Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
441 osób interesuje się tą książką
Pierwszy tom serii o dzieciach hokeistów z serii Thin Ice Games!
Nieśmiała dziewczyna, milczący chłopak i… zagadka.
Rosie ma plan: rozpocząć studia, uczyć się pilnie, poznać nowych ludzi i pokonać chorobliwą nieśmiałość. Ten plan nie przewiduje jednak jednego felernego wieczoru, który wywraca jej świat do góry nogami. Nagle dziewczyna zostaje oskarżona o coś, czego nie zrobiła.
Rosie szybko staje się obiektem plotek, lecz mimo swojej nieśmiałości zamierza udowodnić, że nie ma nic wspólnego ze skandalem. W tym samym czasie, na prośbę jej taty, milczący i enigmatyczny Vaughn Montgomery zaczyna pilnować jej na uczelni i chodzić za nią jak cień.
Vaughn też ma plan: trzymać się z daleka od zbędnych komplikacji, przejść gładko przez kolejny rok studiów, skupić się na hokeju i na swoich pasjach. Sytuacja się komplikuje, gdy nieśmiała Rosie Hollenbeck okazuje się kimś, kto, tak samo jak on, skrywa tajemnicę na swój temat.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 664
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Ewa Remek
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Strączyńska
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Natalia Szoppa, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8418-926-9 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Ta seria opowiada o losach dzieci bohaterów serii Thin Ice Games. Można czytać ją bez znajomości pierwszego pokolenia, ale dla pełnego doświadczenia polecam sięgnąć po książki w odpowiedniej kolejności.
SERIA THIN ICE GAMES – PIERWSZE POKOLENIE
•FOR GOOD LUCK
•FOR THE CHEER
•FOR YOUR LOVE
•FOR OUR FUTURE
•SPIN-OFF: HIDING FROM THE RAIN
W książce występują treści, które mogą wpłynąć na wrażliwych czytelników, jednak ich opis może zdradzić elementy fabuły i mieć wpływ na ogólny odbiór historii, w związku z czym nie zostały umieszczone tutaj, tylko na ostatniej stronie. Jeżeli jesteś wrażliwym czytelnikiem, zapoznaj się z ostrzeżeniem dotyczącym treści na końcu książki.
Różowy kwarc i karneol
Rosie
Ines:
nie odpowiedziałaś na trzy moje ostatnie wiadomości
Rosie:
bo wszystkie dotyczyły tego samego. nie pójdę na tę imprezę walentynkową
Ines:
proooooszę! nie chcę tam iść sama
Rosie:
masz tysiąc pięćset znajomych i każdy w szkole chce z tobą posiedzieć. raczej nie będziesz miała problemu ze znalezieniem sobie towarzystwa.
Ines:
mój tata ufa moim wyborom tylko wtedy, gdy jesteś obok
Rosie:
Opiekunka brzmi lepiej niż walentynkowa wymówka
Ines:
wiedziałam! pamiętaj – załóż coś różowego
Rosie:
nie powiedziałam, że pójdę!
haloooo?
Jestem prawie pewna, że walentynki będą kiedyś moją zgubą. Co roku jest to samo. Łza mi się w oku kręci, jak pomyślę, jakie to piękne święto i jak mocno ludzie go nie doceniają.
– O fuj, zobacz. Nawet szklanki są w kształcie serduszek – marudzi Ines.
Kocham ją, ale różnic w naszym zachowaniu nie da się nie wyłapać. Właściwie nie tylko w zachowaniu… we wszystkim. Czasami jesteśmy wręcz swoimi przeciwieństwami.
Znamy się z Ines praktycznie od dziecka. Urodzone w tym samym roku, mające za ojców dwóch byłych graczy NHL, nie mogłyśmy nie złapać kontaktu już od najmłodszych lat. Zawsze byłam nieśmiała i zachowawcza, więc Ines obrała sobie za życiowy cel wyciągnięcie mnie ze skorupy i rzucenie prosto w szpony najgroźniejszych wilków. Ona zawsze była szalona. Biegała po drzewach, bawiła się bez strachu, nowe dzieciaki albo jadły jej z ręki, albo się jej bały. Nigdy nie przebierała w słowach, zawsze była we wszystkim pierwsza, a mnie to odpowiadało, bo nie lubiłam się wyróżniać. Podziwiałam jej zapał i determinację i nie wychylałam się zza jej ramienia. Kibicowałam jej. A ona, mimo że zawsze stała frontem do świata, nigdy nie zostawiła mnie za sobą.
Pierwszy raz dotknęłyśmy swoich rączek dziewiętnaście lat temu.
I to chyba był jakiś magiczny dotyk, bo czuję się prawie tak, jakby była moją drugą siostrą. Nie umniejszając mojej rodzonej starszej siostrze, oczywiście.
Ale Nadia jest ode mnie starsza o dwa lata, nie chodziłam z nią do klasy i czasami za bardzo się wymądrza. Na pewno ma więcej wspólnego z Ines niż ja – obie są odważne, bezpośrednie, zdeterminowane i nie wstydzą się jak ja.
Istnieje też zasadnicza różnica między nimi.
Ines podziwia przystojniaków, a przystojniacy podziwiają ją.
Nadia natomiast jest jak całkowicie niedostępne trofeum i trochę jej w tym nie rozumiem. Potrafi iść na imprezę, ubrać się jak milion dolarów na dwóch nogach, ale w tym momencie prędzej umówiłaby się z żółwiem cioci Ollie niż z jakimś facetem, jeżeli ten nie spełni jej oczekiwań już na początku.
Upijam łyk różowej lemoniady z najpiękniejszej szklanki, jaką widziałam w życiu. To cieniowane serduszko – na dole bordowe, przechodzące ku górze w różowe, na krawędzi przezroczyste. Oglądam przedmiot z każdej strony.
– Przepiękne – wzdycham. – Gdzie można takie kupić?
Ines udaje odruch wymiotny.
– Nie mogę uwierzyć, że jesteś jedną z tych osób, które uwielbiają walentynki. Wydawało mi się, że z wiekiem ci przejdzie.
– Co jest złego w tym święcie?
– Nie wiem, może to, że obrzydza mnie ilość skumulowanej miłości, której ludzie nie okazują sobie na co dzień? Po co czekać na ten jeden dzień w roku? – Ines przewraca oczami. – I założę się, że większość osób w naszym wieku tak pomyśli.
– Albo będzie kpić z walentynek tylko po to, by się popisać. Ja myślę, że nie ma nic złego w świętowaniu tego dnia. Uwielbiam te wszystkie czerwono-różowe dekoracje.
– Ale nie chciałaś przyjść na imprezę.
– Znów będę musiała patrzeć, jak ludzie się całują i obściskują. Jestem prawie pewna, że to impreza dla par, a gdybyś nie zauważyła, nie mam chłopaka. – Przyciszam głos coraz bardziej. – Nie wiem, ile jeszcze zniosę słuchania tych wszystkich cmoknięć i słów zachwytu w tłumie.
– Olej je. Nie po to tu jesteśmy! Spójrz tam. – Łapie mnie mocno za ramiona i przesuwa w drugą stronę.
Nie jestem pewna, czy Ines jest silniejsza. Na pewno wyższa. Dziewczyna po mamie i tacie odziedziczyła wzrost, dzięki któremu nie da się jej nie zauważyć. Ogólnie… nie da się jej nie zauważyć. Jest wysoka, szczupła, ale z cudownymi proporcjami, smukłymi nogami i wąską talią. Długie i gęste falowane włosy w kolorze ciemnego orzecha powiewają na wietrze w sposób, który sprawia, że każdy się za nią obraca. Jej twarz jest symetryczna i po prostu… piękna. Jest jak klejnot wśród całego tego tłumu.
Dobrze, że moi rodzice byli w młodości ładni, bo inaczej wstydziłabym się pokazać u jej boku. Jeszcze raz dzięki, mamo, za te zielone oczy, które po tobie odziedziczyłam. Słyszałam kiedyś, że faceci bardzo lubią blondynki z jasnymi oczami. Cóż, jakoś tego nie zauważyłam.
– Co to jest? – pytam, przyglądając się dziwnej budce z kolorowym szyldem.
– Budka dla singli – oznajmia Ines. – Losujesz kawalera i całujesz go.
Moje policzki natychmiast robią się całe czerwone.
– Obcego?
– Tak, to właśnie jest najbardziej ekscytujące. Nie widzisz go. To zagadka. Podchodzisz i po prostu wyciągasz los, na którym zapisany jest numerek kawalera.
– Boże – szepczę zażenowana. – Nie sugerujesz chyba, że mogłabym to zrobić.
Ines uśmiecha się szeroko.
– Właśnie to sugeruję.
– Ja… ja… żartujesz sobie? W życiu tego nie zrobię.
– Powinnaś.
– Nie chcę.
– Na pewno?
– Na pewno!
– Rosie, są walentynki. Nie zamierzam cię do niczego zmuszać, ale możesz być pewna, że najpierw wybadam dla ciebie teren. Wezmę udział w losowaniu i sprawdzę, czy to jest w ogóle czegoś warte. A potem wymknę się na zaplecze i zweryfikuję, czy nie ma tam żadnych obrzydliwców.
– A co jeśli na przykład… są tam dużo starsi panowie?! – szepczę w panice.
Ines otwiera szerzej oczy, a potem śmieje się głośno.
– Rosie, to by było nielegalne, a impreza jest pod patronatem naszej szkoły. Całusy też będą rozdawać chłopcy z naszej szkoły.
Przetacza się przeze mnie fala przerażenia.
Chłopcy ze szkoły.
Miałabym pocałować jakiegoś wylosowanego chłopaka bez spalenia się przy tym ze wstydu, a potem jeszcze patrzeć mu w oczy na korytarzu w szkole?
– Nie, dzięki – szepczę zażenowana. – To chyba nie dla mnie.
Z jednej strony to piękna inicjatywa i poniekąd rozumiem, dlaczego Ines mnie tu przyprowadziła. Ona jedyna czasami słyszy, jak marudzę, że nikt się mną nie interesuje. To nie do końca tak… zdarza się, że chłopcy na mnie patrzą. Albo ze mną rozmawiają. Jak na przykład teraz…
– Hej, Rosie – mówi Jay. – Ines wspominała, że chyba uda ci się przyjść, ale nie byłem pewien, czy damy radę się zobaczyć. Jak się masz?
Patrzę mu prosto w oczy, nie wiem, co mam powiedzieć, i staję jak sparaliżowana, cała spięta, trzymając powietrze w płucach. Moje policzki robią się coraz gorętsze, prawie nie mrugam, ramiona podchodzą lekko do góry i staram się nie spuszczać wzroku, ale przegrywam tę walkę. Odwracam spojrzenie po dłuższej chwili niezręczności.
– Rosie…?
– Cześć, Jay – wita się gdzieś z boku Ines. – Rosie chciała powiedzieć, że też miło cię widzieć.
Jay pociera kark.
Przełykam ślinę piętnaście razy, zmuszając się do wypowiedzi.
Nienawidzę tego.
Nienawidzę tak się zawstydzać, ale nie jestem w stanie tego zwalczyć już od lat. Odkąd uświadomiłam sobie, że mężczyźni interesują się kobietami, wchodzą w związki, flirtują. Odkąd zauważyłam, że mnie też zaczynają podobać się chłopcy. Odkąd zrozumiałam, że moja mama i tata to miłość perfekcyjna i absolutna i nie wiem, kim trzeba być i co zrobić, by taką znaleźć.
Na pewno nie można być mną, bo jedyne, co robię przy każdej rozmowie z jakimkolwiek chłopakiem, to spalanie się ze wstydu. Nie jestem w stanie utrzymać kontaktu wzrokowego, bo oni tak intensywnie na mnie patrzą. Ines twierdzi, że to przez moje oczy, bo są tak mocno zielone, a faceci to lubią. Ale ja tylko spuszczam wzrok i chowam twarz we włosach, bo siła rumieńców na moich policzkach jest żenująca. Zasycha mi w gardle, podkulam ramiona i po prostu zwyczajnie się wstydzę.
Jay jest sympatyczny, otwarty, całkiem przystojny i gra w szkolnej drużynie hokejowej. Widział mnie ostatnio na meczu i chyba mi nawet pomachał, ale co wtedy zrobiłam? Uciekłam do łazienki i nawet Ines mnie nie zatrzymała. Myślałam, że w lustrze dam sobie reprymendę, a potem z podniesioną głową i pewnością siebie wrócę na halę.
Wróciłam z plamą wody na kurtce, bo kran w umywalce był zepsuty i spryskał połowę moich ubrań.
Suszarka do rąk też była zepsuta.
– Podobał ci się ostatni nasz mecz? – zagaduje Jay. – Wygraliśmy.
– Jasne. Hm. Było… fajnie.
Odchrząkuję, żeby mój głos brzmiał mniej piskliwie. Uśmiecham się, a potem mam wątpliwości, czy to w ogóle na miejscu. Czy zastanawia się, dlaczego zachowuję się tak cholernie niezręcznie.
– Planujesz jeszcze wpaść na jakieś rozgrywki?
– Uch… nie jestem pewna… może? – Mój głos załamuje się na koniec.
Policzki obejmuje coraz silniejsze ciepło.
– Byłoby fajnie. Przyszłaś z kimś?
– Ze mną. – Ines unosi dłoń. – Tylko ze mną. Dwie przyjaciółki szykujące się na dobrą zabawę. Masz ochotę do nas dołączyć?
Jay się śmieje.
Ines jest bardzo wesoła.
Ja po prostu do nich nie pasuję.
Moje wycofanie powoli odstrasza Jaya, bo on zwyczajnie nie ma cierpliwości do takiego człowieka jak ja. Ines jakby chowa się za moim ramieniem, chcąc skierować uwagę Jaya na mnie, ale to nie działa, bo on i tak wzrokiem zaczyna wędrować za moją przyjaciółką, jej krótką kobiecą sukienką i burzą brązowych włosów. U mnie też to spotkanie nie działa, bo mam ochotę tylko od niego uciekać. Jak najdalej. Żeby już nie skrzeczeć jak mała żaba.
– Hej, Ines, a słyszałaś, że w przyszłym tygodniu otwierają kino samochodowe w naszej części miasta? – pyta Jay, a jego oczy błyszczą, gdy lokuje wzrok w szarych tęczówkach dziewczyny. Szybko poszło.
Coraz więcej jego uwagi skupia się na niej. Ines nie chce dla mnie źle i wciąż próbuje się przed nim schować.
– Hm, chyba mam już inne plany. Może idę z kimś do kina. Albo na inną randkę. Sama nie wiem – oponuje, choć nic z tego nie jest prawdą. – Ale Rosie pewnie jest wolna w ten wieczór, prawda?
Nie jestem wolna. Będę przeżywać jakiś romans na ekranie albo w książce, dziękuję.
– Och, chyba niezupełnie…
– To może za dwa tygodnie? – Jay znów skupia się na Ines.
Ona obdarza go wymuszonym uśmiechem.
Świetnie, teraz jestem nie tylko zawstydzona przed kolejnym facetem, ale też zażenowana rozwojem sytuacji. To normalne. Gdy faceci zauważają, jak mocno się zawstydzam, uznają mnie za dziwną i wcale nie szokuje mnie ich przekierowanie uwagi na Ines. Jest zbyt piękna i zbyt przystępna. Jak magnes na facetów. I w ogóle na każdego.
– Z całym szacunkiem, Jay – mówi swobodnie moja przyjaciółka. – Ale jeśli właśnie do mnie uderzasz, to chyba powinieneś zastanowić się, co z ciebie za facet. – Ines nawet nie drga powieka, a uśmiech Jaya nagle przygasa. – Naprawdę nieładne zachowanie, ignorowanie jednej kobiety tylko dlatego, że pojawiła się inna. Jeśli jesteś kimś zainteresowany, skupiasz na nim uwagę. Podszedłeś tu po to, by porozmawiać z Rosie, a nie ze mną. To, że stoję obok i na ciebie patrzę, nic nie oznacza. Nie wybierasz tego, kto jest wygodniejszy. I uwierz mi, chłopaczku, ja nie jestem wygodniejsza.
Jego szczęka nieco opada.
– U…uch… ja… to znaczy… ja tylko…
– Ja tylko, ja tylko, ja tylko – powtarza Ines, przewracając oczami. – Przyszedłeś zagadać do Rosie, a przerzuciłeś na mnie uwagę tylko dlatego, że ona nie chciała z tobą rozmawiać. Gdzie twoje jaja?
Jego policzki też pokrywa różowa poświata.
– Ja nie… ja…
– Wykrztuś to z siebie – parska Ines. – Jestem niedojrzałym chłystkiem.
– Ja… ja jestem… jesteśmy w tym samym wieku i…
– Fizycznie. Mentalnie jesteś jakieś pięć lat za nami. Mężczyźni dorastają później. To potwierdzone naukowo i fascynujące. Jak dostanę się na psychologię, to właśnie o tym będę pisać swoją najlepszą pracę, która udowodni wszystkim, że jestem bystra, a nie tylko ładna.
Jay wypuszcza powietrze z płuc i spogląda na mnie bez emocji w oczach. Jakby Ines całkowicie zabiła w nim ciekawość.
– Przepraszam – mówi od razu.
Uśmiecham się krzywo.
– Hmmm… nie ma sprawy?
Wzrusza tylko ramionami, jakby nie miał pojęcia, co powinien jeszcze zrobić.
– Możesz przestać to robić? – rzucam do przyjaciółki.
Ciągnie mnie w stronę budki z pocałunkami.
– Ale co?
– Sprawiać, że mózgi ludzkie zamieniają się w papkę.
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Zwróciłaś mu uwagę w taki sposób, że biedny pogubił się w naszej rzeczywistości.
Teraz Jay stoi z kolegami gdzieś na uboczu i nas obgaduje, czuję na sobie jego wzrok. Jakiś jego nieprzyjemny kumpel z rozjaśnionymi prawie do białości włosami pokazuje palcem na moją długą sukienkę, może też na moje buty? Gestykuluje dziwnie, dotyka swoich bioder i ramion, sugerując okrycie i… kpiąc ze mnie. Nie jestem głupia i wiem, że to robi, bo lubię nosić golfy. I bluzki z długimi przylegającymi rękawami albo takimi z falbanką na końcu. Często wkładam luźne lniane spodnie albo piękne długie sukienki. Mam dopiero osiemnaście lat i nieraz już słyszałam komentarze na temat tego, że wyglądam na piętnaście lat starszą tylko dlatego, że ubrałam się na imprezę inaczej.
A do tego moją przyjaciółką jest Ines, która czasami wygląda, jakby chciała pokazać światu środkowy palec wyłącznie poprzez swój ubiór.
– Powinnaś przestać. Powinnaś pomagać ludziom odnajdywać siebie, jeśli chcesz zostać psychologiem, a nie gubić ich zdrowy rozsądek i kontakt z rzeczywistością.
Ines się śmieje. Przygląda się stoisku z pocałunkami.
– Uwierz mi, jeszcze kiedyś podziękuje, że zwróciłam mu na to uwagę. Wiesz, że tego nie lubię. Zainteresował się tobą. Nie powinien uderzać do mnie.
– Ale ja go znudziłam, zanim w ogóle się odezwałam. To normalne i właściwie mi nie przeszkadza, bo jak tak się głębiej nad tym zastanowię, to przynajmniej pozbywam się mało wartościowych ludzi już na starcie.
– Mimo twoich przekonań powinien wiedzieć, że to bardzo nieładnie tak zmieniać kierunek uwagi i ignorować inne osoby. Słuchaj, Rosie, to nie są żadne psychologiczne gierki, tylko zwykła przyzwoitość ludzka. Może trochę za dużo przeklinam i bywam złośliwa, ale nie boję się zwrócić innym na to uwagi. Ty też powinnaś to robić.
Chciałabym.
Gdybym tylko potrafiła.
– Powinnam się chyba tego nauczyć, zanim pójdziemy na studia – wzdycham. – Ale jakoś nie mogę. Nic się nie zmienia. On przede mną staje, a mi odbiera mowę. Nie mogę się przełamać, żeby spojrzeć mu dłużej w oczy. To dość zabawne, bo mój tata to jedna z najbardziej bezpośrednich osób, jakie znam. Pamiętasz ten moment w swoim życiu, w którym rodzice rozmawiali z tobą o seksie?
Ines chichocze.
Podczas rozmowy z nią taki temat wcale mnie nie krępuje. Gdybym jednak miała wypowiedzieć słowo seks w towarzystwie jakiegoś chłopaka, który chociaż odrobinę mi się podoba?
O rany, już widzę tę falę szkarłatu na swojej twarzy.
– Pamiętam. Ale jak mama zaczęła mi wyjaśniać pewne kwestie, to zapytałam ją, jakie są jej ulubione strony z filmami dla dorosłych, i wpatrywała się we mnie bez słowa chyba przez pięć minut.
– Jestem w stanie sobie to wyobrazić – mamroczę.
– Miałam czternaście lat! – śmieje się Ines. – A koledzy ze szkoły pokazali mi już trochę za dużo.
– Okej… w każdym razie sama wspomniałaś, że to twoja mama podjęła z tobą taką rozmowę.
– Tak. Wtedy i… i kilka lat wcześniej też. Moja mama jest bardzo otwarta. Mogę jej ufać. Mój ojciec prędzej by się zakrztusił śliną, niż w ogóle przyjął do wiadomości, że mogłabym kiedykolwiek z kimkolwiek sypiać.
Przewracam oczami, uśmiechając się.
– Dążę do tego, że zwykle chyba mama porusza taki temat z córką. U mnie w rodzinie było inaczej. To mój ojciec jest tym bardziej otwartym człowiekiem i załatwia za moją mamę wiele rzeczy, bo ona łatwo się denerwuje i jest bardzo emocjonalna. I wyobraź sobie, jak śmiesznie było, gdy mój ojciec posadził mnie i Nadię przy jednym stole i zaczął nam tłumaczyć, jak działa chemia pomiędzy kobietą a mężczyzną.
– Ha! – Ines przykłada sobie dłoń do ust. – Chciałabym siedzieć cicho, ale nie potrafię. Wujek Beck opowiadający o seksie? Wchodzę w to.
Odpycham ją od siebie.
– Fuj! Nawet tak nie mów.
– Żartuję, żartuję – śmieje się.
Prawie, prawie mam jej dość.
– Mój ojciec był dla mnie przykładem przez całe życie i nie rozumiem, dlaczego mam taki wielki problem, by spojrzeć w oczy obcego faceta, kiedy mój własny tata zawstydził mnie już sto pięćdziesiąt tysięcy razy i jeszcze więcej – marudzę.
– Pocałuj niespodziankę! – woła dziewczyna ze stoiska pocałunkowego. – To ci na pewno poprawi humor, Rosie!
Nawet ona ma więcej odwagi niż ja, chociaż żadna z niej popularna dziewczyna.
– Uch, nie, dzięki – mamroczę.
– Dawajcie mi ten los – rzuca ochoczo Ines.
Pracownica podsuwa jej pod nos wielką przezroczystą kulę. Szczupła dłoń Ines nurkuje w naczyniu, grzebie, grzebie, miesza i miesza, aż w końcu wyciąga swój szczęśliwy los.
Stoję tuż przy niej, gdy obie dostrzegamy cyferkę sześć.
Operatorka stoiska odbiera los i zaprasza kawalera z tym numerem. Z zaplecza wychodzi wysoki, szczupły brunet z przepięknymi zielonymi oczami, ubrany w jakieś drogie markowe ciuchy. W pierwszym odruchu zauważa mnie.
Lekko się krzywiąc, przesuwa wzrokiem po moich ubraniach. Cofa nieco głowę.
A potem dostrzega Ines.
– Dzień dobry, nieznajomy! – mruczy ona, dygając brodą.
– Cześć, piękna. – Rozwesela się.
Ines podchodzi na miejsce pocałunku, łapie chłopaka za poły sportowej kurtki, po czym przyciska do niego swoje usta. O mój Boże,oni całują się z językiem. Gdy Ines się od niego odsuwa, w końcu manewruje tabliczką na jego piersi i mówi:
– Miło mi cię poznać, Ethan.
Chłopak jest już w niej zakochany. To pewne.
Jestem też prawie pewna, że dobrze zna jej imię, bo kto w szkole nie zna Ines Delgado?
Ines już zapomina o chłopaku, a on niechętnie wraca na zaplecze.
– Rosie, to jak, chcesz spróbować? Mogę wymknąć się za kurtynę i sprawdzić, czy wszyscy kawalerowie są warci tych pocałunków.
Chichoczę nerwowo.
– Nie, serio, nie ma sprawy. To chyba nie dla mnie.
Ale może kiedyś powinnam iść po prostu na żywioł.
Bo okazuje się, że zaraz będę kończyć szkołę średnią, a nawet nie wiem, jak może wyglądać mój pierwszy pocałunek.
Było zabawnie. Spotkałyśmy kilka naszych koleżanek, na przykład Saige, która ma jeszcze przed sobą rok tego piekła zwanego szkołą. Saige Montgomery to… huragan. Najmniejsza i jednocześnie najbardziej zdeterminowana dziewczyna, jaką znam. Nasi rodzice są jak rodzina, więc też znamy się z nią od małego i chociaż nie uczy się w tej samej szkole, co ja i Ines, nigdy byśmy się od niej nie opędziły. Saige to dusza towarzystwa, zupełnie jak jej mama, ale ciemne włosy i oczy ma po ojcu.
Mam ciarki, gdy o nim pomyślę. Bywa przerażający. Jego wzrok mrozi. Zresztą tak samo jak wzrok jego dwóch synów. Nie miałam z nimi zbyt wiele do czynienia – obaj są specyficzni i zdecydowanie nie tak fajni jak Saige. Cole’a jeszcze przeżyję, bo przynajmniej z tą całą swoją gburowatą otoczką potrafi się odezwać, ale Vaughn?
To dopiero zagadka.
Nigdy nie zrozumiem, jak taka dziewczyna jak Saige może mieć brata, który nie odzywa się w ogóle.Saige mówi, że Vaughn ma sprawne struny głosowe i rozmawia czasami w domu z rodziną. I to by było na tyle. Jego milczenie jest dla mnie tajemnicą – odrobinę ekscytującą, ale bardziej też przerażającą.
Bo wyobraźmy sobie, że stoję tuż przed nim, onieśmielona przez samą jego obecność i ciemny wzrok, a do tego jeszcze bardziej onieśmielona przez tatuaże, które ma na ciele. Vaughn jest ode mnie starszy o cztery lata i niestety na pewno będę musiała minąć się z nim kilka razy na korytarzu uczelni, bo studiuje na Uniwersytecie Minnesoty i do tego gra w uniwersyteckiej drużynie hokejowej. Wygląda na to, że idzie w ślady ojca.
Cole już poszedł. Gra w NHL. I jest jeszcze starszy. Nim się nie martwię, bo pewnie jeszcze długo go nie zobaczę – niemal cały rok jest w trasie, poza Minneapolis.
Ale sama myśl o tym, że mam stanąć przed Vaughnem, który sto razy już specjalnie się we mnie wpatrywał, pewnie po to, by zobaczyć moje czerwone policzki, przyprawia mnie o ciarki na całym ciele.
Zostało mi jeszcze kilka miesięcy, żeby przygotować się na nadchodzącą zmianę szkoły. Na uczelnię pełną bezwzględnych studentów, którzy wcale nie potraktują mnie lepiej niż dzieciaki w szkole. W zeszłym roku wyobrażałam sobie, że w Nowy Rok zjem winogrona pod stołem i te walentynki spędzę już z chłopakiem, a znów wracam do domu z imprezy walentynkowej z kacem moralnym.
Fatalnie się bawiłam, gdy musiałam robić z siebie głupka przed kolejnymi chłopakami. Czasami nawet dostrzegam, że ktoś jest mną zaciekawiony, ale ta ciekawość szybko zostaje zgaszona, bo trudno pogłębić znajomość z kimś, kto płonie od samego intensywnego spojrzenia. A chłopcy często patrzą intensywnie.
I… cholera… chciałabym po prostu kiedyś… być pewna siebie.
– Jak było? – pyta mama, krzątając się w kuchni. W tle w telewizji leci jakiś średnio ambitny program o ekspartnerach, którzy spotykają się na plaży. To w jej stylu.
– Zjadłam watę cukrową. Tańczyłam Macarenę z Ines i Saige. Spróbowałam lodów o smaku miłości…
Mama robi wielkie oczy.
– Żartujesz, że zrobili coś takiego.
– Bo to śmieszne?
– Słodkie! – przyznaje podekscytowana.
– Smakowały po prostu jak truskawki i maliny. Nie jestem pewna, czy tak właśnie smakuje miłość – mamroczę zawiedziona.
Mama od razu wyczuwa moje rozczarowanie.
– Skarbie, dla każdego miłość smakuje inaczej. Dla mnie chyba smakuje jak sos i ser do pizzy, bo nie lubię rantów, i twój tata od zawsze odgryza je dla mnie, żebym mogła zjeść resztę.
– Jakbym tego nie wiedziała.
– Dążę do tego, że jeszcze się dowiesz, jak według ciebie smakuje miłość, ale na wszystko przyjdzie czas. Bez sensu cokolwiek pospieszać. Uwierz mi, nie warto dawać szansy tym, którzy nie są na tyle wytrwali, by w ogóle na tę szansę zasłużyć.
Moja mama to mądra kobieta.
Bardzo emocjonalna i wrażliwa. Bywa, że ciężko z nią wytrzymać i nie mam pojęcia, jak mój ojciec robi to na co dzień. I jak – mimo tych wszystkich spędzonych z nią lat – wciąż jest pewien, że zestarzeje się właśnie u jej boku.
– Czyli dla taty miłość smakuje jak ranty z pizzy? – dumam.
– Może tak być – przyznaje mama. – Cieszę się, że dobrze się bawiłyście na tym festynie. Powinnaś zaprosić Ines i Saige na jakąś kolację.
– Wiesz, jak to się skończy. Ines będzie chciała koniecznie ściągnąć też Ashtona, żeby oderwać go od nauki, a potem jeszcze okaże się, że April też nas odwiedzi i nagle z trzech dziewczyn zrobi się dziesięć osób, bo wpadną inne koleżanki Ines i…
– Dobrze, dobrze. – Mama unosi dłonie. – Zaraz przestanę nadążać za imionami. Jest was zdecydowanie za dużo. Jakby ktoś obudził mnie w nocy i kazał mi wymienić imiona wszystkich dzieci moich przyjaciół, to chyba poszłabym po prostu z powrotem spać.
Parskam cichym śmiechem.
– Nie moja wina, że rozmnażaliście się jak króliki – odpowiadam kąśliwie.
– Rosie.
– No co? Trochę tak jest. Ciocia Ollie zawsze opowiada, że przez kilka lat któraś z was zawsze była w ciąży. Ona albo ty, albo ciocia Jamie, a potem też ciocia Grace i ciocia Sienna.
– Mhm. Ollie ma trochę racji – mamrocze mama. – Brzuchów było wiele. Nic nie poradzę na to, że hokeiści są tacy…
– O mój Boże! Przestań.
– Płodni – dokańcza mama. – Myślałaś, że co chcę powiedzieć?
– W ogóle nie chcę nawet o tym myśleć!
– Dobrze. W takim razie utrzymujmy, że wyszłaś z kapusty.
Gdzieś w głębi domu słyszę śmiech ojca. Dźwięczny, pełen szczęścia i radości jak zwykle. Tego człowieka rzadko widuje się w złym nastroju i dlatego być może ja i moja siostra wyrosłyśmy na dojrzałe, bystre kobiety, na pewno mniej płaczliwe niż nasza mama.
– Kapusty to raczej nie przypominało! – krzyczy bez zająknięcia.
Otwieram szeroko usta i rzucam mamie wymowne spojrzenie.
Odwołuję wszystko. Ojciec jednak jest nieokrzesany.
– Idę do pokoju, bo widzę, że macie dzisiaj zbyt dobre humory – mówię w końcu. Jeszcze raz spoglądam na mamę i na to, jak świecą jej się oczy. A dzisiaj walentynki. I nie było mnie w domu przez większość dnia. – O mój Boże, zdecydowanie stąd spadam.
Mama oblizuje swoje nieco zaczerwienione usta. Nie mogę nawet na to patrzeć.
Nie mogę, bo… bo zawsze w takich momentach obawiam się, czy będę w stanie kiedyś znaleźć coś tak pięknego jak relacja moich rodziców.
Biegnę po schodach do pokoju i zamykam się w nim na klucz. Przez chwilę krążę po sypialni, obserwując te wszystkie dekoracje z serduszek, pachnące świeczki z wosku sojowego i ozdobne kamienie na moim biurku. Ines spotkała na przyjęciu walentynkowym jakiegoś chłopaka, z którym umówiła się na randkę, a ja będę spędzać resztę wieczoru na robieniu kolejnej bransoletki z kamieni, które mają mnie chronić i pomagają manifestować różne rzeczy?
Winię moją mamę. Jest zodiakarą i zaraziła mnie tymi wszystkimi szaleństwami. To przez nią robię bransoletki, z których każda ma inne przeznaczenie. Ta, którą mam na nadgarstku, stworzona jest z różowego kwarcu i karneolu. Ten pierwszy ma przyciągnąć miłość, a drugi dodać odwagi.
Chyba dzisiaj wyjątkowo nie zadziałały.
Otwieram laptopa i próbuję zająć się nauką, ale to też mi dzisiaj nie wychodzi. Jestem zbyt rozproszona. Nie zgodziłam się skorzystać ze stoiska z pocałunkami. Wtedy byłam pewna, że nie chcę, a teraz żałuję, że tego nie zrobiłam.
Okropne uczucie.
Zerkam na komórkę, która leży tuż przy mnie.
Pięć dni przed walentynkami, w przypływie odwagi i… cóż, być może szaleństwa, zainstalowałam na telefonie jakąś popularną aplikację randkową. MatchMode. Podobno jest teraz na topie. Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi szuka tam jednego. W aplikacji można pozostać całkowicie anonimowym, tylko trzeba przejść weryfikację, że jest się rzeczywiście istniejącą osobą.
Zarejestrowałam się, ale gdy zobaczyłam pierwsze zdjęcie na ekranie, sparaliżowało mnie i nigdy więcej nie otworzyłam aplikacji.
Ale mamy walentynki i chciałabym się z kimś całować, zamiast leżeć w łóżku i zastanawiać się, czy wcześniej przeżyję bal maturalny niż pierwszy pocałunek.
Ponownie otwieram apkę.
Serce bije mi jak oszalałe… a przecież to tylko głupia aplikacja. Moje zdjęcie profilowe to jedno z selfie zrobionych w lustrze na wakacjach, żeby nikt przypadkiem nie rozpoznał tego miejsca. Do tego stoję bokiem i zakrywam włosami całą twarz. Widać moją figurę, więc nikt nie pomyśli, że jestem chudsza. Widać kolor moich włosów, dodatkowo rozjaśnionych przez słońce. To fotografia sprzed kilku miesięcy, więc niewiele się zmieniłam. Mam na niej luźne beżowe spodnie i bluzkę z lnu. Skromnie. Nie byłabym w stanie zrobić sobie zdjęcia w kostiumie kąpielowym.
W aplikacji wyświetlają się profile osób, które przebywają w promieniu określonej odległości. Metodą prób i błędów uczę się, że należy polubić dany profil, on musi polubić również mnie, ale możliwość rozpoczęcia rozmowy pojawia się dopiero wtedy, gdy zaznaczę przy danej parze jedną z opcji:
a) szukam czegoś poważnego
b) interesuje mnie tylko rozmowa
c) chcę się zabawić
Chociaż nic tutaj nie jest napisane wprost, wszystko rozumiem. I, rzecz jasna, klikam tylko pierwszą i drugą opcję przy każdej parze – a mam ich trochę, bo mój profil przez te pięć dni zapewne wyświetlił się kilka razy. Tylko najwidoczniej wszyscy ci faceci musieli zaznaczać ostatnią opcję, ponieważ żaden czat nie staje się aktywny. Powinien aktywować się dopiero w momencie, gdy obie strony chcą tego samego.
Wzdycham z utrapieniem.
Niemożliwe, że nawet to nigdzie mnie nie prowadzi. Może to pseudonim, który wybrałam? Czy stoneroses kojarzy się z dziewczyną, która szuka jednorazowego numerka?
Nie jest taki zły, biorąc pod uwagę, że właśnie odwiedzam profil ExtraClassDick200.
Kilka kolejnych podejść i wszyscy, którzy byli mną zainteresowani, na pewno nie zaznaczyli, że szukają czegoś stałego albo po prostu chcą porozmawiać. Nie jestem w stanie nawet z nikim rozpocząć konwersacji, bo oni szukają tutaj jednego. Mogłam się tego spodziewać. Wcale mnie to nie dziwi.
Przesuwam tak i przesuwam, klikam zapamiętale wciąż te same opcje i nagle… nagle mój palec wymyka się spod kontroli. Telefon lekko wyślizguje się z ręki. I zamiast zaznaczyć pierwszą i drugą opcję, zaznaczam drugą i trzecią i odruchowo klikam kolejny przycisk…
…i czat się aktywuje.
Okej, okej, bez paniki.
Ten gość mógł zaznaczyć opcję B. Może tylko chce porozmawiać. To możliwe, prawda?
W pośpiechu sprawdzam nazwę użytkownika: inkedsilence.
Fajna. Luźna. Taka cool.
Jego zdjęcie profilowe nie przedstawia nic konkretnego, ale w pewnym sensie ta nuta tajemniczości jest ekscytująca. Chłopak jest sfotografowany od tyłu, ma na sobie cienką kurtkę i czapkę z daszkiem odwróconym do tyłu, więc zakrywa nawet jego kark. Jestem prawie pewna, że jego włosy pod czapką są bardzo ciemne. I nie wygląda na drobnego faceta.
inkedsilence:
cześć.
Rzucam telefonem w pościel, jakby się palił.
Nie mogę uwierzyć, że cała się rumienię, nawet gdy realnie tego chłopaka nie widzę. Ale rozmawiam z nim.
I odezwał się pierwszy.
I to jest moja szansa,by udowodnić sobie i wszystkim, że da się ze mną pogadać. Nie ma go tu. Nie widzi mnie.
Nie widzi cię, Rosie. Możesz z nim pogadać. Jesteś super. Cool.
Ale nie wiesz, czego szukał.
Jeśli zaznaczył tę trzecią opcję, że chce się zabawić? To żenujące. Zacznie mi wysyłać niestosowne teksty, a ja tak po prostu zakończę czat.
Cholera jasna.
Są walentynki! Należy mi się chociaż jakaś rozmowa.
Więc podnoszę telefon i z żołądkiem już na wysokości gardła odpisuję najzwyklejsze:
stoneroses:
hej!
Lumos
Rosie
inkedsilence:
Twój nick nawiązuje do zespołu? The Stone Roses?
stoneroses:
nie… właściwie do czegoś innego
lubię kamienie
to znaczy… lubię ozdobne kamienie i wierzę w to, że mają różne właściwości. chyba nie jest to do końca zachęcająca informacja, co? ale no… w każdym razie… przez nie właśnie wpadł mi do głowy ten pseudonim
inkedsilence:
ciekawe.
stoneroses:
dla innych pewnie nie, dla mnie tak
inkedsilence:
a róże? do czego nawiązują?
stoneroses:
tak po prostu wpadły mi do głowy.
a Ty? do czego nawiązuje twoja nazwa?
inkedsilence:
do ciszy.
stoneroses:
kto by się spodziewał
to znaczy… rany… dlaczego tu się nie da usunąć wysłanej wiadomości? przepraszam. nie chciałam być niemiła. serio, po prostu… miałam ciężki dzień.
inkedsilence:
walentynki.
stoneroses:
dokładnie… walentynki.
Wiedziałam, że rozpoczęcie studiów będzie małym koszmarem. Nie mam problemu z tym, by się uczyć, a nawet z tym, aby poznać nowe koleżanki. Chociaż właściwie tego również nie potrzebuję, bo mam Ines, która stara się wytrwać u mojego nudnego boku. Mam problem z tym, że tutaj jednak też wszyscy na mnie dziwnie patrzą. Jeśli trochę się różnisz, jeśli istnieje jedna cecha, która nie jest typowa dla innych osób i można się na niej skupić, to wielu ludzi właśnie na to zwróci uwagę.
To już drugi miesiąc tej maskarady. Zapomniałam, jak trudno jest dostosować się do nowego otoczenia. Do takiej liczby ludzi, do nieprzychylnych spojrzeń, gdy każdy uświadamia sobie, że masz w sobie tę jedną cechę, która w jakiś magiczny sposób im nie odpowiada, choć w żadnym wypadku nie wpływa na ich życie.
Siedzę na zajęciach ze statystyki i słyszę kilka głosów za sobą. Te dziewczyny też nie przebierają w słowach. Chyba nie zdają sobie sprawy, że ich chichot niesie się echem aż do mojego rzędu wielkiej auli.
– Myślisz, że ma kolekcję tych swoich golfów? – pyta jedna.
– Nie wiem, ale jej ojcem jest Carter Hollenbeck. Mój ojciec był jego fanem w młodości. Widziałyście go? Ma już ponad pięćdziesiąt lat, a wygląda jak totalne ciacho. I nadal udziela się społecznie. To niesamowite, że jego córka jest taką mimozą.
Przygryzam z całej siły wargę.
Mimozą?
Wybaczcie, że mam jeden z lepszych wyników wśród absolwentów mojej szkoły średniej. I wybaczcie, że potrafię liczyć sto razy lepiej niż wy wszystkie razem wzięte.
Takie komentarze podnoszą mi ciśnienie i sprawiają, że mam ochotę się odezwać, ale w głowie rodzi się też jedna prosta konkluzja: to nie jest warte mojej uwagi. Nie muszę odpowiadać na żałosne zaczepki, których jest mnóstwo, zważywszy na moje nazwisko.
– Pewnie chciał mieć syna. Może wtedy byłby hokeistą.
– A trafiły mu się dwie dziewczynki. Co za nieszczęście.
Przewracam oczami. Tata nigdy nie narzekał, że ma dwie córki. Całe życie miałam wrażenie, że to właśnie na nas czekał i nie zamieniłby nas na nic innego.
A poza tym… nie ma nic złego w noszeniu golfów.
Ines studiuje psychologię, więc nie mamy raczej wspólnych wykładów, oprócz jakiegoś jednego odbywającego się w czwartkowe popołudnia. Ale jest jeden plus. Nie przebywamy ze sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Bo i tak wracam codziennie do mieszkania, w którym ona jest. Albo zaraz przyjdzie. Teraz akurat niemal się mijamy, bo ja wpadam do lokalu po szóstej, a Ines poprawia włosy, przeglądając się w lustrze, czyli zapewne dokądś wychodzi. Pogoda zmierza ku coraz mroźniejszej, ale moja przyjaciółka zachowuje się trochę jak na wakacjach, na których odrobinę popadało. Ma na sobie obcisłą sukienkę do połowy uda, do tego z rozcięciem, zero rajstop, za to botki, które kończą się pod kolanami i mają wysokie obcasy. Płaszczyk dodaje jej trochę elegancji i jest nawet odrobinę dłuższy niż sama kiecka, czarny jak smoła, kontrastujący z materiałem w kolorze mleka pod spodem. Włosy z jednej strony podpięła wielką błyszczącą wsuwką, jej usta lśnią jeszcze mocniej, a kreski na powiekach nie są duże, ale pięknie podkreślają migdałowy kształt jej oczu.
Nawet mnie zatyka, gdy na nią patrzę.
– O… wow.
– Właśnie taką reakcję chciałam wywołać – chwali się. – Lecę na randkę. Chyba nic z tego nie będzie, bo z gościem ciężko się rozmawia, ale daję mu szansę. Poza tym podobno jest zaproszony na imprezę halloweenową w jednym z bractw, a my nie dostałyśmy swoich zaproszeń, bo jesteśmy z pierwszego roku.
– Nie dostałaś zaproszenia? Niesamowite – ironizuję.
– Pewnie to te zazdrośnice od Mirty.
– Od kogo?
– Mirta Bradford. Dziewczyna z trzeciego roku z dziennikarstwa. Współpracuje z uniwersytecką drużyną hokejową i ma problem z tym, że jej zawodnik jest moim bliskim przyjacielem.
Nie mam pojęcia, kim jest Mirta Bradford, ale to żadne zaskoczenie.
– Mówisz o Ashtonie.
– Taaa. Nie spodziewała się pewnie, że pojawimy się tak szybko w jej życiu – śmieje się Ines. – A wszyscy na arenie uniwersyteckiej mnie już znają, bo kazałam Ashtonowi się tam zabrać.
Prycham.
– Ashton musi być zachwycony.
– Wyciszył moje wiadomości.
Ashton jest cool.
Lubię Ashtona.
Ines czasami należy się wyciszenie.
Chociaż jak zwykle jej słowa mają sens – Ashton Wyatt to jej bardzo dobry przyjaciel, którego ja rzeczywiście trochę podziwiam już od małego, bo zawsze był geniuszem. Gra w hokeja, jak jego tata, ale jednocześnie ma jeden z najwybitniejszych umysłów, jakie byłam w stanie spotkać. Ma fenomenalne wyniki i kwalifikuje się do stypendium sportowego. Ashton jest teraz na trzecim roku studiów, a jego brat, Kaden, nigdy na studia nawet się nie wybrał. W wieku dziewiętnastu lat rozpoczął zawodową karierę hokejową i dlatego Ashton ma trochę przechlapane. Mnóstwo ludzi widzi w nim brata sławnego łamacza kobiecych serc, Kadena Wyatta.
W dodatku chłopaki razem mieszkają, gdy Kaden wraca do Minneapolis.
– I tak nie chcę się z nim teraz widzieć – odpowiada Ines. – Kaden ostatnio dużo siedzi w domu, więc jedyne miejsce, w którym mogę spotkać się z Ashtonem, to uczelnia. Albo arena. I to by było na tyle.
– Nigdy nie zrozumiem, jak możesz mieć takiego wieloletniego przyjaciela i tak bardzo gardzić jego bratem.
– Ja też tego nie zrozumiem i nie chcę zrozumieć. Na co dzień po prostu wymazuję z pamięci jakiekolwiek wspomnienie o Kadenie. On dla mnie nie istnieje, dziękuję.
– Ups. – Akurat zerkam na telefon.
Ines też.
– Serio? Twoja ostatnia wiadomość to linki do artykułów o Cole’u i Kadenie?
– Hej! Muszę się trochę nacieszyć prestiżem i tym, że ich znam, okej? – bronię się. – Może i jestem dla ludzi niewidzialna, ale mogę powiedzieć, że kiedyś nasikałam do nocnika Kadena Wyatta, jednego z najważniejszych graczy Minnesota Wildcats.
– Dobrze, że ja nie sikałam do jego nocnika.
– Za to ukradłaś mu kiedyś wszystkie ciuchy na basenie. Pamiętasz?
Ines mruży oczy.
– Miałam jakieś siedem lat, a on dwanaście. I był okropnie irytujący. Należało mu się.
– Jestem prawie pewna, że wtedy się przeziębił, bo wracał do domu w samych majtkach.
– Było ciepło. Poza tym to wysportowany chłopak, dał sobie radę. Zawsze daje. Cholera, dlaczego o nim rozmawiamy?
– Bo mówiłaś o Ashtonie.
– Nieważne. Idę się dobrze bawić i wyciągnąć od tego Bradleya… Ridleya… – nerwowo przegląda kontakty w telefonie – …Duke’a! Wyciągnąć od Duke’a zaproszenia na zamkniętą imprezę halloweenową. Dwa. Dla ciebie i dla mnie.
Puszcza do mnie oczko.
– Nie, ja nie chcę…
– Zawsze tak mówisz, a potem i tak ze mną idziesz. Bo mnie kochasz. I wiesz, że tylko wtedy poznasz się bliżej z życiem. – Kolejne oczko. Przygryzienie wargi. Nagle Ines jest tuż przy mnie, bierze moją twarz w dłonie i soczyście całuje mnie w policzek. – Jesteśmy w kontakcie, Rosie. Jakby cokolwiek mi groziło, wysyłam hasło alarmowe. Jakie jest?
Wzdycham.
– Lumos.
– Właśnie tak. Zapamiętaj je na zawsze. – Przez twarz przyjaciółki przemyka cień niepokoju. Taki ledwie zauważalny. – Każdy może takiego kiedyś potrzebować.
inkedsilence:
Lumos? serio? to Twoje hasło awaryjne?
stoneroses:
tak, chodzi o nawiązanie do Harry’ego Pottera. moja przyjaciółka jest wielką fanką i zna przeróżne zaklęcia, a to akurat zaklęcie rzucania światła, rozjaśniania jakiegoś miejsca. w naszym języku ma oznaczać, że zapala się jakaś lampka alarmowa i potrzebna jest pomoc
czytałeś Harry’ego Pottera?
inkedsilence:
tak. lubię czytać.
stoneroses:
ja też. uwielbiam spędzać czas w bibliotece i w ogóle… lubię słowa. lubię też rozmawiać.
inkedsilence:
dlatego rozmawiasz ze mną?
Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Minęło już ponad osiem miesięcy, odkąd w moim życiu pojawił się tajemniczy inkedsilence.To był impuls. Zaraz po aktywowaniu czatu myślałam, że porzucę to, odinstaluję aplikację i nigdy więcej do niej nie wrócę. W końcu nie miałam pojęcia, którą opcję wybrał ten chłopak – chęć rozmowy czy może niezobowiązującej zabawy?
Jeśli to drugie, nie mam pojęcia, co mógłby jeszcze ze mną robić na tym czacie.
Rozmawiamy od ośmiu miesięcy, i to prawie codziennie. Coś ciągnie mnie do tej głupiej aplikacji, choć właściwie nie szukam już nikogo innego, bo wszystkie aktywowane czaty okazały się niewypałami, a sposób, w jaki pisali faceci, skłaniał mnie ku prostym wnioskom: za duże prawdopodobieństwo, że rzeczywiście musiałabym użyć hasła bezpieczeństwa w wiadomości do Ines.
Inkedsilence jest inny.
Cichy, chociaż nie wiem, jak brzmi jego głos.
Dostojny w słowach.
Jakby wcale w nich nie przebierał.
Czasami posługuje się nawet słowami, których nie znam, ale zakładam, że to dzięki książkom.
Sporo czytam. Moja mama bardzo lubi ckliwe romanse, a mój tata za cel życiowy obrał udowadnianie jej, że może być lepszy niż słowa na papierze. Ponieważ już jestem dostatecznie duża, mama przekazała mi sporo książek i wymykałam się nocami do salonu, by czytać przy świeczce o zapachu cynamonu i ze szklanką ciepłego mleka z kurkumą.
Znacie te dziewczyny, które mówią, że są inne niż wszystkie?
To nie ja. Ja jestem totalnie przeciętna i wcale się tego nie wstydzę, bo myślę, że każdy ma prawo być taki, jaki chce być. Lubię przesadnie cukierkowe zakończenia w książkach, filmy romantyczne i bajki. Uwielbiam słuchać muzyki i jestem romantyczką, ale wspierają mnie w tym obecnie jedynie słowa na kartkach, teksty piosenek Taylor Swift i namiastka kogoś bliskiego w postaci jakiegoś anonima po drugiej stronie linii.
Inkedsilence znajduje dla mnie czas w każdym momencie dnia, jeśli tylko potrzebuję się wygadać. Trochę już o mnie wie, bo miesiące pisania to nie jest coś błahego. Może to mocne urojenia, bo przecież wiem, że on nie jest realny. Nawet nie mam pojęcia, czy wygląda choć trochę tak jak na swoim zdjęciu profilowym. W końcu jest anonimowy.
Jeśli założył konto, by sobie pofolgować wśród kobiet, to w takim razie w jakiś sposób musiałam go zaciekawić. Zawsze odpisuje i, co najważniejsze, sam zaczyna rozmowy o różnych porach dnia. Naszym rytuałem jest już życzenie sobie dobrej nocy albo witanie się o poranku. Niby luźno, przyjacielsko, ale jednak… moje serce romantyczki zaciska się za każdym razem, gdy widzę, że przyszła od niego wiadomość.
Nikt nie wie o jego istnieniu.
Nie mam pojęcia, jak twarda muszę być, skoro udało mi się ten fakt zataić przed Ines.
inkedsilence:
często rozmawiasz z ludźmi online?
stoneroses:
nie. właściwie… jesteś pierwszy.
I mam nadzieję, że ostatni.
inkedsilence:
ale masz konto w aplikacji randkowej.
stoneroses:
ty też. przyznaj się, z iloma dziewczynami jeszcze rozmawiasz?
inkedsilence:
teraz? poza Tobą? z żadną.
Robi mi się ciepło. W końcu jednak mogę się z tego powodu uśmiechnąć, bo nikt na mnie w tym momencie nie patrzy.
stoneroses:
stworzyłam konto w aplikacji kilka tygodni przed tegorocznymi walentynkami. lubię walentynki, wiesz? każdy mówi, że to żałosne święto, ale ja tak nie uważam. myślałam, że może uda mi się kogoś przed tym poznać i… spędzić ten dzień inaczej niż zwykle
inkedsilence:
z kimś.
stoneroses:
tak, z kimś. ale potem trochę się przestraszyłam i nie wiedziałam jeszcze, jak to działa. w dniu walentynek byłam na przyjęciu, potem wróciłam do domu i znów to do mnie wróciło. to uporczywe pragnienie, by spróbować czegoś nowego. i zaczęłam klikać. I pojawiłeś się Ty.
inkedsilence:
rozmawiasz ze mną już od ponad ośmiu miesięcy. nie nudzi Ci się to? nie chcesz iść naprzód?
stoneroses:
a da się iść naprzód razem z Tobą?
Chłopak milknie na dłuższą chwilę.
Przez te miesiące nauczyłam się o nim już trochę. Wyznał, że nie przepada za długimi rozmowami, chyba że mogą odbywać się pisemnie, czyli tak, jak my to robimy. Ponoć jest raczej cichy. Lubi oglądać hokeja – o zgrozo, od razu pomyślałam, że dogada się z moim tatą – i potrafi ładnie rysować. Studiuje.
inkedsilence:
nie jestem pewien.
stoneroses:
nie chciałam wprawiać Cię w zakłopotanie. po prostu… często chciałabym Ci zadać jeszcze więcej pytań.
inkedsilence:
możesz spróbować. może na niektóre odpowiem.
stoneroses:
gdzie studiujesz?
inkedsilence:
tego nie powiem. gdzie by się podziała moja enigmatyczność?
korzystałem z tego portalu po to, by pozostać anonimowym.
To daje mi maleńką nadzieję, że nie kliknął opcji trzeciej, tylko drugą, czyli pogawędkę. Ale niczego nie mogę być pewna. Codziennie rano powtarzam sobie przed lustrem prywatną mantrę: nie znasz tego człowieka, Rosie.
Może być seryjnym mordercą.
Albo tak naprawdę mieć więcej lat niż mój ojciec.
Fuj.
stoneroses:
czy Twoje zdjęcie profilowe przedstawia Ciebie?
inkedsilence:
tak. ale nic na nim nie widać i jest to celowe.
a Twoje zdjęcie?
stoneroses:
to ja na wakacjach w Meksyku
inkedsilence:
wyglądasz ślicznie
Te słowa wystarczą, by coś w moim sercu się roztopiło. Rodzice często powtarzali mi, że jestem piękna, ale przyznajmy to głośno – nigdy nie będę taka jak inne dziewczyny w moim wieku. Zawsze będę musiała chować się trochę bardziej. Szkoła dała mi już w tej kwestii nauczkę, więc nigdy nie popełnię kolejnego z takich błędów.
Ale usłyszenie od kogoś, że jestem piękna… to naprawdę inny poziom ekscytacji. Czuję rumieniec aż na dekolcie, uśmiecham się do siebie jak głupia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś poświęcił mi na żywo tyle uwagi, jeśli wykluczyć z tego grona wiecznie zaangażowaną Ines oraz moich rodziców.
Tak więc chyba głoduję i zbieram wszystkie okruchy, mając na względzie to, że inkedsilence wcale nie jest mi bliski.
A jednak… odpowiada.
Pisze.
Komplementuje.
Jest po prostu miły.
Nie zamierzam na razie z niego rezygnować, bo nawet jeśli mamy się nigdy nie spotkać, to przynajmniej przywróci mi wiarę w to, że kiedyś będę w stanie porozmawiać z jakimś chłopcem, nie potykając się przy tym o własne nogi.
Alternatywne rzeczywistości
Vaughn
stoneroses:
uwierzysz, że znów dostałam maksymalną liczbę punktów na powtórce z zajęć? i to jedyny tak dobry wynik na całym roku!
inkedsilence:
to zdradź mi w końcu, co studiujesz.
stoneroses:
nie mogę i to Ty ustaliłeś taką zasadę. jeśli Ty mi nie powiesz, ja też będę milczeć. albo jesteśmy anonimowi razem, albo w ogóle
inkedsilence:
to powiedz mi chociaż, jaki jest Twój ulubiony kolor.
stoneroses:
koralowy
inkedsilence:
wiedziałem, że to będzie wyjątkowa odpowiedź.
stoneroses:
rozmawiasz z najprostszą dziewczyną, jaką mogłeś tutaj spotkać, wiesz?
inkedsilence:
tak prostą, że aż wyjątkową.
Nienawidzę tego momentu, gdy rzeczywiście wypada się w końcu odezwać.
– Pana godność! – warczy ponownie koleś, który nie chce wpuścić mnie na uniwersytecką halę, mimo że zaraz mam mecz i jestem w tej drużynie od trzech lat.
Wyciągam telefon, wpisuję w otwartym czacie: Vaughn Montgomery, odwracam komórkę i pokazuję ekran temu wścibskiemu kolesiowi. On cofa się w momencie, gdy dociera do niego, jak mam na nazwisko. Logiczne.
– O ja cię kręcę – jęczy. – Ten Montgomery? Brat Cole’a Montgomery’ego?
Kiwam głową w kierunku przejścia na arenę, pytając w ten sposób, czy może mnie tam w końcu wpuścić.
– Twój stary to Seth Montgomery, prawda? – jara się chłopak. – O Boże, nie wierzę, że stoję tu przed tobą! Wow!
Znów kiwam głową w kierunku lodowiska.
Chłopaczek natychmiast się odsuwa. Miał pewnie pilnować wejścia, ale chyba nie spodziewał się, że mogę się tu pojawić akurat ja, okryty luźną bluzą i przede wszystkim kapturem, który skutecznie osłania moje ciemne włosy i być może daje mi odrobinę anonimowości.
– Myślałem, że jesteś kimś nieproszonym, więc przepraszam, nie chciałem cię powstrzymywać! Nie mogę się doczekać, aż będziesz grał w lidze tak jak twój brat! Wyobrażasz to sobie?! Bracia Montgomery w jednej drużynie! I będę mógł powiedzieć, że studiowałem na tej samej uczelni, co ty! I nawet chyba na tym samym roku!
Nie chcę z nim dyskutować. Nie jestem pewien, czy zależy mi na dostaniu się do NHL. Znam swoje możliwości i, cóż, uwielbiam hokej. To ogromna część mojego życia. Moi rodzice kochają jeździć na łyżwach, ojciec był profesjonalnym hokeistą, a mama przez jakiś czas w młodości trenowała łyżwiarstwo figurowe i moje pierwsze łyżwy zostały zakupione, gdy miałem zaledwie cztery lata. Nauczyłem się jeździć na łyżwach szybciej, niż potrafiłem sam dobrze podetrzeć sobie tyłek po skorzystaniu z toalety. I przez to, że lód jest jak moja druga ziemia – tak samo zresztą jak dla mojego brata – mam duży zasób umiejętności i gram świetnie. W drużynie uniwersyteckiej jestem lewym skrzydłowym w głównym składzie. Każdy zawodnik jest utalentowany, jednak to ja i Ashton wybijamy się najmocniej i poniekąd walczymy o koronę. I jeszcze nasz kapitan, Maverick, nie bez powodu jest głową zespołu. Ashton nie mógłby nią być, bo jego myśli czasami krążą gdzieś poza lodowiskiem – jego mózgu nie da się podrobić i nie da się też oderwać go od geniuszu komputerowego. To niesamowicie inteligentny chłopak ze stypendium sportowym, a nasi kumple czasami śmieją się, że jest kujonem.
Może trochę jest. Wcale nie przeszkadza mu łatka nerda, bo rzeczywiście z komputerem radzi sobie świetnie i poza sportem spełnia się również naukowo. Jest raczej na drugim planie, jeśli chodzi o zainteresowanie ludzi wokół, bo całą uwagę skupia na sobie jego brat, Kaden, który na studia nawet nie poszedł, ale gra w NHL. Żadnemu z braci to jednak nie przeszkadza. Kaden został stworzony do tego, by uśmiechać się do aparatu i przewodzić, a Ashton woli spełniać się w innych dziedzinach i w pewien sposób jako rodzeństwo tworzą spójną całość. Kaden ma charyzmę, Ashton rozwagę, przez co tylko ten pierwszy szybko zdobył łatkę jednego z młodszych kapitanów ligowej drużyny Minnesoty. Ashton w życiu by nie chciał wchodzić w taką rolę.
Ja też nigdy nie mógłbym zostać kapitanem z prostej przyczyny… nie lubię się odzywać.
A tutaj potrzeba charyzmy, by utrzymać w ryzach grupę tylu zawziętych facetów.
O ile ojciec uczył mnie podstaw hokeja i zadbał, bym wiedział, jak wykorzystać swój potencjał, o tyle teraz pałeczkę przejął trener naszej uniwersyteckiej drużyny Minnesota Frosthawks – Clyde Anderson.
Trener Anderson jest… cóż, wymagający.
Ja nie narzekam. Może się nie odzywam, potrafię jednak ciężko pracować na sukces.
Zmierzam do szatni, gdzie muszę przywdziać ekwipunek. Większość zawodników jest już na miejscu, witają się ze mną, klepią po ramieniu. Ashton na szczęście też tu jest. Ściągam bluzę, a moja koszulka podwija się trochę za wysoko.
– Vaughn – mówi, unosząc kącik ust. Natychmiast jednak zauważa i przestaje się uśmiechać. Zna mnie zbyt dobrze. – Nie.
Chce pociągnąć nieco w górę rąbek mojej koszulki.
Odpycham go.
– Hej! Miałeś wstrzymać się z kolejnym tatuażem do następnego roku – zarzuca mi.
Wzruszam tylko ramionami.
– Montgomery ma nowy tatuaż? – rzuca Ryder, jeszcze jeden z naszych kumpli. – Dajcie spokój. Ile można?
Dużo.
Ponieważ nie jestem zbyt wylewny w słowach, lubię przekazywać swoje myśli i odczucia w inny sposób. Po pierwsze: w postaci sztuki. Czy to tatuaży na swoim lub czyimś ciele, czy też po prostu rysunków.
Po drugie: w postaci słów na papierze. Albo… na ekranie telefonu, który właśnie wibruje w mojej kieszeni.
I wiem, że to znów stoneroses. Dziewczyna, którą poznałem przez aplikację. Lubię z nią pisać. Nie spodziewałem się takiego rozwoju sytuacji, nie byłem przygotowany na to, że uzależnię się od tych wiadomości, choć są one całkowicie zwyczajne. Rozmawiamy na zupełnie przyziemne tematy i z miesiąca na miesiąc dowiaduję się o tej dziewczynie coraz więcej. Jeśli jej zdjęcie profilowe rzeczywiście jest prawdziwe, oznacza to, że ma jasne blond włosy i, cóż, jest atrakcyjna. Na fotografii nie widać zbyt wiele. Jej ciuchy są jakby trochę za duże i jak na fotkę wakacyjną zakrywają wszelkie detale ciała. Chociaż zawsze opierałem się na nieco innym typie urody na zdjęciach profilowych, coś kazało mi tamtego jednego dnia walentynkowego zaakceptować jej parę i skorzystać z tego, że nasz czat został aktywowany.
Nie jestem pewien, dlaczego wciąż to ciągnę, skoro zdaję sobie sprawę z niewygodnego faktu, że ta dziewczyna po prostu lubi rozmawiać i prawdopodobnie jest miłą i słodką istotą, czyli kimś zupełnie nieosiągalnym dla takiego faceta jak ja. Ale ona zgodziła się na nasze warunki. Na pozostanie anonimowym i kontynuowanie kontaktu. Na brak postępowania naprzód: brak rozmów, brak spotkań. Wie, że do tego nie dojdzie, a mimo to… jest ze mną. I coraz częściej zastanawiam się, dlaczego tak ciekawa osoba wybiera pisanie ze mną praktycznie codziennie w jakiejś głupiej aplikacji.
– Montgomery! – huczy Maverick, nasz kapitan. – Czy to prawda?! – Doskakuje do mnie w sekundę. Jest ode mnie trochę niższy, ale silny. – Miałeś wstrzymać się jeszcze kilka miesięcy!
Szarpie za moją koszulkę.
– Ściągaj to. Pokaż mu – nalega Ashton.
Nie ma sensu się ukrywać, bo i tak zaraz będę musiał stanąć z nimi wszystkimi pod prysznicem.
Ściągam więc koszulkę, a Maverick płonącym spojrzeniem omiata moją wytatuowaną rękę ze starymi już rysunkami, kilka tatuaży na klatce piersiowej i drugim ramieniu, a na końcu jego wzrok ląduje na boku mojego torsu, na żebrach, gdzie mam duży i całkiem świeży tatuaż, przykryty delikatną drugą skórą.
– W takim miejscu, że jak ktoś tobą pierdolnie o lód, to będziesz ryczał – parska gdzieś z tyłu Ryder.
Nie sądzę.
– O cholera – szepcze Ashton. – Jaki byk.
– Co to w ogóle… co to jest? – cedzi Maverick. – Jak trener Anderson się dowie, to urwie ci łeb.
– To Labirynt Minotaura – wyjaśnia za mnie Ashton, doskonale już wiedząc, że nie zamierzam tego głośno komentować. – Pośrodku jest postać Minotaura, wokół niego labirynt.
– Labirynt czego? – rzuca ktoś inny z głębi szatni.
– Minotaura – powtarza Ashton. – Może powinniście jednak cofnąć się o kilka lat w edukacji, żeby nabyć podstawową wiedzę o mitologii. Albo w ogóle… o czymkolwiek.
Ryder spogląda na niego nieco zdegustowany.
Ashton ma rację. Niektórzy z tych kolesi są tu wyłącznie dla sportu. Dla kariery hokejowej. Dla lodowiska. Wyniki na studiach mają względnie dobre tylko po to, by zostać zauważonym. Nikt nie chce głupiego zawodnika, ale Ryder… on nie ma w głowie nauki, zależało mu zawsze wyłącznie na dostaniu się do Frosthawks, bo to pewnego rodzaju prestiż. Zwłaszcza gdy gra się z Ashtonem i ze mną w jednej drużynie, a my mamy znane nazwiska. Każdy fan hokeja powinien nas rozpoznać.
Rydera nie, więc jeśli ma zrobić sobie z kimś zdjęcie, to będziemy to my. Ja albo Ashton. I tak się składa, że obaj nie lubimy tej uwagi. Ashton radzi sobie z nią trochę lepiej, bo ma w sobie więcej człowieczeństwa i nie czuje się tak obco jak ja.
Ja po prostu lubię grę.
Lód.
Jazdę na łyżwach.
Przypomina mi o domu. O mojej mamie, która prawdopodobnie jest najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek widział ten świat. Jest definicją miłości i wsparcia i nie mam pojęcia, dlaczego wyrosłem na takiego dzikusa, skoro ona zawsze była przy mnie.
Ale tak jest. Nie mam problemu z tłumami, nie mam problemu z nauką, nie mam też problemu z byciem rozpoznawalnym. Nie mam problemu z ubieraniem się tak, by wyglądać dobrze, nie mam problemu z uwagą kobiet, a tej jest sporo, mimo że nie mam ochoty z nimi rozmawiać.
Właśnie z tym ostatnim mam problem. Z rozmową. Po prostu nie znoszę, jak ludzie oczekują, że z nimi pogadam.
– Myślisz, że kiedyś w końcu nam głośno odszczeknie? – mamrocze Ryder gdzieś z tyłu.
– Zostaw go w spokoju – rzuca Maverick. – Jeśli nie chcesz, żeby wjechał w ciebie na pełnej prędkości na lodowisku. Wszyscy mamy swój sposób na życie.
Trochę rozbawiony Ashton obserwuje z ławki obok mój świeży i ciemny tatuaż.
Maverick podchodzi do mnie, zanim w ogóle zdążam założyć jakąkolwiek część ekwipunku.
– Będę cię krył przed Andersonem, ale jeśli zobaczy tego byczka po treningu, udam, że nie wiedziałem, jasne?
Jest dobrym kapitanem.
Jest dobrym facetem. Bardzo wyrozumiałym i charyzmatycznym. I daje też dobry przykład, będąc w związku ze swoją dziewczyną, Fallon, już od początku studiów. Zawsze próbuje z nami wszystkimi rozmawiać – czy to na osobności, czy w grupie. Pilnuje, żebyśmy widywali się nie tylko na arenie, ale też poza nią, na przykład na imprezach. Nie daje nikomu poczuć się wykluczonym. Nawet mnie, chociaż ja czasami chciałbym wykluczyć sam siebie.
Maverick to dobry gość.
Tylko czasami odnoszę wrażenie, że ja po raz kolejny rozczarowuję go, gdy nie daję mu odpowiedzi.
Ashton pakuje do ust ostatnie kęsy placków proteinowych i wylizuje talerz aż do czysta.
– Mam wrażenie, że ten najbliższy mecz z Goldline Pipers będzie jak bułka z masłem – stwierdza.
Sprawdza coś w telefonie.
Odpisuje.
Obok niego siedzą Ryder, Maverick i Danny. Do tego ostatniego podchodzi jego dziewczyna, uśmiecha się szeroko, daje mu buziaka w czoło, szczebiocze coś słodkiego, po czym znosi jedno publiczne klepnięcie w tyłek i gwizdanie Danny’ego, a potem odchodzi wraz z przyjaciółkami do bufetu na lunch. To Emily. Dobrze znamy się z chłopakami, więc trudno nie zauważyć, który z nich ma dziewczynę. Maverick daje najlepszy przykład stabilnego związku, ale Danny też nas wszystkich zadziwił, bo od roku spotyka się z Emily i jest z tego powodu bardzo głośny. Afiszuje się z ich związkiem wszędzie, wstawia jej zdjęcia na swojego Instagrama, a na wszystkich materiałach na TikToku naszej drużyny zawsze właśnie o niej mówi. To oznacza, że nawet najbardziej podejrzane typy ludzi są w stanie stworzyć zdrową relację. Bo Danny zawsze był dla mnie lekko podejrzany.
– Goldline Pipers przegrali ostatnie trzy mecze – mówi Maverick. – Raczej nie stanowią dla nas zagrożenia, jednak musimy się przygotować na trudne rozgrywki. Najwyżej pozytywnie się zaskoczymy. Chociaż dobrze, aby nasi zawodnicy nie mieli żadnych nazbyt wrażliwych partii ciała.
Rzuca mi bardzo wymowne spojrzenie.
Nie komentuję tego. Tatuaż nic nie zmienia. Mam bardzo wysoki próg bólu i trochę tuszu na żebrach nie jest w stanie zepsuć mojej gry.
– Jedliście te nowe kąski ziemniaczane? – zagaduje Danny. – Dobre. Najlepiej z sosem śmietanowym.
Ryder klepie się po brzuchu.
– Ja chyba mam już dość.
– Zostawcie sobie trochę miejsca na jutro – przypomina Maverick. – Bo idziemy na imprezę halloweenową i dobrze byłoby zjeść trochę więcej przed, o ile znam wasze możliwości.
– Że niby co? Myślisz, że tacy jesteśmy słabi? – śmieje się Danny.
– Właśnie nie. Myślę, że jak zwykle będziecie pić piwo prosto z beczki i przyda wam się trochę więcej jedzenia przed takim cyrkiem.
– Pfff – odzywa się Ryder. – Jesteśmy niezniszczalni.
– Tak, dlatego z tej imprezy w zeszłym roku nic nie pamiętasz – przypomina Mav.
To prawda. Ryder i Danny to zwierzęta imprezowe i nie ma tutaj żadnej dyskusji.
– Och, hej – rozbrzmiewa nagle głos tuż nad naszymi głowami. – Ashton, właśnie ciebie szukałam i już z daleka słyszałam, że mówicie coś o imprezie halloweenowej.
To Ines. A tam, gdzie pojawia się Ines, zwykle pojawiają się też kłopoty.
Przez to, że jej ojcem jest Rory Delgado, najlepszy kumpel mojego ojca, w pierwszym odruchu, jeśli nie zna się dynamiki tej rodziny, do głowy przychodzi najprostsze założenie: jego córka na pewno wdała się w tatę, jest zachowawcza, może nawet tajemnicza i milcząca.
Nic z tego. Ines Delgado to po prostu kłopoty na dwóch nogach i najlepiej wie to Ashton, bo znają się bardzo dobrze i kumplują już od dawna. Gdy dorastali, Ines zmuszała go do jakichś dziwnych akcji, aby odciągnąć go od książek. Ines sporo też mówi, co dla mnie jest wyjątkowo niekomfortowe, bo zawsze czuję, że powinienem jej odpowiedzieć.
– Hej, Vaughn – wita się oczywiście również ze mną. – Ty pewnie też będziesz na jutrzejszej imprezie, prawda? – Przysiada się do naszego stolika, odsuwa swoje długie włosy w tył przez ramię. – Fajnie, że w końcu was dorwałam. Hokeiści chyba są zbyt rozchwytywani, żebym była w stanie w ogóle z wami porozmawiać.
Czy to na pewno jest moja rodzina?
Jakimś cudem tak, bo jej mama, Grace, jest siostrą mojego ojca. Gdzieś tam w żyłach szalonej Ines płynie krew, która ma coś wspólnego z moją, ale nie moglibyśmy się bardziej różnić.
Ashton parska śmiechem.
– Czego potrzebujesz, Delgado?
Ines skupia całą uwagę wszystkich chłopaków, którym nie trzeba jej już przedstawiać, mimo że dopiero zaczęła pierwszy rok studiów. Tej dziewczyny nie da się nie zauważyć.
Za to nikt przez dłuższą chwilę nie zwraca uwagi na drugą osobę, która stoi za plecami Ines.
A ja doskonale rozpoznaję te wielkie jasne oczy.
Trudno zapomnieć, bo przecież moi rodzice mają swoją rodzinę bez więzów krwi i wszystkie dzieciaki pięciu hokeistów kiedyś spędzały ze sobą czas. Rosie Hollenbeck też przewijała się przed moimi oczami… nieraz.
I teraz właśnie Rosie Hollenbeck stoi za plecami swojej przyjaciółki, Ines, a gdy tylko mój wzrok ląduje na jej twarzy, ona od razu strzela spojrzeniem w bok i się rumieni.
– Siadaj, maleńka – rzuca wesoło Ines. – Zobacz, zmieścimy się tutaj obie bez problemu.
Ines siada na wolnej ławce, po swojej lewej stronie ma Ashtona, a po swojej prawej usadza Rosie, przez co dziewczyna musi usiąść prawie obok mnie i nie wygląda na zadowoloną z tego faktu.
Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. Ona była słodką i nieśmiałą dziewczynką, do której i tak trudno dotrzeć, a ja w ogóle nie jestem w stanie tego robić, bo musiałbym z nią pogadać. Za każdym razem, gdy widywaliśmy się jako dzieci, było niezręcznie. Ona nieco wstydliwie próbowała ze mną rozmawiać, a ja nie odpowiadałem, więc z góry założyła, że chcę ją ignorować, i nie radziła sobie dobrze z taką ciszą. Teraz robi to samo co zwykle – próbuje uciekać. Ciałem, spojrzeniem, wszystkim. Siada na ławce obok pewnej siebie Ines, chłopaki też wreszcie ją dostrzegają, a ona kuli się pod ich ciekawskimi spojrzeniami.
Rosie Hollenbeck jest wciąż tą samą dziewczyną, którą pamiętam z młodości, i już mam tego dosyć. Naprawdę nie chce mi się domyślać, czego ona może ode mnie chcieć. Nie chce mi się znów przeżywać jej rozczarowanego wzroku, bo nagle zaczyna ze mną rozmawiać na jakiś zupełnie losowy temat, a ja po prostu nie mam ochoty na pogawędki.
Ines przynajmniej wie, że ze mną pogawędki nie dostanie. Próbuje, ale robi to wyłącznie dla zabawy.
– Hej, nie przedstawisz nam swojej koleżanki? – rzuca Ryder, wycierając serwetką usta.
– Nie znacie się jeszcze? – Ines wydaje się naprawdę zaskoczona. – W takim razie pewnie, koniecznie musicie się poznać. To jest Rosie, chłopaki. Rosie, to są chłopcy. – Wylicza i wskazuje palcem każdego po kolei. – Ashtona i Vaughna znasz. Dalej mamy Rydera i Danny’ego, a na samym końcu Mavericka, kapitana drużyny.
Ryder patrzy na Ines jak na skarb. Danny unika jej wzroku.
– Cześć, Rosie – odzywa się Maverick. – Miło nam cię poznać.
– Baaardzo miło, słodkie słoneczko – dodaje Ryder.
Rosie uśmiecha się, a jej twarz przybiera coraz bardziej rumiany kolor. Ma na sobie kremowy golf, który kontrastuje z rumieńcami, i długie luźne spodnie, chyba lniane, bo są lekko pogniecione, może tak specjalnie. Blond włosy zebrała w warkocz z tyłu głowy, ale po tym, jak wyciąga nerwowo kosmyki po bokach, zakładam, że teraz wolałaby się schować za kurtyną włosów.
– Hej – mówi. Uśmiech jest szczery, ale nieśmiały.
– Przyszłam tylko na chwilę. – Ines zabiera batonika, którego Ashton zostawił sobie na deser. Rozpakowuje go, ignorując jęk zawodu Ashtona. – Potrzebuję wejściówek na tę imprezę halloweenową. Dwóch. Dla nas. – Wskazuje na siebie i na Rosie.
Zerkam na blondynkę.
Ona zerka na mnie.
To takie niezręczne.
– Byłam ostatnio na randce z jakimś chłopakiem z bractwa, miał mi załatwić wejściówki, ale chyba się obraził, gdy powiedziałam, że jego narzekanie na lepszych uczniów z roku wskazuje tylko na potrzebę pogodzenia się z własnymi słabościami i zrozumienia, że nie można być we wszystkim najlepszym – ciągnie Ines.
– Zrobiłaś mu z randki terapię, co? – parska Ashton. – Typowe.
– Zaraz zrobię terapię też tobie. Chyba znajdzie się parę tematów, prawda? Pogadamy na przykład o tym, jak zamykasz się w pokoju i rozwiązujesz sudoku, gdy jesteś…
Ashton rzuca się do przodu i zamyka jej usta.
Ines lekko go gryzie.
– Chryste panie, jesteś niereformowalna – warczy Ashton.
– Hmmm… niereformowalna… – zastanawia się na głos Ryder. – A lubisz, jak ci się w ten sposób zamyka usta?
Ashton zerka groźnie na Rydera.
– Pewnie wszystkie laski to lubią – stwierdza Danny, patrząc Ines prosto w oczy.
Ona uśmiecha się kpiąco.
– Skończcie z tym pokazem siły, bo ja chciałam tylko dostać wejściówki na Halloween, a nie wasze tandetne wnioski na temat kobiecych upodobań – odpowiada beznamiętnie.
Ryder się uśmiecha i dźga Ashtona w bok.
– Lubię ją.
