Unfinished game - Daria Nowak-Buffi - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Unfinished game ebook i audiobook

Daria Nowak-Buffi

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

646 osób interesuje się tą książką

Opis

Nina Moretti nauczyła się jednego: zaufanie to luksus, na który nie może sobie już więcej pozwolić – nie po tym, gdy tydzień przed ślubem jej świat legł w gruzach przez narzeczonego i najlepszą przyjaciółkę.

Nowe zasady są bardzo proste: zero papierosów i zero mężczyzn.

Jasper O’Connor, gwiazda piłki nożnej, jest przyzwyczajony do tego, że wszystko przychodzi mu bez wysiłku – do czasu, gdy trafia na kobietę odporną na jego urok.

Barcelona. Słońce, morze, powietrze pachnące latem i pożądaniem – idealne okoliczności, by zapomnieć o wszystkich postanowieniach. Jedno przypadkowe spotkanie i układ bez zobowiązań mogą skutecznie zniszczyć to, co założyła sobie Nina.

Co się stanie, kiedy zadufany w sobie playboy straci głowę dla kobiety, która postanowiła już nigdy nie wierzyć w miłość?

 

Co jeśli prawdziwe uczucia pojawią się wtedy, gdy przestajesz w nie wierzyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 474

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 37 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin StecChrzanowska MonikaMonika Chrzanowska Marcin Stec

Oceny
4,5 (11 ocen)
8
2
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kinia24113

Dobrze spędzony czas

Jasper powinien ją konpnąć w cztery litery… Nina masakra 🤦‍♀️
31
bookslover2626

Z braku laku…

Dałam jej szansę. Przeczytałam sto stron a do 3/4 przekartkowalam na przyspieszeniu. Potem odpuściłam. Nie działo się nic ciekawego. Nudna i przewidywalna. Niestety…. Dlaczego??? A szkoda bo napisana dobrze, lekko, w fajny sposób. Gdyby nie nudna fabuła mogłoby być naprawdę dobrze. Wg mnie autorka zmarnowała potencjał. Nina okropnie wkurzająca.
22
sasanka19

Nie oderwiesz się od lektury

świetna gorąco polecam
11
klaudia_kam123
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Nie mogłam się oderwać 🩷 Rewelacyjna😍
11
kasia8401

Nie oderwiesz się od lektury

Ale to było dobre chce więcej 💖💖💖
11



Unfinished game

DARIA NOWAK-BUFFI

Dla tych, którzy nie znają zasad spalonego, ale chcą poznać spoconych piłkarzy.

Od Autorki

Wszelkie postacie, wydarzenia i sytuacje przedstawione w niniejszej książce są wytworem wyobraźni lub zostały wykorzystane wyłącznie w celach literackich. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

Prolog

Obserwuję ich zza mokrej od deszczu szyby restauracji. Obraz rozmywa mi się przed oczami, przesuwa niczym klatki filmu, którego za żadne skarby świata nie chcę oglądać. Woda spływa mi po twarzy, mieszając się ze słonymi łzami.

Widzę, jak ich dłonie niepewnie się odnajdują, by po chwili spleść w czułym, aż nazbyt znajomym mi geście. On delikatnie sunie kciukiem po jej nadgarstku, a ona nachyla się w jego stronę, szepcząc coś do ucha, uśmiechnięta i rozpromieniona.

Znam te gesty. Znam te spojrzenia. Bo kiedyś… należały do mnie.

Patrzę na nich i czuję, jak coś we mnie pęka. Nie wiem, czy to tylko moja wyobraźnia, ale – na Boga – przysięgam, że słyszę trzask. Ten nieubłagany dźwięk pękającego serca, rozrywającego się na drobne kawałki.

A gdy ich usta w końcu się spotykają…

Powietrze staje się zbyt ciężkie. Nie mogę oddychać. Duszę się.

Jeszcze chwilę temu miałam życie, które wydawało się idealne. Uporządkowany świat, stabilną codzienność, miłość. A teraz? Stoję na zimnym asfalcie i wiem, że to, co budowałam przez te wszystkie lata, wali się niczym domek z kart. Dopiero teraz dostrzegam brutalną prawdę: od dawna byłam tylko biernym obserwatorem własnego życia. Kimś, kto nie dostrzegał fałszywych gestów ani ukrytych spojrzeń.

Oszukali mnie.

Zdradziła mnie kobieta, której ufałam najbardziej, powierzałam swoje najskrytsze tajemnice i obawy, wierząc naiwnie, że zawsze będzie przy mnie.

Zdradził mnie mężczyzna, któremu oddałam swoje serce.

Każdy pocałunek, każda obietnica miłości okazały się jedynie pustymi frazesami, wracającymi teraz do mnie, rozdzierającymi serce i wypełniającymi je coraz większym bólem.

Nie wiem, jak długo stoję w deszczu. Czas zdaje się zatrzymać, a ja czuję, jak z każdą sekundą tracę część siebie – tę, która wierzyła i ufała bezwarunkowo.

W końcu odwracam się i odchodzę, a ostatni fragment mojego dawnego życia zostaje za mną.

Pozostało mi tylko jedno… znaleźć sposób, by się podnieść i nigdy więcej nie dać się oszukać.

Rozdział 1

Tylko ja, moje bikini i drink z palemką

Nina

2 lata później

Trzymam w dłoni papierosa, opierając się plecami o zimną ścianę budynku. Przymykam powieki i zaciągam się głęboko, pozwalając, by dym leniwie wypełniał moje płuca. Napięcie stopniowo znika, jakby rozpływało się w powietrzu.

Obracam używkę między palcami, przyglądając się, jak żarzący koniuszek powoli gaśnie. Zatapiam się w myślach. Taka mała rzecz, a potrafi wyrządzić tak wielkie szkody. Uzależnienia, poważne choroby… a ludzie i tak nie potrafią bez tego żyć.

Fakt, umrzeć można w każdej chwili, ale sama świadomość, że to maleństwo zabija rocznie ponad pięć milionów ludzi, trochę mnie przeraża.

Nie jestem uzależniona, nigdy nie byłam, po prostu… uwielbiam palić. Czy to ironia, że kocham to uczucie rozluźnienia, a jednocześnie postanowiłam, że to ostatni raz? Ostatni raz, kiedy trzymam papierosa w dłoni. Parskam śmiechem, bo zawsze byłam chujowa w dotrzymywaniu postanowień.

Zapinam kurtkę, osłaniając się przed chłodem wbijającym się w skórę. Paryski bardzo wczesny poranek nie rozpieszcza – choć niebawem zacznie się lato, wiatr jest zimny, a niebo zasnute szarymi chmurami. Dobrze wiem, co to oznacza. Nienawidzę deszczu. Patrzę na duży neonowy napis LOTNISKO i na mojej twarzy od razu pojawia się uśmiech.

Jeszcze chwila, jeszcze moment…

Zaciągam się znowu, by poczuć smak dymu na języku. Wyciągam telefon z kieszeni i robię sobie selfie. Pamiątka. Dowód symbolicznego pożegnania z tym śmiercionośnym maleństwem.

Oglądam fotografię, przez chwilę zastanawiając się, do kogo ją wysłać. W pierwszym odruchu chcę kliknąć „wyślij” i podzielić się nią z…

Nagle przypominam sobie, że nie mam już tej jednej osoby, do której mogłabym napisać.

Spoglądam w dal, pozwalając myślom płynąć, ale natychmiast wracają nieproszone obrazy. Wspomnienia dawnych rozmów, śmiechu, planów, jakby ktoś wcisnął je w mój umysł.

Zaczyna mnie to przytłaczać. Zatrzymuję te wizje jedynie na chwilę, muszę się od nich uwolnić. Zamykam drzwi w mojej głowie na klucz. To koniec pewnego rozdziału.

Otrząsam się, zmuszając do powrotu do rzeczywistości. Przeszłość zostaje tam, gdzie jej miejsce. Liczy się teraźniejszość. Bez większego namysłu wysyłam fotkę na rodzinny chat – do mamy, taty i siostry. Nie mija nawet pół sekundy, a telefon zaczyna dzwonić. Uśmiecham się pod nosem. Typowe.

Odbieram i wystawiam rękę z komórką przed siebie, żeby lepiej mnie widzieli. Na ekranie pojawiają się trzy znajome twarze, uśmiechnięte – no, przynajmniej przez chwilę. Mama natychmiast marszczy brwi, a jej mina przechodzi w pełny tryb bojowy.

– Natychmiast wyrzuć to paskudztwo!

Parskam śmiechem i unoszę papierosa bliżej ekranu, jakbym chciała wznieść toast.

– Też cię kocham, mamo.

Dmucham dymem prosto w kamerę, a mina mamy mówi wszystko – gdyby mogła, teleportowałaby się tutaj tylko po to, żeby wyrwać mi go z ręki i zgasić w najbliższej kałuży. Albo – jeśli byłaby taka potrzeba – nawet na własnej dłoni.

Tata kręci głową z udawaną rezygnacją.

– No tak, a mówiłaś, że rzucasz… jakieś pięć razy.

W tle rozlega się chichot siostry.

– Tym razem serio – oznajmiam z przesadną powagą. – Otwieram nowy rozdział w życiu. Bez fajek i bez facetów. Będę szczęśliwą singielką.

Dopalam resztkę papierosa, rzucam go na ziemię i miażdżę butem, jakbym przypieczętowywała własne słowa. Oczywiście wszyscy wiemy, jak długo potrwa moje postanowienie.

Uśmiecham się do telefonu, widząc, jak wszyscy patrzą na mnie z mieszanką rozbawienia i tego wkurzającego współczucia, którego szczerze nienawidzę. Uporządkowałam przeszłość, przynajmniej w moim mniemaniu. Teraz muszę iść do przodu z podniesioną głową. Bliscy wyciągnęli mnie z głębokiego gówna i będę im za to wdzięczna do końca życia.

– Trzymam cię za słowo! Wysyłaj mnóstwo zdjęć i baw się dobrze! – mówi siostra, a jej optymizm jak zawsze podnosi mnie na duchu.

– Tylko uważaj na siebie, kochanie. Dzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować – dodaje mama, z wyraźnym zatroskaniem w głosie.

– Kiedy wracasz? – pyta tata.

– W niedzielę wieczorem, w poniedziałek rano muszę być w pracy. – Wzdycham lekko, wdzięczna za jeden dzień wolnego, choć ten weekend to ledwie namiastka wakacji.

Mama przewraca oczami, udając niezadowolenie.

– Ta twoja szefowa to straszna diablica… – mamrocze, a wszyscy wybuchają śmiechem.

– W tym się z tobą zgadzam, mamo. – Zerkam na zegarek i uśmiecham się. – Dobra, kochani, muszę kończyć. Odezwę się po przylocie. – Macham im do kamery, posyłam całusa i ruszam w stronę wejścia na lotnisko.

Ciągnę mały bagaż podręczny, zmierzając w stronę hali odlotów. Na wielkiej tablicy informacyjnej odnajduję swój lot – start za półtorej godziny.

Kierunek: Hiszpania, a dokładniej Barcelona.

Już sama myśl o ciepłych plażach i hiszpańskim słońcu sprawia, że na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. Tylko ja, moje ulubione bikini i słodki drink z palemką. Przez dwa dni zamierzam leżeć z zamkniętymi oczami na gorącym piasku i nie myśleć o niczym, oddając się błogiemu lenistwu. Zero stresu, zero problemów.

To będzie totalny reset głowy, naładowanie baterii i najlepszy możliwy sposób na oderwanie się od rzeczywistości. Weekend idealny – zarezerwowany wyłącznie dla mnie.

Ustawiam się w kolejce do strefy bezcłowej, gdy telefon w kieszeni zaczyna wibrować. Wyciągam go i od razu przewracam oczami. No jasne. Moja szefowa najwyraźniej nie uznaje czegoś takiego jak „wolny dzień” i chyba żyje w przekonaniu, że mam komórkę przyklejoną do ucha. No cóż, niech dzwoni. I tak nie odbiorę.

Pracuję jako specjalistka od marketingu. Nie jest to spełnienie moich marzeń, ale lubię to, co robię. Mam duszę artystki, więc idealnie odnajduję się w organizowaniu kampanii reklamowych czy eventów.

Gorzej, gdy muszę pracować ze sławnymi osobami i influencerami, którzy zachowują się jak pieprzone gwiazdeczki. Serio, raz jedna celebrytka kazała mi znaleźć wodę mineralną z jak najmniejszą ilością sodu i dżem grejpfrutowy, bo tylko to pasowało do jej jadłospisu. A ja, zamiast powiedzieć, żeby puknęła się w czoło, przez godzinę biegałam po mieście, próbując znaleźć coś, co chyba nawet nie istnieje. Widzieliście kiedyś dżem grejpfrutowy? No właśnie…

Ale nie ma co narzekać – w większości wypadków zaciskam zęby, uśmiecham się i dbam o dobre relacje, bo w tej pracy cierpliwość to podstawa. I umiejętność udawania, że nie chcesz właśnie nikogo udusić.

Przygryzam wargę, trzymając wibrujący telefon. Napięcie narasta, a ja już wiem, że będę miała przez to przesrane. Trudno. Naciskam czerwoną słuchawkę i bez chwili wahania przełączam urządzenie w tryb samolotowy. Koniec tematu.

Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech – pierwszy od dłuższego czasu. Decyzja podjęta. To mój pierwszy wolny weekend od dwóch lat i nikt mi go nie zepsuje.

Odkładam telefon do koszyka z rzeczami i przechodzę przez bramkę, która, jak na złość, wydaje głośny, ostrzegawczy sygnał, mrugając na czerwono. Zerkam na funkcjonariuszkę, która zbliża się do mnie jak burza. Jej surowe spojrzenie mówi wszystko, zanim jeszcze otworzy usta. Wskazuje palcem na pasek przy moich spodniach.

– Proszę to zdjąć – poleca chłodnym tonem, nie patrząc mi w oczy.

Posłusznie zdejmuję pasek i kładę go do koszyka. Kiedy już wydaje się, że mogę iść dalej, na mojej drodze staje rosły mężczyzna z ochrony. Mierzy mnie podejrzliwym spojrzeniem, po czym bez słowa gestem wskazuje, bym podeszła do niego na wyrywkową kontrolę antynarkotykową.

Wzdycham głęboko, czując narastającą frustrację. Ile razy latam, tyle razy trafiam na dodatkowe sprawdzanie! Czy naprawdę wyglądam aż tak podejrzanie? Zatrzymuję się przed ochroniarzem, który w milczeniu przykłada mi coś do dłoni, patrzy na ekran urządzenia, a po chwili macha ręką.

– Może pani iść dalej, wszystko w porządku – burczy, wskazując palcem drogę na strefę bezcłową.

Zbieram swoje rzeczy, czując, jak narasta we mnie irytacja. Szybko zakładam pasek, poprawiam go na biodrach i powtarzam sobie w myślach: Tylko ja, moje bikini i drink z palemką. Przymykam powieki, na moment zatrzymując się w tej wizji – gorący piasek, szum fal, zero zmartwień.

Cały weekend dla siebie.

Przypominam sobie, że nie ma nikogo ani niczego, co mogłoby mi popsuć ten plan. I to uczucie spokoju zaczyna powoli mnie wypełniać. Uśmiecham się pod nosem, a napięcie w ciele ustępuje. Zdecydowanie muszę to powtarzać jak mantrę przez najbliższe dni. Z takim nastawieniem nic nie będzie w stanie zrujnować mi humoru. Z wysoko podniesioną głową i pewnym krokiem ruszam w stronę strefy bezcłowej.

Mój wzrok natychmiast przyciągają błyskotki w pobliskim sklepie – złota biżuteria lśni kusząco, ale, nie oszukujmy się, są rzeczy ważne i ważniejsze. A jedzenie zawsze wygrywa. Zapach świeżo mielonej kawy i wypieków uderza mnie w sekundę, gdy mijam kawiarnię. Wystarczy jeden wdech, bym zapomniała o całym świecie. Sprawdzam czas – mam go aż nadto. Idealnie.

Nie czekam ani sekundy dłużej i kieruję się prosto do gabloty z deserami. Moje oczy przeskakują od jednego cuda do drugiego: kremowe babeczki, sernik baskijski, tort czekoladowy, tarta z marakują… Nie ma szans… Jak mam zdecydować?!

– Potrzebuje pani pomocy? – pyta baristka, której plakietka głosi „Erica”.

– Raczej cudu – mówię, nie odrywając wzroku od gabloty. – Jak można wybrać tylko jedno?

Erica parska śmiechem.

– Znam ten ból. Sprzedajemy również w mniejszych porcjach, może pani wziąć na przykład dwa różne wypieki.

Otwieram szerzej oczy, a ślina napływa mi do ust.

– Teraz to brzmi jak najlepszy początek dnia – przyznaję, wskazując na sernik i tartę. – Poproszę te dwa. I duże latte.

Dziewczyna przytakuje skinieniem i podaje mi numerek zamówienia.

– Przyniosę wszystko do stolika. Proszę usiąść.

Kiwam głową i rozglądam się za wolnym miejscem. Kawiarnia jest niewielka, ale ma w sobie coś przytulnego. Wpada tu dużo światła, a w powietrzu unosi się zapach kawy, czekolady i nutki cynamonu.

Wybieram stolik, siadam i wygodnie opieram się na krześle. Ruch tutaj jest nieustanny, ktoś w pośpiechu dopija espresso, ktoś inny poprawia okulary przeciwsłoneczne, wczytując się w przewodnik turystyczny. Z jednej strony słyszę język francuski, który od razu przyciąga moją uwagę, ale tuż obok dwie kobiety rozmawiają po angielsku, wymieniając się wrażeniami z podróży.

Sięgam do torby i wyciągam notatnik oraz długopis. Wiem, że to idealny moment, by skupić się na zaplanowaniu przyszłego tygodnia. Później nie będę miała do tego głowy.

Organizacja dużego eventu wymaga ode mnie kreatywności i precyzji. Każdy szczegół musi być dopracowany – od wyboru lokalizacji, przez zaproszenia dla gości, aż po współpracę z zespołem. Zamykam na chwilę oczy, próbując przywołać pomysły, które kłębiły się w mojej głowie przez ostatnie dni. Muszę to wszystko sobie poukładać, zanim coś niechcący mi umknie.

Z zamyślenia wyrywa mnie cichy stukot filiżanki. Odwracam wzrok i widzę Ericę, która z uśmiechem podchodzi do mojego stolika. Na tacy lśnią kawa i dwa kawałki ciast.

– Proszę, smacznego.

Spoglądam na słodkości. Wyglądają przepysznie. Tarta, którą uwielbiam i jadłam już wiele razy w różnych miejscach, ma złocistą skórkę i świeżą marakuję na wierzchu. Jednak to sernik baskijski przyciąga moją uwagę. Ma delikatne, lekko przypieczone brzegi, które wyglądają tak, jakby były dokładnie dopracowane, by zapewnić idealną konsystencję środka.

Dziękuję dziewczynie, a ta z uśmiechem kiwa głową i odchodzi. Biorę pierwszy kęs sernika, a smak rozpływa się w ustach jak prawdziwa magia. Rozszerzam oczy w zdumieniu… jest fantastyczny. Kremowy, z lekką nutą karmelizowanej skórki cytryny, idealnie zbalansowany smak. Przymykam powieki, a z moich ust wydobywa się cichy pomruk zadowolenia.

Nagle wybucham śmiechem, bo przypominam sobie o dobrze płatnym zleceniu, które zgodziłam się przyjąć kilka miesięcy temu jako modelka. Czasem, gdy nadarza się okazja, chętnie korzystam z takich dodatkowych źródeł zarobku. Trzymanie formy? Zdecydowanie, ale to już po weekendzie. Z uśmiechem na ustach delektuję się każdym kolejnym kęsem ciasta i popijam je kawą.

Uwielbiam takie bomby kaloryczne!

Dokładnie w tym samym momencie mój wzrok przyciąga sylwetka po drugiej stronie kawiarni. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna stoi w kolejce do kasy, nonszalancko opierając się o blat. Trzyma telefon w dłoni i bez większego zainteresowania przewija coś kciukiem.

Skłamałabym, mówiąc, że nie jest przystojny. Jest przerażająco przystojny. Nie w sposób wymuskany i sztuczny – ma w sobie coś surowego i drapieżnego. Może to przez ostre rysy twarzy, wyraźnie zarysowaną szczękę albo sposób, w jaki jego ciemne włosy opadają mu na czoło – niedbale, jakby przeczesał je palcami tuż przed wejściem do kawiarni.

Mój wzrok przesuwa się niżej. Szerokie ramiona, wysportowana sylwetka. Ubrany prosto, bez zbędnego kombinowania – czarna kurtka ze skóry, zwykła biała koszulka opinająca mięśnie i ciemne spodnie.

Wpatrzony w ekran telefonu nagle unosi kącik ust w zadziornym uśmiechu.

Nic wielkiego. Błahy, mimowolny gest, a jednak… coś ściska mnie w żołądku. Moje serce, zupełnie bez powodu, postanawia przyspieszyć. Mrugam, próbując wyrzucić z głowy irracjonalne myśli.

W końcu mężczyzna dostaje swoją kawę.

Erica prostuje się gwałtownie, a jej policzki nabierają wyraźnego rumieńca. Mruga szybko, jakby próbowała przetworzyć to, co właśnie usłyszała, a potem rzuca mu nieporadne „miłego dnia”, które brzmi bardziej jak pytanie niż pożegnanie.

On tylko uśmiecha się pod nosem i odchodzi, zostawiając ją z miną, jakby właśnie dotknęła żywego ognia.

Siada przy jednym z odległych stolików, zupełnie nieświadomy – albo właśnie doskonale świadomy – że nie tylko Erica straciła na moment zdolność logicznego myślenia.

Patrzę na niego kątem oka.

Opiera się wygodnie. Przez chwilę wpatruje się w telefon, ale nie wygląda na kogoś, kto się w nim zatracił. Zbyt czujnie rozgląda się po lotnisku, co chwilę unosi wzrok, badając sytuację dookoła. Robi to szybko, niemal mechanicznie.

Doskonale to widzę.

Co jakiś czas lekko skupia wzrok, jakby wyłapywał znajome twarze lub analizował reakcje tłumu. Czy na kogoś czeka? A może się upewnia, że to jego nikt nie zauważył?

I wtedy nasze spojrzenia się spotykają.

Nie patrzy na mnie dłużej, niż to konieczne, choć nie odwraca się od razu. Sekunda, może dwie. Wystarczająco, żebym poczuła ukłucie czegoś, czego nie potrafię nazwać.

A potem – wraca uwagą do telefonu. Jakby nic się nie stało.

Tylko że coś się stało.

Czuję to w napięciu ramion, w przyspieszonym oddechu, w tym dziwnym uczuciu, że – chociaż się nie znamy – coś mnie do niego przyciąga.

Odchrząkuję cicho. Prostuję się i spuszczam wzrok na notatnik.

Długopis przesuwa się po papierze, ale nie mam pojęcia, co właśnie napisałam.

Mija minuta. Potem kolejna. Powoli wracam do rzeczywistości.

I wtedy ktoś podchodzi.

Cień przesuwa się po blacie stolika.

Podnoszę głowę i… patrzę prosto na tego mężczyznę.

Rozdział 2

Jak masz na imię?

Jasper

Wczesny poranek przed wylotem

Otwieram oczy, a pierwsze, co uderza w moje zmysły, to słodki, niemal duszący zapach perfum – wanilia zmieszana z czymś cięższym, może ambrą. Mdli mnie. Nie wiem, czy to przez kaca, czy przez ten zapach, który wydaje się wręcz gryzący.

Chcę się podnieść, ale coś mnie przytrzymuje. Nie coś… ktoś. Przekręcam głowę i widzę jasne, splątane włosy rozsypane na moim ramieniu. Przez moment próbuję poskładać w całość ostatnie godziny. Wczorajszy wieczór niknie w serii urwanych obrazów i dźwięków: głośne śmiechy, oślepiające światła baru, kumple poklepujący mnie po ramieniu. Świętowaliśmy zakończenie sezonu… a ja najwyraźniej straciłem kontrolę.

Mocniej zaciskam powieki, usiłując stłumić pulsujący ból głowy, ale to tylko pogarsza sprawę, jakby ktoś wbijał mi igły w każdą stronę czaszki. Kac zdaje się osobnym bytem, bezlitośnie torturującym mnie za wczorajsze decyzje. W głowie mam totalną pustkę. Pamiętam jedynie migawki wspomnień, które niewiele mi mówią.

Zerkam na dziewczynę. Twarz skrywa się za kosmykami włosów, a jej nagie ciało ledwo zasłania cienki materiał prześcieradła.

Nie mam pojęcia, kim ona jest. Patrzę na nią bez śladu emocji. Wczoraj musiało być inaczej… Po alkoholu włącza mi się tryb casanovy – uśmiechy, rozmowy, flirt – i to zawsze kończy się w łóżku. Ale teraz jej obecność jedynie mnie drażni.

Rozglądam się po pokoju. Porozrzucane ubrania, moje, jej, trudno powiedzieć, co jest czym. Na podłodze leżą przewrócone butelki po winie, pusta szklanka, kilka kieliszków.

To musiała być naprawdę długa noc.

Delikatnie wysuwam rękę spod jej włosów, starając się nie wydać żadnego dźwięku, ale jak na złość, ona się porusza, przeciąga i otwiera oczy. Patrzy na mnie z lekko rozmazanym, ale zarazem zalotnym spojrzeniem, mrużąc powieki, jakby to była część jakiejś gry. Unoszę brew, starając się wykrzesać choćby cień zainteresowania, ale czuję, że to nie ma sensu.

– Masz ochotę na powtórkę? – Jej głos jest niski, a uśmiech, którym mnie raczy, ma w sobie coś dziwnego.

Kładzie dłoń na mojej klatce piersiowej, przesuwa ją powoli, jakby miała do tego pełne prawo. Zbliża się, nachylając nad moją szyją, którą zaczyna delikatnie kąsać. Sprawdza, czy w ogóle zareaguję. Ale jedyne, co czuję, to rosnące zażenowanie.

Jak ona ma na imię? Melisa, Miranda… Kurwa, nie mam pojęcia.

Próbuję przebić się przez mgłę w głowie, ale bez skutku. Cholera, nic. Im dłużej się jej przyglądam, tym bardziej wiem, że ona w ogóle mnie nie obchodzi. Wczoraj pewnie wydawała mi się fascynująca, może nawet intrygująca, bo coś musiało mnie do niej przyciągnąć. Teraz chcę jedynie, żeby jak najszybciej opuściła mój pokój.

Wzdycham ciężko i odsuwam się od niej. Z irytacją unosi brwi, patrząc na mnie z wyrzutem.

– Wczoraj byłeś bardziej chętny – mówi z pretensją w głosie. Jej spojrzenie stało się zimne, w sekundę zmieniając ją w zupełnie inną osobę.

– Dzisiaj już nie jestem – odpowiadam obojętnie, zeskakuję z łóżka i sięgam po spodnie. – Możesz już sobie iść, Melisa – dodaję, nie podnosząc nawet wzroku w jej kierunku.

– Mam na imię Melania, ty kutasie! – warczy, zaciskając dłonie w pięści, i rzuca mi spojrzenie pełne nieskrywanej wściekłości.

Odwracam się w jej stronę, poprawiam pasek i unoszę brew z ironicznym uśmieszkiem.

– O widzisz, pamiętałem, że coś na M – odpieram i nie staram się nawet ukryć kpiącego tonu. Zachowuję się jak skończony palant, ale z jakiegoś powodu wiem, że tylko w ten sposób uda mi się ją spławić.

Głośne i energiczne pukanie do drzwi ratuje mnie z tej niezręcznej sytuacji. Całe szczęście. Nie zdążyłem nawet pomyśleć, co zrobić, kiedy do pokoju hotelowego wpadają Kevin i Caleb, moi kumple z drużyny.

– Stary, jeszcze nie gotowy?! – krzyczy Kevin, ledwo przekraczając próg.

– Za niecałą godzinę mamy samolot, musimy się pospieszyć… – Caleb urywa, gdy spogląda to na mnie, to na Melanię.

Na ich twarzach pojawia się ta głupkowata mina łącząca rozbawienie z lekkim zażenowaniem. Z przewagą tego pierwszego. Mam świadomość, że przez najbliższy tydzień będą mieć ubaw z tej sytuacji.

Kevin teatralnie salutuje Melanii, a jego uśmiech rozciąga się od ucha do ucha. Przewracam oczami, ale ja też z trudem potrafię powstrzymać śmiech.

– Przepraszamy, że wpadamy bez zapowiedzi. Jesteśmy nieokrzesani, proszę wybaczyć – mówi, a jego pełen sarkazmu ton sprawia, że Melania jeszcze bardziej się krzywi.

– Nie szkodzi, właśnie wychodziłam – oznajmia lodowato, posyłając mi pełne furii spojrzenie. – Ten kutas… – Wskazuje na mnie ręką i z obrzydzeniem krzywi usta. – …nie zasłużył na ani chwilę dłużej w moim towarzystwie.

Unoszę brew i rzucam swobodnie:

– Jeszcze… – Zerkam na zegarek. – …pięć minut temu chciałaś tego kutasa z powrotem.

Na chwilę zapada cisza tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Kevin i Caleb długo tego nie wytrzymują. Jeden po drugim zaczynają się krztusić tłumionym śmiechem. Melania zaciska usta i z jadem w głosie warczy:

– Pierdolone piłkarzyki!

Z gracją zbiera swoje rzeczy, każdym ruchem dając nam do zrozumienia, żeby lepiej do niej nie podchodzić. Przed wyjściem wystawia w moim kierunku środkowy palec, na co unoszę dłoń i z uśmiechem jej macham. Trzaska drzwiami tak mocno, że prawie wyrywa je z zawiasów.

Gdy znika za nimi, moi kumple wybuchają głośnym, niepowstrzymanym śmiechem, a Kevin opada na kanapę, ledwo łapiąc oddech.

– Coś ty zrobił tej biednej dziewczynie? – pyta Caleb z rozbawieniem.

Wzruszam ramionami, starając się wyglądać na obojętnego, choć cała sytuacja wydaje mi się dziwnie zabawna.

– Nic wielkiego. Nie pamiętam, co działo się wczoraj. Jej obecność i tak była męcząca, więc dzięki wam szybciej opuściła pokój.

Kevin unosi brew, wyraźnie nieprzekonany.

– Mogłeś to zrobić delikatniej, bo inaczej każdą laskę będziesz miał tylko na jeden wieczór.

– Nic nie poradzę na to, że każda jest głupia i płytka – odpowiadam, ściągając ostatnie rzeczy z łóżka. – Jestem facetem, mam swoje potrzeby. Korzystam z tego, co mi dają.

Kevin się śmieje, a Caleb przewraca oczami.

Niebawem mamy opuścić Paryż i lecieć do Barcelony, żeby uczcić zakończenie sezonu. Gramy razem we francuskiej drużynie piłkarskiej Olympique Lyon, a po intensywnym sezonie w Ligue 1 zasłużyliśmy na chwilę przerwy. Dołączą do nas jeszcze dwaj przyjaciele z innego klubu i cała nasza piątka zamierza w pełni wykorzystać te wolne dni.

Zamykam walizkę, gotów do wyjścia.

– Gotowy? – pyta Caleb, sprawdzając po drodze, czy gdzieś nie zostawiłem swoich rzeczy.

– Gotowy – odpowiadam, zakładając okulary przeciwsłoneczne. – Chodźmy, panowie. Czas zdobyć Barcelonę.

Po pięciu minutach jesteśmy już w samochodzie Kevina, który wynajął szofera, by nie zostawiać auta na lotniskowym parkingu. Uznaliśmy, że jazda taksówką to zbyt duże ryzyko, bo we Francji jesteśmy już wystarczająco rozpoznawalni. Woleliśmy uniknąć niewygodnych pytań ze strony taksówkarza, który próbowałby wyciągnąć od nas informacje odnośnie do klubu, transferów i zawodników…

Już przy samym wejściu na lotnisko czuję na sobie ciekawskie, natarczywe, a niekiedy oceniające spojrzenia. Kilka osób rozpoznaje nas, jeszcze zanim zdążymy dojść do odprawy. Jakiś facet zatrzymuje się na środku i spogląda, jakby nie do końca wierzył, że to naprawdę my. Kevin i Caleb zwykle nie mają z tym problemu. Pozują, rozdają autografy, nie sprawia im to żadnego problemu.

Ja? Mam dość. Marzę tylko o tym, by przejść przez tę cholerną odprawę bez żadnej zaczepki.

Oczywiście, jak zawsze, jest inaczej.

Wzdycham ciężko i korzystając z chwilowego zamieszania, kiedy wszyscy rzucili się do rozmowy z Kevinem, odwracam się na pięcie i ruszam w stronę małej kawiarenki tuż za strefą odprawy.

Naciągam kołnierz kurtki, próbując schować twarz… jakby to naprawdę coś zmieniało…

Ale jakimś cudem – udaje się.

Nikt mnie nie zauważa.

Po wejściu do kawiarni odczuwam ulgę. Całe napięcie znika, gdy zamykam za sobą drzwi. W środku panuje spokój – tylko cichy szum rozmów i delikatny dźwięk mielenia kawy w tle. Poprawiam kołnierz, napięcie we mnie powoli opada. Po chwili ruszam w stronę lady.

Za kasą stała młoda dziewczyna z krótkimi, ciemnymi włosami. „Erica”, odczytuję z plakietki. Spogląda na mnie z szerokim uśmiechem.

– Co podać?

– Espresso – odpowiadam, starając się nie zdradzić zniecierpliwienia, które jeszcze tli się w środku. Wszystko, czego teraz potrzebuję, to chwila ciszy i trochę kofeiny.

– Zaraz przygotuję. – Rusza w stronę ekspresu.

Sięgam po telefon i przeglądam wiadomości. Na ekranie pojawia się wiadomość ze zdjęciem. „Strzeliłem dzisiaj dwa gole”. Uśmiecham się lekko pod nosem i od razu wystukuję odpowiedź.

Kiedy unoszę wzrok, dziewczyna już stoi przede mną z filiżanką kawy. Jej policzki są lekko zaróżowione, jakby speszyła się moim spojrzeniem, ale nie odwraca wzroku. Wręcz przeciwnie – na jej twarzy pojawia się subtelny uśmiech.

– Proszę.

– Dzięki, Erica – odpowiadam z lekkim uśmiechem, puszczając jej oczko. Zauważam, jak rumieniec na jej twarzy staje się jeszcze wyraźniejszy.

– Miłego dnia – mówi nieco drżącym głosem.

Przysiadam na uboczu przy jednym z małych stolików. Jest przyjemnie cicho, mogę się chwilowo rozkoszować spokojem, czekając na swój lot, bez spojrzeń, fleszy i nieustających pytań. Obserwuję z daleka kumpli, wciąż rozmawiają z fanami. Kevin gestykuluje i śmieje się w swoim stylu, a Caleb najwyraźniej tłumaczy coś, pokazując na zegarek.

Chociaż tutaj mogę chwilę odpocząć. Upijam łyk kawy i opieram się wygodnie.

Nagle coś miga mi w polu widzenia. Dziewczyna przy stoliku dwa miejsca dalej. Siedzi z kawą w dłoniach.

Jasne włosy związała w luźny kok, kilka kosmyków opada jej na twarz. Nawet nie wiem, kiedy zacząłem zerkać w jej stronę częściej, niż powinienem.

Zupełnie nie przypomina dziewczyn, które zazwyczaj obracają się w moim towarzystwie. Bez mocnego makijażu, sztucznych rzęs i wyzywających ubrań, a jednak… przyciąga wzrok. Może właśnie dlatego, że nie próbuje tego robić.

Coś mnie ciągnie, żeby spojrzeć jeszcze raz.

I jeszcze jeden.

Bez sensu.

W pewnym momencie podnosi głowę, jakby coś wyrwało ją z zamyślenia. I wtedy nasze spojrzenia się spotykają.

Żadne z nas się nie porusza. Sekunda, może dwie.

Potem odwracam wzrok, jak gdyby nigdy nic.

Po chwili jednak unosi filiżankę do ust, a ja postanawiam udawać, że wcale nie zostałem przyłapany na patrzeniu. Odruchowo przenoszę spojrzenie… na stolik.

Tak, kurwa, gapię się na stolik. Świetnie.

Może jeszcze zacznę analizować, z jakiego drewna jest zrobiony? Co ze mną?

Ja pierdolę. To zupełnie nie w moim stylu. Ja, pewny siebie facet, który bez wahania podchodzi do kobiet i doskonale wie, jak przyciągnąć ich uwagę.

A jednak coś w tej dziewczynie sprawia, że czuję… zawstydzenie?

Zastanawiam się przez chwilę, co takiego we mnie poruszyła. Może to sposób, w jaki przygląda się innym, albo to, że wygląda, jakby nie przejmowała się światem wokół.

Zanim zdążę to przemyśleć, wstaję i zbliżam się do jej stolika, ledwie tego świadom. To wydarzyło się samo. Kilka chwil później zdaję sobie sprawę, że po prostu… stoję z filiżanką kawy w dłoni, patrząc na nią jak totalny kretyn.

Spogląda na mnie spod rzęs, unosząc jedną brew w delikatnym zaskoczeniu.

Przez krótką, ale niewyobrażalnie niezręczną chwilę wpatruję się w nią jak idiota, który nagle zapomniał, jak się mówi. W głowie mam tylko jeden obraz – człowieka po udarze słonecznym. Tak mniej więcej muszę wyglądać.

– Mogę w czymś pomóc? – pyta, a w jej głosie pobrzmiewa coś między rozbawieniem a lekką konsternacją. Przechyla głowę, jakby naprawdę się zastanawiała, czy przypadkiem nie potrzebuję pomocy medycznej. To otrzeźwia mnie skuteczniej niż kubeł zimnej wody.

Z bliska wygląda jeszcze lepiej. Jest… piękna. Piękna w sposób, który nie potrzebuje żadnych dodatków. Nie jak jedna z tych wyszlifowanych perfekcji, które można znaleźć na Instagramie. Ma delikatne piegi na nosie, a jej duże, zielone oczy są jak studnia, w którą można patrzeć bez końca. A te usta, pełne, kuszące… Cholera, ona jest po prostu… doskonała.

– Och, tak, oczywiście… znaczy nie – mamroczę, starając się zebrać myśli. – Chciałem powiedzieć, że podszedłem, bo… no, twoja kawa wygląda świetnie. W sensie… kawa, którą ty pijesz. – Z trudem powstrzymuję się od uderzenia się w czoło.

Serio, co ze mną nie tak? Wstrzymuję oddech, daję sobie w myślach mentalnego liścia w twarz i postanawiam zacząć jeszcze raz.

– Przepraszam, miałem chwilowy zanik mózgu. – Staram się brzmieć pewnie, chociaż w środku nadal czuję się trochę zmieszany. – Podszedłem, bo… chciałem zaproponować wspólną kawę i… może jakieś ciasto? Jeśli oczywiście masz ochotę – dodaję, wskazując na witrynę pełną słodkości.

Patrzy na mnie przez chwilę, próbując chyba ocenić, czy naprawdę jestem normalny, po czym jej usta formują się w lekki uśmiech.

– Już myślałam, że trzeba będzie wzywać karetkę – rzuca z wyraźnym rozbawieniem, a jej uśmiech poszerza się, gdy przygląda mi się z błyskiem w oku.

Odwzajemniam gest, czując, że napięcie powoli znika.

– Cóż, przynajmniej nie jestem aż tak tragiczny, skoro się śmiejesz – odpowiadam, nadając głosowi lekki, żartobliwy ton. – To na jakie ciastko masz ochotę? – Na powrót przybieram opano­wany do perfekcji i sprawdzony nonszalancki wyraz twarzy.

Na początku jej uśmiech był ciepły i wyglądała na szczerze rozbawioną moją niezręcznością. Ale gdy tylko dostrzega, że moje zamiary mogą być czymś więcej niż zwykłą rozmową, wyraz jej twarzy się zmienia. Cała jej otwartość znika, a w oczach pojawia się chłodny błysk, jakby nagle przełączyła się na tryb obronny.

– Dzięki – rzuca oschle, odstawiając filiżankę na stolik, jakby chciała zakończyć naszą rozmowę tak szybko, jak to możliwe. – Już zjadłam i nie jestem zainteresowana ani towarzystwem, ani ciastkiem. Wybacz. – Przenosi wzrok na leżący obok notes, który natychmiast otwiera.

Ignorując mnie zupełnie, zaczyna coś pisać od niechcenia. Moja obecność najwyraźniej w ogóle nie robi na niej wrażenia.

To coś, czego wcześniej nie doświadczyłem. Zwykle ludzie wręcz zabiegają o moją uwagę, chociaż może nie w taki sposób. A ona? Jest całkowicie obojętna na zaczepki. I może to chłodne, nieco wyniosłe podejście sprawia, że w tej chwili mam nieodpartą chęć, by dowiedzieć się o niej absolutnie wszystkiego.

– Jak masz na imię? – pytam całkowicie wbrew logice.

Powinienem dać jej spokój, ale coś zmusiło mnie, by zadać to pytanie. Jestem świadomy, że zachowuję się jak natręt, ale po raz pierwszy w życiu czuję, że muszę kogoś poznać.

Spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami. Zupełnie nie spodziewała się mojego pytania. W jej oczach pojawia się mieszanka zaskoczenia i… irytacji?

Długopis zawisł nad notatnikiem, a ona przez chwilę wygląda, jakby się zastanawiała, czy w ogóle warto mi odpowiedzieć.

– Słucham? – pyta chłodnym tonem. – Co cię to obchodzi?

W tej sytuacji każda normalna osoba pewnie by zrezygnowała, odwróciła się na pięcie i odeszła. Ale ja nie do końca jestem normalny. Jej lekceważenie sprawia, że jeszcze bardziej się nakręcam. Nie mam zamiaru odpuścić.

– Ciekawość – odpieram spokojnie, starając się brzmieć lekko i niewzruszenie. – Ale jeśli wolisz, to mogę zgadywać.

Znów na mnie patrzy – tym razem bardziej rozbawiona, ale wciąż z wyraźnym dystansem.

– Zgadywać? Naprawdę? – Marszczy brwi, opierając podbródek na dłoni, jakby to, co mówię, zaczynało być dla niej równie dziwaczne, co zabawne. – A co, jeśli nigdy nie zgadniesz?

– Wtedy będę musiał wykazać się kreatywnością, a nieskromnie mówiąc, jestem szalenie kreatywny. – Wzruszam ramionami. – Albo… ty po prostu przerwiesz moje cierpienia i się przedstawisz.

Zamyka notatnik z cichym trzaskiem, jakby to był sygnał, że poświęciła mi wystarczająco dużo uwagi. Unosi kącik ust w uśmiechu, który jest równie uprzejmy, co lodowaty.

– Posłuchaj, zgadywaczu – akcentuje ostatnie słowo z nutką ironii. – Nie jestem zainteresowana poznawaniem nowych ludzi na lotniskach. Ani w kawiarni, ani… właściwie gdziekolwiek indziej. Więc może darujmy sobie zgadywanki, dobrze?

Dobra jest. Podoba mi się.

– Cóż, nie wiedziałem, że dzisiaj dostanę lekcję pokory, ale zawsze warto nauczyć się czegoś nowego – mówię z nutą rozbawienia. – Nie chciałem być natrętem, ale powiedzmy sobie szczerze, nie ułatwiasz sprawy. Zawsze jesteś taka wymagająca czy to tylko specjalna oferta dla mnie? – Lekko się uśmiecham. – Przynajmniej nie zaprzeczyłaś – zauważam, pochylając się lekko. – To daje mi cień nadziei, że może nie jestem aż tak beznadziejny.

Śmieje się krótko, próbując ukryć prawdziwe rozbawienie, ale błysk w jej oczach zdradza, że moja uwaga trafiła w punkt.

– Może trochę – odpiera nieco łagodniejszym tonem.

Zanim zdążę cokolwiek dodać, wstaje i zaczyna pakować swoje rzeczy.

Nawet na mnie nie spogląda, ale tuż przed odejściem zatrzymuje się na ułamek sekundy.

– Miło było… ciebie nie poznać – rzuca przez ramię, a potem, już ciszej, dodaje z lekkim rozbawieniem: – Przynajmniej próbowałeś.

Patrzę, jak odchodzi, a na mojej twarzy pojawia się mimowolny uśmiech. Nieznajoma zdecydowanie nie jest kimś, kogo łatwo można zignorować.

Bardziej jednak przeraża mnie myśl, że naprawdę bardzo chcę ją znowu zobaczyć.

I coś mi mówi, że jeszcze się spotkamy.

To nie koniec. To dopiero początek.

Rozdział 3

Bienvenida a Barcelona!

Nina

Nigdy nie zrozumiem fenomenu pasażerów samolotu, którzy na odgłos kół stykających się z pasem wpadają w rodzaj zbiorowej gorączki – coś jak wyścig o przetrwanie. W momencie gdy tylko samolot dotknie ziemi, siedzący wokół mnie ludzie jak na komendę wstają, sięgają po bagaże i nie wiedzieć czemu zaczynają przeciskać się do przejścia, blokując przy tym absolutnie wszystkich.

Przewracam oczami. Jaki to ma sens? Żaden. Przecież nikt nie opuści tej metalowej puszki szybciej niż pozostali. I tak wszyscy w końcu skończymy w tym samym miejscu – przy taśmie bagażowej!

Patrzę na nich z politowaniem. Stoją jak osły, popychają się, usiłując wypracować centymetr przewagi – jedyne, co osiągają, to coraz bardziej nerwowa atmosfera.

Ludzka głupota naprawdę nie zna granic. Tego jestem absolutnie pewna.

Obok mnie siedzi mężczyzna, który z wyraźnym rozbawieniem obserwuje kłótnię kilka rzędów dalej. Starsza kobieta ostro zwraca uwagę młodemu chłopakowi, bo „niewystarczająco uważał” i nadepnął jej na stopę. On coś odburkuje, ale ona nie odpuszcza – zaczyna się kolejna słowna przepychanka.

Może następnym razem lepiej zostać na miejscu – myślę, widząc jej irytację.

I właśnie o to mi chodzi. Wystarczyłoby, żeby każdy siedział na dupsku i po prostu poczekał, aż samolot się zatrzyma, a drzwi otworzą. Przecież nikt nie zamknie ich przed nosem i nie wystartuje z powrotem w chmury.

Wzdycham ciężko i wracam myślami do notatnika. Po chwili jednak przed oczami znów pojawia mi się scena z kawiarni…

Facet był… no cóż, w innych okolicznościach może pozwoliłabym sobie na niewinny flirt. Ale to jeszcze nie ten moment. Nie jestem gotowa na kolejne znajomości, na cokolwiek więcej.

Co nie zmienia faktu, że zrobił na mnie wrażenie.

Zerkam na zegarek. Piętnaście minut. Wokół zrobiło się luźniej, awanturnicy zniknęli.

Wstaję z miejsca, zabieram swoje rzeczy i kieruję się w stronę wyjścia. Stewardesa zauważa mnie, uśmiecha się szeroko z pełnym profesjonalizmem i żegna słowami:

– Dziękujemy za wspólny lot, życzymy miłego pobytu w Barcelonie.

Uśmiecham się do niej delikatnie, ale moje spojrzenie zatrzymuje się dłużej na jej uniformie, idealnie ułożonych włosach spiętych w kok. Stewardesa… Kiedyś sama o tym marzyłam. Jako nastolatka wyobrażałam sobie, jakie to musi być ekscytujące – podróże, nowe miejsca, codziennie inni ludzie.

No i uwielbiam latać! A do tego znam trzy języki: angielski, francuski i włoski, więc komunikacja nie stanowiłaby żadnego problemu.

Przez lata wydawało mi się, że to idealna praca. Ale w końcu przyszła dorosłość i… cóż, zaczęłam patrzeć na to trochę inaczej. Ciągłe życie na walizkach? Brak stabilizacji? To już nie brzmi tak bajkowo. Lubię mieć swoje miejsce, czuć, że gdzieś należę, mieć zaplanowany dzień, tydzień, miesiąc.

Mimo to gdzieś głęboko we mnie wciąż tli się ta dawna fascynacja. Może nigdy nie zaaplikowałam na stanowisko stewardesy, ale za każdym razem, gdy wsiadam do samolotu, przez ułamek sekundy myślę: A co, gdyby…?

Poprawiam torbę na ramieniu, biorę głęboki oddech i przekraczam próg maszyny. Zaraz po wyjściu uderza we mnie gorące powietrze.

Jestem w Barcelonie!

Świadomość, że mam te dni tylko dla siebie, napawa mnie ekscytacją. Muszę maksymalnie wykorzystać ten czas, czerpać z niego pełnymi garściami. Nie wiadomo, kiedy znów dostanę wolne, a patrząc na to, że nie odebrałam telefonu od mojej szefowej-diablicy, raczej nieprędko się to zdarzy.

Patrzę w niebo, nie ma ani jednej chmury. Promienie przyjemnie muskają moją twarz. Zamykam na chwilę oczy, uśmiecham się i pozwalam, by ten moment całkowicie mnie pochłonął.

Rozpływam się w nim. Tego mi było trzeba – ucieczki od codzienności, zgiełku i obowiązków. Tylko ja, słońce i miasto pełne obietnic.

Podchodzę do taksówek, które czekają tuż przed terminalem. Wskakuję do jednej, rzucam kierowcy szybkie Buenos días i podaję adres hotelu. Zamykam za sobą drzwi, samochód rusza, a ja czuję, jak Barcelona zaczyna wchodzić we mnie powoli, krok po kroku, każdą mijaną ulicą i każdym zakrętem.

Miasto tętni życiem, choć jest dopiero późny poranek. Wszędzie widać ludzi: turystów z aparatami w rękach, mieszkańców spieszących się do pracy, a w kawiarniach na każdym rogu siedzą osoby, które żywo o czymś dyskutują.

Kolorowe kamienice, pomalowane na różne odcienie pastelowych barw, odbijają promienie słońca. Podziwiam miasto zza szyby i już wiem, że skradło moje serce bez reszty. Po chwili zauważam La Sagrada Família – bazylikę, której wieże znikają w chmurach. Jest taka majestatyczna i ogromna, że aż zapiera dech w piersi. Z każdą chwilą coraz bardziej czuję, że to miejsce będzie miało na mnie magiczny wpływ.

Naciskam guzik i pozwalam, by szyba zjechała maksymalnie w dół, rzucam ukradkowe spojrzenie na kierowcę, jakbym prosiła go o pozwolenie na mały wybryk. Mężczyzna nie reaguje, więc bez wahania dotykam gumki i rozpuszczam włosy. Wychylam głowę na zewnątrz, czując, jak wiatr rozwiewa moje długie blond kosmyki.

Przymykam oczy, chłonąc każdą chwilę. Zatrzymujemy się w korku – moment idealny, by przyjrzeć się temu, co dzieje się wokół. Uliczny hałas miesza się z dźwiękami rozmów i śmiechów, a wszystko to pulsuje w rytm muzyki granej na gitarze na rogu. Po tylu dniach zgiełku mam wrażenie, że życie w Barcelonie toczy się w zupełnie innym tempie.

W głowie układam plan na najbliższe dni: przespaceruję się po Las Ramblas, odwiedzę park Gaudiego, spróbuję tutejszych tapas i zobaczę, co Barcelona ma jeszcze do zaoferowania. Wiem, że nie będę się nudzić, bo to miasto mówi mi „żyj teraz”, a ja zamierzam to zrobić w pełni. Szeroko się uśmiecham, czując błogą pewność, że ta wyprawa będzie wyjątkowa.

Nagle słyszę, jak taksówkarz mówi coś po hiszpańsku. Jego spojrzenie spotyka moje w lusterku.

– Eres hermoso – mówi z uśmiechem, który sprawia, że jego twarz staje się bardziej przyjazna. – Y con esa sonrisa toda­vía más.

Czuję, że rumienię się lekko, a uśmiech mimowolnie pojawia się na moich ustach.

W głowie tłumaczę sobie: „Piękna jesteś. A z tym uśmiechem tym bardziej”.

Nie znam hiszpańskiego, tylko podstawy, ale tyle wystarcza, by się dogadać.

– Gracias – odpowiadam, szeroko się uśmiechając.

Nie zauważyłam nawet, kiedy podjechaliśmy na miejsce.

Hotel Arts Barcelona.

Przez ostatnie miesiące odkładałam na ten wyjazd, marząc o chwili luksusu, a teraz jestem tutaj, przed jednym z najbardziej prestiżowych hoteli Barcelony.

Po opuszczeniu taksówki od razu otacza mnie aura elegancji i wyrafinowania. Widać to już w fasadzie budynku – nowoczesna i lśniąca w słońcu wysoka konstrukcja robi ogromne wrażenie. Gdy stawiam stopę na gładkim chodniku przed wejściem, dostrzegam marmurowe schody prowadzące do prze­stronnego lobby.

Wnętrze jest dopracowane w każdym calu. Wysokie, przeszklone okna wpuszczają strumienie światła, a elegancko ubrany personel wita mnie profesjonalnym uśmiechem. Otoczenie pachnie kwiatami i subtelnymi perfumami. Nie mogę powstrzymać się przed spojrzeniem w górę – każdy szczegół zdaje się mówić, że to miejsce jest wyjątkowe, stworzone, by zachwycać. Odwzajemniam uśmiech obsługi i przekraczam próg lobby, czując się trochę jak w filmie.

Recepcjonistka przegląda rezerwacje i mówi:

– Pani pokój znajduje się na dwudziestym drugim piętrze, z widokiem na morze. – Wskazuje dłonią w stronę windy.

Idę za nią, słuchając wszystkich wskazówek i instrukcji, bo ten hotel to technologiczna podróż w przyszłość. Ledwo opanowuję drżenie ekscytacji.

Dźwig porusza się cicho i płynnie, a w tle rozbrzmiewa deli­katna muzyka, która wprowadza mnie w relaksujący nastrój.

Wiem, że zachowuję się, jakbym właśnie uciekła z jakiejś wsi, ale co poradzę, skoro nigdy w życiu nie widziałam tak luksusowego miejsca?

Otwieram drzwi swojego pokoju, stawiam walizkę w rogu i od razu rzucam się na ogromne łóżko. Obracam się na plecy, przebierając nogami w powietrzu jak dziecko.

Apartament jest przestronny i jasny. Zauważam wyjście na taras, więc podnoszę się z łóżka, idę do drzwi, otwieram je i… O Boże! Przede mną rozciąga się widok na morze. Powietrze pachnie kwiatami – kolorowe donice otaczają taras ze wszystkich stron. Na środku, wśród całej tej zieleni, stoi jacuzzi. Trudno mi uwierzyć, że przez następne dni to wszystko będzie tylko moje.

Słyszę dźwięk telefonu i widzę, że to połączenie wideo z mamą. Odbieram, a jej zatroskana twarz pojawia się na ekranie.

– Córciu! Dotarłaś bezpiecznie? – pyta, a w jej głosie słychać ulgę.

– Tak, mamo! – odpowiadam z szerokim uśmiechem. – Musisz to zobaczyć, to miejsce jest niesamowite!

Odwracam kamerę i pokazuję jej pokój – od łóżka po eleganckie dodatki, które nadają wnętrzu luksusowy charakter. Mama patrzy z rosnącym zachwytem.

– Wow… Jak z katalogu!

Wychodzę na taras i kieruję telefon w stronę widoku. Promienie słońca odbijają się od tafli morza, a w tle widoczna jest panorama Barcelony. Mama dostrzega jacuzzi, otoczone roślinnością.

– Ty szczęściaro! – Śmieje się. – Dobrze, że odkładałaś na ten wyjazd. Widzę, że się opłaciło!

Patrzę w ekran, widzę jej rozpromienioną twarz i przesyłam buziaka.

– Będę się tu świetnie bawić, mamo. Potrzebowałam takiego odpoczynku.

– Pamiętaj, żeby dzwonić – odpowiada, udając surową minę, choć jej oczy zdradzają wzruszenie.

– Dobrze, kocham cię, pa! – Macham na pożegnanie i kończę rozmowę.

Biorę głęboki oddech i obracam się wkoło. Włączam Spotify i od razu ustawiam moją ulubioną wakacyjną playlistę. Gdy pierwsze dźwięki Water Tyli wypełniają pokój, moje serce aż podskakuje. Uwielbiam tę piosenkę! Wyciągam ręce i zaczynam tańczyć, kręcąc biodrami.

Podbiegam do walizki, rozpinam ją z entuzjazmem i zaczynam wyjmować ulubione sukienki, przewiewne koszule, zwiewne spódnice i oczywiście stroje kąpielowe. Staję przy łóżku, rozkładam ciuchy w artystycznym nieładzie i zastanawiam się, co wybrać na dziś. Pierwszy przystanek? Plaża – to pewne. Muszę poczuć piasek pod stopami. Na szczęście hotel jest zaledwie kilka kroków od pięknej, piaszczystej plaży.

W głowie układam plan na pierwszy dzień – najpierw prysznic, muszę się odświeżyć po locie, potem plaża, trochę opalania i może kieliszek pysznej hiszpańskiej sangrii… Uśmiecham się na samą myśl.

Przed wyjściem z łazienki zatrzymuję się na chwilę przed lustrem. Wkładam kostium kąpielowy, ale zanim zakryję go narzutką, instynktownie spoglądam na swoje ciało. Dostrzegam każdą niedoskonałość, która wydaje się teraz boleśnie wyraźna.

Wzdycham, przeciągając dłonią po ramieniu, jakbym mogła w ten sposób zmyć niewidoczne ślady, które zostawiła zdrada. Próbuję nie myśleć o tym, co mówił – o wszystkich niedopowiedzeniach, które wywołały we mnie cichy gniew i uczucie, jakbym była niewystarczająca.

Pojawia się myśl, że to przez te niedoskonałości. Że to dlatego… Z trudem odrywam wzrok od swojego odbicia, czując, jak nadmiar łez wzbiera w moich oczach. Choć gdzieś w środku wiem, że takie chwile nie powinny odbierać mi pewności siebie. Przecież to nie centymetry w talii ani liczba piegów decydują o mojej wartości. Staram się to sobie powtarzać, zamykam oczy i biorę głęboki wdech.

Pojedyncza łza spływa po policzku, ale usiłuję szybko wyrzucić niechciane myśli z głowy. Znowu wdech i wydech. Podciągam ramiączka kostiumu kąpielowego, poprawiam lekką, przewiewną narzutkę, która faluje przy każdym kroku, i z książką pod pachą ruszam na plażę.

Bar przyciąga wzrok – drewniana konstrukcja z dachem pokrytym liśćmi palmowymi, otoczona przyjemną atmosferą, idealna na przedpołudniowy relaks. Piasek grzeje w stopy, a szum morza miesza się z delikatnymi dźwiękami muzyki w tle.

Zatrzymuję się przy ladzie, opieram łokcie o blat i rzucam szybkie spojrzenie na kartę. Barman – wysoki, uśmiechnięty Hiszpan z zawiązaną wstążką na głowie – patrzy na mnie serdecznie.

– Hola, ¿qué te gustaría beber1?

– Proszę o coś wyjątkowego i orzeźwiającego! Coś, co przypomni mi, że jestem w Barcelonie.

Barman kiwa głową i zabiera się do pracy. Jego ruchy są szybkie i sprawne: lód, świeże owoce, sok pomarańczowy, a na koniec odrobina hiszpańskiego wina musującego. Po chwili stawia przede mną kolorowy drink z plasterkiem pomarańczy na brzegu kieliszka.

– Bienvenida a Barcelona! – mówi z szelmowskim błyskiem w oku, podając mi napój.

Witaj w Barcelonie!

Unoszę szklankę, posyłając mu promienny uśmiech, i biorę pierwszy łyk. Smak orzeźwia jak morska bryza, a nuty cytrusów idealnie pasują do wakacyjnego klimatu. Spoglądam na plażę, gdzie ludzie opalają się na leżakach, a dzieci budują zamki z piasku. To jest ta chwila, dla której tu przyjechałam.

Z drinkiem w jednej ręce i książką pod pachą ruszam w stronę wolnego leżaka. Siadam, przeciągam się leniwie i zakładam okulary przeciwsłoneczne. Z westchnieniem ulgi otwieram książkę, gotowa na chwilę beztroskiej ucieczki w świat mojego ukochanego fantasy. Ostatnio znalazłam idealną serię o wiedźmach – pierwszy tom pochłonęłam w jeden wieczór.

Ale zanim zdążę na dobre zatopić się w fabule, coś wybija mnie z rytmu. Najpierw ciche, ledwo słyszalne dźwięki w tle, które stopniowo narastają, aż w końcu muzyka zaczyna dudnić mi w uszach, zagłuszając wszystko dookoła.

Na początku pojedyncze głosy. Potem śmiech. Głośniejszy, aż w końcu zmienia się w donośne wrzaski, które niosą się przez całą plażę.

Nie muszę nawet odwracać głowy, żeby wiedzieć, co się dzieje – oto kilku geniuszy postanowiło zamienić plażę w swoją prywatną strefę imprezy. Głośniki na pełny regulator, fałszowanie do mikrofonów z puszek po piwie i przekonanie, że cały świat chce uczestniczyć w ich show.

Przewracam oczami, wciskam się mocniej w leżak i próbuję skupić na tekście. Ale dźwięki wpadają mi do głowy jak drobinki piasku – nieproszone, wkurzające i absolutnie niemożliwe do zignorowania.

Wdech, wydech. Może zaraz im się znudzi.

Nie.

OCZYWIŚCIE, ŻE NIE.

Kolejna piosenka wybucha w głośnikach, a mężczyźni przekrzykują się jeszcze głośniej.

NO JA PIERDOLĘ.

Ściskam książkę tak mocno, że aż bolą mnie palce – jakby jej okładka mogła mnie ochronić przed tą hałaśliwą bandą. Ale ich radosne wrzaski i dźwięki drinków stukających o siebie są równie subtelne, co walec drogowy na środku deptaka.

Przewracam się na bok, zerkając na nich spod ciemnych szkieł okularów. Rozbawieni, kompletnie pochłonięci sobą. Zero świadomości, że istnieje jakiekolwiek „poza nimi”.

Okej, dość.

Zamaszyście zamykam książkę i odkładam ją na leżak. Irytacja przeradza się w coś konkretniejszego – determinację. Zrywam się na równe nogi, przeciągam palcami po włosach i biorę głęboki oddech. Potem z miną, która mówi „za chwilę kogoś rozszarpię”, ruszam w ich stronę.

Jeden z mężczyzn dostrzega mnie kątem oka i szturcha łokciem kolegę obok. Śmiechy cichną, a spojrzenia zebranych lądują na mnie z lekkim rozbawieniem.

– Przepraszam – mówię, starając się przybrać jak najłagodniejszy ton, choć trudno mi ukryć nutkę ironii w głosie. – Czy istnieje jakiś konkretny powód, dla którego wasza muzyka musi być słyszana aż na drugim końcu plaży?

Jeden z nich, najwyraźniej samozwańczy lider tej hałaśliwej ekipy, unosi ręce w obronnym geście, a na jego twarzy pojawia się szeroki, zawadiacki uśmiech.

– Ach, señorita, przecież to Barcelona! Tu się imprezuje!

Przekrzywiam głowę, unosząc brew.

– No jasne, rozumiem. – Wskazuję dłonią na plażę. – Ale może dałoby się bawić odrobinę ciszej? Wiesz, tak żeby reszta ludzi mogła jeszcze usłyszeć własne myśli?

Jego kumple wymieniają spojrzenia, jakby się zastanawiali, czy powinni to potraktować poważnie. W końcu jeden z nich unosi dłonie w geście kapitulacji.

– Dobra, dobra, señorita – mówi z nieco skruszoną miną. – Przyciszymy.

Jeden z pozostałych kiwa głową, a inny, najwyraźniej bardziej empatyczny, rzuca ciche:

– Przepraszamy, nie chcieliśmy przeszkadzać.

Przez chwilę się waham, ale ostatecznie uśmiecham się lekko.

– Dzięki, doceniam.

Odwracam się na pięcie i wracam na swoje miejsce, czując na plecach ich wzrok. Opadam na leżak i z westchnieniem ulgi otwieram książkę na ostatnio czytanej stronie.

Nareszcie… spokój.

Uśmiecham się pod nosem i pozwalam sobie znów zanurzyć się w lekturze.

Rozdział 4

Co masz na myśli?

Jasper

Seks, kobiety, alkohol, narkotyki, pieniądze… w moim świecie wszystkiego mam pod dostatkiem. Gdzie jest kasa, tam są przyjemności – wszystkie, o jakich można tylko zamarzyć. Kobiety? Nie muszę się nawet starać, większość sama wręcz pcha mi się w ramiona, jakby coś przyciągało je mocniej niż magnes. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, a one już tracą głowę.

Nie chodzi o mnie. Chodzi o nazwisko, pieniądze, sławę – o życie, do którego każda z nich chce się dopchać.

Rozsiadam się wygodnie w fotelu pasażera na pokładzie prywatnego odrzutowca, który wynajęliśmy specjalnie na ten wypad. Skoro stać nas na taki luksus, czemu z niego nie korzystać? Mam dosyć ludzi, którzy bez pytania włażą na mnie, tłoczą się i szturchają. Tutaj, w tym samolocie, jest cisza, wolność i wygoda. Gładka skóra fotela chłodzi mi plecy, a w dłoni obracam szklankę z drinkiem.

Kevin rozlewa nam kolejne porcje whisky, śmiejąc się z jedną ze stewardes, jakby już dawno obmyślił sobie plan na wieczór. Druga zerka na mnie, jej spojrzenie nie jest przypadkowe, a raczej pełne pożądania, jakby czekała tylko na mój sygnał.

Bawi się kosmykiem włosów, delikatnie oblizuje dolną wargę, jakby rozważała, co zrobić dalej. Spojrzenie spod rzęs jak wachlarze zatrzymuje się na moich oczach, a mocny makijaż ma w sobie coś, co przyciąga uwagę. Usta trochę za bardzo wypełnione. Klasyczny wygląd dzisiejszych kobiet.

Właśnie o to mi, kurwa, chodzi, nie muszę nawet kiwnąć palcem, a ona już jest gotowa na szybki numerek. Moje ciało bez trudu rozpoznałoby tę grę, ale w tym momencie wcale mi się nie spieszy. Więc ignoruję jej zalotne spojrzenia, biorę łyk alkoholu, czując, jak mocny trunek grzeje mnie od środka.

Ciągle mam przed oczami tę niepozorną blondyneczkę. Jedno spojrzenie i nagle siedzi mi w głowie, jakby zagnieździła się tam na dobre. Od chwili, gdy zostawiła mnie samego w kawiarni, nie potrafię o niej zapomnieć. Kiedy w końcu otrząsnąłem się z chwilowego letargu, wybiegłem za nią, zdeterminowany, żeby zdobyć jej numer. W tamtej chwili nic nie mogłoby mnie powstrzymać, nawet gdyby postanowiła strzelić mnie w pysk.

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem. A teraz? Mam dziwne wrażenie, że straciłem jedyną szansę na poznanie jej. Jakby coś przeszło mi koło nosa przez chwilowy paraliż, który zupełnie do mnie nie pasuje.

Siedzę przy oknie, tępo wpatrując się w chmury. Nawet nie reaguję, gdy stewardesa, przechodząc niby przypadkiem, sunie dłonią po moim udzie, jakby chciała mi przypomnieć, że wciąż tu jest. Ignoruję ją.

Caleb siada obok i podaje mi kolejną szklankę z whisky. Biorę ją bez słowa, wodząc wzrokiem po wirującym bursztynowym płynie, jakbym tam, na dnie, mógł znaleźć odpowiedź na pytanie, co we mnie nagle drgnęło przez jedno niepozorne spojrzenie.

– Coś taki nie w humorze? – Caleb unosi brew, przyglądając mi się uważnie znad szkła, które obraca w dłoni. Widząc, że unikam jego wzroku, wskazuje głową na stewardesę, która nie przestaje mnie lustrować. – Nie idziesz z nią? – mówi tonem, jakby pytał o coś najbardziej oczywistego na świecie. – Przysięgam, zaraz sama usiądzie ci na kolanach.

– Nie jestem zainteresowany.

Parska, wyraźnie rozbawiony.

– O! To nowość. – Nie kryje kpiącego uśmiechu. – Kto by pomyślał, że wielki łowca nagle stracił apetyt.

– Pierdol się – odpowiadam bez zastanowienia i zanim zdąży wygłosić więcej swoich „mądrości”, łapię pierwszą lepszą rzecz pod ręką, małą butelkę wody, i ciskam nią w jego stronę.

Kumpel uchyla się w ostatniej chwili, śmiejąc jak dzieciak.

– A możeee… – przeciąga słowa, zniżając głos, a w jego oczach błyszczy rozbawienie. – Ma to coś wspólnego z pewną piękną blondynką z kawiarni? – Uśmiecha się szeroko, zerkając na mnie wymownie.

Patrzę na niego z niedowierzaniem, ale ukrycie przed nim emocji to zadanie z góry skazane na porażkę. Skąd on to wie? Caleb jest jak ludzki radar – skanuje otoczenie z niepokojącą precyzją. Widzi więcej, niż by się chciało, a do tego jest skarbnicą tajemnic i, cholera, naprawdę dobrym przyjacielem.

Jego śmiech wyrywa mnie z zamyślenia. Kręci głową z rezygnacją.

– Widziałem was. Szedłem akurat w twoją stronę – mówi, odstawiając szklankę.

Coś ściska mnie w środku, ale zamiast reagować, wracam spojrzeniem do okna i tylko kiwam głową. Caleb nie odpuszcza.

– Co się stało? Nigdy nie widziałem, żebyś przy jakiejś dziewczynie zapomniał języka w gębie.

Brzmi jak wyzwanie, próba wyciągnięcia ze mnie czegoś, czego sam do końca nie rozumiem.

Wraca do mnie obraz jej delikatnej skóry, piegów na nosie i tej iskry w spojrzeniu… Uciekła ode mnie. I to właśnie było w niej najbardziej intrygujące.

Kumpel czeka na moją reakcję, ale ja tylko macham ręką.

– Sam nie wiem – przyznaję w końcu. – Spodobała mi się. Zazwyczaj dostaję to, czego chcę, ale z nią…

– Co tam, panowie?! – wykrzykuje Kevin, zwalając się na siedzenia naprzeciwko. Wymieniamy z Calebem spojrzenia i obaj uśmiechamy się szeroko.

– Nie interesuj się – rzucam z przekąsem, podtrzymując luźny ton, i rozsiadam się wygodniej na fotelu.

– To co… – Caleb podnosi drinka i patrząc na nas wyczekująco, dodaje: – Za zajebiście udany weekend!

Unosimy szklanki, a stukot szkła rozbrzmiewa w kabinie.

– Alex i Enzo już na miejscu? – pytam, przerywając chwilę ciszy.

Kevin zerka na zegarek i kiwa głową.

– Tak, ich samolot wylądował jakieś pół godziny temu. Pewnie spotkamy się w hotelu. – Nachyla się lekko i zerkając w stronę stewardesy, która dosłownie wypala mi spojrzeniem dziurę w koszulce, rzuca z rozbawieniem: – Idziesz do niej? Chyba zaraz sama się na ciebie rzuci.

Wzruszam ramionami, opróżniam szkło jednym haustem i wstaję, poprawiając spodnie. Posyłam chłopakom krótkie spojrzenie z drapieżnym uśmieszkiem.

– Zaraz wracam.

Idę w stronę stewardesy, a za plecami słyszę jeszcze śmiech Caleba i Kevina.

Wchodzę do ciasnej kabiny i zamykam drzwi na klucz. W środku jest duszno, ale to bez znaczenia. Ona już czeka – pochylona, gotowa, uśmiechnięta. Dokładnie wie, co ma robić.

Wszystko przebiega jak zawsze – bez zbędnych słów, bez zobowiązań.

Opieram się plecami o drzwi i przymykam oczy, pozwalając, by chwilowe zapomnienie przejęło kontrolę. Jej dłonie suną wzdłuż moich ud, palce sprawnie odpinają guzik, rozpinają suwak. Nie mija chwila, a już czuję ciepło jej oddechu na skórze. Zaczyna pewnie, dokładnie tak, jak lubię.

A jednak… coś jest nie w porządku.

Zaciskam mocniej dłoń na jej karku, próbując skupić się na chwili, na ruchu jej warg, na ciasnym uścisku, na języku sunącym wzdłuż penisa. Ale moje ciało uparcie odmawia współpracy. Nie reaguje tak, jak powinno.

Jestem tutaj, ale moja głowa jest gdzie indziej.

Blond włosy. Piegi. Cichy śmiech. Delikatny dotyk, którego nigdy nie zaznałem, a którego, do cholery jasnej, pragnę bardziej niż czegokolwiek innego.

Zaciskam powieki, zmuszając się do skupienia na tym, co dzieje się tu i teraz. Ale im bardziej się staram, tym wyraźniej widzę ją.

Kurwa mać.

Odsuwam się gwałtownie, biorąc głęboki wdech.

– Co jest? – pyta stewardesa, patrząc na mnie z zaskoczeniem.

Jej dłoń ponownie zaciska się na moim udzie, ale wyrywam się z tego dotyku. Z irytacją zapinam spodnie i przeczesuję palcami włosy. Widzę rozczarowanie w jej spojrzeniu, ale kompletnie mnie to nie obchodzi.

– Nic. Po prostu… nie dziś.

Nie czekam na jej reakcję. Wychodzę z kabiny, zostawiając za sobą to, co jeszcze chwilę temu miało przynieść mi ulgę.

***

Gdy drzwi samolotu się otwierają, od razu uderza w nas ciepłe powietrze, jakby Barcelona zapraszała do siebie. Spoglądamy po sobie, wymieniając porozumiewawcze uśmiechy – wiemy, że czekają nas dni pełne szaleństwa i relaksu.

Szybko zbieramy rzeczy i ruszamy w stronę terminalu. Na zewnątrz, pośród tłumu ludzi, czeka na nas Mercedes klasy G.

– Kto prowadzi? – pyta Kevin, rzucając spojrzenie na błyszczący w słońcu samochód. – Jak coś, to ja z chęcią poprowadzę tę ślicznotkę – dodaje, szczerząc zęby. W jego oczach już tańczy ta nieznośna pewność siebie.

– Zapomnij, ja też chcę – odpowiada Caleb, zakładając ręce na torsie.

– Papier, kamień, nożyce? I zmieniamy się każdego dnia – proponuję, nie tracąc czasu, bo wiem, że to najlepsza opcja.

Obaj przytakują bez słowa. Stajemy w kółku, jak dzieciaki na podwórku, i na trzy wyciągamy dłonie.

– Tak jest! Kurwa, nara, frajerzy! – woła Kevin, siadając za kierownicą. Śmieje się chytrze pod nosem i zakłada okulary przeciwsłoneczne.

Caleb przegrał ze mną, więc ma pecha. Zajmuje fotel z tyłu, a ja siadam na miejscu pasażera z przodu.

Z piskiem opon ruszamy w stronę pięciogwiazdkowego hotelu, który Caleb wybrał na nasz pobyt.

Dojeżdżamy i parkujemy tuż obok eleganckiej fontanny przy wejściu. Już z zewnątrz hotel robi imponujące wrażenie – szkło, marmur, idealnie przycięte żywopłoty, a nad wszystkim górują gigantyczne palmy. Wszystko wygląda jak żywcem wyjęte z katalogu luksusowych wakacji.

W środku też wszystko wygląda przyzwoicie. Mówiąc „przyzwoicie”, mam na myśli to, że ten budynek jest absolutnie dowalony. Od razu widać, że wpakowali w to fortunę – złote poręcze, kryształowe żyrandole i obsługa czekająca przy wejściu. Klasa.

Z okularami przeciwsłonecznymi na nosach i walizkami w rękach zmierzamy w stronę lobby. W środku wita nas recepcjonistka, ale zanim podaje nam karty magnetyczne do pokoi, zerka na komputer z wyraźnym zaniepokojeniem.

– Jest niestety drobny problem. Pan Jasper O’Connor ma pokój na dwudziestym drugim piętrze… Ktoś musiał się pomylić przy rezerwacji. Przepraszam za zamieszanie. Czy to dla pana kłopot? – Stara się brzmieć jak najbardziej uprzejmie, ale w jej głosie słychać nutkę niepewności.

Patrzę na nią i wzruszam ramionami. W sumie nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. I tak większość czasu będę przebywał poza hotelem.

– Nie, niech tak zostanie – odpowiadam, opierając się o blat. – Na którym piętrze są ich pokoje? – Wskazuję ruchem głowy na przyjaciół, nie odrywając wzroku od jej twarzy.

– Na dwudziestym, dwa piętra niżej – informuje, a chwilę później wychodzi zza kontuaru. – Proszę za mną, pokażę, jak przywołać windę.

Zaintrygowani podchodzimy do dużego elektronicznego panelu. Recepcjonistka naciska przycisk i zaczyna tłumaczyć:

– Najpierw przykłada się kartę do czytnika, potem wybiera piętro. System automatycznie przypisuje windę, która zawozi bezpośrednio na wybrane miejsce – mówi, wskazując na ekran.

– Wygodne – zauważa Caleb, zerkając na przyciski.

– A co najważniejsze – dodaje kobieta – zapewnia pełną prywatność. Bez zbędnych przystanków, bez zatrzymań.

Po wybraniu odpowiedniego przycisku wsiadam do przydzielonej mi windy i ruszam samotnie na swoje piętro. Umówiliśmy się z chłopakami, że spotkamy się za godzinę przy recepcji, żeby wyjść na plażę, a później pozwiedzać miasto.

Przykładam kartę do drzwi i po chwili wchodzę do apartamentu. Nowoczesne, eleganckie wnętrze wita mnie minimalizmem. Lubię ten styl. Czysty i uporządkowany. Zostawiam walizkę przy wejściu i od razu kieruję wzrok na taras.

Wychodzę na niego, opieram łokcie o barierkę i wciągam głęboko powietrze. Widok jest niesamowity. W oddali połyskuje spokojne morze, a słońce otula budynki złocistym blaskiem.

– Ale skwar… – mamroczę pod nosem, ocierając pot z czoła.

Jest dopiero początek czerwca, a temperatura już daje się we znaki. Sprawdziłem wcześniej pogodę – trzydzieści stopni, ale w pełnym słońcu wydaje się, jakby było co najmniej trzydzieści pięć. Czuję, jak promienie palą mi skórę, a gorące powietrze staje się nie do wytrzymania. Nawet nie chcę myśleć, jak tu musi być, gdy lato rozkręca się na dobre.

Z kieszeni dobiega znajomy dźwięk. Przeklinam pod nosem, odrywając się od barierki, i wyciągam telefon.

Kevin.

Jeszcze zanim zdążę się odezwać, w słuchawce rozlega się jego podekscytowany głos:

– Stary, czekamy na ciebie! Chodź już!

Wzdycham głęboko, przecierając twarz dłonią.

– Idźcie, dołączę do was później. – Mam nadzieję, że Kevin mi odpuści, ale w słuchawce słyszę głośne poruszenie i krzyki pozostałych.

Cholera. Jestem na głośnomówiącym.

– Ruszaj tu dupę! – ryczy Enzo, a w tle wybrzmiewa śmiech.

– Tak! Złaź na dół, mamy mieć zajebisty weekend! Siema, stary! – wtóruje mu Alex, jego głos aż kipi ekscytacją.

Kręcę głową z rozbawieniem. Dobrze ich słyszeć. Enzo i Alex na co dzień mieszkają we Włoszech, grają razem w ACF Fiorentina, więc w trakcie sezonu nasze spotkania można policzyć na palcach jednej ręki. Może właśnie dlatego ten wyjazd ma w sobie coś wyjątkowego.

– Dobra, dobra, idźcie już na plażę. – Poddaję się z uśmiechem. – Zaraz do was dołączę.

Sięgam do walizki, wyciągam kąpielówki i zgarniam po drodze ręcznik.

– Caleb poszedł po okulary przeciwsłoneczne. Powiem mu, żeby na ciebie zaczekał – mówi Kevin, po czym rozłącza się bez czekania na odpowiedź.

Parskam pod nosem i potrząsam głową. No tak. Ten weekend zapowiada się naprawdę nieźle.

Wychodząc z pokoju, odruchowo rozglądam się dookoła. Hotel sprawia wrażenie eleganckiego i dopracowanego w każdym detalu. Na ścianach wiszą obrazy – nie są to typowe hotelowe pejzaże, lecz pełnoprawne dzieła sztuki, każde z maleńką plakietką informującą o cenie. Ciekawy pomysł. Zawsze istnieje szansa, że ktoś zakocha się w jakimś obrazie i go kupi.

Po chwili zjeżdżam windą na dół. W lobby panuje przyjemny chłód klimatyzacji, kontrastujący z tym morderczym upałem na zewnątrz. Mój wzrok pada na Caleba, który siedzi na jednej z szerokich, beżowych kanap, pochylony nad telefonem. Gdy mnie zauważa, unosi wzrok, a potem leniwie podnosi się z kanapy i rusza w moją stronę.

– Drinka? Idziemy do baru? – pyta, zakładając płynnym ruchem okulary.

– Dawaj, idziemy – odpowiadam z uśmiechem, bo perspektywa zimnego drinka wydaje się bardziej niż kusząca.

Plaża jest na wyciągnięcie ręki – dosłownie trzy minuty spacerem od hotelu. Piasek pod naszymi stopami szybko przechodzi w gorący, a szum fal miesza się z gwarem ludzi i głośną muzyką. Już z daleka dostrzegamy tych wariatów, naszych przyjaciół, którzy oczywiście nie potrafią zachowywać się normalnie.

Enzo biega po plaży z piłką, próbując okiwać Alexa, który zamiast grać, bardziej skupia się na przeszkadzaniu mu w najbardziej absurdalny sposób – teraz właśnie rzuca się na niego, jakby był w środku meczu o mistrzostwo świata. Kevin stoi przy przenośnym głośniku i podkręca muzykę na pełen regulator.

Śmieję się pod nosem. Czasem naprawdę wstyd gdzieś z nimi wychodzić.

– Boże, oni są niemożliwi – mówię, kręcąc głową.

– Nie znam ich – rzuca Caleb z lekkim rozbawieniem, ale chwilę później obaj unosimy ręce i machamy w ich stronę.

Odbijamy w stronę drewnianego baru położonego tuż przy plaży, gdzie wysokie palmy rzucają cień, a zapach świeżych owoców, zwłaszcza kokosa, unosi się w powietrzu. Wchodzimy do środka i zajmujemy miejsca przy ladzie, skąd mamy idealny widok na rozciągające się przed nami morze.

Barman, który najwyraźniej wyczuwa w nas turystów, od razu podchodzi z szerokim uśmiechem.

– Coś orzeźwiającego? – zagaduje z akcentem, opierając się o bar. – Polecam Estrella Damm. Hiszpańska klasyka. Lekkie, złociste, idealne na taki skwar.

Zerkamy po sobie z Calebem i niemal jednocześnie kiwamy głowami. Barman sprawnie otwiera dwie butelki i podsuwa nam je na lśniącej ladzie. Stukamy się piwem i bierzemy po pierwszym łyku.

– Jestem pewny, że to będzie twój wyjazd życia – mówi Caleb, szeroko się uśmiechając. Unosi przy tym brew, jakby chciał dać do zrozumienia, że wie coś, czego ja jeszcze nie wiem.

– Co masz na myśli? – pytam, nie do końca rozumiejąc.

Nie odpowiada. Tylko się śmieje.

Potem skinieniem głowy wskazuje coś za moimi plecami.

Odwracam się.

Najpierw dostrzegam naszych przyjaciół. Stoją w miejscu, nieruchomi, z uniesionymi w obronnym geście rękami, jakby właśnie zostali przyłapani na gorącym uczynku. Przed nimi stoi ktoś… kogo początkowo nie rozpoznaję.

A potem dociera do mnie, kim ona jest.

To ona.

Jest piękna.