Osiem uderzeń serca - Luna Velevitka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Osiem uderzeń serca ebook i audiobook

Velevitka Luna

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

614 osoby interesują się tą książką

Opis

Ethan Moore to król nowojorskich prawników. Jest pewny siebie, bogaty, ale również niesamowicie zmęczony trybem życia, który prowadzi. Pewnego dnia postanawia zrobić dla siebie coś, na co nie pozwalał sobie nigdy dotąd. Wylatuje na Hawaje, by zobaczyć, jak to jest porzucić choć na chwilę stery i uwolnić się od natrętnej myśli, że samotność, którą wybrał, nie jest jednak tak słodka, jak do tej pory myślał.

Imogen prowadzi skromne życie, starając się zagłuszyć ból i cierpienie, które jak echo wracają do niej we wspomnieniach pewnego wydarzenia sprzed pięciu lat. Samotnie wychowuje córkę, usilnie próbując wykrzesać w sobie miłość do niej, czego nie ułatwia jej zaborcza babcia dziewczynki.

Przypadek stawia tych dwoje na swojej drodze, co sprawia, że dotąd ich trudne jednak poukładane życie zaczyna mienić się jak błękitna toń oceanu, w otoczeniu której rodzi się coś, co z góry skazane jest na porażkę.

Czy osiem uderzeń serca jest w stanie przebić się przez cień minionych wydarzeń? Czy to wystarczy, by demony przeszłości ustąpiły miejsca nadziei?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 9 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Katarzyna DomalewskaDamian Żebrowski

Oceny
4,7 (14 ocen)
13
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
madzialegmi

Nie oderwiesz się od lektury

uwielbiam Knypka i całą historię, tyle zmian na ile sobie pzoowlimy. Dziękuję ej za tą historię ❤️
30
xxxaniaxxx456

Nie oderwiesz się od lektury

awwwww, Knypek i Olbrzymek! To moja ulubiona książka Luny, polecam ogromnie
42
andasrsl

Nie oderwiesz się od lektury

Brałabym w ciemno, nawet bez opisu!” – taką ufnością darzę twórczość Luny Velevitki i po raz kolejny się nie zawiodłam. Trzeci tom serii Złamane Serca to emocjonalny rollercoaster, który udowadnia, że przeszłość zawsze znajdzie sposób, by nas dogonić. O czym jest ta historia? To opowieść o bólu, krzywdzie i druzgocących konsekwencjach dawnych wyborów. Poznajemy Ją – samotną matkę, która po ogromnej traumie próbuje ułożyć sobie życie na nowo na Hawajach. Bez wsparcia matki, ale z kochającą ciotką u boku, walczy o każdy dzień i o trudną miłość do własnej córki. I pojawia się On – bezwzględny nowojorski prawnik, który na co dzień broni największych drani. Dlaczego warto przeczytać? • Motyw muru: Autorka genialnie pokazuje proces burzenia barier, które bohaterka budowała latami, by chronić swoje serce. • Bolesny plot twist: Moment, w którym okazuje się, że mężczyzna, któremu zaufała, jest powiązany z jej największym dramatem, zapiera dech w piersiach. • Emocje: To nie jest lekki romans. To...
20
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka ❤️ Aloha
32
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna historia,która zostawia ślad w sercu🧡Pokochacie ją od pierwszych stron🧡Polecam🧡
33



Od autorki

Ksi­ążka za­wie­ra tre­ści, któ­re mogą być ob­ci­ąża­jące emo­cjo­nal­nie dla nie­któ­rych czy­tel­ni­ków. Po­ja­wia­ją się w niej mo­ty­wy gwa­łtu, prze­mo­cy sek­su­al­nej, scen zbli­żeń, a ta­kże trud­ne emo­cje i wąt­pli­we za­cho­wa­nia bo­ha­te­rów.

Tekst ma na celu uka­za­nie zło­żo­no­ści ludz­kich do­świad­czeń, a nie ich glo­ry­fi­ka­cję.

Pro­si­my o roz­wa­gę przy lek­tu­rze i za­dba­nie o wła­sny kom­fort psy­chicz­ny.

Nie­któ­re błędy sta­ją się ko­ńcem, inne zaś po­cząt­kiem.

Dla tych, któ­rzy po­tra­fi­li od­na­le­źć mi­ło­ść tam, gdzie nie mia­ła pra­wa się po­ja­wić…

Prolog

Cho­ciaż drzwi win­dy za­mknęły się za mną chwi­lę temu, wci­ąż nie po­tra­fi­łem zro­bić na­wet kro­ku. By­łem rów­nie pod­nie­co­ny, co zde­ner­wo­wa­ny. Cho­le­ra, może na­wet odro­bi­nę oszo­ło­mio­ny. Tak, by­łem ku­rew­sko oszo­ło­mio­ny, ale to uczu­cie było przy­jem­ne.

Spo­co­ne pal­ce za­ci­snąłem na skó­rza­nej tecz­ce, któ­rą ku­pi­łem le­d­wie wczo­raj, pach­nia­ła no­wo­ścią, po­dob­nie zresz­tą jak to miej­sce.

Po­pra­wi­łem kra­wat, wzi­ąłem głębo­ki od­dech i w ko­ńcu ru­szy­łem przed sie­bie dłu­gim, sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem.

Krok za kro­kiem.

Z ka­żdą chwi­lą co­raz bar­dziej pew­ny sie­bie i swo­je­go suk­ce­su.

Jak lew, któ­ry ma przed sobą ofia­rę za­pędzo­ną w miej­sce, z któ­re­go nie mo­żna już uciec.

Wszy­scy uśmie­cha­li się do mnie i wi­ta­li ze mną, jak­bym był Bo­giem. To był mo­ment, w któ­rym obie­ca­łem so­bie, że to miej­sce będzie świ­ąty­nią.

Ko­ścio­łem.

A ja będę bó­stwem, do któ­re­go będą się co­dzien­nie mo­dlić.

Za­trzy­mu­jąc się przed drzwia­mi ga­bi­ne­tu z przy­mo­co­wa­ną do nich zło­tą ta­blicz­ką, na któ­rej wy­gra­we­ro­wa­ne było moje na­zwi­sko, po­czu­łem dresz­cze. Przy­jem­ne i po­bu­dza­jące.

Oto ja.

Ethan Mo­ore i moje kró­le­stwo.

Rozdział 1

Ethan

– Pa­nie Mo­ore! Pa­nie Mo­ore! – Usły­sza­łem za ple­ca­mi pi­skli­wy głos mo­jej asy­stent­ki. – Pro­szę za­cze­kać!

Jej nie­bo­tycz­nie wy­so­kie szpil­ki stu­ka­ły ryt­micz­nie o mar­mu­ro­wą po­sadz­kę, co do­pro­wa­dza­ło mnie do sza­le­ństwa. Ci­ągle tyl­ko to upo­rczy­we stuk-puk, jak­by nie mo­gła cho­dzić na pal­cach. Albo boso. Może war­to do­rzu­cić to do sta­tu­tu fir­my, by w przy­szło­ści unik­nąć ta­kich sy­tu­acji. Za­mie­rza­łem po­my­śleć o tym głębiej jesz­cze tego dnia.

Za­trud­ni­łem Do­lo­res, po­nie­waż jej po­przed­nicz­ka ode­szła za­raz po tym, jak z całą sta­now­czo­ścią oznaj­mi­łem, że nie zo­sta­nę ani jej mężem, ani nie spło­dzę z nią gro­mad­ki prze­uro­czych dzie­ciacz­ków, o któ­rych od za­wsze ma­rzy­ła. Zda­je się, że nad­mie­ni­łem rów­nież – być może nie­co za ostro – by nie bra­ła zbyt po­wa­żnie tego, że wy­grzmo­ci­łem ją na swo­im biur­ku.

Wie­lo­krot­nie.

– Ethan! – wrza­snęła na­gle Do­lo­res.

Przy­sta­nąłem, a po­tem bar­dzo po­wo­li od­wró­ci­łem się do niej, za­ci­ska­jąc moc­no szczęki. Na sa­mym po­cząt­ku wspó­łpra­cy usta­li­li­śmy, że będzie się do mnie zwra­cać per pan. Wie­rzy­łem, że przy tym po­zo­sta­nie­my, bo Do­lo­res była nie­zwy­kle pro­fe­sjo­nal­na. Była też żmi­ją, nie­ste­ty.

Nie po­gry­waj so­bie ze mną, ślicz­not­ko.

Spo­dzie­wa­łem się zo­ba­czyć na jej bu­źce choć odro­bi­nę skru­chy za ten wy­buch nie­kon­tro­lo­wa­nej zło­ści i za to, że po­wie­dzia­ła do mnie po imie­niu, ale nic ta­kie­go nie do­strze­głem. Wręcz prze­ciw­nie, wy­da­wa­ła się nie­zwy­kle za­do­wo­lo­na, że w ko­ńcu uda­ło jej się przy­kuć moją uwa­gę.

– Do­lo­res – wark­nąłem złow­ro­go, mru­żąc oczy. – Prze­stań, do dia­bła, wrzesz­czeć. Przy­po­mi­nam ci, że dla mnie pra­cu­jesz. Na two­je miej­sce cze­ka kil­ka kan­dy­da­tek, któ­re chęt­nie zaj­mą się moim gra­fi­kiem.

Ko­bie­ta za­mru­ga­ła, trze­po­cząc rzęsa­mi, któ­re śmia­ło mo­gły­by być pie­przo­ną za­sło­ną prysz­ni­co­wą, a po­tem od­rzu­ci­ła dłu­gie czar­ne wło­sy w tył i prych­nęła.

Prych­nęła. Na. Mnie.

– Pa­nie Mo­ore – od­pa­rła, ła­pi­ąc się pod boki – igno­ru­je mnie pan od ty­go­dnia. Nie od­po­wia­da na moje uprzej­me „dzień do­bry” ani na we­so­łe „do zo­ba­cze­nia ju­tro”. Ma­ile, któ­re wy­sy­łam, też pan igno­ru­je. Mu­sia­łam od­wo­łać już dwa wa­żne spo­tka­nia – wy­tknęła mi.

Ca­łkiem mo­żli­we, że nie pa­mi­ęta­łem już na­wet, kie­dy ostat­ni raz się z nią przy­wi­ta­łem. Albo z kim­kol­wiek in­nym, jed­nak nie była to spra­wa, któ­ra spędza­ła­by mi sen z po­wiek. Po­dob­nie jak to, że do jej obo­wi­ąz­ków na­le­ża­ło rów­nież od­wo­ły­wa­nie mo­ich cho­ler­nych spo­tkań. Wzi­ąłem głębo­ki wdech i chwy­ci­łem na­sa­dę nosa, sta­ra­jąc się po­zbyć na mo­ment Etha­na Chuj­ka i przy­wo­łać Etha­na Pro­fe­sjo­nal­ne­go. Spoj­rza­łem na nią, a na­stęp­nie wy­mu­si­łem uśmiech, ma­jąc świa­do­mo­ść, że wła­śnie ro­bi­li­śmy przed resz­tą pra­cow­ni­ków wi­do­wi­sko stu­le­cia.

– Dzień do­bry, Do­lo­res – po­wie­dzia­łem. – I do zo­ba­cze­nia ju­tro – do­da­łem, a na­stęp­nie ru­szy­łem w kie­run­ku win­dy.

Nie sły­sza­łem już jej krzy­ków ani tym bar­dziej stu­ko­tu tych okrop­nych szpi­lek, ale za to mia­łem oka­zję po­dzi­wiać za­sko­czo­ne twa­rze Mar­ka i Bra­dleya, gdy ich mi­ja­łem. Na szczęście za­bra­kło im od­wa­gi, by się ode­zwać. Ina­czej urządzi­łbym tu rzeź.

Gdy drzwi win­dy się za mną za­mknęły, ogar­nęło mnie na­głe uczu­cie ulgi. W ko­ńcu by­łem sam, a to za­czy­na­ło mi co­raz bar­dziej od­po­wia­dać. Po­lu­bi­łem sa­mot­no­ść, a ona po­lu­bi­ła mnie. Było nam ra­zem cho­ler­nie do­brze. Jak w ide­al­nym zwi­ąz­ku, z tą ró­żni­cą, że nie czu­łem pre­sji, by się za bar­dzo sta­rać.

Ja­dąc au­tem do apar­ta­men­tu, zro­zu­mia­łem, że chy­ba nic mnie już nie cie­szy­ło ani nie spra­wia­ło, że czu­łem chęć ry­wa­li­za­cji, któ­ra do nie­daw­na była dla mnie mo­to­rem na­pędo­wym. Ma­son bez­czel­nie su­ge­ro­wał, że prze­cho­dzę kry­zys wie­ku śred­nie­go, ale prze­cież ja wca­le nie by­łem… No do­bra, by­łem w śred­nim wie­ku, ale kry­zys? U czter­dzie­sto­lat­ka? Przy­stoj­ni i bo­ga­ci mężczy­źni nie cier­pią na coś ta­kie­go jak kry­zys wie­ku śred­nie­go. Ma­son dia­gno­zo­wał w ten spo­sób ka­żde­go star­sze­go od sie­bie fa­ce­ta. Nie, to z pew­no­ścią nie było to. Ten stan od za­wsze ko­ja­rzył mi się z pi­ęćdzie­si­ęcio­let­ni­mi idio­ta­mi, któ­rzy ku­po­wa­li so­bie nowe fury, a żony wy­mie­nia­li na znacz­nie młod­sze. Ja od kil­ku lat trzy­ma­łem się spraw­dzo­nych mo­de­li aut, a moje re­la­cje z ko­bie­ta­mi mo­żna było okre­ślić jako dość chłod­ne. Nie chcia­łem się przy­wi­ązy­wać. Raz po­pe­łni­łem ten błąd i już ni­g­dy nie dam się na­brać na „mi­ło­ść”. Van sku­tecz­nie mnie do niej znie­chęci­ła, nisz­cząc ka­żdą iskrę na­dziei, jaka się wte­dy we mnie tli­ła. Te­raz ży­łem we­dług wła­snych za­sad. Nie chcia­łem mieć żony ani tym bar­dziej dzie­ci. No i do­sta­łem też nie­zwy­kle cen­ną lek­cję pod ty­tu­łem: „Nie wkła­daj fiu­ta w ko­bie­tę, któ­rej pła­cisz”.

Za pra­cę, nie za seks.

Wje­cha­łem na pod­ziem­ny par­king i za­par­ko­wa­łem Asto­na Mar­ti­na na jed­nym z trzech z na­le­żących do mnie miejsc. Po pra­wej stał mój czer­wo­ny Mu­stang z ty­si­ąc dzie­wi­ęćset sze­śćdzie­si­ąte­go pi­ąte­go roku, a po le­wej, rów­nie le­ci­wy, Pon­tiac GTO.

Moje skar­by.

Moje dzie­ci.

Je­dy­ne, bo na samą myśl o praw­dzi­wym po­tom­stwie do­sta­wa­łem skrętu ki­szek.

W apar­ta­men­cie przy­wi­ta­ła mnie ci­sza, zresz­tą jak ka­żde­go dnia. Nie była ani przy­kra, ani zło­wiesz­cza, jak mo­gło­by się wy­da­wać. Rzu­ci­łem skó­rza­ną tecz­kę na czar­ną ka­na­pę i, lu­zu­jąc kra­wat, skie­ro­wa­łem się pro­sto do bar­ku, by na­lać so­bie po­dwój­ną whi­sky.

Ofi­cjal­nie je­steś al­ko­ho­li­kiem, Mo­ore.

Pi­łem, ob­ser­wu­jąc pa­no­ra­mę mia­sta przez roz­ci­ąga­jące się od podło­gi do su­fi­tu okno, a jed­no­cze­śnie za­sta­na­wia­łem się, dla­cze­go nie po­tra­fię się już cie­szyć z rze­czy, któ­re kie­dyś były dla mnie naj­wa­żniej­sze. Któ­re sta­no­wi­ły pod­wa­li­ny mo­je­go suk­ce­su. Mia­łem prze­cież na swo­im kon­cie wie­le wy­gra­nych spraw, by­łem wła­ści­cie­lem kan­ce­la­rii, któ­ra przy­no­si­ła kro­cie, je­ździ­łem luk­su­so­wym au­tem i mo­głem mieć ka­żdą ko­bie­tę, któ­rą tyl­ko ze­chcia­łem.

Co, do kur­wy nędzy, było ze mną nie tak?

Do­pi­łem al­ko­hol i po­sze­dłem do ła­zien­ki. Zim­ny prysz­nic za­wsze wy­rzu­cał z mo­jej gło­wy głu­pie my­śli. Tym ra­zem było po­dob­nie.

Z ręcz­ni­kiem na bio­drach wró­ci­łem do sa­lo­nu i wów­czas roz­dzwo­nił się mój te­le­fon. Na wy­świe­tla­czu po­ja­wi­ła się uśmiech­ni­ęta gęba Ma­so­na. Nie­chęt­nie, ale ode­bra­łem, pa­mi­ęta­jąc, że gdy ostat­nim ra­zem zi­gno­ro­wa­łem jego pró­by kon­tak­tu – po­sta­no­wił mnie od­wie­dzić.

– Cze­go chcesz?

– Chęt­nej cip­ki – ode­zwał się we­so­ło.

Nie było dnia, bym nie ana­li­zo­wał, ja­kim cu­dem on mógł być ci­ągle tak za­do­wo­lo­nym z sie­bie kre­ty­nem. Za ka­żdym ra­zem na­su­wa­ła mi się tyl­ko jed­na od­po­wie­dź – nar­ko­ty­ki.

– Wy­bacz, nie mam żad­nej – burk­nąłem, de­cy­du­jąc się na jesz­cze jed­ne­go drin­ka przed snem.

Słu­cha­jąc idio­tycz­ne­go re­cho­tu tego ko­lo­ro­we­go pa­ja­ca, pod­sze­dłem do bar­ku i do­la­łem so­bie al­ko­ho­lu.

– Wiem, wiem – rzu­cił bez­tro­sko. – Po­my­śla­łem, że może masz ocho­tę wy­sko­czyć na mia­sto? Na drin­ka?

– Wła­śnie go piję. W domu.

Ma­son jęk­nął ni­czym dziec­ko sfru­stro­wa­ne tym, że mat­ka za­bro­ni­ła mu cze­goś na­praw­dę eks­cy­tu­jące­go, a po­tem wes­tchnął dłu­go i prze­ci­ągle. Wie­dział, że mnie tym de­ner­wu­je, dla­te­go to ro­bił. Cza­sem mia­łem wra­że­nie, że młod­szy Scott uwa­żnie śle­dził oto­cze­nie wy­łącz­nie po to, by się do­wie­dzieć, cze­go lu­dzie szcze­rze nie­na­wi­dzą, a po­tem bez­czel­nie to wy­ko­rzy­sty­wać i ob­ser­wo­wać ich na­ra­sta­jącą fru­stra­cję.

Tak jak te­raz.

Jęki za­wo­du i oka­zy­wa­nie jaw­ne­go nie­za­do­wo­le­nia do­pro­wa­dza­ły mnie do sza­łu. Nie tyl­ko u Ma­so­na.

– Oli­ver ma men­tal­no­ść osiem­dzie­si­ęcio­lat­ka podłączo­ne­go do wi­ta­mi­no­wej kro­plów­ki, Ty­ler nie­spo­dzie­wa­nie po­sta­no­wił zo­stać mo­no­ga­mi­stą – wy­li­czył smęt­nie. – A ty – tu zro­bił krót­ką pau­zę, jak­by za chwi­lę miał paść żart wie­czo­ru – ty, dro­gi Etha­nie, prze­cho­dzisz kry­zys i uda­jesz, że nie cie­szą cię wy­jścia z kum­pla­mi. To nie­spra­wie­dli­we!

– Nie prze­cho­dzę żad­ne­go kry­zy­su! – wrza­snąłem do te­le­fo­nu i jed­nym hau­stem opró­żni­łem szkło, by po chwi­li od­sta­wić je z hu­kiem na sto­lik. – Je­stem zmęczo­ny! ZMĘCZO­NY!

– Ale z cie­bie nu­dziarz – oświad­czył Ma­son, po czym do­dał: – A kry­zys prze­cho­dzisz.

Gdy­by był te­raz obok mnie, naj­praw­do­po­dob­niej urwa­łbym mu łeb. Albo cho­ciaż język. Co­kol­wiek, co by go uci­szy­ło.

– Je­stem od­po­wie­dzial­ny, rano mam spo­tka­nie.

I wów­czas na­su­nęła mi się myśl: kie­dy wła­ści­wie gdzieś wy­sze­dłem? Na­wet tego nie pa­mi­ęta­łem. Być może było to wte­dy, gdy ten świ­rus zor­ga­ni­zo­wał spo­tka­nie w noc­nym klu­bie, ści­ąga­jąc na nie swo­je­go bra­ta, Ty­le­ra i mnie. Wca­le nie ba­wi­łem się do­brze.

– Je­den drink. – Nie da­wał za wy­gra­ną. – Wy­lu­zu­jesz się, może po­de­rwiesz ja­kąś faj­ną la­skę.

– Nie in­te­re­su­ją mnie pa­nien­ki wy­rwa­ne w klu­bie.

To była je­dy­nie po­ło­wicz­na praw­da. Ko­bie­ty mnie in­te­re­so­wa­ły, na­wet bar­dzo, ale tyl­ko te, któ­rym mo­głem za­pła­cić i do­stać do­kład­nie to, cze­go ocze­ki­wa­łem. Od daw­na ko­rzy­sta­łem z usług eks­klu­zyw­nej agen­cji to­wa­rzy­skiej miesz­czącej się w jed­nym z eli­tar­nych noc­nych klu­bów – i było mi z tym do­brze. Wy­jątek sta­no­wi­ło grzmo­ce­nie głu­piut­kiej asy­stent­ki w ka­żdym mo­żli­wym miej­scu w moim ga­bi­ne­cie. Wci­ąż tego ża­łu­ję. Lep­szym roz­wi­ąza­niem było ku­po­wa­nie cza­su do­świad­czo­nej pro­sty­tut­ki. Ko­bie­ty pra­cu­jące w agen­cji były pi­ęk­ne, in­te­li­gent­ne i nie­jed­no­krot­nie to­wa­rzy­szy­ły mi nie tyl­ko w łó­żku, ale i w wa­żnych spo­tka­niach biz­ne­so­wych. Nie mia­łem w zwy­cza­ju psuć cze­goś, co do­sko­na­le dzia­ła­ło. Nie by­łem kre­ty­nem.

– Jak chcesz. – Ma­son wes­tchnął te­atral­nie. – Ale je­śli zmie­nisz zda­nie, będę tam, gdzie za­wsze.

Po dru­giej stro­nie na­sta­ła ci­sza.

– Kur­wa! – za­kląłem, a Scott par­sk­nął śmie­chem.

Prze­ci­ska­jąc się przez roz­ba­wio­ny tłum, pró­bo­wa­łem do­trzeć do scho­dów. Ma­son oczy­wi­ście jak zwy­kle za­szył się na gó­rze, bo – jak twier­dził – „Miej­sce Boga jest po­wy­żej chmur”.

Gdy tu je­cha­łem, wszyst­ko we mnie krzy­cza­ło, że to naj­głup­szy po­my­sł, na jaki mo­głem się zgo­dzić, ale cia­ło nie­chęt­nie wspó­łgra­ło z ro­zu­mem, dla­te­go wy­szy­ko­wa­łem się w eks­pre­so­wym tem­pie i za­mó­wi­łem tak­sów­kę.

A te­raz czu­łem, że będę tego ża­ło­wał.

Loży pil­no­wał łysy ochro­niarz. Dziw­ne, nie przy­po­mi­na­łem so­bie, by był tu ostat­nim ra­zem. Mężczy­zna przy­wi­tał się ze mną le­d­wo za­uwa­żal­nym ski­nie­niem gło­wy i od­su­nął, bym mógł do­łączyć do tego czub­ka w ko­lo­ro­wych ciu­chach. Wi­dok Ma­so­na i jego sze­ro­kie­go uśmie­chu po­zba­wił mnie ja­kich­kol­wiek złu­dzeń, że mó­głbym się tego dnia do­brze ba­wić. Szczęście in­nych nie­sły­cha­nie dzia­ła­ło mi na ner­wy.

– Przy­ja­cie­lu! – Ge­stem wska­zał na sto­lik. – Za­pra­szam!

Mój wzrok po­wędro­wał do bu­tel­ki Ma­cal­la­na i kil­ku pu­stych szkla­nek. Tuż obok do­strze­głem rów­nież szkla­ną tacę, a na niej dwie rów­niut­ko usy­pa­ne bia­łe ście­żki.

Czy­li mia­łem ra­cję, jego zbyt en­tu­zja­stycz­ne po­de­jście do ży­cia wy­ni­ka­ło z ćpa­nia. Przez mo­ment na­wet mu po­zaz­dro­ści­łem, ale po­tem do­sze­dłem do wnio­sku, że być może był tak samo nie­za­do­wo­lo­nym z ży­cia skur­wie­lem jak ja. Ró­żni­ca po­le­ga­ła na tym, że on zna­la­zł spo­sób na by­cie szczęśli­wym. Ja nie. Tkwi­łem za to w czar­nej du­pie. Dość głębo­ko.

Usia­dłem i bez sło­wa si­ęgnąłem po bu­tel­kę, a gdy na­la­łem nam obu al­ko­ho­lu, Ma­son roz­sia­dł się wy­god­niej i po­dzi­ęko­wał mi ski­nie­niem gło­wy. Nie­na­wi­dzi­łem, gdy mi się tak przy­glądał.

– Masz ochro­nia­rza – stwier­dzi­łem, bio­rąc pierw­szy łyk cu­dow­nie cierp­kie­go pły­nu. – I sie­dzisz na… – skrzy­wi­łem się, nie mo­gąc uwie­rzyć wła­snym oczom – …tro­nie?!

– Co mogę po­wie­dzieć, to mój pry­wat­ny raj – od­pa­rł dum­nie, omia­ta­jąc wzro­kiem lożę. – Dla­cze­go mia­łbym nie urządzić go we­dle swo­je­go gu­stu? Czy nie o to w ży­ciu cho­dzi, by czuć się… do­brze?

Mia­łem ocho­tę wy­łu­pić so­bie oczy szpi­kul­cem do lodu, gdy pa­trzy­łem na obi­ty czer­wo­nym plu­szem fo­tel, na któ­rym Ma­son sie­dział roz­wa­lo­ny jak król. Bar­dzo chcia­łem, by le­żąca obok nie­go zło­ta ko­ro­na była je­dy­nie wy­two­rem mo­jej wy­obra­źni, ale zna­łem go, nie mo­głem mieć zwi­dów. Dla­te­go, nie ana­li­zu­jąc zbyt do­głęb­nie sy­tu­acji, bez sło­wa opró­żni­łem szkło, by od razu si­ęgnąć po do­lew­kę. By­łem wy­jąt­ko­wo spi­ęty i dziw­nie prze­wra­żli­wio­ny. Prze­ska­ki­wa­łem wzro­kiem mi­ędzy tym idio­tą a tacą, któ­ra po­ły­ski­wa­ła ku­sząco tuż pod moim no­sem.

Kie­dy ostat­ni raz wci­ągnąłem kre­skę? Lata temu. A kie­dy czu­łem spo­kój? Nie pa­mi­ęta­łem.

– Da­waj. – Si­ęgnąłem po tacę, co Ma­son skwi­to­wał gło­śnym, rżącym śmie­chem. W jego oczach ta­ńczy­ły te cho­ler­ne iskier­ki, któ­re po­ja­wia­ły się tam, gdy uda­ło mu się na­mó­wić dru­gą oso­bę do cze­goś złe­go.

Su­cho­ść w ustach i po­twor­ny ból gło­wy. Oto, co czu­łem.

Pra­gnąłem otwo­rzyć oczy, mimo iż mia­łem świa­do­mo­ść, że ten śmia­ły ruch może sko­ńczyć się wy­mio­ta­mi. Albo śmier­cią.

Jęk­nąłem, czu­jąc wi­bru­jący w mo­jej kie­sze­ni te­le­fon. Z tru­dem prze­kręci­łem się na ple­cy i po nie­go si­ęgnąłem.

– Tak? – wy­char­cza­łem, mla­ska­jąc przy tym jak pies, któ­re­mu ktoś nie dał wody przez kil­ka dni. Mu­sia­łem umyć zęby.

– Pa­nie Mo­ore! – Pi­skli­wy głos Do­lo­res z miej­sca przy­pra­wił mnie o ciar­ki, a mój mózg za­czął nie­przy­jem­nie pul­so­wać. – Wie pan, któ­ra jest go­dzi­na?

Ko­cha­niut­ka, nie mam na­wet po­jęcia, któ­ry mamy rok.

– Nie – przy­zna­łem i z tru­dem prze­łk­nąłem śli­nę.

– Do­cho­dzi trze­cia po po­łud­niu! Nie przy­je­chał pan do kan­ce­la­rii i nie ode­brał dwu­na­stu po­łączeń od Sama, a ta­kże ośmiu ode mnie. Mark wy­słał kil­ka wa­żnych ma­ili, ale oczy­wi­ście nie do­stał od­po­wie­dzi. Pana klient wy­sze­dł stąd… hmm… – Za­my­śli­ła się. – Nie­po­cie­szo­ny pa­ńską nie­obec­no­ścią, a ja mu­sia­łam wy­słu­chi­wać jego pre­ten­sji!

– A czy nie za to ci pła­cę? – wy­sa­pa­łem, pró­bu­jąc unie­ść gło­wę, ale była jak cho­ler­ny ka­mień.

– Nie! I przy­po­mi­nam, że je­stem je­dy­ną ko­bie­tą w pana oto­cze­niu, któ­rej nie in­te­re­su­je pa­ński fiut, tyl­ko pra­ca. PRA­CA! Któ­rą z ja­kie­goś po­wo­du pan mi unie­mo­żli­wia, będąc wred­nym, po­zba­wio­nym uczuć dup­kiem!

– Do­lo­res?

– Tak, pa­nie Mo­ore? – Mó­głbym przy­si­ąc, że prze­wró­ci­ła ocza­mi, choć sta­ra­ła się brzmieć na spo­koj­ną.

– Do wi­dze­nia. – Roz­łączy­łem się.

Da­łem so­bie jesz­cze kil­ka mi­nut, by zmu­sić cia­ło do ru­chu, aż w ko­ńcu uchy­li­łem po­wie­ki, a wte­dy moim oczom uka­zał się ciem­ny su­fit. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że by­łem u sie­bie w sy­pial­ni. To na­pa­wa­ło opty­mi­zmem. Ale chwi­lę pó­źniej kątem oka do­strze­głem obok sie­bie ruch. To zde­cy­do­wa­nie nie na­pa­wa­ło opty­mi­zmem.

– Mogę li­czyć na kawę?

Zdu­szo­ny głos Ma­so­na mo­men­tal­nie mnie otrze­źwił. Po­de­rwa­łem się z miej­sca, ale zro­bi­łem to zbyt gwa­łtow­nie, więc do­słow­nie se­kun­dę pó­źniej le­ża­łem już na podło­dze, z ca­łych sił pró­bu­jąc nie umrzeć.

– Chy­ba nie… – do­dał z wes­tchnie­niem.

Usia­dłem i pierw­sze, co zo­ba­czy­łem, to za­do­wo­lo­na gęba Ma­so­na Scot­ta. Le­żał roz­wa­lo­ny na moim łó­żku, na do­da­tek w sa­mych bok­ser­kach.

– Ma­son, wy­jazd stąd, za­nim stra­cę cier­pli­wo­ść – wark­nąłem, roz­ma­so­wu­jąc skro­nie i jed­no­cze­śnie ob­ser­wu­jąc, jak Scott po­wo­li wsta­je z łó­żka i osten­ta­cyj­nie po­pra­wia po­ran­ny wzwód, pusz­cza­jąc mi przy tym oko. Gdy­bym nie czuł się jak pa­dli­na, roz­kwa­si­łbym mu czasz­kę.

Ma­son nie­zno­śnie po­wo­li po­zbie­rał swo­je po­roz­rzu­ca­ne ubra­nia i, mi­nąw­szy mnie, wy­sze­dł z sy­pial­ni.

Co, u dia­bła, wy­da­rzy­ło się ze­szłe­go wie­czo­ru? Ostat­nie, co za­pa­dło mi w pa­mi­ęć, to blon­dyn­ka sia­da­jąca mi na ko­la­nach. Resz­ta była mgli­stym wspo­mnie­niem ci­ągłe­go pi­cia i głu­pich żar­tów Scot­ta.

Opa­dłem na podło­gę i przy­mknąłem po­wie­ki, po­sta­na­wia­jąc, że gdy tyl­ko doj­dę do sie­bie, za­mó­wię dla Do­lo­res ogrom­ny bu­kiet kwia­tów.

Albo trzy.

Za­słu­ży­ła.

A po­tem się stąd wy­nio­sę.

Za­słu­ży­łem.

Rozdział 2

Ethan

Nie po­ja­wi­łem się w kan­ce­la­rii przez dwa ko­lej­ne dni, li­cząc, że moja asy­stent­ka nie­co się uspo­koi, a ja wy­trze­źwie­ję. Po­ku­si­łem się rów­nież o za­mó­wie­nie trzech tu­zi­nów her­ba­cia­nych róż i po­sła­nie ich wprost pod nos Do­lo­res. Ko­bie­ta w od­po­wie­dzi na mój hoj­ny gest za­dzwo­ni­ła, po­dzi­ęko­wa­ła, przy oka­zji też na­zy­wa­jąc mnie dup­kiem do kwa­dra­tu, a po kil­ku gło­śnych wes­tchnie­niach oznaj­mi­ła, że tak prze­or­ga­ni­zo­wa­ła mój gra­fik, abym miał kil­ka dni wol­ne­go.

Sie­dząc na ka­na­pie i sącząc whi­sky, bez­my­śl­nie ga­pi­łem się w ekran te­le­wi­zo­ra, roz­my­śla­jąc nad sen­sem wła­sne­go ży­cia. Po­wi­nie­nem być szczęśli­wy, spe­łnio­ny i zde­cy­do­wa­nie mniej roz­chwia­ny emo­cjo­nal­nie, ale wca­le tak nie było. Dzień zle­wał się z nocą. Suk­ce­sy, pie­ni­ądze, wpły­wy. Szem­ra­ne in­te­re­sy, obok któ­rych wca­le nie prze­cho­dzi­łem obo­jęt­nie. Wręcz prze­ciw­nie, przy­ci­ąga­ły mnie po­dob­nie jak biz­nes­me­ni o wąt­pli­wej re­pu­ta­cji, z któ­ry­mi ocho­czo wspó­łpra­co­wa­łem.

Mój te­le­fon wy­pluł z sie­bie dźwi­ęk wia­do­mo­ści, tym sa­mym od­su­wa­jąc kre­ty­ńskie my­śli o tym, ja­kim to je­stem podłym czło­wie­kiem.

Va­nes­sa: Chcę po­ga­dać.

Prych­nąłem pod no­sem na samo wspo­mnie­nie mo­jej by­łej na­rze­czo­nej. Nie było jej przy mnie, gdy nie­mal stra­ci­łem fir­mę. Bez mru­gni­ęcia okiem za­bra­ła wszyst­kie swo­je rze­czy i znik­nęła z mo­je­go ży­cia, a te­raz chcia­ła po­ga­dać. Od kil­ku mie­si­ęcy kręci­ła się koło mnie, jak­by dys­kret­nie da­wa­ła znać, że znów jest za­in­te­re­so­wa­na.

Z obrzy­dze­niem rzu­ci­łem te­le­fon na ka­na­pę i wró­ci­łem do uża­la­nia się nad sobą, co naj­praw­do­po­dob­niej tak bar­dzo mnie zmęczy­ło, że za­snąłem, bo obu­dzi­ło mnie do­pie­ro upo­rczy­we pu­ka­nie do drzwi i to­wa­rzy­szący mi odór al­ko­ho­lu. Cała moja ko­szul­ka była nim prze­si­ąk­ni­ęta, a obok mnie le­ża­ła pu­sta szklan­ka.

– Pi­ęk­nie, kur­wa – mruk­nąłem i, od­le­pia­jąc od sie­bie prze­si­ąk­ni­ęty ma­te­riał, wsta­łem, by otwo­rzyć.

Va­nes­sa. Jej dłu­gie ja­sne wło­sy prze­rzu­co­ne przez jed­no ra­mię po­ły­ski­wa­ły lek­ko, kon­tra­stu­jąc z czer­wie­nią su­kien­ki, któ­rą na sie­bie wło­ży­ła. Była pi­ęk­na. Na­dal tak samo atrak­cyj­na jak przed laty. Pa­trzy­ła na mnie nie­pew­nie, za­ci­ska­jąc szczu­płe pal­ce na to­reb­ce, co po­wie­dzia­ło mi, że była rów­nież zde­ner­wo­wa­na.

– Ethan… – Skrzy­wi­ła się, gdy jej wzrok spo­czął na moim tor­sie. – Co ci się sta­ło?

Zer­k­nąłem na sie­bie.

– Nic – od­pa­rłem chłod­no. – Co tu­taj ro­bisz? – do­da­łem szorst­ko, na­wet nie uda­jąc, że spra­wi­ła mi swo­ją wi­zy­tą ra­do­ść. Pa­trze­nie na nią na­dal po­tęgo­wa­ło dziw­ny ból w oko­li­cach ser­ca. Nie­oczy­wi­sty, ale na tyle upo­rczy­wy, że pra­gnąłem się go po­zbyć jak naj­szyb­ciej.

– Chcę po­roz­ma­wiać. – Za­uwa­ży­łem, jak z tru­dem prze­łk­nęła śli­nę. – Tyl­ko chwi­lę…

Wie­dzia­łem, że nie od­pu­ści, dla­te­go od­su­nąłem się i wpu­ści­łem ją do środ­ka. Gdy mnie mi­ja­ła, po­czu­łem de­li­kat­ną woń jej per­fum, do­kład­nie tę samą, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła jej, gdy by­li­śmy ra­zem. Mój żo­łądek nie­spo­dzie­wa­nie ści­snął się na to wspo­mnie­nie. To nie był żal, chy­ba rów­nież nie tęsk­no­ta. Po pro­stu wspo­mnie­nie ży­cia, któ­re wio­dłem, ma­jąc ko­goś u boku. Ono było z po­zo­ru spo­koj­ne, ale czy lep­sze?

Va­nes­sa ro­zej­rza­ła się po sa­lo­nie, jak­by była tu pierw­szy raz w ży­ciu, a prze­cież do­sko­na­le zna­ła mój apar­ta­ment. Ka­żdy jego pie­przo­ny kąt. Od­kąd ode­szła, nie zmie­ni­ło się w nim pra­wie nic, z wy­jąt­kiem sy­pial­ni, któ­ra z dnia na dzień z ja­snej i przy­tul­nej sta­ła się czar­na i przy­gnębia­jąca. Pa­so­wa­ła do mnie.

– Na­pi­jesz się cze­goś? – za­pro­po­no­wa­łem, ale od­mó­wi­ła, więc wska­za­łem jej ge­stem, by za­jęła miej­sce na ka­na­pie.

Sam rów­nież usia­dłem, jed­nak na tyle da­le­ko, by nie czuć jej bli­sko­ści. Nie chcia­łem tego.

Van mil­cza­ła przez chwi­lę, zu­pe­łnie jak­by zbie­ra­ła my­śli w sen­sow­ną ca­ło­ść, a po chwi­li spoj­rza­ła na mnie i po­wie­dzia­ła:

– Tęsk­nię.

Jed­no krót­kie sło­wo. To, na któ­re cze­ka­łem przez wie­le mie­si­ęcy po na­szym roz­sta­niu. Nie­na­wi­dzi­łem sa­me­go sie­bie za to, że w tym mo­men­cie moje ser­ce za­bi­ło szyb­ciej.

– Wiem, wiem, że to dla cie­bie nie­spo­dzie­wa­ne, ale… – Przy­mknęła po­wie­ki, a gdy znów je otwo­rzy­ła, do­strze­głem w nich daw­ną Va­nes­sę. Ko­bie­tę, dla któ­rej kie­dyś by­łem w sta­nie zro­bić wszyst­ko. W któ­rej by­łem za­ko­cha­ny. – Nie po­tra­fię już dłu­żej tłam­sić tego w so­bie. Nie po­tra­fię i chy­ba… nie chcę. – Jej głos był prze­pe­łnio­ny re­zy­gna­cją, jak­by przy­cho­dząc tu, wie­dzia­ła, że i tak nic nie wskó­ra.

– Tęsk­nisz… – po­wtó­rzy­łem za­my­ślo­ny.

– Tak – przy­tak­nęła na­tych­miast.

Mó­głbym po­wie­dzieć, że ja rów­nież za nią tęsk­ni­łem, że wy­cze­ki­wa­łem dnia, w któ­rym sta­nie w pro­gu mo­ich drzwi i po­wie, że chce wró­cić. Tak wła­śnie było kie­dyś. Te­raz? Te­raz zaj­mo­wa­ła nie­wiel­kie miej­sce w moim ser­cu. Skra­wek po­kry­ty ku­rzem. Tam wła­śnie była. A obok niej upcha­ne spo­czy­wa­ły żal, zra­nio­na duma, całe cier­pie­nie i mi­ło­ść do niej.

– Mam ci przy­po­mnieć, jak zo­sta­wi­łaś mnie, gdy tyl­ko po­ja­wi­ły się kło­po­ty?

Skrzy­wi­ła się.

– A może przy­szłaś, że­bym ci przy­po­mniał… coś zu­pe­łnie in­ne­go? – spy­ta­łem ochry­płym gło­sem. Po­chy­li­łem się, wpa­tru­jąc w nią in­ten­syw­nie. – Tego ci w ży­ciu bra­ku­je, praw­da? – ci­ągnąłem. – Po­rząd­ne­go rżni­ęcia? To dla­te­go tu­taj je­steś? Mam przy­wi­ązać cię do łó­żka i pie­przyć? Mam ci przy­po­mnieć, jak skam­la­łaś o mo­je­go fiu­ta? Jak bła­ga­łaś, by wzi­ąć go do… – Wy­mow­nie zer­k­nąłem na jej war­gi.

Van otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy i roz­chy­li­ła usta, za­sko­czo­na moją bez­po­śred­nio­ścią.

Co? Nu­dziarz Scott nie za­pew­niał ci ta­kiej roz­ryw­ki?

– Nie… Nie, Chry­ste, nie! – Po­trząsnęła gło­wą, a po­tem na­gle wsta­ła i po­sła­ła mi nie­na­wist­ne spoj­rze­nie. – My­śla­łam, że… My…

W kil­ku kro­kach zna­la­złem się tuż przy niej.

– Oska­rży­łaś mnie o wie­le pa­skud­nych rze­czy, Van – syk­nąłem za­ja­dle, z ra­do­ścią ob­ser­wu­jąc ma­lu­jące się na jej twa­rzy po­czu­cie winy. – Co? – rzu­ci­łem drwi­ąco. – Nie mia­łaś po­jęcia, że o tym wiem?

– Ja…

– Dam ci do­brą radę. – Po­chy­li­łem się nad nią tak, że na­sze twa­rze nie­mal się sty­ka­ły. – Znik­nij. Nie przy­cho­dź tu wi­ęcej ani nie dzwoń do mnie. Za­po­mnij, że w ogó­le ist­nia­łem.

W jej oczach za­lśni­ły łzy, ale one nie ro­bi­ły już na mnie wra­że­nia.

Wy­pro­sto­wa­łem się i od­su­nąłem, wsu­wa­jąc dło­nie do kie­sze­ni dre­so­wych spodni. Obo­jęt­no­ść na mo­jej twa­rzy po­ja­wi­ła się jak na za­wo­ła­nie.

– Za­mknij za sobą drzwi, gdy będziesz wy­cho­dzi­ła… – za­wie­si­łem wzrok na jej de­kol­cie – …ko­cha­nie.

Wy­szła, a mnie ogar­nęło nie­spo­dzie­wa­ne uczu­cie ulgi. Zu­pe­łnie jak­bym po­zbył się ba­la­stu, któ­ry ci­ążył mi przez kil­ka lat. Być może Va­nes­sa wła­śnie nim była – ci­ęża­rem, któ­ry nie po­zwa­lał mi ru­szyć do przo­du? Po na­szym roz­sta­niu rzu­ci­łem się w wir pra­cy, by na­pro­sto­wać spra­wy kan­ce­la­rii. Nie mo­głem stra­cić mo­je­go do­rob­ku przez je­den głu­pi błąd. Nie mia­łem cza­su na my­śle­nie o ko­bie­cie, któ­ra z dnia na dzień po­rzu­ci­ła mnie, bo prze­ra­zi­ło ją, że mo­że­my zo­stać bez pie­ni­ędzy. Ha­ro­wa­łem jak wół, by moja po­zy­cja znów sta­ła się nie­za­chwia­na, i w ko­ńcu się uda­ło. Od tam­tej pory ota­cza­łem się wy­łącz­nie ko­bie­ta­mi, któ­re nie były za­in­te­re­so­wa­ne uczu­cia­mi, a mia­ły je­dy­nie umi­lić mi czas swo­im cia­łem.

Ni­g­dy tego nie ża­ło­wa­łem.

Ko­lej­ne dni spędzi­łem na ka­na­pie, pi­jąc, je­dząc chi­ńsz­czy­znę za­mó­wio­ną z baru za ro­giem oraz cie­sząc się ni­czym nie­zmąco­ną ci­szą. Przez chwi­lę po­my­śla­łem na­wet, że mó­głbym tak żyć. Lek­ko, bez­tro­sko, ale za to z przy­jem­nym szu­mem w gło­wie wy­wo­ła­nym al­ko­ho­lem. To by­ła­by miła od­mia­na, zwa­żyw­szy na tryb ży­cia, jaki pro­wa­dzi­łem od lat.

Zbyt in­ten­syw­ny.

Zbyt gło­śny.

Zbyt dra­pie­żny.

Wje­żdża­jąc win­dą na dwu­dzie­ste pi­ętro, czu­łem się, jak­by ktoś za­mknął mnie w klat­ce. Kie­dyś prze­pe­łnia­ła mnie ener­gia i chęć do dzia­ła­nia. Do wal­ki. Do ry­wa­li­za­cji. A w tym mo­men­cie? Cho­le­ra, tego dnia się du­si­łem, a gdy me­ta­lo­we drzwi się przede mną roz­su­nęły, mia­łem ocho­tę uciec. Gdy­by nie Sam, któ­ry już na mnie cze­kał, pew­nie to wła­śnie bym zro­bił. Jego spoj­rze­nie pa­li­ło ży­wym ogniem, a usta miał za­ci­śni­ęte, jak­by się bał, że za chwi­lę spo­mi­ędzy nich wy­le­ci w moim kie­run­ku kwie­ci­sta wi­ązan­ka prze­kle­ństw.

– Ethan… – wy­mam­ro­tał, zer­ka­jąc wy­mow­nie na swój ze­ga­rek. – My­śla­łem, że sko­ro nie było cię kil­ka dni, to dziś po­ja­wisz się punk­tu­al­nie.

Będę się po­ja­wiał, kie­dy tyl­ko ze­chcę.

– Przy­po­mi­nam, że to ja je­stem wła­ści­cie­lem tej kan­ce­la­rii. – Mi­nąłem go, kie­ru­jąc się wprost do swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Po dro­dze prze­sze­dłem obok Mar­ka i Bet­ty wy­mie­nia­jących się ja­ki­miś do­ku­men­ta­mi, ale żad­ne z nich nie ośmie­li­ło się do mnie ode­zwać. Przy­wi­ta­li mnie ski­nie­niem gło­wy, co oczy­wi­ście zi­gno­ro­wa­łem.

– A ja ci przy­po­mi­nam, że je­stem two­ją pra­wą ręką.

– Do­sko­na­le. Wła­śnie nią się pod­cie­ram. Od­gry­wasz więc w moim ży­ciu nie­zwy­kle istot­ną rolę. Gra­tu­lu­ję.

Sam jęk­nął, a ja przy­spie­szy­łem, na­iw­nie sądząc, że mi od­pu­ści. Nie­ste­ty. Sły­sza­łem co­raz szyb­sze stu­ka­nie jego bu­tów o mar­mu­ro­wą podło­gę, mia­łem ocho­tę po­wa­lić go na nią i siłą zdjąć mu te wy­pa­cy­ko­wa­ne la­kier­ki, żeby nie ro­bił ta­kie­go ha­ła­su.

Tak. Nie zdąży­łem wy­trze­źwieć i chy­ba to, co wci­ąga­łem kil­ka dni temu, rów­nież wci­ąż we­so­ło krąży­ło w moim or­ga­ni­zmie.

– Ethan! Do dia­bła! – wark­nął, zrów­nu­jąc ze mną krok. – Co się dzie­je? Mamy ja­kieś kło­po­ty? Mo­że­my po­ga­dać, wiesz prze­cież. Je­ste­śmy przy­ja­ció­łmi.

Nie, nie je­ste­śmy.

Drep­tał koło mnie, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzro­ku, a ja pa­rłem do przo­du, wpa­tru­jąc się w drzwi swo­je­go ga­bi­ne­tu z my­ślą, że za nimi za­znam spo­ko­ju. To był mój cel i je­śli bym go osi­ągnął, uzna­łbym to, zwa­żyw­szy na mój stan, za suk­ces.

Mi­ja­jąc biur­ko, przy któ­rym sie­dzia­ła Do­lo­res, do­strze­głem ogrom­ny bu­kiet róż, któ­ry jej wy­sła­łem. Nie­któ­re z kwia­tów za­czy­na­ły już usy­chać, ale jej to naj­wy­ra­źniej nie prze­szka­dza­ło.

Ko­bie­ta, wi­dząc mnie, wsta­ła i uśmiech­nęła się krzy­wo.

– Dzień do­bry, pa­nie Mo­ore – ode­zwa­ła się nie­zwy­kle śpiew­nie.

Mia­łem ją zi­gno­ro­wać, ale wte­dy przy­po­mnia­łem so­bie roz­mo­wę, pod­czas któ­rej wy­tknęła mi moją igno­ran­cję. Przy­sta­nąłem więc nie­spo­dzie­wa­nie, a Sam wpa­dł na mnie, sa­pi­ąc i klnąc pod no­sem.

– Dzień do­bry, Do­lo­res – przy­wi­ta­łem się prze­sad­nie słod­ko, na co na jej ustach po­ja­wił się trium­fal­ny uśmiech. Sa­pi­ące­go w mój kark Sama zi­gno­ro­wa­łem.

– Dol, skar­bie, na­szy­kuj nam dwie kawy i… – za­czął, jed­nak nie usły­sza­łem, cze­go do­kład­nie chciał od Do­lo­res, bo wsze­dłem do swo­je­go ga­bi­ne­tu i za­trza­snąłem za sobą drzwi.

Mia­łem na­dzie­ję, że to od­stra­szy tego dup­ka i Sam nie od­wa­ży się tu we­jść przez cały dzień. Naj­le­piej by­ło­by, gdy­by nikt tu dziś nie wcho­dził.

Po­lu­zo­wa­łem kra­wat i go zdjąłem, a na­stęp­nie ci­snąłem nim o podło­gę. Gdy tyl­ko mój ty­łek wy­lądo­wał na skó­rza­nym fo­te­lu, po­czu­łem, jak żółć pod­cho­dzi mi do gar­dła. Ja na­praw­dę nie chcia­łem tu być. Pierw­szy raz od po­nad dzie­si­ęciu lat nie chcia­łem prze­by­wać w swo­im ga­bi­ne­cie, nie chcia­łem ni­ko­go wi­dzieć i je­dy­ne, o czym ma­rzy­łem, to znik­nąć.

Przez na­stęp­ne go­dzi­ny sta­ra­łem się sku­pić na pra­cy, któ­rej mia­łem na­praw­dę spo­ro. Moja nie­obec­no­ść w kan­ce­la­rii odro­bi­nę po­pra­wi­ła mi na­strój, ale nie­ste­ty nio­sła za sobą spo­re kon­se­kwen­cje w po­sta­ci pi­ętrzących się na moim biur­ku do­ku­men­tów, dla­te­go cały dzień i wie­czór spędzi­łem z no­sem w pa­pie­rach, od­bie­ra­jąc te­le­fo­ny i uda­jąc, że słu­cham mo­ich roz­mów­ców. Oczy pie­kły mnie od ci­ągłe­go wpa­try­wa­nia się w mo­ni­tor, a ple­cy pul­so­wa­ły z bólu.

Gdy na ze­wnątrz było już ciem­no, wy­łączy­łem lap­to­pa i wsta­łem, roz­pro­sto­wu­jąc ko­ści, a na­stęp­nie pod­sze­dłem do okna. Gdy­by nie świa­tła, któ­ry­mi błysz­czał Nowy Jork, mój ga­bi­net po­grążo­ny by­łby te­raz w zu­pe­łnych ciem­no­ściach. Ogrom­ny ze­gar za­wie­szo­ny na ścia­nie wska­zy­wał go­dzi­nę dzie­si­ątą. Jego prze­su­wa­jące się wska­zów­ki uświa­da­mia­ły mi coś cho­ler­nie wa­żne­go – moje ży­cie ucie­ka­ło. Mi­ja­ły se­kun­dy, mi­nu­ty, go­dzi­ny, lata… Nie umia­łem nic z tym zro­bić. Może na­wet nie chcia­łem. Nie­istot­ne. Li­czy­ło się to, że czas pły­nął, a ja tkwi­łem w gów­nie po­tocz­nie zwa­nym ży­ciem. Śmier­dzia­ło, ob­le­pia­ło mnie, a cza­sem ci­ągnęło na dno, z któ­re­go ja­ki­mś pie­przo­nym cu­dem wci­ąż wy­pły­wa­łem na po­wierzch­nię. I sam już nie wie­dzia­łem, czy to do­brze, czy może nie. Po­wi­nie­nem się cie­szyć, ale gdy wra­ca­łem wspo­mnie­nia­mi do lu­dzi, któ­rych po­sła­łem do pie­kła… Nic już nie było czar­ne czy bia­łe. Do nie­daw­na pra­ca wy­pe­łnia­ła ka­żdą se­kun­dę mo­je­go ży­cia. Wła­sna kan­ce­la­ria była moim ma­rze­niem, od­kąd sko­ńczy­łem dzie­si­ęć lat. Te­raz? Prze­sta­łem wie­rzyć w ma­rze­nia.

Roz­wo­dy, po­dzia­ły ma­jąt­ku. Dra­nie, któ­rych trze­ba było bro­nić za wszel­ką cenę, nie za­wsze za po­mo­cą je­dy­nie le­gal­nych środ­ków. Na co mi to było? Mo­głem zo­stać tre­se­rem je­ba­nych lwów. Albo cyr­kow­cem. Przy­naj­mniej lu­dzie na mój wi­dok by się uśmie­cha­li.

Mia­łem wszyst­ko i nie mia­łem nic.

By­łem kimś i ni­kim.

Nie umia­łem ko­chać.

Nie po­tra­fi­łem na­wet lu­bić.

By­łem ze­rem w dro­gim gar­ni­tu­rze i z mnó­stwem szma­lu na kon­cie.

I wów­czas na­szła mnie myśl. Co by było, gdy­bym zo­sta­wił to wszyst­ko i na­praw­dę znik­nął. Nie na za­wsze, ale… na ja­kiś czas. Świat by się nie sko­ńczył, Zie­mia nie prze­sta­ła­by się kręcić, a ja mó­głbym wresz­cie od­po­cząć. Umrzeć i uro­dzić się na nowo.

Z tą my­ślą si­ęgnąłem po ko­mór­kę i wy­bra­łem nu­mer Sama. Ode­brał do­pie­ro po kil­ku sy­gna­łach i zde­cy­do­wa­nie brzmiał na zmar­twio­ne­go.

– Ethan? Co się dzie­je?

– Przej­mu­jesz ste­ry w kan­ce­la­rii – rzu­ci­łem.

– Co? Ale jak to? Nie mo­żesz, wiesz, że nie za­dbam o two­ich – od­chrząk­nął – klien­tów. Nie dam rady! – Jego spa­ni­ko­wa­ny głos był ca­łkiem za­baw­ny i pew­nie gdy­by nie to­wa­rzy­szące mi pa­lące uczu­cie w trze­wiach, na­wet bym się za­śmiał.

Ni­g­dy nie zo­sta­wia­łem kan­ce­la­rii pod jego opie­ką. Wła­ści­wie to nie ru­sza­łem się stąd na dłu­żej od lat. Nie pod­ró­żo­wa­łem, choć było mnie na to stać. Nie od­po­czy­wa­łem, z wy­jąt­kiem kil­ku go­dzin snu ka­żdej nocy.

Wa­ro­wa­łem tu ka­żde­go dnia jak cho­ler­ny pies.

Ukła­da­łem się z po­li­ty­ka­mi, mal­wer­san­ta­mi i kry­mi­na­li­sta­mi naj­gor­sze­go po­kro­ju, ra­tu­jąc ich dupy przed pu­blicz­ną na­gon­ką, skan­da­lem albo wi­ęzie­niem. Lu­dzie, któ­rzy ucho­dzi­li za śmie­tan­kę No­we­go Jor­ku, przy­cho­dzi­li do mnie, bła­ga­jąc, bym po­mó­gł im wy­do­stać się z gów­na, do któ­re­go wpa­ko­wa­li się pchni­ęci wła­sną chci­wo­ścią, py­chą, żądzą wła­dzy, za­zdro­ścią albo chu­cią.

– Wy­je­żdżam – oznaj­mi­łem. – Nie wiem, na jak dłu­go. Do­wo­dzisz, Sam. Nie spier­dol tego.

Rozdział 3

Ethan

Wcho­dząc na po­kład sa­mo­lo­tu, po­czu­łem dresz­cze pod­eks­cy­to­wa­nia. Mia­łem do wy­bo­ru wie­le miejsc na świe­cie, ale przy­po­mnia­łem so­bie, jak je­den z mo­ich klien­tów pod nie­bio­sa wy­chwa­lał Wa­iki­ki, gdzie re­gu­lar­nie w ta­jem­ni­cy przed żoną za­bie­rał swo­ją ko­chan­kę. Spraw­dzi­łem to i uzna­łem, że to miej­sce po­win­no być ide­al­ne, by od­zy­skać rów­no­wa­gę, któ­ra w ostat­nim cza­sie tak moc­no się za­chwia­ła.

– Ży­czy pan so­bie cze­goś? – Uprzej­my głos ste­war­de­sy wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

Pi­ęk­na, uśmiech­ni­ęta i chęt­na, o czym świad­czy­ły psot­ne iskier­ki błysz­czące w jej oczach oraz lek­ko roz­chy­lo­ne usta.

– Nie, dzi­ęku­ję. – Od­wró­ci­łem gło­wę, sku­pia­jąc wzrok na chmu­rach wi­docz­nych przez nie­wiel­kie okien­ko.

Na kil­ka se­kund w mo­jej gło­wie za­go­ści­ła myśl, by do­łączyć do ja­kże eli­tar­ne­go Klu­bu Mile High1, ale od­su­nąłem ją od sie­bie.

Od­pocz­nę na Ha­wa­jach, wró­cę do No­we­go Jor­ku i umó­wię się z Can­dy. To do­bry plan.

Gdzieś z tyłu gło­wy wci­ąż ko­ła­ta­ło mi się nie­przy­jem­ne po­czu­cie, że za­cho­wa­łem się nie­od­po­wie­dzial­nie, zo­sta­wia­jąc Sama ze wszyst­kim. Ni­g­dy wcze­śniej tego nie ro­bi­łem i je­śli mia­łbym być szcze­ry, na­wet mi to nie prze­szło przez myśl, a jed­nak sie­dzia­łem wła­śnie w je­ba­nym sa­mo­lo­cie i le­cia­łem na pie­przo­ne Ha­wa­je. To na­wet za­baw­ne, że ni­g­dy tam nie by­łem. Mo­głem pod­ró­żo­wać po świe­cie, zwie­dzać, cie­szyć się wol­no­ścią, ale tego nie ro­bi­łem. Umia­łem za to go­nić za pie­ni­ędz­mi i to wy­cho­dzi­ło mi zna­ko­mi­cie. Gdy­by ktoś po­sta­no­wił uczy­nić z tego dys­cy­pli­nę spor­to­wą, pó­łki w moim sa­lo­nie ugi­na­ły by się od pu­cha­rów i me­da­li.

Zna­łem swo­ją war­to­ść.

Zna­łem swo­je mo­żli­wo­ści.

Ale nie zna­łem swo­je­go ser­ca, któ­re po­wie­dzia­ło: „Ethan! Ty gru­bia­ński pa­dal­cu! Ogar­nij się!”. Tak się czu­łem. Jak­by we­wnątrz mnie – na lewo od most­ka – za­gnie­ździ­ło się dziw­ne uczu­cie, któ­re pcha­ło do po­dej­mo­wa­nia ir­ra­cjo­nal­nych dzia­łań. Na­wet nie by­łem w sta­nie okre­ślić, kie­dy to się za­częło. Na pew­no dość daw­no. Ob­ser­wo­wa­łem, jak Oli­ver pró­bu­je być szczęśli­wy, jak Ty­ler, któ­ry skosz­to­wał w ży­ciu wi­ęcej ci­pek niż som­me­lier ga­tun­ków win, sza­le­je za ja­kąś gów­nia­rą, któ­rej wci­snął na pa­lec pie­rścio­nek, i… No wła­śnie. I co? Wkur­wia­ło mnie to. Sin­glem, jak ja, po­zo­stał je­dy­nie Ma­son, o któ­rym przy­po­mi­na­łem so­bie za ka­żdym ra­zem, gdy na­tręt­na myśl o gni­ciu w sa­mot­no­ści ude­rza­ła we mnie jak ogrom­na fala o brzeg. Czy to złe, że się cie­szy­łem, że wci­ąż był sam?

– Pro­szę pana… – ode­zwa­ła się ste­war­de­sa, znów za­trzy­mu­jąc się obok mnie.

Po­win­na się już zo­rien­to­wać, że nie po­trze­bo­wa­łem to­wa­rzy­stwa, sko­ro na­wet miej­sca obok mnie nie zo­sta­ły za­jęte. Wy­ku­pi­łem je wraz z moim bi­le­tem, po­nie­waż nie mia­łem ocho­ty, by ja­kiś idio­ta ocie­rał się o mnie łok­ciem albo jesz­cze go­rzej – by sie­dzia­ło koło mnie ja­kieś dziec­ko.

– O co cho­dzi? – Ob­rzu­ci­łem ją prze­lot­nym spoj­rze­niem.

– Czy wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Tak.

– Może… – za­częła, ale nie po­zwo­li­łem jej do­ko­ńczyć.

– Po cho­le­rę tu pani przy­ła­zi? – wy­sy­cza­łem przez zęby.

– Zbla­dł pan. – Zmarsz­czy­ła nos. – Prze­pra­szam, chcia­łam…

Wzi­ąłem głębo­ki od­dech, na tyle gło­śny i wy­mow­ny, że po­win­na się ulot­nić, ale nic z tego. Do­pie­ro gdy po­wo­li ob­li­za­ła dol­ną war­gę, zro­zu­mia­łem, że nie mi­nęła jej ocho­ta na mnie. Za­ci­snąłem szczęki i zje­cha­łem spoj­rze­niem na jej cyc­ki, a po chwi­li rów­nież na pla­kiet­kę z imie­niem.

Be­atri­ce.

Ani ład­nie, ani brzyd­ko. Dość pre­ten­sjo­nal­nie jak na mój gust, ale bio­rąc pod uwa­gę, że znaj­do­wa­li­śmy się ja­kieś czter­dzie­ści ty­si­ęcy stóp nad zie­mią, a ona wy­gląda­ła na chęt­ną, chy­ba nie po­wi­nie­nem wy­brzy­dzać.

Da­ruj so­bie, Can­dy na cie­bie cze­ka. Nie kom­pli­kuj tego…

No i bam! Ode­bra­ło mi, kur­wa, ro­zum. Pierw­szy raz od in­cy­den­tu z moją asy­stent­ką da­łem się po­nie­ść i w jed­nej se­kun­dzie po­sta­no­wi­łem, że uczy­nię ten lot nie­co przy­jem­niej­szym.

Wsta­łem i bez sło­wa mi­nąłem ko­bie­tę, ocie­ra­jąc się tor­sem o jej cyc­ki.

Pięć mi­nut pó­źniej obo­je by­li­śmy już w mi­kro­sko­pij­nej to­a­le­cie, a moje pal­ce za­ci­ska­ły się na jej kar­ku, na­da­jąc tym sa­mym tem­po dość mo­zol­nym ru­chom. Gdy do­łączy­ła do mnie, jej spoj­rze­nie było roz­iskrzo­ne, a usta wil­got­ne od ci­ągłe­go ob­li­zy­wa­nia, jak­by uzna­ła, że to ca­łkiem sek­sow­ne. Coś mi mó­wi­ło, że to może się oka­zać naj­lep­szym ob­ci­ąga­niem w moim ży­ciu. To „coś” mnie okła­ma­ło. By­łem zi­ry­to­wa­ny jesz­cze bar­dziej niż w mo­men­cie wsia­da­nia na po­kład. Wte­dy przy­naj­mniej ni­cze­go nie ocze­ki­wa­łem.

– Do­bra, ko­niec – wy­mam­ro­ta­łem i od­su­nąłem ją od sie­bie.

Kur­wa.

– O co cho­dzi? – spy­ta­ła, ob­ser­wu­jąc, jak za­pi­nam spodnie.

– O to, że mój fiut to nie li­zak – rzu­ci­łem, na­wet na nią nie pa­trząc. By­łem sku­pio­ny je­dy­nie na tym, by jej śli­na, któ­rą po­sta­no­wi­ła mnie zbyt hoj­nie ob­da­ro­wać, nie po­pla­mi­ła ja­snych spodni.

Ko­bie­ta wsta­ła i zmarsz­czy­ła brwi, za­pew­ne za­sta­na­wia­jąc się, co da­lej. W ko­ńcu po­wol­nym ru­chem si­ęgnęła do su­wa­ka swo­jej ele­ganc­kiej spód­ni­cy, a po chwi­li gra­na­to­wy ma­te­riał le­żał już wo­kół jej stóp wci­śni­ętych w ele­ganc­kie szpil­ki. W pierw­szej chwi­li by­łem zbyt oszo­ło­mio­ny, by za­re­ago­wać, ale gdy jej pal­ce za­ha­czy­ły o ko­ron­ko­we majt­ki, uzna­łem, że po­wi­nie­nem na­tych­miast in­ter­we­nio­wać.

– Co ty, do dia­bła, wy­pra­wiasz?

– No… my­śla­łam, że mi się od­wdzi­ęczysz…

Naj­wy­ra­źniej li­czy­ła, że za­nu­rzę język w jej cip­ce w za­mian za mi­zer­ne­go loda, któ­ry już na za­wsze osa­dzi się w mo­jej pa­mi­ęci w szu­flad­ce z na­pi­sem: „łó­żko­we po­ra­żki”. Ta szu­flad­ka do tego dnia świe­ci­ła pust­ka­mi.

Nic z tego. Nie zro­bi­łem jej mi­net­ki, to zbyt in­tym­ne, a prze­lot­ne zna­jo­mo­ści nie za­słu­gi­wa­ły na in­tym­no­ść.

– Nie tru­dź się – mruk­nąłem i wy­sze­dłem, za­nim zdąży­ła mnie za­trzy­mać.

Wró­ci­łem na miej­sce i na­tych­miast po­pro­si­łem jej ko­le­żan­kę o drin­ka. Chy­ba wła­śnie si­ęga­łem dna.

Do­strze­ga­jąc wresz­cie za­rys Ha­wa­jów, po­czu­łem przy­jem­ną ulgę i pod­eks­cy­to­wa­nie. W ko­ńcu mia­łem mo­żli­wo­ść po­ukła­dać so­bie wszyst­ko i zła­pać od­dech, bo no­wo­jor­ski smród już zbyt dłu­go da­wał mi się we zna­ki.

Żeby do­trzeć do ho­te­lu, mu­sia­łem zła­pać tak­sów­kę, bo po­sta­no­wi­łem nie wy­po­ży­czać auta, cze­go po­ża­ło­wa­łem na­tych­miast, gdy tyl­ko ude­rzy­ła we mnie pierw­sza fala go­rąca. W du­chu mo­dli­łem sie, by zna­le­źć się już w apar­ta­men­cie. Trzy­ma­jąc w dło­ni rącz­kę od wa­liz­ki, ro­zej­rza­łem się do­oko­ła w po­szu­ki­wa­niu idio­tów w żó­łtych ko­szul­kach, któ­rzy po­ma­ga­li sko­or­dy­no­wać do­jaz­dy do ho­te­li. Wszędzie pa­no­wał spo­ry ruch i nie­ste­ty nie mo­głem oprzeć się wra­że­niu, że wpa­dłem z desz­czu pod ryn­nę. A co, je­śli pla­ża będzie tak samo ob­le­ga­na? Je­że­li w ho­te­lu będzie mnó­stwo lu­dzi, któ­rzy będą na mnie dzia­ła­li do­kład­nie tak, jak ci w No­wym Jor­ku?

Nie mó­głbym ich wszyst­kich otruć, praw­da?

Po­trząsnąłem gło­wą, by po­zbyć się kre­ty­ńskich my­śli, i już mia­łem ru­szyć przed sie­bie, gdy nie­spo­dzie­wa­nie ktoś na mnie wpa­dł.

– Co do… – Za­chwia­łem się, czu­jąc drob­ne pal­ce de­spe­rac­ko za­ci­ska­jące się na mo­jej ko­szu­li.

Za­mru­ga­łem i sap­nąłem lek­ko oszo­ło­mio­ny, by po chwi­li zo­ba­czyć przed sobą mło­dą dziew­czy­nę z bu­rzą ru­dych wło­sów do­oko­ła szczu­płej twa­rzy. Wpa­try­wa­ła się we mnie in­ten­syw­nie. W jej oczach mi­go­ta­ło coś, cze­go nie umia­łem w tej chwi­li na­zwać. Ja­kaś emo­cja, z któ­rą ni­g­dy wcze­śniej nie mia­łem do czy­nie­nia. Coś bar­dziej zło­żo­ne­go niż za­że­no­wa­nie.

Szum w uszach nie­ocze­ki­wa­nie za­głu­szył mi wszyst­kie inne dźwi­ęki.

Pa­trzy­li­śmy na sie­bie w osłu­pie­niu przez osiem ab­sur­dal­nie dłu­gich ude­rzeń ser­ca. Po­li­czy­łem.

Wy­gląda­ła tak nie­win­nie, że na­wet taki skur­wiel jak ja nie mógł tego nie za­uwa­żyć.

Na­gle się od­su­nęła. Chwi­la, w któ­rej była przy­ci­śni­ęta do mo­je­go cia­ła, nie trwa­ła dłu­go, ale zdąży­łem za­uwa­żyć, jak bar­dzo zie­lo­ne są jej oczy i jak in­ten­syw­ny ko­lor mają jej wło­sy. Rude, ale od­nio­słem wra­że­nie, że mi­ędzy mie­dzia­ny­mi pa­sa­mi mie­ni­ły się też wszyst­kie ko­lo­ry tęczy. Chcia­łem coś po­wie­dzieć, co­kol­wiek. Spy­tać, kim jest i na co, u dia­bła, się tak za­pa­trzy­ła, że była aż tak nie­uwa­żna, ale za­nim od­zy­ska­łem zdol­no­ść mó­wie­nia, już jej nie było. Ucie­kła, nie ogląda­jąc się za sie­bie.

Za­nim zde­cy­do­wa­łem się wsi­ąść do tak­sów­ki, przez dzie­si­ęć mi­nut do­cho­dzi­łem do sie­bie, ru­ga­jąc się w my­ślach za wła­sną głu­po­tę.

Ethan Mo­ore wi­dział prze­cież tak wie­le, że nic nie wpra­wia­ło go w osłu­pie­nie.

Nic.

Aż do tego dnia.

Wa­iki­ki było tu­ry­stycz­nym cen­trum Ha­wa­jów, a pla­ża, cho­ciaż nie­zbyt dłu­ga, oka­za­ła się nie­wia­ry­god­nie pi­ęk­na. Pia­sek o nie­by­wa­le ja­snym od­cie­niu mo­men­ta­mi wy­da­wał się nie­mal bia­ły, a woda była ide­al­nie nie­bie­ska. Jej ko­lor był tak in­ten­syw­ny, że wy­glądał, jak­by ktoś na­praw­dę dłu­go pra­co­wał nad jego re­cep­tu­rą.

Ha­wa­je.

Na­wet na­zwa wy­da­wa­ła mi się nie­co pre­ten­sjo­nal­na, a mimo to przy­le­cia­łem tu­taj i sta­łem wła­śnie na­prze­ciw­ko ogrom­nych szkla­nych drzwi pro­wa­dzących do ho­te­lu, w któ­rym mia­łem spędzić naj­bli­ższe dni. Wa­iki­ki sły­nęło z luk­su­so­wych kom­plek­sów, dla­te­go wy­bra­łem je­den z nich i wła­śnie przy­gląda­łem się ścia­nom z ka­mie­nia, po­dzi­wia­jąc roz­ło­ży­stą bry­łę bu­dyn­ku.

Wzi­ąłem głębo­ki od­dech i, ci­ągnąc za sobą wa­liz­kę, uda­łem się do we­jścia.

Wnętrze oka­za­ło się do­kład­nie ta­kie, ja­kie­go ocze­ki­wa­łem i za któ­re za­pła­ci­łem hor­ren­dal­nie wy­so­ką cenę. Prze­stron­ne, wy­staw­ne, choć z ele­men­ta­mi ty­po­wy­mi dla re­gio­nu, i tak czy­ste, że mó­głbym jeść z podło­gi. Nie kry­jąc za­do­wo­le­nia, za­trzy­ma­łem się przed ogrom­nym kon­tu­arem, za któ­rym sta­ła uśmiech­ni­ęta mło­da ko­bie­ta w ko­lo­ro­wej ko­szu­li w sty­lu ha­waj­skim. W jej ru­chach nie do­strze­głem sztucz­no­ści, a non­sza­lanc­ki luz i nie­wy­stu­dio­wa­ną uprzej­mo­ść, co bar­dzo mi się spodo­ba­ło. Je­dy­nie gi­gan­tycz­ny kwiat we­tkni­ęty za jej ucho wy­da­wał mi się drob­ną prze­sa­dą, ale co ja tam wie­dzia­łem.

I co mnie to ob­cho­dzi­ło?

– Wi­ta­my w Hale Nalu! – wy­krzyk­nęła ra­do­śnie. – W czym mogę panu po­móc?

Resz­tę dnia spędzi­łem w apar­ta­men­cie, po­ko­na­ny przez jet lag, a moją je­dy­ną roz­ryw­ką oka­za­ło się sie­dze­nie na ogrom­nym ta­ra­sie, z któ­re­go roz­ci­ągał się wi­dok na pla­żę i za­rys Dia­mond Head. Za­to­pio­ny w wy­god­nym fo­te­lu od do­brych kil­ku go­dzin po­dzi­wia­łem wy­ga­sły wul­kan. Nie zmie­nia­łem po­zy­cji i chy­ba na­wet nie mru­ga­łem tak często jak zwy­kle, bo­jąc się, że wy­star­czy chwi­la nie­uwa­gi, a to wszyst­ko znik­nie. Wie­dzia­łem, że to nie­mo­żli­we, ale stra­ci­łem w ży­ciu już tak wie­le rze­czy, że głu­pi umy­sł na­ka­zy­wał, bym na­pa­wał się tym wi­do­kiem naj­bar­dziej za­chłan­nie, jak tyl­ko by­łem w sta­nie.

Od­sta­wi­łem pu­stą szklan­kę na sto­lik i wró­ci­łem wspo­mnie­nia­mi do roz­mo­wy z Va­nes­są. „Tęsk­nię” w jej ustach brzmia­ło jak za­klęcie, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie za­dzia­ła­ło. Nie oma­mi­ło mnie, nie wpły­nęło w ża­den spo­sób na moje ży­cie. Nie otwo­rzy­ło też daw­no za­mkni­ętych drzwi. Było czy­mś w ro­dza­ju ku­bła zim­nej wody, któ­ry mo­men­tal­nie mnie otrze­źwił. Moje ser­ce nie re­ago­wa­ło już na nią tak, jak daw­niej. Biło swo­im ryt­mem. Ani szyb­ciej, ani wol­niej. Zwy­czaj­nie.

Wes­tchnąłem prze­ci­ągle, do­cho­dząc do wnio­sku, że tak wła­ści­wie to nic już nie wy­wo­ły­wa­ło mo­je­go pod­eks­cy­to­wa­nia.

Wy­gra­na spra­wa? To oczy­wi­ste.

Sa­tys­fak­cjo­nu­jący seks? W za­sa­dzie pra­wie za­wsze.

Na­wet to nie wpra­wia­ło już mo­je­go ser­ca w szyb­sze tem­po.

Oprócz tam­tej dziew­czy­ny.

Biło tyl­ko dla niej przez osiem cho­ler­nych ude­rzeń.

Przypisy

1 Klub Mile High – slan­go­wa na­zwa nie­for­mal­ne­go klu­bu zrze­sza­jące­go oso­by upra­wia­jące seks w sa­mo­lo­cie pod­czas lotu.

Co­py­ri­ght© Luna Ve­le­vit­ka

Co­py­ri­ght© by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

All ri­ght re­se­rved

WSZEL­KIE PRA­WA ZA­STRZE­ŻO­NE

LESZ­NO 2026

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz @daj.mi.slo­wo

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska, Ewa Wo­źniak

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Gra­fi­ka na okład­ce:

Ka­mil Ko­rze­niow­ski @ko­rze­niow­ski.art

Skład i przy­go­to­wa­nie ebo­oków:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-31-9

Spis treści

Od au­tor­ki

Pro­log

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Przy­pi­sy

Punkty orientacyjne

Okład­ka