Concrete Boss - Aleksandra Wasilewska - ebook
NOWOŚĆ

Concrete Boss ebook

Aleksandra Wasilewska

3,2

1047 osób interesuje się tą książką

Opis

 

Ona wchodzi do jego świata bez zaproszenia – w różowej mini, z bezczelną pewnością siebie i planem, który może zrujnować najważniejszy projekt mężczyzny. Saylor Adams nie przyszła po pracę. Zamierza walczyć. O budynek. O ludzi. O coś, co dla niego jest tylko liczbą w tabeli.

B. Hays nie negocjuje. On stawia warunki. Jest bezpośredni do granic przyzwoitości i niczego nie udaje – jeśli coś go denerwuje, mówi to wprost. A Saylor? To kobieta, która nie cofa się ani o krok. Przyjmuje posadę jego asystentki… za darmo. Na własnych zasadach. Z jednym celem: przebić się przez beton, którym otoczył siebie i świat.

Między nimi szybko rodzi się coś, czego żadne nie chce do siebie dopuścić. Chemia. Pożądanie. Gniew. Fascynacja.
A potem wraca przeszłość – pewien starszy o dwadzieścia trzy lata mężczyzna, który zna każdy sekret Saylor i którego obecność burzy wszystko.

Traumy, niedopowiedzenia… Nagle okazuje się, że ich historie od dawna biegną równolegle – aż w końcu musiały się przeciąć.

To opowieść o kobiecie niebojącej się wejść w ogień oraz o mężczyźnie od lat udającym, że nie czuje nic. O przerażającym pragnieniu. O sekretach zdolnych spalić wszystko. I o walce, w której stawką nie jest już tylko projekt w pracy, lecz czyjeś serce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 629

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,2 (6 ocen)
3
0
0
1
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Marikotoda
(edytowany)

Nie polecam

Tak książka jest tak głupia, że aż brak mi słów. Dawno nie czytałam tak beznadziejnej książki. Jedna gwiazdka to o 2 gwiazdki za dużo dla tej książki, ale żeby móc napisać jej opinię trzeba najpierw ją ocenić, a niestety nie ma gwiazdek ujemnych.
30
fasolka19963

Nie polecam

Nie, nie i jeszcze raz nie.
30
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Świetny humor 😎
21
kasia8401

Z braku laku…

Nuda
00
xxxaniaxxx456

Nie oderwiesz się od lektury

nie no... takiej biurówki jeszcze nie było. GENIALNA
01



De­dy­ku­ję tę ksi­ążkę wszyst­kim tym, któ­rych na­zy­wam ro­dzi­ną – wszyst­kie ży­cio­we do­świad­cze­nia spra­wi­ły, że pi­szę.

Spe­cjal­na de­dy­ka­cja dla mo­jej sio­stry Ma­dzi, mia­łaś ra­cję – ksi­ążek ni­g­dy za wie­le.

Od autorki

W ksi­ążce po­ru­szo­ne zo­sta­ją wra­żli­we te­ma­ty, ta­kie jak: uza­le­żnie­nie od roz­ko­szy, ma­ni­pu­la­cja, tar­gni­ęcie się na swo­je ży­cie, prze­kle­ństwa, opi­so­we sce­ny zbli­żeń, po­ru­sza­jące por­tre­ty psy­cho­lo­gicz­ne. Dla­te­go po­wie­ść Con­cre­te Boss prze­zna­czo­na jest dla pe­łno­let­nie­go czy­tel­ni­ka.

My­śli oraz za­cho­wa­nia bo­ha­te­rów nie za­wsze są zgod­ne z chłod­nym, lo­gicz­nym ro­zu­mo­wa­niem – pro­szę Was, dro­dzy Czy­tel­ni­cy, że­by­ście pa­mi­ęta­li, że oni pa­trzą na swo­je ży­cie przez pry­zmat wła­snych do­świad­czeń. Dla­te­go zda­rza się, że bo­ha­ter­ka nie za­uwa­ży cze­goś, co jest oczy­wi­ste dla in­nych po­sta­ci, i na od­wrót.

Chcia­łam, żeby ta ksi­ążka skło­ni­ła do prze­my­śleń, dla­te­go Con­cre­te Boss to Wam, Czy­tel­ni­cy, po­zo­sta­wia do oce­ny, czy bo­ha­ter jest bia­ły, czar­ny, czy sza­ry mo­ral­nie. Je­śli pod­róż przez z po­cząt­ku za­baw­ne, lecz z cza­sem co­raz głęb­sze trze­wia traum i do­świad­czeń na­zna­czo­nych cier­pie­niem nie jest dla Was kom­for­to­wa, pro­szę – za­sta­nów­cie się nad lek­tu­rą tej po­wie­ści.

Je­śli uzna­cie, że wspo­mnia­ne wra­żli­we te­ma­ty nie po­wo­du­ją u Was dys­kom­for­tu ani nie są w ża­den spo­sób trig­ge­ru­jące, naj­ser­decz­niej wi­tam Was w po­wie­ści, któ­ra na wie­le spo­so­bów zaj­mie Wa­szą gło­wę, a może i ser­ce.

Roz­go­śćcie się. Od te­raz, to rów­nież Wa­sza pod­róż.

Rozdział 1

Kamuflaż

Zmy­sło­wo się uśmie­cha­jąc, wy­ci­ągam przed sie­bie ku­bek z kawą w roz­mia­rze ven­ti, naj­wi­ęk­szy, jaki tyl­ko uda­je mi się zna­le­źć w No­wym Jor­ku.

Mam na my­śli oczy­wi­ście ku­bek, któ­re­go dno obu­do­wa­no do­dat­ko­wą tek­tu­rą, co two­rzy złu­dze­nie jego prze­sad­nej wiel­ko­ści. A na złu­dze­niu za­le­ży mi dziś naj­bar­dziej.

– Ależ pro­szę, je­stem win­na cho­ciaż tyle. – Dla do­dat­ko­we­go efek­tu po­chy­lam się, su­ge­styw­nie od­sła­nia­jąc górę ko­ron­ko­we­go biu­sto­no­sza wy­sta­jące­go spod prze­świ­tu­jącej bluz­ki.

– Ja­kie to miłe z two­jej stro­ny – od­po­wia­da ochro­niarz, któ­ry cały czas ze sma­kiem za­gląda mi w de­kolt.

W jego krót­kie pal­ce sta­now­czo wci­skam krwi­sto­czer­wo­ny ku­bek, a po­tem schy­lam się jesz­cze bar­dziej, aby otrze­pać z na­gich ko­lan nie­wi­dzial­ny py­łek.

Dzia­ła.

Ochro­niarz sa­pie, a ja ku­sząco po­wra­cam do nie­go spoj­rze­niem, dba­jąc, aby przez całą dro­gę miał za­pew­nio­ny se­ans drgań i wstrząsów.

– To jak – spo­glądam po raz ko­lej­ny na pla­kiet­kę z imie­niem na czar­nym uni­for­mie – Carl? Tym ra­zem wy­ba­czysz mi brak we­jściów­ki?

Kiwa gło­wą z uzna­niem, cały czas szu­ka­jąc mo­jej twa­rzy ni­żej, niż po­wi­nien.

– Bo wi­dzisz… Je­stem prze­ko­na­na, że do­sta­nę tę ro­bo­tę i będzie­my się wi­dy­wać bar­dzo, bar­dzo często – pod­kre­ślam z po­łu­dnio­wym ak­cen­tem.

Fa­ce­to­wi wresz­cie krąże­nie wra­ca do mó­zgu, bo od­ry­wa swo­je śli­skie nie­bie­skie oczy od mo­ich pier­si i sta­je w woj­sko­wej po­zie.

Może i wy­gląda­ło­by to wład­czo, gdy­by nie drob­ny fakt, że owło­sio­ny brzuch lek­ko wy­sta­je spod nie­wy­pra­so­wa­ne­go uni­for­mu.

– Szef mnie za to zje – od­pie­ra har­do.

Z jaj­ka­mi na mi­ęk­ko czy na twar­do?

Nie­zra­żo­na jego ko­men­ta­rzem kon­ty­nu­uję:

– Na pew­no tym ra­zem mo­żesz przy­mknąć na to swój so­ko­li wzrok – kom­ple­men­tu­ję go. – Zresz­tą twój szef pew­nie sam będzie za­do­wo­lo­ny, gdy mnie za­trud­ni. Spójrz tyl­ko na nie. – Pal­cem wska­zu­ję na ko­lej­kę, któ­ra utwo­rzy­ła się za mną.

Sto­ją w niej ele­ganc­ko ubra­ne ko­bie­ty. Gdy­by zaś przyj­rzeć się mo­jej kre­mo­wej bluz­ce oraz ró­żo­wej mi­niów­ce, ła­two mo­żna do­strzec, jak bar­dzo ró­żnię się od resz­ty. Co tyl­ko uświa­da­mia temu fa­ce­to­wi, jak często moje wdzi­ęki będą wy­sta­wia­ne na wi­dok pu­blicz­ny.

Carl chy­ba znów za­gląda w mój de­kolt, więc wy­pi­nam pie­rś jesz­cze bar­dziej.

– No… nie wiem – od­pie­ra ca­łko­wi­cie nie­przy­tom­nie.

Uśmie­cham się i cze­kam, aż nie­po­rad­ny uśmiech roz­pły­nie się rów­nież na jego twa­rzy.

– Wy­rzuć ją! Nie ma prze­pust­ki, więc nie była umó­wio­na! – krzy­czy jed­na z uczest­ni­czek wy­dłu­ża­jącej się prze­ze mnie ko­lej­ki.

Nie od­wra­cam się w kie­run­ku wtrąca­jącej się roz­mów­czy­ni.

– Carl – na­ci­skam gło­sem ocie­ka­jącym mio­dem. – Wiem, że za­wsze przy­ci­ągam uwa­gę, ale te­raz to już prze­sa­dzasz z tym roz­piesz­cza­niem mnie w by­ciu gwiaz­dą wie­czo­ru. Chcia­ła­bym udać się na roz­mo­wę o pra­cę, na któ­rą je­stem umó­wio­na, a po­tem zdo­być po­sa­dę. Chy­ba nie chcesz, że­bym była sfru­stro­wa­na, smut­na i na­pi­ęta? – Cmo­kam dla lep­sze­go efek­tu.

– Nie chcia­łbym… – od­po­wia­da szyb­ko. – Ale ni­g­dzie nie wi­dzę prze­pust­ki. Ali­ce po­win­na była prze­ka­zać mi two­je na­zwi­sko wczo­raj wie­czo­rem. – Po­now­nie prze­gląda za­war­to­ść swo­je­go biur­ka. – Nie mam tu cie­bie.

– To oczy­wi­ste, że na­stąpi­ła ja­kaś po­my­łka. Obo­je zna­my Ali­ce. Wie­my, jak przy­kła­da się do swo­ich obo­wi­ąz­ków. – Mru­gam do nie­go, aby w ten spo­sób dać mu do zro­zu­mie­nia, że mam na my­śli dru­gie dno tej wy­po­wie­dzi.

Albo je­dy­ne – bo może Ali­ce jest tak su­mien­na, że fak­tycz­nie nie po­pe­łnia błędów.

Carl czer­wie­ni się na twa­rzy, a z tyłu do­bie­ga nas ja­zgot zde­ner­wo­wa­nych ko­biet, któ­re chcą apli­ko­wać na asy­stent­kę sze­fa ar­chi­tek­to­nicz­ne­go ko­lo­sa – H. Cre­ator.

– No do­brze – stwier­dza po­ko­na­ny na­pi­ęciem tłu­mu. – Przy­pusz­czam, że mó­głbym dać ci prze­pust­kę go­ścia. – Wręcza mi czar­ne cac­ko na smy­czy, po czym pre­cy­zu­je: – Zwróć mi ją, jak tyl­ko będziesz wra­ca­ła, bo ta prze­pust­ka otwie­ra wi­ęcej drzwi niż ta dla in­te­re­san­ta.

Chwy­tam spraw­nie kar­tę do­stępu, nie omiesz­ku­jąc przy tym po­kle­pać go po spo­rej dło­ni.

– Wi­szę ci do­bre cia­cho, Carl. Do zo­ba­cze­nia!

Spraw­nie wy­mi­jam go w bram­ce, któ­ra wresz­cie sta­nęła przede mną otwo­rem, a po­tem, gło­śno stu­ka­jąc wy­so­ki­mi, czer­wo­ny­mi szpil­ka­mi, zmie­rzam w kie­run­ku wind.

Wy­bie­ram tę na sa­mym ko­ńcu. Ma co praw­da ozna­cze­nie, że przy­słu­gu­je je­dy­nie mat­kom z dzie­ćmi oraz nie­pe­łno­spraw­nym, jed­nak ja spo­koj­nie mo­gła­bym ucho­dzić dziś za nie­po­czy­tal­ną, więc praw­do­po­dob­nie jest od­po­wied­nia.

Gdy drzwi ci­cho się za­su­wa­ją, przy­glądam się swo­je­mu od­bi­ciu. Pi­ęk­ne blond pu­kle pod­kręco­ne pro­stow­ni­cą, aby uwy­dat­nić ich na­tu­ral­ny skręt. Usta sma­gni­ęte so­czy­stą czer­wie­nią, de­li­kat­ny ma­ki­jaż i pre­cy­zyj­nie za­ró­żo­wio­ne po­licz­ki do­da­ją mi po­wa­bu. Prze­świ­tu­jąca kre­mo­wa bluz­ka wraz z tan­det­nie krót­ką spód­nicz­ką i nie­bo­tycz­ny­mi ob­ca­sa­mi, któ­re tyl­ko ją przy­tła­cza­ją.

No cóż… To wszyst­ko, czym dys­po­nu­ję, więc musi wy­star­czyć.

Po­pra­wiam na ra­mie­niu dłu­gi ru­lon, któ­ry nie pa­su­je do sty­li­za­cji, i przez resz­tę dro­gi za­sta­na­wiam się, ja­kim, cho­le­ra, cu­dem ochro­niarz prze­pu­ścił obcą ko­bie­tę z po­jem­ni­kiem zdol­nym po­mie­ścić broń pal­ną.

Hol sie­dem­na­ste­go pi­ętra wita mnie prze­pi­ęk­ną zie­le­nią eu­ka­lip­tu­sa oraz wiel­ką, drew­nia­ną ma­kie­tą fe­ral­ne­go apar­ta­men­tow­ca na Bro­okly­nie.

– Dzień do­bry – od­zy­wa się ład­na sza­tyn­ka. Nie pod­no­si wzro­ku znad ogrom­ne­go ekra­nu, któ­ry za­sła­nia dol­ną po­ło­wę jej twa­rzy. – Po­cze­kal­nia dla asy­sten­tek sze­fa znaj­du­je się w sali kon­fe­ren­cyj­nej nu­mer dwa.

– Ja­sne, dzi­ęki – od­po­wia­dam szyb­ko i czym prędzej uda­ję się na wprost, gdzie ze szkla­nych drzwi ły­pie na mnie sza­ra cy­fra dwa.

Wi­dzę przez szy­bę, że wska­za­ne po­miesz­cze­nie jest już dość gęsto za­jęte.

Za­sta­na­wiam się więc, dla­cze­go ten cały Hays jest tak ob­le­ga­nym pra­co­daw­cą i dla­cze­go chce za­trud­nić asy­sten­ta płci że­ńskiej.

Chwy­tam za klam­kę i po­py­cham drzwi. A ra­zem z nimi swo­je stan­dar­dy pi­ęk­na, bo­wiem ota­cza mnie gro­no ko­biet wy­gląda­jących jak mo­del­ki wy­ci­ęte z żur­na­la. Wszyst­kie są zja­wi­sko­wo pi­ęk­ne, a ich wy­gląd wręcz ry­czy o ra­so­wej ele­gan­cji.

Dwie sza­tyn­ki, jed­na blon­dyn­ka, prze­pi­ęk­ne afro i je­dwa­bi­sto­ść ry­żo­ści – jak je­den mąż od­wra­ca­ją się, aby oce­nić za­gro­że­nie.

My­śla­łam, że cho­ciaż uśmiech­ną się przy­ja­źnie, jed­nak naj­wi­docz­niej uzna­ły mnie za tak bar­dzo istot­ną, że za­raz wra­ca­ją do swo­ich spraw – głów­nie po­pra­wia­nia w ma­łych lu­ster­kach ide­al­ne­go ma­ki­ja­żu.

Sia­dam na wol­nym krze­śle i ob­ser­wu­ję ja­ski­nię lwa. Szyb­ko za­uwa­żam, że do sali pro­wa­dzą jesz­cze jed­ne drzwi – one jed­nak nie są ze szkła.

– To ga­bi­net Hay­sa? – py­tam sie­dzącą naj­bli­żej sza­tyn­kę.

Pa­trzy na mnie jak na ko­smit­kę.

– Pana Hay­sa, je­śli już – po­pra­wia mnie na­tych­miast.

Szcze­rze po­dzi­wiam jej wy­trzy­ma­ło­ść na upa­ły, bo kom­bi­ne­zon ma iście je­sien­ny. No chy­ba że w prze­ci­wie­ństwie do mnie nie przy­je­cha­ła naj­ta­ńszą tak­sów­ką z ze­psu­tą kli­ma­ty­za­cją i nie gro­zi­ło jej spły­ni­ęcie po­tem na chod­ni­ko­wą pły­tę po wy­ka­ra­ska­niu się z sa­mo­cho­do­wej sau­ny.

Po­chy­lam się lek­ko w jej kie­run­ku.

– Jak my­ślisz, dużo nas tu będzie? – py­tam za­cie­ka­wio­na.

Spo­gląda na mnie przez lu­ster­ko w pu­der­nicz­ce, ci­ska­jąc nie­wy­ma­ga­jącym ko­men­ta­rza spoj­rze­niem.

– Nie wiesz, że je­ste­śmy umó­wio­ne co kwa­drans? Nikt ci nie po­wie­dział, ja­kie­go za­szczy­tu do­stąpi­łaś, że w ogó­le zmie­ści­łaś się na li­ście?

– Na li­ście?

– Na li­ście Ali­ce – od­po­wia­da blon­dyn­ka obok, jak­by to już wszyst­ko tłu­ma­czy­ło.

Szko­da tyl­ko, że nie mnie.

– Czy­li? – Tym ra­zem zwra­cam się do niej.

Szyb­ko się orien­tu­ję, że po­wie­dzia­łam coś nie­wła­ści­we­go, bo wszyst­kie pa­trzą na mnie z nie­mi­ło­sier­nym zdzi­wie­niem. I jak­by tego było mało, drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej otwie­ra­ją się z im­pe­tem, a do środ­ka wpa­da roz­złosz­czo­na ko­bie­ta z ko­lej­ki.

Moje oczy się roz­sze­rza­ją, gdy w zdu­mie­niu ob­ser­wu­ję, jak wy­ci­ąga ku mnie swo­je dło­nie.

– Ty mała sik­so! – sy­czy wście­kle. – My­ślisz, że jędr­nym cyc­kiem wku­pisz się w ła­ski… – Ury­wa, bo skrzy­dło po­now­nie się uchy­la.

Do po­miesz­cze­nia wcho­dzi jesz­cze jed­na blon­dyn­ka z gra­na­to­wą tecz­ką w dło­ni. Awan­tu­ru­jąca się ko­bie­ta tra­ci re­zon i w amo­ku si­ęga do to­reb­ki, aby do­ko­pać się do cze­goś, cze­go naj­wy­ra­źniej pil­nie po­trze­bu­je.

– Któ­rą te­raz we­zwie? – pyta ci­cho któ­raś z ze­bra­nych.

– Nie wiem. Daw­no nie było żad­nej sza­tyn­ki, więc może tym ra­zem to będę ja – od­po­wia­da jej za­do­wo­lo­nym gło­sem ta znaj­du­jąca się naj­bli­żej mnie.

Ko­lo­ro­we gów­no.

– Pan Hays! – krzy­czę i wska­zu­ję drzwi.

Wszyst­kie się na­bie­ra­ją, a ja bar­dzo nie­ele­ganc­ko rzu­cam się do bie­gu. Szar­pię nie­po­rad­nie za klam­kę, za­nim któ­ra­kol­wiek zdąży za­re­ago­wać, i wpa­dam do ga­bi­ne­tu. Drzwi chy­ba za­my­ka­ją się za mną sa­mo­ist­nie, bo nie sły­szę już ni­cze­go, co dzie­je się te­raz w sali kon­fe­ren­cyj­nej.

Zresz­tą, czy to wa­żne, sko­ro za­mie­ram pod oce­nia­jącym wzro­kiem pana Hay­sa spo­koj­nie kon­su­mu­jące­go… swo­ją chi­ńsz­czy­znę na wy­nos?

– Mat­ko Prze­na­jświ­ęt­sza… – sa­pię.

Jak mam my­śleć, sko­ro moje ser­ce po­sta­no­wi­ło zo­stać dy­ry­gen­tem ca­łe­go cia­ła, bo oczy zo­ba­czy­ły naj­sek­sow­niej­sze­go mężczy­znę, ja­kie­go w ży­ciu wi­dzia­ły?

I to na żywo.

– Ma pani dwa­dzie­ścia se­kund, aby po­dać do­bry ar­gu­ment uza­sad­nia­jący to wtar­gni­ęcie – oznaj­mia głębo­kim ba­ry­to­nem, od­kła­da­jąc pa­łecz­ki na tek­tu­ro­we opa­ko­wa­nie pe­łne ja­kie­goś ma­ka­ro­nu z wa­rzy­wa­mi.

Gra­fi­to­we spodnie od gar­ni­tu­ru moc­no opi­na­ją jego nogi, a przez szkla­ny sto­lik do­sko­na­le wi­dzę mu­sku­la­tu­rę wy­rze­źbio­nych ud. Chcia­ła­bym móc po­my­śleć wi­ęcej o dru­giej części jego ko­stiu­mu, jed­na­kże mężczy­zna od pasa w górę jest zu­pe­łnie nagi.

– Cho­le­ra ja­sna, pro­szę się ode­zwać – mówi po­iry­to­wa­ny.

Ru­szam w jego kie­run­ku na chy­bo­czących się no­gach w nie­wy­god­nych szpil­kach i opa­dam na fo­tel obok ka­na­py, na któ­rej sie­dzi.

Hays uwa­żnie śle­dzi mnie wzro­kiem, a kącik jego ust de­li­kat­nie się uno­si. Je­stem prze­ko­na­na, że do­sko­na­le wie, jak dzia­ła na płeć prze­ciw­ną.

Bio­rę ożyw­czy, głębo­ki od­dech i wy­ci­ągam do nie­go dłoń.

– Say­lor Adams – przed­sta­wiam się.

Uśmie­cha się, jak­by z za­cie­ka­wie­niem, i od­wza­jem­nia uprzej­mo­ść. Sta­now­czo ści­ska moją rękę, lek­ko nią po­trząsa­jąc.

Chrząkam, a po­tem prze­ry­wam nasz kon­takt fi­zycz­ny. Mężczy­zna jak gdy­by ni­g­dy nic wra­ca do kon­sump­cji.

– Masz ocho­tę na bez­mi­ęsne da­nie lub kre­wet­kę w cie­ście? – pyta.

Prze­cząco ma­cham gło­wą.

– To za­bie­raj stąd swo­ją dupę i wy­pier­da­laj z tego bu­dyn­ku – oznaj­mia chłod­no. Mi­ęśnie na jego brzu­chu lek­ko się spi­na­ją, gdy si­ęga po ku­bek z na­po­jem, a mnie pod­no­si się ad­re­na­li­na.

– Ład­nie to tak zwra­cać się do ko­bie­ty? Gdzie tu sza­cu­nek? – py­tam z prych­ni­ęciem.

On rów­nież pry­cha, a po­tem si­ęga po te­le­fon le­żący na sto­le. Blask ekra­nu przy­ci­ąga mój wzrok. Ja­koś tak mi­mo­wol­nie się pro­stu­ję i ści­skam nogi, aby zmo­ty­wo­wać cia­ło do szyb­sze­go re­ago­wa­nia.

– To ty wpa­dłaś nie­pro­szo­na do mo­je­go ga­bi­ne­tu, za­jęłaś mój ulu­bio­ny fo­tel i nie wy­ja­wi­łaś żad­ne­go sen­sow­ne­go celu tej wi­zy­ty. – Ru­chem gło­wy wska­zu­je na tubę spo­czy­wa­jącą na sie­dze­niu obok mo­je­go uda. – A w tym ustroj­stwie rów­nie do­brze mo­głaś przy­nie­ść ma­cze­tę albo wągli­ka. Wy­bacz więc, że je­stem go­to­wy pod­jąć od­po­wied­nie kro­ki, aby za­pew­nić so­bie bez­pie­cze­ństwo przed jed­ną z mo­ich psy­cho­fa­nek.

Po­ci­ąga no­sem, a mnie przy­cho­dzi na myśl, że jest sła­by. Ostro­ść tego da­nia już przy­pra­wi­ła go o ka­tar. Jak więc ra­dzi so­bie z za­rządza­niem całą fir­mą i lu­dźmi? Może by­cie gbu­rem po­ma­ga­ło piąć się w pra­cow­ni­czej hie­rar­chii, ale z pew­no­ścią nie przy­spa­rza­ło mu ko­le­gów.

Ale ma tro­chę ra­cji.

Może czuć się za­gro­żo­ny.

Mru­żę ja­do­wi­cie oczy i si­ęgam po kre­wet­kę, któ­rą wpy­cham do buzi.

Od razu się krztu­szę.

Roz­glądam się w po­szu­ki­wa­niu ra­tun­ku, a Hays usłu­żnie po­da­je mi ser­wet­kę. Wy­ry­wam ją z jego opa­lo­nej dło­ni i z obrzy­dze­niem wy­plu­wam nie­bia­ński przy­smak, któ­ry pra­wie prze­kręcił mnie na dru­gi świat. Na­dal się krztu­sząc, chwy­tam me­ta­lo­wy ku­bek, bo in­tu­icyj­nie wiem, co w nim się znaj­du­je.

I nie mylę się, gdy cu­dow­nie zim­ne mle­ko ła­go­dzi po­pa­lo­ne kub­ki sma­ko­we.

– Smacz­ne? – pyta, szcze­rze się uśmie­cha­jąc, gdy wi­dzi, jak za­chłan­nie żło­pię jego na­pój. Nie jest to może uśmiech ra­do­ści, jed­nak jemu zda­je się to nie prze­szka­dzać. Jaw­ne szy­der­stwo go po pro­stu cie­szy.

Chłop przy­naj­mniej nie bawi się w bez­sma­ko­wą ga­da­ni­nę.

Gło­śno od­sta­wiam ku­bek, a po­tem przy­ci­skam dłoń do brzu­cha, któ­ry na­gle do­sko­na­le so­bie uzmy­sło­wił, gdzie leży żo­łądek.

– Co to jest? – py­tam ci­cho, aby moje gar­dło mia­ło szan­sę na chwi­lo­wy od­po­czy­nek od czyn­ni­ków dra­żni­ących.

– Kre­wet­ki per­so­na­li­zo­wa­ne.

– I to ja mia­łam przy­nie­ść dżu­mę? – Rzu­cam zwi­ni­ętą ser­wet­ką przez cały ga­bi­net, a kul­ka cel­nie tra­fia do śmiet­ni­ka koło drzwi.

Po­pra­wiam swo­ją spód­nicz­kę, bo za bar­dzo pod­je­cha­ła w górę, jed­nak pra­wie od razu się orien­tu­ję, że od­kąd tyl­ko usia­dłam, on do­sko­na­le wi­dział przód mo­ich maj­tek. Kła­dę więc dłoń na udach, aby do­ci­ążyć nie­sfor­ny róg ró­żo­we­go cho­ler­stwa.

– Ja­kie to ty­po­we – szy­dzi, ale z pew­ną ga­lan­te­rią po­da­je mi ko­lej­ną ser­wet­kę, któ­rą wy­ry­wam mu z rąk, gdy tyl­ko mogę do niej do­si­ęgnąć.

Roz­kła­dam ją na ko­la­nach i od razu czu­ję się pew­niej. Po­trząsam wło­sa­mi, któ­re lek­ko ocie­ra­ją się o moje ra­mio­na okry­te bar­dziej mgie­łką niż bluz­ką.

Pro­stu­ję się.

Przy­bie­ram do­mi­nu­jącą minę.

Sku­piam się tyl­ko na miej­scu, gdzie pa­sek wło­sów nik­nie w gra­na­to­wych spodniach.

Cho­le­ra ja­sna! Dla­cze­go on musi być tak odu­rza­jąco przy­stoj­ny?

– Mó­głbyś się z ła­ski swo­jej ubrać? – fu­kam.

Pod­no­si je­dy­nie brew, nie prze­ry­wa­jąc kon­sump­cji kre­we­tek oto­czo­nych trut­ką na szczu­ry.

– Sko­ro już się tu po­fa­ty­go­wa­łaś, to cię wy­słu­cham – oznaj­mia na­gle. – Ale nie licz na to, że wyj­dziesz stąd ina­czej niż wy­nie­sio­na przez ochro­nę, del­fin­ku.

– Wszyst­kie ko­bie­ty tak na­zy­wasz? – py­tam, prze­chy­la­jąc gło­wę na bok.

Hays wzru­sza ra­mio­na­mi.

– Tyl­ko cie­bie.

– Oczy­wi­ście nie ze­chcesz mi wy­tłu­ma­czyć dla­cze­go? – Prze­su­wam tubę na swo­je ko­la­na i od­kręcam ko­ńców­kę.

– Bo wy­glądasz na ta­kie słod­kie, głu­piut­kie i ja­zgo­czące zwie­rzę z ga­tun­ku ssa­ków – oznaj­mia bez emo­cji, wpa­tru­jąc się we mnie błękit­ny­mi ocza­mi.

Fu­ria na mo­ment mnie za­śle­pia, więc nie wiem, czy na­praw­dę jest rudy, czy na­gle wi­dzę go przez czer­wo­ny filtr.

Nie­wie­le my­ślę i rzu­cam w nie­go za­kręt­ką od tuby.

Z ca­łej siły.

I pra­wie tra­fiam w jego jaja.

W ostat­niej chwi­li robi unik, a ko­ńców­ka od­bi­ja się z pla­śni­ęciem od jego uda.

Czy ża­łu­ję? Niech mnie cho­le­ra strze­li, ale nie.

Krzy­żu­je ze mną wzrok, a ja czu­ję, jak­by pa­trzył na mnie sa­miec wil­ka, któ­ry wła­śnie ob­na­żył zęby i szy­ku­je się do ata­ku na moją tęt­ni­cę.

Czy ża­łu­ję?

– Na­le­ża­ło ci się! – Gło­śno sta­ram się bro­nić. – Nie mu­sia­łeś ob­ra­żać za­rów­no del­fi­nów, jak i mnie! To bar­dzo in­te­li­gent­ne zwie­rzęta, wy­ka­zu­jące się dużą em­pa­tią. – Mie­rzę go tak bar­dzo po­gar­dli­wym spoj­rze­niem, jak tyl­ko się da. – Ale co ty mo­żesz wie­dzieć o jed­nym czy dru­gim? Taki bru­tal tor­pe­du­je wszyst­ko, co kru­che i de­li­kat­ne.

Hays lek­ko pry­cha, ale ten dźwi­ęk – o dzi­wo – wy­da­je się na­wet za­baw­ny. Co zu­pe­łnie nie pa­su­je do tej mie­szan­ki, któ­ra się mi­ędzy nami wy­two­rzy­ła. Sama na­wet nie wiem do ko­ńca, co do nie­go czu­ję. Mam ocho­tę wal­nąć go czy­mś w gło­wę, bo za­cho­wu­je się jak pa­lant, a jed­no­cze­śnie wci­ąż pa­mi­ętam, jak ład­ne było to, że po­dał mi tę ta­nią ser­wet­kę.

– Nie mam cza­su na pier­do­le­nie – oznaj­mia, wład­czo opie­ra­jąc się o swo­ją ka­na­pę. – Do rze­czy, ko­bie­to. Cze­go ode mnie chcesz?

Ko­bie­to…

W jego ustach to brzmi za­rów­no jak obe­lga, jak i naj­słod­szy kom­ple­ment. Prze­ły­kam śli­nę, bo czu­ję, że go­rąc roz­cho­dzi się po mo­ich po­licz­kach. Mam na­dzie­ję, że ko­lor nie prze­bi­je się przez ma­ki­jaż.

Po­now­nie na nie­go pa­trzę. On ma ra­cję. Przy­szłam tu w kon­kret­nym celu i to, czy mnie wy­słu­cha, czy za­dzwo­ni po ochro­nę, za­le­ży tyl­ko od mo­je­go za­cho­wa­nia. Hays zda­je się wy­ka­zy­wać wręcz aniel­ską cier­pli­wo­ścią, sko­ro do tej pory nie ka­zał wy­nie­ść mnie siłą ze swo­je­go ga­bi­ne­tu.

Może więc jest to od­po­wied­nia chwi­la, aby prze­stać grać?

Kła­dę dło­nie na krót­kiej spód­nicz­ce po części okry­tej brązo­wą ser­wet­ką.

– Nie ubie­ram się tak na co dzień – przy­zna­ję ze skru­chą. – To ka­mu­flaż, któ­ry miał po­zwo­lić mi wtar­gnąć do bu­dyn­ku, bo nie mia­łam żad­nej prze­pust­ki.

Spo­gląda na kar­tę za­wie­szo­ną na smy­czy po­mi­ędzy mo­imi pier­sia­mi, a po­tem szyb­ko wra­ca do mnie spoj­rze­niem. Jed­na z jego brązo­wych brwi nie­znacz­nie się pod­no­si.

– Nie chcę rów­nież dla cie­bie pra­co­wać.

Kiwa gło­wą, jak­by po­twier­dza­jąc, że my­śli o tym sa­mym.

Ner­wo­wo wy­ci­ągam ru­lon z tuby i spo­koj­nie wsta­ję z fo­te­la. Ro­bię może ze dwa kro­ki, aż moje ko­la­no pra­wie do­ty­ka jego, i sia­dam obok na wol­nej części ka­na­py. Pra­wą ręką ro­bię na sto­le miej­sce. On się nie od­su­wa. Ale je­stem prze­ko­na­na, że z uwa­gą śle­dzi ka­żdy mój ruch.

To po­staw­ny mężczy­zna. Ka­na­pa po mo­jej stro­nie jest sztyw­na i twar­da, a on w swo­jej części się za­pa­dł. Nie wiem, ile może wa­żyć, ale na pew­no nie chcia­ła­bym kie­dyś za­li­czyć spo­tka­nia z jego pi­ęścią.

Roz­wi­jam spo­rą kart­kę i roz­kła­dam ją przed nim.

Po­chy­la się, żeby zo­ba­czyć szcze­gó­ły wszyst­kich li­nii bie­gnących po pa­pie­rze. Two­rzy­ły one zmo­rę mo­je­go przy­szłe­go ży­cia.

– To mój pro­jekt. Jest świet­nie na­kre­ślo­ny i spraw­dzo­ny pod ka­żdym względem – in­for­mu­je Hays bez emo­cji.

Prze­kręca gło­wę w moją stro­nę, a ja na­gle zda­ję so­bie spra­wę z tego, jak bli­sko znaj­du­ją się na­sze twa­rze. Wpa­tru­ję się w sta­ran­nie przy­strzy­żo­ny za­rost na jego żu­chwie i z cie­ka­wo­ścią za­uwa­żam, że jest on o kil­ka od­cie­ni ciem­niej­szy niż ko­lor jego wło­sów. Cie­ka­we, czy to kwe­stia wy­sta­wie­nia wło­sa na sło­ńce, czy bro­da ro­śnie mu po pro­stu ciem­niej­sza?

– Je­śli chcesz mi wy­tknąć błąd, to mu­sisz się bar­dziej po­sta­rać, Say­lor – wy­ma­wia moje imię tak, jak­by ko­ńców­ką języ­ka sma­ko­wał nowy przy­smak i jesz­cze nie do ko­ńca wie­dział, czy jest straw­ny.

Moje imię do­da­je mi od­wa­gi.

Nie my­śląc wie­le, chwy­tam de­li­kat­nie jego pa­lec wska­zu­jący i ukła­dam na ma­pie.

– Tu po­wi­nien się ko­ńczyć ten bu­dy­nek – oznaj­miam pew­nie. Prze­su­wam opusz­kę ka­wa­łek da­lej. – A za­miast tej części po­wi­nien się tu znaj­do­wać ma­lut­ki park zie­le­ni. Tuż obok za­to­ki. To nada­ło­by wi­ęk­szą war­to­ść apar­ta­men­tom, po­nie­waż lo­ka­to­rzy mie­li­by pry­wat­ną oazę zie­le­ni.

– Czy­żby? – pyta, ale nie je­stem w sta­nie oce­nić, czy kpi, czy po pro­stu jest za­cie­ka­wio­ny, dla­cze­go przed­sta­wiam mu taką wi­zję. Jed­nak mi nie prze­ry­wa.

– A tu – wska­zu­ję na gra­ni­cę pro­jek­tu – po­win­na być furt­ka. Wy­star­cza­jąca, aby zmie­ścił się przez nią wó­zek in­wa­lidz­ki. – Ko­ńczę wy­po­wie­dź ra­do­snym uśmie­chem.

Z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem wpa­tru­je się w moją twarz, jak­by cze­goś w niej szu­kał. Pod na­po­rem tego spoj­rze­nia chy­ba ru­mie­nię się jesz­cze bar­dziej, ale nie opusz­czam wzro­ku. Do­sko­na­le wiem, że wte­dy prze­gram. Czło­wiek po­kro­ju Hay­sa z pew­no­ścią nie to­le­ru­je tchó­rzo­stwa.

Go­rzej, je­śli nie ak­cep­tu­je rów­nież odro­bi­ny buty.

– Adams, je­steś dziw­ną isto­tą, to ci mu­szę przy­znać. – Bu­du­je zda­nie tak samo wol­no, jak do mnie do­cie­ra wid­mo po­ra­żki z kre­te­sem. – Mu­sisz jed­nak zda­wać so­bie spra­wę, jak idio­tycz­nie brzmi two­je wy­ja­śnie­nie, praw­da?

Na­bie­ram głębo­ko po­wie­trza, aby mu od­po­wie­dzieć, ale on uci­sza mnie jed­nym ge­stem. Bez­par­do­no­wo za­kła­da na­gie ra­mię tuż za moje ple­cy i wy­god­niej ukła­da się na swo­jej części ka­na­py. Usa­dza mnie w miej­scu moją wła­sną tak­ty­ką.

Uży­wa swo­jej cie­le­sno­ści prze­ciw­ko mnie.

Czy wie, jak to na mnie dzia­ła?

Czu­je, jak bar­dzo je­stem te­raz spi­ęta, w ocze­ki­wa­niu na ka­żde ko­lej­ne sło­wo, któ­re wy­po­wie?

Hays zna się na mar­ke­tin­gu i do­sko­na­le wy­ko­rzy­stu­je swo­ją prze­wa­gę, bo to on roz­da­je te­raz kar­ty. Może i mia­łam nie­co­dzien­ne we­jście, któ­re za­owo­co­wa­ło przedłu­ża­jącym się spo­tka­niem, jed­na­kże w tym mo­men­cie nie mam już żad­nych ar­gu­men­tów, któ­re mo­gła­bym wy­to­czyć.

– Dla­cze­go od razu idio­tycz­nie? – bro­nię się stra­te­gią wy­mia­ny py­tań. Po­now­nie przy­gła­dzam swo­ją ró­żo­wą spód­nicz­kę. Ten gest nie ucho­dzi jego uwa­dze.

– Je­stem po­wa­żnym biz­nes­me­nem. – Na jego usta wy­pły­wa ni­kły uśmiech, gdy spo­gląda na moje kol­czy­ki w kszta­łcie ołów­ków. Nie są one częścią ka­mu­fla­żu, jed­nak ni­g­dy nie za­mie­ni­ła­bym ich na inne. – Ufam, że masz swo­je po­wo­dy, aby pro­te­sto­wać prze­ciw­ko bu­do­wie apar­ta­men­tow­ca na Bro­okly­nie, ale nie ozna­cza to, że po­rzu­cę w cho­le­rę swo­ją wi­zję i zmie­nię pla­ny za­bu­do­wy tyl­ko dla­te­go, że to­bie ma­rzy się ka­wa­łek par­ku. Wiesz, ja­kie stra­ty fi­nan­so­we od­czu­ła­by moja fir­ma? My nie tyl­ko za­pro­jek­to­wa­li­śmy ten bu­dy­nek, ale będzie­my go rów­nież bu­do­wać. Kil­ku z mo­ich pra­cow­ni­ków ma już za­kon­trak­to­wa­ną dużą zni­żkę na miesz­ka­nie, a je­śli zmniej­szę bu­dy­nek, to cała wi­zja wiel­kie­go dra­pa­cza chmur z sie­ciów­ka­mi, pry­wat­ny­mi punk­ta­mi usłu­go­wy­mi, biu­ra­mi i częścią miesz­kal­ną po pro­stu pój­dzie się je­bać. Dla­cze­go? Bo pan­nie nikt za­chcia­ło się wy­pro­wa­dzać na spa­cer wie­wiór­ki. Na mo­jej wła­sno­ści – pry­cha.

– Czy ty masz w ogó­le ser­ce?

– Na­wi­ąza­nie do Greya jest przy­pad­ko­we?

– Oczy­wi­ście…

Nie daje mi wia­ry.

– Py­ta­nie o to, czy je mam, sły­szę śred­nio raz w ty­go­dniu. Za­zwy­czaj, gdy ko­goś zwal­niam i słu­cham jego wy­wo­du o po­cho­ro­wa­nym trze­cim po­ko­le­niu wstecz. – Po­cie­ra bro­dę w su­ge­styw­ny spo­sób, jak­by się nad czy­mś za­sta­na­wiał. – Może po­wi­nie­nem po­wie­dzieć: po­cho­wa­nym trze­cim po­ko­le­niu wstecz. Ilu z tych pra­cow­ni­ków w wie­ku po­dob­nym do mo­je­go może się po­chwa­lić ży­jący­mi pra­dziad­ka­mi, któ­rych mu­szą utrzy­my­wać?

– I co od­po­wia­dasz? Że nie­któ­rzy twier­dzą, że nie masz ser­ca? – py­tam, ści­ąga­jąc jego ma­ry­nar­kę, któ­ra przy­pad­ko­wo zsu­nęła się za mo­imi ple­ca­mi. Kła­dę ją na ko­la­nach, więc od razu czu­ję się le­piej, gdyż mam już pew­no­ść, że moja bie­li­zna po­zo­sta­je nie­wi­docz­na. – Zresz­tą to dość duży od­se­tek wy­rzu­ca­nych pra­cow­ni­ków. Przy­da­łby ci się ktoś do ocie­ple­nia wi­ze­run­ku i ro­bie­nia tego w cy­wi­li­zo­wa­ny spo­sób, a przede wszyst­kim ktoś, kto ma pod­sta­wy. Ina­czej będziesz miał na kar­ku po­zwy zbio­ro­we. – Ja­sno za­zna­czam swo­ją oce­nę, ra­czej dość lo­gicz­ną.

Nie ro­zu­miem tego fa­ce­ta.

Raz stra­szy, że na­śle na mnie ochro­nia­rzy, a za­raz po­tem pro­wa­dzi ze mną uro­czą po­ga­węd­kę na ka­na­pie.

W po­ło­wicz­nym ne­gli­żu.

– I to cię tak bar­dzo mar­twi?

Nie­ele­ganc­ko zry­wa swo­ją ma­ry­nar­kę z mo­ich ko­lan. Na co ja, nie­zwy­kle do­ro­śle, krzy­żu­ję ręce i po­sy­łam mu gro­źną minę.

– Nie­szcze­gól­nie. Jak pój­dziesz z tor­ba­mi, to mój kosz­mar sam scze­źnie w za­lążku. Je­śli jed­nak mu­sisz wie­dzieć, to po­sia­dam coś ta­kie­go jak em­pa­tia, któ­rej bra­ku­je to­bie. Nie ży­czę ci źle. Chcę je­dy­nie, że­byś odro­bi­nę zmie­nił pla­ny in­we­sty­cyj­ne.

Par­ska czy­mś na kszta­łt śmie­chu, a jego bi­ceps moc­no się na­pi­na, co pod­kre­śla nie­zwy­kłą mu­sku­la­tu­rę. Wszyst­ko do­strze­gam kątem oka. Wca­le nie pa­trzę w kie­run­ku jego na­gich ra­mion.

– Czy­li usku­tecz­niasz em­pa­tię sto­so­wa­ną – od­po­wia­da enig­ma­tycz­nie.

Marsz­czę czo­ło w zdzi­wie­niu.

– Jaką?

– Nie na­pi­naj tak skó­ry, bo ci już tak zo­sta­nie. Nie dość, że je­steś bied­na, to będziesz w do­dat­ku nie­rów­no po­marsz­czo­na. – Jak gdy­by ni­g­dy nic si­ęga po mle­ko w me­ta­lo­wym kub­ku i sior­bie je nad­zwy­czaj gło­śno.

– Dla­cze­go mnie ob­ra­żasz? – py­tam szcze­rze za­cie­ka­wio­na.

– Kie­dy to zro­bi­łem?

– Po­wie­dzia­łeś, że je­stem bied­na i po­marsz­czo­na – bur­czę.

– Och, to pierw­sze to zwy­kłe stwier­dze­nie fak­tu, a dru­gie to prze­jaw em­pa­tii. Sko­ro nie stać cię na me­dy­cy­nę es­te­tycz­ną, ostrze­głem cię przed kon­se­kwen­cja­mi marsz­cze­nia się. – Za­kła­da nogę na nogę, a spodnie na jego udach na­pi­na­ją się do gra­nic mo­żli­wo­ści. – Po­wi­nie­nem rów­nież wspo­mnieć, że po­win­naś uni­kać sło­ńca, bo je­steś już opa­lo­na, a dal­sze kąpie­le sło­necz­ne zro­bią z cie­bie bab­cię?

– Cha­mi­dło z cie­bie – fu­kam zła, że on ci­ągle mnie ob­ra­ża.

– Prze­ciw­nie. To jest wła­śnie em­pa­tia sto­so­wa­na.

Wy­wra­cam ocza­mi, bo mam dość tego ca­łe­go pana Hay­sa. Może ktoś ze­chce go wy­spa­ce­ro­wać na wy­so­ko­ści trzy­dzie­ste­go pi­ętra, za­nim ja osi­wie­ję.

– Co to ta­kie­go? – za­da­ję py­ta­nie, na któ­re ewi­dent­nie cze­ka, bo ten ter­min padł już dwa razy.

Stu­ka pal­ca­mi w opar­cie za mną, co rów­nież pod­no­si mi ci­śnie­nie.

– To em­pa­tia częścio­wa. Wspó­łczu­jesz ko­muś tyl­ko wte­dy, kie­dy sama otrzy­masz z tego ja­kieś ko­rzy­ści.

– Mhm… – bur­czę pod no­sem. – Niech zgad­nę. Sam wy­my­śli­łeś ten nurt fi­lo­zo­ficz­ny?

Kiwa gło­wą, wy­ra­źnie za­do­wo­lo­ny.

To na­praw­dę dziw­ne do­świad­cze­nie, ale żad­ne z nas nie pa­trzy na ze­ga­rek. On nie za­ko­ńczył spo­tka­nia po­mi­mo bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia moją spra­wą, a ja wła­ści­wie jaw­nie da­łam mu zbo­czyć z te­ma­tu…

No wła­śnie!

– Te­stu­jesz mnie?! – po­krzy­ku­ję z za­sko­cze­niem.

Po­now­nie po­ta­ku­je, wo­bec cze­go wsta­ję i zbie­ram wszyst­kie do­ku­men­ty ze sto­łu.

Nie dam się wci­ągnąć w ja­kąś dur­ną grę. Mam co ro­bić w ży­ciu, a jego chęć spraw­dze­nia, jak bar­dzo go­to­wa je­stem słu­chać bred­ni, aby na ko­ńcu wy­mow­nie stwier­dził, że w mo­jej spra­wie nie da się nic zro­bić, nie jest mi do ni­cze­go po­trzeb­na.

– Wy­sto­su­ję ko­lej­ne ofi­cjal­ne pi­sma. Za­trud­nię praw­ni­ka, je­śli będzie trze­ba. Cho­le­ra ja­sna! Sama prze­czy­tam całe ame­ry­ka­ńskie pra­wo, je­śli tyl­ko będzie taka ko­niecz­no­ść!

Od­wra­cam się na pi­ęcie, a mój brzuch o mało co nie ocie­ra się o jego nos. Sa­pię za­sko­czo­na i co­fam się, ude­rza­jąc łyd­ka­mi o kra­wędź szkla­ne­go sto­li­ka.

– My­ślisz, że nie czy­ta­łem wszyst­kich, któ­re już na­pi­sa­łaś? – nie­mal szep­cze. Wpa­tru­je się we mnie z dołu, ale cały czas to on ma nie­prze­rwa­ną kon­tro­lę nad sy­tu­acją. – Czy­ta­łem wszyst­ko, Say­lor Adams. Ka­żde pi­smo, wszyst­kie wy­li­cze­nia, biz­ne­spla­ny i po­my­sły na al­ter­na­tyw­ny pro­jekt.

Pra­wie nie od­dy­cham, bo je­śli bym to zro­bi­ła, jego bro­da za­pew­ne prze­bi­ła­by się przez cien­ki ma­te­riał bluz­ki i ota­rła o moją skó­rę.

– Czy­ta­łeś to? – du­kam. – A mimo to nie po­ku­si­łeś się o wy­sła­nie cho­cia­żby od­po­wie­dzi od­mow­nej?

Nie od­po­wia­da. Tyl­ko się we mnie wpa­tru­je.

– W ta­kim ra­zie wszyst­ko wiesz. Nie mamy o czym roz­ma­wiać. – Moje oczy lek­ko się szklą, gdyż wiem, co te­raz mnie cze­ka. Ba­ta­lia, aby ci­ągle się sta­rać i pró­bo­wać osi­ągnąć to, o czym tak bar­dzo ma­rzę. – Że­gnam cię, Hays. Z pew­no­ścią jesz­cze coś ode mnie prze­czy­tasz. – Po­py­cham łyd­ką sto­lik, aby uto­ro­wać so­bie dro­gę od­wro­tu.

Za­nim jed­nak się ru­szę, jesz­cze raz spo­glądam na pla­ny, któ­re trzy­mam w dło­ni. Kła­dę je na podło­dze obok jego stóp, a on cofa gło­wę, aby mnie nie do­tknąć.

Uśmie­cham się sła­bo.

– Do wi­dze­nia, Hays.

W akom­pa­nia­men­cie stu­ka­jących szpi­lek pod­cho­dzę do drzwi. Kła­dę dłoń na klam­ce.

– Sia­daj – wy­brzmie­wa jego roz­kaz.

Jest zły.

Nie od­wra­cam się. Cze­kam.

– Do cho­le­ry ja­snej, sia­daj!

Sły­szę, jak szyb­ko zmie­rza w moim kie­run­ku. Sta­je tuż za mo­imi ple­ca­mi. To nie­kom­for­to­we.

– Je­steś zmien­ny jak cho­rągiew­ka – mó­wię gło­śno. – Gdy jest tak, jak tego ocze­ku­jesz, szy­dzisz i iro­ni­zu­jesz z roz­mów­cą. Ale gdy tyl­ko dzie­je się coś, co ci nie od­po­wia­da, od razu re­agu­jesz zło­ścią. To nie jest zdro­we po­de­jście.

– I kto tu te­raz usku­tecz­nia wła­sne fi­lo­zo­fie? – pyta już nie­co spo­koj­niej. – Ka­za­łem ci zo­stać, bo gdy tyl­ko wyj­dziesz, za­ło­żę ci spra­wę o kra­dzież mie­nia i nie­le­gal­ne wtar­gni­ęcie do mo­je­go ga­bi­ne­tu.

Od­wra­cam się pręd­ko.

Pa­trząc mu w oczy, roz­pi­nam bluz­kę, a on z uwa­gą śle­dzi ka­żdy mój ruch. Wi­dzę do­sko­na­le, jak jego oczy nie mogą ode­rwać się od mo­je­go de­kol­tu, a klat­ka pier­sio­wa za­mie­ra, gu­bi­ąc swój wcze­śniej­szy rytm za­ci­ąga­nia się ży­cio­daj­nym po­wie­trzem.

– A może to ja oska­rżę cie­bie o mo­le­sto­wa­nie, co? – rzu­cam mu wy­zwa­nie. – Nie ubra­łeś się, gdy cię o to po­pro­si­łam, a te­raz po­gwa­łci­łeś moją prze­strzeń oso­bi­stą.

– Za­uważ, że ten los zgo­to­wa­łaś so­bie sama.

– Wca­le nie! – opo­nu­ję. – To ty mi go zgo­to­wa­łeś, gdy po­sta­no­wi­łeś, że zbu­rzysz dwu­pi­ętro­wy bu­dy­nek i na jego miej­scu po­sta­wisz ogrom­ny apar­ta­men­to­wiec!

Chwy­ta dło­ńmi swój kark i moc­no go ści­ska. Pra­wie sły­szę, jak na­pi­ęta skó­ra strze­la pod pre­sją siły. Jego ogrom­ne bi­cep­sy spra­wia­ją, że chy­ba dość trud­no trzy­ma mu się ręce w ten spo­sób.

Chry­ste! Co on robi, żeby tak wy­glądać?

Jego nie­bie­skie oczy znów wpa­tru­ją się w moje.

– Więc tak szyb­ko się pod­da­jesz? Wyj­dziesz stąd, żeby mie­si­ąca­mi stu­dio­wać ksi­ążki, a po­tem wró­cisz z pi­smem, gdy wy­le­ję fun­da­men­ty? Po­wiedz mi, Adams, jak do­kład­nie chcesz po­wstrzy­mać całą ma­chi­nę biz­ne­so­wą? Czy tym ra­zem za­ło­żysz ta­nią bie­li­znę z Vic­to­ria’s Se­cret i będziesz po­ka­zy­wa­ła swo­je wdzi­ęki wszyst­kim ro­bot­ni­kom? Czy może za­mie­rzasz je­dy­nie da­lej so­bie szcze­kać?

Jego sło­wa mnie ra­nią. Bar­dzo.

Za­ci­skam zęby, aby nie po­zwo­lić emo­cjom wzi­ąć górę nad roz­sąd­kiem. Gdy­by nie reszt­ki roz­trop­no­ści, zdzie­li­ła­bym tę jego szczękę so­lid­nym po­zdro­wie­niem.

– Co in­ne­go mam zro­bić, je­śli tra­fi­łam na czło­wie­ka z be­to­nu? – W jego oczach po­ja­wia się uła­mek no­wej, nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nej emo­cji. – Nie masz w so­bie za grosz em­pa­tii.

Kącik jego ust uno­si się w lek­kim uśmie­chu.

– Więc mnie jej na­ucz.

Co?

– Na­ucz? – po­wta­rzam po nim. – Czy­li jed­nak się zga­dzasz na zmia­ny w pro­jek­cie?

– W żad­nym ra­zie. W ży­ciu nie ma nic za dar­mo.

– Co więc chcesz w za­mian? – py­tam, za­sta­na­wia­jąc się, co mo­gła­bym za­ofe­ro­wać.

– Przyj­mij po­sa­dę mo­jej asy­stent­ki. Je­śli uła­twisz mi ży­cie, to urządzi­my spo­tka­nie biz­ne­so­we w kwe­stii in­te­re­su­jących cię spraw.

– To głu­pie. Ja mam pra­cę, Hays.

– Zwol­nij się.

Pa­trzę na nie­go jak na wa­ria­ta. Zdur­niał.

– To weź urlop. Albo daj mi kon­takt do swo­je­go pra­co­daw­cy. Wszyst­ko za­ła­twię.

– Prze­stań or­ga­ni­zo­wać mi ży­cie, obcy czło­wie­ku! – skrze­czę z prze­ra­że­niem.

Czło­wiek z jego cha­ry­zmą na pew­no mó­głby nie­źle na­ba­zgrać mi w ży­cio­ry­sie.

W co ja się pa­ku­ję?

– Jak ro­zu­miem, je­dy­ną opcją do roz­mów na te­mat apar­ta­men­tow­ca jest za­trud­nie­nie się u cie­bie, tak? – uwy­pu­klam to, co za­pro­po­no­wał.

Kiwa gło­wą. Ręce na­dal za­ci­ska mi na kar­ku, ale wzro­ku upar­cie nie opusz­cza na moją roz­che­łsta­ną bluz­kę.

Ma szczęście.

Chwy­tam jej poły i łączę ze sobą.

– A je­śli się tego po­dej­mę? Co do­sta­nę w za­mian? Je­śli nie mam gwa­ran­cji osi­ągni­ęcia celu, po­trze­bu­ję ja­kie­goś sub­sty­tu­tu.

– Nie dam ci ni­cze­go ta­kie­go. – Roz­kła­da ra­mio­na. – Je­śli nie ufasz swo­im mo­żli­wo­ściom, nie osi­ągniesz suk­ce­su. Nie dam ci żad­nej przy­nęty poza stwier­dze­niem, że na­dzie­ja umie­ra ostat­nia. Je­śli te­raz wyj­dziesz przez te drzwi, gwa­ran­tu­ję, że oso­bi­ście, z ku­rew­ską li­nij­ką w dło­ni, do­pil­nu­ję, aby bu­dy­nek nie był prze­su­ni­ęty na­wet o cal względem pla­nów. Je­śli jed­nak po­dej­miesz się pra­cy dla mnie, wte­dy obie­cam, że za­si­ądzie­my do od­po­wied­nich roz­mów. To tyle. Wi­ęcej ci dać nie mogę. I nie chcę.

Po­wo­li za­pi­nam gu­zi­ki. Po­zwa­la mi to na wy­ci­sze­nie i zre­wi­do­wa­nie swo­ich prio­ry­te­tów.

To jed­no­stron­na ofer­ta. My­ślę, że żad­ne z nas nie ma wąt­pli­wo­ści co do tego, że Hays uprzy­krzy mi ży­cie i jesz­cze świet­nie się przy tym uba­wi. Jed­nak to jest moja je­dy­na szan­sa na ne­go­cja­cje.

Pro­stu­ję się i, nie roz­drab­nia­jąc się w po­nu­rych my­ślach, stwier­dzam:

– Do­brze.

W ko­ńcu, jak dłu­go wy­trzy­ma z oso­bą, któ­ra rów­nież nie za­mie­rza iść na ła­twi­znę?

– Ale zro­bi­my to na mo­ich wa­run­kach. Ubie­rze­my to w łat­kę pro bono. Nie we­zmę od cie­bie ani do­la­ra i rzu­cę wy­po­wie­dze­niem, kie­dy tyl­ko będę chcia­ła.

– Je­steś nie­po­czy­tal­na, ale dla mnie to ko­rzyst­na ofer­ta.

Nie przy­pie­częto­wu­je tej umo­wy na­wet ski­nie­niem. Otwie­ra drzwi pro­wa­dzące do sali kon­fe­ren­cyj­nej, a ja ob­ser­wu­ję grę mi­ęśni na jego ple­cach. Ko­bie­ty mu­sia­ły do­stać za­wa­łu, bo żad­na się z nim na­wet nie wita.

Nie­ste­ty ro­zu­miem dla­cze­go.

– Dzi­ęku­ję wszyst­kim pa­niom za przy­jście. Nie mam już żad­ne­go wa­ka­tu, więc wy­pie­przać z tymi apli­ka­cja­mi. Nie po­zdra­wiam ser­decz­nie. – Trza­ska drzwia­mi. – Mó­wi­łem, że­byś się tak nie marsz­czy­ła.

– Nie mu­sia­łeś być taki nie­grzecz­ny.

– W ich uszach to brzmia­ło jak nie­bia­ńskie tony, wierz mi. – Mija mnie i rzu­ca się na ka­na­pę.

– To do ju­tra? – py­tam nie­pew­nie.

Śmie­je się, jak­by sar­ka­stycz­nie.

– Och, nie. Za­czy­nasz wie­czo­rem. Po­trze­bu­ję cię przy pew­nej spra­wie – mówi z za­mkni­ęty­mi ocza­mi.

Wie­czo­rem? Dziś?

No do­brze. To jego wa­run­ki.

– Gdzie mam się sta­wić?

– Ali­ce prze­śle ci wszyst­kie in­for­ma­cje.

– A jak się ze mną skon­tak­tu­je?

– Pi­sa­łaś tyle ma­ili, że chy­ba zna­le­zie­nie kon­tak­tu do cie­bie nie będzie żad­nym pro­ble­mem. – Otwie­ra jed­no nie­bie­skie śle­pie i na mnie pa­trzy. – Na two­im miej­scu bym się prze­spał. Ta noc będzie ci­ężka.

Rozdział 2

Sześciopak

Dzwo­nek te­le­fo­nu spra­wia, że pod­ska­ku­ję pod prysz­ni­cem. Mo­krą dło­nią ma­cam blat z umy­wal­ką w po­szu­ki­wa­niu urządze­nia.

– Halo? – od­bie­ram, jesz­cze za­nim po­praw­nie przy­ło­żę go do ucha.

– Ali­ce Kirk – roz­brzmie­wa chłod­ny ko­bie­cy ton. – Pan Hays ocze­ku­je cię za go­dzi­nę pod bu­dyn­kiem fir­my. Nie spó­źnij się.

– Chwi­la, chwi­la! – krzy­czę, bo Ali­ce wy­ra­źnie chce za­ko­ńczyć roz­mo­wę. – Co będę ro­bi­ła? Jak mam się ubrać i ile cza­su to zaj­mie?

Ko­bie­ta mru­czy coś pod no­sem, ale zbyt ci­cho, abym mo­gła zro­zu­mieć.

– Je­śli ci nie po­wie­dział, to zna­czy, że nie jest to wa­żne. Masz pi­ęćdzie­si­ąt dzie­wi­ęć mi­nut. Do ro­bo­ty.

Roz­łącza się szyb­ko, po­zo­sta­wia­jąc mnie tak skon­fun­do­wa­ną, jak tyl­ko mo­głam być.

– Co ta­kie­go mam ro­bić dla nie­go w czwart­ko­wy wie­czór, co nie było na tyle wa­żne, aby mnie o tym uprze­dzić, i jed­no­cze­śnie wy­ma­ga mo­jej punk­tu­al­no­ści? – za­sta­na­wiam się na głos.

Rzu­cam te­le­fon na blat i szyb­ko wra­cam pod prysz­nic.

Sto­ję za ścia­ną szkla­ne­go bu­dyn­ku i spo­glądam na tego sa­me­go ochro­nia­rza, któ­re­go oszu­ka­łam rano. Nie ma mowy, że będę się z nim po­now­nie kon­fron­to­wać.

Cho­ciaż… może mnie nie po­zna?

Pa­trzę po swo­jej let­niej, nie­bie­skiej su­kien­ce do po­ło­wy uda i bia­łych tramp­kach, któ­re są zde­cy­do­wa­nie bar­dziej co­dzien­nym stro­jem niż wcze­śniej­sze fa­ta­łasz­ki wło­żo­ne po to, aby uda­wać roz­che­łsta­ną blon­dy­nę z po­łud­nia. Może jest to ste­reo­typ po­spo­li­to­ści sty­ro­pia­nu, jed­nak na Car­la po­dzia­łał. Wte­dy tyle mi wy­star­czy­ło. Te­raz czu­ję wstyd na samą myśl o tłu­ma­cze­niu wszyst­kie­go temu bie­da­ko­wi.

– Co ro­zu­miesz przez po­le­ce­nie „cze­kaj pod fir­mą”? – Zna­ny głos wy­brzmie­wa gdzieś za mo­imi ple­ca­mi.

Od­wra­cam się i wi­dzę, że Hays zmie­nił ubra­nie na pi­ęk­ny czar­ny smo­king. Zdążył rów­nież za­cze­sać czy­mś swo­je wło­sy, bo świe­cą się jak skó­ra ośli­zgłe­go węża.

– Prze­cież je­stem na czas.

– Wy­glądasz fa­tal­nie – pod­su­mo­wu­je zgrab­nie. Wo­dzi wzro­kiem po moim cie­le, a po­tem za­trzy­mu­je go na czub­ku gło­wy, do któ­rej mówi: – Dziew­częca su­kien­ka, brud­ne tramp­ki, po­tar­ga­ne wło­sy i w do­dat­ku nie wy­ko­nu­jesz mo­ich po­le­ceń. – Spo­gląda mi w oczy. – Sła­ba z cie­bie asy­stent­ka.

– Może gdy­byś po­wie­dział, ja­kie­go stro­ju ode mnie ocze­ku­jesz, to wy­bra­ła­bym coś bar­dziej sto­sow­ne­go. – Wska­zu­ję otwar­tą dło­nią na jego pie­rś. – Ty za to wy­stro­iłeś się jak na po­grzeb wro­ga. Do­kąd idzie­my? – bur­czę, bo pó­źna pora za­chęca mój mózg do le­ni­stwa, tym­cza­sem ja po­trze­bu­ję na­ostrzyć go jak brzy­twę.

– Cho­dź. To nie­da­le­ko.

Nie cze­ka, tyl­ko mnie wy­prze­dza. Do­ska­ku­ję do jego le­we­go boku i cho­wam się za mu­sku­la­tu­rą, aby wy­mi­nąć Car­la bez wy­ja­wia­nia swo­jej to­żsa­mo­ści. Hays oczy­wi­ście ko­men­tu­je to kpiar­skim uśmie­chem, któ­ry mi po­sy­ła. Całe szczęście, że to cho­dząca góra i nie mam naj­mniej­sze­go pro­ble­mu z ukry­ciem się za jego mi­ęśnia­mi.

– Na­stęp­nym ra­zem po pro­stu go prze­proś.

Drep­czę dwa razy szyb­ciej niż nor­mal­nie, żeby do­trzy­mać mu kro­ku.

– Może to zro­bię. To nie two­ja spra­wa.

– Dać ci radę? Po­wiedz mu coś mi­łe­go, a szyb­ciej go uła­ska­wisz.

– Dla­cze­go mam mu wła­zić w ty­łek? Może nie po­stąpi­łam god­nie, ale nie prze­sa­dzaj. Nie ukra­dłam ulu­bio­nych kwia­tów z ra­bat­ki jego mat­ki.

Hays pry­cha.

– Nie mó­wi­łem, że masz mu wła­zić w dupę. Ale je­śli go nie prze­ko­nasz, nie otrzy­masz ju­tro prze­pust­ki, a o dzie­wi­ątej ocze­ku­ję cię na gó­rze. Nie in­te­re­su­je mnie, jak to zro­bisz. Masz tam być. – Zbie­ga po scho­dach do me­tra, a ja go go­nię.

– Po­cze­kaj! Co? – Zni­ka za za­krętem, a ja nie­mal wpa­dam na ja­kąś ko­bie­tę, gdy sta­ram się do­trzy­mać mu kro­ku. – Nie dasz mi prze­pust­ki? Prze­cież je­stem te­raz two­ją pra­cow­ni­cą!

– Tech­nicz­nie dla mnie nie pra­cu­jesz. Nie mam obo­wi­ąz­ku da­wać ci do­stępu do bu­dyn­ku. Nie po­win­naś mieć kło­po­tów z po­now­nym do­tar­ciem do fir­my, praw­da? Po­spiesz się, bo me­tro nam uciek­nie.

– Ono kur­su­je sta­le! – po­krzy­ku­ję. – Mo­że­my je­chać ko­lej­nym!

– Ty mo­żesz. Ja nie – rzu­ca oschle i wbie­ga do wa­go­nu.

Chry­ste!

Gnam i łok­ciem od­bi­jam się od ja­kie­goś przy­pad­ko­we­go mężczy­zny, ale tuż przed za­mkni­ęciem drzwi uda­je mi się wsko­czyć do me­tra.

Zde­ner­wo­wa­na dy­szę, szu­ka­jąc wzro­kiem tego cha­ma.

Stoi przy ba­rier­ce obok je­dy­ne­go wol­ne­go miej­sca, któ­re wska­zu­je mi dło­nią. Ślę mu złow­ro­gie spoj­rze­nie z de­dy­ka­cją i zaj­mu­ję sie­dze­nie.

– Dla­cze­go je­dzie­my me­trem?

– Bo tak omi­nie­my kor­ki. Miesz­kasz tu pierw­szy dzień?

W smo­kin­gu wy­gląda nie­mal za­bój­czo. Jak ary­sto­kra­tycz­ny ksi­ążę, któ­ry po­my­lił swo­ją baj­kę z no­wo­jor­skim świa­tem. Je­śli chciał jesz­cze bar­dziej onie­śmie­lać, to mu się uda­ło. Jego wy­gląd spra­wia, że czu­ję się nie­wy­star­cza­jąco do­brze ubra­na, po­mi­mo że to on jest wy­stro­jo­ny po­nad po­trze­bę.

– Jak masz na imię? – py­tam na­gle, zda­jąc so­bie spra­wę, że zwra­cam się do nie­go je­dy­nie po na­zwi­sku.

Pa­trzy na mnie, jak­by się wy­śmie­ni­cie ba­wił.

– Sko­ro nie wiesz, ozna­cza to, że na­sza zna­jo­mo­ść nie jest pry­wat­na, a je­dy­nie sko­re­lo­wa­na przez pra­cę. Nie mu­sisz więc za­przątać so­bie głów­ki moim imie­niem.

– Wiem, że za­czy­na się na B – mó­wię to, co wie­dzą wszy­scy. W ko­ńcu jest słyn­nym ar­chi­tek­tem i swo­je pro­jek­ty sy­gnu­je pod­pi­sem „B. Hays”.

– Będziesz za­tem pró­bo­wa­ła ka­żde­go imie­nia na tę li­te­rę i wspa­nia­ło­my­śl­nie li­czy­ła na to, że od­wró­cę się po­słusz­nie jak przy­wo­ła­ny kun­del?

Wy­wra­cam ocza­mi i po­cie­ram na­gie uda.

– Nie wiesz, że wie­czo­ry są chłod­ne?

– Wiesz co? – fu­kam. – Gdy­byś mnie uprze­dził, ubra­ła­bym się zde­cy­do­wa­nie le­piej. Jed­nak ty po­sta­no­wi­łeś mnie do­dat­ko­wo upodlić i czer­pać z tego sa­dy­stycz­ną przy­jem­no­ść.

Od­wra­cam gło­wę, aby spoj­rzeć na roz­su­wa­jące się drzwi. Ka­żdy, kto wcho­dzi do wa­go­nu, spo­gląda naj­pierw na Hay­sa, a po­tem na mnie. Pew­nie się za­sta­na­wia­ją, dla­cze­go taki mężczy­zna pio­ru­nu­je mnie wzro­kiem.

Hays trąca mnie lek­ko swo­im ko­la­nem. Nie pod­no­szę jed­nak gło­wy.

– Ko­bie­ty… – Mie­le w ustach prze­kle­ństwo, a po­tem na­chy­la się nade mną. – Nie kuc­nę, bo moja dupa zo­sta­nie wy­sta­wio­na na wi­dok pu­blicz­ny.

Na­dal wpa­tru­ję się w drzwi. Bar­dzo moc­no czu­ję jego obec­no­ść nad sobą, jed­nak to nie zmie­nia mo­ich uczuć.

Cho­le­ra, na­praw­dę czu­ję się zmie­sza­na z bło­tem.

Hays mówi mi, że wy­glądam fa­tal­nie, jed­no­cze­śnie będąc ubra­nym jak na wła­sne we­se­le. W do­dat­ku wy­ci­ąga mnie gdzieś wie­czor­nym me­trem i ocze­ku­je, że będę dla nie­go pra­co­wa­ła. Co niby mam so­bie my­śleć?

– Je­śli jak­kol­wiek cię to po­cie­szy, to wiedz, że z dzi­siej­szej pra­cy będziesz cie­szy­ła się bar­dziej niż z ka­żdej ko­lej­nej – mówi nie­co ła­god­niej. – Obie­cu­ję. Spodo­ba ci się.

Pod­no­szę na nie­go wzrok i do­strze­gam dziw­ną emo­cję na jego twa­rzy. Wy­gląda, jak­by coś go uwie­ra­ło, ale spy­chał to na dno podświa­do­mo­ści.

Może nie stać go na taki smo­king? Może go je­dy­nie wy­po­ży­czył?

– Skąd mo­żesz wie­dzieć, co mnie cie­szy, a co smu­ci? Nie znasz mnie.

Jego błękit­ne oczy nie­wzru­sze­nie wpa­tru­ją się tyl­ko we mnie. Ja zaś kątem oka do­strze­gam, jak ko­bie­ta z tyłu robi nam zdjęcie. Szyb­ko przy­ci­ąga te­le­fon do twa­rzy i dwo­ma pal­ca­mi po­wi­ęk­sza ekran.

Po­trząsam lek­ko gło­wą, a moje ja­sne wło­sy ocie­ra­ją się o na­gie ra­mio­na. Cie­pło, któ­re trzy­ma­ły przy szyi, ucie­ka i mo­men­tal­nie do­sta­ję gęsiej skór­ki.

Hays spo­gląda na okno za mo­imi ple­ca­mi.

– To nasz przy­sta­nek – oznaj­mia, od­ry­wa­jąc się od po­ręczy.

Już my­śla­łam, że na mnie nie po­cze­ka, ale po­mi­mo otwar­tych drzwi on nie wy­cho­dzi. Cze­ka, aż sta­nę przy jego boku, i ra­zem wy­sia­da­my na sta­cji przy He­rald Squ­are.

– Idzie­my do Em­pi­re Sta­te Bu­il­ding?

– Nie.

Do­bre wy­ja­śnie­nie.

Wy­cho­dzi­my na po­wierzch­nię, gdzie wita nas gwar i ży­cie man­hat­ta­ńskiej dziel­ni­cy. Nie mam po­jęcia, ja­kie in­te­re­sy może tu za­ła­twiać Hays. Nie dał mi żad­nej wska­zów­ki, poza tą, że ro­bo­ta po­win­na mi się po­do­bać.

Mężczy­zna kątem oka pa­trzy, czy za nim nadążam. Gdy go na tym przy­ła­pu­ję, pio­ru­nu­je mnie wzro­kiem, ale ja tyl­ko za­dzie­ram pod­bró­dek jesz­cze wy­żej. Niech mu się nie wy­da­je, że w tych wil­czych po­tycz­kach na spoj­rze­nia dam mu ja­kąkol­wiek prze­wa­gę.

– Nie po­wstrzy­masz się, co? – rzu­ca.

Marsz­czę brwi.

– Przed opusz­cze­niem wzro­ku?

Ob­ra­ca gło­wę odro­bi­nę w moim kie­run­ku.

– Ja­kie masz kwa­li­fi­ka­cje?

– Py­tasz o to, gdy już mnie przy­jąłeś?

– Pra­cu­jesz za dar­mo. Na­dal mó­głbym za­trud­nić kom­pe­tent­ną asy­stent­kę, więc z ła­ski swo­jej od­po­wia­daj na moje py­ta­nia.

– Coś cię ugry­zło – od­po­wia­dam za­sko­czo­na.

Za­ci­ska moc­no szczęki.

– Za­raz się do­wiesz co. – Po­pra­wia czar­ne poły.

Mu­szę przy­znać, że cze­rń do­dat­ko­wo pod­kre­śla jego ryży ko­lor wło­sów. Tak nie­co­dzien­na bar­wa jest dziw­nie fa­scy­nu­jąca i przy­ci­ąga spoj­rze­nie na­wet bar­dziej niż jego im­po­nu­jąca mu­sku­la­tu­ra.

– Szyb­ko się uczę.

– Pro­szę cię – pry­cha. – To ba­nał. Sam oce­nię, czy umiesz lo­gicz­nie my­śleć, ale chcia­łbym wie­dzieć, czy po­sia­dasz ja­kieś szcze­gól­ne umie­jęt­no­ści.

– Je­stem do­bra w od­gry­wa­niu ról – przy­zna­ję. – Po­tra­fię za­grać, co tyl­ko trze­ba. Umiem pła­kać na za­wo­ła­nie, mó­wić z ró­żny­mi ak­cen­ta­mi, uda­wać szur­ni­ętą albo roz­piesz­czo­ną dzie­dzicz­kę. Przy­da się?

– Nie­wy­klu­czo­ne – mówi ci­cho pod no­sem.

Ostro skręca­my w pra­wo w jed­ną z ulic.

– Za­bie­rasz mnie do Taco Bell?

Hays jed­nak je mija, ale za­trzy­mu­je się kil­ka kro­ków da­lej, przed we­jściem do knaj­py ze ste­ka­mi.

– Chcia­łbym. Gów­nia­na mie­lon­ka w ostrym so­sie by­ła­by lżej­sza do stra­wie­nia. – Po­now­nie pa­trzy na moją su­kien­kę, a wła­ści­wie na sam jej ko­niec, gdzie moje na­gie uda lek­ko drżą z zim­na. Wkła­da dłoń w we­wnętrz­ną kie­szeń ma­ry­nar­ki i po­da­je mi swój te­le­fon. – Jest od­blo­ko­wa­ny. Włącz dyk­ta­fon i pil­nie na­gry­waj. – Mia­żdży mnie chłod­nym wzro­kiem. – Nie spieprz tego.

Mam ocho­tę po­ka­zać mu ja­kiś nie­cen­zu­ral­ny gest, ale po­wstrzy­mu­je mnie jego szyb­ki krok, któ­rym ru­sza do re­stau­ra­cji. Pusz­cza drzwi, a one nie­mal ude­rza­ją mnie w wy­ci­ągni­ętą dłoń, gdy szyb­ko wra­ca­ją w kie­run­ku fra­mu­gi.

Co za siła!

Albo spe­cjal­nie za­cho­wu­je się jak pa­lant, albo za­po­mi­na, jaką tęży­zną się wy­ró­żnia. Cho­ciaż nie. Ist­nie­je jesz­cze trze­cie wy­tłu­ma­cze­nie. Hays jest zły. Wkur­wio­ny do po­tęgi en­tej.

Wnętrze lo­ka­lu oka­zu­je się ciem­ne, ale urządzo­ne z gu­stem. Wi­ęk­szo­ść me­bli jest z li­te­go drew­na w przy­pa­lo­nym od­cie­niu brązu, któ­ry ko­ja­rzy się z uno­szącym się w lo­ka­lu za­pa­chem gril­lo­wa­ne­go mi­ęsa. Pach­nie tak ład­nie, że mo­men­tal­nie bur­czy mi w brzu­chu. Pod­cho­dzi­my do wol­ne­go sto­li­ka i już my­ślę, że Hays tam usi­ądzie, jed­nak on od­wra­ca się w pra­wo, gdzie sie­dzi ja­kaś para mło­dych lu­dzi. Obo­je są na pew­no przed trzy­dziest­ką. Ko­bie­ta jest ja­śniej­szą ode mnie blon­dyn­ką, ma na so­bie czer­wo­ną su­kien­kę – i to tyle, co mogę o niej po­wie­dzieć, bo sie­dzi do mnie ty­łem. Jej to­wa­rzysz to bar­dzo przy­stoj­ny mężczy­zna, praw­do­po­dob­nie mek­sy­ka­ńskie­go po­cho­dze­nia. Mó­głby być mo­de­lem, jed­nak gdy tyl­ko spo­gląda na sto­jące­go obok nie­go Hay­sa, wiem, że na pew­no ni­g­dy nie zo­sta­nie ak­to­rem. Prze­ra­że­nie na jego twa­rzy jest in­stynk­tow­ne, mo­men­tal­ne i nie­pod­wa­żal­nie czy­tel­ne.

– Bee?! – Ko­bie­ta ni to krzy­czy, ni to pisz­czy. – Co tu ro­bisz, ko­cha­nie? – Od­chrząku­je ci­cho.

Na­zwa­ła go psz­czó­łką? Lek­ko par­skam śmie­chem, ale na szczęście ucho­dzi to ich uwa­dze. Je­śli to jego praw­dzi­we imię, to na­da­je mu tyl­ko po­zy­tyw­nych cech ludz­kich. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go mia­łby się wsty­dzić tak słod­kie­go imie­nia. Do­da­je odro­bi­nę uro­ku tej ca­łej gbu­ro­wa­to­ści.

– Nie na­zy­waj mnie tak, Ame­lio – wy­da­je roz­kaz. Bez żad­nej krępa­cji za­ci­ska dłoń na opar­ciu krze­sła prze­ra­żo­ne­go mężczy­zny i je­stem pew­na, że przed­ra­mie­niem do­ty­ka jego ple­ców. – Nie mia­łaś cza­su na spo­tka­nie, bo spędzasz wie­czór w bab­skim gro­nie, tak?

Nie wi­dzę twa­rzy ko­bie­ty, ale z pew­no­ścią nie chcia­ła­bym być te­raz na jej miej­scu.

– Ko­cha­nie, to tyl­ko zna­jo­my. To nic ta­kie­go – uspo­ka­ja go ła­god­nie Ame­lia. – Do­brze wiesz, jak za­zdro­sny cza­sem by­wasz. To dla­te­go po­wie­dzia­łam, że wi­dzę się z ko­le­żan­ka­mi, a po tym spo­tka­niu wła­śnie się do nich wy­bie­ram. Ja­cin­to miał mnie po­tem do nich za­brać, praw­da? – Spo­gląda na mężczy­znę, któ­ry nie­ustan­nie kiwa gło­wą.

– Nie pró­buj ro­bić ze mnie dur­nia – oznaj­mia zu­pe­łnie bez emo­cji Hays. – Prze­cież wi­dzę, że obo­je pi­je­cie. – Odro­bi­nę od­chy­la krze­sło ra­zem z prze­ra­żo­nym Ja­cin­tem. Ze swo­je­go miej­sca do­strze­gam, jak sto­py dyn­da­ją mu w po­wie­trzu. – Poza tym twar­dy pro­blem two­je­go ko­le­gi mówi ja­śniej niż far­ba ła­pie two­je tle­nio­ne od­ro­sty.

Okej…

To nie była ja­kaś wy­bit­na ri­po­sta. Czy­żby Hays po­czuł się jed­nak zra­nio­ny? A może do­sto­so­wu­je się…

– Je­stem na­tu­ral­ną blon­dyn­ką! – uno­si się Ame­lia. – Nie ob­ra­żaj mnie. To, że po­czu­łeś się ura­żo­ny, nie zna­czy, że mo­żesz mie­szać mnie z bło­tem!

To, że nie na­zwał jej na­tu­ral­ną blon­dyn­ką, niby ją ubo­dło?

Hays od­sta­wia krze­sło z nie­szczęśni­kiem na podło­gę.

– Nie je­steś. Obo­je wie­my, że jako guru na­tu­ral­no­ści wci­skasz ró­żne rze­czy swo­im od­bior­com – uci­na gniew­nym to­nem. – Do rze­czy. Ame­lio, po­wiedz mi pro­szę, ilu ich było?

Prze­no­si na nią swo­je spoj­rze­nie, a ja po­wo­li przy­sia­dam na pu­stym krze­śle. Z tej per­spek­ty­wy wi­dzę jej pro­fil. Jest dość ład­na, ale o dzi­wo nie na­zwa­ła­bym jej cho­dzącą pi­ęk­no­ścią. Bar­dzo po­do­ba mi się to, że jest taka zwy­czaj­na. Ma krzy­wy, ha­czy­ko­wa­ty nos i wąskie war­gi, z któ­ry­mi nic nie zro­bi­ła. To spra­wia, że pa­trzę na nią nie­co przy­chyl­niej. Nie sto­so­wa­ła me­dy­cy­ny es­te­tycz­nej, aby się upi­ęk­szyć. To nie­co­dzien­ne. Hays rów­nież nie­co zy­sku­je w mo­ich oczach. Ob­sta­wia­ła­bym, że taki mężczy­zna będzie szu­kał względ­ne­go ide­ału pi­ęk­na pro­mo­wa­ne­go przez me­dia, a on naj­wy­ra­źniej wy­bie­ra in­ny­mi kry­te­ria­mi. To na­praw­dę przy­jem­ne od­kry­cie.

Szko­da tyl­ko, że jest tak za­zdro­sny.

– Jak to „ilu”? – obu­rza się Ame­lia. Z trza­skiem od­kła­da sztu­ćce na ta­lerz, a ja za­uwa­żam, że kil­ka głów od­wra­ca się w jej kie­run­ku z za­in­te­re­so­wa­niem. – Bee, prze­sa­dzasz. Z ni­kim po­ta­jem­nie nie rand­ku­ję. Wy­szłam na ko­la­cję ze zna­jo­mym. Jemy po­si­łek. Nie do­szu­kuj się tu­taj dru­gie­go dna, bo go nie ma. – Jej oczy na chwi­lę prze­no­szą się na mnie. Krót­ko, ale in­ten­syw­nie son­du­je mnie wzro­kiem. – Ja cie­bie nie py­tam o tę dziew­czy­nę i nie za­kła­dam, że z nią spa­łeś.

Co?

Aż opie­ram się o opar­cie krze­sła. Ame­lia chy­ba uży­wa oczu nie­po­rad­nie, je­śli wy­da­je się jej, że co­kol­wiek mo­gło­by być mi­ędzy mną a Hay­sem. Su­ge­ro­wa­nie ja­kiej­kol­wiek za­ży­ło­ści jest wręcz ko­micz­ne.

– Cie­ka­we – przy­zna­je Hays.

– Co ta­kie­go? – pro­si go po­iry­to­wa­nym gło­sem o do­pre­cy­zo­wa­nie my­śli.

– Że wspo­mi­nasz o rand­kach i sy­pia­niu z Ja­fiun­tem, gdy ja py­ta­łem je­dy­nie o licz­bę mężczyzn, z któ­ry­mi mnie zdra­dzi­łaś.

– Sły­szysz, co mó­wisz? – uno­si się Ame­lia. – Wła­śnie po­wie­dzia­łam, że nic ta­kie­go nie ro­bię!

– Ale ro­bi­łaś – sa­pie roz­dra­żnio­ny. – Cie­szy mnie, że te­raz nie ta­rzasz się z nim po tym sto­le, jed­nak nie rób so­bie ze mnie jaj. Ocze­ku­ję szcze­ro­ści.

Ja­cin­to chy­ba pró­bu­je wstać, ale Hays z gło­śnym pla­śni­ęciem kła­dzie mu dłoń na ra­mie­niu, przez co ten za­prze­sta­je kar­ko­łom­nej pró­by uciecz­ki z nie­wy­god­nej po­zy­cji, w ja­kiej się zna­la­zł.

Spo­glądam na ekran te­le­fo­nu, gdzie dyk­ta­fon cały czas pra­cu­je w tle. Kusi mnie, aby włączyć rów­nież apa­rat i na­grać całą sy­tu­ację.

Hays miał ra­cję. To nisz­czy moje ludz­kie mo­ra­le, ale świa­do­mo­ść, że na­wet ktoś taki jak on może zo­stać zdra­dzo­ny, do­da­je mi wia­ry w sie­bie. Odro­bi­nę bez­dusz­nie, jed­nak z pew­ną sa­tys­fak­cją ob­ser­wu­ję, jak ży­cie uczu­cio­we tego mężczy­zny sy­pie się ni­czym do­mek z kart.

– Prze­cież je­stem szcze­ra. – Ko­bie­ta pró­bu­je chwy­cić go za dłoń, ale nie do­si­ęga. Nie sta­ra się jed­nak pod­nie­ść z krze­sła. – Ko­cha­nie, mó­wię praw­dę. Wy­szłam ze zna­jo­mym na ko­la­cję, a po­tem jadę do ko­le­ża­nek. To nic nad­zwy­czaj­ne­go. Nie­po­trzeb­nie wszyst­ko kom­pli­ku­jesz.

Hays mie­le w ustach ja­kieś prze­kle­ństwo, a po­tem roz­gląda się po re­stau­ra­cji. Kil­ka razy kiwa gło­wą i jak za do­tkni­ęciem ma­gicz­nej ró­żdżki paru mężczyzn pod­no­si się ze swo­ich miejsc. Skru­pu­lat­nie ich li­czę. Czte­rech zmie­rza w na­szym kie­run­ku. Ame­lia do­sta­je tiku ner­wo­we­go w pra­wej po­wie­ce.

– To wszy­scy? – pyta Hays, ale brzmi to bar­dziej jak bru­tal­ne wy­la­nie szam­ba. – Shawn, Col­by, Geo­r­ge i Dan­ny. Czy to wszy­scy, Ame­lio?

Ko­bie­ta wy­gląda na prze­ra­żo­ną, gdy mężczy­źni sta­ją w bli­skiej oko­li­cy sto­li­ka, przy któ­rym sie­dzi.

Wszy­scy są dość przy­stoj­ni i nie­sa­mo­wi­cie spo­koj­ni. Oprócz Ja­cin­to, któ­ry wy­gląda, jak­by na­gle po­sza­rzał i po­zie­le­niał jed­no­cze­śnie.

Nie mogę się po­wstrzy­mać i si­ęgam po pre­cel­ki le­żące na moim sto­li­ku. Je­stem prze­ko­na­na, że ta sce­na jest te­raz w cen­trum uwa­gi ka­żde­go go­ścia re­stau­ra­cji.

– To wszy­scy – mówi ci­cho, po­sta­wio­na przed fak­tem.

– Nie wszy­scy! – uno­si się kel­ner, któ­ry z trza­skiem sta­wia na­czy­nia na moim sto­le. Pisz­czę, bo gu­lasz pa­pry­ko­wy roz­chla­pu­je się i pry­ska na moją su­kien­kę. Nikt nie zwra­ca na to uwa­gi. – Chy­ba je­stem ostat­ni. Rene Tay­lor. – Po ko­lei ści­ska dłoń ka­żde­go ze sto­jących mężczyzn.

– Przy­szłaś do re­stau­ra­cji, w któ­rej pra­cu­je je­den z two­ich ko­chan­ków? – dzi­wi się je­den z ze­bra­nych.

– Pa­no­wie. Nie ocze­kuj­my lo­gi­ki po ko­bie­cie, któ­ra za­miast za­ko­ńczyć je­den zwi­ązek i we­jść w ko­lej­ny, upra­wia lo­te­rię bio­lo­gicz­ną. – Hays brzmi dość spo­koj­nie. – Do rze­czy, Ame­lio. Chcę je­dy­nie usły­szeć, czy to wszy­scy, z któ­ry­mi mnie zdra­dzi­łaś?

Bli­ska pła­czu ko­bie­ta de­li­kat­nie kiwa gło­wą.

– Świet­nie – mówi, na­wet na nią nie pa­trząc. – W ta­kim ra­zie daję ci czas do ju­trzej­sze­go po­ran­ka, aby za­brać wszyst­kie swo­je rze­czy z mo­je­go apar­ta­men­tu. Weź, co­kol­wiek uznasz za swo­ją wła­sno­ść, a po­tem znik­niesz z mo­je­go ży­cia. Adams. – Moje na­zwi­sko wy­brzmie­wa ni­czym ostra re­pry­men­da. – Mo­żesz za­ko­ńczyć na­gry­wa­nie.

Po­słusz­nie za­trzy­mu­ję dyk­ta­fon i wsta­ję. Wszy­scy mężczy­źni na­gle na mnie spo­gląda­ją. Czu­ję się nie­zręcz­nie, gdy je­stem w cen­trum za­in­te­re­so­wa­nia. Hays jed­nak spie­szy się do wy­jścia, szczęśli­wie sta­jąc obok mnie. Częścio­wo od­gra­dza mnie te­raz od tłu­mu.

– Hays, ale ja mam… – za­czy­na Ame­lia, ale mężczy­zna uci­sza ją chrząk­ni­ęciem.

– Je­stem biz­nes­me­nem, Ame­lio. Nie będę ro­bił ci wi­ęk­sze­go bru­du w ży­cio­ry­sie, o ile – ak­cen­tu­je moc­no – ty nie będziesz grze­bać w moim. Ni­cze­go nie uży­ję, je­śli za­cho­wasz mil­cze­nie od­no­śnie do ca­łej sy­tu­acji.

Ame­lia wy­gląda, jak­by ka­mień spa­dł jej z ser­ca.

– Do wi­dze­nia – rzu­ca w prze­strzeń Hays, chwy­ta mnie za ra­mię i po­py­cha w kie­run­ku wy­jścia.

Za­dzi­wia mnie to, jak de­li­kat­ny jest jego uchwyt. Mężczy­zna nie wy­wie­ra żad­ne­go uci­sku, je­dy­nie na­rzu­ca mi tem­po wy­mar­szu z lo­ka­lu.

Za nami roz­brzmie­wa ka­ko­fo­nia dźwi­ęków, gdy cała gro­mad­ka za­czy­na żywo ze sobą dys­ku­to­wać.

Wy­cho­dzi­my na chłod­ne po­wie­trze. Hays wol­ną ręką si­ęga do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki i wyj­mu­je dru­gi te­le­fon.

– Ile ich no­sisz? – dzi­wię się.

Za­szczy­ca mnie krót­kim spoj­rze­niem, a po­tem szyb­kim kro­kiem ru­sza w dro­gę po­wrot­ną do sta­cji me­tra, na któ­rej wy­sia­da­li­śmy.

– Lee, za­raz wy­ślę ci na­gra­nie. Za­bez­piecz je na dys­kach ze­wnętrz­nych i zrób ko­pie na ser­we­rach. – Roz­łącza się i ci­ągnie mnie za ło­kieć.

– Dla­cze­go na­dal mnie trzy­masz?! – obu­rzam się, sta­ra­jąc się mu wy­rwać.

– Bo śle­dzi nas gość, któ­ry chce za­pier­do­lić mi smo­king albo cie­bie – rzu­ca, zbie­ga­jąc po scho­dach.

Zdębia­ła rów­nież przy­spie­szam. Kra­dzie­że w No­wym Jor­ku to nic nad­zwy­czaj­ne­go, więc je­śli szyb­ki chód zni­we­czy pla­ny tego rze­zi­miesz­ka, to za­mie­rzam pa­lić gumę w swo­ich bia­łych tramp­kach.

Hays prak­tycz­nie wno­si mnie do wa­go­nu, a gdy tyl­ko za­my­ka­ją się za nami drzwi, fak­tycz­nie wi­dzę za­kap­tu­rzo­ne­go mężczy­znę, któ­ry pra­wie się z nimi zde­rza. Mi­mo­wol­nie się co­fam, wpa­da­jąc na pie­rś Hay­sa.

– Nie martw się, na mo­jej war­cie nie stra­cisz ani wło­sa z gło­wy – mówi, gdy po­ci­ąg ru­sza.

– Taki z cie­bie ry­cerz?

– Prag­ma­tyk. Od­szko­do­wa­nia kosz­tu­ją kro­cie.

Rozdział 3

Zlecenie na konfetti

Dzi­siej­szej nocy śni­łam o ry­żym biz­nes­me­nie, któ­ry po­świ­ęcił czas i bez­piecz­nie od­wió­zł mnie do mo­je­go miesz­ka­nia. Tyl­ko za­miast mil­czące­go po­że­gna­nia w swo­jej fan­ta­zji po­ku­si­łam się o do­kład­ne wy­punk­to­wa­nie mu jego bez­dusz­no­ści, a on ze łza­mi w oczach przy­znał mi ra­cję i zgo­dził się na wszel­kie zmia­ny w pro­jek­cie bro­okly­ńskie­go apar­ta­men­tow­ca.

Mam na­dzie­ję, że ten sen kie­dyś się zi­ści. Do tego będę dąży­ła. Za­nim po­ko­nam nie­mi­ło­sier­nie dłu­gą ko­lej­kę po prze­pust­ki i do­sta­nę się do fir­my na sie­dem­na­stym pi­ętrze, spo­glądam na ze­ga­rek, a wi­dok ósmej pi­ęćdzie­si­ąt dwie wca­le mnie nie po­cie­sza.

Pa­trzę po­nad gło­wa­mi wszyst­kich in­te­re­san­tów i wi­dzę, że Carl pra­cu­je w po­cie czo­ła. Nie ma żad­nej po­mo­cy w spraw­dza­niu i wy­da­wa­niu prze­pu­stek.

Dla­cze­go pra­cu­je sam, sko­ro są trzy kom­pu­te­ry?

Dupa. Idę.

Wy­cho­dzę z ko­lej­ki, ci­cho stu­ka­jąc wy­so­ki­mi ob­ca­sa­mi. Carl od razu mie­rzy mnie gniew­nym wzro­kiem.

– Obo­wi­ązu­je ko­lej­no­ść – bur­czy chłod­no.

– Cze­ść – sta­ram się brzmieć prze­pra­sza­jąco. – Mogę ja­koś po­móc?

– Idź na ko­niec tego tłu­mu i cze­kaj na swo­ją ko­lej.

Wy­wra­cam ocza­mi.

– Słu­chaj, Carl. To, co zro­bi­łam wczo­raj, nie było zbyt fair, ale mam swo­je po­wo­dy i wiem, dla­cze­go tak po­stąpi­łam. Ko­niec ko­ńców je­ste­śmy jed­nak ko­le­ga­mi z pra­cy. I wiesz co? Nie za­ro­bię tu ani gro­sza, bo pra­cu­ję pro bono. – Na­uczo­na wczo­raj­szą wy­kład­nią em­pa­tii sto­so­wa­nej przed­sta­wiam nie­zbi­ty do­wód, dzi­ęki któ­re­mu Carl ma te­raz czym po­ży­wić swo­ją nie­chęć do mnie. Oraz może odro­bi­nę mi wspó­łczuć.

Mężczy­zna pod­no­si wzrok, a w jego oczach do­strze­gam zdzi­wie­nie.

– Pra­cu­jesz dla Hay­sa za dar­mo?

– Tak – mó­wię wy­ra­źnie i po­ta­ku­ję gło­wą.

– Tym bar­dziej za­pra­szam na ko­niec ko­lej­ki. Z wa­ria­ta­mi się nie za­da­ję.

Wra­ca do wpa­try­wa­nia się w ekran i wpi­sy­wa­nia cze­goś do sys­te­mu.

Jed­nym pal­cem. Bar­dzo, bar­dzo wol­no.

Sto­jący przed nim mężczy­zna rów­nież pa­trzy na mnie nie­na­wist­nie.

Cała mo­kra wpa­dam do sali kon­fe­ren­cyj­nej obok ga­bi­ne­tu nie­pła­cące­go mi sze­fa.

Pod­no­si na mnie wzrok. Tak samo jak trzy ko­bie­ty i kil­ku mężczyzn.

– Say­lor Adams, czy kart­ka na drzwiach in­for­mu­jąca o tym, aby nam nie prze­szka­dzać, jest nie­czy­tel­na? – Hays roz­le­wa swo­ją tru­ci­znę po­wo­li i cel­nie. – O ile nie przy­no­sisz żad­nych cen­nych dla za­rządu in­for­ma­cji, masz na­tych­miast opu­ścić to po­miesz­cze­nie.

Wszy­scy się na mnie pa­trzą, ale nie pa­ra­li­żu­je mnie to. Świa­do­mo­ść, że nie za­ra­biam tu na chleb, do­da­je mi od­wa­gi we wszel­kich kom­pro­mi­ta­cjach, któ­rych do­świad­czam w tak krót­kim okre­sie cza­su.

– Wła­ści­wie to mam – oznaj­miam, sia­da­jąc na wol­nym krze­śle ob­ro­to­wym. Głos tro­chę mi świsz­czy po wspi­nacz­ce na tak cu­dacz­nie wy­so­kie pi­ętro, a lek­ko spo­co­ne pa­chy kle­ją się do bia­łej ko­szu­li.

Hays za­my­ka tecz­kę z ja­kąś do­ku­men­ta­cją i po­cie­ra swo­ją bro­dę z za­cie­ka­wie­niem.

– Ga­śni­ce na klat­ce scho­do­wej są prze­ter­mi­no­wa­ne, a na kil­ku pi­ętrach drzwi do klat­ki ewa­ku­acyj­nej były za­mkni­ęte. Ktoś, kto nie ma kar­ty do­stępu, nie mó­głby wy­jść z bu­dyn­ku pod­czas ewa­ku­acji lub utknąłby na scho­dach, gdy­by na sa­mym dole drzwi rów­nież były za­mkni­ęte. To po­wa­żne kwe­stie bez­pie­cze­ństwa, zwłasz­cza w tak wy­so­kim bu­dyn­ku, gdzie w ra­zie po­ża­ru je­dy­ną dro­gą ewa­ku­acji, jak i tą dla słu­żb ra­tow­ni­czych, są te wła­śnie scho­dy. Wy­wa­ża­nie drzwi ło­mem, gdy elek­try­ka zo­sta­nie od­ci­ęta, za­bie­ra stra­ża­kom cen­ny czas na ra­to­wa­nie ludz­kie­go ży­cia. – Ko­ńczę swo­ją wy­po­wie­dź głębo­kim od­de­chem, po­nie­waż płu­ca pło­ną mi ogniem pie­kiel­nym.

Wszy­scy pa­trzą na mnie, więc pro­stu­ję się jesz­cze bar­dziej. Brązo­wy stół na­da­je po­miesz­cze­niu nie­co sądo­we­go cha­rak­te­ru. Gdy­by nie ten cho­ler­ny ko­lor, na pew­no czu­ła­bym się mniej oce­nia­na. Na pew­no.

– Och, chcesz po­wie­dzieć, że spó­źni­łaś się, po­nie­waż za­po­zna­wa­łaś się z pa­nu­jący­mi w bu­dyn­ku wa­run­ka­mi bez­pie­cze­ństwa? – pyta Hays.

Jest per­fid­nie uba­wio­ny, bo każe mi kon­ty­nu­ować wy­ja­śnie­nia w po­miesz­cze­niu pe­łnym no­wych wspó­łpra­cow­ni­ków.

Chy­ba… że prze­sta­ną być wy­ja­śnie­nia­mi.

– Oczy­wi­ście! Ludz­kie­go ży­cia nie mo­żna wy­ce­nić i ar­chi­tekt po­wi­nien wie­dzieć to naj­le­piej. Pro­jek­tu­jesz bu­dyn­ki, któ­re pod ka­żdym kątem mają spe­łniać nor­my bez­pie­cze­ństwa. Dbasz o to, żeby ich kszta­łt był nie tyl­ko ar­ty­stycz­ny czy er­go­no­micz­ny, ale przede wszyst­kim sta­bil­ny i pew­ny w swo­jej kon­struk­cji, włącza­jąc w to wy­mo­gi bez­pie­cze­ństwa. – Chwy­tam tecz­kę z do­ku­men­ta­mi, któ­ra leży przed moim krze­słem. – Dla­cze­go więc nie chcesz za­dbać o bez­pie­cze­ństwo pra­cow­ni­ków? Na­wet je­śli bu­dy­nek nie na­le­ży do cie­bie, masz pole do wy­ka­za­nia się dba­ło­ścią o zdro­wie lu­dzi, któ­rych za­trud­niasz. Po­goń wła­ści­cie­la bu­dyn­ku do wy­mia­ny ga­śnic prosz­ko­wych, wy­ne­go­cjuj wspól­ne za­sa­dy ogól­nej do­stęp­no­ści do drzwi ewa­ku­acyj­nych na wszyst­kich pi­ętrach i do­pie­ro po­tem za­bierz się za ry­so­wa­nie ko­lej­ne­go bu­dyn­ku pod miesz­ka­nia dla No­wo­jor­czy­ków.

Wście­kłym ru­chem otwie­ram gra­na­to­wą tecz­kę i moim oczom uka­zu­ją się ta­be­le z al­fa­be­tycz­nie usze­re­go­wa­ny­mi na­zwi­ska­mi. A tuż obok nich pen­sje oraz szcze­gó­ło­we roz­bi­cie na pre­mie, do­dat­ki i na­gro­dy mo­ty­wa­cyj­ne.

Rany! Chy­ba za­po­mnie­li o prze­cin­kach! Za­afe­ro­wa­na prze­wra­cam kart­kę. Gdy do­cho­dzę do li­te­ry D, ktoś za­czy­na gło­śno kasz­leć.

Och, cze­go?!

Pod­no­szę wzrok na si­wie­jące­go mężczy­znę z ewi­dent­nym po­dej­rze­niem gru­źli­cy i prze­krzy­wiam gło­wę na lewo.

– Że dane wra­żli­we, tak? – py­tam, po­trząsa­jąc kart­ką. Robi się siny, ale nie od­po­wia­da. Prze­wra­cam ocza­mi i za­my­kam zie­mię obie­ca­ną plo­tek. – To nie tak, że mam pa­mi­ęć ej­de­tycz­ną. Wąt­pię, czy za­pa­mi­ęta­łam cho­ciaż jed­ną kwo­tę, a już zwłasz­cza z na­zwi­skiem i twa­rzą, któ­rej z nią ni­g­dy nie po­łączę.

– Słusz­na uwa­ga. O zdro­wie pra­cow­ni­ków mu­szę dbać. – Hays podła­pu­je te­mat. – Dla­te­go w tro­sce o Dar­re­na i resz­tę za­ło­gi za­raz po spo­tka­niu spo­rządzę dla cie­bie umo­wę NDA. Gra­tu­lu­ję. Jesz­cze ni­g­dy nie mu­sia­łem tak szyb­ko si­ęgnąć po ten śro­dek za­po­bie­gaw­czy.

– Co?

Boże! W co on chce mnie wpa­ko­wać? Ręce aż same mnie świerz­bią, żeby wy­jąć te­le­fon i spraw­dzić, o czym on mówi.

– Moja se­kre­tar­ka wszyst­ko ci wy­tłu­ma­czy. – Wci­ska ja­kiś ma­gicz­ny gu­zik w te­le­fo­nie sta­cjo­nar­nym obok nie­go i mówi: – Ali­ce, pro­szę ode­brać z po­sie­dze­nia za­rządu Say­lor Adams i przy­dzie­lić jej pra­cę przy ar­chi­wi­za­cji do­ku­men­tów.

– Tę drob­ną pra­cę? – do­py­tu­je ko­bie­ta.

– Do­kład­nie tak.

Po­mi­mo że wspo­mnie­li, że to nie­wiel­ka ro­bo­ta, mina mo­je­go sze­fa wska­zu­je na ja­kiś ostry ha­czyk w tych ca­łych usta­le­niach.

Jak­kol­wiek to za­brzmi, cie­szę się, że cho­ciaż wy­glądam dziś ele­ganc­ko. Opi­ęte, czer­wo­ne spodnie od gar­ni­tu­ru, bia­ła ko­szu­la, cie­li­ste szpil­ki i krwi­sto­czer­wo­na szmin­ka do­da­ją mi po­trzeb­ne­go ani­mu­szu.

Uśmie­cham się pew­nie, da­jąc mu znać, że wy­ła­pa­łam ist­nie­nie ja­kie­goś dru­gie­go dna.

– Do swo­jej pra­cy przy­ło­żę się dużo bar­dziej, niż wy­ma­ga tego jej spe­cy­fi­ka – obie­cu­ję gór­no­lot­nie. – W ko­ńcu nie bez po­wo­du za­trud­ni­łeś mnie spo­śród se­tek in­nych kan­dy­da­tek. – Jaw­nie wbi­jam mu szpil­kę.

Taka jest praw­da. Je­śli się skom­pro­mi­tu­ję, to będzie to szło na jego karb. To on mnie za­trud­nił.

Hays się uśmie­cha. Nie ja­do­wi­cie, nie wy­ra­cho­wa­nie. Na jego twa­rzy wid­nie­je nie­wiel­ki, acz ca­łkiem szcze­ry uśmiech.

Od tego rzed­nie mi mina.

Roz­le­ga się ci­che pu­ka­nie, a po­tem przez drzwi za­gląda ko­bie­ta w gra­na­to­wych oku­la­rach pod­kre­śla­jących jej ści­ągni­ęte gnie­wem czar­ne brwi.

– Adams, Ali­ce Kirk za­pro­wa­dzi cię do two­je­go miej­sca pra­cy. Po­wo­dze­nia.

Wsta­ję więc, że­gnam się ogól­nie i pew­nym kro­kiem zmie­rzam w kie­run­ku drzwi. Za­cho­wu­ję się, jak­bym mia­ła dużo wa­żnych spraw na gło­wie.

– Adams? – zwra­ca się do mnie szef, gdy sto­ję już nie­mal w pro­gu, tuż przy twa­rzy jego se­kre­tar­ki. – Sko­rzy­stasz dziś z za­pa­so­wej kar­ty Ali­ce, jed­nak ju­tro ocze­ku­ję pe­łne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu. Nie chcia­łbym się do­wie­dzieć, że na­stęp­nym ra­zem jako skrót wy­bra­łaś so­lid­ną uprząż fir­my my­jącej okna tego bu­dyn­ku. To nie Mis­sion Im­pos­si­ble. Zdo­bądź prze­pust­kę.

W ge­ście upo­ko­rze­nia mój środ­ko­wy pa­lec wy­su­wa się z za­mkni­ętej pi­ęści.

Roz­che­łsta­na bluz­ka po­ka­zu­je za­war­to­ść biu­sto­no­sza, gdy z pe­łną we­rwą schy­lam się po pa­pie­ro­we kon­fet­ti, któ­re od kil­ku go­dzin ła­du­ję do wora. Tym ra­zem po­sta­na­wiam zro­bić jed­nak coś in­ne­go. Pod­rzu­cam zmie­lo­ne reszt­ki pa­pie­ru i chi­cho­czę, gdy opa­da­jąc, ła­sko­czą mnie w gło­wę.

– Gdy­bym wie­dział, że tak do­brze się ba­wisz, przy­sze­dłbym po­oglądać cię wcze­śniej.

Obec­no­ść Hay­sa mnie za­ska­ku­je.

Otwie­ram oczy, a je­den z ostat­nich ścin­ków lądu­je na mo­ich rzęsach. Ma­cham dło­nią, żeby go strzep­nąć.

– Ro­zu­miem, że mam sie­dzieć, bia­do­lić lub, dla od­mia­ny, wy­kli­nać nad swo­im mar­nym lo­sem? – Chwy­tam mio­tłę, aby za­mie­ść pa­pier na jed­ną ster­tę. – Ju­tro przy­nio­sę słu­chaw­ki i będę słu­chać au­dio­bo­oka – oznaj­miam ra­do­śnie.

Hays sie­dzi na kra­wędzi sto­łu, tuż przy we­jściu do cia­sne­go po­miesz­cze­nia ar­chi­wum.

– Nie je­steś wkur­wio­na?

– Czym? Tym, że zle­ci­łeś mi nisz­cze­nie przedaw­nio­nych do­ku­men­tów za po­mo­cą nisz­czar­ki, któ­rej tępe ostrza mie­lą rap­tem dwie kart­ki na­raz? Dla­cze­go mia­ła­bym być zła? – Za­mia­tam skraw­ki na szu­fel­kę, a po­tem wrzu­cam jej za­war­to­ść do wor­ka. – Prze­cież ty do­sko­na­le wiesz, że te tre­ści mo­żna spa­lić w wiel­kim kon­te­ne­rze. Ale zna­la­złeś świet­ny spo­sób, aby mnie po pro­stu znu­dzić ro­bo­tą. Więc – moc­no ści­skam ko­ńce fo­lii, któ­rą za­wi­ązu­ję na su­peł – je­śli my­ślisz, że tak ła­two się mnie po­zbędziesz, to ca­łko­wi­cie się po­my­li­łeś przy oce­nia­niu mnie.

– A czy tak przy­kład­na pra­cow­ni­ca znaj­dzie czas na je­dze­nie?

Pa­trzę na ze­ga­rek. Prze­rwa na lunch już daw­no mi­nęła. Zbli­ża się trze­cia po po­łud­niu, a mnie na­wet nie bur­cza­ło w brzu­chu.

– Pro­po­nu­jesz coś?

– Tak. – Pod­cho­dzi i kła­dzie na sto­li­ku obok mnie czte­ry­sta do­la­rów. – Jedź do baru, w któ­rym by­li­śmy wczo­raj wie­czo­rem, i kup dwie por­cje krwi­ste­go ste­ka, bez fry­tek. So­bie też mo­żesz coś wzi­ąć.

Hays su­nie wzro­kiem po wło­sach, któ­re spi­ęłam biu­ro­wym klip­sem do do­ku­men­tów, aż otak­so­wu­je moją na wpół roz­pi­ętą ko­szu­lę.

– Jest zbyt cia­sna do tej ro­bo­ty – mó­wię oczy­wi­sty ba­nał, za­pi­na­jąc gu­zi­ki.

– Mhm… – mru­czy nie­prze­ko­na­ny. – Upew­nij się, że mi­niesz po dro­dze cho­ciaż jed­no lu­stro, i zmy­kaj. Będę cze­kał w swo­im ga­bi­ne­cie.

W po­rząd­ku. Przy­da mi się spa­cer.

Ła­pię kasę i żwa­wo mi­jam go w wąskim prze­jściu.

– Krwi­sty, bez fry­tek, dwa razy. Się robi, sze­fie. Sko­czę me­trem!

Wpa­tru­je się we mnie, jak­by chciał coś do­dać, ale ja uśmie­cham się słod­ko i kle­pię go po ra­mie­niu.

Zo­sta­wiam go w po­miesz­cze­niu pe­łnym do­ku­men­tów go­to­wych do zar­chi­wi­zo­wa­nia, z prze­grza­ną nisz­czar­ką, któ­rej to­wa­rzy­szy woń pa­lo­ne­go pla­sti­ku.

Rzu­cam na jego biur­ko tor­bę do­staw­czą, któ­ra trzy­ma cie­pło po­si­łku.

– Po­wi­nien si­kać – mó­wię, roz­pi­na­jąc su­wak tor­by. Chwy­tam fryt­ki oraz opa­ko­wa­nie z dwo­ma so­sa­mi. – Dzi­ęku­ję za po­sta­wie­nie mi lun­chu.

Zsu­wam szpil­ki i boso zmie­rzam do ka­na­py. Sia­dam na niej z bło­gim wes­tchnie­niem. Wy­ci­ągam nogi na sto­lik, a po­tem pa­ła­szu­ję pysz­ne, choć już nie chru­pi­ące, ziem­nia­ki. Ich sło­ny smak wy­na­gra­dza jed­nak wszel­kie man­ka­men­ty.

– Będziesz ja­dła tyl­ko to?

Ko­ńcem pod­nie­bie­nia pra­wie czu­ję, jak jego po­gar­da wsi­ąka w moje je­dze­nie.

– Nie za­bro­nisz mi tu jeść, co? – py­tam po­mi­ędzy ża­rłocz­ny­mi kęsa­mi.

– Nie.

Hays wsta­je, aby zdjąć ma­ry­nar­kę, a po­tem błękit­ną ko­szu­lę. Znów ma nagi tors. Zu­pe­łnie jak wczo­raj. Nie­spiesz­nie pod­cho­dzi i zaj­mu­je miej­sce obok mnie.

Sły­szę, jak roz­pa­ko­wu­je swo­je je­dze­nie, ja zaś de­lek­tu­ję się sma­żo­nym ziem­nia­kiem głębo­ko nu­rza­nym w ma­jo­ne­zo­wym so­sie.

– Ko­cham węglo­wo­da­ny – pra­wie jęczę.

– Wi­dzę.

– Nie za­czy­naj! – Sztur­cham go ra­mie­niem. – Zrób to, co ja. Za­wieś na chwi­lę swo­ją broń i zjedz­my ra­zem je­dze­nie, któ­re nam po­sta­wi­łeś.

Uśmie­cha się lek­ko, a po­tem wbi­ja nóż w stek. Mi­ęso so­czy­ście opły­wa so­ka­mi. Pa­trzy chwi­lę na wi­de­lec.

– Dla­cze­go chcesz tego ode mnie?

– Hmm? – Nie ro­zu­miem, co ma na my­śli. Do­my­ślam się, ale nie je­stem stu­pro­cen­to­wo pew­na.

Pa­trzy na mnie kątem oka. Jego szczęki moc­no się za­ci­ska­ją, gdy roz­gry­za spo­ry ka­wał ste­ka.

– Nie sto­su­jesz żad­nych brud­nych gie­rek, aby się do mnie do­brać. – Chwi­lę się za­sta­na­wia. – Co brzmi dziw­nie, zwa­żyw­szy na spo­sób, w jaki po­ja­wi­łaś się w moim ży­ciu.

– Ja­kich brud­nych gie­rek? – Fa­cet jest chy­ba zbyt wra­żli­wy na punk­cie szu­ka­nia zła w lu­dziach.

– Na przy­kład wła­ma­nia się do mo­je­go biu­ra i prze­szu­ka­nia kom­pu­te­ra.

Za­mie­ram z fryt­ką wędru­jącą do buzi.

– Oska­rżasz mnie o coś ta­kie­go? – py­tam głu­cho. – Na gło­wę upa­dłeś?!

Już chcę wsta­wać, ale przy­szpi­la mnie swo­im wzro­kiem.

Sa­pię zde­ner­wo­wa­na. Co za tu­pet!

– Nie pra­cu­jesz przy­pad­kiem dla kon­ku­ren­cji?

– Nie. – Sta­now­czo uci­nam te­mat.

– To co ro­bisz?

– A co cię to in­te­re­su­je? – fu­kam. – Te­raz je­stem tu. Po­sta­wi­łeś mi nie­złe ul­ti­ma­tum. Nie mia­łam zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru.

Przez chwi­lę je w mil­cze­niu.

– Dla­cze­go tak bar­dzo za­le­ży ci na zmia­nie pla­nów tego pie­przo­ne­go bu­dyn­ku? – pyta zde­ner­wo­wa­ny. Za­raz po­tem ci­ska ner­wo­wym ru­chem sztu­ćce na ta­lerz i za­ci­ska dło­nie na ko­la­nach. – Po cho­le­rę ci to, co?

Sztyw­nie­ję. Jego ton stał się na­gle dziw­nie emo­cjo­nal­ny. Hays jest zde­cy­do­wa­nie zbyt sztyw­ny – wręcz be­to­no­wy – aby re­ago­wać tak prze­sad­nie. Zu­pe­łnie jak­by chciał po­znać po­wód i po­zbyć się mnie raz na za­wsze ze swo­je­go ży­cia. Ta­kie wła­śnie od­no­szę wra­że­nie, gdy do­strze­gam, jak głębo­ko od­dy­cha, aby się uspo­ko­ić.

– Coś się sta­ło?

– Jedz – war­czy tyl­ko.

On jed­nak nie wra­ca do po­now­nej kon­sump­cji. In­ten­syw­nie nad czy­mś roz­my­śla, wci­ąż ści­ska­jąc wła­sne ko­la­na.

Może chce być sam? Może mo­ment jego po­si­łku to je­dy­na chwi­la w ci­ągu dnia, gdy może do­słow­nie roz­pi­ąć gar­ni­tur i chwi­lę się zre­lak­so­wać? A ja za­bra­łam mu już dwie ta­kie oka­zje.

– Mogę so­bie iść. – Sta­ram się, aby mój głos brzmiał ła­god­nie i w mia­rę na­tu­ral­nie.

Cho­le­ra, na­praw­dę na­pa­to­czy­łam się mu na gło­wę, a fa­cet nie pała prze­cież do mnie ja­kąś wiel­ką sym­pa­tią.

Mie­rzy mnie zim­nym spoj­rze­niem. Wy­gląda, jak­by coś wła­śnie za­sko­czy­ło w jego gło­wie. Si­ęga po wi­de­lec.

– Nie rób ze mnie fleg­ma­tycz­ne­go nie­do­raj­dy. – Wście­kle prze­żu­wa wo­ło­wi­nę. – Chcia­łem je­dy­nie cze­goś się o to­bie do­wie­dzieć. Nie mu­sisz od razu spi­nać dup­ska. Nie­dłu­go przyj­dzie umo­wa NDA, więc cze­kaj tu, z ła­ski swo­jej. Nie będę po cie­bie le­ciał do za­ku­rzo­ne­go ar­chi­wum i ser­decz­nie pro­sił o au­to­graf.

Nie­znacz­nie się od nie­go od­su­wam. Nie umiem zro­zu­mieć jego mo­ty­wa­cji. Raz jest wku­rzo­ny bez po­wo­du i mówi nie­mi­łe rze­czy, a ko­lej­ny raz na­wet da się z nim roz­ma­wiać. Do­dat­ko­wo ma dziw­ną umie­jęt­no­ść spra­wia­nia, że czu­ję się jak po­wie­trze i gów­no rów­no­cze­śnie. Jak ktoś, kogo się nie wi­dzi, a jed­nak uwa­ża za pro­blem.

– Ro­zu­miem, że mam te­raz ja­dać z tobą co­dzien­nie? – rzu­cam tro­chę na wy­rost.

– Tak. Wpi­szesz so­bie to, kur­wa, w CV. „Ja­da­łam z B. Hay­sem. Je­stem nie­śmier­tel­na”. – Gniew­nie roz­ry­wa mi­ęso wbi­tym w nie wi­del­cem.

B. Hays

Sie­dzi przed moim biur­kiem i uwa­żnie stu­diu­je umo­wę. Wy­gląda, jak­by ro­zu­mia­ła ka­żdy ku­rew­ski pa­ra­graf.

Ben­ton, w coś ty się, do dia­bła, wpa­ko­wał?

Śle­dzę jej ru­chy jak dra­pie­żnik, któ­ry ob­ser­wu­je swo­ją przy­szłą zdo­bycz.

Wszyst­ko mnie w niej fa­scy­nu­je. Jej uro­da. Prze­bo­jo­wo­ść. Umie­jęt­no­ść pa­ko­wa­nia się w kło­po­tli­we sy­tu­acje i wy­cho­dze­nia z nich z twa­rzą. Spryt i in­te­lekt. Wi­dzę, że jest in­te­li­gent­na, ale sta­ra się ukry­wać swo­ją wie­dzę za fa­sa­dą pi­ęk­nej nie­zwy­kle po­ci­ąga­jącej blon­dyn­ki. Zu­pe­łnie jak­by trzy­ma­ła asa w ręka­wie, by w od­po­wied­nim mo­men­cie rzu­cić go na stół i zmie­nić roz­da­nie. Czu­ję w ko­ściach, że będę miał przez nią kło­po­ty.

A mimo to nie mogę ode­rwać od niej wzro­ku.

Fa­scy­nu­je mnie. Po­ci­ąga. In­try­gu­je. Jest za­baw­na i tak inna od ko­biet, któ­re chcia­ły zdo­być mnie dla pre­sti­żu. Lub dla mo­je­go cia­ła.

Dla­cze­go ta mała dia­bli­ca nie po­chła­nia mnie wzro­kiem? Czy­żby ko­goś mia­ła? I przy­pad­kiem była jed­ną z ko­biet, któ­rym nie pali się do zdra­dy?

Za­ci­skam szczęki, gdy wi­dzę, jak jej brwi się marsz­czą, gdy w sku­pie­niu za­po­zna­je się z umo­wą. Wiem, że ją ro­zu­mie. Tak samo jak wiem, że jej wnętrze jest czy­ste. Ja­kie­kol­wiek mo­ty­wa­cje nią kie­ru­ją, z pew­no­ścią są mo­ral­ne.

Znam się na lu­dziach i po­tra­fię oce­nić, kie­dy sie­dzi przede mną do­bry czło­wiek.

Nie po­tra­fię je­dy­nie zro­zu­mieć, dla­cze­go z wła­snej woli wpu­ści­łem ją do swo­je­go ży­cia i po­zwa­lam jej na sie­bie od­dzia­ły­wać.

To idio­tycz­ne, bez­sen­sow­ne i ska­za­ne na po­ra­żkę.

A mimo to, gdy wy­ci­ąga swo­ją drob­ną dłoń po pió­ro le­żące obok mo­jej dło­ni, ON wy­ła­nia się na po­wierzch­nię.

Say­lor Adams pod­pi­su­je umo­wę kom­plet­nie nie­świa­do­ma tego, że pa­trzy na nią ktoś obcy.

Łow­ca.

Co­py­ri­ght© Alek­san­dra Wa­si­lew­ska

Co­py­ri­ght© by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

All ri­ght re­se­rved

WSZEL­KIE PRA­WA ZA­STRZE­ŻO­NE

LESZ­NO 2026

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz @daj.mi.slo­wo

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-49-4

Spis treści

Od autorki

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Punkty orientacyjne

Okład­ka