzymający ogromny bukiet czerwonych róż. Zamieniają parę słów, po czym mężczyzna odchodzi z kwiatami, a dziewczyna zmierza do kuchni z jakąś notatką w dłoni. Przystaje obok kosza na śmieci, czyta ją i marszczy brwi. Moment później wyrzuca liścik, przewracając przy tym oczami.

Chwytam leżący na szafce nocnej telefon, wysyłam wiadomość do Nina z poleceniem, aby się dowiedział, kto wysłał ten cholerny wiecheć, i wracam do oglądania.

Stukając palcami w laptopa, obserwuję Milene, która przygotowuje jajecznicę. Czy nie przyjęła kwiatów, ponieważ nie lubi róż? Myśl o tym, że inny mężczyzna wysłał jej bukiet, wywołuje aż palenie w żołądku. Może chodziło o kolor? Ponownie sięgam po komórkę i dzwonię do sekretarki. Gdy odbiera, przekazuję swoją prośbę. Po kilku chwilach całkowitej ciszy mruczy, że poprosi odpowiednią osobę, aby natychmiast się ze mną skontaktowała.

Pięć minut później rozbrzmiewa dzwonek telefonu.

– Panie Ajello, tu Diana z kwiaciarni. Proszę tylko powiedzieć, czego pan potrzebuje, a ja wszystko załatwię – mówi radosnym głosem.

– Potrzebuję bukietu, który zostanie dostarczony jutro rano.

– Oczywiście. Czy ma pan jakieś konkretne życzenia? Dostaliśmy właśnie wspaniałe czerwone róże z Holandii i…

– Wezmę wszystko, co macie, oprócz czerwonych róż.

– Och? Czyli wszelkie róże oprócz czerwonych? Oczywiście. Potrzebuję pana dane…

– Powiedziałem „wszystko”, Diano – przerywam jej. – Zapisz adres. Dostawa o szóstej.

Gdy kończę rozmowę, kładę telefon na klawiaturze przed sobą i wpatruję się w niego pustym wzrokiem. Nigdy nie kupowałem nikomu kwiatów. Skąd więc wzięła się ta szalona potrzeba, żeby zrobić to właśnie teraz?

MILENE

– Cholera – mruczę, majstrując przy zamku ryglowym.

Zapomniałam nastawić budzik i prawie zaspałam. W końcu udaje mi się przekręcić klamkę i otwieram drzwi, by ruszyć sprintem do samochodu. Staję jednak jak wryta na progu. Jedno jest pewne: nie przebiegnę tym korytarzem. Będę mieć szczęście, jeśli zdołam dotrzeć do schodów, bo wygląda na to, że jakaś firma kurierska nawaliła. I to porządnie.

Po obu stronach korytarza o długości około dwudziestu pięciu metrów stoją ogromne donice i wazony przepełnione kwiatami. Każda kompozycja jest inna – białe róże, żółte róże, brzoskwiniowe róże, stokrotki, lilie, tulipany oraz wiele innych, których nawet nie rozpoznaję. Bukiety mają zawiązane duże, satynowe kokardy pasujące kolorem do zawartości.

– Jezu – mruczę, wpatrzona w to różnobarwne morze, i zastanawiam się, jak przejść, nie przewracając żadnego z wazonów.

– Milene! – słyszę ochrypły kobiecy głos.

Odwracam głowę i widzę osobę, od której wynajmuję mieszkanie, stojącą z opartymi o biodra rękami na szczycie schodów.

– Musisz to zabrać z korytarza. Ludzie nie mają jak wyjść do pracy – kontynuuje.

– To nie moje – odpowiadam spokojnie, patrząc znów na paletę barw.

– Notka mówi, że są dla ciebie.

– Notka? – Zerkam na kobietę.

Unosi rękę, w której trzyma różową kopertę.

– Kurierzy powiedzieli, żeby ci to przekazać.

– To musi być jakaś pomyłka.

– Tu jest twoje imię.

Wychodzę na korytarz, starając się niczego nie przewrócić, i idę w jej stronę. Muszę lawirować między setką wazonów.

– Proszę pokazać – mówię i pochylam się nad dużym bukietem białych róż, aby wziąć kopertę.

Ma rację. Widnieje na niej moje imię.

Spoglądam przez ramię na te wszystkie kwiaty, a następnie wyjmuję notkę.

Wybierz te, które ci się podobają. Te, które nie przypadną ci do gustu, rozdaj.

Mrugam. Czytam jeszcze raz, a potem odwracam kartkę. Nie ma podpisu. Kto, do cholery, kupuje kwiaty za tysiące dolarów i pisze odbiorcy, żeby je rozdał? Czyżby to znowu Randy? Nie, nie sądzę. Poza tym na kartce nie ma tandetnego dowcipu, a on zawsze taki umieszcza, myśląc, że jest błyskotliwy. Ponownie spoglądam w stronę korytarza i szybko liczę. Każdy z tych wazonów musiał kosztować sto dolców. Minimum. A więc łączna kwota to jakieś…

O kurwa.

Wybałuszam oczy i przenoszę wzrok na właścicielkę mieszkania.

– Chcę, żeby to natychmiast zniknęło z korytarza – prycha i się odwraca, by odejść. – Daję ci na to pół godziny.

Co ja mam z tym wszystkim zrobić? I kim jest ten maniak, który kupił coś, co wygląda jak cała kwiaciarnia? To jakiś nowy poziom szaleństwa.

Wyjmuję komórkę i dzwonię do Pippy, koleżanki z pracy.

– Czy możesz mi podać numer któregoś z facetów pracujących w szpitalnej pralni? – pytam, kiedy odbiera.

– Pralni?

– Tak. Potrzebuję drobnej przysługi. I ciężarówki – odpowiadam, gapiąc się na kwiaty. – Dużej ciężarówki.

Rozdział 3

SALVATORE

Zamykam laptopa i spoglądam na mężczyznę klęczącego w przeciwległym rogu mojego biura. Nino trzyma go za włosy i krzyczy mu prosto w twarz:

– Pytałem, dla kogo pracujesz, Octavio! – Policzkuje go. – Donosiłeś na nas antynarkotykowym?

– To nie ja, Nino. Przysięgam, że to nie ja!

– Kto ci pomaga w wynoszeniu informacji? – Kolejny cios. Dwa zęby, w rozbryzgu śliny i krwi, lądują na ścianie i pozostawiają czerwone plamy. – Podaj nazwisko, Octavio!

Sięgam po leżący na biurku telefon i odpalam aplikację do monitoringu, aby wyświetlić obraz z mieszkania Milene. W ciągu ostatniego tygodnia zacząłem regularnie sprawdzać transmisję na żywo w ciągu dnia. Nadal przeglądam wieczorami nagrania, lecz to przestało mi wystarczać. Chcę obserwować, co dziewczyna robi tu i teraz. Czuję niewytłumaczalną potrzebę, by wiedzieć, gdzie jest i z kim się spotyka.

Ekran ukazuje kawalerkę. Widzę, że Milene zachowała białe róże i stokrotki, które stoją na kuchennym blacie. Spodziewałem się, że zastanę ją oglądającą telewizję lub czytającą książkę, co zwykle robi popołudniami. Zamiast tego biega po pokoju, ubrana tylko w komplet czarnej, koronkowej bielizny. Opieram łokcie o biurko, pochylam się i ściskam telefon w dłoni.

Dziewczyna zdejmuje z wieszaka w szafie srebrną sukienkę, a z szuflady na obuwie wyjmuje czarne szpilki. Najpierw wkłada kieckę. Jest krótka, obcisła i błyszczy jak kula dyskotekowa z lat osiemdziesiątych. Ściskam komórkę jeszcze mocniej. Koszulki, których używa do spania, są dłuższe niż to wdzianko. Ledwo zakrywa ono jej tyłek. Milene wsuwa na stopy szpilki i przegania kota wylegującego się na płaszczu. Chwyta okrycie, po czym wychodzi z mieszkania.

– Nino, kto zajmuje się dziewczyną od Scardoniego? – pytam.

Szef ochrony podnosi wzrok, odciągnięty od systematycznego łamania palców jeńca.

– Dziś powinna być kolej Pietra.

Scrolluję kontakty w poszukiwaniu numeru mężczyzny i dzwonię do niego.

– Gdzie ona jest?

– Wsiada do taksówki – odpowiada.

– Śledź ją. Daj znać, dokąd jedzie.

Rozłączam się, wyjmuję broń i podchodzę do półprzytomnego faceta, który klęczy w kałuży krwi.

– Nazwisko drugiego kapusia, Octavio – żądam.

– Nie wiem, szefie. Przysięgam…

Unoszę pistolet, strzelam mu z bliska w głowę i zwracam się do Nina:

– Zadzwoń do konserwatorów. Do rana moje biuro musi być wysprzątane. O ósmej odbywam tu spotkanie. Czy miał rodzinę?

– Żonę.

– Wyślij kogoś z pieniędzmi. Sto tysięcy powinno wystarczyć. Niech trzyma gębę na kłódkę, a jeśli piśnie choć słówko, spotka ją ten sam los.

– W porządku. Coś jeszcze?

– Niech ktoś to zamaluje. – Wskazuję ścianę tuż za ciałem Octavia. – Jest cała pokryta resztkami jego mózgu.

– Wychodzisz?

– Tak.

– Mam wysłać wsparcie?

– Nie – odpowiadam i przeszywam go wzrokiem. – Nie waż się wysyłać kogokolwiek, by mnie śledził. Już ci mówiłem, żebyś porzucił ten nawyk.

– Jestem twoim szefem ochrony. Jak mam wykonywać swoją pracę, jeśli na to nie pozwalasz?

– Do tej pory udawałem, że nie zauważam ludzi, których mi przydzielałeś. Ale nie dzisiaj, Nino.

– Jak sobie życzysz, szefie.

Kiedy zmierzam w stronę garażu, dzwoni Pietro i podaje adres baru w centrum miasta. Wsiadam do samochodu i sprawdzam lokalizację w telefonie. Prawie godzina drogi, jeśli nie będzie korków. Kurwa. Uderzam dłonią w kierownicę, a potem dodaję gazu.

MILENE

Opieram się o bar i podnoszę szklankę, żeby upić łyk drinka, gdy zauważam wchodzącego do lokalu mężczyznę w granatowych spodniach oraz białej koszuli. Cholera.

– Na litość boską, Pip – jęczę. – Naprawdę zaprosiłaś Randy’ego na naszą babską imprezę?

– Zwariowałaś? – Pippa podąża za moim wzrokiem. – Być może wspomniałam o tym, kiedy w środę mieliśmy razem nocną zmianę, ale na pewno go nie zapraszałam.

– No to, kurwa, świetnie. – Pociągam duży łyk drinka i przerażona obserwuję, jak z szerokim uśmiechem na swojej nudnej jak kółko różańcowe twarzy zbliża się mój stalker.

– Cześć, dziewczyny! Czego się napijecie?

– Niczego, dziękujemy – mruczę.

Wiele razy mówiłam Randy’emu, że nie zamierzam się z nim umówić, ale on nie odpuszcza. Jeżeli potrwa to jeszcze kilka tygodni, nie wiem, co zrobię. Nie mogę mu wyrzucać, że zaprasza mnie na randki i wysyła kwiaty. To byłoby niegrzeczne. Poza tym jest ambitnym lekarzem, który od dawna rezyduje w Szpitalu St. Mary’s, a ja kończę tam zaledwie staż pielęgniarski. Jeśli sprawa wyjdzie na jaw, wszyscy staną murem po jego stronie. Anestezjologów jest jak na lekarstwo.

– Chciałabyś pójść w przyszłym tygodniu do kina? – pyta.

– Randy, proszę. Już ci mówiłam, że nigdzie z tobą nie pójdę.

– Muszę do łazienki. – Pippa zeskakuje z krzesła.

– Teraz? – Spoglądam na nią z wyrzutem.

Zwariowała. Nie zostanę sam na sam z Randym.

– Naprawdę muszę. Wracam za kilka minut.

Gdy się oddala, chłopak od razu kładzie dłoń na mojej dłoni.

– Nie wygłupiaj się, Milene. Tylko jedna randka.

– Nie. – Zabieram rękę. – Możesz po prostu odpuścić?

– Dlaczego jesteś taka niedostępna? Przecież to… – urywa w połowie zdania i zerka ponad moim ramieniem.

W tym samym momencie ktoś obejmuje mnie w talii.

– Przepraszam za spóźnienie. – Tuż obok rozbrzmiewa głęboki baryton.

Sztywnieję. Rozpoznaję ten głos. Trudno go zapomnieć, choć nieznajomy powiedział wtedy na parkingu zaledwie parę słów. Odwracam głowę i spoglądam w górę. Facet od marynarki. Mrugam, lekko oszołomiona. Gdy spotkaliśmy się poprzednio, nie byłam w najlepszym stanie psychicznym, więc nie zwróciłam większej uwagi na jego wygląd. Tym razem myślę jaśniej i widzę wyraźnie wszystkie detale. Czarny garnitur, pod spodem koszula w tym samym kolorze. Z pewnością bardzo drogie. Twarz o ostrych rysach, jakby wyrzeźbiona w granicie. Mężczyzna ma w sobie coś z arystokraty. Jest naprawdę seksowny.

– Milene? – pyta Randy. – To twój przyjaciel?

Uśmiecham się do doktorka.

– To Kurt. Mój chłopak.

– Twój chłopak? – powtarza oszołomiony, wciąż gapiąc się na faceta za mną. – Pippa mówiła, że z nim zerwałaś.

– Pokłóciliśmy się i byłam na niego wściekła, ale jak widać, znów jesteśmy razem. – Posyłam mu szeroki uśmiech.

Uścisk wokół mojej talii się wzmacnia i zostaję przyciśnięta plecami do muskularnej klatki piersiowej.

– W grudniu bierzemy ślub – oznajmia gość od marynarki, spoglądając na mnie z góry. – Prawda, skarbie?

Zaciskam usta, by powstrzymać śmiech.

– Tak. Pierwszego grudnia. – Jak to możliwe, że on zachowuje powagę? – Dlatego naprawdę musisz przestać zapraszać mnie na randki, Randy. Kurtowi się to nie podoba.

Doktorek spogląda na postawnego faceta w garniturze, mamrocze coś w rodzaju pożegnania i niechętnie kieruje się w stronę wyjścia. Wtedy owinięte wokół mojej talii ramię znika, a ja czuję odrobinę rozczarowania.

– Dzięki za ratunek – mówię, sięgając po szklankę z drinkiem. – Ależ ten świat mały.

Mężczyzna obserwuje mnie przez chwilę, po czym podchodzi bliżej i opiera przedramię o bar, tuż obok mojego hokera. Ma więcej siwych włosów, niż zapamiętałam, głównie na skroniach, ale też trochę na czubku głowy. To niezwykłe, lecz jakimś cudem pasuje mu to do twarzy i jasnobrązowych oczu.

– Dlaczego Kurt?

– Wczoraj po raz setny oglądałam Tango i Cash. To pierwsze, co przyszło mi do głowy. – Wzruszam ramionami. – A jak naprawdę masz na imię?

– Kurt mi odpowiada.

– Oho! Człowiek tajemnica? – Podnoszę szklankę do ust, ale to jego spijam wzrokiem.

Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spotkała mężczyznę o tak niezwykłej prezencji. Przyciąga uwagę już samą obecnością w pomieszczeniu, a wygląd fizyczny wydaje się mieć z tym niewiele wspólnego.

– Czym się zajmujesz, Kurt?

– Można powiedzieć, że zarządzaniem. – Przechyla głowę, a w jego oczach dostrzegam dziwny błysk, jakby próbował mnie rozgryźć. – A ty? Odbierałaś w tym tygodniu kolejne porody?

– O Boże, nie. Nadal próbuję dojść do siebie po pierwszym. – Upijam łyk drinka. – Byłam śmiertelnie przerażona.

– Tak, zauważyłem.

– Naprawdę? Cholera. A myślałam, że dobrze się maskuję.

Podchodzi barman i pyta, czy czegoś potrzebujemy. Kiwam głową w kierunku swojej szklanki i proszę o dolewkę, a Kurt odmawia gestem lewej ręki, odzianej w czarną, skórzaną rękawiczkę. Czyżby był jednym z tych paranoików, którzy mają obsesję na punkcie zarazków? Ale jego prawa dłoń spoczywa swobodnie na barze. Dziwny gość.

– Zawsze chciałaś zostać pielęgniarką? – pyta.

– Tak. Od trzeciej klasy liceum.

– Dlaczego?

– Dobre pytanie. – Kiwam głową. – Nie wiem dlaczego, jednak właśnie tego pragnęłam. A ty?

– Kontynuuję rodzinną tradycję. Tego zawsze ode mnie oczekiwano.

– Tak, rozumiem, o czym mówisz. – Opróżniam szklankę.

Ode mnie też oczekiwano pewnych rzeczy. W moim przypadku oznaczało to jednak poślubienie mężczyzny wybranego przez dona. Cóż, nic z tego. Siostra miała szczęście, bo wyszła za gościa, którego uwielbia, ale ja nie wrócę do domu i nie będę ryzykować, że stanę się kartą przetargową w negocjacjach Cosa Nostry.

– Ten facet to twój były czy coś? – pyta mój tajemniczy nieznajomy, a ja się wzdrygam.

– Randy? O Boże, nie, absolutnie. – Robię zniesmaczoną minę. – To tylko dziwak z pracy, którego nie mogę się pozbyć. Od miesięcy wysyła mi kwiaty i żałosne liściki.

– Jakie liściki?

– W ostatnim napisał, że moje włosy przypominają mu promienie wschodzącego słońca. – Parskam śmiechem.

Unosi odzianą w rękawiczkę dłoń, a ja wstrzymuję oddech, ponieważ chwyta jeden z moich kosmyków i owija go sobie wokół palca. Dotykanie czyichś włosów to raczej intymny gest i powinno mi to przeszkadzać. Ale tym razem tak się nie dzieje. Ani trochę.

– Nie jesteś romantyczką, prawda?

– Niezbyt, Kurt – odpowiadam, starając się zachować spokojny ton, podczas gdy serce wali jak młot.

Mężczyzna stoi tak blisko, że czuję zapach jego wody kolońskiej. To ten sam, który pamiętam sprzed tygodnia, subtelny i lekko korzenny. Nie mogę mu się oprzeć, więc pochylam tułów nieco do przodu. Wyraz twarzy nieznajomego pozostaje całkowicie neutralny, gdy pyta:

– Nie lubisz też kwiatów?

– Nie mam nic przeciwko kwiatom. Po prostu nie czuję się komfortowo, kiedy otrzymuję je od dziwaków – mruczę z ustami przy szklance. – I wygląda na to, że jakimś cudem dorobiłam się kolejnego.

– Kolejnego dziwaka? – pyta, nadal bawiąc się włosami.

– Tak. Na początku tygodnia ktoś postanowił wykupić całą kwiaciarnię i zostawił przed moim mieszkaniem ponad sto bukietów.

– I to nie był Randy?

– Jestem prawie pewna, że to nie on. Nie znalazłam żadnego taniego tekstu ani podpisu na liściku. A Randy zawsze się podpisuje – mówię, patrząc mu w oczy. – Moja przyjaciółka Pippa twierdzi, że przyciągam dziwnych facetów.

– I myślisz, że ma rację? – Pochyla lekko głowę.

– Być może.

Wstrzymuję oddech, zastanawiając się, czy mnie pocałuje. Właśnie w tym momencie wspomniana przyjaciółka wraca z toalety i siada na hokerze po mojej drugiej stronie. Pippa ma doskonałe wyczucie czasu.

– Chyba już pora na mnie – mówi tajemniczy gość i się prostuje.

Nie chcę, żeby odchodził, lecz zamiast zaprotestować, rzucam:

– Do zobaczenia.

Przechyla głowę, nie spuszczając ze mnie wzroku, i muska mój policzek grzbietem dłoni w skórzanej rękawiczce.

– Może kiedyś. – Puszcza wreszcie kosmyk i się odwraca.

Patrzę, jak odchodzi, a tłum wydaje się rozstępować naturalnie przed jego postawną sylwetką, jakby środkiem sali kroczył jakiś arystokrata. Dostrzegam, że lekko utyka. Jest to niezwykle subtelne. Nieznaczna zmiana w chodzie, która mogłaby umknąć mniej wprawnemu obserwatorowi. Ja też nie zauważyłam tego wcześniej.

Liczę, że się odwróci, lecz on opuszcza bar bez spoglądania za siebie.

– O rany – wzdycha Pippa. – Kto to był?

– Nie mam pojęcia – szepczę nieco oszołomiona.

SALVATORE

Wchodzę do słabo oświetlonego salonu, po czym się rozglądam. Dom jest w opłakanym stanie – porozrzucane na podłodze ubrania i piętrzące się na blacie pudełka cateringu z resztkami jedzenia. W powietrzu dominuje zapach stęchlizny. Wygląda na to, że od miesięcy nikt nie zadał sobie trudu, aby otworzyć okno. Co za obrzydliwe miejsce. Podchodzę do stołu w jadalni i biorę krzesło. Obracam je w stronę wejścia i siadam, żeby poczekać.

Dwadzieścia minut później drzwi się otwierają i Randy Philips, stalker Milene, wchodzi do środka. Nie zauważa mnie od razu, ponieważ wyłączyłem światło. Jednak gdy pstryka przełącznik i dostrzega, że siedzę w jego jadalni, zamiera jak sparaliżowany.

– Cześć, Randy – mówię powoli.

Wybałusza oczy i stawia krok do tyłu.

– Co tu robisz? Jak się tutaj dostałeś? Dzwonię na policję.

– Nie radzę. To twoja najgorsza opcja. – Odchylam się na krześle. – Przyszedłem pogadać. To wszystko.

– Czego chcesz? – Ocenia mnie wzrokiem, a potem ostrożnie podchodzi bliżej.

– Chcę, żebyś zapomniał o Milene – mówię. – Nie rozmawiaj z nią. Nawet na nią nie patrz. Kiedy ona wejdzie do pokoju, ty się odwróć i wyjdź.

– A jeśli odmówię? – pyta, stawiając kolejny krok w moim kierunku.

Randy to postawny facet – jest nieco niższy ode mnie, ale waży co najmniej dwadzieścia kilo więcej. Jego masa wynika jednak głównie z dodatkowego ciężaru w postaci oponki brzusznej. Nie wygląda na zlęknionego, jakby był pewien, że zdoła sobie ze mną poradzić. Wyciąganie tak absurdalnych wniosków może kosztować go życie. Większość ludzi popełnia podobny błąd.

Dostrzegam dokładnie moment, w którym postanawia się na mnie rzucić. Nim ma szansę to zrobić, wstaję, chwytam krzesło i uderzam nim w jego głowę. Randy upada na kolana, a dłonie opiera o podłogę. Kiedy odzyskuje równowagę oraz przytomność umysłu, sięgam do marynarki, wyjmuję broń i zaczynam nakręcać tłumik na lufę. Nie zniweluje to całkowicie odgłosu wystrzałów, ale zdecydowanie go wyciszy. Nie chcę, żeby sąsiedzi przeszkodzili nam w rozmowie.

– Doprawdy miałem nadzieję, że jesteś bystrym facetem, Randy, jednak mnie zawiodłeś. Nie pozostawiasz mi wyboru.

Podnosi wzrok, a na widok pistoletu wycofuje się na czworakach. Celuję nieco w lewo i pociągam za spust. Kula trafia w drewnianą podłogę, centymetr od jego dłoni.

– Stój – mówię, a on zamiera. – Jedyny powód, dla którego wciąż oddychasz, Randy, to fakt, że jesteś lekarzem. A ja darzę sporym szacunkiem przedstawicieli służby medycznej. Daję ci więc ostatnią szansę, żebyś się podporządkował.

Kiwa w pośpiechu głową i jęczy. Oczy ma szeroko otwarte i pełne paniki.

– Dobrze. Jutro rano zrezygnujesz ze stanowiska w St. Mary’s. Jeśli kiedykolwiek się dowiem, że ktoś widział cię w promieniu dziesięciu kilometrów od szpitala lub Milene, twoje życie będzie skończone. Rozumiesz?

– Rozumiem.

– Doskonale. – Celuję i strzelam mu w udo.

Krzyczy i upada na bok, a dłoń przyciska do krwawiącej rany tak mocno, że aż od wysiłku bieleją mu knykcie.

– To takie drobne przypomnienie, że nie żartuję. Kiedy wyjdę, możesz zadzwonić po karetkę i powiedzieć, że natknąłeś się na włamywacza. – Odkręcam tłumik i chowam broń, a następnie zmierzam do drzwi. – Pamiętaj, dziesięć kilometrów, Randy.

Gdy tylko wsiadam do samochodu, wyjmuję telefon, po czym otwieram aplikację do monitoringu. Milene siedzi na kanapie, je chipsy i ogląda serial komediowy. Kot tkwi na jej kolanach i próbuje łapką przechwycić przekąskę. Dziewczyna ma napięty grafik w pracy, więc potrzebuje lepszego odżywiania. Odkąd ją obserwuję, gotowała dla siebie zaledwie kilka razy, i to tylko wtedy, gdy miała dzień wolny. Z tego, co widziałem, nie jest też kuchennym wirtuozem. Na co dzień opycha się raczej fast foodami. Czasami, po nocnej zmianie, wracała do domu i kładła się spać bez posiłku. Jeśli dalej będzie tak postępować, osłabnie lub zachoruje.

Wysyłam wiadomość do Ady, mojej gospodyni, z instrukcjami dotyczącymi tego, co ma zrobić, a potem umieszczam telefon w uchwycie obok kierownicy, aby móc jednocześnie obserwować podgląd z kamery i prowadzić samochód.

Dziękujemy za przeczytanie fragmentu naszej książki.

Jeśli Ci się spodobała i chcesz poznać ciąg dalszy, koniecznie zajrzyj na stronę

https://wydawnictwokdw.com,

gdzie znajdziesz tę i wiele innych wspaniałych historii.