Wieczna ciemność - Girma Tigest - ebook

Wieczna ciemność ebook

Girma Tigest

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Najlepsza historia z motywem enemies to lovers, jaką przeczytacie w tym roku!

Kidan Adane zaakceptowała swój wewnętrzny mrok. Zabija i kłamie bez wyrzutów sumienia. Złamała najświętsze prawo Uniwersytetu Uxlay, gdy wprowadziła do niego zbuntowane wampiry Nefrasi i związała się z ich zdeprawowanym przywódcą Samsonem.

Dziewczyna, wstrząśnięta powrotem swojej siostry June, włada gniewem jak bronią. Poprzysięga opanować swój dom i chronić ukryty w jego wnętrzu artefakt, nawet jeśli miałoby to oznaczać przymierze z wrogiem. Nowa filozoficzna księga zdaje się skrywać odpowiedzi i obiecywać dokładnie to, co Kidan utraciła: kontrolę. Mroczne stronice coraz bardziej pochłaniają dziewczynę, która wie, że w Uxlay nie można ufać nikomu, a zwłaszcza wampirowi Susenyosowi. Gdy na jaw wychodzą przerażające sekrety, Kidan i June muszą stanąć po przeciwnych stronach w nadciągającej wojnie.

Ociekająca krwią, śmiercionośna i oszałamiająca kontynuacja Nieśmiertelnego mroku chwyci czytelników za gardło i nie puści.

„Absolutnie oryginalne, rozkosznie mroczne spojrzenie na wampiry. Miałam serce w gardle od pierwszej strony po ostatnią”.

SARAH UNDERWOOD, autorka Lies We Sing to the Sea

„Tigest Girma czaruje czytelników mrocznymi, niebezpiecznymi romansami z genialnie zarysowanymi, moralnie niejednoznacznymi bohaterami”.

PUBLISHERS WEEKLY, recenzja z gwiazdką

„Świeży głos w gatunku powieści o wampirach, który szokuje brutalnym i krwawym charakterem”.

KIRKUS REVIEWS, recenzja z gwiazdką

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 728

Data ważności licencji: 4/18/2033

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zapraszamy na www.publicat.pl

Tytuł oryginałuImmortal Dark

Projekt okładkiJENNY KIMURA

Ilustracje na okładce i w książce© 2025 JESSICA COPPET

Adaptacja okładki i mapaNATALIA TWARDY

Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA

Opieka redakcyjnaANNA HEINE

RedakcjaKAROLINA BOROWIEC-PIENIAK / SZTAMBOOK

KorektaANNA ZIENTEK

Redakcja technicznaRADOSŁAW FIEDOSICHIN / LOREM IPSUM

Copyright © 2025 by Tigest Girma All rights reserved Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-7151-1

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Dla czarnych dziewczyn, które kochają gorącoi zasługują na to, by odwzajemniono ich uczucie.

&

Dla „Habesha girls”, które marzą o domu.

Ostrzeżenie dotyczące treści: Wieczna ciemność kontynuuje historię Kidane Adane, która odnajduje się na Uniwersytecie Uxlay wraz ze swoimi wampirzymi towarzyszami. Książka zawiera trudne motywy, takie jak przemoc ze strony rodziców, picie krwi, śmierć, krwawe sceny, morderstwo, przekleństwa i przemoc. Czytelnicy, nowy semestr zaczyna się właśnie teraz.

.
.

Nauki Ostatniego Mędrca.

O pochodzeniu wampirów.

Jak wszystko, co niesie ze sobą zagładę, on również przybył z otchłani.

Otchłań rozciąga się między dwiema przecinającymi się górami, mylnie branymi za nieruchomą masę ciemnych chmur. Jednakże ludzie zamieszkujący owe góry znają dwie prawdy.

Pierwsza: cokolwiek wpadnie do otchłani, nigdy z niej nie wróci. Na dnie urwiska próżno szukać śladu kości. Ludzkie ciała znikają, jakby wciągnięte w głąb wszechświata, by nigdy już się nie pojawić.

Druga: podczas zaćmienia z otchłani wyłonił się mężczyzna o skórze ciemnej jak noc i włosach białych jak płonące gwiazdy. Jego stopy niosły śmierć; każde źdźbło trawy, którego dotknął, więdło, a ziemia pod nim gniła.

Zanim ów mężczyzna się pojawił, za największe drapieżniki w tych górach uchodziły lwy, ale nawet te bestie krwawiły po ciosie. Lecz nie on. Żadna broń, żadna strzała, żaden oszczep nie mogły przebić jego żelaznej skóry. Tubylcy rzucili się do ucieczki, lecz sczerniała ziemia oplątała ich nogi, zatrzymując ich w bezruchu, gdy istota rozwarła szerokie usta i obnażyła kły, by pośród wrzasków wyssać z nich krew.

Nazwali go: Varos Lew Nocy.

Pierwszy Wampir.

Po latach krwi i śmierci otchłań ofiarowała jeszcze jedną duszę. Ten mężczyzna nosił świecącą maskę i czerwony pierścień, a przy ciele – srebrne bronie. Podeszwy jego stóp jarzyły się jak kule słońca, a tam, gdzie stąpał, ziemia się uzdrawiała, zgnilizna ustępowała miejsca soczystej zieleni.

Tubylcy padli na kolana i zaszlochali. W końcu przybyło ich wybawienie.

Nazwali go Yonas Ptak Słońca.

Pierwszy Mędrzec.

Zgodne z mitem z Ye Abyssi Tarik, strony 3–6.

1

KIDAN

Śmierć czekała w domu Kidan Adane i tej nocy miała pożałować, że kiedykolwiek odwiedziła dziewczynę.

Kidan, zamknięta w jednej z prywatnych sal do obróbki drewna i metalu w budynku Szkoły Sztuki, zakończyła ponowną lekturę Broni mroku i chwyciła narzędzie, które zabijało wampiry.

Róg impali.

Tego wieczoru Samson Sagad miał umrzeć.

A Kidan wreszcie użyje ognia piekielnego, by wyrwać siostrę z jego szponów.

Na myśl o June drżały jej palce, a na blacie biurka pojawił się znajomy kwadrat. Kidan pokręciła głową, poprawiła okulary ochronne i skupiła się.

Najpierw należało zgładzić Samsona.

Palce Kidan pachniały popiołem z cygar, lecz nawet duch Mamy Anoet nie miał dostępu do tego miejsca. Codziennie przez trzy godziny przychodziła do tej sali na trzecim piętrze, z widokiem na Cmentarz Ahnd, zamykała się na klucz i ścierała zakrzywiony róg impali na osełce, z której sypały się zwinięte płatki zwierzęcej materii. To była ciężka praca, ale proces rozkładania przedmiotu na części, nawet takiego jak ten, przynosił jej ukojenie. Czasem wyobrażała sobie, że używa samych rąk, by coś roztrzaskać. Kilka dni temu prawie jej się to udało, gdy June stanęła w jej progu z tym zasranym Samsonem. Metalowa klamka od drzwi wygięła się pod jej dłonią. Od tamtej pory Kidan wciąż szukała tej smugi mocy, pragnąc niszczyć rzeczy samym dotykiem. Ale wyglądało na to, że tylko jej gniew na June potrafił wywołać taką umiejętność.

Przyłożywszy dłoń do krawędzi biurka, drugą zgarnęła wióry i wsypała je do małego czarnego kubka. Sięgnęła po palnik gazowy i grube rękawice, jednak zatrzymała się, rzucając spojrzenie na puste biurko naprzeciwko.

Dopadło ją wspomnienie: Susenyos pochylony nad artefaktami, które rozbiła, marszczył brwi, gdy uczył ją, jak składać roztrzaskane przedmioty w całość.

Ostatni raz rozmawiali cztery dni temu, na początku ferii zimowych, tego dnia, gdy June pojawiła się w jej domu. Byli teraz sojusznikami, zgodzili się wspólnie zapanować nad domem. Więc dlaczego Susenyos tak nagle zniknął?

Powiedział tylko, żeby czekała na jego powrót. Nic więcej.

Dłoń Kidan powędrowała do szyi, gdy dziewczyna przypomniała sobie jego płonące ugryzienie w Łaźni Arowy. Twardy zarys jego ciała pod przemoczonym materiałem, tak niebezpiecznie blisko niej. Potrząsnęła głową, próbując odpędzić te obrazy. Jednak im dłużej go nie było, tym częściej wracała do ich dawnych rozmów i rozpalającego dotyku, rozkładała je na czynniki pierwsze, próbując zrozumieć, kim dla siebie są.

Powiedział, że nie obwinia jej o utratę nieśmiertelności w Domu Adane. Ale od tamtej pory jej nie dotknął.

W swych najmroczniejszych momentach Kidan bała się, że ją zostawił. Susenyos przed czymś uciekał. Przed niebezpieczeństwem, o którym nie chciał jej powiedzieć. Przed czymś, co zaniepokoiło jej rodziców na tyle, by nałożyli na niego surowy zakaz opuszczania Uxlay. Ale nawet strach przed prawem Domu Adane nie mógł zatrzymać go w miejscu na zawsze.

Teraz był człowiekiem.

We wszystkich pokojach Domu Adane. Nie miał już nic do stracenia.

Dłoń Kidan drżała lekko, gdy niebieski płomień palnika zapłonął i rozświetlił jej twarz.

Zaczekaj na mnie, zanim cokolwiek zrobisz, powiedział.

Cierpliwość nigdy nie była jej mocną stroną.

Przyłożyła ogień do dna kubka i obserwowała, jak wióry wiją się, próbując uciec przed ciepłem, aż w końcu zamieniają się w popiół.

Pot zrosił jej skronie. Powtarzała czynności: ścieranie, spalanie, zbieranie popiołu, aż jej myśli zaczęły znikać. Potrzebowała dużej ilości popiołu z rogu impali. Co najmniej pełną torbę.

I dziś się udało.

Teraz zaczynała się trudniejsza część.

Kidan rozciągnęła ujście czarnego balonu i wsypała do środka popiół. Po zawiązaniu końcówki uniosła balon z uśmiechem. Miała już bowiem siedem takich, wypełnionych popiołem z rogu impali.

Po przetarciu biurka środkiem dezynfekującym wyszła z pracowni, trzymając balony za sznurek.

Kampus Uxlay przypominał miasto duchów. Większość studentów wyjechała na przerwę do Afryki, by odwiedzić dalszą rodzinę. Ale Slen i Yusef byli tutaj i tylko czekali na jej sygnał.

Spojrzała na zegarek. Jako dawne zbuntowane wampiry, Samson, Arin i Warde musieli codziennie przechodzić przez trzy godziny obowiązkowej indoktrynacji. Kidan mogłaby rozpłakać się przed profesorem Andreyasem z wdzięczności za danie jej takiej swobody.

Leżący na południu od Wież Arat Dom Adane wyglądał jak zniszczone, wycieńczone stworzenie. Nie czuła potrzeby spalenia go jak rodzinnego domu. Bez wątpienia było w nim więcej zła niż w domku Mamy Anoet i przyprawiał ją o koszmary. A jednak zdarzały się dni, choć z rzadka, gdy słońce zalewało stare drewniane deski i budynek wydawał się ponadczasowy. Stał w Uxlay od pokoleń, przekazywany w jej rodzinie jako jedyna namacalna rzecz, którą znała. Wydawało się zatem logiczne, że przetrwa dłużej od niej.

Poza tym Kidan liczyła, że jeśli okaże domowi szacunek, ten pozwoli jej się opanować.

Etete otworzyła drzwi z uśmiechem. Wyglądała, jakby coś właśnie piekła, bo miała mąkę na ciemnych łokciach; krótkie afro okalało jej głowę niczym korona. Napięcie naraz opuściło ramiona Kidan. Powitał ją zapach świeżego chleba.

Przełknęła ślinę, żołądek jej się ścisnął. Spojrzała na wąskie schody prowadzące na górę.

– Jest tutaj?

Etete od razu zrozumiała, że chodzi o June.

– Nie, wciąż u dziekan.

Kidan westchnęła z ulgą, a bolesny ucisk w jej żołądku zelżał. Zaraz po tym, jak June się pojawiła, dziekan Faris wezwała ją do gabinetu, zapewne w celu wyjaśnienia, gdzie była i jakie ma zamiary. Kidan też chciała to wiedzieć, ale nie mogła myśleć o June, dopóki nie zajmie się Samsonem. Lepiej dla jej siostry, jeśli część gniewu Kidan wcześniej znajdzie gdzieś ujście.

Odsuwając te myśli na bok, chwyciła za klamkę drzwi i spróbowała ją przekręcić jak wcześniej.

No dalej, trochę siły.

Ani drgnęła, nie mówiąc o wygięciu.

Kidan zacisnęła zęby, próbując jeszcze kilka razy, aż w końcu odpuściła. To tyle, jeśli chodzi o bycie miłą wobec domu. Będzie musiała spróbować później. Teraz trzeba było działać.

Pokonała korytarz i postawiła krzesło na środku salonu. W szufladzie biurka Susenyosa znalazła taśmę, którą następnie oderwała zębami, po czym weszła na krzesło. Przykleiła balony do sufitu, rozmieszczając je w równych odstępach.

Ciche kroki Etete przerwały jej pracę.

– Powinnaś poczekać na dranaika Susenyosa.

– Może w ogóle nie wrócić – odparła Kidan, nie przerywając pracy.

Czuła na sobie palące spojrzenie Etete. Dom pulsował lśniącą, błękitną falą jej własnego smutku. Zignorowała to.

Teraz pozostało tylko czekać na powrót Samsona. Myśl o nim sprawiła, że ogień zapłonął pod jej stopami. Salon wzmógł jej gniew. I dobrze, potrzebowała tej energii.

– To przyszło do ciebie – oznajmiła Etete. W dłoniach trzymała czarną kopertę.

Kidan zeszła z krzesła i ostrożnie ją odebrała. Susenyos uwielbiał listy, więc na myśl, że to mogło być od niego, jej serce zabiło szybciej. Wciąż nosiła przy sobie ostatni, który do niej napisał. Jednak ta koperta miała obce symbole: biały kwiat o pięciu płatkach, pantera z kłami, szybujący orzeł, samotny oryks i niebieski kamień. Wszystkie zdobiły podstawę wysokiej, upiornej wieży. Jej pierś ścisnął tępy ból. Z nagłym niepokojem zdała sobie sprawę, że istotnie czekała na wiadomość od niego. Powinna się cieszyć, że ten wymagający arogant nie zawraca jej głowy. I właściwie była zadowolona. Nawet jej ulżyło. Zirytowana wypuściła oddech i rozerwała kopertę.

Gratulujemy ukończenia Dranacti. Niezmiernie cieszymy się z Twoich postępów.

Ponownie zapraszamy Cię do Tajemnej Wieży na rozpoczęcie zalotów. Niezależnie od tego, czy skłaniasz się ku Otchłani, czy sprzyjasz szybującemu Orłowi, wolisz Panterę od potężnego Oryksa, czy po prostu zachwyca Cię Błękitny Kamień, wieża otwiera przed Tobą swe drzwi.

Zaloty rozpoczynają się siódmego dnia każdego miesiąca.

Czekamy na Twoją odpowiedź.

Z wyrazami szacunku

Tajemne Stowarzyszenia

Kidan zmarszczyła brwi i obróciła list z jednej strony na drugą, szukając ukrytego sensu.

– Co to jest?

– Zaproszenie do małżeństwa – wyjaśniła Etete. – Proszą cię, abyś przyszła znaleźć sobie męża. To stara tradycja Uxlay.

Małżeństwo... Oczy Kidan się rozszerzyły. Miała zaledwie dziewiętnaście lat, więc małżeństwo było ostatnią rzeczą, o jakiej myślała.

To musiał być jakiś żart.

Etete zaśmiała się ciepło, patrząc na nią w babciny sposób: łagodnie i cierpliwie. Kidan odwróciła wzrok, odchrząkując. Nie lubiła przypominać sobie o rodzinie, której nigdy nie miała. A ten list właśnie do tego doprowadził. To właśnie małżeństwo tak zbliżyło jej rodziców i ciasno splotło ich dłonie, stanowiło obietnicę, że będą kochać Kidan i June – aż do dnia, gdy je opuścili.

Tylko że zmarli, zanim ich córki skończyły sześć lat. Może to irracjonalne, ale gdyby naprawdę je kochali, coś tak zwyczajnego jak śmierć nie powinno było ich zatrzymać. I jej nie zatrzyma.

Biorąc głęboki wdech, przegoniła wspomnienia o rodzicach do ciemnego zakątka umysłu, póki dom jeszcze się do nich nie dobrał. Nie było sensu wracać do tej części życia.

– Tu jest napisane „ponownie” – zauważyła Kidan. – A to pierwszy list, jaki dostałam.

Wzrok Etete powędrował ku schodom prowadzącym na piętro. Gdy znów spojrzała na Kidan, na jej twarzy zagościł tajemniczy uśmiech.

– Dranaik Susenyos wyrzucił pierwszy.

Tego Kidan się nie spodziewała. Myślała, że list pewnie zgubił się w stosie poczty. Że Etete zapomniała jej go dać. Susenyos był ostatnim wyjaśnieniem, które przyszłoby jej na myśl.

– Naprawdę? – zapytała chłodno, próbując ukryć zdziwienie. – Kiedy?

– Chyba tego wieczoru, kiedy wyrwałaś mu kły. – Tym razem słowom Etete towarzyszyło znaczące spojrzenie.

Kidan odwróciła głowę, walcząc z odruchem, by przeprosić.

– Ciekawe, dlaczego mi go nie dał – mruknęła, z lekkim uśmiechem przesuwając palcem po papierze.

Etete patrzyła na nią rozbawiona. Kidan natychmiast się wyprostowała i odchrząknęła.

– Nie żeby mnie to obchodziło. Jestem za młoda, żeby myśleć o małżeństwie.

– Nie zapieraj się tak. Twoja matka też tak mówiła, zanim poznała Amana.

Kidan zastygła. Słyszała, że acti tacy jak ona zawierają małżeństwa tylko z osobami z Tajemnych Stowarzyszeń – grupy zwykłych ludzi pochodzących z zewnętrznego świata. Wątpiła, by ktokolwiek, kto dobrowolnie decyduje się na małżeństwo w społeczności ludzi i wampirów, był normalny. Jednak Aman, jej ojciec, musiał pochodzić właśnie z Tajemnych Stowarzyszeń.

Zaciekawienie Kidan urosło wbrew jej woli.

– Znasz te stowarzyszenia?

– Czy je znam? – Etete zaśmiała się, aż zmarszczki wokół jej oczu się pogłębiły. – Przecież z nich pochodzę.

– Co takiego? Ty?

– Czy widziałaś, żeby ktokolwiek pił moją krew? – Uniosła szare brwi. – Nie jestem acti. Trafiłam do tego waszego uniwersytetu w drodze małżeństwa.

Kidan pokręciła głową, zdumiona, że tego nie wiedziała. W zeszłym semestrze była tak pochłonięta szukaniem June, że nic innego jej nie obchodziło. Nie mogła sobie na to pozwolić.

– Byłam członkinią Zakonu Orła – wyjaśniła Etete, jej głos stał się beznamiętny, a wzrok przesunął się po symbolu orła pod wieżą. – A Orzeł zawsze zawiera małżeństwo z Domem Ajtaf, Makary lub Delarus. Po moim rozwodzie twoja babka znalazła lukę prawną, która pozwoliła mi tu zostać. Miałam służyć w tym domu jako kucharka i od tamtej pory mogę tu mieszkać.

Babcia była dla Kidan postacią równie odległą jak jej matka. Umarła, zanim Kidan zdołała zapamiętać jej miłość. Wspomnienia o rodzinie zalewały jej umysł. Czuła się tak, jakby jej głowę wypełniał płyn: czarna woda pełna straty, w której odbijała się Kidan, niegdyś często uśmiechnięta, bo ludzie, których kochała, kochali ją na tyle, by przy niej zostać.

Skup się na teraźniejszości, upomniała się. Na tych, którzy żyją.

Patrzenie w stronę zmarłych nie różniło się niczym od stania w miejscu i pozwalania, by ktoś okładał cię po twarzy raz za razem. Kidan wolała się ruszać, najlepiej z pistoletem w dłoni. Zgniotła list w garści.

– Powinnaś wyjść, zanim wróci Samson – poleciła jej Etete i dodała jeszcze: – Proszę.

Kobieta westchnęła; dźwięk ów sprawił, że ramiona Kidan lekko opadły. Nie lubiła jej rozczarowywać. Jednak Etete posprzątała kuchnię, zmieniła chustę na głowie i wyszła.

Kidan nieomal zawołała ją z powrotem, gdy uświadomiła sobie, że została w domu sama. Dywan zmiękł pod jej stopami niczym błoto, które ciągnęło ją za kostki, gdy usiadła na zimnej kanapie. Kominek był zgaszony. Zazwyczaj rozpalał go Susenyos, a ona nie zawracała sobie głowy nauką. W jednej kieszeni trzymała pełno pinezek, w drugiej – pistolet.

Było tu zaskakująco spokojnie.

Na tyle, by wzięła rozluźniający oddech.

Błąd.

Ciemne meble i kosztowne siedziska zniknęły, zastąpione trzema obrazami, które przeszyły jej klatkę piersiową niczym ostrza.

Martwe ciało GK.

Ostatnie nagranie June.

Zniknięcie Susenyosa.

Kidan zapadała się w kanapę, głębiej i głębiej, jakby nic pod nią się nie znajdowało. Jeśli nikt jej nie wyciągnie, udusi się tu.

Jej ból powinien znajdować się w obserwatorium, nie tutaj. Chciała się ruszyć, ale jej ciało wypełniała woda. Umysł ciążył. Winny był Susenyos. Odkąd zniknął, dom stał się kapryśny, mieszał emocje jak trucizny, bawił się jej zdrowym rozsądkiem.

Gdzie jesteś?

Gdy już zaczęła się rozluźniać, nagle na ganku rozbrzmiały kroki. Dom przeszedł ostrzegawczy dreszcz.

Obrazy rozproszyły się jak rój owadów.

Pod stopami znów poczuła podłoże. Twarde i rozżarzone.

Wzięła kilka szybkich oddechów i pochyliła się. Ten salon zawsze pielęgnował jej gniew, który powrócił, owijając się wokół jej nóg jak ogon smoka.

Powoli się wyprostowała i mocniej zacisnęła drżącą dłoń na pistolecie.

Zjawił się Samson.

2

KIDAN

Kidan gładziła podłokietnik kanapy, uspokajając siebie i dom.

Deski podłogi skrzypiały rozpaczliwie pod stopami Samsona; jego kroki dudniły jak ulewny deszcz, gdy wpadł do gabinetu pełniącego również funkcję salonu. Cała jego twarz stężała, a czarne oczy skupiły się na niej. Dzielił ich stary dywan utkany z nici Saui i szklany owalny stolik – ukochane skarby Susenyosa, które znów miały ucierpieć przez przypadek. Dywan utkany z nici Saui wkrótce zabarwi się krwią, a piękny stolik, który Susenyos tak lubił za zatopione pod powierzchnią odłamki czerwonego szkiełka morskiego, rozpadnie się na kawałki.

Kidan niemal pokręciła głową. Myślenie o skarbach Susenyosa zamiast roztrzaskiwania ich siekierą było czymś nowym i niebezpiecznym, jakimś sygnałem, którego wolała nie analizować zbyt dogłębnie.

Samson ruszył naprzód, zostawiając błoto na dywanie. Mięsień na szczęce Kidan drgnął. Wampir Nefrasi mógł uchodzić za brata Susenyosa, choć nie byli spokrewnieni. Mieli ten sam odcień skóry – ciemnobrązowy, nienaturalnie gładki, w słońcu niemal lśniący – i takie same proste nosy. Na tym jednak podobieństwa się kończyły. Samson miał włosy ścięte niemal przy skórze; odsłaniały długą bliznę zaczynającą się przy uchu i znikającą za ramieniem. Jakby ktoś próbował odrąbać mu głowę i nie trafił.

Szkoda.

Jego bezdenne oczy z niesmakiem omiatały ubogie dekoracje. Balony otaczały żyrandol pełen świec, rzucając na sufit długie cienie – przypominały siedmiu zamaskowanych ludzi zgromadzonych przy ognisku.

– Co to ma być? – warknął.

– Urodziny mojej przyjaciółki – odparła całkowicie neutralnym tonem Kidan. Tonem, który, jak już wcześniej zauważyła, doprowadzał go do szału. I sprawiało jej to satysfakcję. – Chcesz kawałek tortu...

– Zdejmij to – wszedł w jej słowo. – I przynieś moją krew.

Kidan nabrała głęboko powietrza, zaciskając mocniej dłoń na pistolecie w kieszeni. Jego krew. Krew, która płynęła teraz w jej żyłach. Jakby jej ciało przestało do niej należeć. Ten element ich układu upokarzał ją najbardziej.

Wyciągnął metalową dłoń – kolejna różnica między nim a Susenyosem. Całe jego lewe przedramię było opancerzone. Kidan podniosła się z trudem, nalała pełną szklankę własnej krwi i czekała bez ruchu. Chciała, żeby się zbliżył, stanął prosto pod balonami.

Samson wszedł na dywan i wziął szklankę. Pił łapczywie, jakby usychał z pragnienia. Otarł różowawe usta, a jego skóra nabrała złotego blasku. Okrutne oczy zabarwił czerwony odcień, gdy z obrzydliwym zadowoleniem wypuścił powietrze.

Ostra fala nienawiści ścisnęła Kidan w gardle i wtedy dziewczyna prawie pociągnęła za spust.

Kiedy za pierwszym razem zażądał krwi, odmówiła.

Świdrujące oczy rozbłysły jak u wygłodniałego wilka, a zaraz potem jego dłoń zacisnęła się na jej gardle, miażdżąc tchawicę. Metalowa rękawica była tak zimna, że Kidan poczuła chłód aż w stopach. Następnie wampir rozciął jej szyję szponem i nalał krwi do szklanki, jakby była beczką wina. Po czym bezceremonialnie odepchnął ją na bok.

Nie pił prosto z jej ciała. Nie pozwalał jej zajrzeć do swego splugawionego umysłu. Co można by uznać za miłosierdzie, choć marne.

Więc Kidan poszła do punktu krwiodawstwa w Szpitalu Rojit, jak wszyscy absolwenci, i tam pozwoliła upuścić sobie krwi. Potem przynosiła ją tutaj.

– Twoje jedyne zadanie, dziedziczko, to zdobyć dla mnie artefakt maski i powiedzieć, jakie prawo rządzi tym domem – wypomniał, wycierając czerwień z ust.

Jej wzrok zatrzymał się na pustej szklance. To był koszmar, który – jak się obawiała – przytrafił się June.

Nikt nie wypił mojej krwi.

Słowa jej siostry. Bo June nie zabiła. Nie była morderczynią. A z acti, który nie zabił, nie można było pić krwi bezpośrednio. Tak jak w dzieciństwie, gdy były dręczone przez inne dzieci, June zamykała oczy i kuliła się w kącie, dopóki Kidan się z nimi rozprawiała.

– Powtarzałam ci to tysiąc razy – powiedziała, nie patrząc na niego. – Odczytanie prawa wymaga czasu. Opanowanie prawa domu wymaga czasu. Zajęcia zaczynają się w czwartek. Do tej pory będziesz musiał uzbroić się w cierpliwość.

Samson odsłonił kły na dźwięk jej tonu, aż Kidan odruchowo drgnęła. Mimowolnie przypomniała sobie siłę jego ramion, to, jak uderzył jej głową o ławkę w tamtej opuszczonej sali, i przeszedł ją dreszcz. Był wówczas gotów zrobić coś znacznie gorszego. I posunąłby się do tego, gdyby nie wskazówka Susenyosa, która ocaliła jej życie.

Samson był bezlitosny, a jego wściekłość stale tliła się pod powierzchnią.

Tak samo jak jej.

Przesunęła się pod balony, wkładając obie ręce do kieszeni.

– Chcę, żebyś stąd wyszedł.

Samson ruszył w jej stronę niczym wilk, który zwęszył mięso.

– Śmiesz mi rozkazywać?

– Niedługo będę mieć gości – odparła lekkim tonem, zerkając w górę, na balony. – Nie chcę, żeby widzieli, kto pije moją krew. To dość żenujące.

Jego twarz wykrzywiła się, gniew pogłębił tak, jak przewidziała. Poczerniałe na końcach, długie szpony się wysunęły. Mógłby rozciąć jej gardło jednym ruchem. Serce Kidan zaczęło bić jak młot. Z przyzwyczajenia jej ręka drgnęła, jakby dziewczyna chciała dotknąć nadgarstka i zaczerpnąć siły z bransoletki z motylem. Jej niebieska pigułka niegdyś dawała jej poczucie bycia niezwyciężoną, niezlęknionej śmierci.

Bez niej była zbyt ludzka. Myślała o takich niewygodnych drobiazgach jak przetrwanie.

Samson skoczył w górę w pokazie mocy i mięśni i rozciął balony.

Rozległy się trzy głośne trzaski, jak eksplozje – dźwięk tak dziki, że wyzwolił w niej emocję, do której nie była zdolna, jak jej się dotąd wydawało. Emocję, która mówiła tylko jedno: uciekaj. W kieszeni Kidan narysowała czubkiem palca cztery kąty kwadratu – jej symbol strachu. Ciało ją zdradziło. Ugrzęzła w świadomości, w jak wielkim znalazła się zagrożeniu. Wiedziała, że teraz ma coś do stracenia. Że ma po co żyć.

Nie mogła tu umrzeć. Popiół unosił się powoli i osiadał na ich twarzach. Jeśli zawiedzie, zginie.

Uciekaj. Uciekaj.

Nie. Narysuj trójkąt. Teraz.

Zrobiła to z wysiłkiem, napędzana żywym gniewem. Wdech świeżego powietrza.

Popiół opadał wolno, niemal miał w sobie jakieś piękno. Dawał jej czas na odzyskanie dawnej siebie. Wyraz twarzy Samsona zmienił się z wściekłego obrzydzenia w dezorientację, gdy czarne drobinki wdarły się do jego oczu. Potem do nosa. Potem do ust.

– Co... – Zachłysnął się, trąc oczy pięścią. Zrobił chwiejny krok w tył, próbując odkaszlnąć. – Co ty mi, do cholery...

Rusz się!, wrzasnęła na siebie w myślach. Zabij go.

Zadziałało. Niezwłocznie rzuciła w górę garść pinezek, niszcząc resztę balonów. Powietrze stało się szare, czarne, trujące dla wampira. Kidan szczypały oczy, łzawiły, ale nie mogła się rozkleić. Czasem bała się, że gdy zacznie płakać, już nigdy nie przestanie. Zamiast tego zakaszlała dwa razy, bo połknęła sporą część popiołu impali. Spłynął jej do gardła, do żołądka. Może ochroni ją od środka. Może uczyni ją trującą.

Wyciągnęła pistolet – znakomicie, ręka stabilna – i poczekała, aż Samson uchylił jedno zakrwawione oko.

– Czekałam na to – powiedziała i strzeliła mu w brzuch.

Poczuła odrzut w całym ramieniu, ale była na to gotowa. Jej żyłami płynęła czysta satysfakcja.

Nie było miejsca na strach.

– Niech to szlag! – wrzasnął i upadł na plecy, próbując odpełznąć.

To jego szukała. Nie Susenyosa. To był cień, który przyszedł do ogrodu jej starego domu i zrujnował jej życie.

– Zniszczę cię, kurwa – warknęła. Sama ledwie rozpoznała jad we własnym głosie.

Zaklął po amharsku; ostro, szybko, siarczyście.

– Twój przyjaciel zginie!

GK.

Dom zagrzechotał łańcuchem z paliczków i podsunął jej widok ciepłych, łagodnych oczu, które zawsze ostrzegały ją przed śmiercią.

Bańka wściekłości Kidan była bliska pęknięcia, palce dziewczyny drżały na pistolecie. Miała wrażenie, że dryfuje w powietrzu poza ciałem i patrzy na siebie z obrzydzeniem, tak jak zrobiłby to GK.

Morderczyni, powiedziałby z przerażeniem. Ręka śmierci, która niszczy wszystko, co dobre i łagodne. Lecz to nie zniszczenie napędzało zawsze Kidan, tylko potrzeba ochrony. Mama Anoet musiała umrzeć, żeby June mogła być bezpieczna. GK musiał stać się wampirem, żeby przeżyć. Zrozumie to. Znów zobaczy w niej przyjaciółkę. Wystarczy, że Kidan odzyska jego zaufanie. Odda mu jego człowieczeństwo.

A jeśli ci nigdy nie wybaczy?, wyszeptał złośliwy głos domu. Jej puls się rozszalał. Co wtedy?

Oczy Samsona błysnęły triumfem, jakby słyszał dzikie bicie jej serca.

Skup się.

– Znajdę GK – wyszeptała Kidan, choć raczej tylko wyraziła nadzieję. – Po tym, jak wyślę cię do piekła i odsunę od June.

Spróbował się zaśmiać, ale wyrwał mu się tylko jęk.

– June mnie wybrała.

Słowa te sprawiły, że w na ułamek sekundy obudziło się wahanie, a jego sylwetka rozmyła się na jej oczach. Samson rzucił się naprzód, nim zdążyła zareagować. Podciął jej nogi i runęła twarzą na podłogę. Ból rozlał się po jej skroni. Próbowała wstać. Metalowe ramię Samsona wbiło się w jej bark, a ona krzyknęła. Kidan wykręciła się i znów strzeliła, tym razem bliżej ramienia. Wampir cofnął się z rykiem. Usiadła na nim okrakiem i przyłożyła broń do jego piersi. Adrenalina pulsowała w jej żyłach.

– To moja siostra. – Wzrok jej się rozmazał, głos drżał od furii. – Odebrałeś mi ją.

Nic nie miało jej powstrzymać przed zabiciem go. Przesunęła lufę na lewą stronę jego klatki piersiowej. Tam, gdzie powinno znajdować się serce. Zaczęła naciskać spust. Przez sekundę w czerni jego oczu pojawił się strach. Migotał i znikał, jakby on sam nie panował nad tym odruchem. Tak jak wcześniej ona. Jakby on też miał kogoś, dla kogo warto żyć. Co mogło znaczyć tylko jedno – kogoś kochał albo ktoś kochał jego.

Kidan pochyliła się bliżej, próbując przejrzeć całkowitą czerń jego spojrzenia. Jaka biedna dusza padła ofiarą jego uwagi? Może powinna go torturować, odebrać mu tę osobę, tak jak on odebrał kogoś jej.

Wyraz przerażenia Samsona zniknął zbyt szybko, odcinając ją od potencjalnej odpowiedzi. Kidan zmarszczyła brwi, gdy uśmiechnął się blado.

– Idealne wyczucie czasu, wendem.

Kidan gwałtownie uniosła głowę. W progu pojawiła się wysoka sylwetka. Nie słyszała, by drzwi się otworzyły. Pomimo niemal całkowitej utraty swej nieśmiertelnej gracji jej wampirzy towarzysz nadal poruszał się bez dźwięku. Kidan otworzyła usta ze zdumienia. Dziwnie było wreszcie zobaczyć go w tym domu. Serce zaczęło bić jeszcze szybciej.

Wrócił.

– Ptaszyno – powiedział Susenyos, przyglądając się jej osmolonej popiołem twarzy i rozplątanym warkoczykom. W jego głosie pobrzmiewał cień uśmiechu. – Jestem niemal zazdrosny. Kiedyś to we mnie celowałaś.

3

KIDAN

Susenyos Sagad stał nieruchomo przed Kidan, jego profil oświetlał blask wpadający przez ogromne okno. Dziewczynie zaparło dech w piersi na widok jego nagłego pojawienia się.

Rzucił krótkie spojrzenie Samsonowi, potem znów jej, a dom ożył, napędzany połączeniem ich umysłów. Ogień otulił Kidan jak druga skóra – kojący, ale nie parzący. Uśmiechnęła się kącikiem ust, a przez ciało przepłynęła dojmująca ulga.

W ciemnych oczach Susenyosa odbiło się światło i wampir odwzajemnił jej uśmiech. Bez niego był przerażający, spowity kradzionym pięknem zaćmienia. Jednak w rzadkich chwilach, takich jak ta, promieniował ciepłem. I to napawało ją pewnym rodzajem dumy – tą świadomością, że potrafiła wydobyć z niego inne oblicze.

Bez swej zajadłej nienawiści do niego... i do siebie samej Kidan nie wiedziała, co ich jeszcze łączy. Ale stanowiło to siłę samą w sobie, skupioną kulę magnetycznej energii, która była bliska eksplozji, gdy tylko znajdowali się zbyt blisko. Czasami jednak było to coś łagodniejszego – wyciągnięta nad przepaścią dłoń, która ściągała ją z krawędzi, jak teraz.

Istota między jej nogami poruszyła się, przerywając trans dziewczyny.

Kidan spojrzała w dół i wcisnęła kulę głębiej w ramię Samsona, aż zawył.

To wykrzywione z bólu oblicze było dla niej fascynujące. Jakby jego fizyczny ból mógł dorównać temu, co jej wyrządził. Kidan wahała się między przedłużeniem tortur a zabiciem go na miejscu.

Wsunęła lufę pistoletu w jego ranę, jakby wbijała palec w przejrzały owoc. Z jego gardła wyrwał się rozpaczliwy krzyk, a pachnąca solą i metalem krew zalała jej palce. Intensywne spojrzenie Susenyosa rozpraszało ją, czuła, jak przesuwa się po różnych częściach jej ciała, zjeżdża w dół, ku rozchylonym udom. Po jej szyi wspiął się rumieniec.

– Będziesz tak stał? – Zerknęła na niego.

– Nie śmiałbym przeszkadzać geniuszowi przy pracy – mruknął, a w jego głosie czaiło się coś mrocznego, czego nie potrafiła nazwać. – Pokaż mi, jak odbierasz komuś życie, yené Roana.

Kiedyś te słowa by ją przeraziły, lecz teraz napełniły ją rozkosznym dreszczem.

– Jeśli mnie zabijesz – wydyszał ciężko Samson – ostrza przepadną.

Kidan skwitowała jego próbę przetrwania uśmiechem.

– Nie obchodzi nas to.

Artefakty Mędrca mogłyby zniknąć w czarnej dziurze, a ona nawet by się tym nie przejęła.

Lecz Susenyos zrobił krok naprzód.

– Położenie artefaktu muszą znać trzy osoby, na wypadek gdyby coś się stało. Takie jest prawo Nefrasi.

– To było twoje prawo – warknął Samson, w kąciku jego ust zebrała się ciemna krew. – Jeśli mnie dziś zabijesz, nigdy nie znajdziesz ostrza.

Trzy artefakty – Słońca, Wody i Śmierci – miały rzekomo uwolnić wampiry od wszystkich ograniczeń.

Przez twarz Susenyosa przetoczył się gniew. Wyłożone boazerią ściany w pobliżu przestały płonąć żywym ogniem, a zaczęły falować, miękkie niczym zasłony. W jego umysł wkradł się ślad niepokoju. Te artefakty miały nad nim władzę. Zawsze będą jego priorytetem. Kidan zaschło w gardle.

– Nie słuchaj go – wydyszała.

– Stracisz... kolejne stulecie... na szukanie ich – wycharczał Samson nieco osłabionym, ale wciąż wściekłym głosem. – A jeśli... Lusidio odnajdzie je pierwszy, co wtedy?

To były brednie, które Kidan nie interesowały.

– Dość tego.

Lecz Susenyos znieruchomiał na dźwięk tego imienia. Czarne, wijące się macki – najpewniej ucieleśnienie jego przerażenia – oplatały mu nogi w przejawie emocji widocznej tylko dla nich. Wygasiły ogień Kidan i pomknęły ku niej jak węgorze, oplatając jej kostki i paląc jak mrówki ogniste. Panika rozkwitła w jej piersi. Dziewczyna czekała, aż Susenyos przemówi, udzieli instrukcji – jak dawniej, gdy dom wzmacniał ich emocje aż za bardzo. Ale on całkowicie zamarł. Jakby jej nie dostrzegał. Widziała go już, gdy przeżywał katusze w obserwatorium, we wspomnieniach z jego przeszłości, ale to było coś więcej. To ją przerażało, bo nie walczył.

A on zawsze walczył.

– Yos! – zawołała, próbując wyrwać go z transu.

Nie odpowiedział.

Kidan mocniej zacisnęła dłoń na pistolecie i przywołała swój gniew, rysując trójkąt na Samsonie. Z sufitu opadła peleryna czerwonego ognia, a ona przyjęła ją z ulgą i pozwoliła, by wypełniła jej płuca. Płomienie przygasiły mroczne, cieniste palce.

Susenyos wypuścił powietrze i spojrzał zaskoczony na znikające czarne wici.

Samson próbował ruszyć ramionami, mimo że wciąż miał je przygwożdżone do podłogi.

Teraz albo nigdy.

– Do zobaczenia w piekle – powiedziała Kidan.

Pociągnęła za spust w tej samej chwili, gdy coś z impetem uderzyło w nią z boku. Jej ramiona odskoczyły boleśnie, a kula trafiła w nogę krzesła, które eksplodowało z jednej strony. Pistolet wypadł jej z dłoni, przetoczył się po podłodze i zatrzymał. Rzuciła się po niego, ale ktoś przewrócił ją na plecy i przygniótł do ziemi.

Susenyos... zawisł nad nią z zaciętą miną.

– Co ty, do cholery, wyprawiasz?! – wrzasnęła, a wokół nich płomienie wirowały jak tornado.

Jego twarz była ponura, a pełne pogardy spojrzenie zwrócone w stronę Samsona, który wciąż żył.

– On ma rację. Najpierw muszę odzyskać ostrze.

On chyba żartował.

Kidan wiła się pod nim, przeklinając tak głośno, że aż bolały ją płuca.

– Musimy go zabić, ale już! To nasza szansa! Przysięgam, Yos, jeśli go wypuścisz, sama cię zabiję. On zamorduje GK!

Susenyos spojrzał na nią z mieszanką rezygnacji i determinacji. Kidan powoli przestała walczyć, gdy dopadło ją brutalne rozczarowanie. W końcu niedawno doszli do porozumienia, mieli działać i zabijać razem. Nie mógł jej teraz zdradzić.

– Nie rób tego – wyszeptała, gardząc tym, jak miękko zabrzmiał jej własny głos.

Susenyos na chwilę spuścił wzrok, lecz jego ton nie zdradzał żadnych emocji.

– Nigdy nie byliśmy tak blisko połączenia wszystkich artefaktów.

Krzyknęła na niego, ale nie rozluźnił uścisku. Po chwili jednak powoli ją puścił. Kidan, zdezorientowana nagłą zmianą, przez sekundę leżała nieruchomo, po czym podpełzła do miejsca, gdzie leżał pistolet.

Ale podniósł go ktoś inny.

Górował nad nią potężny mężczyzna, niemal dwa razy wyższy od niej. Miał ramiona jak pnie drzew i przerażającą twarz. Nazywano go Warde i był jednym z ludzi Samsona.

Kidan błyskawicznie poderwała się na nogi.

Za nim nieśmiało podążała June.

Kidan poczuła pulsowanie za oczami.

Łagodne, okrągłe oczy siostry odnalazły jej spojrzenie. Niesamowite, jaką miały nad nią władzę, bo ściskały jej serce jak żelazny pierścień.

Salon znów się zmienił i teraz przypominał głębię oceanu, przesyconą błękitem. Obudził w niej tak dojmujący żal, że nie mogła zbyt długo się nad nim rozwodzić. Zacisnęła powieki i spróbowała myśleć o czymś innym, o czymkolwiek, co nie wypełniałoby jej takim cierpieniem.

Ale dom wzmacniał wszystko, co czuła. A Kidan czuła się samotna i przestraszona. Pragnęła bliskości siostry. Otworzyła oczy, bo musiała być silna.

Podejdź do mnie, błagała w myślach.

June ściągnęła brwi, rozglądając się po pomieszczeniu. Samson próbował wstać, a szpony wbił w skórzaną kanapę, szukając równowagi. Materiał pękł, a on runął w tył, chwytając się za ranę. Twarz June złagodniała, spojrzenie powędrowało ku Kidan.

Kidan wstrzymała oddech, nieznacznie unosząc dłoń.

Proszę, podejdź do mnie.

June ruszyła w jej stronę, była coraz bliżej, aż niemal mogły się dotknąć... po czym ją minęła.

Ich ramiona musnęły się delikatnie i okrutnie zarazem, jak liść ocierający się o pędzący pociąg.

Z ust Kidan wyrwał się zduszony dźwięk, a kolana się pod nią ugięły.

Jej siostra pochyliła się, żeby podtrzymać chwiejącego się Samsona.

– Nic ci nie jest? – spytała.

Kidan aż się skrzywiła na dźwięk jej słodkiego głosu, za którym tak tęskniła. Nawet teraz jej pierwszą myślą było to, że siostra żyje.

Że jest bezpieczna.

– Dam sobie radę – warknął Samson, wyciągając z ciała jedną z kul.

Tak jak wtedy, gdy June pojawiła się po raz pierwszy, z długimi warkoczykami i promienną, jasnobrązową twarzą, zdrada objawiła się kwasem w ustach Kidan. Po ponad roku poszukiwań, po śmierci Mamy Anoet, oto stała przed nią jej siostra – u boku wampira, który chciał pogrążyć świat w chaosie. Kidan nie poznawała tej wersji June, zimnej i wyrachowanej wobec niej samej. Nie wierzyła, że kiedykolwiek jej wybaczy. A gdy siostra dowie się, że Kidan zamordowała ich przybraną matkę, ona jej również nie wybaczy.

Tyle rzeczy chciała jej wykrzyczeć. Zapytać: dlaczego, dlaczego, dlaczego.

I już nie mogła czekać.

Samson wyprostował się z pomocą June, sycząc z bólu. Jedna kula wciąż tkwiła w jego brzuchu.

– Warde – wysapał.

Olbrzym minął Kidan, cień padł na jej twarz. Na jego szyi pobrzękiwał gruby łańcuch z paliczków. To zwróciło jej uwagę; obejrzała się, wpatrując w cichego wampira, który bez trudu dźwignął Samsona.

Czy był Mot Zebeyą, jak GK? Tylko oni nosili łańcuchy z paliczków.

June podążyła za Samsonem na górę, nie zaszczyciwszy Kidan nawet spojrzeniem. Kidan paliło w piersi, pięści miała zaciśnięte. Gdy się odwróciła, Susenyos jej się przyglądał.

Za jego ramionami tańczyły złote nici, układając się w litery o upiornym pięknie:

Jeśli Susenyos Sagad narazi na niebezpieczeństwo Dom Adane, w zamian dom odbierze mu coś tej samej wartości.

Jego wzrok na moment spoczął na napisie, lecz twarz pozostała niewzruszona.

Jako potencjalni właściciele domu, tylko oni dwoje mogli je odczytać.

Na razie. Zastanawiała się, ile czasu minie, nim June też się to uda.

Może Susenyos myślał o tym samym.

Kidan mogłaby uwierzyć, że wszystko z nim w porządku, gdyby nie słyszała powolnego, przerażającego rytmu bębnów wojennych dudniących w ścianach. W tym domu był człowiekiem, podatnym na śmierć tak samo jak ona.

A ona była na niego wściekła.

– Kim jest Lusidio?

Właśnie to imię sprawiło, że ją zdradził.

Od jej pytania cały dom zadrżał.

Widoczne pęknięcia rozbiegły się po podłodze i ścianach jak czarne pnącza. Kidan cofnęła się z szeroko otwartymi oczami.

Ta emocja... nigdy wcześniej nie czuła od Susenyosa czegoś takiego. Gniew – owszem. Ale nigdy czegoś tak lodowatego, przypominającego skrystalizowany strach.

Szczęka wampira drgnęła, gdy zauważył stan domu, po czym skierował wzrok ku drzwiom.

– Później – rzucił szorstko.

Pomaszerował do wyjścia i przyspieszył. Kidan stała przez moment nieruchomo, po czym przemierzyła hol. Podeszła do okna przy wieszaku na płaszcze, odsunęła zasłonę i zobaczyła, że Susenyos opiera się o bramę na zewnątrz, a jego ramiona unoszą się i opadają.

Dom wpływał na niego coraz silniej. Wiedziała, jak to jest być przytłoczoną, ale to wykraczało poza taką udrękę. Czasem umysł Susenyosa wydawał się skupiony nie tylko na Samsonie, lecz także na niej. Jakby była problemem, którego nie przewidział – i który próbował jak najszybciej rozwiązać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki