Walentynki last minute - Aldona Reich - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Walentynki last minute ebook i audiobook

Aldona Reich

4,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

81 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy można zaplanować idealne zaręczyny… w najbardziej nieidealnym momencie? 

Jędrzej opracowuje perfekcyjny plan oświadczyn w Zakopanem. Bogna jednak coraz wyraźniej czuje, że coś jest nie tak — zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawia się była dziewczyna Jędrzeja, pierścionek tajemniczo znika, a walentynkowy wyjazd zamienia się w serię katastrof.  

Czy niedomówienia i kompletny brak romantycznej scenerii nie zaszkodzą związkowi tych dwojga? 

Walentynki last minute to ciepła, zabawna opowieść o tym, że to ważne „tak” wcale nie musi paść w idealnych okolicznościach. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 278

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 8 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Aleksander Orsztynowicz-Czyż

Oceny
4,9 (9 ocen)
8
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mamausza

Nie oderwiesz się od lektury

Idealna lektura na weekend. Zabawna i wciągająca
00
_book_kate

Nie oderwiesz się od lektury

Wchłonęłam na raz. Przyjemna , lekka i z odpowiednią dawką humoru ! Polecam (nie tylko na walentynki).
00
Meh1998ipk

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca, zabawna i osadzona w pięknym miejscu historia która rozgrzewa serce. Nie mogłam się oderwać. Polecam.
00
Karola0607

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna, ciepła i niezwykle wciągająca opowieść. Polecam ❤️
00
AnnaDyczko

Nie oderwiesz się od lektury

Komedia romantyczna w najlepszym wydaniu: bawi, wzrusza i trzyma w lekkim napięciu. Emocje bohaterów są tak autentyczne, że od razu ich polubiłam, a ich miłość sprawia, że nawet największe katastrofy wydają się urocze. Idealna lektura na poprawę humoru i przypomnienie, że czasem życie jest równie zabawne, co przewrotne.
00



Aldona Reich

WALENTYNKI last minute

Część I Zielona Góra

1.

Soboty zawsze stanowiły namiastkę urlopu i choć nie smakowały tak jak dzień wolny w środku tygodnia, to i tak były spowite nastrojem absolutnego lenistwa. Jak dziś.

Bogna wstała z łóżka i przeciągnęła się z rozkoszą. Wyspana, z uśmiechem zadowolenia powitała kolejny poranek, gdy nie musiała się nigdzie spieszyć. Co innego Jędrzej – on już od co najmniej półtorej godziny był na swoim obowiązkowym treningu, który w weekendy trwał nieco dłużej.

Bogna zerknęła na tę część łóżka, na której sypiał Jędrzej, i znów przypłynęła do niej myśl, że od kiedy zamieszkali razem, nie opuszczały jej spokój i poczucie absolutnej harmonii w kosmosie. Oczywiście najpierw był okres próby i weryfikacji, czy sparring partner w dyscyplinie zwanej potocznie wspólnym życiem będzie grał fair. A to przekładało się na reakcję na jej fatałaszki na sznurkach łazienkowej suszarki i jego sportowe akcesoria w do granic absurdu uporządkowanym mieszkanku Bogny, wstępnie w interwałach weekendowych. Na szczęście nigdy nie doszło do większych tarć, ale ostrożności nigdy dość. Po trzech miesiącach tych wędrówek ludów ze strony Jędrzeja padła wreszcie propozycja wspólnego zamieszkania na stałe. Ponieważ jego lokum było o całe siedem i pół metra kwadratowego większe niż mieszkanie Bogny, to wniosek był oczywisty, kto do kogo się przeprowadza. Jędrzej zapobiegliwie już wcześniej udostępnił jej połowę swoich półek, szuflad i szafek, ona zaś, nie chcąc wypaść jak najeźdźca i okupant w jednym, starała się owej przestrzeni bardziej nie zawłaszczać. Czy obawiała się tych przenosin? Obawiała, i to bardzo. Pewnie dlatego na wszelki wypadek pozostawiła swoje mieszkanie wolne, zamiast zgodnie z płynącymi zewsząd sugestiami natychmiast je wynająć. Jednak – jak się wkrótce okazało – strach miał wielkie oczy i Bogna wprawnym kopniakiem wywaliła go za drzwi ich gniazdka miłości. Mieszkanie nie było imponujących rozmiarów, ale dwa pokoje w zupełności umożliwiały im w razie konieczności odseparowanie.

I teraz już można było śmiało powiedzieć, że w pełni się tu zadomowiła. Właśnie tak: zadomowiła, a nie zaadaptowała. Bo zaadaptować to można strych albo powieść na scenariusz, ale z zadomowieniem się nie ma to nic wspólnego. A ona tutaj, w mieszkaniu Jędrzeja, naprawdę czuła się jak w domu, jak we własnym miejscu na ziemi. Przez pierwsze tygodnie widać było, że oboje się starają, ale to na niej, jako osobie z zewnątrz, spoczywała większa odpowiedzialność. Gościnność gościnnością, lecz Bogna postawiła sobie za punkt honoru, że dołoży wszelkich starań, aby jej status – wstępnie – gościa nie przeistoczył się w status pasożyta, i robiła wszystko, aby stać się częścią tego świata, należącego jeszcze do niedawna całkowicie do Jędrzeja. Błyskawicznie nastąpił nieformalny podział obowiązków na moje, twoje, nasze i na ochotnika. Mając w pamięci mieszkanko, a właściwie lichutką kawalerkę Cezarego, w której wszelkimi sposobami dokonywała wręcz cudów, żeby nie zginąć pod stertą zbędnych przedmiotów, śmieci i typowych dla wielu współczesnych mężczyzn zabawek w postaci gigantycznego stanowiska do gier interaktywnych, Bogna z radością odkryła, że jej pedantyzm znalazł właśnie swoją krainę wiecznej szczęśliwości. Skłonności Jędrzeja do minimalizmu stanowiły dla jej natręctw iście czerwony dywan, po którym Bogna stąpała pewnie i z dumą. Oczywiście, bardzo dbała o ich gniazdko, ale bez przesady należnej zwichrowanym osobnikom mającym różne fobie. Ot, wystarczyło, że było czysto, przytulnie i funkcjonalnie. On chyba to zauważał i doceniał, bo rewanżował się w czasami dość nieoczekiwany sposób: popołudniami zabierał ją na obiad do restauracji, odśnieżał jej samochód albo przy okazji zakupów pomyślał o choćby symbolicznym pęczku kwiatów, który zgarnął w drodze do kasy w markecie. Wszak nie o rozmach tu chodziło, ale o sam gest. Lubiła to, doceniała, czuła, że ktoś się nią opiekuje i obdarza ją należytą atencją. Jednocześnie coraz częściej dochodziło do niej, że związek, który się nie rozwija, powoli gaśnie, przytłoczony stagnacją.

Weszła do kuchni i nastawiła ekspres do kawy. Zajrzała do lodówki i upewniła się, że Jędrzej uzupełnił wczoraj niezbędne zapasy, głównie te stanowiące podstawę jego diety, której wręcz nabożnie się trzymał. Nie negowała tego, nie pouczała ukochanego ani nie podawała w wątpliwość jego zasad w tym względzie, bo skoro dzięki temu utrzymywał swoje ciało w należytej kondycji, ona z przyczyn oczywistych powinna milczeć po kres swoich dni. Sama zaś nieszczególnie przejmowała się ideą traktowania własnego ciała jak świątyni. Wystarczyło, że on je tak traktował, i choć nie kochali się już tak często jak przez pierwsze tygodnie, Bogna nadal miała poczucie, że nic się w tym postrzeganiu nie zmieniło. Poza tym Jędrzej samorzutnie wziął na siebie wymagający żelaznej konsekwencji i niemałej cierpliwości obowiązek przygotowywania jej do pracy zbilansowanych śniadań, w których rządziły białko, błonnik i konkretna porcja witamin, co mimochodem i niejako przy okazji miało zbawienny wpływ na kondycję ciała, a nawet i ducha Bogny.

Teraz jednak bezkarnie zrobiła sobie tosty z dżemem, a w tym czasie ekspres wydusił z siebie ostatnie krople aromatycznej kawy. Bogna zerknęła na zegar i mając w pamięci rozkład dnia Jędrzeja, nalała napój do dwóch kubków, postawiła je na stole i zabrała się do jedzenia.

Dosłownie kilka minut później wrócił zarumieniony od mrozu i wysiłku Jędrzej.

– Już wstałaś? – zapytał, wchodząc do kuchni. – Cześć, skarbie. – Pocałował ją w czoło, nieopatrznie zostawiając tam plamę potu.

Bogna pomyślała z rozbawieniem, że nawet ten pot jej nie wadzi, skoro naniósł go ktoś, kogo autentycznie wielbiła, choć przezornie, kierując się pokręconą kobiecą logiką i przykrym epizodem z udziałem Cezarego oraz jego poprzedników, zanadto tego nie okazywała. Historia świata i nieustannie lęgnących się na nim związków niezbicie dowodziła, że aby utrzymać przy sobie faceta, należy stosować strategię ułatwiającą mu gonienie króliczka, zamiast od razu kłaść się na plecach. Najwyraźniej ta strategia także w ich przypadku działała bez zarzutu, bo temperatura związku od lata nie spadła choćby o kilka stopni.

– Dasz się w któryś weekend wreszcie namówić na porządne śniadanie? – Jędrzej zerknął znacząco na jej żałosny substytut najważniejszego posiłku dnia. – Mnie od samego patrzenia skacze poziom cukru…

– Nie obiecuję, ale też się nie zarzekam – odparła z pełnymi ustami, bezwstydnie rozkoszując się słodkim grzechem obżarstwa. – Skoro pasiesz mnie tymi białkowo­-błonnikowymi wynalazkami przez cały tydzień, w soboty i niedziele zarządzam dla siebie dyspensę. Kawa czeka, proszę jaśnie pana. – Przesunęła w jego stronę kubek, pakując sobie do ust kolejny kęs tostu. – Mmm… – mruknęła zadowolona. – Dżemik malinowy…

– I do tego niskosłodzony – dodał z wrodzoną uczciwością Jędrzej.

Przy okazji zakupów nierzadko uciekał się do strategii partyzanckiej, żeby co jakiś czas wszelkimi sposobami przemycić zdrowsze zamienniki ulubionych produktów Bogny.

– A niby po co, jeśli można wiedzieć? – Skrzywiła się z niezadowoleniem. – Życie ma w sobie tyle goryczy, że niech przynajmniej dżemy ociekają fruktozą, sacharozą i czym tam sobie jeszcze chcą. Ty, jak zwykle, jajka?

– Jak zwykle. – Jędrzej upił kilka łyków kawy, z lubością przymykając powieki. – Pyszna! Wspominałem już, która kawa smakuje mi najbardziej?

– No nie wiem… Arabica? Robusta? Tylko mi nie mów, że chodzi ci o tę wydalaną przez biedne cywety! To kolejny cholerny wyzysk i znęcanie się nad zwierzętami, bo cywety siedzą w klatkach i są zmuszane do…

– Nie! – przerwał jej szybko. – Chodzi mi o tę, którą ktoś mi zrobi – wyjaśnił ze śmiechem i znów się napił wciąż gorącego naparu. – Mamy na dziś jakieś plany? – zmienił temat, wiedząc doskonale, że w kwestii wyzysku zwierząt Bogna traci wszelkie hamulce.

– Plany? – Zastanowiła się przez chwilę. – Chyba nic specjalnego… Ja przyszykuję obiad, a potem może gdzieś sobie wyskoczymy? – Zerknęła za okno. – Pogoda nienajgorsza, taki mrozik to samo zdrowie. Ty już jesteś dotleniony do ostatnich pokładów, ale mnie spacerek się przyda.

– A może zrobimy inaczej? Zadzwonię do Antka i na obiad wyskoczymy gdzieś we czwórkę? – zaproponował Jędrzej.

Zabrzmiało to impulsywnie i jakby od niechcenia, ale Bogna doskonale wiedziała, że zanim padła propozycja, Jędrzej analizował ją co najmniej przez tydzień.

– Możemy – przyzwoliła łaskawie, usilnie starając się ukryć radość z faktu wyzwolenia jej z kuchennego kieratu. – Tylko najpierw spacer, a potem spotkanie. A teraz zmykaj pod prysznic. Lubię, gdy jesteś zgrzany, ale w zupełnie innych okolicznościach. – Mrugnęła porozumiewawczo.

– Daj mi chwilę… – Usta Jędrzeja rozciągnęły się w uśmiechu tak szerokim, że z trudem artykułował głoski. – Wracaj do łóżka i tam na mnie poczekaj. Postaram się, żebyśmy oboje osiągnęli wysoką temperaturę.

Mimo pisków i kwików niekontrolowanego śmiechu przyciągnął Bognę do siebie, mocno ją objął i wtulił twarz w jej bark. Gorący oddech wywołał na skórze kobiety gigantyczną gęsią skórkę.

– Zostaw mnie i śmigaj pod prysznic! – zarządziła, skutecznie ukrócając tę nieformalną grę wstępną. – Przygotuję ci śniadanie, zjesz, a potem umówisz nas z Antkiem i Matyldą.

– Anioł nie kobieta – skwitował Jędrzej.

– Raczej kobieta, nie anioł – sprostowała. – Człek rozsądny, a za takiego cię uważam, powinien jednak zachować w tej kwestii czujność.

Spotkanie z bratem i przyszłą bratową Jędrzeja było kolejnym powodem do poczucia pełni szczęścia – świetnie się wszyscy czworo dogadywali. Zupełnie inaczej niż w kontaktach towarzyskich, ale Bogna z czasem się przyzwyczaiła do dwoistości charakteru Jędrzeja – czy też jego dwóch wersji. W towarzystwie jej, brata, Matyldy, rodziców był otwarty i serdeczny, podczas gdy wśród nowo poznanych osób albo w incydentalnych, jednorazowych kontaktach przybierał postawę Cilliana Murphy’ego: był biernym obserwatorem, wycofanym i sprawiającym wrażenie znudzonego otaczającymi go ludźmi. Bognę bawiło skonfundowanie jej znajomych, bo ona wiedziała doskonale, że gdy tylko wrócą do domu i zamkną za sobą drzwi, milczący i wycofany Jędrzej magicznie się przepoczwarzy w zabawnego, szarmanckiego i czułego faceta, który nie miał sobie równych w sztuce kochania. A koleżanki, które brały sobie za punkt honoru, żeby zwrócić na siebie jego uwagę, mogły co najwyżej obejść się smakiem. Bognie nie przeszkadzało, że Matylda wręcz uwielbia Jędrzeja, zresztą obie szybko znalazły wspólny język. Z kolei Antek tyle razy dawał dowody pełnej akceptacji wyboru brata, że Bogna nie miała nawet cienia wątpliwości co do tego, jak ewentualnie odnalazłaby się w ich rodzinie.

No właśnie… W rodzinie… Na samym początku wspólnie ustalili – choć pomysłodawczynią takiej strategii była Bogna – żeby na jakiś czas odsunąć ewentualne spotkania zwane potocznie „już czas przedstawić cię rodzinie”. Owszem, kontakty z Antkiem i Matyldą były niejako naturalną konsekwencją okoliczności, w których się spotkali na lotnisku w Katowicach, ale biorąc pod uwagę, że związek mógł z wielu powodów po prostu nie wypalić, angażowanie rodziców w ich sprawy na wczesnym etapie znajomości byłoby okrucieństwem nie do przyjęcia. Gdy już się sobą nacieszyli na tyle, że zniewalająca mózg dawka dopaminy opadła, i nic nie wskazywało na to, że w jakimś stopniu poszli na żywioł, zamiast bazować na choćby śladowych ilościach rozsądku, nastąpiły pierwsze, początkowo krótkie i niezobowiązujące, wizyty w rodzinnych domach obojga. Zarówno Bogna, jak i Jędrzej uznali, że zostali przyjęci nadzwyczaj ciepło i serdecznie, skutkiem czego spotkania stały się częstsze, ale… minęło już kilka miesięcy, a rozwój ich związku, jakkolwiek udanego i wolnego – przynajmniej na razie – od ciemnych chmur, nagle stanął i nic nie wskazywało na to, że w ogóle jeszcze ruszy z miejsca. Za każdym razem, gdy gościli u rodziców jej lub jego, w powietrzu wisiało niewypowiedziane pytanie, którego ciężar zaczynał być dla Bogny coraz bardziej dokuczliwy. Sprawy nie ułatwiał także pierścionek na palcu Matyldy – wprawdzie dziewczyna się nie chełpiła zaręczynami, ale sam fakt braku na palcu Bogny podobnego dowodu zaangażowania według niej stawiał ją w dziwnym położeniu: młodszy brat już na studiach się uwinął i niejako zaklepał sobie przyszłą żonę, a ustatkowany zawodowo, mieszkaniowo i finansowo Jędrzej milczał w tej kwestii jak zaklęty.

2.

Tuż po śniadaniu Jędrzej zadzwonił do Antka.

– Wstaliście już, dzieciaki? – zapytał, gdy po niemal dziesięciu wolnych sygnałach brat wreszcie odebrał.

– No… – Ziewnięcie Antka słychać było w całej kuchni. – A co?

– A nic – odparł Jędrzej. – Może wyskoczymy we czwórkę na jakiś obiad?

Za każdym razem, gdy reprezentował siebie i Bognę jako towarzysko usankcjonowane stadło, dosłownie pękał z dumy. Już nie był singlem, sztywniakiem, zamrożonym introwertykiem, życiową niedojdą i związkofobem. Miał przy sobie – o czym był święcie przekonany – kobietę swojego życia, z którą planował się zestarzeć, oczywiście w stosownym czasie. A już spotkania we czworo, z młodszym bratem i jego narzeczoną, sprawiały, że poczucie własnej wartości Jędrzeja było bliskie wywalenia skali na egometrze.

– Może do jednej z tych restauracji na deptaku? – zaproponował.

– Kiedy? – wymamrotał Antek, który najwyraźniej jeszcze się nie wydostał z czułych i, jak dało się wyczuć, stanowczych objęć Morfeusza.

– No dziś.

– A jaki mamy dzień?

– Chłopie, obudź się! Sobotę mamy.

– Mati! – krzyknął tak głośno Antek, że Jędrzej podskoczył i asekuracyjnie odsunął aparat od ucha. – Darmowa wyżerka! – poinformował narzeczoną z wyraźnym zadowoleniem.

Bo – jak powszechnie wiadomo – wspólne gospodarstwo prowadzone przez dwoje studentów zwykle nie czerpie z rogu obfitości.

– Kiedy? – w słuchawce rozległ się stłumiony głos Matyldy.

– Dzisiaj. Obiad. W knajpie – zreferował Antek lapidarnie, acz wyczerpująco propozycję brata i wrócił do Jędrzeja. – Ale ty płacisz? – upewnił się, choć w tej sytuacji była to już zwykła kurtuazja.

– Płacę, płacę – potwierdził brat z rozbawieniem. – Spotkajmy się o trzynastej pod Bachusem i potem zdecydujemy.

– Ale pod rzeźbą czy knajpą?

Pytanie młodszego brata było w pełni uzasadnione, ponieważ do ulubionych rodzinnych anegdot włączono historię, gdy mama cierpliwie czekała pod deptakową figurą bożka, a tata, klnąc na czym świat stoi, miotał się pod znajdującą się pod ratuszem knajpą, oddaloną od rzeźby o dobry kawałek. Co gorsza, mama, swoim zwyczajem, irytującym wszystkich dookoła, nie zabrała z domu telefonu. Gdy oboje wpadli na ten sam pomysł, że być może druga połówka czeka w tym drugim miejscu, spotkali się w połowie drogi, a potem nadąsani udali na parking i w milczeniu wrócili do domu.

– Pod knajpą – zadecydował Jędrzej.

– Pasuje – mruknął Antek i zakończył połączenie.

Jędrzej był więcej niż pewny, że brat tuż po rozmowie ponownie zapadł w sen.

– Umówieni – powiedział do Bogny i pozbierał nakrycia ze stołu. – Ty teraz do spa?

Kiwnęła głową.

– Godzinka i będę jak nowa – zapewniła.

Jej sobotnie sesje łazienkowe były stałym punktem programu bez względu na porę roku czy towarzyskie zobowiązania. Podczas gdy Jędrzejowi wystarczał w zupełności szybki zimny prysznic, przypominający raczej bicze szkockie niż zwyczajową toaletę, Bogna z prawdziwą rozkoszą oddawała się długiej, pieszczącej zmysły kąpieli oraz wieloetapowej pielęgnacji skóry i włosów, najlepiej przy punktowym świetle i w aromacie zapachowych świeczek.

3.

Spotkali się kilka minut przed umówioną godziną, co u chronicznie spóźniającego się Antka zakrawało na cud. Po obowiązkowej, acz serdecznej wymianie rytualnych gestów, powitań i uścisków wspólnie dokonali wyboru restauracji. Na szczęście kilka stolików było tam jeszcze wolnych, więc szybko rozsiedli się w pobliżu witryny.

– I co tam słychać? – zagaił Antek, starannie przeglądając menu. – Jak wam życie pły… O, stek! – Rozjaśnił się na widok ulubionego dania. – To ja w zasadzie już się zdecydowałem.

– Hamuj! – zdyscyplinowała go Matylda. – Widzisz, ile to kosztuje?! – Znacząco postukała palcem w cenę dania.

– Widzę bardzo dokładnie – odparł ze spokojem, nieco zdziwiony jej reakcją. – Steki lubię, ale mnie na takie specjały nie stać i brat to doskonale rozumie. Prawda? – zwrócił się do Jędrzeja.

– Rozumiem. – Uśmiechnął się. – Wybierajcie, przebierajcie, oby wyszło na zdrowie.

Bogna rzuciła mu badawcze spojrzenie, jakby w ten sposób chciała dyskretnie zapytać, czy powinna się do tego wystawnego przyjęcia dołożyć. Swoje gospodarstwo uczciwie i praktycznie od początku prowadzili wedle zasady pół na pół, więc było normalne, że i w tej sytuacji nie powinna obciążać wyłącznie portfela Jędrzeja. On uspokajająco przymknął powieki, dając do zrozumienia, że jest w pełni przygotowany finansowo na nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu swojego wiecznie głodnego brata. Matylda zaś z pewnością nie była w stanie zawyżyć rachunku, albowiem pomimo braku ustalonej daty nieustająco była na dość restrykcyjnej diecie, która miała utrzymać jej figurę do dnia ślubu, kiedy to Mati – jak sama wielokrotnie się odgrażała – wbije się w sukienkę tak ciasną, że trzeba ją będzie zakładać przy użyciu łyżki do butów. Oczy zaświeciły jej się na widok risotto z borowikami, ale ostatecznie zdecydowała się na olbrzymią porcję sałatki.

Z kolei Bogna po dzisiejszej parodii śniadania była już solidnie głodna, ale za nic nie przyznałaby racji Jędrzejowi, że gdyby przyswoiła solidną ilość białka, to nawet tej sałatki zjadłaby zaledwie pół porcji. Krygując się dla zachowania pozorów, zamówiła sobie łososia, z tęsknotą i żalem spoglądając ukradkowo na gości, którzy przy sąsiednich stolikach pałaszowali kaloryczną carbonarę. Jędrzej również zdecydował się na stek i wkrótce całą czwórkę pochłonęła konsumpcja, przerywana co jakiś czas okrzykami zachwytu i pomrukami zadowolenia.

4.

Przy kawie i deserach rozmowa już popłynęła jak wartki strumień. Wodzirejem i moderatorem był jak zwykle ekstrawertyczny Antek, który został obdarowany przez hojną naturę umiejętnością zamieniania w swoich opowieściach nawet najbardziej nudnego wydarzenia we wzbudzającą salwy śmiechu anegdotę. Jędrzej odzywał się sporadycznie, ograniczając się do zdań pojedynczych lub – częściej – równoważników, za to Matylda i Bogna dzielnie dotrzymywały kroku Antkowi. Gdyby nie był to jego osobisty rodzony brat, Jędrzej pewnie takie sytuacje znosiłby z ogromnym trudem, walcząc z zazdrością i poczuciem własnej niemocy. Młodszy brat, oprócz ujmującej osobowości, dzięki genowej ruletce był wyższy od Jędrzeja o blisko dziesięć centymetrów i – co starszy brat odżałował już dawno temu – bez wątpienia od niego przystojniejszy. Na szczęście Antek w roli osoby skupiającej na sobie przychylne spojrzenia dam nie wpędzał Jędrzeja w kolejne kompleksy, a wręcz odwracał uwagę od charakterystycznych dla introwertycznego brata zachowań. Dziś rozmowę zdominowały wydarzenia z sesji i seminarium, które przygotowywało Antka do walki o tytuł magistra. Matylda – o rok od niego młodsza studentka informatyki – raz na jakiś czas dorzucała coś od siebie, wywołując także falę wspomnień u Bogny.

Atmosfera spotkania była bez zarzutu, ale Jędrzej czuł, że coś jest nie do końca tak, jak powinno. Chcąc nie chcąc, kilka razy podchwycił wzrok Bogny skupiony na pierścionku Matyldy. Mordował się, żeby ją o to zapytać, ale jednocześnie obawiał, że źle te spojrzenia interpretuje. Być może Bognie ten pierścionek wcale się nie podobał albo uważała, że na studiach stanowczo za wcześnie na zaręczyny? A może sam pierścionek jako symbol wzbudzał w niej przykre wspomnienia związane z kimś, kto dużo jej obiecał, a potem wytarł sobie tymi obietnicami buty? Inna rzecz, że Antek oświadczył się Matyldzie po dwóch latach znajomości i po roku wspólnego mieszkania, a więc po zaliczeniu najbardziej zdradliwego i niebezpiecznego poligonu związkowego. Tymczasem Jędrzej i Bogna byli ze sobą zaledwie od kilku miesięcy. Intensywnych, nawet bardzo. Ale to wciąż zdaniem Jędrzeja było za krótko, aby zakładać, że ona tak z miejsca zgodzi się zmienić swój status „w związku” na „zamężna”. Ponadto zawsze istniała obawa, że nagle pojawi się niezbyt przyjemna dla każdej ze stron opcja „to skomplikowane”. Teraz bez wątpienia oboje się starali, aby zachowanie tego statusu i umiejętność życia w związku partnerskim przypominały raczej przemyślany strategicznie folder reklamowy, a nie bezpośrednią relację z pola bitwy. To wciąż bowiem był zaledwie obowiązkowy okres próbny, taka wersja demo codzienności. Tyle że Jędrzej był w tym wszystkim naprawdę szczery, więc aż tak starać się już nie musiał. Wyrósł z tego. Wysilał się przy dawnych dziewczynach, przy Wiktorii stawał dosłownie na rzęsach, powoli zatracając siebie, by w ostatecznym rozrachunku zawsze być przegranym. W duchu liczył na to, że i Bogna niczego nie udaje, nie ukrywa i nie prowadzi żadnej podwójnej gry. I że gdy nagle wejdą na kolejny poziom, nie wywoła to zamętu, którego skutkiem będzie oczywiste w takiej sytuacji rozstanie. Jędrzej przypomniał sobie dawno zasłyszane twierdzenie, które tylko z pozoru brzmiało zabawnie, bo tak naprawdę miało głęboki sens: otóż mężczyzna wierzy, że kobieta się nie zmieni – a ona się zmienia. Z kolei kobieta myśli, że mężczyzna się zmieni – a on się nie zmienia. Jędrzej pomyślał, że nie chciałby, aby Bogna się w jakikolwiek sposób zmieniła – w sensie mentalnym, rzecz jasna. Bo w kwestii fizyczności sprawa była oczywista: oczyma wyobraźni widział, jak wspólnie się starzeją, z upływem lat przybywa im coraz więcej zmarszczek, z roku na rok mają bielsze włosy (łysieniem w swoim przypadku szczególnie się nie zamartwiał, bo geny zadbały o jego gęstą czuprynę) i niewykluczone, że także coraz grubszą warstwę tłuszczu. Nie dzielił się tym pokręconym marzeniem z Bogną, słusznie zakładając, że jeśli opowie jej o nim, zwłaszcza o tym tłuszczu i zmarszczkach, może się nagle okazać, że zestarzeje się sam. Zastanawiał się jedynie, czy wzorem innych kobiet Bogna będzie w pewnym momencie usiłowała go jakoś zmieniać. Teraz nic na to nie wskazywało, więc przyjął, że partnerka akceptuje go z całym dobrodziejstwem inwentarza w postaci skrajnego przypadku introwertyzmu, zafiksowania na zdrowym trybie życia i nikczemnie niskiej samooceny.

Choć on sam już jakiś czas temu się upewnił, że jego największym marzeniem jest zostać mężem Bogny, to nie chciał niczego przyspieszać, a tym samym wywierać na niej żadnej presji. Ona nigdy nie wspominała o ewentualnym małżeństwie, nie rzucała podtekstami ani nie waliła znienacka komunikatem typu: „Wiesz, Marysia spotyka się z Piotrkiem zaledwie trzy miesiące, a już mają ustaloną datę ślubu”. Bał się, że ją spłoszy, bo tak naprawdę, gdyby to wyłącznie od niego zależało, to już pognałby do urzędu stanu cywilnego albo do najbliższej parafii, żeby dopiąć szczegóły. Inna rzecz, że zadanie pytania o wspólną przyszłość obarczone jest zawsze sporym ryzykiem odrzucenia. A jeśli Bogna widzi w nim tylko tymczasowe rozwiązanie i gdy trafi się lepsza okazja, nagle stwierdzi, jak Wiktoria, że Jędrzej nijak nie pasuje do profilu mężczyzny, z którym chciałaby spędzić resztę życia?

Obarczając się kolejnymi wątpliwościami, Jędrzej ponownie wpadł w sidła umysłu introwertyka: postanowił, że spokojnie poczeka na rozwój wypadków, ale postara się być przygotowany na każdą ewentualność. Bo gdy znajdą się w sytuacji, w której sama Bogna wreszcie sprowokuje go do działania, to co założy jej na palec? Sama obietnica może nie wystarczyć, a zatem warto rozpisać sobie plan działania i poszukać wsparcia.

5.

Jędrzej umówił się z Antkiem, że w najbliższą sobotę przyjadą do rodziców bez towarzystwa dam swoich serc. Wykorzystał moment, że Bogna miała umówioną wizytę u fryzjera, Matylda zaś zakuwała u przyjaciółki w akademiku do ostatniego w tej sesji egzaminu, dość beztrosko przesuniętego na ostateczny termin.

Jędrzej podjechał po Antka, a potem już razem skierowali się na osiedle, gdzie do niedawna też obaj mieszkali. Zaparkował pod blokiem, w którym spędził większość życia. Trzecie piętro w punktowcu bez windy zawsze miało dobroczynny wpływ na kondycję braci, przy czym dla pozbawionego cechy punktualności Antka wielokrotnie stanowiło spore wyzwanie. Gdy jeszcze chodzili do szkoły, smarkacz z okna swojego pokoju potrafił zobaczyć autobus, do którego właśnie powinien za chwilę wsiąść, zdążył wyprysnąć z mieszkania, sfrunąć po schodach, niemal nie dotykając stopni. Dobiegał do przystanku, zanim kierowca przejechał skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną i wjechał do zatoczki. Bez oznak stresu czy zmęczenia wsiadał tuż za uporządkowanym Jędrzejem, który stał karnie na przystanku już od kilku minut.

Wchodząc teraz po schodach za bratem, Jędrzej pomyślał, że naprawdę lubi odwiedzać rodziców. Choć cenił swoją wolność, to korzystał z każdej okazji, aby się z nimi spotkać. Przede wszystkim dlatego, że zawsze mieli dobre relacje, a poza tym – niezależnie od tego, jak wielkiej wagi problemy spadłyby mu na głowę – w tym domu wszystko nagle jakoś samo się prostowało. Mama była gejzerem empatii i troski, z kolei tata hojnie obdzielał swoim zdroworozsądkowym podejściem do życia. W mieszkaniu rodziców pachniało czymś swojskim, znajomym, dającym poczucie bezpieczeństwa. Jędrzej, w milczeniu pokonując kolejne kondygnacje, zastanawiał się, czym pachniało jego lokum, zanim wprowadziła się Bogna i gdy już uleciał zapach, który zostawiła po sobie Wiktoria. Bo teraz, kiedy zamieszkali razem, w powietrzu unosiła się mieszanka jej perfum i jego wody kolońskiej, środków czystości i kłębiących się nad tym wszystkim gęstych chmur feromonów, które nie dawały im wytchnienia. O, choćby wczoraj… Kolejność zawsze była taka sama: najpierw Bogna poprosiła, żeby po kąpieli posmarował balsamem jej plecy, no przecież to nic nadzwyczajnego. Potem on stwierdził, że od razu zrobi rozluźniający masaż po ciężkim dniu, i… wiadomo: zaczęli się kochać. Później oboje wylądowali pod prysznicem, a po nim Bogna stwierdziła, że tym razem nie będzie ryzykować, i ze śmiechem wyprosiła Jędrzeja z łazienki, zanim zdążył sięgnąć po balsam. Rozważał, jak długo ta namiętność potrwa, i na myśl znów przyszli mu rodzice. Czy oni kochali się jeszcze, gdy Antek szedł na studia? A może przestali dużo wcześniej? Ale nie ma przecież żadnej cezury czasowej bezwzględnie zamykającej pożycie… Potrząsnął głową, bo zrozumiał, że idzie w kierunku, z którego ciężko będzie zawrócić. Wszak zobaczenie – choćby w wyobraźni – rodziców w nawet całkiem smacznej scenie intymnej utknie mu w głowie na dobre, bo tego odzobaczyć się już po prostu nie da.

– Moi synkowie! – przywitała ich w progu mama. – Boże, tak za wami tęskniłam! – Uroniła kilkanaście łez wzruszenia, zanim ojciec zdążył ją powstrzymać.

– Kobieto, byli tu dwa tygodnie temu. Nie nakręcaj się… Witajcie, chłopcy! – Powitanie ojca było powściągliwe i tylko na pozór oschłe, bo i on przeżywał ich wspólne spotkania. – Pomóżcie mamie. – Od razu wskazał im kuchnię, skąd dochodziły już smakowite zapachy.

– A ty? My jesteśmy gośćmi – zaoponował Antek, ale Jędrzej szybko posłał mu pełne wyrzutu spojrzenie.

– Ja przyniosłem zakupy, obrałem ziemniaki i zrobiłem surówkę – wyjaśnił ze spokojem tata. – Teraz pan ma relaks.

– Ale o obiedzie nie było przecież mowy – zaprotestował Jędrzej.

– A co w ogóle jest na obiad? – zainteresował się niemal w tym samym momencie Antek.

6.

Usiedli we czwórkę do stołu. Jędrzej z wyraźnymi oporami nałożył sobie skromną porcję, podczas gdy Antek już się opychał, jakby nie jadł co najmniej od tygodnia i usiłował wzorem zapobiegliwych chomików zrobić zapasy na cięższe dni.

– Chłopcy, ale wy nic nie jecie! – zatroskała się mama. – Coraz chudsi jesteście…

– No nie wiem… – powątpiewał Antek z pełnymi ustami. – Od lata przytyłem pięć kilo, więc nie jestem pewny, czy masz właściwą optykę. Przypominam – zaznaczył między sporym kawałkiem mięsa a surówką – że mam dwa metry wzrostu i ważę, przepraszam, do niedawna ważyłem adekwatnie do tej wysokości.

– Na pewno ważysz się na zepsutej wadze – stwierdziła z mocą mama. – Najlepsza jest ta w moim gabinecie.

– Ta do ważenia noworodków i niemowląt?

– Nie – odparła z irytacją. – Ta dla większych dzieci.

– Obawiam się, że w moim przypadku może zabraknąć skali – droczył się Antek.

– Głupstwa opowiadasz. Poza tym jestem twoją matką i wiem najlepiej. Jędruś też jakiś mizerny się zrobił…

Jędrzej zdębiał.

– Mamo, no naprawdę… Proszę cię…

– Jeszcze mi powiedz, że ty też przytyłeś!

– Nie. Ale ja dbam o to, co jem, a nie faszeruję się fast foodem. – Spojrzał na brata z przyganą.

– Student ma swoje prawa – odparł filozoficznie Antek i w pośpiechu przełknął kolejny gigantyczny kęs. – Albowiem, jak sama nazwa wskazuje, jedzenie ma być szybko. I jest. Więc korzystam. – Dolał sobie sosu. – To już cała surówka? A ziemniaczków więcej nie ma?

– Nie ma! – zniecierpliwił się ojciec, zdegustowany obżarstwem młodszego syna.

– Ale co ty opowiadasz?! – zaoponowała mama. – Są, oczywiście, że są! Suróweczka też jest! Już niosę! – Z radosną energią wstała od stołu, dając niezbity dowód tego, że karmienie jest w jej katalogu odmian miłości na najważniejszym miejscu.

– Antek to jednak pożyteczne stworzenie – powiedział tata, wbijając wzrok w nieco zaskoczonego tym wyznaniem syna. – Gdyby nie on, musiałbym to wszystko dojadać do czwartku.

– Nie przesadzaj – oburzyła się mama. – Chłopcy, spakowałam też obiad dla waszych dziewczyn.

7.

Kwadrans później mama po skończonym posiłku zaczęła swoim zwyczajem błyskawicznie zbierać nakrycia tylko po to, żeby na stół w pełnej krasie mogły wjechać kawa i blacha domowego ciasta. Jędrzej wzrokiem nakazał bratu zaangażowanie się w pomoc rodzicielce większe niż dojadanie na stojąco nędznych resztek na półmiskach. Gdy wszystko już znalazło się w kuchni i zanim zagwizdał czajnik z wodą na kawę, Jędrzej wskazał bratu drzwi do pokoju, który najpierw zajmowali razem, a później królował w nim Antek. Po jego wyprowadzce na stancję rodzice zrobili tutaj składzik wszystkich dotychczas zawadzających przedmiotów, oczywiście wciąż niezwykle potrzebnych.

– Pogadajmy – powiedział tytułem wyjaśnienia.

Zaaferowany Antek wszedł do pomieszczenia i usiadł na łóżku, które jeszcze nie zostało w pełni zagracone.

– Słuchaj… – zaczął Jędrzej z wyraźnymi oporami. – Chciałbym cię o coś zapytać…

– Pytaj.

– Tak… Więc… Hmm… – Brał zwyczajowy rozbieg. – Jak oświadczyłeś się Matyldzie?

Antek spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– A co cię tak nagle naszło? Nie mogliśmy pogadać o tym przez telefon? Albo mogliście do nas wpaść. Mati może gadać o tym bez końca…

– A ty chyba wiesz, że nie cierpię rozmawiać przez telefon – wszedł mu w słowo brat. – Poza tym wolałem, żebyśmy byli sami, bez Matyldy albo Bogny. Chciałem pogadać jak facet z facetem.

– Jędrek, ale proszę cię, no naprawdę… – Antek spojrzał z dezaprobatą. – Masz coś przeciwko Matyldzie?

– No skąd! Mati jest super. Wciąż nie wierzę, że taka dziewczyna powiedziała „tak” komuś takiemu jak ty.

– To znaczy… jakiemu? – najeżył się Antek.

– Dobra, nie było tematu. – Jędrzej gwałtownie wstał z kanapy, ale młodszy brat przytomnie go przytrzymał.

– Chwila, chwila! Nie bardzo rozumiem, o co ci teraz chodzi. Oświadczyłem się, bo to jest jedyna osoba, którą chcę mieć blisko. Takie rzeczy się po prostu wie.

– Ale ja nie pytam dlaczego, tylko jak.

Młodszy brat z uwagą wpatrywał się w Jędrzeja. Wbrew pozorom chwilowa cisza, która zapadła w pokoju, była bardzo wymowna.

– No nie… Chcesz się oświadczyć Bognie?! – niemal wykrzyknął i Jędrzej odruchowo zasłonił mu usta dłonią.

– Przeszło mi to przez głowę – przyznał, ściszając głos.

Antek z irytacją odsunął od siebie dyscyplinującą go dłoń.

– Bierz tę łopatę z mojej twarzy! Co jest? Nie chcesz, żeby rodzice wiedzieli?

– Nie.

– Dlaczego? Boisz się, że mama z radości zejdzie na zawał?

– Coś w tym rodzaju. Jak już będzie coś więcej wiadomo, odpowiednio ją na to przygotuję. Tak czy inaczej, to chyba nic nadzwyczajnego? Skoro ty zamierzasz wstąpić na drogę małżeństwa…

– Ale cię wzięło, chłopie… – powiedział Antek z nieukrywanym politowaniem. – Jesteś tego pewien? To zaledwie kilka miesięcy – zaznaczył.

– Tak, jestem pewien. Bardziej niż czegokolwiek. To kobieta mojego życia – odparł z mocą Jędrzej.

– Nie wiem, czy ktoś ci o tym już wspominał, ale jesteś wobec niej kompletnie bezkrytyczny. – Antek westchnął.

– No – potwierdził Jędrzej z szerokim i pełnym rozmarzenia uśmiechem.

Wspomnienie ostatniego wieczoru było skutecznym antidotum na wszelkie rozterki, wątpliwości i analizy. Kochał tę kobietę, uwielbiał ją i jej pożądał. Czy może być lepsza mieszanka stanowiąca katalizator biegu zdarzeń?

– Nie wiem tylko, kiedy byłby najlepszy moment… – dodał po chwili.

– Ja bym jednak trochę jeszcze poczekał i poddał ją kilku próbom. – Antek starał się ściągnąć brata na właściwe tory.

– Mam ją topić w sadzawce czy kazać jej skakać przez płonącą obręcz?! – zirytował się Jędrzej.

– Spokojnie, tylko rozmawiamy – studził go Antek. – Masz już coś zaplanowane?

– Właśnie nie wiem, jak się do tego zabrać.

– No tak… Ty przecież musisz mieć rozbieg jak stąd do Warszawy. Ale jeszcze w tym stuleciu? – upewnił się brat.

Jędrzej zlekceważył przytyk.

– Więc jak się oświadczyłeś?

– Jezu, no normalnie. W Barcelonie usiedliśmy w jakiejś kafejce na starym mieście, wyjąłem pierścionek, uklęknąłem, zrobiło się zamieszanie, zapytałem, Matylda powiedziała „tak”, ktoś nam pstryknął zdjęcia, pojechaliśmy metrem do hotelu i tam…

– Tę część możesz sobie darować. – Jędrzej uniósł dłoń, skutecznie hamując brata w zamiarze zaprezentowania dokładnego sprawozdania z przypieczętowania nowego etapu w relacji. – Czyli wyjąłeś pierścionek, zapytałeś i… to wszystko? – zakończył z nieukrywanym rozczarowaniem brakiem inwencji Antka.

– Dokładnie tak. A co?

– No powiem ci, że trochę słabo. Jakoś tak… Nie wiem… Zabrzmiało jak wersja niskobudżetowa.

– W Barcelonie?! – Brat aż się zapowietrzył z oburzenia. – Niskobudżetowa?!

– Nie no, Barcelona jak najbardziej, ale same oświadczyny… Sądziłem, że stać cię na nieco więcej fantazji. – Jędrzej cmoknął z dezaprobatą.

– Jędrek, ty się, chłopie, urodziłeś ze dwieście lat za późno. A jak to widzisz w wersji na bogato? Miałem w lśniącej zbroi i na białym rumaku obwieścić wszem wobec, co tu się zaraz będzie działo?

– Przesadzasz. Chodziło mi o coś, co można pamiętać przez całe życie – wyjaśnił z wyższością starszy brat.

Już od jakiegoś czasu Jędrzej oczyma wyobraźni widział Bognę, która ze wzruszeniem odczytuje pytanie „Czy zostaniesz moją żoną?” na ogromnym telebimie podczas otwarcia rozgrywek Super Bowl. Albo gdy on pyta ją o to podczas rejsu ogromnym wycieczkowcem po Oceanie Spokojnym lub podczas przejażdżki dorożką po Central Parku, no ewentualnie mogliby pojechać na weekend do Warszawy i tam, w Łazienkach Królewskich…

– Nie mam pojęcia, co kombinujesz, ale od razu sobie to odpuść. – Antek bezpardonowo sprowadził go z powrotem do Zielonej Góry.

– A to dlaczego?

– To proste: spieprzysz wszystko koncertowo. Zeżre cię trema, zacukasz się, coś pokręcisz, powiesz inne imię albo zapomnisz pierścionka. No właśnie… A w ogóle to jak załatwisz sprawę pierścionka?

– Nie rozumiem… Pójdę do sklepu i kupię. Są jakieś inne rozwiązania? Bo kradzieży jakoś nie brałem pod uwagę.

– Boże! – Antek westchnął z mieszaniną rezygnacji i głębokiego rozczarowania. – Czeka nas cholernie dużo pracy… A taki był spokój… – jęknął.

– Dużo pracy? W związku z czym niby?

– Jeśli będziesz polegać na swoim guście w tym zakresie, to kupisz jakiś badziew, na którego widok każda kobieta ze śladowym choćby pojęciem na temat pierścionka zaręczynowego ostatecznie straci złudzenia. To ma być coś very special, a nie odpustowa, tandetna blacha z oczkiem ze sprasowanych opiłków po obróbce diamentów.

– Co mi w takim razie poradzisz jako wybitny specjalista? Bo, jak rozumiem, twój wybór był bez zarzutu? – Jędrzej uśmiechnął się zjadliwie, ale Antek nieszczególnie się tym przejął.

– Tylko skończony idiota albo mentalny kamikadze kupuje pierścionek zaręczynowy bez uprzednich konsultacji. Chłopie, wierz mi, to prawdziwe pole minowe. A ja nie miałem zamiaru się po tym polu szwendać z oczywistą perspektywą, skutkiem czego Matylda swój wybrała sama – wyjaśnił młodszy brat lekkim tonem.

– Serio? – Jędrzejowi oczy niemal wyszły z orbit. – Ale jak to: sama? A gdzie moment zaskoczenia?

– Takie akcje to tylko w filmach. Wierz mi, wybór pierścionka przez przyszłą narzeczoną to najlepsze rozwiązanie. Zero ryzyka, sukces murowany.

– Pragmatyzm godny podziwu, ale wolałbym tego uniknąć. Nie wyobrażam sobie, że idę z Bogną do jubilera i stając przed ladą, mówię: „Wybierz sobie”. – Jędrzej się skrzywił. – Chcę, żeby była zaskoczona, zachwycona, wzruszona…

– To już teraz mogę zapewnić, że będzie ciężko – stwierdził Antek. – Cholernie ciężko… – Nagle coś przyszło mu do głowy. – Ale wiesz co? To misja dla Matyldy. Będzie stuprocentowa skuteczność przy pełnej dyskrecji. Mati tak ją skołuje, że Bogna nieświadomie wskaże pierścionek, który uzna za najładniejszy, a potem, zupełnym przypadkiem, go dostanie. – Mrugnął porozumiewawczo. – I tu przechodzimy do konkretów. Jaki budżet?

– Nieograniczony.

– A co ty taki wyrywny? Podaj jakieś ramy, bo misja Matyldy musi być wiarygodna.

– No to… – Jędrzej zastanowił się przez moment. – Powiedzmy średnia półka, w porywach do górnej.