Walka - Sloane St. James - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Walka ebook i audiobook

Sloane St. James

3,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

979 osób interesuje się tą książką

Opis

Kobieta, która igra z ogniem.

Mężczyzna, który na co dzień z nim walczy.

Kapitan Callahan Woods całe życie spędził na walce z ogniem. Doskonale wie, że potrafi on zniszczyć wszystko, co naprawdę w życiu ważne. Pięć lat temu stracił jednego ze swoich ludzi i od tamtej pory żyje według prostych zasad: żadnych zobowiązań, żadnych emocji, tylko praca i przelotne noce z nieznajomymi, które nic dla niego nie znaczą.

Prescott Timmons ucieka przed przeszłością, która niemal ją zniszczyła. Nowe miasto, nowa praca, nowy początek. Nie planowała jednak spotkać aroganckiego, zamkniętego w sobie mężczyznę, który wie, jak grać z ogniem, ale nie z sercem.

Każde z nich ma własne zasady. I każde uważa, że to jego są jedynymi właściwymi.

Kiedy stają do walki z żywiołem, muszą sobie zaufać, by przetrwać. Uwięzieni przez naturę i zmuszeni do współpracy, odkrywają, że jest żar, którego nie da się ugasić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 437

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 55 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Skórska Czarek Papaj

Oceny
3,0 (30 ocen)
6
7
5
6
6
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Natucha

Z braku laku…

Czekałam na tą książkę bo tak głośno z jej premierą było w socjal.... Narracja super, ale fabuła, denne nieporozumienia, niezrozumiałe zachowania głównych bohaterów. Liczyłam na ochy i achy, ale kompletnie mi nie podeszła ta książka 😭
lanuszka1987

Nie polecam

Początek miał potencjał ale później historia Scotte dlaczego się ukrywa i późniejsza fabuła niestety sprawia że odechciewa się czytać .
20
Marikotoda

Z braku laku…

Niestety coś tu nie zagrało. Relacja głównych bohaterów średnio poprowadzona. On niby taki gbur zamknięty w sobie, ona wychowana w jakiejś sekcie i się ukrywa, widzą się pierwszy raz w barze, wymieniają później raptem parę smsów i bum sytuacja w karetce. Zero budowania jakiejś historii między nimi.
10
Nitkaax33

Z braku laku…

bardzo się zawiodłam na tej książce
10
Kitulec

Z braku laku…

Wielki zawód. Szkoda czasu na czytanie, zrezygnowałam w połowie.
00



Tytuł oryginału: Fight

Copyright © 2025 FIGHT by Sloane St. James

Copyright © for the Polish translation by Ela Wołoszyńska-Wiśniewska, 2025

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Redaktorka prowadząca: Zuzanna Sołtysiak

Marketing i promocja: Natalia Angier

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Magdalena Białek, Daria Latzke

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Patryk Białczak

Ilustracje na froncie i zadruku wnętrza: Anna Niemczak

Przygotowanie do druku i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-23-5

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Fragment

Książkowa playlista

Motywy w fabule, bodźce oraz ostrzeżenia dotyczące treści

Słowniczek

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla S.

Ta książka jest tak samo Twoja, jak moja.

Dziękuję Ci za wszystko.

Książkowa playlista

Dostępna na platformie Spotify:

Breaking Point (F U) – Logan Michael

Pesticides Moselle – Matt Hip

Bride at a Bar – Vwillz, Mike

Weren’t for the Wind – Ella Langley

American Dream – Drayton Farley

Let It Burn – Shaboozey

Coal – Dylan Gossett

Risk – Gracie Abrams

Spin You Around – Morgan Wallen

Up in Flames – Łaszewo

Straight and Narrow – Sam Barber

FMRN – Lilyisthatyou

Unhealthy – Anne-Marie, Shania Twain

Smoke and a Light – Ole 60

White Mustang – Lana Del Rey

Ghost in My Guitar – Alana Springsteen, Chris Stapleton

Twin Flame – Brennan Story

A Lot More Free – Max McNown

Ain’t Doin’ Jack – Josh Ross

Fuck Your Sunshine – Łaszewo

Dead to Me – Voilà

World on Fire – Nate Smith

Amnesia – Josh Abbott Band

Civilian – Wye Oak

Backroad – Lecade

It Is What It Is – Abe Parker

Good Die Young – Wetzel

Everything Under the Sun – Waylon Wyatt

The Emotion – BØRNS

If I Were the Devil – Colby Acuff

Hold On – Chord Overstreet

Red Flags – Josh Ross

The Night We Met – Lord Huron

I’m The Sinner – Jared Benjamin

Everything We Need – Wilfred

Wine into Whiskey – Tucker Whitmore

Pitchin’ Fits – Drayton Farley

WOW – Zara Larsson

A Cigarette – Gavin Adcock

Burning Down – Alex Warren

Feathered Indians – Tyler Childers

Make It Out Alive – Matthew Gold

Maxed Out – Bayker Blankenship

Love is Beautifully Painful – Darkrose Ghost Duet

Religiously – Bailey Zimmerman

Beneath Oak Trees – Dylan Gossett

Half of Forever – Henrik

What He’ll Never Have – Dylan Scott

Let It Burn – Jared Benjamin

Holy Smokes – Bailey Zimmerman

Skin and Bones – David Kushner

Shake the Frost – Tyler Childers

Motywy w fabule, bodźce oraz ostrzeżenia dotyczące treści

Motywy w fabule

Romans w miejscu pracy, wrogowie stają się kochankami, nieporozumienia, nowa dziewczyna w mieście, jedno łóżko, my kontra natura, silna kobieca osobowość w niebezpieczeństwie i nawrócony playboy.

Bodźce

Ta książka porusza kwestie traumy religijnej, w tym terapii konwersyjnej i homofobii. Znajdują się w niej również opisy uczucia klaustrofobii, klęsk żywiołowych, bliskich zetknięć z pożarami lasów, zespołu stresu pourazowego (PTSD), ataków paniki i retrospekcji śmierci, której było się świadkiem.

Jeśli tego typu sytuacje wywołują u Ciebie silne emocje, nie czytaj tej książki.

Słowniczek

Buggy (dosłownie: „powozik”) – w żargonie strażackim lekki samochód terenowy z miejscami do siedzenia, ale bez zbiornika na wodę. Może zabrać osiem osób, dzięki czemu umożliwia szybkie przemieszczenie się większej grupy strażaków w kierunku pożaru.

Celownica Osborne’a (ang. Osborne Fire Finder) – narzędzie (rodzaj alidady) używane w wieżach obserwacyjnych do określania kierunku, na którym widać dym z pożaru, co pozwala na zaalarmowanie ekip gaśniczych.

Chrząszcze podążające za ogniem, owady pirofilne (ang. fire-chasing beetles) – owady, takie jak ciemnik czarny (Melanophila acuminata), które dzięki receptorom ciepła potrafią wykryć pożar lasu z dużej odległości. Ogień je przyciąga, ponieważ wykorzystują świeżo spalone (a czasem jeszcze tlące się) drewno do składania jaj i rozmnażania się. Silnie gryzą, często atakując strażaków podczas pracy.

Kontrolowane wypalanie (ang. prescribed burn, controlled burn) – pożar, który jest specjalnie zaplanowany i wywoływany po to, by wypełnić określone cele zarządzania obszarami leśnymi, na przykład zmniejszyć ryzyko pożaru lasu i przywrócić naturalne ekosystemy1.

Łańcuch (ang. chain) – jednostka miary powszechnie stosowana przez strażaków walczących z pożarami lasów. Osiemdziesiąt łańcuchów równa się jednej mili (około tysiąca sześciuset metrów), więc jeden łańcuch ma sześćdziesiąt sześć stóp (około dwudziestu metrów) długości.

Linia obrony przeciwpożarowej (ang. control or containment line) – każda sztuczna lub naturalna bariera służąca do powstrzymania rozprzestrzeniania się ognia.

Międzyagencyjne zespoły / grupy do zadań specjalnych, IHC (ang. Interagency Hotshot Crews, w skrócie: hotshot, hotshot crew) – specjalistyczne formacje doskonale wyszkolonych strażaków, których zadaniem jest bezpośrednia walka z ogniem na terenach leśnych, w tym przygotowywanie linii obrony przeciwpożarowej.

Nomex (ang. także Yellows) – zastrzeżona nazwa handlowa tkaniny ognioodpornej, szeroko stosowanej w przemyśle i produkcji wyposażenia przeciwpożarowego, a także potoczna nazwa żółtej koszuli noszonej przez strażaków zwalczających pożary lasów.

Pas przeciwpożarowy (ang. fire line) – pas ziemi pozbawiony roślinności (wyczyszczony do gleby mineralnej), który ma zatrzymać lub przekierować pożar. Strażacy przygotowują pasy przeciwpożarowe ręcznie, z wykorzystaniem między innymi narzędzia Pulaski, czyli toporka strażackiego.

Piarg, osypisko (ang. scree) –duża liczba małych, luźnych kamieni, która pokrywa zbocze góry.

Pojazd terenowy typu side-by-side (ang. Utility Terrain Vehicle, UTV) – pojazd przeznaczony do jazdy terenowej, zazwyczaj większy od pojazdu typu ATV (ang. All-Terrain Vehicle) i często wykorzystywany do pracy, a nie w celach rekreacyjnych.

Posusz stojący (ang. snag) – martwe, często strawione przez ogień stojące drzewo, które stwarza zagrożenie dla strażaków pracujących na ziemi.

Pożar wierzchołkowy, pożar rozprzestrzeniający się w koronach drzew (ang. crown fires) – rodzaj pożaru lasu, w którym ogień rozprzestrzenia się w koronach drzew. To często największe, najtrudniejsze do opanowania i najszybciej rozprzestrzeniające się pożary, gdyż ogień przeskakuje z jednego drzewa na drugie.

Przeciwpożar, przeciwogień (ang. backburn, backfire, burnout) – terminy określające celowe podkładanie ognia na granicy aktywnego pożaru w celu pozbawienia go dostępu do paliwa.

Racja żywnościowa (ang. Meals Ready-to-Eat, MRE) – lekka, pojedynczo zapakowana porcja odpowiednio przygotowanego (często liofilizowanego) jedzenia, zapewniająca pełnowartościowy posiłek dla jednej osoby.

Zapalarka (ang. drip torch) – ręcznie obsługiwane narzędzie służące do kontrolowanego wypalania. Podłożenie ognia następuje poprzez rozlewanie na ziemi płonącego paliwa.

Zarzewie ognia (ang. spot fire) – zjawisko, w którym żar przemieszcza się przez linie obrony przeciwpożarowej i osiada na roślinności lub innym materiale łatwopalnym, wywołując płomienie w nowej lokalizacji.

Prolog

Callahan

Pięć lat wcześniej

Kiedy to zaczęliśmy wyrażać się pochlebnie o pogrzebach, nazywając je „miłymi”? Kto to zapoczątkował? Chętnie bym mu podstawił nogę na schodach. Dzisiejsze komentarze pełne są podziwu dla tej ceremonii, jakby była to jedyna rzecz, o której wszyscy potrafią rozmawiać. A pogrzeby to pogrzeby. Wszystkie są do bani. Ten jest jednak najgorszy… bo patrzyłem, jak ten człowiek umiera, a świeże wspomnienie jego martwego ciała wciąż przewija się w moich myślach. Jedynym plusem jest to, że odszedł natychmiast.

Czuję ulgę, opuszczając dom pogrzebowy, ale jazda do bliźniaka, w którym mieszkał Garrett, wydaje się równie, jeśli nie bardziej, przerażająca. Nie jestem pewien, gdzie pomieszczą tych wszystkich ludzi – to nie jest duży dom. Parkuję swojego pick-upa na osiedlowej uliczce za wieloma innymi pojazdami należącymi do przyjaciół i rodziny.

Garrett Macomb pełnił funkcję lidera, dowódcy naszego zespołu do zadań specjalnych, i był ojcem jednego z moich najlepszych przyjaciół. Chociaż wielu członków naszej ekipy twierdziło, że dla nas wszystkich był jak ojciec.

– Wszystko w porządku?

Moja narzeczona, Molly, odchyla osłonę przeciwsłoneczną w aucie i nakłada na usta świeżą warstwę szminki. Stara się mnie wspierać, ale w jej głosie słychać skrywaną nutę wkurzenia. Jest poirytowana moim zachowaniem i nie mogę jej za to winić. Odkąd byłem świadkiem śmierci Garretta, jestem coraz mniej obecny. Wpadam w wir myśli i ciągle coś mnie rozprasza.

Z powodu mojego grafiku czas, który spędzam z Molly, jest krótki i cenny. Jesteśmy razem od liceum, potem zamieszkaliśmy w Sky Ridge w stanie Waszyngton, żebym mógł zrealizować swoje marzenie o gaszeniu pożarów lasów, a Molly znalazła świetną szkołę i rozpoczęła karierę nauczycielki. Na początku wszystko szło dobrze, ale z każdym kolejnym sezonem pożarowym napięcie w naszym związku rosło. Przydziały trwają czternaście dni, potem jest tylko kilka dni na odpoczynek w domu, zanim zostanę wysłany w nowe miejsce.

Od czasu do czasu mamy akcje w okolicy, co daje nam dodatkowy czas dla siebie. Molly jest najważniejsza, kiedy jestem w domu, ale czuję, że się od niej oddalam. Ostatnio moje myśli krążą wokół pracy. Każdej nocy, kiedy kładę się do łóżka, ten dzień ponownie odtwarza się w mojej głowie. Muszę najpierw pokonać psychiczne blokady, potem wymyślę, jak naprawić sytuację w domu i wrócić do normalności.

– Tak – kłamię. – Spotkamy się w środku. Daj mi chwilę.

Molly wysiada z pick-upa, wzdychając, i poprawia sukienkę, a ja odprowadzam ją wzrokiem, aż znika w domu. Muszę się ogarnąć, inaczej ją też stracę.

Z trudem zbieram się na odwagę, żeby wejść przez frontowe drzwi domu Garretta, gdzie odbywa się stypa. W końcu pociągam za klamkę samochodu i z niego wyskakuję. Zatrzaskuję drzwi i biorę głęboki wdech. W tym momencie obok mnie staje starsza kobieta ubrana na czarno – Ruth Haggleberg, plotkarka z miasta. Byłem tak zamyślony, że nawet nie zauważyłem ani jej, ani trzymanego przez nią naczynia żaroodpornego owiniętego folią aluminiową.

– Może z tym pomogę? – proponuję.

– Ależ dziękuję! – Kobieta podaje mi naczynie i idziemy w stronę domu. Ruth uśmiecha się do mnie promiennie. – To był taki  m i ł y  pogrzeb.

Jezu Chryste.

Wciągam powietrze przez nos i jedyne, do czego mogę się zmusić, to drętwy uśmiech. Moje usta są ściśnięte.

– Mhm.

Ruth rozprawia o wszystkich  m i ł y c h  rzeczach, które powiedziano o Garretcie podczas mowy pogrzebowej, ale jej nie słucham. Zastanawiam się, czy zostało jeszcze trochę tequili w butelce, którą wcześniej miał King. Wypiliśmy kilka łyków przed pogrzebem, żeby jakoś go przetrwać.

Gdy docieramy do schodów, przyciskam naczynie żaroodporne do boku, a potem otwieram przed Ruth drzwi wejściowe.

– Co za dżentelmen! – mruczy.

Lekko klepie mnie po dłoni i wchodzi pierwsza.

– Zaniosę to do kuchni – informuję, nim kobieta zniknie w tłumie gości.

Wchodzę do holu i przeciskam się między ludźmi tłoczącymi się w salonie, torując sobie drogę do kuchni, gdzie niezbyt delikatnie i z głośnym hukiem stawiam naczynie na blacie. Nie jestem pewien, co ta stara spryciara wyczarowała, ale to coś gęstszego niż ołów.

Rozglądam się po pokoju w poszukiwaniu Molly, ale jej nie widzę. Mija mnie kilka osób, a ja przesuwam się, by zejść im z drogi, i w końcu docieram do ściany. Wtedy mój wzrok pada na Xandera. Zmuszam się, by spojrzeć na mojego najlepszego przyjaciela. Ledwo go poznaję. Bije od niego smutek. Ten chłopak nigdy już nie będzie taki sam.

Wygląda to tak, jak gdyby zdruzgotany śmiercią ojca Xander był w środku pusty, a ja jestem osobą, która to spowodowała. Dzień, w którym musiałem powiadomić mojego najlepszego przyjaciela o śmierci jego ojca, był najgorszy w moim życiu. Minie dużo czasu, zanim znów zobaczę w Xanderze światło.

– Gdzie jest Molly? – pyta King, zaskakując mnie. Potem opiera się o ścianę obok. To mój drugi przyjaciel w zespole, doceniam jego obecność dzisiaj.

– Gdzieś tu jest…

– Pewnie została osaczona przez starą Ruthie.

Parskam cicho.

– Niosłem tej kobiecie zapiekankę. Nawet siekiery, którymi machałem, mniej ważyły.

King kręci głową z uśmieszkiem, a potem, przygwożdżeni do ściany, obserwujemy tłum.

– Jak się czujesz z tym awansem?

Kiedy po raz pierwszy zdobyłem kwalifikacje na stanowisko kapitana, byłem wniebowzięty. Plan był prosty. Garrett Macomb miał przejść na emeryturę po zakończeniu sezonu pożarowego, co pozwoliłoby Xanderowi przejąć funkcję dowódcy naszego zespołu do zadań specjalnych w Sky Ridge. Harowałem jak wół, przygotowując się do przejścia Garretta na emeryturę, żebym mógł zastąpić Xandera na jego stanowisku. Ten awans był dla mnie cholernie wielką sprawą.

Wiązał się z bardzo potrzebną podwyżką i pozwoliłby mi zorganizować wymarzone wesele Molly. Minęło siedem lat od naszych zaręczyn. Obiecałem jej to wesele i nie ożenię się z nią, dopóki nie będę mógł jej go zapewnić. Co więcej, wyższa pensja oznaczała, że w końcu mogliśmy opuścić wynajmowane mieszkanie. Odkąd się tu przeprowadziłem, mam na oku dom do remontu. Jest w kiepskim stanie, ale mieści się w naszym budżecie i ma duży potencjał. Może trochę potrwać, nim będzie gotowy, ale nie mam wątpliwości, że przy odrobinie troski i zaangażowania wszystko się uda.

Molly i ja byliśmy zachwyceni, że wraz z tym awansem rozpocznie się kolejny etap naszego życia. Jednak śmierć Garretta nastąpiła przed końcem sezonu pożarowego, co spowodowało zmianę planów. Teraz ta potencjalnie radosna okazja została przyćmiona przez śmierć naszego dowódcy, a to nie wydaje się dobrym powodem do świętowania.

Wzruszam ramionami.

– Chciałbym, żeby to się stało w innych okolicznościach, wiesz?

– Wszyscy byśmy tego chcieli.

– Dziwnie jest tu być, co nie? Wśród tych wszystkich jego rzeczy – dodaję, rozglądając się po pokoju.

Pomiędzy ludźmi zajmującymi przestrzeń niemal od ściany do ściany kryją się drobne wspomnienia o Garretcie. Fotel, w którym oglądał mecze baseballowe, jest zajęty przez nieznajomego, trzymającego na kolanach talerz z jedzeniem. Kręcę głową, gdy kropla sosu spływa z boku talerza na podłogę. Prawdopodobnie zostanie wtarta w dywan, gdy ktoś po nim później przejdzie.

Ściany są ozdobione zdjęciami Xandera i jego rodziny. Jego mama i bracia przylecieli na pogrzeb z Michigan. Słyszałem, że Xander odziedziczy dom i w którymś momencie będzie musiał przejrzeć rzeczy swojego ojca. Nie wiem, jak chłopak sobie z tym poradzi.

Kątem oka widzę, jak wchodzi Jacob, kolejny członek naszej ekipy. Tuż za nim idzie jego siostra bliźniaczka, Vi. Wokół rozbrzmiewa jednostajny, radosny gwar – taki, jaki można usłyszeć na weselu albo przyjęciu z okazji ukończenia szkoły. To odgłos ludzi nadrabiających zaległości ze znajomymi i dzielących się miłymi wspomnieniami o Garretcie. Ja unikam wracania do przeszłości. Za każdym razem, gdy to robię, moje myśli zostają szybko przyćmione przez obraz jego twarzy tuż przed śmiercią. Chrzanić to.

Molly twierdzi, że muszę znaleźć sposób, by iść dalej. Próbuję, ale czasami czuję, że nigdy się z tym nie uporam. Nieważne, jak bardzo bym chciał. Spotkałem się z terapeutą, ale po powrocie do domu byłem wyczerpany. Nie czułem się wcale lepiej i nie miałem już sił dla Molly, co doprowadziło do wielkiej kłótni tego wieczoru. Potem Molly została u koleżanki. Jakiekolwiek problemy piętrzą się w mojej głowie, nie mogę pozwolić, by rozdarły mi życie na strzępy. Muszę znaleźć sposób, żeby upchnąć je wystarczająco głęboko, tak, by nie wypłynęły na powierzchnię. Albo przynajmniej nie dać się im ponieść. Nikt nie zrozumiałby tej zmiany osobowości. To do mnie niepodobne, ja jestem przecież wyluzowany.

– Dziwne to jest to, że jestem tu wśród takiej gromady ludzi – mówi King, prostując się, żeby zrobić miejsce komuś przechodzącemu z bukietem białych lilii. Odwracamy głowy w lewo, żeby uniknąć uderzenia kwiatami w twarz. King wskazuje w stronę małej grupki strażaków z innej jednostki, którzy zebrali się w kącie sali. – Jestem zaskoczony, że te miejskie błazny2 jeszcze nie zaczęły wyrzucać ludzi. Pojemność tego miejsca została zdecydowanie przekroczona.

Śmieję się.

– Przynajmniej Dave’a tu nie ma. – Słowa wydostają się z moich ust, zanim zdążę je powstrzymać.

Dave i Molly dorastali w tej samej okolicy, mieszkali obok siebie. Molly twierdzi, że Dave jest jak brat, ale nie zdziwiłbym się, gdyby podkochiwał się w niej od dzieciństwa. Wydaje mi się podejrzane, że przyjechał do tego samego miasta, co my. Próbuje też przenieść się z jednostki, która działa w mieście, do tej działającej poza terenem zabudowanym. W ramach przysługi dla Molly zaoferowałem mu tymczasowe miejsce w naszym zespole. I to był błąd. Od samego początku ten gość sprawiał problemy. Był zarozumiałym skurwielem, zawsze zachowywał się wyniośle, ciągle kwestionował rozkazy i nigdy nie zwracał uwagi na ludzi wokół siebie. Poza tym miał chujową etykę pracy i zmasakrował więcej pił łańcuchowych, uderzając podczas cięcia łańcuchem o ziemię, niż ktokolwiek inny, z kim miałem kiedykolwiek do czynienia.

Kiedy Garrett zapytał mnie o opinię, czy powinniśmy dać Dave’owi stałą posadę, odpowiedziałem bez wahania:

– Absolutnie nie.

W tak małym miasteczku jak Sky Ridge wieść szybko dotarła do Dave’a i od tamtej pory zachowuje się jak palant.

– Prawdopodobnie nie chciał się pokazywać po tym, jak go odrzucono – dodaje King, który jest niemal tak wielkim fanem Dave’a jak ja.

Wzrost Xandera sprawia, że łatwo go zauważyć, gdy do nas podchodzi.

– Hej, stary.

Chłopak ustawia się obok nas pod ścianą.

– Hej.

– Szkoda, że nikt się nie pojawił – rzuca King, a w jego głosie słychać nutę sarkazmu.

– Myślę, że śmiało można stwierdzić, że moi bracia nie docenili faktu, ile osób tu będzie. Próbowałem im powiedzieć… – Jego głos jest pusty. Nienawidzę tego.

Stoimy ściśnięci jak sardynki między kuchnią a salonem i nie mógłbym być bardziej wdzięczny, że tkwimy tu ramię w ramię, bo patrzenie na zdruzgotanego Xandera to prawdziwa tortura. Bycie tym, który musiał przekazać mu wieści, było koszmarne. Słowa zostawiały obrzydliwy posmak, gdy opuszczały moje usta. Gdybym mógł je połknąć, zrobiłbym to w mgnieniu oka.

Jednostajny biały szum rozmów wokół nas cichnie, gdy moje myśli wracają do tamtego dnia. Wyraz twarzy Garretta tuż przed śmiercią… Między nami padło milion słów. Ten obraz na zawsze wrył się w moją pamięć. Nie mogłem nic zrobić, żeby powstrzymać to drzewo przed upadkiem.

Smutek malujący się na jego twarzy będzie mnie prześladował już zawsze. Wiedział, że umrze – widziałem to w jego oczach – i nie był na to gotowy.

Cieszę się, że Xandera tam nie było, że tego nie widział i że zabiorę to wspomnienie do grobu. Mam tylko nadzieję, że uda mi się je pogrzebać tak głęboko, że nawet ja nie będę w stanie go odnaleźć. Chcę zapomnieć, że tam jest. Niestety, pojawia się za każdym razem, gdy widzę zdjęcia Garretta, które dziś są wszędzie. Gdy moje myśli wirują, w pokoju nagle robi się duszno, a powietrze gęstnieje – jakbym nie mógł złapać oddechu. Weź się, do cholery, w garść. Zerkam w stronę drzwi wejściowych, ale są blokowane przez żegnających się ludzi.

Potrzebuję powietrza.

– Poszukam łazienki – rzucam, odpychając się od ściany.

Kieruję się do tylnego korytarza, mając nadzieję, że pokój gościnny jest wolny, więc będę mógł się w nim zamknąć i ogarnąć. Serce mi wali, gdy stawiam krok za krokiem, jedyne, co słyszę, to własne tętno, a pole widzenia mi się zawęża. Kurwa, czy ja mam zawał?

Jest tak, jakby moje myśli wirowały w odpływie, a ja nie mogę się wydostać z tego wiru. Choć bardzo się staram, nie mogę ich nakierować na nic innego. Wdech. Mam zbyt ściśniętą klatkę piersiową, żeby wziąć wdech, i czuję, jakby miażdżył mnie ogromny ciężar wszystkiego, co się wydarzyło. Palce mi drżą, gdy próbuję poluzować krawat – teraz bardziej przypomina pętlę.

W końcu docieram do pokoju i zaciskam dłoń na klamce, a potem siłą otwieram drzwi, wstrzymując oddech i czekając, aż poczuję ulgę.

Ale ona nie przychodzi.

Dostaję niespodziewany cios od mojej przyszłej żony, którą posuwa inny facet.

Wygląda na to, że Dave się pojawił.

1

Scottie

Obecnie

Jarzeniówki w obskurnym urzędzie miejskim migoczą, ale chyba nikomu to nie przeszkadza. Jest cicho, słychać jedynie stukot palców o klawiatury i klikanie myszkami dochodzące z pobliskich boksów oraz biur. Od czasu do czasu ciszę przerywa dzwoniący telefon.

Poprawiam wyprasowane spodnie. Suszarki w damskiej szatni nie były wystarczająco gorące, żeby wygładzić wszystkie zagniecenia na mojej bawełnianej bluzce, ale większość z nich udało się usunąć. Tak to jest, gdy żyje się na walizkach – gdy mieszka się w  s a m o c h o d z i e. 

Mam nadzieję, że mój strój nie będzie czynnikiem decydującym o tym, czy dostanę pracę ratowniczki medycznej. Jeśli otrzymam tę posadę, będę mogła wpłacić zaliczkę za kawalerkę w Sky Ridge. Gospodarz powiedział, że czynsz mogę opłacać co miesiąc gotówką. Zgodziłam się wziąć to mieszkanie bez oglądania. Dopóki ma dach, cztery ściany i łazienkę, nie obchodzi mnie, jak wygląda. Już podałam ten adres w dokumentach i jak dotąd nikt go nie sprawdził.

Z jednego z biur wychodzi mężczyzna.

– Cześć. Prescott? Jestem Noah, rozmawialiśmy wcześniej przez telefon.

Zmuszam się do uśmiechu i spoglądam w życzliwe oczy rosłego mężczyzny. Jest kierownikiem do spraw rekrutacji w tym urzędzie miejskim, gdzie zajmują się również obsadzaniem niektórych stanowisk dla hrabstwa – takich jak posada ratowniczki medycznej o którą się ubiegam.

Wstaję i z entuzjazmem podaję mu rękę.

– Tak. Miło mi pana poznać. – Ściskam jego dłoń. Mocno.

Nie jestem słaba. Nie jestem słaba.

Mam kwalifikacje, wykonywałam już tę pracę, wypełniłam wszystkie dokumenty. Sama na to zapracowałam. Zostaję wprowadzona do jego gabinetu i zajmuję krzesło naprzeciwko jego biurka, podczas gdy on zajmie miejsce po drugiej stronie.

Jasnobrązowe metalowe biurko jest zawalone papierami i kalendarzami. Przełykam ślinę, gdy urzędnik przeszukuje sterty dokumentów, aż w końcu chwyta szarą teczkę. Kiedy ją otwiera, widzę swoje nazwisko.

– Wygląda na to, że wszystkie twoje kwalifikacje i dokumenty są aktualne – mruczy, gdy przegląda moje dokumenty aplikacyjne, nawet na mnie nie spoglądając.

Przytakuję.

– Tak jest.

– Jak szybko chcesz zacząć?

– Jak najszybciej. – Czy nie odpowiedziałam za szybko? Nie chcę, żeby wiedział, jak bardzo jestem zdesperowana.

– Myślę, że to jest do zrobienia. – Mężczyzna ponownie przegląda papiery, czegoś szukając. – Czy przefaksowałaś swoją dokumentację szczepień?

Cholera.

– Och, myślałam, że tak – kłamię, pochylając się do przodu dla podkreślenia, jak bardzo jestem zaskoczona, że nie ma jej w aktach. – Przepraszam, czy mogę wysłać kopię mailem dziś po południu?

– W porządku. – Urzędnik zamyka teczkę. – Jak wiesz, mamy wakat na ratownika medycznego w straży pożarnej w Sky Ridge, niedaleko stąd, przy County Road dwa.

Przejeżdżałam obok jednostki co najmniej kilkanaście razy, za każdym razem szepcząc modlitwę do bogów odpowiedzialnych za zatrudnianie. To małe miasteczko, więc konkurencja jest tu niewielka, co daje mi przewagę.

– Mają tam świetną ekipę. Myślę, że się wpasujesz. – Mężczyzna wyciąga z teczki kolejną kartkę.

Wygląda jak oferta pracy3. Serce wali mi jak szalone, ledwo powstrzymuję łzy.

– Trzydzieści sześć godzin tygodniowo. Trzy dni pracy, cztery wolne – wyjaśnia.

Idealnie.

– Jestem przyzwyczajona do dwunastogodzinnych zmian.

– Płacę dwadzieścia jeden pięćdziesiąt za godzinę.

– Doskonale.

Proszę, pozwól mi ją podpisać.

– Masz jeszcze jakieś pytania?

– Nie, proszę pana. Chętnie przyjmę tę posadę.

Mężczyzna chwyta długopis, najwyraźniej zadowolony, że ma mnie z głowy.

– Doskonale. Już przygotowałem ofertę.

Podaje mi ją do przejrzenia, a ja kiwam głową, powstrzymując się, by nie zapiszczeć.

– Zatrzymamy ją u nas, dopóki nie otrzymamy od ciebie dokumentacji szczepień. Kiedy już to prześlesz i papiery będą w porządku, wyślę ci kopię oferty mailem. Wtedy ją podpiszesz i odeślesz. W ten sposób nie będziesz musiała tu znowu przyjeżdżać. – Mężczyzna odchrząkuje. – Gdy już zakończymy całą procedurę, będziesz mogła rozpocząć pracę w przyszły wtorek. Dobrze?

– Świetnie! – Uśmiecham się i jest to mój pierwszy prawdziwy uśmiech od dłuższego czasu. – Nie ma problemu, wyślę panu kopię mailem, jak tylko wrócę do domu. Dziękuję.

Dostałam pracę.

Mężczyzna wstaje, a ja idę za nim. Ściskamy sobie dłonie, dziękuję mu po raz ostatni i odchodzę.

Wychodzę z biura i kieruję się do samochodu stojącego w najdalszym rogu parkingu. Nie mogę ryzykować, że ktoś zajrzy do środka i zobaczy dowody na to, że moje auto przez ostatnie kilka tygodni służyło mi również za dom. Robię wszystko, żeby nikt mnie nie przejrzał.

Okazuje się, że miesięczny karnet do klubu fitness jest o wiele tańszy niż miesięczny pobyt w hotelu, a na siłowni mogę wziąć tyle gorących pryszniców, ile chcę, i mam dostęp do tych samych udogodnień. Brakuje tylko łóżka. Na szczęście pracownicy uważają mnie za maniaczkę aktywności fizycznej, a nie bezdomną kobietę, która potrzebuje kąpieli. A skoro już szukam plusów, to jestem w najlepszej formie w życiu.

Ukrywam się na drugim końcu kraju. Z dala od małego miasteczka, w którym dorastałam, i społeczności, która za wszelką cenę chce uprzykrzyć mi życie.

Jeśli będą na tyle sprytni, żeby sprawdzić mój numer ubezpieczenia, jest duża szansa, że zadzwonią do mojej pracy i narobią zamieszania, ale minęły już tygodnie, odkąd wyjechałam. Przez prawie rok puszka po kawie, którą schowałam z tyłu kuchennej szafki, powoli wypełniała się monetami i gotówką. Doprowadziło mnie to aż do Sky Ridge w stanie Waszyngton, gdzie jestem od domu najdalej, jak to tylko możliwe – i nigdy nie byłam szczęśliwsza.

Mimochodem obserwuję otoczenie, potem otwieram drzwi samochodu i wsiadam do środka. Wyjeżdżam z parkingu i kieruję się prosto do lokalnej biblioteki, żeby skorzystać z ich komputerów, pobrać z portalu pacjenta moją dokumentację szczepień i wysłać ją Noahowi.

Normalnie zadzwoniłabym do gabinetu mojego lekarza, żeby przefaksowano mi dokumenty. Gdyby dowiedziano się jednak, gdzie są wysyłane, informacja ta dotarłaby w ciągu godziny do rady. Może nawet nie obchodzi ich, że wyjechałam, ale nie chcę ryzykować.

W bibliotece co chwilę odświeżam skrzynkę mailową, czekając na wiadomość z ofertą pracy. Spokojnie, Prescott. Nie wyślą jej od razu. Mam kilka godzin do zagospodarowania.

Mogłabym wrócić na siłownię i pobiegać na bieżni, ale to sprawi, że będę bardziej zestresowana niż teraz. Nigdy nie byłam dobra w bieganiu w miejscu. Potrzebuję wyjść na zewnątrz, gdzie otoczenie może mnie łatwo rozproszyć.

Wychodzę z biblioteki i wsiadam z powrotem do samochodu, włączam muzykę i jadę do miejsca, w którym rozpoczyna się jeden z lokalnych szlaków turystycznych. To piękny dzień na wędrówkę.

Jest późny poranek. Parking jest pusty, co nie jest niczym niezwykłym w dzień powszedni, kiedy wszyscy są w pracy. Zamieniam elegancki strój na spodnie trekkingowe, lekką kurtkę i buty za kostkę. Kontrast błękitnego nieba z wiecznie zieloną panoramą jest oszałamiający.

Pochodzę z górzystego regionu, ale dopiero gdy wyjechałam na północny zachód do stanu Waszyngton, po raz pierwszy zobaczyłam prawdziwe góry. Tak wysokie, że szczyty pokryte są śniegiem, który zdaje się sięgać chmur. I tak szerokie, że nie widać, gdzie się zaczynają, a gdzie kończą.

Gdy wchodzę na szlak, moje usta wykrzywiają się w uśmiechu. Bliskość natury to coś, co sprawia mi największą radość. Ziemia ma ciepłą, brązowawą barwę i jest pokryta sosnowymi igłami. Napełniam płuca chłodnym i wilgotnym jesiennym powietrzem. Wdycham aromat wiecznie zielonej roślinności, pozwalając, by uczucie zadowolenia zagościło w mojej duszy. To mógłby być mój dom. Mogłabym już zawsze nurkować w tych gęstych lasach. Po zaledwie kilku krótkich tygodniach bardzo pragnę zapuścić korzenie w górach.

Po około półtora kilometra las otwiera się na polanę, a promienie słońca ogrzewają mi twarz, gdy przechylam głowę, by napić się wody. Ścieżka nie jest tak dobrze widoczna na otwartej przestrzeni, więc podążam za wysokimi kopczykami z kamieni wskazującymi drogę, ustawionymi przez osoby odpowiedzialne za utrzymanie szlaku. Za kilka kilometrów powinien pojawić się punkt widokowy. Skupiam się na tym celu, a nie na telefonie, którego ciężar czuję w kieszeni. Jeszcze za wcześnie na mail z ofertą.

Myśli błądzą, gdy zwiększam tempo marszu i chłonę krajobraz, ciesząc się widokiem świstaków, które od czasu do czasu wychylają się zza skalnego występu – jak ten, który teraz na mnie gwiżdże.

– Cześć, kolego. Ja tylko tędy przechodzę.

Łapka zwierzaka drga w okolicach jego puszystego, żółtego brzucha, a ja się uśmiecham, gdy go mijam. Dzisiaj będzie dobry dzień. Dostanę ofertę pracy, a potem skontaktuję się z gospodarzem i otrzymam to mieszkanie. Kto wie, może nawet wprowadzę się przed końcem tygodnia! Może i nie mam mebli, ale mam dmuchany materac. Szczerze mówiąc, spanie na samej podłodze byłoby przyjemniejsze niż ściskanie się na tylnym siedzeniu samochodu, jak przez ostatnich kilka tygodni.

Poza tym w ogłoszeniach internetowych zawsze znajdzie się coś za darmo. Widziałam, jak budynek wygląda z zewnątrz, i jeśli wnętrze mieszkania jest choć trochę podobne do elewacji, to nie bez powodu ten lokal stoi tak długo pusty. To miejsce jest ruiną, ale wkrótce będzie  m o j ą  ruiną. Cholerna dziura, kochana dziura.

Przede mną wyrasta kolejny znak ze strzałką wskazującą w lewo na punkt widokowy. Wybieram tę trasę i dalej marzę o swojej przyszłości tutaj. To mój pierwszy raz na tym szlaku, ale liczę na zabójczy widok ze szczytu.

Dość szybko docieram do punktu widokowego. Na końcu ścieżki otwiera się panorama na ogromną dolinę z olśniewającym jeziorem, którego brzegi mienią się w blasku słońca. Wzgórza i lasy ciągną się jak okiem sięgnąć. To robi spektakularne wrażenie.

Tak. To mógłby być mój dom.

2

Callahan

Na drugim końcu głównej ulicy znajduje się wielki neon z napisem BAR i strzałką wskazującą na zniszczony ceglany budynek. Mae i Jack byli już właścicielami tego lokalu, zanim się tu przeprowadziłem. Tylko miejscowi wiedzą, że ten bar nazywa się „U Shifty’ego”, i tylko miejscowi tu piją – większość z nich to strażacy z grupy specjalnej. Nie wszyscy mieszkają w Sky Ridge, ale lata temu bar stał się swego rodzaju lokalnym miejscem spotkań.

Chwilę trwa, zanim moje oczy, przywykłe do blasku zachodzącego na zewnątrz słońca, przyzwyczają się do przyćmionych świateł niemal pozbawionego okien lokalu. W środku jest jeszcze więcej neonów, głównie reklamy piwa. Ciężkie drzwi zamykają się za moimi plecami i wita mnie znajomy zapach stęchlizny oraz śmiech kumpli, którzy pewnie piją już drugą kolejkę.

Dziś wieczorem świętujemy ugaszenie naszego ostatniego pożaru. Był cholernie wymagający i wszyscy jesteśmy zmęczeni, ale to dobry pretekst, żeby wyjść i wypić parę piw. King i Xander siedzą bliżej środka, więc przysuwam do nich stołek barowy. W tym samym momencie na wysłużonym starym sosnowym blacie, którego drewno z biegiem lat pożółkło, pojawia się przede mną oszroniona butelka piwa Coors. Unoszę dwa palce i kiwam głową, dziękując Lou, staremu barmanowi, który dobrze nas zna.

King i Xander śmieją się z czegoś, co powiedział Bobby, więc biorę łyk piwa i daję się wciągnąć w rozmowę.

– No więc każe naszym ludziom sterczeć na tym cholernie gorącym parkingu w pełnym słońcu Florydy, podczas gdy ci z Waszyngtonu wciągają wypasiony lunch. Bo pieprzyć nas, prawda? Wszyscy zajadają się owocami morza w przyjemnym chłodzie klimatyzacji, a strażacy nawet nie mogą nic przekąsić, na wypadek gdyby któryś z ważniaków chciał wyjść i zobaczyć wozy oraz ekipę. Jakby to była jakaś bzdurna prezentacja. No i wtedy… – Bobby chichocze. – Po godzinach spędzonych na słońcu nadchodzi koniec, prawda? I kto podchodzi z kieszeniami wypchanymi krewetkami? Wyatt cholerny Bradley. Ten palant patrzy na chłopaków i mówi coś w stylu: „Szkoda, że nie mogliście wejść do środka, bo jedzenie było fenomenalne!”. I wypowiada to, stojąc tam i  w c i ą ż   z a j a d a j ą c   s i ę   k r e w e t k a m i! 

– Nie ma mowy, żeby szef Służby Leśnej jadł krewetki – mówi Xander, kręcąc głową.

Bobby unosi dłoń.

– Przysięgam na Boga.

Przewracam oczami i się uśmiecham. Już słyszałem tę historię. Chociaż ostatnim razem, gdy mi ją opowiadano, szef Służby Leśnej miał źle zapiętą koszulę, a klamra paska też była do góry nogami.

Wymieniamy się historiami i plotkami, a także informacjami o przydziałach, które nas czekają. Kiedy sezon pożarowy się skończy, będę miał kilka tygodni, żeby robić, co mi się żywnie podoba, nim zacznę pracę w patrolu narciarskim w lokalnym ośrodku.

To świetna robota. Dzięki niej mam wolny czas na stoku i wszystkie miłośniczki białego puchu, które tylko uda mi się zmieścić w łóżku. Niezły sposób na dorobienie. Moje myśli wędrują ku planom na czas poza sezonem pożarowym.

– Właśnie zatrudnili nowego gościa. Chyba ratownika medycznego – mówi Xander, wyrywając mnie z zamyślenia.

Nie jestem pewien, o czym rozmawiają.

– Kto zatrudnił nowego ratownika? – pytam, próbując włączyć się do rozmowy.

– Straż pożarna.

Wieści szybciej rozchodzą się w barze „U Shifty’ego”, niż publikuje je lokalna gazeta.

– Nowego  f a c e t a…  czy dziewczynę? Bo to kluczowa informacja. – Tex zachowuje się jak na przesłuchaniu. Minęły lata od jego przeniesienia z Teksasu, ale przydomek został.

Curly wpatruje się w dal.

– Pamiętasz tę blondynkę, Abigail? Kurwa. Była niesamowita.

– Stary, te niebieskie oczy? – Dixon wypuszcza powietrze. – Abby była niesamowita.

Z pewnością niesamowite było to, jak robiła laskę.

Połowa facetów przy barze kiwa głowami, kilku tęsknie wpatruje się w swoje butelki piwa, wspominając oralne umiejętności dziewczyny. Boże drogi.

Xander się śmieje.

– Jeszcze go nie poznałem, ale wnioskuję po imieniu Prescott, że to facet.

– Cholera – rzuca Tex, po czym wypija resztkę piwa i z głuchym brzękiem stawia pustą butelkę na barze.

Lou już otwiera mu nową.

– Nawet jeśli ten nowy byłby laską – wtrąca King – to pewnie i tak Matt będzie wydawał rozkazy, bo jest chyba jeszcze większą zdzirą niż Woods u nas. – Klepie mnie po plecach.

– Hej. – Uśmiecham się ironicznie. – Nie obrażaj mnie.

Wprawdzie nie wracam co wieczór do domu z nową dziewczyną, ale z pewnością jestem gościem, który podróżuje służbowo i ma problemy z zaangażowaniem. Po tym, jak na pogrzebie Garretta Macomba zobaczyłem Molly pochyloną przed Dave’em, zamknąłem się na wszelkie przyszłe związki. W tej pracy i tak jest mnóstwo niewierności. Zważywszy na czas, jaki strażacy z grupy specjalnej oraz ich partnerzy spędzają osobno, zdarza się to po obu stronach w równym stopniu. Osobiście nigdy nie zdradziłem – sama myśl o tym budzi we mnie głębokie obrzydzenie. W prawie każdej ekipie, w której pracowałem, jedna trzecia jest w związkach, jedna trzecia po rozwodzie, a jedna trzecia przeżywa najlepsze chwile swojego życia – i  j a   n a l e ż ę   d o   t e j   g r u p y.  Życie jest krótkie. Seks to zabawa. Dopóki wszystkim chodzi o to samo, co za różnica?

Od czasu do czasu dopada mnie samotność, zwłaszcza gdy słyszę o innych facetach mających kobietę, do której wracają. Jednak myśl o kolejnym romansie wystarcza, żeby powstrzymać się przed poważnym angażowaniem w cokolwiek. Mam mnóstwo demonów, które muszę przepędzić, i nie chcę nikogo tym obarczać.

Łatwiej jest uprawiać seks bez zobowiązań. Sama zabawa, zero zranień. Poza tym większość kobiet, z którymi się umawiam, robi to z tego samego powodu. Chcą przelotnego romansu, a ja chętnie się temu poddaję. Te, które szukają związków i myślą, że to one mnie „naprawią”, nie muszą się zbytnio wysilać, by odkryć daremność swoich starań. Przestrzeń, którą kiedyś zajmowało moje serce, jest teraz jałowa, więc nie ma sensu próbować się tam zadomawiać, bo nic z tego nie wykiełkuje.

Wypijam kolejnego drinka. Bar powoli zapełnia się mieszkańcami Sky Ridge, więc kiedy słyszę, jak otwierają się drzwi, nie zwracam na to uwagi, dopóki w pomieszczeniu nie zapada cisza. Odwracam głowę w prawo, żeby zobaczyć, co sprawiło, że wszyscy zamilkli. Pewnie ktoś spoza miasta, kto potrzebuje wskazówek.

Szybko zauważam piękną kobietę, która podchodzi do baru. Nie jest z miasta. Jeśli się zgubiła, odwiozę ją do domu – i odprowadzę do sypialni, żeby upewnić się, że bezpiecznie dotrze na miejsce.

Światło neonów sprawia, że trudno stwierdzić, czy jest ruda, czy blond, ale włosy opadają jej luźnymi falami na ramiona. Jest wysportowana, choć ma krągłości, co w połączeniu z jej pełnymi ustami zwala z nóg.

– Zaklepuję ją – stwierdza Caleb, odpychając się od baru.

To żółtodziób, który właśnie kończy swój pierwszy sezon pożarowy. Ten dzieciak jest najbardziej naiwnym gościem, jakiego w życiu spotkałem.

– Usiądź – ostrzegam, patrząc prosto przed siebie.

Stawiam butelkę na blacie i wpatruję się w kobietę. Caleb nie ma u niej żadnych szans.

– No to zaczynamy – mruczy Xander.

No dobrze, może faktycznie  m a m  pewną reputację.

Przechylam głowę w jego stronę, a on unosi brew.

Wytrzymuję spojrzenie kumpla i zmieniam zdanie.

– Wiesz co, Caleb? Cofam to. Czemu nie spróbujesz? Zarezerwowałeś ją. Ja wezmę następną.

Xander zrywa kontakt wzrokowy i chichocze do swojego piwa, po czym bierze łyk.

Caleb mruży oczy, a ja wzruszam ramionami. Chłopak nie traci czasu i zrywa się z barowego stołka, żeby się przedstawić. Ta kobieta jeszcze nawet nie usiadła. Jak można było się spodziewać, uśmiecha się uprzejmie, ale wygląda na nieco skrępowaną, gdy stoi odwrócona plecami do baru, a Caleb się spieszy, by wygłosić swój najlepszy tekst, który chciałbym usłyszeć, choćby po to, żeby się pośmiać. Daję mu nie więcej niż minutę na to, by zrobił z siebie idiotę.

– No to zaczynamy… – stwierdza Curly.

Nieznajoma patrzy na Caleba ze współczuciem, a na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Biedny dzieciak. Kobieta odsyła go do nas jak smutnego szczeniaka. Kącik moich ust unosi się i parskam śmiechem. Caleb powinien wiedzieć lepiej, ale porażki są najlepszymi nauczycielami. Mój kumpel z trudem wraca na nasz koniec baru, opada na stołek i mruczy do swojego piwa:

– Dupek.

– Powodzenia następnym razem, kolego. – Jeden z chłopaków mocno klepie go po plecach.

Pociągam łyk piwa i czuję na sobie jej spojrzenie. Kiedy na nią zerkam, szybko odwraca wzrok i zajmuje miejsce przy barze. Między klientami powraca zwyczajny gwar rozmów. Kobieta wyjmuje portfel z torebki, otwiera go i przeszukuje zawartość jednej z kieszeni. Jej usta poruszają się, jakby mówiła do siebie. Liczy banknoty. Po kilku sekundach kiwa głową, a Lou podchodzi, żeby przyjąć zamówienie.

Potem barman odwraca się i bierze z półki butelkę Jacka Danielsa oraz pustą szklankę. Przypuszczam, że albo miała ciężki dzień, albo świętuje. Obserwuję, jak swobodnie odchyla się na stołku i zaciska usta. Wyciąga ramiona przed siebie, stuka palcami o blat baru, rozgląda się po sali i z delikatnym uśmiechem przygląda się nieznajomym twarzom.

Świętuje.

Kiedy jej spojrzenie spotyka moje, zatrzymuje się, dopóki Lou nie przerywa tej chwili, stawiając przed nią szklankę z whisky. Kobieta kiwa głową z uznaniem, a barman mówi, ile ma zapłacić.

Nieznajoma wyciąga jeden ze starannie przeliczonych banknotów.

Odchrząkuję.

– Dopisz to do mojego rachunku, Lou.

Caleb mruczy niezadowolony.

Kobieta znów na mnie spogląda, a ja się do niej uśmiecham. Unosi szklankę i bezgłośnie mówi: „Dziękuję”.

Kiwam głową i biorąc łyk piwa, puszczam jej oczko, po czym odwracam się do chłopaków, żeby kontynuować rozmowę.

Dopóki Dave Banner nie podchodzi do baru.

Dave, strażak z jednostki miejskiej, którego nigdy nie lubiłem. Dave, który nie sprawdziłby się jako ratownik w grupie do zadań specjalnych. Dave, który spał z moją narzeczoną, Molly, zapłodnił ją, a potem się z nią ożenił. Z jakiej dziury on się wyczołgał? Kilka tygodni temu urodziło im się drugie dziecko. Nie ma prawa patrzeć na tę kobietę w taki sposób. Zaczyna mi drżeć szczęka. Nigdy nie sądziłem, by Molly i Dave do siebie pasowali, ale najwyraźniej się myliłem. Są siebie warci. Niewiele rzeczy jest gorszych od ich zdrady. Nie życzyłbym nikomu przechodzenia przez to, przez co ja musiałem.

– W porządku? – King stoi obok mnie.

– W porządku – odpowiadam, odwracając się od scenki rozgrywającej się trzy metry ode mnie.

W mojej ocenie Dave stoi za blisko, a sądząc po mowie ciała nieznajomej, podziela ona moją opinię. Kiedy Caleb próbował ją poderwać, było zabawnie. Myślałem, że spróbuję później, ale teraz, kiedy już drugi facet przystawia się do niej tego samego wieczoru, nie ma mowy, żebym się na to zdecydował. Nasze miasto już zdołało dowieść, że mieszka w nim banda zdesperowanych dupków. Nie trzeba nikogo dorzucać do tej mieszanki.

Kobieta kręci przecząco głową na zaloty Dave’a, ale on, w przeciwieństwie do Caleba, nie przyjmuje odrzucenia. Odstawiam piwo i opieram ręce na blacie, żeby się odsunąć, gdy Xander odchyla się do tyłu i krzyczy za moimi plecami:

– Hej, Dave!

Gość odwraca się w naszym kierunku. Kieruję na niego spojrzenie, rozluźniam ramiona i pochylam się do przodu. Nie potrzebuję, żeby ten dupek dostrzegł we mnie gniew, który wciąż do niego żywię.

– Słuchaj, jak tam nowe dziecko? To wasze drugie czy trzecie? Przepraszam, nigdy nie pamiętam – pyta kumpel.

Uśmiecham się krzywo i pociągam łyk piwa.

– Drugie – cedzi Dave.

– Ach, racja. No cóż, gratulacje… Koniecznie przekaż ode mnie żonie najserdeczniejsze pozdrowienia.

Dave się cofa, prawdopodobnie po to, by wrócić do stolika, przy którym siedzi kilku chłopaków z lokalnej straży pożarnej.

– Nie musiałeś tego robić – mruczę do Xandera.

– Musiałem. – Mój kumpel przechyla butelkę piwa, pociąga łyk i kontynuuje: – Podoba mi się atmosfera tej nory, a nie jestem pewien, czy Lou – wskazuje butelką na barmana, który uśmiecha się do nas szeroko – tak chętnie by nas wpuścił z powrotem do tego zacnego lokalu, gdybyś urwał Dave’owi głowę. Jestem cholernie pewien, że Mae i Jack też mieliby coś do powiedzenia. A sądząc po ogniu, który zapłonął w twoich oczach, właśnie do tego zmierzaliśmy. – Xander zerka z powrotem na barmana. – Mylę się, Lou?

King jest na tyle mądry, żeby się nie śmiać, ale wyczuwam, jak szczerzy się promiennie, skryty za plecami Xandera.

– Zgadza się – odpowiada Lou z rozbawieniem. – Mae właśnie wymieniła gumowe podkładki na blacie baru.

– Właśnie wymienili gumowe podkładki na blacie, Cal! – podkreśla Xander, wskazując otwartą dłonią na wspomniane akcesoria.

Przewracam oczami i dopijam resztę piwa.

– Jeszcze jedno? – pyta Lou.

– O taaak.

Barman otwiera butelkę i zastępuje nią tę, która stoi przede mną i jest już pusta.

– Na koszt firmy. Nie pozwól, żeby ten facet cię zirytował.

– Jaki facet? – Przewracam oczami. Dave mnie nie zirytował. Nie potrzebuję specjalnego traktowania.

– O, przepraszam… To chyba  j a  wypunktowałem Dave’a. Gdzie moje darmowe piwo, Lou? – Xander poczuł się pominięty.

Jej palące spojrzenie pełznie mi po karku.

Pieprzyć to.

Podczas gdy Xander i Lou kłócą się jak starzy faceci, zsuwam się ze stołka, idę na koniec baru i siadam obok niej. Patrzę prosto przed siebie w milczeniu, a ona robi to samo.

Mija kilka minut.

Atmosfera między nami gęstnieje coraz bardziej w oczekiwaniu – oboje postanawiamy nie robić pierwszego kroku. To jest jak gra, zaskakująco zabawna gra. Nieznajoma nie patrzy na mnie, a ja nie patrzę na nią. A jednak założyłbym się o okrągłą sumę, że myślimy o tym samym. Praktycznie kończę piwo, nie wypowiadając ani słowa. Jej drink też się kończy.

W końcu kobieta przerywa ciszę.

– Więc powiesz coś czy po prostu tu siedzisz?

Przełykam resztę piwa i stukam dwoma palcami w bar, sygnalizując kolejną kolejkę.

– Zdecydowanie tylko tu siedzę.

– Aha, rozumiem.

Lou wraca, bierze starą butelkę po piwie i wymienia ją na kolejną, z zimną zawartością.

– Przydałaby się jej dolewka – mówię do niego.

Barman odwraca się, by wziąć butelkę whisky, i nalewa bursztynowy płyn do niskiej szklanki, po czym przesuwa ją i zatrzymuje przed nieznajomą.

– Dziękuję. – Ja również kiwam Lou w podziękowaniu, zanim odejdzie. – Mogę sama zapłacić za swoje drinki – dodaje.

– To dobrze, bo za tego nie płacę. Wcześniej to była jednorazowa sprawa, bo było mi cię żal.

Kobieta upija łyk.

– Czyli to jest ta słynna gościnność Sky Ridge, o której ciągle słyszę.

Zaciskam zęby.

– To właśnie ona.

– Dlaczego uważasz, że zasługuję na litość?

– Szczerze… Nie wiem, czy ktoś ci już to mówił… – Pochylam się w jej stronę i ściszam głos. – Ale, hmm, jesteś  n a p r a w d ę  mało atrakcyjna.

Nieznajoma zaczyna się śmiać. Na tyle głośno, że Dave pewnie to usłyszy, a ja chichoczę razem z nią.

– No cóż, nie mogę być aż tak okropna, skoro twój kumpel próbował mnie zabrać do domu, zanim w ogóle zdążyłam usiąść…

Wzdrygam się.

– Przepraszam za niego. To typ ratownika.

– To może być pierwsza szczera rzecz, jaką powiedziałeś, odkąd tu usiadłeś.

Wzruszam ramionami i pociągam łyk piwa.

– Jestem nałogowym kłamcą.

Ona również bierze łyk ze swojej szklanki.

– O, to dobrze, naprawdę pociągają mnie kłamcy.

– Tak? Może powinienem dać ci swój numer.

– Łał – rzuca beznamiętnie i się do mnie odwraca.

Boże, z bliska jest jeszcze bardziej olśniewająca. Jej rudawe włosy pasują do delikatnych piegów na jej nosie.

Kurwa, uwielbiam piegi… I uwielbiam pieprzyć kobiety, które je mają.

– Hej, w tym mieście jest mnóstwo kobiet, które chętnie by dostały mój numer.

– Znowu te kłamstwa… – Nieznajoma gestykuluje, udając, że się wachluje, a ja się śmieję.

Mruży oczy, patrząc na mnie, a ja popijam piwo bez odrywania od niej wzroku. Mógłbym spędzić cały dzień na podziwianiu tej kobiety. Wydaje mi się, że jej tęczówki nie mają lodowatego odcienia, jaki zazwyczaj kojarzy się z niebieskimi oczami. Są głębokie i niespokojne, przypominają wzburzone morze.

– Dobrze – mówi w końcu.

Wyciąga telefon, a ja się uśmiecham. Kiedy mi go podaje, marszczę brwi. To telefon z klapką. Cholerny  t e l e f o n   z   k l a p k ą?  Nigdy wcześniej nie widziałem w mieście tej kobiety, nawet nie znam jej imienia, a ona wyciąga telefon na kartę. Kiedy otwieram aplikację z kontaktami, są tam tylko dwa numery: „Szef” i „Gospodarz”. To jest jak cała gala czerwonych flag. Udaję, że tego nie zauważam, i zaczynam wpisywać swój numer, podczas gdy w mojej głowie wyją syreny alarmowe. Zerkam na nią i cholera – jest najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu widziałem. Pieprzyć to, czerwony może być moim nowym ulubionym kolorem. Kończę wpisywać swój numer i zapisuję kontakt jako „Kłamca Cal”, po czym oddaję jej telefon.

– Czy dowiem się, jak masz na imię?

– Scottie. – Wyciąga dłoń w geście powitania, a ja ją ściskam.

– Callahan Woods. Wyślesz mi esemesa, Scottie?

– Prawdopodobnie nie – stwierdza, wciąż trzymając moją rękę i uśmiechając się szeroko.

Śmieję się i puszczam jej dłoń.

– Cóż, okropnie było cię poznać.

Kącik jej ust unosi się w uśmiechu.

– Ciebie też.

Zsuwam się z barowego stołka.

– Może się jeszcze zobaczymy – dodaje.

– Mam nadzieję, że nie. – Puszczam oko i wracam do chłopaków, gdzie znów zajmuję miejsce obok Xandera.

Kobieta dopija resztę drinka i płaci Lou, zostawiając kilka dolarów na barze, po czym wstaje i wychodzi, nawet na mnie nie patrząc.

Xander tylko pokręcił głową, gdy znów zająłem miejsce na stołku obok niego i Kinga.

– Więc kim jest twoja nowa przyjaciółka? – pyta King.

– Scottie – odpowiadam, zerkając jeszcze raz w stronę drzwi. – Seksowna Scottie.

Caleb wzdycha, wciąż rozczarowany wcześniejszą porażką.

Spędzamy kilka kolejnych godzin na piciu piwa i opowiadaniu historii z pożaru, który właśnie ugasiliśmy. Z każdą następną kolejką nasze głosy stają się coraz głośniejsze i mniej wyraźne. Zapowiada się noc pełna wrażeń. To był dobry sezon. Jeszcze kilka akcji i będziemy kończyć. Chcę zapłacić rachunek, gdy telefon w mojej kieszeni bzyczy.

NIEZNANY NUMER:

Dzięki za drinka.

Uśmiech pojawia się na mojej twarzy i wystukuję odpowiedź:

JA:

Do usług.

3

Scottie

Poprawiam zawieszony przy pasku klips, do którego mam przyczepiony identyfikator, a w tym czasie Matthew otwiera kolejne szafki.

– Tu trzymamy zapasy.

– Rozumiem – przytakuję medykowi, który oprowadza mnie po remizie strażackiej.

Czy w tym mieście wszyscy są przystojni? Może to przez wodę? Czy powinnam pić więcej wody?

Matt ma urodę Kena, towarzysza lalki Barbie. Wpatruję się w niego jak naukowiec analizujący obiekt badań. Jest po prostu taki…  ś l i c z n y.  Na szczęście mnie nie pociąga i myślę, że będziemy się dobrze dogadywać. Jest miły, kompetentny i traktuje mnie jak równą sobie – w przeciwieństwie do innych remiz, w których pracowałam, gdzie uwielbiają gnębić nowicjuszy.

Strażacy też wydają się mili. Jeden z nich, Dave, przedstawił mi się w barze. Chyba wypił tego wieczoru o kilka kolejek za dużo. Zwłaszcza po tym, jak jakiś inny klient zwrócił mu uwagę, że ma żonę i dzieci w domu. Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy w ogóle to pamięta, bo nie patrzył na mnie z ukosa – za co jestem mu wdzięczna.

Matt otwiera kolejną szafkę z fantomami do resuscytacji krążeniowo-oddechowej i kilkoma innymi materiałami szkoleniowymi. Szczelnie zamknięte opakowanie z wymienną twarzą manekina spada na podłogę jak jedna z przekąsek Hannibala Lectera. Annie4, wszystko w porządku? Wpycham ją z powrotem do szafki i zamykam drzwiczki, a potem idę za Mattem do dużego pomieszczenia z oknami na jednej ze ścian zewnętrznych. Pośrodku pokoju stoją stoły do piłkarzyków i ping-ponga. Na innej ścianie wisi telewizor, a przed nim stoi skórzana kanapa, która lata świetności ma już chyba dawno za sobą.

– Pokój socjalny.

– Fajny.

– Niektórzy strażacy traktują te gry całkiem poważnie. – Matt wskazuje na dwie duże tablice. Na jednej spisano wyniki rozgrywek w piłkarzyki, a na drugiej – potyczek w ping-ponga.

– Tak, ja nie jestem na tym poziomie. Przynajmniej już nie. Mogłam w trakcie studiów zostać zawodowcem, ale wiesz… – Kończę żart melancholijnym westchnieniem.

– Kontuzja? – dopytuje Matt, wpasowując się w moją narrację.

– Nie, nie mogłam wytrzymać presji. Kibice, kobiety, kasa… To za dużo. Więc po prostu zostałam ratowniczką medyczną.

– To logiczna ścieżka. – Matt chichocze, a ja się uśmiecham. Przynajmniej ten medyk ma trochę poczucia humoru. To by się nie sprawdziło w mojej poprzedniej pracy. – Myślę, że dobrze się tu odnajdziesz. Laurel i Pete są na dyżurze, ale jak wrócą, przedstawię cię.

– Świetnie, nie mogę się doczekać, żeby ich poznać.

W wolnym czasie przeglądam wyposażenie karetki oraz torbę ratowniczą, zapamiętując, gdzie trzymam materiały opatrunkowe i sprzęt. Każda remiza i pojazd są trochę inne, a ja chcę mieć pewność, że nie zmarnuję tej okazji.

***

– Tu ratownik dwadzieścia trzy, jadę do was z pięćdziesięcioczteroletnim mężczyzną, który spadł z dachu z wysokości około pięciu metrów. Wynik GCS5 w normie. Zniekształcenie lewego nadgarstka bez czynnego krwawienia. Brak innych obrażeń po badaniu fizykalnym. – Zerkam na wierzch dłoni, gdzie na rękawiczce zapisywałam markerem parametry życiowe pacjenta. – Ciśnienie sto dwadzieścia na siedemdziesiąt, tętno siedemdziesiąt dziewięć, oddech osiemnaście, saturacja dziewięćdziesiąt osiem. Założony kołnierz ortopedyczny. Przewidywany czas dojazdu siedem minut.

Po przyjęciu pacjenta przekazuję raport pielęgniarce odpowiedzialnej na oddziale ratunkowym za triaż. Wtedy mój telefon wibruje w kieszeni, a ja czuję ekscytację. Ignoruję go, żeby się nie uśmiechnąć, i opowiadam pielęgniarce o złamanym nadgarstku pacjenta. Niewiele osób zna ten numer: mój gospodarz, szef i  C a l. 

 K ł a m c a  Cal – tak zapisał się w moim telefonie. Jak na kogoś, kto wydaje się mieć około trzydziestki, ten facet ma w sobie odrobinę za dużo z playboya, ale jego pewność siebie i wygląd sprawiają, że czuję motyle w brzuchu. Jest piekielnie przystojny. Broda, mocno zarysowana szczęka, jasnobrązowe oczy i zniewalający uśmiech, przez który się rumienię. Ten gość wygląda jak drwal z filmu porno. Nie wspominając o tym, że sprawił, że po raz pierwszy od dawna naprawdę się roześmiałam. Rozmowa była przyjemna i podczas naszego krótkiego spotkania zapomniałam o wszystkim, od czego uciekałam. Nie byłam niespokojna ani podenerwowana. Byłam po prostu Prescott Timmons, która żyje chwilą.

– Jesteś gotowa? – pyta Matt, gdy kończymy wizytę na oddziale ratunkowym.

Kiwam głową i zdejmuję rękawiczki, a potem, zmierzając do wyjścia, wrzucam je do kosza na śmieci. Wyciągam telefon z kieszeni i uśmiecham się na widok jego imienia na ekranie.

KŁAMCA CAL:

Hej.

JA:

Cześć.

KŁAMCA CAL:

Gdzie teraz jesteś?

JA:

W szpitalu. Czemu pytasz?

KŁAMCA CAL:

Cholera. Wszystko w porządku?

JA:

Tak, po prostu pracuję.

Wychodzimy przez rozsuwane drzwi. Wsiadamy do karetki i zapinamy pasy. Matt bierze radio i melduje dyspozytorowi, że wracamy na stację. On prowadzi, a ja zajmuję się dokumentacją naszego pacjenta. W Sky Ridge używają oprogramowania trochę innego niż to, do którego jestem przyzwyczajona, więc muszę się podszkolić.

KŁAMCA CAL:

Och, pracujesz w ochronie zdrowia.

Zawieszam się na chwilę, zanim odpowiem. Za każdym razem, gdy mówię komuś, że jestem ratowniczką medyczną, wywołuje to lawinę pytań w stylu: „Co najgorszego widziałaś?”, albo: „Czy ktoś kiedyś umarł na twojej zmianie?”. Poza tym przecież ledwo znam tego gościa. A w sumie można uznać, że moją działką  j e s t  ochrona zdrowia.

JA:

Tak. A ty?

KŁAMCA CAL:

Jestem treserem delfinów.

Przewracam oczami. Trzeba mu oddać to, że wie, jak zapracować na swój pseudonim.

JA:

KŁAMCA CAL:

Wymagająca publika. Pracuję w leśnictwie.

To pasuje do jego opalenizny, którą zauważyłam tamtego wieczoru.

JA:

Drwal?

KŁAMCA CAL:

Czasami tak mi się wydaje.

JA:

To chyba dzisiaj nie masz zbyt wiele do roboty.

KŁAMCA CAL:

Nie, właściwie to jestem dość zajęty. Ale myślałem o tobie i…

JA:

Kolejne kłamstwo?

KŁAMCA CAL:

Nie, ale to…

KŁAMCA CAL:

Mam nadzieję, że będziesz miała okropną resztę dnia, Scottie :-)

Kącik moich ust unosi się w uśmiechu i kręcę głową.

JA:

Dzięki. Mam nadzieję, że twój dzień też będzie do bani.

Zatrzaskuję telefon i chowam go z powrotem do kieszeni, czując w żołądku mieszaninę różnych uczuć. Nie jestem w najlepszym momencie życia, żeby się z kimś związać, więc nawet nie wiem, dlaczego myślę o tym facecie. Próbuję zacząć nowe życie. Ten gość jest jednak trochę zabawny… i seksowny. Jak to możliwe, że zakochanie się w kimś może wydawać się zbyt wczesne, a jednocześnie spóźnione?

***

Uśmiecham się zadowolona, wracając do mieszkania po przetrwaniu pierwszego dnia pracy bez większych wpadek. Ważne było dla mnie, żeby zrobić dobre wrażenie. Będę miała mnóstwo dni na popełnianie błędów, ale chciałam, żeby mój pierwszy dzień minął dobrze.

Otwieram prawie puste szafki w kuchni i zastanawiam się, co zrobię na obiad. Brzoskwinie z puszki czy fasolka szparagowa z puszki? Sięgam po fasolkę szparagową, znajduję mój zaufany otwieracz do konserw i rozcinam wieczko. Uśmiecham się szeroko, gdy odlewam zalewę. Mam prawdziwy zlew! Mieszkanie w samochodzie z pewnością pozwala docenić takie rzeczy jak nowoczesna hydraulika. Koniec z prysznicami na siłowni. Koniec z korzystaniem z toalety na stacjach benzynowych.

Wyciągam plastikowy widelec z szuflady i podchodzę do okna. Stopą dociskam dmuchany materac do ściany, po czym siadam przy oknie i opieram się łokciem o parapet. Na ulicy nie ma dużego ruchu, ale i tak mogę obserwować mieszkańców przechodzących obok mojego budynku – a to jest prawie tak samo przyjemne jak oglądanie telewizji. Wbijam widelec w fasolkę szparagową i wpycham ją do ust. Jest słona i lekko wodnista, ale smakuje jak danie z najlepszej restauracji. Szczerze mówiąc, zjadłabym to na kolację, nawet gdybym nie była spłukana.

Już chcę włożyć kolejny kęs do ust, ale zamieram w połowie, widząc kobietę w wielkim pomarańczowym kapeluszu z szerokim rondem pchającą wózek – wózek dla kota. I rzeczywiście, siedzi w nim gruby, pręgowany kot, który podskakuje na wyboistym chodniku. Prycham. To miasto ma swoich dziwaków. Mój telefon wibruje. Wkładam widelec do puszki i stawiam ją na parapecie. Kolejny esemes od Cala.

KŁAMCA CAL:

Jak ci minął dzień?

JA:

Dobrze. A tobie?

KŁAMCA CAL:

Dobrze. Jestem głodny. Chcesz coś zjeść?

Biorę kolejny kęs i wrzucam widelec do pustej puszki.

JA:

Już jadłam, przepraszam.

KŁAMCA CAL:

Szkoda. Masz czas w sobotę wieczorem?

Tamtego wieczoru kupiłam whisky, żeby świętować otrzymanie oferty pracy. Chciałam poczuć się jak zwykły człowiek i poprzebywać wśród innych zwykłych ludzi. Czuję się bardzo samotna, odkąd wyjechałam z Arkansas, więc potrzebowałam tego wieczoru w barze. Ale resztę gotówki trzymam na niespodziewane wydatki. Dopóki nie dostanę pierwszej wypłaty, jestem na diecie puszkowej.

Na randki umawiałam się tylko z Jonathanem. Czy mężczyźni nadal płacą za kolację? Co, jeśli on będzie chciał pójść w jakieś eleganckie miejsce? Nie mogę ryzykować, że podzielimy się rachunkiem i obciążę swoje konto.

JA:

Przepraszam, mam plany na ten weekend. Przełożymy to? Może na następny?

KŁAMCA CAL:

To randka.

Co ja, do cholery, robię? Mieszkam tu zaledwie od kilku tygodni, a już umawiam się na randkę? Mam trzydzieści dwa lata i minęła już ponad dekada od mojej pierwszej. Choć nie wiem, czy ta się w ogóle liczy. To niewłaściwe, ale cholera – flirtowanie bywa takie przyjemne. Pragnę normalności, a to oznacza wyjście poza strefę komfortu. Choć nie powinnam nawet rozważać idei randek, wydaje mi się to naturalne. Co za różnica?

To cię przerasta.

Poczucie winy każe mi otworzyć Facebooka. Ludzie wyrażają współczucie i oferują wsparcie Jonathanowi. Niektórzy odważniejsi członkowie społeczności mnie wyzywają. Odmawiam udziału w takim życiu. Jestem zniesmaczona faktem, że zostałam z nim tak długo. Ostrzegałam go wiele razy, że nadejdzie dzień, kiedy się obudzi, a mnie już nie będzie. To był jedyny sposób na ucieczkę.

Mimo to martwię się o niego. Czemu, do cholery, nie wyjechał ze mną? Mogliśmy uciec razem. Zacząć wszystko od nowa i wreszcie  ż y ć. 

Nowy stan, nowa praca, nowi ludzie, nowy początek. Nie ma nic lepszego.

Dziwnie jest przejść od ciągłego przebywania z ludźmi do… braku kogokolwiek. Mam trzy numery w komórce. Do gospodarza, do pracy i do jakiegoś nieznajomego, którego poznałam w barze. Na początku znajdowałam spokój w ciszy, ale ostatnio zrobiła się strasznie głośna. Teraz nadszedł jeden z takich momentów.

Potrzebuję świeżego powietrza. Czas wyjść pobiegać i sprawdzić, co słychać w moim wymarzonym domu. Oczyścić głowę z tych niepokojących myśli.

4

Scottie

Gdy wychodzę na zewnątrz i biorę głęboki wdech, rześkie wrześniowe powietrze odgania moje zmartwienia. Jest chłodno, ale nie daję ciału szansy, by to odczuło, bo od razu zaczynam truchtać. Moje stopy uderzają miarowo o chodnik. Zmuszam się, by skupić uwagę na punktach orientacyjnych i układzie Sky Ridge, a nie na myślach o Owczarni, Jonathanie i o tym, czy zwariowałam.

– Hemlock – mamroczę, mijając tabliczkę z nazwą ulicy widoczną w pomarańczowym świetle latarni.

Na każdym skrzyżowaniu powtarzam nazwy ulic, mając nadzieję, że pomoże mi to w zapamiętaniu okolicy. Jestem pewna, że po miesiącu będę znała to miasto jak własną kieszeń.

– Marshall…

Biegnę do kolejnej przecznicy.

– Payne…

I następnej.

– Spencer.

Skręcam w prawo. To moja ulubiona ulica w Sky Ridge. Po jej obu stronach stoją schludne domy. Czuć tu idylliczny klimat małego amerykańskiego miasteczka, jak z obrazów Normana Rockwella6. Podziwiam historyczną wiktoriańską architekturę, która zawsze mnie fascynowała swoimi werandami i wieżyczkami. Większość budynków wygląda dość skromnie. Prawdopodobnie wzniesiono je na przełomie wieków. Ciepłe światło sączy się z wnętrza i wyobrażam sobie, jak wyglądają rodziny, które tu mieszkają.

Prawie każdy dom ma pomalowaną na biało werandę z pięknie rzeźbionymi słupami. Drewniane schody udekorowano pomarańczowymi dyniami i donicami z chryzantemami. Wszystko to tak bardzo różni się od dzielnicy wąskich, niedużych domów, w której dorastałam.

Każdy ze stojących wzdłuż tej ulicy ma w sobie coś, co mi się podoba, ale jeden jest moim ulubionym. Nie jestem pewna, dlaczego tak bardzo kocham ten wiktoriański budynek, ale za każdym razem, gdy go widzę, w moje serce wlewa się nadzieja. Czuję z nim więź. Ten dom sprawia, że myślę pozytywnie o mojej przyszłości tutaj. To pocieszające. Chcę wierzyć, że kiedyś będzie mnie stać na takie miejsce i stworzę w nim swój własny dom. Mijam piękność położoną przy Spencer 218 i biegnę dalej, by pozwiedzać okolicę i znaleźć nowe architektoniczne detale, które warto docenić.

Ludzie, którzy mieszkają w tych uroczych domach, prawdopodobnie przez całe życie podejmowali dobre decyzje. Byli mądrzy. Myśleli samodzielnie. Chcieli czegoś i ciężko pracowali, aż to osiągnęli. Ogarnia mnie dziwne uczucie tęsknoty za domem. Ale jak można tęsknić za czymś, co nigdy nie istniało?

– Scottie! – rozlega się za mną i zamieram.

Powoli się odwracam, wypuszczam powietrze i gdy widzę, jak w moją stronę biegnie znajoma twarz, opuszczam ramiona. To Callahan. Ocieram pot z czoła i się uśmiecham. Mam włosy związane w kucyk, więc chłodny wiatr wywołuje na moim wilgotnym karku gęsią skórkę.

– Cześć – wypowiadam z trudem i lekko macham ręką.

Cal ma na sobie dres i cienką kurtkę, które doskonale na nim leżą. Powiedziałabym, że ma jakieś sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, czyli jest wyższy ode mnie o niecałe dwadzieścia pięć centymetrów. Wygląda na to, że nie tylko ja skorzystałam z chłodnego wieczornego powietrza, żeby poćwiczyć.

– Hej – mówi zdyszany. – Wyszłaś pobiegać?

Uśmiecham się szeroko.

– Jak zgadłeś?

– Wiesz, na początku nie byłem pewien, ale twój strój i ruchy cię zdradziły. Poza tym nie widziałem, żeby ktoś cię gonił. – Cal kiwa głową, wskazując na moje legginsy i trampki. Mogę przysiąc, że jego wzrok zatrzymuje się na mnie sekundę dłużej, niż powinien.

– Masz niezłe zdolności dedukcyjne. – Ruszam dalej, a on podąża obok mnie.

– Dzięki.

Przez chwilę biegniemy w milczeniu.

– Więc… mieszkasz w okolicy?

Wybucham śmiechem i zwalniam tempo. Wprawdzie marzę o posiadaniu kiedyś jednego z tych domów, ale wyczucie czasu mojego towarzysza wydaje się dość zabawne.

Cal odwraca głowę w moją stronę, bo jestem kilka kroków z tyłu, po czym się zatrzymuje, żebym mogła go dogonić.

– Co cię tak bawi?

– To trochę dziwne pytać kobietę, czy mieszka w pobliżu, kiedy biega sama.

Wzrusza ramionami.

– Wygląda na to, że i tak ryzykujesz, biegając nocą.

Chichoczę.

– Tak, byłoby okropnie, gdyby jakiś obcy podszedł i zaczął mnie wypytywać, gdzie mieszkam…

– Dobrze, że nie jestem obcy, co?

Patrzę na niego, a on puszcza mi oko. Cholera, ten jego uśmiech. Proste, idealnie białe zęby. Jest pewny siebie.

– To chyba prawda… Chociaż staram się unikać przyjaźnienia się z kłamcami.

– Nawet z kłamcami, którzy biegają nocą? Moglibyśmy kiedyś pobiegać razem, o ile nie będę w drodze do pracy.

– W drodze do akwarium, gdzie tresujesz delfiny?

Uśmiecha się szeroko.

– Wiadomo. Ale tak serio, jeśli kiedyś będziesz chciała pobiegać razem, napisz esemesa.

Do czego on zmierza? Unoszę brew.

– Podrywasz mnie?

Wyciąga przede mnie rękę, zwalniamy i zatrzymujemy się przy kolejnym skrzyżowaniu.

– Porozmawiajmy szczerze. Nie szukam jedynie wspólnego tematu. W mieście może być wielu ludzi, którzy przyjechali tu za pracą. Nie wszyscy z nich to osoby, które chciałbym, żebyś spotkała, gdy będziesz sama. Powiedziałbym to samo własnej siostrze.

Łapię oddech i przyglądam się jego twarzy, szukając jakichkolwiek oznak nieszczerości.

– Nie przepadam za gadaniem podczas biegania – stwierdzam.

– Nie musimy rozmawiać.

– Po prostu próbuję poznać miasto.

– Zabrać cię na prywatną wycieczkę? Dobra,  t e r a z  chyba cię podrywam.

Znów ten uśmiech. Jest zdecydowany.

– Może. Ale chyba powinnam wracać do domu, mam poranną zmianę – wyjaśniam, skręcając w prawo na skrzyżowaniu.