Gdy dogoni nas świt - Kinga Tatkowska - ebook
NOWOŚĆ

Gdy dogoni nas świt ebook

Kinga Tatkowska

5,0

341 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Ona marzy o szczęśliwej rodzinie.

On nie potrzebuje w swoim życiu więcej zobowiązań.

 

Lena Dębska od zawsze pragnęła nie być jedynie samotnie dryfującą wyspą. Chciała mieć obok siebie kogoś bliskiego. Kogoś, z kim jej codzienna walka z endometriozą stanie się odrobinę łatwiejsza. Kiedy na studiach poznaje czarującego i opiekuńczego chłopaka, bez zastanowienia się z nim wiąże.

 

Teraz, kilka tygodni przed ślubem, zaczyna rozumieć, że popełniła błąd. Zaufała człowiekowi, który jest kimś zupełnie innym, niż na pozór się wydaje.

 

Gdy Lena nieoczekiwanie dowiaduje się o spadku pozostawionym jej przez babcię, nie waha się ani chwili – jedzie do małego miasteczka w Pieninach, by zacząć wszystko od nowa. Nie spodziewa się, że pierwszą osobą, którą tam pozna, będzie gburowaty właściciel wielkiego defendera, w którego niechcący wjechała…

 

Artur Żarski kieruje się w życiu sztywnymi zasadami. Przede wszystkim nie zadaje się z kobietami takimi jak Lena Dębska. To same kłopoty, a on nie zamierza się w nie pakować. Jego czas zajmuje głównie firma oraz dzielenie się z byłą partnerką opieką nad ich synem.

 

Lena i Artur starają się unikać siebie jak ognia, ale im bardziej się odpychają, tym silniejsze stają się ich uczucia. A im bardziej ukrywasz to, co czujesz, tym mocniej się w tym zatracasz…

 

„Gdy dogoni nas świt” to opowieść o szukaniu swojego miejsca na świecie. To romantyzowanie jesieni w otoczeniu uroczego górskiego miasteczka. To także powieść o chorobie, która naznacza całe życie. Aż wreszcie… to historia o miłości, która przychodzi niespodziewanie i sprawia, że wreszcie zaznajemy szczęścia.

 

Motywy:

- slow burn romance

- małe miasteczko

- Pieniny

- endometrioza

- podwójna perspektywa

- found family

- różnica wieku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 330

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Hoga78

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10
Karolinaloniewska

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam❤️ świetna!
10
Viki94

Nie oderwiesz się od lektury

fantastyczna! mega klimat i fabuła, polecam zdecydowanie;)
10



ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lena

Wiecie, co jest największym kłamstwem, w które niepostrzeżenie możecie się wplątać?

Pokazywanie wszystkim dookoła, że wasze życie jest usłane różami, choć w rzeczywistości tylko udajecie, że widzicie albo tylko chcecie zobaczyć piękno tych kwiatów, a one każdego dnia, krok po kroku, kłują i krzywdzą was swoimi ostrymi kolcami.

Już od kilku lat tkwiłam w takim kłamstwie.

Ale dziś pragnęłam powiedzieć „dość!”. Całe moje ciało pragnęło to wykrzyczeć.

Jednak serce po prostu się bało…

Była druga połowa sierpnia, dochodziła trzecia w nocy, a ja siedziałam samotnie na tarasie, w mieszkaniu na ostatnim piętrze w nowym apartamentowcu. Owinięta kocem wpatrywałam się w panoramę miasta.

Warszawa o tej porze błyszczała tysiącami świateł. Nocna stolica to było coś, co zawsze mnie intrygowało. Niby jawiła się wtedy jako coś na wyciągnięcie ręki, a jednak była całkowicie nieosiągalna. Zastanawiałam się, czy inni ludzie też odnoszą takie wrażenie, że to wszystko, co nas tutaj otacza, to w rzeczywistości szklana bańka, nad którą nie mamy kontroli i musimy się jej podporządkować. A podporządkowanie się nocą było o wiele łatwiejsze, niż wzięcie odpowiedzialności za swoje życie za dnia.

Byłam ciekawa, czy inni też bali się kolejnego świtu.

Bo ja byłam przerażona.

Za kilka tygodni miałam wziąć ślub z mężczyzną, który teraz spał w sypialni. Po tym, jak znów się pokłóciliśmy. Od dłuższego czasu jego ostre słowa cięły mnie niczym żyletki. A ja byłam już tak pokiereszowana, że nie wiedziałam, jak zatamować to krwawienie.

Kilka godzin temu Tomek położył się w złości, a ja wyszłam na taras i rozmyślałam nad swoim życiem. Przypominały mi się te wszystkie związkowe porady, o których czytałam w mądrych życiowych książkach. Na przykład to, żeby nigdy nie kłaść się spać pokłóconym.

Pieprzenie…

Chyba już nawet nie było dnia, w którym byśmy się nie sprzeczali. I to zawsze ja byłam winna. Ja i moja choroba, która z każdym kolejnym miesiącem dawała się mojemu narzeczonemu coraz mocniej we znaki, choć na początku naszego związku zapewniał, że się mną zaopiekuje. A ja mu uwierzyłam. Bo pragnęłam stworzyć rodzinę. Bo tak bardzo pragnęłam mieć kogoś obok siebie i czuć się kochaną.

Ale same chęci nigdy nie wystarczają.

Już teraz to wiedziałam.

Poznaliśmy się pięć lat temu, gdy byłam jeszcze na studiach. Od razu powiedziałam mu, że mam endometriozę. Wiedział o mojej chorobie. Nie rozumiał jej, ale o niej wiedział. Pragnęłam, by miał świadomość, na co się pisze, wiążąc się ze mną. Z początku był troskliwy, wyrozumiały, wspierający… Ale to było dawno temu, jakby w zupełnie innym życiu. Od dawna nie czułam z jego strony ciepła. Nawet nie miałam pewności, czy jeszcze mnie kocha.

Od kilkunastu lat endometrioza była niczym pieprzony kat, który zabijał każdą kolejną sferę mojego życia. Teraz już wiedziałam, że zniszczyła także mój związek, który miał dać mi prawdziwe szczęście. A dał kolejną ranę w moim poturbowanym już sercu.

W pewnym momencie stałam się już do tego stopnia odrętwiała, że przestałam zauważać drobne sygnały, na które przecież natykałam się od dawna. Wracanie późno z biura. Ślad szminki na jego koszuli. Niespodziewana delegacja. Nie miałam stuprocentowej pewności, że mnie zdradzał, ale przecież w głębi serca wiedziałam, że tak. To wszystko nie miało już żadnego sensu. Nasz związek przestał istnieć już dawno temu, a ja dopiero teraz zdołałam to pojąć.

Nie wiedziałam, czy powinnam się cieszyć, że w końcu to zrozumiałam, czy użalać się nad sobą, bo byłam skończoną frajerką i zrobiłam to dopiero teraz.

Westchnęłam, zaciągając się rześkim, nocnym powietrzem.

Gdy dogoni mnie kolejny świt, chciałabym być naprawdę szczęśliwa.

Ale wiedziałam, że nie będę.

Jeszcze nie teraz.

Wiedziałam również, że jeśli sama czegoś nie zmienię, to… tak naprawdę zabrnę jeszcze dalej w tę ciemność i już nigdy nie zaznam życia, o którym marzyłam od najmłodszych lat.

To był ten moment, w którym musiałam podjąć decyzję.

I właśnie ją podjęłam.

Wstałam i skierowałam się do mieszkania, a potem od razu do sypialni.

Serce waliło mi w piersi tak mocno, jak chyba jeszcze nigdy wcześniej, ale nie przejmowałam się tym.

To będzie trudne, ale dam radę. Muszę.

Zapaliłam lampkę nocną i usiadłam na skraju łóżka, wpatrując się w mojego śpiącego narzeczonego. Wzięłam kilka uspokajających oddechów, a potem zaczęłam lekko szturchać go w ramię.

– Tomek… Tomek, obudź się.

Musiałam go obudzić. Nie mogłam czekać do rana – obawiałam się, że do tego czasu stchórzę i stracę swoją szansę.

Jeszcze kilka razy, tym razem głośniej, nakłoniłam go do wstania. W końcu powoli się poruszył i niemrawo otworzył oczy. Wiedziałam, że wcześniej wypił kilka szklaneczek whiskey, więc ani trochę nie będzie zadowolony z tej nocnej pobudki. Ale nie miałam innego wyjścia.

Spojrzał na mnie, marszcząc brwi, a potem zerknął na zegarek stojący na szafce nocnej. Znów utkwił we mnie poirytowane spojrzenie.

– Zwariowałaś? – odezwał się. – Tylko mi nie mów, że znów cię boli i chcesz, żebym zawiózł cię do szpitala. Nic z tego, Lena. Nałykaj się ketonalu i idź spać.

Wzięłam kolejny oddech i patrzyłam, jak obraca się na drugi bok. Nie miałam zamiaru mu na to pozwolić.

– Nic mnie nie boli – powiedziałam cicho.

– A to nowość… – wymamrotał.

– Chcę porozmawiać – rzuciłam pewniej. – Posłuchasz mnie czy nie?

Westchnął z całą irytacją, na jaką było go stać. Lekko się podniósł i oparł plecy o zagłówek, wpatrując się we mnie tak, jakbym była skończoną idiotką.

– Jest środek nocy, do cholery. O czym niby chcesz ze mną…

– Chcę odwołać ślub – przerwałam mu. – Chcę to wszystko zakończyć.

No i proszę bardzo… Powiedziałam to na głos. Odważyłam się. Nie stchórzyłam. Zdjęłam ze swojego serca ciężar, który nosiłam już od dłuższego czasu.

Dlaczego więc nie czułam od razu żadnej ulgi? Dlaczego nie oblała mnie euforia i radość?

Może to wszystko jeszcze do mnie nie docierało?

Z całą pewnością nie dotarło do Tomka, który patrzył na mnie z niezrozumieniem wymalowanym na twarzy.

Zastanawiał się, czy właśnie się nie przesłyszał? Czy uważał, że do reszty mi odbiło?

Pomyślałam sobie o jego rodzinie, w szczególności o jego mamie, która nigdy mnie nie polubiła. Na pewno będzie się cieszyć na taki rozwój wydarzeń i zapewni Tomka, że dobrze się stało, że odeszłam. Powie, że to dla wszystkich prezent od losu, bo już nie będzie musiał się ze mną użerać.

– Co? – rzucił po chwili.

Westchnęłam i pewnie na niego spojrzałam.

– Nasz związek nie ma już żadnego sensu i sam doskonale o tym wiesz – powiedziałam. – Przestaliśmy już nawet ratować to, co było między nami na początku. Nie powinniśmy brać ślubu. To koniec, Tomek.

Patrzyliśmy na siebie bez słowa.

Bezgłośnie żegnałam się z wizją przyszłości, która miała mi dać upragnione szczęście. Która miała mi dać prawdziwą rodzinę.

Ale wiedziałam, że człowiek, w którego oczach dostrzegałam teraz pojawiającą się złość, mi tego nie zapewni.

Podniosłam się i odwróciłam od niego spojrzenie. Musiałam działać. To jedyne, co musiałam teraz zrobić. Po prostu działać dalej.

Skierowałam się w stronę garderoby. Zapaliłam światło, które chwilowo mnie oślepiło, a potem zgarnęłam dwie wielkie walizki i do jednej z nich zaczęłam pakować swoje ubrania. Może i zachowywałam się irracjonalnie, w końcu był środek nocy, ale wiedziałam, że muszę natychmiast opuścić ten apartament. Jego apartament. Prezent od jego rodziców, w którym mieszkaliśmy przez ostatni rok. Nic tutaj tak naprawdę nie należało do mnie.

– Chyba sobie ze mnie kpisz?! – usłyszałam jego ostry ton i aż podskoczyłam.

Nawet nie zauważyłam, że przyszedł za mną do garderoby. Teraz stał nade mną niczym jakiś rozjuszony byk.

– Sam wiesz, że to najlepsze rozwiązanie – odezwałam się najspokojniej, jak tylko potrafiłam.

Chciałam zakończyć ten związek bez kolejnej kłótni, ale wyraźnie widziałam, że on miał inny plan.

– Najlepsze rozwiązanie? – parsknął, choć nie było w nim ani grama humoru. – Co ci znowu odbiło?! Wracaj do łóżka i przestań odstawiać dramat.

Zapięłam walizkę z ciuchami. Do drugiej zaczęłam pakować rzeczy, których używałam do pracy. Ostatni raz używałam ich jakiś rok temu. To wtedy Tomek powiedział, żebym w końcu odpuściła sobie tę „zabawę” i przestała robić biżuterię artystyczną, z której nie zarabiałam za wiele. Jak głupia się zgodziłam i od tej pory to on nas utrzymywał. Pracował w firmie swojego ojca, którą za kilka lat z całą pewnością przejmie, ja miałam zostać idealną panią domu. Problem polegał na tym, że nie byłam idealna. I nigdy nie będę.

– Masz pojęcie, co ty, kurwa, robisz?! – wyrzucił z siebie. – Za dwa tygodnie bierzemy ślub, do diabła! Masz świadomość, w jakim świetle mnie stawiasz? Chcesz mnie upokorzyć? Wiesz, ile pieniędzy na to wszystko poszło? Co, kurwa, powiedzą ludzie?!

Zapięłam drugą walizkę i ruszyłam z nimi do wyjścia, ale Tomek zagrodził mi drzwi garderoby.

Szarpnął mnie za ramię i mocno ścisnął, wpatrując się we mnie z furią w oczach.

Nigdy nie skrzywdził mnie fizycznie, ale teraz, gdy patrzyłam w jego oczy, w jego twarz, na której pojawił się wkurzony i przerażający grymas złości… Teraz pomyślałam, że potrafiłby mnie skrzywdzić. Że może nawet tego chciał. I ta myśl była jak ostatni gwóźdź do trumny naszego związku.

Z trudem przełknęłam ślinę.

– Puść mnie, Tomek – powiedziałam spokojnie, choć mój głos drżał. – To boli.

– Tak! – krzyknął, szarpiąc mnie. – Udawaj teraz, że cię boli. Zawsze cię wszystko boli! Zwijaj się z bólu i odstawiaj ten swój nieodłączny cyrk!

Wykręciłam rękę z jego uścisku, choć udało mi się to z wielkim trudem.

– Co niby nazywasz cyrkiem? – rzuciłam. Na policzkach poczułam słone łzy. Kiedy zaczęłam płakać? Nawet się nie zorientowałam. – Gdy tylko się poznaliśmy, wyłożyłam ci czarno na białym, jak się sprawy mają. Wiedziałeś, w co się pakujesz i ci to nie przeszkadzało.

– Bo myślałem, że zgrywasz damę w opałach! – wrzasnął mi prosto w twarz. – A ty jesteś pieprzoną hipochondryczką i lekomanką! Nie zliczę, ile razy kazałaś się zawieźć na SOR, a koniec końców lekarz potwierdzał, że nic ci nie jest! Co miesiąc przez kilka dni nie wychodzisz, kurwa, z łóżka i nie ma z tobą kontaktu! Kto normalny tak robi?! Nie mogę cię nawet normalnie pieprzyć, bo nie wiem, czy w którymś momencie nie zaczniesz zwijać się z bólu i nie każesz mi przestać!

Wpatrywałam się w niego w osłupieniu. Nie potrafiłam uwierzyć, jakim cudem wytrzymałam z tym człowiekiem aż tyle lat.

Nie pierwszy raz się na mnie wydzierał.

Ale chyba po raz pierwszy naprawdę go usłyszałam.

Na początku nasz związek uchodził za spełnienie marzeń. Tomek był czarujący i charyzmatyczny. Był wszystkim, czego potrzebowałam. Był moim ratunkiem i zwiastunem idealnego życia. Jednak bardzo szybko nasza relacja przerodziła się w coś złego. W coś, nad czym przestałam panować.

Teraz widziałam wszystko jasno i wyraźnie.

I nie miałam Tomkowi już nic więcej do powiedzenia. Moje odejście powinno zamknąć temat. Powinno być ostatnią kropką w naszym rozdziale.

Ominęłam go i poszłam do salonu, ciągnąc za sobą walizki.

– Zwariowałaś, wiesz? – Szedł za mną, buzując złością i nieopisaną furią. – Popełniasz właśnie największy błąd w swoim życiu!

Rozejrzałam się i spakowałam jeszcze mojego laptopa oraz kilka drobiazgów, które walały się na stole. Została już tylko ostatnia najważniejsza rzecz…

Skierowałam się do kuchni i z jednej z szafek wyjęłam mój szczęśliwy kubek.

Gdy miałam sześć lat, kupiłyśmy go z mamą na jednej z naszych wycieczek. Powiedziała wtedy, że przypominał jej dom. Wtedy nie miałam pojęcia, co to znaczy. W dalszym ciągu tego nie wiedziałam. Kubek był zwyczajny, niczym nie odróżniał się od innych. Był w kolorze pomarańczy, ale jeden odcień przechodził w drugi. Przypominał trochę tęczę, ale tylko w pomarańczowych odcieniach.

Od tamtego czasu się z nim nie rozstawałam. Brałam go ze sobą do każdego miejsca, w którym przyszło mi mieszkać. Był już wyszczerbiony, brakowało mu ucha, odrobinę wyblakł. Już nie pamiętałam, kiedy ostatni raz w nim piłam, ale to nie miało żadnego znaczenia.

Mojej mamy już dawno ze mną nie było, a on pozostał.

Miałam dwadzieścia osiem lat, a stary kubek traktowałam jak najcenniejszą pamiątkę. Nie posiadałam nic więcej. Nie wiedziałam, czy byłam bardziej sentymentalna, żałosna, czy po prostu nieszczęśliwa. Może byłam zlepkiem tego wszystkiego.

Owinęłam go w ręcznik papierowy i włożyłam do walizki.

Nie pozostało już nic więcej.

Podniosłam wzrok na Tomka, który ciągle coś do mnie krzyczał, a jego słowa już do mnie nie docierały.

Otarłam łzy i skierowałam się prosto w stronę wyjścia z mieszkania.

Właśnie kończyłam ten etap swojego życia.

Kolejny raz musiałam zacząć od zera.

– Wymyśliłaś sobie tą całą chorobę! – Usłyszałam jeszcze. – Ona jest tylko i wyłącznie w twojej głowie! Inne kobiety też mają okres, a tak nie dramatyzują! Jeszcze wrócisz z podkulonym ogonem, Lena! Żaden inny facet nie wytrzymałby z tobą takiej huśtawki. Jestem pierdolonym świętym człowiekiem, że tak długo to wszystko tolerowałem. To nie ze mną jest coś nie tak! To ty jesteś wybrakowana, do cholery!

Te słowa były niczym obezwładniający cios. Przez wiele lat próbowałam nie dopuszczać do siebie myśli, że to ze mną coś było nie tak, a teraz… Teraz człowiek, który niby mnie kochał i którego ja kochałam, mówił, że jestem popsuta.

Jakbym miała na to jakikolwiek wpływ… Jakbym mogła to zatrzymać…

Wychodząc z mieszkania z dwiema wielkimi walizami, wiedziałam, że w naszym życiu zawsze nadchodzi moment, w którym musimy wybrać między tym, co znamy, a tym, czego naprawdę pragniemy. To bardzo ważne, żeby wybrać tę opcję, której bardziej się boimy.

Właśnie dlatego, gdy odchodziłam, ani razu nie obejrzałam się za siebie.

Musiałam patrzeć tylko do przodu – w niepewną przyszłość.

ROZDZIAŁ DRUGI

Lena

Minął tydzień od zerwania z Tomkiem. I praktycznie cały ten czas mogłam uznać za stracony. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to leżeć w łóżku w wynajętym pokoju w hostelu, zwijać się z bólu, faszerować się tabletkami przeciwbólowymi i odbierać kolejne wiadomości od Tomka, jego matki i jego znajomych.

On wypisywał, że zrujnowałam mu kilka lat życia i ośmieszyłam go przed wszystkimi. Ona, że taka suka jak ja nie była godna jego syna. Pozostali, że są w szoku, że mogłam go zostawić i przekreślić szansę na szczęśliwe życie. I że będę tego żałować.

Nie miałam własnych przyjaciół. Wszyscy znajomi, z którymi się spotykaliśmy, byli jego znajomymi. Swoich straciłam na etapie liceum i studiów. Mieli dość, że odwoływałam kolejne spotkania, że nie było mnie wtedy, kiedy chcieli, bym była. Nie byłam dość spontaniczna, dość rozrywkowa. Nie potrafiłam się do nich dopasować. Bo odkąd tylko pamiętam, wszystko podporządkowywałam chorobie. Wyjazd na wakacje? Poczekajcie, muszę sprawdzić, czy to wtedy wypada mi okres. Niestety, wyjazd odpada. Wyjście do kina? Sorry, ale tego dnia najprawdopodobniej nie będę mogła nawet zwlec się z łóżka. Drink w sobotę? Przepraszam, ale nie dam rady…

Z czasem ludzie mieli już dość angażowania się w trudną relację, nawet kurtuazyjne propozycje się kończyły.

Dotarło do mnie, że tak właściwie nic nie mam. Byłam samotnie dryfującą wyspą. A nie chciałam nią być.

Dziś był pierwszy dzień, gdy po rozstaniu wyszłam do świata żywych. Wiedziałam, że muszę się ogarnąć. Muszę obmyślić plan. Muszę wrócić do pracy, bo jak tak dalej pójdzie, to wszelkie oszczędności, które zachomikowałam na swoim koncie, wyczerpią się, a ja pozostanę na kompletnym lodzie.

Siedziałam właśnie w Omie na Powiślu – maleńkiej knajpce stylizowanej na babciną kawalerkę, w której jedzenie zawsze było przepyszne. Zajmowałam stolik w kącie, jadłam zupę pomidorową i w międzyczasie pisałam na telefonie maila do firmy, która kiedyś zajmowała się obsługą mojego sklepu internetowego, gdzie wystawiałam biżuterię, którą tworzyłam. Chciałam przywrócić ten sklep do życia.

Chciałam przywrócić do życia siebie.

Kliknęłam „wyślij” i ucieszyłam się, że chociaż jedną rzecz popchnęłam do przodu. Teraz był czas na kolejną. Odpaliłam wyszukiwarkę mieszkań do wynajęcia. Wiedziałam, że nie stać mnie na nic ponad kawalerkę, a i z tym mógłby być problem. Mimo wszystko przeglądałam ze skupieniem każdą ofertę.

W pewnym momencie przyszła nowa wiadomość. Moja niedoszła teściowa raczyła mi napisać, że cieszy się, iż jej syn poszedł po rozum do głowy i się mnie pozbył.

No cóż… ja się cieszyłam, że ostatecznie nie dołączyłam do ich rodziny.

Nie wahając się ani sekundy dłużej, od razu zablokowałam jej numer. Nie miałam zamiaru czytać od niej kolejnych parszywych wiadomości.

Zapisałam sobie kilka ofert mieszkaniowych, które mnie zainteresowały, uregulowałam rachunek za obiad i wyszłam z knajpy.

Spacerowałam po Powiślu niedaleko mojego hostelu, rozkoszując się świeżym powietrzem. Świeciło słońce, było ciepło, ale na horyzoncie czuć już było powolną zmianę pogody. Za moment rozpocznie się wrzesień, lato całkowicie przeminie, a wraz z jego końcem pojawi się jesień. Może to był dla mnie jakiś symboliczny znak? Potwierdzenie, że coś się kończyło, a coś zaczynało i że to normalna kolej rzeczy?

Naprawdę pragnęłam w to wierzyć.

Nagle usłyszałam dźwięk komórki, dobiegający z mojej torebki. Wyjęłam telefon i spojrzałam na obcy numer. Natychmiast odebrałam, mając nadzieję, że to może ktoś z firmy, która postawi mój sklep na nogi.

– Tak, słucham? – odezwałam się.

Najpierw usłyszałam chrząknięcie, później:

– Dzień dobry. – Głos należał do jakiegoś starszego mężczyzny. – Pani Lena Dębska?

Pokiwałam głową, jakby mógł mnie teraz zobaczyć.

– To ja – rzuciłam. – Dzień dobry.

– Z tej strony Ignacy Leszcz. Jestem… – Usłyszałam kolejne chrząknięcie i zmarszczyłam brwi. – To znaczy… byłem adwokatem pani babci. Proszę przyjąć moje najszczersze kondolencje. Wiem, że od jej śmierci minęło niewiele czasu, jednak nadeszła chyba pora, byśmy uregulowali wszelkie formalności w sprawie spadku i…

– Czy pan sobie ze mnie żartuje? – przerwałam mu.

Czy to był jakiś chory dowcip? Skąd ten facet miał mój numer? Czy to jakaś nowa, poroniona metoda oszustów?

– Że co proszę? – odezwał się.

– To ja się pytam, co proszę – wyrzuciłam z siebie. – Moja babcia nie żyje od przeszło ośmiu lat – obruszyłam się. – I wszelkie sprawy spadkowe po niej są już dawno uregulowane.

Miałam tego pełną świadomość, bo sama organizowałam pogrzeb, sama ją chowałam i sama ogarniałam później wszelkie formalności.

Na same wspomnienie babci ścisnęło mnie w sercu. To ona tak właściwie mnie wychowała.

Moi rodzice byli wolnymi ptakami. Uwielbiali adrenalinę, spontaniczność, swobodę. Chyba w ogóle ich nie przypominałam… Skok ze spadochronem? Odhaczyli to. Wspinaczki górskie? Proszę bardzo. Wszelkie sporty ekstremalne? Jasne, że tak. Wykręcanie rekordowej prędkości na motocyklu? Oczywiście… I to właśnie to ostatnie mi ich odebrało. Nie wyrobili się na zakręcie na krętej drodze podczas jednej ze swoich licznych wypraw. Zginęli na miejscu. Miałam wtedy dziesięć lat i to babcia przejęła nade mną opiekę. Przez kolejną dekadę, do mojej dwudziestki, byłyśmy same. Opiekowałyśmy się sobą nawzajem, choć miałam wrażenie, że to bardziej ona opiekowała się mną. Była przy mnie, kiedy zaczęły się moje problemy. Wierzyła w mój ból. Woziła mnie na pogotowie, kiedy mdlałam. Trzymała mnie za rękę, kiedy chodziłyśmy od jednego lekarza do drugiego, chcąc dowiedzieć się, co dokładnie mi dolega. Ale nikt nie znał przyczyny mojego bólu i odsyłano mnie dalej.

Czasami myślałam, że to przeze mnie w końcu opadła z sił. Że przygniotły ją moje problemy i w końcu umarła…

Zamrugałam powiekami, by odgonić niechciane łzy. Wróciłam do rozmowy.

– Proszę więcej do mnie nie dzwonić – powiedziałam. – Moja babcia zmarła osiem lat temu. To naprawdę perfidne, że…

– Czy mówimy o Marii Kowalik? – przerwał mi.

– Słucham? – Pokręciłam głową. – Kim jest Maria Kowalik?

– No… – rzucił z wahaniem. – Była pani babcią.

– Nie znałam takiej kobiety.

– Pani Maria była matką pani mamy, więc…

Zatrzymałam się, jakbym dostała obuchem w twarz. Namierzyłam pobliską ławkę i skierowałam się ku niej. Usiadłam i głęboko westchnęłam.

Nigdy nie poznałam rodziców mojej mamy. Zajmowała się mną mama mojego taty. Raz czy dwa, gdy byłam mała, zapytałam o to mamę – ona pokręciła tylko głową i nie chciała rozmawiać o swoich rodzicach. Uznałam więc, że po prostu ich nie było, że nie żyją. Nigdy później nie wracałyśmy do tego tematu.

A teraz… Co to właściwie oznaczało?

Przełknęłam ślinę i odezwałam się:

– To znaczy, że moja babcia od strony mamy… zmarła? Zmarła teraz? Niedawno?

– Niestety tak – przyznał. – Jestem wykonawcą jej testamentu. Zostawiła pani swój dom w Świerkówce i…

– Że co proszę?

– Chciałbym zaprosić panią do Nowego Targu, do mojej kancelarii, żeby uregulować wszelkie sprawy związane ze spadkiem. Nie wiem, czy będzie chciała pani sprzedać dom, czy może…

Prawnik mówił coś dalej, a im dłużej go słuchałam i im bardziej docierało do mnie to, co właściwie mi przekazywał, tym mocniej nie mogłam w to uwierzyć.

Miałam babcię.

Miałam babcię, o której istnieniu do tej pory nie wiedziałam. Babcię, która niedawno zmarła i zostawiła mi dom w miejscowości o nazwie Świerkówka.

Nie miałam bladego pojęcia, gdzie to jest…

Ale to oznaczało, że… ona o mnie wiedziała. Wiedziała, że miała wnuczkę. I nic z tym nie zrobiła… Nigdy się ze mną nie skontaktowała… Dlaczego?

Maria Kowalik… To imię i nazwisko było dla mnie całkowicie obce, a jednak… Chciałam wiedzieć więcej. Musiałam wiedzieć więcej.

I nie miałam zamiaru zastanawiać się ani sekundy dłużej. Już wiedziałam, co powinnam zrobić. Przecież nie miałam nic do stracenia.

– Panie mecenasie? – rzuciłam, przerywając mu w pół zdania, gdy rozwodził się nad jakimiś prawnymi niuansami.

– Tak, panno Dębska?

– Proszę mi podać dokładny adres kancelarii – powiedziałam. – Jutro się u pana zjawię. A co do domu… Nie będę go sprzedawać.

Miałam zamiar w nim zamieszkać.

Gdziekolwiek był…

ROZDZIAŁ TRZECI

Lena

Odkąd po piątej rano ruszyłam z Warszawy, z całym dobytkiem zapakowanym w mojego czerwonego fiata 500, cały czas byłam w drodze. Była to dla mnie zupełna nowość, bo jeszcze nigdy nie wyjechałam sama nigdzie poza stolicę. Gdy potrzebo­wałam, prowadziłam samochód tylko w mieście. W trasie zawsze za kółkiem siedział Tomek.

Cały wczorajszy wieczór spędziłam na studiowaniu mapy i sprawdzeniu, jakimi drogami będę jechać, planowaniu, gdzie będę robić przystanki, i zastanawianiu się, gdzie, do diabła, w ogóle zmierzam.

Okazało się, że Świerkówka to małe miasteczko w Pieninach, dokładnie między Krościenkiem nad Dunajcem a Szczawnicą. Nigdy wcześniej nie byłam w tamtych stronach. Zawsze na urlop czy wakacje wybieraliśmy morze, a nie góry. Zupełnie nie było we mnie nic z górskiej dziewczyny. Teraz okazywało się, że góry miałam dosłownie we krwi… Pochodziła stamtąd moja mama, a ja nie miałam o tym bladego pojęcia. Całe życie, od urodzenia, mieszkałam w Warszawie.

Czego jeszcze o sobie nie wiedziałam? Z czym przyjdzie mi się zmierzyć?

Mimo wszystko… bardziej niż strach odczuwałam pewnego rodzaju ekscytację. Chciałam zagubić się w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byłam. Odkryć kawałki siebie, których jeszcze nie poznałam.

To był mój nowy początek.

Gdy w końcu dotarłam do kancelarii w Nowym Targu, a Ignacy Leszcz ugościł mnie w swoim gabinecie, na wstępie przeprosiłam go za nieporozumienie, które wyniknęło w czasie naszej wczorajszej rozmowy telefonicznej. Wyjaśniłam mu, że nie wiedziałam, że miałam drugą babcię. Machnął na to ręką i stwierdził, żebym się tym nie przejmowała. Przeszliśmy od razu do konkretów.

Załatwienie wszelkich formalności trwało dość długo, ale pan Ignacy we wszystkim mi pomógł. Tłumaczył wszystko i spokojnie wyjaśniał. Pomógł mi nawet załatwić na miejscu sprawy w banku.

Koniec końców okazało się, że Maria Kowalik zostawiła mi dom, w którym mieszkała aż do śmierci i w którym wychowała się moja mama. Zostawiła mi też dwadzieścia tysięcy złotych.

To wszystko było jakąś całkowitą abstrakcją. Miałam jednak zamiar podążyć tą nieznaną dla mnie ścieżką.

Gdy wreszcie pożegnałam się z prawnikiem, życzył mi na odchodne powodzenia. Zapewnił też, że gdybym w przyszłości czegoś potrzebowała, mogę śmiało się do niego zwrócić. Na pewno nie zamierzałam o tym zapomnieć.

Na rynku w Nowym Targu weszłam do cukiernio-piekarni, która wręcz przyciągała mnie swoim zapachem. A gdy przekroczyłam jej próg, dostałam niemalże oczopląsu od widoku różnego rodzaju przysmaków i wypieków. Wyszłam stamtąd z dwiema reklamówkami wypchanymi po brzegi, bo nie mogłam się oprzeć.

Na obrzeżach miasta zatrzymałam się jeszcze w supermarkecie, żeby zrobić podstawowe zakupy. Po rozmowie z prawnikiem wiedziałam, że prąd i woda w moim nowym domu zostaną włączone dopiero jutro. Dzisiejszą noc musiałam tam więc spędzić na dziko, ale miałam nadzieję, że nie będzie to problemem. Wystarczyło, żebym zaopatrzyła się w świeczki i zgrzewkę wody. Och, i jutro jeszcze ktoś przyjedzie, żeby podłączyć mi internet – moja babcia najwyraźniej potrafiła się obyć bez niego.

Ogarnęłam wszystkie zakupy i w końcu byłam gotowa, żeby przejechać ostatnią prostą – w stronę mojego nowego życia.

Według nawigacji do celu pozostało mi czterdzieści minut. Przez cały ten czas modliłam się, żeby dojechać na miejsce w jednym kawałku.

Widoki, które się przede mną malowały z każdym kolejnym kilometrem były piękniejsze. Ale ja, jako kierowca, nie byłam przyzwyczajona do takich krętych i wąskich dróg. Wcześniej w ogóle nie miałam do czynienia z tak stromymi podjazdami. Ruch był o wiele spokojniejszy niż ten, do którego przywykłam, ale teren górski okazywał się bardziej wymagający. Nigdy nie czułam się zbyt pewnie za kierownicą, więc aż dziw brał, że zdołałam pokonać dziś taką drogę.

Spojrzałam na zegarek.

Było już późne popołudnie. Już nie chciało mi się liczyć, od ilu godzin byłam dziś na nogach i w ciągłym pędzie.

Jedyne, czego teraz pragnęłam, to cało dojechać do celu i odpocząć.

Gdy do celu pozostały jedynie trzy minuty, zatrzymałam się na skrzyżowaniu na czerwonym świetle. Uderzając niecierpliwie palcami o kierownicę, chciałam natychmiast ruszyć i w końcu po raz pierwszy zobaczyć mój nowy dom.

Kiedy wczoraj na jednej ze stron internetowych przeczytałam, że region ten należy do najpiękniejszych pasm górskich w Polsce, nie zaszczyciłam tej informacji jakąś szczególną uwagą. Ale teraz, widząc te zachwycające malownicze krajobrazy, mając ten widok tuż przed swoimi oczami… Teraz to rozumiałam. Rozumiałam, dlaczego ludziom się tutaj podoba.

Spojrzałam wyżej, gdzie nad szczytami rozciągało się błękitne niebo, po którym powoli przesuwały się białe chmury i…

Nagle usłyszałam za sobą głośne trąbnięcie, które sprawiło, że aż podskoczyłam w fotelu.

Szybko spojrzałam na światło. Było zielone.

– Już, już… – mruknęłam pod nosem. I już chciałam ruszyć, ale… nagle się zawahałam.

Stałam na skrzyżowaniu pod górkę. W Warszawie nie ma takich górek… Nie uważałam się za jakiegoś fatalnego kierowcę, ale do mistrzów kierownicy nie należałam i takie sytuacje odrobinę mnie stresowały. Co, jeśli puszczę hamulec, za wolno wcisnę gaz i mój fiat wjedzie prosto w…

Zerknęłam w lusterko wsteczne i ujrzałam ogromnego ciemnozielonego defendera.

– No to jestem w dupie – wymamrotałam.

Na myśl, że mogłam wjechać w samochód za mną, zaczęły mnie oblewać zimne poty.

Czy ja byłam normalna? Po jaką cholerę przyjechałam tutaj samochodem? Trzeba było kupić bilet na pociąg, a rzeczy wysłać paczkomatem. Tak w ogóle to mieli tutaj stację kolejową? Mieli paczkomat?

Usłyszałam kolejne trąbnięcie i znów podskoczyłam.

Dobra, zrobię to. To przecież nic takiego. Mam prawo jazdy od prawie dziesięciu lat, na miłość boską!

Przełknęłam ślinę.

Kolejne trąbnięcie.

– No to mnie omiń, jak tak ci się śpieszy, dupku – rzuciłam pod nosem.

Wzięłam głęboki wdech i zdjęłam nogę z hamulca. W tym samym czasie zorientowałam się, że światło już zmieniło się na pomarańczowe. Spanikowałam. Mój fiat cofnął i uderzył w defendera.

Natychmiast zaciągnęłam ręczny i z trudem wypuściłam powietrze.

No to naprawdę jestem w dupie.

Cała się trzęsłam. Zerknęłam w lusterko. Drzwi defendera od strony kierowcy się otworzyły, a po chwili moim oczom ukazał się potężny mężczyzna. Chyba nie wyglądał na zadowolonego…

Był wysoki i postawny, a opięta koszulka, którą miał na sobie, zdradzała, że wysiłku fizycznego to on raczej nie omijał. Szerokie ramiona i pewny sposób poruszania się sprawiały, że trudno było go nie zauważyć. Miał mocno zarysowaną szczękę i kilkudniowy zarost, a ciemne włosy były w lekkim nieładzie, jakby często w ciągu dnia przeczesywał je palcami. Facet był na pewno po trzydziestce i był przystojny. W surowy, męski sposób.

Choć w sumie nie wiedziałam, czy bardziej był przystojny, czy może przerażający. Wyglądał trochę jak żołnierz. A może był żołnierzem? Spodnie bojówki, wielki defender w kolorze moro i postawa pewnego siebie faceta mogły na to wskazywać. Może to jakiś lokalny strażnik Teksasu?

Świetnie… Nie zdążyłam jeszcze nawet dojechać do mojego nowego domu, a już koncertowo się wkopałam…

Wzięłam głęboki oddech i pośpiesznie wysiadłam z auta, żeby ocenić straty.

Miałam tylko nadzieję, że ten facet z miejsca mnie nie zabije. Chciałabym sobie jeszcze trochę tutaj pożyć.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Artur

Cholerni turyści!

Zawrzało we mnie, gdy tylko zobaczyłem na światłach ociągający się samochód na warszawskich blachach.

To nie był dobry dzień.

Szczególnie teraz, gdy ten mały czerwony wypierdek we mnie wjechał.

Czułem, jak z każdą sekundą narasta we mnie złość. Serce zaczęło mi szybciej walić, a szczęki zacisnęły się tak mocno, że aż zabolały. Miałem ochotę walnąć pięścią w kierownicę albo wykrzyczeć wszystko, co cisnęło mi się na język.

Ale w samochodzie nie byłem sam.

– Okej, młody? – zapytałem mojego siedmioletniego syna, który siedział z tyłu.

– Ehe…

Zerknąłem w stronę Krzyśka. Miał oczy utkwione w tablecie. Pewnie nawet nie zorientował się, że stoimy.

Pokręciłem głową i wysiadłem z samochodu. Trzasnąłem drzwiami mocniej, niż było to konieczne. Nie miałem, do diabła, czasu na jakieś cholerne stłuczki! Musiałem odwieźć syna do Martyny i wracać do pracy. Kilka chwil temu dostałem telefon z informacją, że na jednej z budów doszło do awarii, byłem tam potrzebny.

Z małego pudełka na zapałki, który nazywał się samochodem, zwinnie i szybko wyłoniła się kobieta. Już miałem rzucić do niej coś, co brzmiałoby zapewne chamsko i nieprzyjemnie, ale gdy tylko obróciła się w moją stronę…

Zapomniałem języka w gębie.

Była młoda, na pewno młodsza ode mnie. Miała długie, ciemnorude włosy, które falami spływały na jej plecy, a w popołudniowym słońcu połyskiwały odcieniami miedzi i mahoniu. Pełne, wyraźnie zarysowane usta. Głębokie, ciemnozielone oczy. Jasną cerę z subtelnym rumieńcem. Zatrzymałem się na długiej sukience w kwiaty, która całej tej otoczce dodawała tylko jeszcze więcej uroku.

Mocno zacisnąłem zęby z poirytowania.

Była prawdopodobnie najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem, ale nie miało to żadnego znaczenia. Absolutnie żadnego.

Ocknąłem się z pieprzonego czaru, który na mnie rzuciła, i dopiero wtedy zauważyłem, że wygląda na przestraszoną. Ręce lekko jej drżały, w oczach dostrzegłem panikę.

Wciągnąłem głęboko powietrze i powoli je wypuściłem.

– Nic się pani nie stało? – zapytałem. Nie miałem pewności, czy kierowało mną bardziej poczucie obowiązku, czy troski o nią.

Gwałtownie pokręciła głową.

– Nie, oczywiście, że nie – rzuciła pośpiesznie, podchodząc do mnie bliżej. – A panu? Bardzo za to wszystko przepraszam. – Omiotła wzrokiem defendera. – To moja wina i… – Nagle urwała i wytrzeszczyła oczy, patrząc w głąb mojego auta. – O cholera… czy w środku jest dziecko? Nic mu nie jest?

Musiałem to natychmiast przerwać, zanim ta nieznajoma dostanie jakiegoś ataku paniki.

– Proszę się uspokoić – burknąłem, samemu siląc się na spokój. – Nawet nie poczuliśmy uderzenia.

To akurat była szczera prawda. Nic się nie stało, wszyscy byliśmy cali i zdrowi.

Zerknąłem w miejsce, w które walnęła swoim małym fiatem. Niczego konkretnego tam nie dostrzegłem.

Omijały nas samochody, kątem oka na chodniku dojrzałem też kilku gapiów. Oczywiście… Drobna kraksa na jedynym skrzyżowaniu świetlnym w miasteczku była wielkim wydarzeniem. Ludzie nie mieli tu nic innego do roboty, dlatego zazwyczaj wściubiali nos w nie swoje sprawy.

Nim się spostrzegłem, podjechał do nas radiowóz na bombach.

Och, Chryste…

Nieznajoma spojrzała na policjanta, który wyłonił się zza kierownicy i powoli skierował się w naszą stronę, a później przeniosła przerażony wzrok na mnie.

– Wiem, że to moja wina, ale chyba nie zamkną mnie na dołku ani nic z tych rzeczy, prawda? Jakie tu macie procedury? Co ze mną zrobią?

– Zamkną panią na czterdzieści osiem godzin, a później, jeśli sędzia będzie łaskawy, będzie pani mogła wyjść za kaucją.

– Co?! – wytrzeszczyła te swoje ciemnozielone oczy. – Ale to przecież…

– Żartowałem. – Pokręciłem głową, spoglądając na policjanta. – Po prostu się nudzi na służbie i właśnie daliśmy mu pretekst, żeby się mógł pochwalić odznaką.

Kobieta zmarszczyła brwi, mrucząc coś pod nosem o „strażnikach Teksasu” – nie słyszałem dokładnie. Sytuacja zaczęła mnie nawet trochę bawić, co było cholernie dziwne…

– A co tu się stało? – odezwał się Patryk Konieczny, kiedy podszedł do nas i omiótł wzrokiem całe zdarzenie. Chodziliśmy razem do szkoły, był trzy roczniki niżej ode mnie. Jakoś szczególnie za nim nie przepadałem. Teraz patrzyłem, jak wyciąga odznakę i przystawia ją tej kobiecie niemalże pod sam nos. Idiota… – Kolizja, tak? – mruknął. – Poproszę dowodzik.

Ja pierdolę… Teraz to już na pewno traciłem cenny czas.

Nieznajoma od razu podeszła do samochodu od strony kierowcy i nachyliła się, żeby zapewne sięgnąć po torebkę, w której trzymała dowód. Patryk nie przestawał wpatrywać się w jej wypięty tyłek, a ja chrząknąłem znacząco. Typ z każdą kolejną sekundą wkurzał mnie coraz bardziej.

Przeniósł na mnie spojrzenie.

– Daj spokój, nie masz tu czego szukać – rzuciłem w jego stronę.

– Sam to ocenię. Ty też pokaż dowód.

Popatrzyłem na niego jak na idiotę, którym właściwie był.

– Żartujesz sobie?

– Bynajmniej.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

Byłem zdania, że niektórych ludzi naprawdę nie powinno się przyjmować do policji. Na przykład takich Patryków Koniecznych.

Wyjąłem z kieszeni portfel, a z niego dowód. Kiedy mnie sprawdził, sięgnął po dowód nieznajomej, która stanęła obok mnie. Studiował ten mały kartonik, jakby były na nim wyryte pieprzone runy.

– Lena Dębska – mruknął, unosząc brew. – Turystka?

– Coś w tym stylu – odpowiedziała.

Zmierzył ją spojrzeniem z góry na dół, a ja westchnąłem głęboko.

– Śpieszy mi się – rzuciłem.

– Sprawdzę jeszcze, czy nie jesteście pod wpływem alkoholu – oświadczył i podszedł do radiowozu po alkomat.

– Jeśli ci się nudzi, to pograj sobie w pasjansa – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.

Przez kolejne minuty trwało sprawdzanie trzeźwości mojej i Leny Dębskiej, Cóż za niespodzianka, kiedy okazało się, że owszem, byliśmy oboje trzeźwi.

Co rusz zerkałem w stronę kobiety, która wykonywała wszystkie polecenia Patryka bez zająknięcia. Podejrzewałem, że to była jej pierwsza styczność z policją.

– Sprawa będzie załatwiona polubownie, czy przyda się interwencja służb? – zapytał, wskazując na nasze samochody.

Przewróciłem na to oczami, a ona natychmiast na mnie spojrzała.

– Opłacę wszelkie szkody i…

– Nie ma potrzeby – przerwałem jej. – To tylko samochód. A poza tym… właściwie nic nie widać.

Jeździłem defenderem po różnego rodzaju budowach i niejednokrotnie go obtarłem gorzej. Nie miałem czasu na zabawy w oświadczenia czy cholera wie co jeszcze.

– Na pewno? – zapytała, a w jej głosie chyba usłyszałem ulgę.

– Tak, na pewno – burknąłem.

Przeniosłem wzrok na Koniecznego i samym spojrzeniem dałem mu do zrozumienia, żeby już spływał. Odbębnił swoją rolę stróża prawa, teraz mógł wracać do innych zajęć. Najwyraźniej zrozumiał, bo wkrótce wsiadł do radiowozu i odjechał.

Spojrzałem na Lenę, która ciągle stała obok mnie – wyraźnie mogłem wyczuć nawet zapach jej perfum. Była niższa ode mnie o głowę i bardzo drobna. Pewnie mógłbym dłońmi objąć całą jej talię.

– No to… dziękuję – odezwała się. – I przepraszam… za to całe zamieszanie. Pewnie śpieszy się pan i w ogóle…

– Śpieszę się – potwierdziłem, patrząc na nią z góry.

– Oczywiście. – Pokiwała głową i posłała mi lekki uśmiech, a ja o sekundę dłużej, niż było to konieczne, zatrzymałem wzrok na jej pełnych ustach. – Już dłużej pana nie zatrzymuję. Można śmiało ruszać tą wielką bestią.

Poklepała dłonią maskę mojego samochodu, jakby chciała nadać swoim słowom znaczenia. Usłyszałem lekki stuk. Na jej twarzy natomiast pojawiło się przerażenie. W tym samym momencie spojrzeliśmy na maskę.

Ta przeklęta kobieta właśnie zarysowała mi lakier… jednym ze swoich pierścionków, które nosiła na palcach.

– O cholera – wymamrotała i gwałtownie na mnie spojrzała. – Bardzo przepraszam. Nie mam pojęcia, jak to się mogło stać i…

– Proszę wsiąść do samochodu – rzuciłem do niej.

Zmarszczyła brwi.

– Słucham?

Wziąłem głębszy oddech. Igrała z moją cierpliwością. Z jednej strony chciałem zachować przy niej spokój, z drugiej stracić kontrolę. Cholernie niebezpieczna mieszanka.

– Niech pani już wsiądzie do swojego auta i odjedzie, zanim narobi większych szkód.

– Ale…

– W tej chwili.

Zamrugała powiekami, a potem wpatrzyła się we mnie tymi dużymi oczami.

– Oczywiście. – Pokiwała głową i skierowała się do swojego fiata, ale sekundę później znów się do mnie obróciła. – A czy mógłby pan…

– Tak? – Uniosłem brew.

– Niech pan odjedzie pierwszy – powiedziała, przygryzając wargę. – Tak będzie o wiele bezpieczniej.

Moje usta niemalże zadrżały w uśmiechu.

Pokręciłem głową, posłałem jej ostatnie spojrzenie i wsiadłem do defendera. Przez przednią szybę widziałem, że ona także zajęła miejsce w swoim aucie.

– Kto to był? – odezwał się z tylnego siedzenia Krzysiek, kiedy odpaliłem silnik.

– Jakaś turystka.

– Wyglądała trochę jak Arielka.

Zmarszczyłem brwi.

– Jak kto?

– Taka syrenka z bajki.

Hm… wątpiłem, by syrenka z bajki była taka piękna, ale co ja tam wiedziałem.

Potrząsnąłem głową, by pozbyć się tej przeklętej kobiety ze swojego umysłu.

Odjechać i zapomnieć.

Nie miałem głowy do tego, by zajmować swoje myśli jakimiś turystkami. Odjechałem, mając pewność, że już jej więcej nie zobaczę.

I bardzo dobrze. Kobiety to same kłopoty.

A już zwłaszcza te, które pod płaszczykiem uroku mogły skrywać całą masę komplikacji.

*

Od trzech lat starałem się, żeby moje życie było uporządkowane. Funkcjonowałem według sztywnych zasad, które sam sobie narzuciłem.

Trzy lata temu dowiedziałem się, że mam syna…

Tuż przed trzydziestką wyprowadziłem się za granicę i to tam budowałem od podstaw swój świat. Miałem dobrą pracę, mieszkanie, zero zmartwień. Korzystałem z kawalerskiego życia, ile wlezie.

I wtedy zadzwoniła do mnie Martyna, informując mnie, że mam z nią czteroletnie dziecko.

W pierwszej chwili oczywiście jej nie uwierzyłem, bo nawet nie pamiętałem, bym kiedykolwiek z nią spał. Ale przespałem się. Kilka dni przed moim wylotem do Anglii. Znajomi zorganizowali mi wtedy coś na kształt imprezy pożegnalnej, ja wypiłem trochę za dużo i zaliczyliśmy z Martyną jednorazowy numerek, który w perspektywie czasu miał być czymś zupełnie nieistotnym. Okazało się, że obrócił moje życie o sto osiemdziesiąt stopni.

Ta jedna noc sprawiła, że na świecie pojawił się Krzyś.

I nawet przez jedną cholerną sekundę tego nie żałowałem.

Jedyne, o co byłem wściekły, to o to, że dowiedziałem się tak późno.

Praktycznie z dnia na dzień wróciłem wtedy do Świerkówki i urządziłem Martynie awanturę. Nie miałem pojęcia, dlaczego tak długo ukrywała przede mną fakt, że mamy dziecko. Bardzo szybko okazało się jednak, że w tym czasie ona była już związana z innym facetem. Wmówiła mu, że Krzysiek jest jego synem i biedak myślał tak przez pierwsze lata życia dziecka. Gdy w końcu zrozumiał, że został ograny, rzucił ją, a ona zadzwoniła do mnie, bo skończyły jej się pieniądze.

Jakbym był potrzebny jedynie w formie pierdolonego bankomatu.

Obecnie Martyna miała kolejnego nowego faceta i mieszkała z nim w Szczawnicy. Opieką nad synem dzieliliśmy się praktycznie po równo. Co drugi weekend oraz w poniedziałki i wtorki był u mnie, resztę u niej. Ona odwoziła go rano do przedszkola, ja go odbierałem. Za chwilę, gdy skończą się wakacje, Krzyś pójdzie do pierwszej klasy, więc podejrzewałem, że to będzie kolejna rewolucja w naszym życiu. Rewolucja, z którą – zgodnie z planem – będziemy musieli sobie poradzić.

Podjechałem pod blok, w którym mieszkali. Już z daleka widziałem Martynę, zmierzającą w naszym kierunku. Zaparkowałem i wysiadłem z samochodu. Otworzyłem tylne drzwi, a Krzyś wyskoczył z auta i się do mnie przytulił.

– Pa, tato!

Poczochrałem go po włosach i się uśmiechnąłem.

– Do zobaczenia jutro – powiedziałem.

Trzy lata temu, kiedy pierwszy raz go zobaczyłem, podszedł do mnie nieufnie i patrzył na nieznajomego typa, którym wtedy dla niego byłem… Przeszliśmy cholernie długą drogę do momentu, w którym teraz mówił do mnie: „tato”.

Ale już zawsze będzie mnie uwierać to, że nie było mnie obok, kiedy się rodził, kiedy stawiał pierwsze kroki, kiedy wypowiadał pierwsze słowo.

I to kurewsko bolało.

– Idź na górę – powiedziała do niego Martyna. – Porozmawiam chwilę z twoim ojcem.

Patrzyłem, jak wchodzi do klatki, a potem przeniosłem spojrzenie na nią.

Powiedzieć, że nasze stosunki były dość oziębłe, to jak nic nie powiedzieć. Oboje mieliśmy świadomość, że jedyne, co nas łączy, to Krzyś. Nic więcej.

– Będziesz musiał zająć się Krzyśkiem przez trzy tygodnie. Za kilka dni wylatujemy z Mateuszem na wakacje – oświadczyła bez zbędnych wstępów.

Przez moment przetwarzałem to, co właśnie powiedziała.

Pierwsze słyszę o jakichś wakacjach z jej nowym chłopakiem…

– Jaja sobie robisz? – rzuciłem do niej.

Skrzyżowała ramiona na piersi i spojrzała na mnie, unosząc podbródek.

– To dla ciebie jakiś problem?

– Problemem jest to, że mówisz mi to dopiero teraz – odparowałem. – Nie można było wcześniej? Ale czego ja właściwie oczekuję… To do ciebie podobne. Dla ciebie nie byłoby problemem powiadomienie mnie o tym nawet w dzień wylotu.

Przewróciła oczami.

– To dla ciebie jakiś problem, że będziesz się zajmował swoim synem?

Oczywiście, że to nie był dla mnie problem. Ale takie rzeczy wolałem ustalać wcześniej, żebym mógł przygotować wszystko w firmie. Ona doskonale o tym wiedziała. Lubiła mnie te­stować na każdym możliwym kroku. Sprawiało jej to pieprzoną przyjemność.

– Pamiętaj, że to ja sama zajmowałam się nim przez pierwsze lata i…

– A czyja to, kurwa, wina? – przerwałem jej.

Spojrzała na mnie tak, jakby nie miała zamiaru już dłużej tracić na mnie czasu. I bardzo dobrze – ja też miałem jej już dość.

– Wyślę ci esemesem, kiedy wylatujemy i kiedy wracamy – rzuciła na odchodne.

– A ty masz świadomość, że nasz syn zaraz zaczyna pierwszą klasę?

Wzruszyła ramionami.

– Więc masz okazję, żeby pokazać, jakim jesteś przykładnym tatusiem. Na pewno sobie poradzisz.

Wsiadłem do samochodu i trzasnąłem drzwiami.

Miałem trzydzieści sześć lat i naprawdę miałem już dość kobiet.

Zanim zdążyłem chociażby złapać porządnie oddech, rozdzwonił się mój telefon. Dzwonił jeden z moich pracowników. Czas na to, żeby zająć się własną firmą.

Odebrałem na głośnomówiącym i odpaliłem silnik. Ruszyłem w stronę jednej z moich budów.

Wróciłem z Anglii i zacząłem rozkręcać tutaj własną działalność. Teraz prowadziłem dobrze prosperującą firmę budowlaną o nazwie ŻarBud. Specjalizowała się w budowie domów murowanych i z drewna, choć zajmowaliśmy się też kilkoma innymi rzeczami. Stworzyłem wszystko od podstaw i teraz byliśmy najlepsi w całej okolicy. Ludzie wiedzieli, że jeśli chcą mieć coś wykonane dobrze, to powinni wziąć moją ekipę.

Moje życie zawodowe było w stu procentach przewidywalne.

Szkoda, że to prywatne, pomimo szczerych chęci, było całkowitym chaosem.