555 osób interesuje się tą książką
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 516
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: King of Gluttony
Copyright © 2026, KING OF GLUTTONY by Ana Huang
Published by arrangement of Brower Literary & Management Inc., USA and Book/Lab Literary Agency, Poland
Copyright © for the Polish translation by Iga Wiśniewska, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak
Redaktorka prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska
Redakcja: Patryk Białczak
Korekta: Agnieszka Śliz, Magdalena Białek
Ilustracje na okładce: © CCPreset | Creative Market, © Alex, © mtkang, © Remigiusz Góra, © Avelina Studio, © Andrey Kuzmin | Adobe Stock
Oryginalny projekt okładki: © Cat | TRC Design
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-27-7
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
We Can’t Be Friends (Wait for Your Love) – Ariana Grande
When Did You Get Hot? – Sabrina Carpenter
The Walls – Chase Atlantic
Tennessee Whiskey – Austin Giorgio
Lose Face – Daniel Di Angelo
Haunted – Beyoncé
Strawberries & Cigarettes – Troye Sivan
Bad Habits – Ed Sheeran
Self Control – Bebe Rexha
Moonlight – Kali Uchis
The Best I Ever Had – Limi
Always Been You – Chris Grey
Dancing in the Kitchen – LANY
Maula Mere Maula – Roop Kumar Rathod
UWAGI DOTYCZĄCE TREŚCI
Ta historia zawiera wulgaryzmy i treści o charakterze jednoznacznie seksualnym. Porusza tematy, które mogą być drażliwe dla niektórych czytelników.
Aby zobaczyć szczegółową listę, zeskanuj poniższy kod:
– Jesteśmy w dupie, słyszysz? W dupie! I to nie w pozytywnym sensie. W suchym, pozbawionym poślizgu sensie. Takim „worek na głowę i za ojczyznę”.
– Naprawdę tak się robi, kiedy seks jest kiepski? Wydaje się to sprzeczne z intuicją.
– Maya. – W głosie Ezry słychać było udrękę. – Proszę. To nagły wypadek.
– Doskonale o tym wiem. – Ścisnęłam telefon między uchem a ramieniem i sięgnęłam po buteleczkę stojącą na górnej półce apteczki moich rodziców. – Po pierwsze, przestań mówić o poślizgu lub jego braku. Po drugie, uspokój się. Mam plan.
– O, dzięki Bogu. – Westchnął z ulgą. – Jaki?
– Wycofujemy wszystkie produkty z linii makaronów. Przygotuj komunikat prasowy, który będziemy mogli ogłosić w ciągu najbliższych dwóch godzin. Im szybciej, tym lepiej.
– Wszystkie produkty?! – wykrzyknął Ezra. – Ale zgłoszone przypadki dotyczą tylko lasagne. Jeśli wycofamy wszystkie produkty z tej linii, straty finansowe wyniosą…
– Nadal będą mniejsze niż długoterminowe szkody wynikające z pozostawienia ich na półkach. Nie ustaliliśmy, gdzie było ognisko zakażenia, ale wszystkie mrożone makarony pochodzą z tej samej fabryki. Ostatnią rzeczą, jakiej byśmy chcieli, jest wycofanie lasagne tylko po to, aby pojawiły się nowe przypadki związane z innymi produktami. Tu chodzi o zaufanie konsumentów i ich zdrowie, a nie o pieniądze.
Moim priorytetem jako dyrektorki do spraw marki w Singh Foods była ochrona reputacji firmy. Obejmowało to zarządzanie komunikacją kryzysową, a wykrycie listeriozy w naszym najpopularniejszym produkcie zdecydowaniekwalifikowało się jako kryzys.
– Racja. – Ezra odchrząknął. – W takim razie już się tym zajmuję. W ciągu godziny przygotuję dla ciebie szkic komunikatu prasowego.
Pomijając jego wulgarny język i dramatyczne wybuchy, Ezra świetnie sprawdzał się w roli dyrektora do spraw komunikacji, dlatego nie kwestionowałam jego decyzji przed zakończeniem rozmowy.
Chwyciłam butelkę, którą „pożyczyłam” od rodziców, i wymknęłam się z łazienki. Choć podczas rozmowy telefonicznej byłam opanowana, serce biło mi jak na ostatniej prostej maratonu.
Ezra miał rację. Należało wycofać naprawdę dużo produktów, ale po zgłoszeniu trzeciego przypadku przekonałam prezesa, że to słuszna decyzja. Postawiłam na szali swoją reputację i prawdopodobnie swoją pracę.
Gdyby się okazało, że skażenie naprawdę ograniczało się do lasagne, a nasze akcje nie pójdą w górę po opublikowaniu komunikatu prasowego…
Serce zaczęło mi bić jeszcze szybciej.
Nie. Podjęłam słuszną decyzję. Nie mogłam ryzykować, że więcej osób zachoruje, żeby zaoszczędzić pieniądze firmy.
Coś w tej epidemii nie dawało mi spokoju, ale nie potrafiłam określić, co dokładnie, więc na razie odłożyłam tę myśl na bok.
Na mojej liście rzeczy do zrobienia na dzisiejszy wieczór miałam jedną pozycję niezwiązaną z pracą i było to właśnie to, czego potrzebowałam, aby ten piekielny dzień stał się choć odrobinę lepszy.
Zbiegłam na dół i prawie dotarłam do kuchni, kiedy znajoma postać zmusiła mnie do zatrzymania. Położyła ręce na biodrach i przygwoździła mnie podejrzliwym spojrzeniem.
Cholera.
Szybko schowałam butelkę za plecami i przywołałam na twarz najbardziej niewinny uśmiech.
– Cześć, Diya.
Diya zarządzała naszym gospodarstwem domowym. Praktycznie wychowała mnie i moje siostry, co oznaczało, że doskonale znała wszystkie nasze sztuczki.
– Proszę mi to oddać, panno Mayu. – Wyciągnęła rękę z surowym wyrazem twarzy.
– Co mam oddać?
– Nie bądź śmieszna. Dzisiejsza impreza jest ważna dla państwa Singhów i nie pozwolę, żebyś ją zepsuła, robiąc dziecinne psikusy temu chłopcu.
Powstrzymałam grymas na wspomnienie o chłopcu.
– Nigdy nie zrobiłabym nikomu żadnego psikusa, nawet jemu. – Położyłam wolną rękę na sercu. – Jestem wysoko postawioną pracowniczką w firmie z listy Fortune 500. Naprawdę myślisz, że mam czas, żeby robić psikusy naszym gościom?
Diya uniosła brwi i wyciągnęła rękę. Nie powiedziała ani słowa.
Cholera. To tyle, jeśli chodzi o odwrócenie jej uwagi.
Niechętnie wyciągnęłam buteleczkę zza pleców i oddałam jej środki przeczyszczające.
Zacmokała z dezaprobatą.
– Nie umarłby od tego – powiedziałam obronnym tonem. – To łagodniejsza wersja. Ale zastanowiłby się dwa razy, zanim przyjąłby od nas kolejne zaproszenie na kolację.
Pomimo napiętych harmonogramów moja rodzina zbierała się na kolacji w posiadłości moich rodziców w Westchester co najmniej dwa razy w miesiącu. Tradycja była ważna, a rodzice dbali o to, abyśmy ją szanowali. Zazwyczaj nie mogłam się doczekać tych kolacji… chyba że on też był zaproszony.
– Wątpliwe, biorąc pod uwagę, że wasze rodziny przyjaźnią się od pokoleń. – Diya popchnęła mnie w kierunku schodów. – Idź. Kolacja zaraz się zacznie, a twoja matka dostanie zawału serca, jeśli pojawisz się w takim stroju.
Wiedziałam, że nie ma sensu się kłócić.
– Ciebie też miło było zobaczyć! – zawołałam przez ramię. – Kiedyś pozwolisz mi się trochę zabawić!
– Nie wstrzymuj oddechu! – krzyknęła w odpowiedzi, ale w jej głosie wyczułam uśmiech.
Adrenalina po spotkaniu z Diyą opadła, gdy dotarłam do swojego pokoju. Trudno było mi kontrolować własne myśli, kiedy nikt mnie nie rozpraszał, więc automatycznie sięgnęłam do zapasu słodyczy w szufladzie szafki nocnej.
Po tym, jak tego dnia pojawiła się wiadomość o pierwszym przypadku listeriozy, zjadłam wszystkie swoje ulubione nadziewane czekoladki, więc teraz musiałam zadowolić się zapasowymi żelkami w kształcie robaków. Włożyłam jednego do ust.
W porządku. Wszystko jest w porządku. Nie żeby reputacja mojej rodzinnej firmy zależała od moich działań lub żeby na szali były dziesiątki milionów dolarów.
Gdybym poniosła porażkę, stałabym się pośmiewiskiem opinii publicznej, a profesorowie szkół biznesowych podawaliby mnie jako świetny przykład tego, czegonienależy robić. Moje dotychczasowe osiągnięcia nie miałyby znaczenia – ludzie widzieliby tylko porażkę.
To nic wielkiego.
Pocieszyłam się kolejnym żelkiem i sprawdziłam telefon. Nie było żadnych nowych wiadomości z alertów, które ustawiłam dla „Singh Foods”.
Okej. Pozwoliłam, by podwójna dawka cukru uspokoiła moje nerwy. W tej sytuacji brak wiadomości był dobrą wiadomością.
Brak wiadomości to dobra wiadomość.
Powtarzałam tę mantrę, zmieniając dżinsy i T-shirt na jedwabną sukienkę. Zanim skończyłam układanie włosów i makijaż, udało mi się spowolnić tętno do poziomu zbliżonego do normy.
Została mi godzina do kolacji, więc wymknęłam się z pokoju i zeszłam tylnymi schodami, kierując się do oranżerii.
Ta słoneczna przeszklona przestrzeń była moim ulubionym pomieszczeniem w całym domu. Jako nastolatka spędzałam tu godziny na czytaniu, odrabianiu lekcji i marzeniach. Nikt inny tu nie wchodził, z wyjątkiem sprzątaczek, więc miejsce było idealne.
Opadłam na wyściełaną wiklinową kanapę i ponownie sprawdziłam telefon. Jeden nowy mail od Ezry. Wysłał mi projekt komunikatu prasowego. Przeczytałam go i odesłałam swoje uwagi. Były to drobiazgi – Ezra wykonał fantastyczną robotę.
Mimo to, patrząc na zieloną okolicę za oknem, czułam ucisk w żołądku. Nie tak chciałam spędzić ostatni weekend przed Świętem Pracy. Miałam bawić się z przyjaciółmi, a nie zajmować się pilnymi sprawami dotyczącymi pracy przed kolacją z jedną z najmniej lubianych przeze mnie osób na świecie.
Czasami się zastanawiałam, co by się stało, gdybym po prostu… odeszła. Koniec ze stresem, koniec z bezsennymi nocami i walką o nieokreślony cel.
Brzmiało fajnie, ale na myśl o poddaniu się czułam swędzenie skóry z zupełnie innego powodu. Nie miałam pewności, do czego dążę, ale wiedziałam, że muszę robić więcej i być lepsza. Jeśli będę stała w miejscu, ludzie mnie wyprzedzą, a to było dla mnie nie do przyjęcia.
Ezra w rekordowym tempie przesłał mi poprawioną wersję oświadczenia. Przeczytałam je dwa razy, zanim wysłałam brzemienną w skutki odpowiedź.
Zatwierdzam.
Odłożyłam telefon, kolano zaczęło mi podskakiwać. Boże, przydałaby mi się teraz czekolada. Może…
– Ukrywasz się we własnym rodzinnym domu? To trochę smutne, Sal.
Moja noga zamarła w połowie ruchu, a wszystkie mięśnie się napięły.
Niewiele było rzeczy na świecie, które potrafiły natychmiast wprawić mnie w stan gotowości do walki lub ucieczki, ale ten głęboki, leniwy głos był jedną z nich.
Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, kto przyszedł.
Cholerny diabeł we własnej osobie.
Popkultura przedstawiała diabła jako obrzydliwą istotę z pazurami i kłami, czerwoną skórą i rogami, które zdradzały światu jego zło.
Popkultura była w błędzie. W rzeczywistości diabeł był wysoki i miał wyrzeźbioną sylwetkę, idealne zęby i całoroczną opaleniznę, dzięki której wyglądał tak, jakby właśnie wrócił z wakacji na plaży na południu Francji. Pod gęstymi, artystycznie potarganymi brązowymi włosami ukrywały się rogi, a poruszał się z leniwą pewnością siebie i swobodą kogoś przyzwyczajonego do tego, że wszystko podawano mu na srebrnej tacy.
Ktoś, kto nie dorastał razem z nim (jak ja) ani nie musiał przez całe życie znosić jego sprytnie ukrywanego sarkazmu (jak ja), mógłby dać się zwieść i pomyśleć, że jest aniołem, a nie reinkarnacją szatana.
Na szczęście ja byłam mądrzejsza.
Na nieszczęście inni o tym nie wiedzieli.
Lucyfer, znany również jako Sebastian Laurent, oparł się o ścianę i uśmiechnął do mnie tym półuśmiechem, który pojawiał się na jego ustach jedynie wtedy, gdy byliśmy sami.
Był zbyt sprytny, żeby zdradzić się z nim przy innych ludziach.
Wszyscy uważali go za idealnego złotego chłopca, ale ja zdołałam zajrzeć pod jego maskę, gdy mieliśmy po trzy lata, a on celowo popchnął mnie podczas zabawy w berka i zgarnął dla siebie nagrodę w postaci cukierków.
To był pierwszy i ostatni raz, kiedy płakałam z powodu chłopca.
– Ukrywałam się przed tobą. – Zignorowałam to znienawidzone przezwisko, Sal, i zamiast tego obdarzyłam go słodkim uśmiechem. – Nie chciałam zepsuć sobie apetytu przed kolacją.
– To jest gościnność, jaką okazujesz staremu przyjacielowi? – Zacmokał. – Nic dziwnego, że twoja firma ma kłopoty.
Zacisnęłam szczękę. Oczywiście, że przy pierwszej okazji musiał poruszyć temat kryzysu.
– Nie jesteśmy przyjaciółmi i to nie ma nic wspólnego z pracą.
– W takim razie jesteśmy wrogaciółmi. – Sebastian wyprostował się i podszedł bliżej.
Jego chód był swobodny i pełen gracji, jakby wymagało to od niego ułamka energii zużywanej do tego samego przez innych ludzi.
Rozłożył się na kanapie naprzeciwko mnie, totalnie ignorując moją energię typu „odejdź i wskocz do jeziora pełnego mięsożernych piranii”.
Niektórzy ludzie nigdy nie łapią aluzji.
– Nie jesteśmy też wrogaciółmi – odparłam chłodno. – Nadal jest w tym za dużo „przyjaźni”.
– Tak twierdzisz, ale znam cię lepiej niż większość „przyjaciół”. – Na jego ustach pojawił się znaczący uśmiech. – Ile słodyczy zjadłaś pod wpływem stresu, odkąd pojawiły się informacje o pierwszym przypadku?
Niech go szlag.
– Ani odrobinę. – Kłamstwo przyszło mi łatwo. – Już tego nie robię.
Sebastian wpatrywał się we mnie jasnobursztynowymi oczami ze złotymi plamkami. W gasnącym świetle słońca wyglądały niemal jak lwie.
– Kłamczucha – powiedział cicho.
Zaczerwieniłam się. Serce znów zaczęło mi bić szybciej, a puls dudnił głośno w moich uszach, gdy patrzyliśmy na siebie. W powietrzu czuć było kipiącą od dawna niechęć.
Nienawidziłam go tak bardzo, że prawie nie mogłam oddychać.
– Jest jakiś powód, dla którego ciągle pojawiasz się tam, gdzie nie jesteś mile widziany? – zapytałam. – A może po prostu lubisz działać mi na nerwy?
– Tak i tak.
Naprawdę żałowałam, że nie udało mi się zrealizować planu ze środkami przeczyszczającymi. Widok jego cierpienia byłby wart każdych konsekwencji.
– Ciągle zapominasz, że zostałem zaproszony. – Sebastian odchylił się do tyłu, jego spojrzenie było pełne chłodnego rozbawienia. – Nie wtargnąłem tu bez zapowiedzi.
– Zostałeś zaproszony na kolację, a nie żeby siedzieć tutaj. Ze mną. – Prawie dodałam: „To moje miejsce”, ale zabrzmiałoby to zbyt małostkowo. Poza tym, gdyby Sebastian wiedział, jak bardzo kocham oranżerię, nigdy by sobie stąd nie poszedł.
– Możesz wstać i wyjść, kiedy tylko zechcesz. – Wzruszył ramionami. – Nikt cię nie zmusza, żebyś ze mną rozmawiała.
– Byłam tu pierwsza. Nigdzie się nie wybieram.
– Ach. – Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, kontrastujący ze znudzonym wyrazem reszty jego twarzy. – Wygląda więc na to, że znaleźliśmy się w impasie. C’est dommage. – Tłumaczenie: Jaka szkoda.
Nie byłam native speakerem języka francuskiego tak jak on, ale dzięki edukacji w szwajcarskiej szkole z internatem posługiwałam się nim w sposób płynny. Powstrzymałam się jednak od wypowiedzenia kilku innych słów w tym języku. Co za absurdalna sytuacja. Byliśmy dorosłymi ludźmi zachowującymi się jak dzieci i działo się tak za każdym razem, gdy tylko znaleźliśmy się blisko siebie.
On zawsze wydobywał ze mnie to, co najgorsze.
Sebastian był jak najbardziej irytujący paw na świecie. Pragnął uwagi. Może gdyby pozbawić go tego tlenu, wyświadczyłby mi przysługę i usechł.
Zamiast dalej zwracać na niego uwagę, ponownie sięgnęłam po telefon. Ekran zalała lawina powiadomień, a wszystkie myśli o niepożądanym towarzystwie zniknęły, gdy moje serce zaczęło bić szybciej.
Komunikat prasowy.
Został opublikowany, a media rzuciły się na niego jak płomienie na suchą trawę.
Po szybkim przejrzeniu nagłówków stwierdziłam, że wszyscy jedynie powtarzają podstawowe fakty, więc udałam się do jedynego miejsca w internecie, gdzie mogłam znaleźć opinie: mediów społecznościowych.
Serce podeszło mi do gardła, gdy wpisałam „Singh Foods” w pasku wyszukiwania aplikacji. Temat był już popularny, a nowe posty pojawiały się co minutę.
Znalazło się kilku cynicznych krytyków, ale ogólnie rzecz biorąc, pierwsze reakcje były w przeważającej mierze pozytywne.
Ucisk w mojej klatce piersiowej zelżał. Po raz pierwszy od wielu godzin czułam się tak, jakbym płynęła, a nie tonęła.
Wyszłam z serwisów społecznościowych i przełączyłam się na pocztę elektroniczną, by wysłać Ezrze wiadomość z aktualizacją i sprawdzić pozostałe maile.
Sebastian przez cały ten czas nie odezwał się ani słowem, ale jego gorące spojrzenie paliło mnie jak ogień.
Teraz, gdy opadła pierwsza fala adrenaliny, stałam się nadzwyczaj wyczulona na ciszę. Na pulsowanie krwi w żyłach i na to, jak jego obecność energetyzowała każdą cząsteczkę w pomieszczeniu.
Nie musiałam go widzieć, żeby czuć jego obecność.
Cichą. Oceniającą. Osądzającą.
Wpatrywałam się w telefon, starając się nie drgnąć ani nie zrobić nic, co mogłoby wskazywać na to, że jego spojrzenie ma na mnie jakikolwiek wpływ.
Bo oczywiście nie miało.
– To dobry komunikat prasowy. – Powiedział to tak, jakby to była tylko przypadkowa uwaga. – Niech zgadnę. Przekonałaś ojca, żeby wycofał całą linię, bo martwiłaś się zanieczyszczeniem krzyżowym. Zaufanie ponad zyskiem. Bardzo w stylu dyrektora do spraw marki.
Milczałam i nacisnęłam „Usuń” na ogólnym zaproszeniu na imprezę z większą siłą, niż było to konieczne.
– Uznam to za potwierdzenie. – Sebastian ziewnął. – Mądrze. Zrobiłbym tak samo.
– Cieszę się, że mam twoją aprobatę. – W końcu pękłam. – Co ja bym bez niej zrobiła?
W chwili, gdy słowa opuściły moje usta, pożałowałam, że dałam się wciągnąć w tę pułapkę, ale było już za późno. Zanim wstał z kanapy, dostrzegłam błysk triumfu w jego oczach. Zbliżała się pora kolacji. Też powinnam się zbierać, ale wolałabym raczej wydłubać sobie oczy, niż wyjść razem z nim.
– Polecam się – powiedział Sebastian przeciągłym tonem. Wyjął coś z kieszeni i rzucił w moim kierunku. Złapałam to ułamek sekundy przed tym, jak uderzyłoby mnie w twarz. – Nie ma za co.
Usłyszałam cichy śmiech, gdy opuścił oranżerię i zniknął w głębi domu.
Odczekałam, aż całkiem stracę go z oczu, zanim rozluźniłam palce. W mojej dłoni leżał cukierek owinięty pomarańczową folią.
Była to nadziewana czekoladka.
*
Oczywiście nie zjadłam jej. Nie zdziwiłabym się, gdyby Sebastian dał mi przeterminowany cukierek, a ta czekoladka była ewidentnie grą o władzę. Subtelnym sposobem na pokazanie, że wie o mnie rzeczy, o których nie powinien wiedzieć, i podstępnym przypomnieniem, że potrzebuję odprężenia, ponieważ jestem uwikłana w burzę w mediach społecznościowych.
W tym czasie sam cieszył się ogromną popularnością dzięki świetnym recenzjom, w tym dwóch nowo otwartych restauracji z gwiazdką Michelin należących do portfolio Laurent Restaurant Group, oraz pochlebnym artykułom w „New York Timesie”.
Moja rodzina nie miała restauracji. Nasze pieniądze pochodziły ze sprzedaży mrożonek, a dla mrożonek nie było odpowiednika gwiazdki Michelin. Wiedziałam o tym, ale nie powstrzymało mnie to przed pragnieniem posiadania takiej gwiazdki.
Myślę, że to był prawdziwy powód, dla którego Sebastian działał mi na nerwy. Bez względu na to, jak ciężko pracowałam i jak wiele osiągnęłam – na polu osobistym, zawodowym czy akademickim – przy nim zawsze czułam się tak, jakbym była w tyle.
Ja miałam same piątki, bo kułam; on miał same piątki tylko dlatego, że wpadał do klasy po tym, jak wygrzebał się z łóżka.
Byłam druga na roku, a on pierwszy.
Zdobyłam nagrodę International Marketing Excellence Award; on zdobył ją jako pierwszy i zyskał z tego powodu więcej uwagi mediów.
To irytujące.
Spojrzałam na niego ponad stołem. Rozmawiał z moją młodszą siostrą Nehą i udawał, że jest normalnym człowiekiem.
Kolacja rozpoczęła się pół godziny temu, a klany Singhów i Laurentów zebrały się w oficjalnej jadalni moich rodziców. Ojciec siedział u szczytu stołu, z matką po lewej stronie i ojcem Sebastiana, Michelem, po prawej. Żona Michela, Yvonne, plotkowała z moją mamą o najnowszym skandalu towarzyskim, podczas gdy mąż Nehy popijał wino, jakby to była jego ostatnia kolacja. Moja babcia siedziała na drugim końcu stołu, obserwując wszystko z pogodną miną. Miała na sobie prostą białą lnianą koszulę, która kontrastowała z ogromnymi szmaragdowymi kolczykami zwisającymi z jej uszu.
Brakowało jedynie mojej najmłodszej siostry Priyi, która była na wakacjach na Bali ze swoim chłopakiem. Pojechali z okazji sześciomiesięcznicy związku, dlatego mama nie zwracała uwagi na jej nieobecność.
Wszyscy wydawali się świetnie bawić, z wyjątkiem mnie i Sebastiana, który siedział naprzeciwko. Chociaż śmiał się i uśmiechał, widziałam, że nie było to szczere.
Gdyby naprawdę się uśmiechał, w kącikach jego oczu pojawiłyby się zmarszczki, a ton śmiechu byłby o jeden lub dwa decybele niższy niż obecnie. Nie ściskałby tak mocno kieliszka z winem ani nie skupiałby się tak intensywnie na mojej siostrze, jakby miał coś do udowodnienia.
– Zanim przejdziemy do dania głównego, chciałbym podziękować wszystkim za przybycie dzisiejszego wieczoru. – Doniosły głos mojego ojca przyciągnął uwagę wszystkich do szczytu stołu.
W pokoju zapadła cisza.
Żołądek skręcił mi się z niecierpliwości. Ojciec wspomniał o „ważnej wiadomości”, którą chciał nam przekazać tego wieczoru, ale nie miałam pojęcia, co to może być i jaki ma związek z rodziną Laurentów.
Ponownie spojrzałam na Sebastiana. Serce zabiło mi mocniej – on już na mnie patrzył, a wyraz jego twarzy był nieodgadniony.
Poruszył brwiami i uniósł kieliszek z sarkastycznym uśmiechem.
Zacisnęłam usta i ponownie skupiłam się na ojcu.
W wieku sześćdziesięciu jeden lat Neal Singh nadal emanował nieposkromioną siłą, gdy tylko wkraczał do pomieszczenia. Jego włosy całkowicie posiwiały, ale oczy i umysł pozostały tak samo bystre jak zawsze.
– Wiem, że wszyscy jesteście zajęci, ale mam pewną wiadomość, którą chciałbym się z wami podzielić, a która dotyczy obu naszych rodzin. – Pomimo radosnego tonu w jego uśmiechu kryło się napięcie. Komunikat prasowy został dobrze przyjęty, lecz kryzys związany z wycofaniem produktu nadal wisiał nad nami niczym gradowa chmura. – Jak zapewne wiecie, przyjaźnimy się z Michelem od wielu, wielu lat, ale nigdy nie prowadziliśmy razem żadnej działalności gospodarczej.
– Rozważaliśmy to – dodał Michel. – Ale nigdy nie nadarzyła się okazja. Aż do teraz.
Od złowieszczego przeczucia zaczął mnie mrowić kark. Siedzący naprzeciwko mnie Sebastian zmarszczył brwi, a jego uśmiech zniknął.
– Przejdźmy do sedna, bo z pewnością wszyscy chcieliby zjeść kolację, zanim ostygnie – powiedział mój ojciec. – Z radością ogłaszam, że Singh Foods i Laurent Restaurant Group będą współpracować nad specjalną linią mrożonek. Doświadczenie…
Zaczęło mi dziwnie szumieć w uszach. Nie słyszałam dalszej wypowiedzi ojca, ponieważ po głowie krążyły mi w kółko tylko trzy słowa.
Co. Do. Chuja.
Model współpracy high-low nie był nową koncepcją. Zyskał już uznanie w branży modowej (patrz: marki projektantów współpracujące z dużymi sieciami handlowymi w zakresie przystępnych cenowo linii limitowanych) i stopniowo wkraczał do świata gastronomii. Ale my? Współpraca z Laurent Restaurant Group? To byłoby jak próba sprzedaży produktów Hermèsa i H&M-u w tym samym sklepie.
Niektóre marki do siebie pasowały, inne nie. A ultraluksusowa oferta restauracji Laurentów była tak daleka od naszych przystępnych cenowo produktów spożywczych, że równie dobrze mogłaby znajdować się na innej planecie.
Sądząc po zaciśniętych wargach Sebastiana, miał podobne zdanie.
– To tylko pomysł czy już postanowiliście? – Jego głos był pozbawiony intonacji. Brzmiał czysto, spokojnie, ale wyczułam niebezpieczne napięcie pod powierzchnią.
– To już postanowione. – Michel posłał synowi ostrzegawcze spojrzenie. – Neal i ja rozmawialiśmy o tym od miesięcy.
– Powinniśmy to jeszcze omówić…
– To nie jest odpowiedni moment…
Nasze protesty nałożyły się w zsynchronizowanym wybuchu oburzenia. Popatrzyliśmy na siebie gniewnie z Sebastianem, po czym ponownie zwróciliśmy się do naszych ojców.
Nikt inny nie wydawał się tym przejęty, z wyjątkiem mojej babci. Obserwowała nas, a w jej oczach błyszczało zainteresowanie, gdy skubała chleb niczym popcorn.
– Nigdy o tym nie słyszałem, a jestem dyrektorem do spraw marketingu. – Sebastian pierwszy doszedł do głosu. Brzmiał ostro, szorstko, zupełnie nie w jego stylu. – Z całym szacunkiem dla Singh Foods, istnieją pewne niezgodności między obiema markami, które należy pogodzić, o ile to możliwe, zanim podejmiemy tak drastyczny krok.
– Poza tym to nie jest odpowiedni moment na rozpoczęcie tak dużej współpracy – dodałam. – Nasza sytuacja wciąż jest... delikatna.
– Podjęliśmy decyzję – powiedział stanowczym głosem mój ojciec. – Współpraca będzie korzystna finansowo dla obu stron, a jeśli nam się uda, będzie to ogromny sukces wizerunkowy.
– Pozwoli nam to również zdywersyfikować bazę klientów, zapewniając dostęp do nowego rynku – dodał Michel.
Sebastian nie wydawał się uspokojony.
– Ale…
– Wystarczy – przerwał mu ostro starszy Laurent. – Jak powiedział Neal, podjęliśmy decyzję.
– Przyspieszamy realizację tego projektu – dodał mój ojciec. – Z wiarygodnego źródła wiem, że Whitaker Farms planuje podobną współpracę. Są na wczesnym etapie, ale musimy ogłosić to przed nimi, bo inaczej będzie to wyglądało tak, jakbyśmy ich kopiowali.
Whitaker Farms było naszym największym konkurentem. Pomimo zdrowo brzmiącej nazwy ich dyrektor generalny był bezwzględny i przez ostatnie dwa lata powoli, ale skutecznie przejmował nasz udział w rynku.
– Sam Whitaker nie stanowi problemu – stwierdził lekceważąco Michel, na co mój ojciec ostro na niego spojrzał, ale nie wtrącił się, bo ten dodał: – Neal ma jednak rację co do przyspieszenia działań. Pierwszy na rynku zyskuje przewagę. Dlatego jest to tak ważne.
– Zdefiniuj przyspieszenie – poprosiłam.
– Chcemy to ogłosić do przyszłego miesiąca. Wierzę, że do tego czasu sytuacja będzie wyglądała lepiej. – Ojciec spojrzał na mnie znacząco. Jego głos był twardy jak stal, surowy i nieugięty.
Stłumiłam kolejny protest i zapadłam się głębiej w fotelu. To był rozkaz: napraw wizerunek naszej firmy przed ogłoszeniem zmian albo poniesiesz konsekwencje.
Nie byłam zachwycona tą współpracą, ale jak na razie nigdy nie zawiodłam ojca. Nie zamierzałam teraz tego zmieniać. Jego opinia i reputacja naszej rodziny były ważniejsze niż moje osobiste żale.
Poza tym nie mogłam się kłócić z ojcem, zwłaszcza w obecności innych. Po prostu nie wypadało.
– Naszym celem jest wprowadzenie produktu na rynek w ciągu dziewięciu miesięcy – oznajmił Michel. – Nowa linia powinna trafić na półki sklepowe przed przyszłorocznym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy.
Sebastian szeroko otworzył oczy.
– To niemożliwe. Projekt tej skali…
– Jest możliwy, jeśli ma się odpowiednich ludzi i zasoby. – Michel pochylił się do przodu i splótł palce. – Dobrze się składa, że zarówno tobie, jak i Mayi tak bardzo na tym zależy. Biorąc pod uwagę, że oboje należycie do kierownictwa wyższego szczebla do spraw marketingu w naszych firmach, odegracie kluczową rolę w tej premierze.
Poczułam ogromną pustkę w głowie. Wcześniejsze przeczucia powróciły, zamieniając moje nerwy w papkę.
– To znaczy?
Nie mógł sugerować tego, co wydawało mi się, że sugerował. Nie ma mowy, nie ma szans.
– Oznacza to, że chcielibyśmy, abyście ty i Sebastian byli głównymi osobami odpowiedzialnymi za ten projekt – oznajmił mój ojciec. – Przez następne dziewięć miesięcy waszym priorytetem będzie pracowanie nad tą linią. Razem.
– Powiesz mi, co wlazło ci w dupę i tam zdechło, czy muszę cię najpierw ugościć, zanim puścisz farbę? – Xavier oparł się o blat i skrzyżował ramiona.
– Urocze. – Wyłączyłem ogień i przełożyłem przegrzebki na tacę, gdzie pozostawiłem je na chwilę. – Czy Sloane codziennie wieczorem myje ci usta mydłem, czy zepsułeś ją już tak, że przestała zwracać uwagę?
Uśmiechnął się szeroko.
– Ani jedno, ani drugie. Zawsze uwielbiała moje nieprzyzwoite słownictwo.
Zaśmiałem się i rzuciłem w niego ręcznikiem kuchennym. Z łatwością go złapał, a jego oczy błyszczały rozbawieniem.
Byliśmy w kuchni Skarbca. Często testowałem tu nowe przepisy, ponieważ nie mogłem wtargnąć do żadnej z restauracji mojej rodziny. Profesjonalni szefowie kuchni nie lubili, gdy inni ludzie kręcili się po ich terytorium.
Przepisy były przeznaczone przede wszystkim dla mnie, ale traktowałem je tak poważnie, jakbym miał je zaserwować krytykowi kulinarnemu. Dlatego też poprosiłem Xaviera o przysługę i możliwość skorzystania z jego lokalu.
Skarbiec był przede wszystkim klubem nocnym, ale służył również jako luksusowa przestrzeń eventowa. Jego najwyższe piętro, prywatne, obejmowało barek, jadalnię dla dwudziestu osób oraz pełnowymiarową kuchnię dla smakoszy, która obecnie była pusta, jeśli nie liczyć nas dwóch.
– Poważnie, stary. Cały dzień jesteś w złym humorze, a to nie w twoim stylu – drążył Xavier. – Co się dzieje?
Wahałem się, zastanawiając nad tym, czy powiedzieć mu prawdę, czy wymyślić jakąś bzdurę.
Znałem Xaviera Castillo od czasów szkoły z internatem. Byliśmy zwykłymi znajomymi, ale prawdziwą przyjaźń nawiązaliśmy dopiero kilka lat temu, kiedy on zmienił swoje życie i otworzył klub Skarbiec. Ten kolumbijski spadkobierca fortuny piwnej cieszył się złą sławą w naszym kręgu towarzyskim, zanim jego publicystka/dziewczyna nie sprowadziła go na właściwą drogę. Zniknął hedonistyczny playboy, o którego rozpustnych imprezach regularnie pisano na pierwszych stronach plotkarskich magazynów. Zastąpił go doświadczony biznesmen, który sprawił, że Skarbiec stał się najmodniejszym klubem w Nowym Jorku, w jakim można się pokazać. Od momentu otwarcia utrzymywał popularność tego miejsca, co nie było łatwe.
To nie lada wyczyn w mieście, gdzie dzisiejszy hit jutro trafiał do rynsztoka. Jedno się jednak nie zmieniło. Nadal był strasznie wścibski.
– Mam wiele na głowie – powiedziałem w końcu. – Praca. Jak zwykle.
– Praca, tak? – Xavier uniósł brwi. – Czy to ma związek ze współpracą z Singhami, o której wspomniałeś wcześniej?
Milczałem, układając na talerzach przegrzebki i ostrożnie polewając każdy z nich sosem beurre blanc au citron.
Sama wzmianka o tej współpracy przyprawiała mnie o ból głowy. Był to najgorzej przemyślany plan na świecie, a to ja musiałem zadbać o jego powodzenie. Razem z Mayą.
Przed oczami mignął mi obraz brązowych oczu i pełnych ust.
Zacisnąłem szczękę.
– Uznam twoje milczenie za potwierdzenie. – Xavier wydawał się rozbawiony. – Myślałem, że lubisz Singhów. W czym problem?
– Lubię. W każdym razie większość z nich. – Udekorowałem przegrzebki posiekaną natką pietruszki. – Problem polega na tym, że to nie jest zgodne z wizerunkiem marki, a mamy dziewięć miesięcy na osiągnięcie czegoś, co zwykle zajmuje dwa razy więcej czasu. Poza tym mam inne priorytety i nie odpowiada mi współpraca z kimś, kto będzie się ze mną kłócił o każdą drobnostkę.
Nie rozumiałem tego. Taka impulsywność nie leżała w naturze mojego ojca. Ten człowiek był zwolennikiem rutyny.
Przez ostatnie dwadzieścia lat co niedziela grał w tenisa w klubie Valhalla, każdego roku w sierpniu spędzał dokładnie trzy tygodnie w naszym zamku w Prowansji i zawsze jadł stek średnio wysmażony, popijając go kieliszkiem Cabernet Sauvignon.
Michel Laurent nie był człowiekiem lubiącym zmiany, dlatego byłem przekonany, że armia bakterii żywiących się mózgiem aktywnie niszczyła jego zdrowy rozsądek.
Po części miałem żal do Neala, że tak łatwo przekonał go do podjęcia ogromnego ryzyka biznesowego, podczas gdy ja wielokrotnie nie potrafiłem przekonać go do wsparcia moich własnych przedsięwzięć. Gdyby nie ciche, ale niezachwiane wsparcie mojej matki, nigdy nie wróciłbym do domu. Mogłem znieść odrzucenie ograniczoną liczbę razy, ale w końcu bym wybuchnął.
– Ach. – Xavier się roześmiał. – Więc w tym tkwi problem. Maya. Powinienem był się domyślić.
Zdenerwował mnie tym i porzuciłem myśli o ojcu, by skupić uwagę z powrotem na osobie, która była dla mnie solą w oku.
– Co to ma znaczyć?
– To znaczy, że ta dziewczyna totalnie namieszała ci w głowie jeszcze w szkole. – Wziął przegrzebka z talerza i włożył go do ust. – Za każdym razem, gdy zachowujesz się dziwnie, ona za to odpowiada.
– Tak, bo jest nie do zniesienia.
– Skoro tak mówisz. – Xavier sięgnął po kolejnego przegrzebka. – Niebo w gębie, tak swoją drogą.
Tak mnie zdziwił swoją (całkowicie błędną) obserwacją, że ledwo zarejestrowałem komplement.
Maya nie namieszała mi w głowie. To absurdalne.
Czy jej przesadna chęć rywalizacji doprowadzała mnie do szału? Tak.
Czy czerpałem perwersyjną przyjemność z drażnienia jej i niszczenia maski idealnej dziewczyny? Również tak.
Czy myśl o bliskiej współpracy z nią przez niemal rok doprowadziła mnie niebezpiecznie blisko krawędzi załamania nerwowego? Tak. To znaczy nie.
Kurwa.
Potarłem usta dłonią. W mojej głowie ponownie pojawił się obraz Mayi. Z zeszłego tygodnia. Siedziała w rodzinnej oranżerii, marszcząc w skupieniu brwi i celowo mnie ignorując. Wszystko wokół niej lśniło w świetle zachodzącego słońca. Jej włosy. Jej skóra. Jej oczy.
Denerwowała ją moja obecność i nie powinienem był jej szukać. Takie spotkania zawsze kończyły się kłótnią. Ale nie byliśmy sami, tylko we dwoje, od… lat. W zasadzie od czasów szkoły z internatem.
Od czasu, gdy…
Stłumiłem tę myśl, zanim w pełni się ukształtowała.
Poczułem mrowienie na skórze. Może było to zakłopotanie, a może uraza. Tak czy inaczej, to bez znaczenia. Ta noc miała miejsce dawno temu. W żaden sposób nie wpływała na moje obecne relacje z Mayą.
Zamiast zachęcać Xaviera, sam spróbowałem przegrzebków. Na moim podniebieniu eksplodowała feeria smaków. Wyrazisty czosnek, mocna cytryna i orzeźwiająca nutka pietruszki zmieszane z naturalną słodyczą i słonym smakiem owoców morza.
Xavier miał rację. Niebo w gębie.
Ale nie było idealnie, a co za tym idzie, nie spełniało moich standardów.
Z pewnością nie spełniało też standardów mojego ojca.
– Cholera. – Spróbowałem jeszcze raz. Z tym samym skutkiem. – To nie to. Nadal czegoś brakuje.
– Tak, brakuje kolejnej porcji – odparł Xavier z pełnymi ustami. – Poważnie, stary. Próbujesz dopracować ten przepis od miesięcy i to najlepszy wynik, jaki kiedykolwiek uzyskałeś. Myślę, że ci się udało.
– Nie. – Zacisnąłem zęby. W moim żołądku rozgorzała frustracja, gorąca i ostra. – To, że nigdy nie były smaczniejsze, nie oznacza, że nie mogą być jeszcze lepsze. Coś mi umyka.
Chodziłem po kuchni wte i wewte. Powietrze było duszne.
Zmusiłem się, by wziąć głęboki wdech i nie przeżywać załamania na oczach Xaviera. Widział już, jak się zachowuję, gdy natrafiam na ścianę, ale nie znał jeszcze pełni moich możliwości.
Nikt ich nie znał.
– Seb. – Uśmiech Xaviera zniknął, gdy chodziłem tam i z powrotem, a moje myśli krążyły w kółko. – Poważnie. Twoje jedzenie jest niesamowite i nie mówię tego tylko dlatego, że się przyjaźnimy. Kogo obchodzi fakt, że w twoich oczach nie jest perfekcyjne? – Wskazał palcem na opróżniony w połowie talerz. – Gwarantuję ci, że dziewięć na dziesięć osób, które to zjedzą, powie, że jest idealne. Do diabła, wszystko, co robisz, jest idealne. Dlatego tak wiele osób potajemnie ci zazdrościło, kiedy chodziliśmy do szkoły.
– Nie rozumiesz.
– Wytłumacz.
Zatrzymałem się przed kuchenką i wpatrywałem w pozostałe przegrzebki. W gardle utknęła mi mieszanina słów, ale nie mogłem ułożyć z nich spójnego wyjaśnienia. Bo niby jak opisać ten rozdzierający mnie niepokój? Każdego dnia budziłem się na szczycie świata, ale zamiast cieszyć się widokiem, myślałem tylko o tym, jak bardzo tego nienawidzę. A potem nienawidziłem siebie, bo powinienemczuć wdzięczność.
Miałem wszystko, a jednak to wszystko mi nie wystarczało. Nie wypełniało pustki w moim wnętrzu. Kiedy byłem młodszy, łatwiej było po prostu przykleić na to plaster. Brakującą część siebie łatałem seksem, imprezami i alkoholem. Żyłem pełnią życia, podróżując po całym świecie, i udawałem, że to wszystko, czego potrzebuję. I tak, niektórzy mieli mi to za złe. Patrzyli na moje życie i myśleli, że jest idealne.
Im jednak byłem starszy, tym mniej skuteczne stawały się moje mechanizmy radzenia sobie z tym problemem. Potrzebowałem celu, a przegrzebki stały się jego symbolem. Doskonalenie ich było celem, a cele powstrzymywały mnie przed zagubieniem się w ciemności.
Problem polegał na tym, żeniedoskonalenieich również mieszało mi w głowie. Nie potrafiłem zdecydować, co jest gorsze – dryfowanie bez celu czy spektakularna porażka. Tak czy inaczej, nie umiałem opisać tych uczuć Xavierowi.
Na szczęście telefon uratował mnie przed wymyślaniem kolejnej bzdurnej wymówki.
Tak mi ulżyło, że odebrałem bez sprawdzania numeru, ale znów się spiąłem, gdy po drugiej stronie usłyszałem znajomy głos.
– Sebastian Laurent odbiera po pierwszym sygnale. Cuda się zdarzają.
– Zawsze odbieram po pierwszym sygnale, Sal. – Odłożyłem na bok swoje burzliwe myśli i bez trudu przybrałem ton głosu przeznaczony dla Mayi. Chłodny. Obojętny. Rozbawiony. Wszystko, co pozwalało mi ukryć, jak bardzo zaszła mi za skórę. – Wystarczy tylko zadzwonić.
– Śnij dalej.
– To ty dzwonisz do mnie w piątek wieczorem. – Odwróciłem się plecami do Xaviera, który znów uśmiechnął się przebiegle, gdy powiedziałem „Sal”. Cokolwiek sobie wyobrażał, był w błędzie. – Czym zasłużyłem na tę przyjemność?
– Dzwonię do ciebie tylko dlatego, że muszę – odparła. – Jeśli będę czekać, aż wykażesz inicjatywę, ta współpraca zakończy się fiaskiem, zanim w ogóle się rozpocznie.
Nie miałbym nic przeciwko temu.
– Może tobie to nie przeszkadza – kontynuowała z upiorną precyzją. – Ale nie pozwolę, aby twój brak etyki pracy wpłynął na moje wyniki, więc dzwonię, aby umówić się na spotkanie i obgadać szczegóły. Wysłałam ci już mailem proponowany harmonogram pracy i wstępne pomysły dotyczące uruchomienia projektu.
– Zawsze byłaś perfekcjonistką.
– A ty nigdy nie wykorzystywałeś pełni swoich możliwości.
– A jednak do tej pory osiągnęliśmy mniej więcej to samo. Więc kto tak naprawdę ma gorzej?
Jej oburzenie wywołało lekki uśmiech na mojej twarzy.
– Poważnie, już jesteśmy w tyle – powiedziała, gdy wreszcie się uspokoiła. – Minął tydzień, a nie mamy nic konkretnego do pokazania. Zaproponowałam ci kilka różnych godzin na spotkanie w poniedziałek. Wybierz termin, który ci pasuje, i przygotuj jakieś propozycje.
– Zawsze jestem przygotowany. Tylko się nie złość, gdy moje pomysły okażą się lepsze od twoich.
– Proszę cię. – Maya prychnęła. – Nie znalazłbyś dobrego pomysłu, nawet gdyby ten wyskoczył z twojej szafy i uderzył cię w twarz.
– Chyba wkrótce się przekonamy – odparłem przeciągłym tonem. – Do zobaczenia w poniedziałek, Sal. Nie mogę się doczekać.
Rozłączyła się.
Uśmiechnąłem się szerzej. Schowałem telefon do kieszeni i odwróciłem się do Xaviera, który szczerzył zęby równie szeroko.
– Co? – Włożyłem pusty talerz do zmywarki razem z innymi naczyniami i sztućcami. Najwyraźniej Xavier zjadł wszystko, kiedy rozmawiałem przez telefon.
Klub miał zostać wkrótce otwarty i chciałem jeszcze posprzątać, zanim Xavier zejdzie na dół, by pełnić funkcję gospodarza.
– Nic. – Odsunął się od blatu i pomógł mi z wyrzuceniem śmieci. – Ale nie mogę się doczekać aktualizacji dotyczących twojego projektu. Zmuszanie was do współpracy jest jak umieszczenie dwóch głodnych lwów w tym samym pomieszczeniu. Tylko jedno z was wyjdzie z tego cało.
– Nie dramatyzuj. Już wcześniej realizowaliśmy razem projekty szkolne.
– To było dawno temu i tak się przy tym kłóciliście, że wszyscy prosili o przeniesienie do innej grupy.
Wzruszyłem ramionami.
– Nie każdy potrafi działać pod presją.
Mogłem przez to zabrzmieć jak egoistyczny dupek, ale tylko jedna osoba umiała dotrzymać mi kroku.
Nawet jeśli brakowało mi poczucia sensu, to i tak wyróżniałem się w niemal wszystkim, co społeczeństwo uważało za „istotne” – w szkole, sporcie, pracy. Pokonywałem rówieśników w każdej z tych dziedzin bez większego wysiłku, chyba że moim przeciwnikiem była Maya.
Tylko ona stanowiła dla mnie wyzwanie. Nawet gdy przegrywała bitwę w naszej nieustannej wojnie, nie ułatwiała mi wygranej. Intrygowało mnie to prawie tak samo, jak wkurzało.
– Może i nie. – Xavier spojrzał na mnie z ukosa. – Po prostu postaraj się zachować spokój podczas realizacji tego projektu. Nie chcę być tym, który będzie sprzątał, jeśli sprawy przybiorą zły obrót.
– Nie martw się – odparłem. – Dam sobie radę.
Nie cieszyła mnie ta sytuacja, ale znosiłem Mayę Singh od dawna. Cóż znaczy kolejnych dziewięć miesięcy.
– Czy to był służbowy telefon?
Gdy wróciłam do stolika w Tipsy Goat, wpatrywały się we mnie dwie pary oczu – jedna oskarżycielsko, druga z rozbawieniem.
– Nie? – Nie chciałam, żeby zabrzmiało to jak pytanie. Zagryzłam wargę, a moje policzki pokryły się rumieńcem wstydu. – No dobrze, tak, ale to była tylko jedna rozmowa, która trwała maks pięć minut.
– Maya – jęknęła Ayana. – Umówiłyśmy się, że to będzie wieczór bez pracy. Jest piątek! Jesteśmy młode, seksowne i… no cóż, nie wszystkie jesteśmy singielkami, ale chłopaków nie ma, więc powinnyśmy urządzić sobie babski wieczór. Czego nie możemy zrobić – sięgnęła po mój telefon – jeśli upierasz się, żeby psuć nam zabawę.
Odłożyłam smartfon i się roześmiałam, gdy spojrzała na mnie z niezadowoleniem. Nawet gdy marszczyła brwi, była najpiękniejszą osobą w barze. To zaleta bycia znaną supermodelką.
– Przepraszam. To się więcej nie powtórzy – obiecałam. Schowałam komórkę do torby i podniosłam ręce. – Widzisz? Co z oczu, to z serca.
Uspokojona Ayana skierowała swoją uwagę na Sloane. Blondynka w odpowiedzi uniosła idealną brew.
– Nie – rzuciła. – Mój telefon zostaje na stole.
– Spójrz na to z jasnej strony. – Poklepałam Ayanę po ramieniu. – Przynajmniej nie jest już przyklejony do jej dłoni. To postęp.
Sloane Kensington była czołową nowojorską PR-owczynią i totalną twardzielką. Słynęła również z pracoholizmu. Od lat reprezentowała moją rodzinę (naszą osobistą markę, nie korporacyjną) i pamiętam czasy, kiedy obchodziła się ze swoim telefonem jak z dzieckiem.
Stara Sloane nigdy nie odłożyłaby go na stół, ale nowa Sloane – czyli nieco bardziej zrelaksowana, zakochana po uszy – tylko dobrodusznie przewróciła oczami, gdy Ayana zachichotała.
– No dobrze, jeszcze jedna kwestia dotycząca pracy, a potem możemy porozmawiać o czymś innym. – Ayana podniosła kieliszek z Martini. – Toast za Mayę, która zamieniła katastrofę w wielki sukces PR-owy. Gratulacje, kochana. Wiedziałam, że dasz radę.
Zaczerwieniłam się, czując dreszcz emocji, gdy stuknęłam się kieliszkiem z nią i Sloane.
– Niebezpieczeństwo jeszcze całkiem nie minęło, ale przynajmniej wiem, że nie zostanę bez pracy – zażartowałam.
Moja rodzina może i jest właścicielem Singh Foods, ale tata kładł duży nacisk na to, żeby każdy wykonywał swoją pracę. Zwolnił jednego z moich kuzynów, który nawalił w raporcie w pierwszym tygodniu pracy, i nigdy więcej go nie zatrudnił. Nie traktował mnie w sposób szczególny tylko dlatego, że byłam jego córką.
– Mogłabyś prowadzić własną agencję PR-ową – powiedziała Sloane. – Pozbawić mnie pracy.
– Proszę cię. Trochę znam się na PR-ze, ale jestem bardziej dziewczyną od marketingu. – Ludzie często łączą ze sobą te dwie dziedziny, choć te są zupełnie różne. – I bałabym się z tobą konkurować.
Roześmiała się, ale nie zaprzeczała. Sloane doskonale wiedziała, jak dobra jest w swojej pracy. To jedna z rzeczy, które w niej uwielbiałam. Nie udawała skromności.
– PR, marketing. Co za różnica. – Ayana machnęła elegancką dłonią. – Liczy się to, że wasze akcje idą w górę, a akcjonariusze są zadowoleni, co oznacza, że potrzebujemy jeszcze jednej kolejki. – Dała znak kelnerowi, który natychmiast podszedł, aby przyjąć zamówienie i zabrać puste szklanki.
Alkohol i zadowolenie sprawiły, że zaczerwieniłam się jeszcze bardziej. Po tygodniu spotkań dotyczących zarządzania kryzysowego i skurczach żołądka happy hour z przyjaciółkami było jak zanurzenie się w ciepłej kąpieli po długiej wędrówce na zimnie.
Znałam Sloane od zawsze, ale dopiero niedawno się zaprzyjaźniłyśmy. To zasługa Ayany. Poznałyśmy się podczas imprezy w klubie Valhalla w zeszłym roku i od razu się polubiłyśmy. Ona również była klientką Sloane, więc znajomość naszej trójki ewoluowała w naturalny sposób. Często spotykałyśmy się też z trzema najlepszymi przyjaciółkami Sloane, ale tego wieczoru spędzały czas ze swoimi mężami, więc zostałyśmy tylko my.
– Naprawdę czytasz sekcję biznesową, żeby sprawdzić, czy Vuk przekazał ci najważniejsze informacje, zanim wyszłaś? – zapytałam z przekąsem.
Ayana interesowała się modą. Wiadomości z Wall Street śmiertelnie ją nudziły. Wzruszyła ramionami, a oczy dziewczyny zabłysły na wzmiankę o jej chłopaku.
– A czy ma to jakieś znaczenie? On zawsze daje mi to, czego potrzebuję.
– Mhm. Z pewnością.
– Maya! – Trąciła mnie w ramię, zakłopotana. – Bez świntuszenia.
– Nic nie powiedziałam! – zaprotestowałam ze śmiechem. – Po prostu ty to tak zinterpretowałaś.
– Nieważne – rzuciła, ale dostrzegłam, że na jej twarzy pojawił się uśmiech. – Nie mogę tego potwierdzić ani zaprzeczyć żadnym szczegółom dotyczącym mojego życia seksualnego. Mogę tylko powiedzieć, że… – upiła łyk drinka, a jej oczy zabłysły – jestem niezwykleszczęśliwa.
Sloane i ja pisnęłyśmy niczym uczennice, gdy Ayana szeroko się uśmiechnęła. Dziewczyna pokręciła głową i zakryła twarz dłońmi, ignorując nasze prośby o więcej informacji.
Ona i Vuk byli bardzo skryci, ale to miało sens. Vuk Markovic to najbardziej przerażająca osoba, jaką kiedykolwiek spotkałam. Ten ogromny, pokryty bliznami miliarder słynął z samotniczego usposobienia i uczestniczył w większości publicznych wydarzeń z niechęcią godną kogoś, kto pobłaża swojej dziewczynie. Przerażał mnie, ale traktował Ayanę jak królową, więc cieszyłam się jej szczęściem – nawet jeśli sama bałabym się umawiać z kimś takim jak on.
– Skoro mowa o facetach, jak idą randki w ciemno? – zapytała mnie Sloane. – Znalazłaś już kogoś odpowiedniego?
Zmarszczyłam nos.
– Raczej nie. Randkowanie w Nowym Jorku jest jak szukanie diamentu w morzu śmieci. Beznadziejne i nieprzyjemne.
– Znajdziesz swoją drugą połówkę – zapewniła Ayana pocieszającym tonem, gdy kelner przyniósł nam nowe drinki. – O ile tego chcesz, oczywiście.
– Chcę. Tylko że… – Westchnęłam. – Chcę znaleźć kogoś na własnych warunkach, rozumiecie? Bycie zmuszoną do umówienia się z kimś już na starcie nie jest zbyt romantyczne.
Próbowałam kłócić się o to z mamą, ale w tych sprawach nie dało się z nią dyskutować. Uwielbiała wtrącać się w życie swoich dzieci, a ja jako jedyna pozostawałam sama, inaczej niż moje siostry. Oznaczało to, że będę miała na plecach namalowany wielki cel, dopóki nie wyjdę za mąż i nie urodzę jej wnuków, które będzie mogła rozpieszczać.
Skierowałam wzrok na torbę. Miałam w niej telefon, klucze, portfel, błyszczyk i głupią czekoladkę, którą dał mi Sebastian.
Nie zamierzałam jej jeść, ale wyrzucenie najwyższej jakości czekolady wydawało mi się ogromną stratą. A co, jeśli pewnego dnia będę przeżywała poważny kryzys, a ta czekoladka będzie jedyną rzeczą, która stanie między mną a całkowitym załamaniem?
Najlepiej było ją zatrzymać na wypadek sytuacji awaryjnej (nawet jeśli pochodziła od samego diabła). Na wszelki wypadek.
– Znajdziemy ci kogoś – powiedziała Sloane. – Poproszę Xaviera o pomoc. Do Skarbca co tydzień przychodzą odpowiedni kawalerzy. Na pewno zna kilku, którzy by się nadawali.
Skupiłam się na niej, otwierając szerzej oczy z przerażenia.
– Co? Nie! To strasznie krępujące. Nie mogę prosić twojego chłopaka, żeby mnie z kimś umówił.
– Uważasz to za bardziej żenujące niż umawianie randek przez twoją matkę? – zapytała z przekąsem.
Ayana zachichotała.
– Cios poniżej pasa – mruknęłam.
– Wiesz co? Właśnie do niego piszę. – Palce Sloane poruszały się szybko po ekranie telefonu. – To babski wieczór, ale potrzebujesz partnera na ślub kuzynki w przyszłym roku, prawda? Gwarantuję, że znajdziemy ci kogoś lepszego niż ci typowi finansiści, których uwielbia twoja mama.
– Właściwie to lubi lekarzy. Ale rozumiem, o co ci chodzi – dodałam szybko, gdy Sloane spojrzała na mnie groźnie. – Pisz.
– Załatwione. – Rzuciła na stół plik banknotów i wstała z determinacją na twarzy. – Chodźmy. Znajdziemy ci randkę.
*
Trzydzieści minut później dotarłyśmy do Skarbca. Ten ekskluzywny klub nocny mieścił się w dawnym skarbcu bankowym, stąd jego nazwa, i większości ludzi trudniej było się do niego dostać niż do Fortu Knox. Ale ponieważ Sloane była dziewczyną właściciela, a Vuk cichym wspólnikiem klubu, od momentu wyjścia z taksówki spotkałyśmy się z królewskim przyjęciem.
Nasz osobisty ochroniarz przeprowadził nas przez kontrolę bezpieczeństwa na piętro dla VIP-ów, gdzie barman szybko zaserwował nam kolejkę drinków na koszt firmy.
Ayana od razu zaczęła się rozglądać.
– Może ten?! – krzyknęła ponad muzyką. Wskazała gestem wysokiego, przystojnego mężczyznę o kasztanowych włosach. – Jest uroczy!
– Tak, i nosi bezrękawnik w klubie.
– Masz rację. Niewiarygodne, że bramkarz go przepuścił. – Zacisnęła usta. – No dobrze, a co z nim? Facet z… Och, nieważne. To albo jego dziewczyna, albo ktoś, kogo naprawdę lubi łapać za tyłek.
Pozwoliłam Ayanie na tę zabawę, chociaż byłam prawie pewna, że w klubie nocnym nie znajdę tego, czego szukałam.
Sloane przestała pisać z Xavierem i skinęła głową w stronę mojego telefonu.
– Powinnaś to odebrać?
Spojrzałam w dół i zobaczyłam, że ekran co chwilę rozjaśnia się od nowych wiadomości.
– To czat rodzinny – odparłam. – Założę się, że to Priya. Cały dzień bombarduje nas zdjęciami z wakacji.
Podczas gdy Neha była tą wysportowaną i skrytą, a ja bystrą i poukładaną, Priya była hipiską i wolnym duchem. Nie chciała mieć nic wspólnego z rodzinnym biznesem i zarabiała na życie, malując portrety ukochanych zwierząt innych ludzi.
W głębi duszy uważałam, że oszukuje swoich klientów, ponieważ żaden portret psa nie był wart tysiąca dolarów, ale była zbyt żywiołowa i szczera, żeby ktokolwiek mógł jej odmówić.
– Z tego, co słyszałam, dołączyła ostatnio do jakiejś wspólnoty artystycznej. A może to sekta. – Weszłam na czat grupowy, podczas gdy Ayana dalej szukała mi męża. Trochę się bałam, że przyprowadzi jakiegoś biednego frajera i będzie nas trzymać w szafie, dopóki się nie pocałujemy. – Wyciszę tylko… – Nagle urwałam.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam na czacie, było zdjęcie Priyi i jej chłopaka uśmiechających się promiennie do aparatu.
Drugą rzeczą, jaką zobaczyłam, był diament błyszczący na jej palcu.
PRIYA: Ben się oświadczył!!!
Nastąpiła seria wiadomości z gratulacjami, a następnie reprymenda od naszej mamy, która nie mogła uwierzyć, że Priya przekazała nam tę ważną wiadomość przez WhatsAppa, a nie osobiście.
Wpatrywałam się w zdjęcie, aż pierścionek zamazał się w drażniącą masę bieli i platyny. Poczułam kwaśny posmak na języku.
Priya była zaręczona. Moja siostra, która była pięć lat ode mnie młodsza i do momentu poznania Bena twierdziła, że „nie wierzy w wiązanie się z jedną osobą”.
Gorycz przerodziła się w coś bardziej cierpkiego.
– Wszystko w porządku? – zapytała Ayana, na co podniosłam wzrok i zobaczyłam, że ona i Sloane patrzą na mnie z zatroskanymi minami. – Jesteś trochę blada.
– Wszystko w porządku. – Zmusiłam się do uśmiechu. – Priya się zaręczyła.
– Twoja siostra? O mój Boże! To wspaniale. – Ayana się zawahała, najwyraźniej dostrzegając moje zmartwienie. – To wspaniale. Prawda?
– Oczywiście, że tak. – Uśmiechnęłam się tak szeroko, że aż rozbolały mnie policzki. – Jestem po prostu zaskoczona. Nie sądziłam, że to nastąpi tak szybko. Spotykają się dopiero od sześciu miesięcy.
Cieszyłam się szczęściem mojej siostry. Naprawdę. Ale gdzieś w głębi duszy czułam do niej urazę, że osiągnęła to wszystko przede mną. To nie zawody, ale czułam się tak, jakbym pozostawała w tyle.
Nikt nie pozwoli mi o tym zapomnieć. Jeśli wcześniej moja mama była nie do zniesienia ze swoimi próbami swatania, to zaręczyny Priyi sprawią, że wpadnie w prawdziwą gorączkę. Bałam się sprawdzać, co dla mnie przygotowała, skoro byłam jej ostatnią samotną córką.
– Cześć, Luna. – Xavier podszedł do nas, rozładowując napięcie.
Pocałował Sloane w policzek i pomimo skurczu w żołądku nie mogłam powstrzymać uśmiechu, widząc, jak całe jej ciało mięknie na jego widok.
