Sunlight. Nasze sekrety - Devney Perry - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Sunlight. Nasze sekrety ebook i audiobook

Devney Perry

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

754 osoby interesują się tą książką

Opis

Nieoczekiwane zauroczenie, magnetyczne przyciąganie i miłość, której trudno się oprzeć.
Pierwszy dzień w Montanie nie zapowiadał niczego wyjątkowego — do chwili, gdy pojawił się on. Najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziałam. Posłał mi ten swój niebezpiecznie czarujący uśmiech… i zaprosił mnie na randkę. Byłam o krok od powiedzenia „tak”, dopóki nie zdradził swojego nazwiska: Jax Haven. Z Rancza Haven River. Wtedy jedynym rozsądnym wyjściem było odmówić. I uciec.
Od tamtej chwili udawałam, że go nie znam. Skupiałam się na pracy, na dotychczasowych planach, na wszystkim, co nie było Jaxem Havenem. Ale to trudne, gdy jego spojrzenie śledziło każdy mój ruch, a uśmiech nie pozwalał zapomnieć.
Wszystko układało się po mojej myśli do czasu corocznej imprezy świątecznej. Jeden kieliszek szampana za dużo, jedno zbyt długie spojrzenie – i pozwoliłam, by magia chwili mnie porwała.
 
Teraz nie mogę już udawać, że nic się nie stało.
Nie, odkąd wiem, że spodziewam się dziecka. Naszego dziecka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 18 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Adrian RozenekDominika Sell-Kukułka

Oceny
4,5 (22 oceny)
15
3
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
agk85

Z braku laku…

Niestety spodziewałam się czegoś wow. A dostałam irytujących bohaterów, którzy sie stale mijają. Nie potrafią ze sobą normalnie pogadać. No i te jej tajemnice. Dziwne zachowanie. I brak płynności w czasie. Te przeskoki były męczące. Od razu odkryłam tez tajemnice , wiec byla przewidywalna. Chyba czas odobserwowac znane booktokerki, które na sile wciskają ksiazke, jako tą bardzo dobrą. Prawda jest taka, ze do bardzo dobrej historii jest jej daleko.Najwyżej przeciętną.
10
Agabodz1982

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna książka miło się ją czyta polecam
10
Miwal

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra tak samo ja pierwsza część 🙂
00
maltal

Nie oderwiesz się od lektury

Komfortowo i dobrze. Wzruszająco i ciepło. Bardzo mile spędzony czas przy klasyczym romansie.
00
Karolinakita

Nie oderwiesz się od lektury

ok
00



Tytuł oryginału: Sunlight

Copyright © 2024 Devney Perry

All rights reserved.

This edition is made possible under alicense arrangement originating with Amazon Publishing, www.apub.com, in collaboration with Graal, SP. Z O.O.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca i prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak

Ilustracje na okładce: © Angyalosi Beata, © SpicyTruffel, © Oksana_Schmidt, © Teemu Tretjakov, © isciuceodor, © Wirestock Creators | Shutterstock

Oryginalny projekt okładki: © Sarah Hansen | Okay Creations

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Fotografia autorki na skrzydełku: Lauren Perry

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-27-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Fragment

Rozdział 1. Jax

Rozdział 2. Sasha

Rozdział 3. Jax

Rozdział 4. Sasha

Rozdział 5. Jax

Rozdział 6. Sasha

Rozdział 7. Jax

Rozdział 8. Sasha

Rozdział 9. Sasha

Rozdział 10. Jax

Rozdział 11. Sasha

Rozdział 12. Jax

Rozdział 13. Sasha

Rozdział 14. Jax

Rozdział 15. Jax

Rozdział 16. Sasha

Rozdział 17. Jax

Rozdział 18. Sasha

Rozdział 19. Sasha

Rozdział 20. Sasha

Rozdział 21. Jax

Rozdział 22. Sasha

Rozdział 23. Jax

Rozdział 24. Sasha

Rozdział 25. Jax

Rozdział 26. Sasha

Rozdział 27. Jax

Rozdział 28. Sasha

Epilog. Jax

Podziękowania

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 1Jax

Ryk, który rozległ się na parkingu przed spożywczakiem, wydawał się raczej zwierzęcy niż ludzki.

– Dzwonię po policję.

Co, do cholery? Ledwie zamknęły się za mną podwójne drzwi sklepu, kiedy zobaczyłem, że Carla, właścicielka, kłóci się z jakąś kobietą. Obie trzymały przeciwne końce wózka wypełnionego papierowymi torbami.

– Niczego nie zamierzam kraść. – Nieznajoma pociągnęła za wózek. – Przysięgam. Proszę. Muszę to tylko pożyczyć. Przyprowadzę z powrotem.

Carla prychnęła.

– Naprawdę oczekujesz, że łyknę tę ściemę?

Mój truck był zaparkowany po drugiej stronie, ale zamiast tam ruszyć, skierowałem się do miejsca, gdzie trwało zamieszanie.

– Oddawaj! – Carla szarpnęła za wózek tak mocno, że kobieta prawie upadła.

– Proszę. To moje zakupy, dopiero co za nie zapłaciłam. Muszę je tylko zabrać do domu. – Wyciągnęła rękę. – Mam do przejścia trzy przecznice, wrócę za niecałe piętnaście minut.

– Kradniesz mi wózek.

– Nie kradnę…

– Drogie panie. – Gra w przeciąganie wózka zakończyła się w chwili, gdy położyłem na nim dłoń. – Wszystko w porządku?

– Nic nie jest w porządku. – Carla zwróciła do mnie zaczerwienioną twarz. Jej policzki przybrały taki sam płomienny kolor, co jej włosy. – Ona mi kradnie wózek.

Druga kobieta otworzyła usta, lecz zaraz je zamknęła i zaczerpnęła tchu przez nos, próbując się uspokoić. Potem spojrzała w moją stronę i uleciało ze mnie całe powietrze.

Przepiękne brązowe oczy. Długie, ciemne włosy w identycznym głębokim odcieniu czekolady, tak gładkie, że odbijało się w nich popołudniowe słońce. Twarz w kształcie serca o delikatnych rysach, z uroczym noskiem przyprószonym piegami.

Niech to szlag, kim była ta nieznajoma? Zapamiętałbym ją, gdybym kiedykolwiek wcześniej wpadł na nią w mieście.

– Przyszłam do sklepu piechotą. – Każde słowo wypowiadała spokojnym głosem, by jakoś rozładować napięcie.

I może gdyby chodziło o kogoś innego, osiągnęłaby swój cel. Niestety Carla była… cóż, Carlą. Racjonalność nie znajdowała się wysoko na liście jej zalet.

– Założyłam, że torby będą foliowe – wyjaśniła kobieta.

Ach. Na tym polegał jej błąd. Carla nienawidziła plastiku.

– Plastik szkodzi środowisku – wycedziła właścicielka sklepu.

Nieznajoma uniosła rękę, drugą cały czas ściskając mocno wózek.

– Nie spieram się z tym. Po prostu założyłam, że torby będą foliowe i zdołam nieść więcej niż jedną naraz do domu, trzy przecznice stąd. Nie dam rady zabrać wszystkich papierowych.

W wózku znajdowało się przynajmniej sześć, a do tego galon mleka.

– Kasowała pani te rzeczy – ciągnęła nieznajoma, patrząc na Carlę błagalnym wzrokiem ślicznych oczu. – Kupiłam lody, żeby uczcić przeprowadzkę. Chciałabym zabrać je do domu i schować w zamrażarce, zanim się roztopią.

Carla zasznurowała usta.

– Okej. – Sięgnąłem po portfel i wyciągnąłem z niego studolarowy banknot. – Carla, ile kosztują te wózki?

– Dwieście siedemdziesiąt plus przesyłka.

Oczywiście doskonale pamiętała cenę. Carla może i cierpiała na niedostatki opanowania, ale biznes prowadziła żelazną ręką.

– Proszę. – Wyjąłem jeszcze dwie stówki. – Potraktuj to jako kaucję. Odprowadzę tę kobietę do jej domu i z powrotem. Jeśli nie zwrócimy wózka, będziesz miała dość pieniędzy, by kupić nowy.

– Dobra. – Carla wyrwała mi banknoty tak szybko, że ledwo przetrwały w jednym kawałku. Potem popatrzyła jeszcze na kobietę spode łba i odeszła, tupiąc nogami.

– O mój Boże. – Nieznajoma puściła wreszcie wózek i uniosła ręce, by pomasować sobie skronie. – Nie wiem, czy powinnam być wściekła, czy zażenowana.

Zaśmiałem się.

– Carla czasami za bardzo się nakręca.

– Wow. – Wypuściła głośno powietrze. – Powinnam się spodziewać czegoś takiego za każdym razem, gdy tu przychodzę?

– Nie, tak rozeźloną widziałem ją tylko raz. Przyłapała wtedy syna na kradzieży gumek, gdy byliśmy nastolatkami. Nadal mu to wypomina, ale minęło dopiero piętnaście lat, nic dziwnego.

– Dopiero piętnaście? – Uniosła kącik różowych usteczek. Boże, jaka była piękna.

– W końcu Carla odpuści. Może zajmie to parę dekad, ale nie porzucajmy nadziei.

Spuściła wzrok na wózek, na jej twarzy błąkał się uśmiech.

– Dziękuję.

– Nie ma za co.

– Nie musisz mnie eskortować do domu. Obiecuję, że go zwrócę.

– Carla niewątpliwie patrzy na nas z okna. Nie chciałbym jej podpaść, więc albo pozwolisz się podwieźć, albo odprowadzę cię te trzy przecznice. Musisz tylko wiedzieć, że jeśli wybierzesz podwózkę, od razu rozpocznę kazanie o wsiadaniu do auta z obcymi.

– Nie trzeba. Przejdę się, dzięki. Ale nie jestem pewna, czy chcę, żeby obcy człowiek, którego poznałam na parkingu pod sklepem spożywczym, wiedział, gdzie mieszkam.

– Słuszna uwaga. – Zaśmiałem się pod nosem. – Mogę przedstawić referencje. Szeryf to mój dobry kumpel. Mogę do niego zadzwonić i poprosić o poręczenie. Niestety twoje lody mogłyby tego nie doczekać.

– W takim razie w imię lodów ciasteczkowo-śmietankowych zaryzykuję spacer. – Chwyciła wózek i ruszyła w stronę chodnika. – W ogóle to przepraszam. Przeze mnie sam nie możesz zrobić zakupów.

– Nic się nie stało. Już mam je z głowy. – Wyciągnąłem z kieszeni dżinsów zdrapkę, którą zdążyłem wcześniej kupić, pokazałem i zaraz schowałem z powrotem. – Mam taką umowę z dziadkiem, że co tydzień kupuję mu losy na dwóch stacjach benzynowych i w sklepie spożywczym. W zamian za to babcia gotuje mi obiad raz albo dwa razy w tygodniu.

– Czyli twój dziadek ma szansę wygrać pieniądze, a ty dostajesz darmowe posiłki. A co z babcią? Wygląda na to, że została wyrolowana.

– Cóż… Ściskam ją za każdym razem, gdy przychodzę na obiad.

Kobieta uniosła brwi o idealnym kształcie.

– Naprawdę dobrze przytulam – dodałem, nachylając się.

Ona zaśmiała się cicho, a w jej oczach pojawiły się iskry. Zaczęła maszerować szybkim, swobodnym krokiem.

Kółka wózka grzechotały na betonie, zagłuszając stukanie moich kowbojek. Zdecydowanie zbyt prędko minęliśmy pierwszą przecznicę.

– Chyba nie znam drugiej osoby, która chodziłaby tak szybko jak ty. – Normalnie bym skrócił krok, idąc obok kobiety, ale nie w tym przypadku. – Domyślam się, że to ma niewiele wspólnego z lodami, zgadza się?

– Zawsze tak chodzę. – Wzruszyła ramionami, gdy dotarliśmy za róg, a każde z nas obejrzało się w obie strony przed przejściem. Za chwilę znowu maszerowaliśmy chodnikiem, już zbliżając się do kolejnej przecznicy.

Tylko że ja nie byłem gotów na koniec tego spaceru. Zdecydowanie nie.

– Powiedz mi jakieś kłamstwo.

Zwolniła, tak jak tego oczekiwałem, i ściągnęła brwi.

– Słucham?

– Kłamstwo. Powiedz mi jakieś.

– Dlaczego?

– A dlaczego nie? To chyba ciekawsze niż gadanie o pogodzie.

– Jeszcze nikt mnie nie poprosił o to, by go okłamać. – Na jej ustach błąkał się cień uśmiechu. – No dobra. Uwielbiam kanapki z grillowanym serem.

– Słucham? – Zatrzymałem się w pół kroku. – Nie lubisz kanapek z grillowanym serem?

– Ani trochę.

Złapałem się za serce.

– To jedna z dwóch rzeczy, które potrafię przygotować.

– A jaka jest ta druga?

– Śniadanie na obiad. Jestem naprawdę dobry w przytulaniu i smażeniu naleśników. – I dawaniu orgazmów, ale to wolę pokazywać, zamiast obiecywać.

– Nigdy nie jadłam śniadania na obiad – odpowiedziała.

– Że co proszę? – Moja szczęka niemal rozbiła się o betonowe płyty chodnikowe. – Nigdy nie jadłaś śniadania na obiad? To zbrodnia.

– Przykro mi, że cię rozczarowuję. – Uśmiechnęła się, tym razem szerzej, i szła dalej.

– Teraz powiedz mi jakiś sekret.

– Sekrety i kłamstwa? To chyba najdziwniejsza rozmowa, jaką odbyłam z nieznajomym.

Dziwna. Oby niezapomniana.

Zastanawiała się chwilę, po czym rzuciła:

– Nie lubię kotów.

– Jesteś potworem. – Udałem oburzonego, raz jeszcze łapiąc się teatralnie za serce. – Carla miała rację. Naprawdę zamierzałaś ukraść ten wózek, prawda?

Zaśmiała się i to zupełnie ją odmieniło, jakby odsłoniła swój wewnętrzny blask, który zdawał się bić od jej twarzy. Czekoladowe oczy zalśniły, pokazując plamki złota i cynamonu. Błysnęły jej śnieżnobiałe zęby, a policzki zapłonęły rumieńcem.

No dobra.

To oficjalnie miałem przejebane.

– Na swoją obronę dodam, że mam na nie alergię – rzuciła. – Ale wolałabym pogłaskać pająka niż kota, a boję się pająków. Nie żebym bała się kotów. Po prostu za nimi nie przepadam. Są zbyt niezależne.

– A co z kociętami?

– Są urocze. Ale nie tak urocze, jak szczenięta.

– Czyli wolisz psy. A co z końmi?

– Nigdy nie miałam z nimi do czynienia.

Nigdy nie jadła śniadania na obiad. Nie miała do czynienia z końmi. Poczułem chęć, by rozwiązać oba te problemy.

Tylko że zanim zdążyłem zaprosić ją na przejażdżkę i obiad na ranczu, ona wskazała znajdujący się przed nami bliźniak z jasnobrązowym sidingiem. Jakimś cudem minęliśmy drugą i trzecią przecznicę szybciej niż pierwszą.

– Tutaj mieszkam.

To był starszy dom, ale trawnik wyglądał na świeżo skoszony, a jeśli nie liczyć rozpadającego się rzęcha na podjeździe sąsiada, ulica wydawała się przytulna. Po drugiej stronie inny mieszkaniec zawalił swoją działkę nadmuchiwanymi dekoracjami na Halloween.

– Wejdę na chwilę i odłożę szybko zakupy – powiedziała, zatrzymując się przed chodnikiem prowadzącym aż pod drzwi.

– Pomóc?

– Nie, nie trzeba.

– Okej. – Może pewnego dnia zaprosi mnie do środka, lecz do tego czasu byłem nieznajomym i nie zamierzałem nalegać.

Potrzebowała dwóch wycieczek z torbami. Bardzo się spieszyła i zaraz wózek został opróżniony, a ona dołączyła do mnie na ulicy.

– Mogę go sam odprowadzić – powiedziałem jej.

– A nie masz nic przeciwko, jeśli ci potowarzyszę? W tym momencie to kwestia honoru.

No jasne, że nie miałem.

– Nie śmiałbym odmówić ci szansy na obronę honoru. – Wyszczerzyłem zęby, a ona zaczęła iść obok, zostawiając mi pchanie wózka.

– Twoja kolej. Powiedz mi jakieś kłamstwo – rzuciła.

– Ja nigdy nie kłamię.

– To jest to kłamstwo? Czy twierdzisz, że nie możesz mi powiedzieć kłamstwa, bo nigdy nie kłamiesz?

Puściłem do niej oko.

– To nie jest odpowiedź. – Przewróciła oczami. – Dobra. A co z sekretem?

– Nie mam sekretów.

– Wszyscy je mają.

– Ja nie. – Z pewnością nie w tak małym miasteczku. Tutaj wszystkie brudy wiszą sobie na sznurku jedne obok drugich, w tym moje.

Nieznajoma przyglądała mi się przez chwilę.

– Naprawdę nic mi nie zdradzisz?

– Mówiłem już, że nie kłamię i nie mam żadnych sekretów. – Cały czas kierowałem wzrok przed siebie, starając zachować poważny wyraz twarzy.

Kiedy ostatni raz flirtowałem w ten sposób z kobietą? Chyba w college’u. Dziewczyny z miasteczka były naprawdę urocze, ale nie trzeba z nimi za bardzo flirtować. Zazwyczaj wystarczała moja uroda, by zaciągnąć je do łóżka. Albo nazwisko.

Ja pierdzielę, ale mi to sprawiało radochę. Było takie odświeżające. Ta kobieta wydawała się inna. Na niej nie byłoby tak łatwo zrobić wrażenia, prawda?

W tamtym momencie nie przychodziło mi do głowy nic, na co z większą przyjemnością bym chciał zapracować. Cholera, a nawet nie poznałem jej imienia.

– Jesz dzisiaj lody. A może zaczniemy od obiadu? – zapytałem. – Nie mamy co prawda naleśnikarni, ale w Żółwiu Żarłaczu podają świetne burgery.

Milczała, nie przerywając marszu.

Z każdym krokiem serce coraz bardziej podchodziło mi do gardła. Nerwy miałem napięte. Czyżby zastanawiała się, jak mnie spławić? Pierwszy raz od piekielnie długiego czasu czekała mnie odmowa, prawda?

Kazała mi czekać, moje zaproszenie zawisło w próżni, gdy minęliśmy ostatnie skrzyżowanie i dotarliśmy aż na parking przed sklepem spożywczym.

– Ryzykujesz swoją reputację, zadając się z osobą podejrzaną o złodziejstwo – rzuciła w końcu.

A niech mnie. Zapowiadało się na „tak”. Zamierzała się zgodzić.

– Jestem gotów podjąć to ryzyko. – Wyciągnąłem rękę. – Jax Haven, miło mi.

– Haven. – Na jej twarzy pojawiło się coś na kształt paniki, oczy zrobiły się wielkie. – Z Rancza Haven River?

– Zgadza się.

Zazwyczaj nazwisko działało na moją korzyść. Dlaczego nagle nieznajoma zrobiła się blada jak ściana?

– Och. – Przygryzła wargę i zrobiła krok do tyłu, potem następny. – Dzięki, ale lepiej zostanę przy samych lodach. Miło było cię poznać.

Zaraz, zaraz. O co chodziło? Niestety zanim zdążyłem ją zapytać, odwróciła się i sobie poszła.

Stałem z dłonią na wózku sklepowym, zbierając szczękę z ziemi, a kobieta zniknęła z pola widzenia.

– Co tu się odwaliło?

Odmówiła mi. Naprawdę mi odmówiła?

Czyżbym źle odczytał sytuację? Flirtowaliśmy, prawda? Co tu się właściwie wydarzyło?

Mój nastrój natychmiast się zwarzył i odprowadziłem wózek do stoiska, po czym wszedłem do sklepu i wyciągnąłem rękę do Carli, żeby zwróciła mi pieniądze. Gdy tylko wcisnęła mi je w dłoń, wyszedłem bez słowa, kierując się do auta.

Pojechałem na ranczo w towarzystwie zranionego ego. Potem nasmażyłem sobie naleśników na obiad i starałem się nie myśleć o ciemnowłosej piękności, z którą powinienem był je zjeść.

– Ile czasu to zajmie? – zapytałem Westa.

– Nie wiem, może dziesięć minut.

Westchnąłem.

– Co ja tu w ogóle robię?

– Jesteś właścicielem tego ośrodka. – Popatrzył na mnie z ukosa. – Co się z tobą dzisiaj dzieje?

– Nic – skłamałem.

Mój brat zmarszczył brwi.

– No to przestań narzekać, do cholery.

– Teraz gadasz jak ojciec – mruknąłem.

Kochałem Westa, ale problem polegał na tym, że ponieważ byłem od niego dziewięć lat młodszy, często traktował mnie bardziej jak syna niż brata.

Staliśmy właśnie w lobby ośrodka, pod rozświetlonym żyrandolem z rogami. Otaczali nas uśmiechnięci goście, popijając kawę i grzany cydr. Czteroosobowa rodzina właśnie się meldowała, z bagażami u stóp.

Wszyscy byli dzisiaj tacy cholernie szczęśliwi. Wszyscy oprócz mnie.

– Miejmy to spotkanie z głowy. – Potem zniknę w stajni, by osiodłać swojego konia i wybrać się na długą przejażdżkę. Może spędzenie dnia na dworze i oddychanie rześkim jesiennym powietrzem pomoże mi zapomnieć o kobiecie poznanej wczoraj pod sklepem.

Jej odrzucenie tego ranka bolało jakoś bardziej, po tym, jak pół nocy nie mogłem spać, wiercąc się w łóżku i odtwarzając każdą minutę tamtego spaceru. Nie mogłem nawet przeklinać jej imienia, ponieważ go nie poznałem.

A jednak ona rozpoznała moje. I najwyraźniej to wystarczyło, żeby uciekła w popłochu.

Czyżby przyjaźniła się z jedną z kobiet, z którymi spałem? Może słyszała, że wolę jednorazowe przygody, więc wolała trzymać się ode mnie z daleka. Ale skąd to wiedziała? Przecież dopiero co się przeprowadziła do miasta, prawda? Chyba że moja niesława sięgała dalej, niż zdawałem sobie sprawę.

– Przestań. – West trącił mnie w ramię.

– No co? – warknąłem.

– Przestań marszczyć brwi. Uśmiechnij się, do cholery. Indyi naprawdę na tym zależy.

Wyszczerzyłem zęby.

– Palant.

Rozluźniłem usta i postarałem się usunąć z twarzy grymas, który nosiłem od wczoraj.

– Nie rozumiem, dlaczego musieliśmy zatrudnić kogoś nowego. Przecież mówiłem, że mogę przejąć obowiązki Indyi na czas jej urlopu macierzyńskiego.

– I tak masz już dużo roboty. Ja tak samo. Rozwijamy się i potrzebujemy pomocy. Zatrudnienie kogoś, kto zajmie się ośrodkiem, bardzo ułatwi nam życie.

– Jak sobie chcesz. – Skrzyżowałem ręce na piersi. – Lepiej, żeby koleś nie próbował mną rządzić.

– Właściwie to kobieta. I na pewno nie będzie tobą rządzić.

– Indya to robi.

Zaśmiał się.

– Mną też.

Jedyna kobieta na świecie, od której West może przyjmować polecenia, to jego żona. I może będzie nią jeszcze córka, gdy już się urodzi.

Z korytarza prowadzącego do dyrektorskich biur poniosły się głosy i West się odwrócił, rozciągając usta w szerokim uśmiechu na widok kręconych blond włosów Indyi.

Normalnie bym mu dokuczał, bo strasznie się robi rozanielony, kiedy tylko jego żona pojawi się w zasięgu wzroku.

Tylko że nie mogłem wykrztusić z siebie słowa, ponieważ moja szczęka wylądowała na podłodze.

Obok Indyi szła tamta kobieta ze sklepu.

Piękna. Olśniewająca. Tak samo perfekcyjna, jak wczoraj.

To chyba jakiś pierdolony żart.

Indya rozpromieniła się, dołączając do męża.

– Chłopaki, chciałabym wam przedstawić Sashę Vaughn, naszą nową menadżerkę. Sasha, to jest mój mąż West, a to jego brat Jax. We troje jesteśmy właścicielami rancza i ośrodka.

No, troszeczkę naciągała fakty. W moim posiadaniu był zaledwie ułamek tego, co przypadło w udziale Westowi i Indyi. Jednak te szczegóły nie miały dzisiaj wielkiego znaczenia. Nie kiedy wpatrywałem się w te zdumiewające czekoladowe oczy i piegowaty nosek.

Sasha. Czyli tak miała na imię.

– Miło mi cię poznać. – West uścisnął jej dłoń. – Cieszę się, że przyjechałaś.

– Ja również, panie Haven.

– Wystarczy West – poprawił ją.

– West – powtórzyła.

Sasha przeniosła wzrok na mnie i uśmiechnęła się uprzejmie. Na jej twarzy nie pojawił się nawet cień zaskoczenia. I w sumie nic dziwnego, przecież ona wiedziała, kogo dzisiaj spotka.

Za to ja nie miałem bladego pojęcia.

– Miło cię poznać. – Wyciągnęła do mnie rękę.

Czyli tak zamierzała to rozegrać? Udawać, że wczorajszy dzień nie miał miejsca?

Dobra. Mogłem w to wejść. Na razie.

– I nawzajem. – Gdy nasze dłonie się zetknęły, poczułem mrowienie. Sasha otworzyła szerzej oczy i po tym poznałem, że ona również. Uśmiechnąłem się pod nosem i przytrzymałem jej delikatne palce nieco dłużej. – Witaj na Ranczu Haven River,  S a s h o. 

Rozdział 2Sasha

Trzy miesiące później…

Pod prysznicem rozległ się jakiś brzęk. Nie pojedynczy, raczej jakby coś próbowało się przedostać przez labirynt rur.

Palce miałam wczepione we włosy i całe w mydlinach. Po moim ciele spływała letnia woda.

Aż przestała.

– Nie. Nie, nie, nie.

Wartki strumień zmienił się w parę kropelek.

– O mój Boże – mruknęłam, bo musiałam jeszcze spłukać szampon. – No weź. – Przekręciłam kurek tam i z powrotem. – Proszę.

Odkręciłam. Zakręciłam. Odkręciłam. Nadal nic.

Dało się słyszeć jedynie jakieś burczenie w rurach.

Jęknęłam głośno, przykładając czoło do ściany.

– To muszą być jakieś żarty. Tak ma teraz wyglądać moje życie?

Nienawidziłam tego prysznica. Nienawidziłam tego domu.

Nienawidziłam Montany.

Powietrze zrobiło się zimne, wywoływało u mnie gęsią skórkę. Szybko wyszłam spod prysznica i owinęłam się ręcznikiem. Potem wycisnęłam z włosów tyle szamponu, ile tylko się dało, i pobiegłam do szafy po ciepłe dresy.

Może woda wróciłaby niedługo, ale czekanie oznaczałoby spóźnienie się do pracy. A w tej chwili praca to chyba jedyna pozytywna rzecz w moim życiu. Nie mogłam się spóźnić.

No a poza tym prysznic w szatni dla kobiet na pewno miał ciepłą wodę.

Dlatego szybko zebrałam ubrania, szczotkę, suszarkę do włosów i kosmetyczkę, po czym wsunęłam śniegowce i wyszłam z domu.

Zaskoczyło mnie zimne powietrze. Jeden oddech wystarczył, żeby zmroziło mi płuca. Zanim zdążyłam dotrzeć do auta, mokre włosy zaczęły pokrywać się szronem.

Wślizgnęłam się za kierownicę Mazdy, całe moje ciało drżało od chłodu, który przeniknął aż do kości. Dopiero za drugim razem trafiłam kluczykiem w stacyjkę. Silnik zacharczał w proteście, ale wreszcie zaskoczył. Kiedy podkręciłam ogrzewanie, wiatrak posłał mi prosto w twarz mroźne powietrze, więc je wyłączyłam.

Gdy deska rozdzielcza się zaświeciła, termometr pokazał dwadzieścia stopni na minusie.

– Co ja tu w ogóle robię? – Zaczęłam rozcierać ręce, a potem przyłożyłam je do ust i zaczęłam w nie chuchać.

Z dzwoniącymi zębami odczekałam kilka minut, aż samochód się nagrzeje, a przednia szyba odtaje na tyle, żebym mogła cokolwiek zobaczyć. Potem powoli wyjechałam na zaśnieżoną ulicę, patrząc spode łba na drugą połowę wynajmowanego przeze mnie bliźniaka.

Sąsiedzi pewnie jeszcze spali. Spędzili całą noc na uprawianiu głośnego, dzikiego seksu, dbając o to, by wezgłowie ich łóżka waliło w ścianę łączącą nasze lokale tyle razy, ile tylko się dało. Sukinsyny. Nie dało się zasnąć aż do trzeciej nad ranem. Koło piątej zwlekłam się z łóżka, żeby wziąć prysznic.

Boże, jak ja bym chciała się przeprowadzić.

Do jakiegoś ciepłego, cichego miejsca.

Gdzie nie szwankuje woda.

Tylko że utknęłam w Montanie. Utknęłam w tym gównianym domu. I do tego zimą, gdy temperatura spadała do jakichś absurdalnych wartości. Utknęłam, po prostu.

Pod tak wieloma względami, że aż straciłam rachubę.

Ale przynajmniej robotę miałam niezłą.

Powoli manewrowałam bocznymi uliczkami Big Timber, kierując się na autostradę. Jazda po śniegu to umiejętność, której wciąż mi brakowało, a mój samochód z napędem na dwa koła radził sobie z gołoledzią mniej więcej tak dobrze, jak żyrafa na rolkach.

Droga na Ranczo Haven River zajmowała mi zawrotne czterdzieści pięć minut. Każdego dnia coraz bardziej mnie męczyła.

Gdy przeprowadziłam się tutaj trzy miesiące temu, nawet lubiłam te dojazdy. Podobał mi się czas spędzany samotnie na otwartej przestrzeni. Rozkoszowałam się widokami, podziwiałam ciągnące się wzdłuż trasy łąki i widoczne w tle wysokie góry.

Potem jednak pierwszy raz napadało śniegu i droga do pracy stała się dla mnie czystą nerwówką. Naprawdę zaczęłam tęsknić za korkami w Kalifornii, a nie spodziewałam się, że kiedykolwiek w mojej głowie zrodzi się podobna myśl.

Kiedy zjechałam z autostrady na zamarzniętą żwirówkę, moje knykcie były już zbielałe. Ale naprawdę odetchnęłam, dopiero minąwszy łuk powitalny rancza.

– Udało się.

Ta podróż mogła okazać się dzisiaj moim jedynym zwycięstwem. Potrzebowałam tego, by w ogóle pokonać tę drogę z powrotem.

Wysiłkiem woli odsunęłam ramiona od uszu i przestałam kulić się przy kierownicy. Potem nacisnęłam lekko hamulec, by zwolnić na ostatnim odcinku.

W jednej chwili przód mojego auta był skierowany na wprost żwirówki. W następnej tylne koła nagle skręciły.

– O cholera. – Obróciłam kierownicę, gorączkowo próbując wyprostować samochód.

W ten sposób osiągnęłam tylko tyle, że przednie koła też wpadły w poślizg.

– Przestań. Nie. – Wciągnęłam gwałtownie powietrze, kiedy auto coraz bardziej zbliżało się do rowu. – Proszę, nie.

Wbiłam hamulec w podłogę.

Auto zsuwało się dalej. Prosto w dół, gdzie zatrzymało się ze stłumionym łupnięciem.

– Cholera jasna. – Dodałam gazu. Silnik zwiększył obroty, ale samochód nie ruszył się ani o milimetr.

To nie mogło się dziać. Nie dzisiaj.

Byłam tak blisko. Widziałam już czerwony blaszany dach domku dla gości. Praktycznie czułam zapach bekonu i jajek szykowanych w kuchni ośrodka.

– Rany. – Opuściłam czoło na kierownicę. Mokry kosmyk uwolnił się spod gumki i pacnął mnie w policzek. – Nienawidzę Montany.

Może gdybym bardziej lubiła przebywać na świeżym powietrzu, nie przeszkadzałby mi spacer po śniegu iskrzącym się w promieniach porannego słońca. Może gdybym spała dłużej niż dwie godziny, nie naciskałabym co chwilę drzemki w telefonie i nie musiała skracać prysznica. Może gdybym przez ostatnie dziesięć lat podejmowała lepsze decyzje, w ogóle by mnie tutaj nie było.

A jednak właśnie wyciągnęłam rękę po torbę wypełnioną po brzegi przyborami toaletowymi, bo czy mi się to podobało, czy nie, najwyraźniej resztę drogi do pracy musiałam pokonać na piechotę.

Samochód przechylił się w bok, a kiedy spróbowałam otworzyć drzwi, same się zatrzasnęły. Dlatego przesunęłam się i wypchnęłam je z całej siły nogami. Potem z torbą przewieszoną przez ramię wyczołgałam się ze środka i od razu wpadłam po kolana w śnieg.

Lodowata wilgoć wlała mi się do butów.

– Kij ci nie powiem gdzie, zimo.

Zupełnie jakby Matka Natura mnie usłyszała, zaraz podmuch wiatru sypnął mi prosto w twarz kryształkami lodu.

A to suka.

Ruszyłam z trudem do przodu, praktycznie brodząc w białym puchu. W końcu wydostałam się na drogę, otrzepałam, ile tylko dałam radę, i poczłapałam w stronę ośrodka.

Mój oddech zmieniał się w biały obłok. Włosy znowu pokryły mi się szronem, jeszcze zanim pokonałam choćby piętnaście metrów. Mróz szczypał mnie w nos i wyciskał mi łzy z oczu.

Ludzie mieszkali tu z własnej woli. Na stałe. Przyjeżdżali tutaj odpocząć. Poważnie?

Musieli być ulepieni z innej gliny.

Za to ja potrzebowałam pieniędzy, a tutaj najlepiej płacili.

W oddali dało się słyszeć pomruk silnika.

– Proszę, niech to będzie West. Proszę.

Mąż Indyi uratowałby moje auto i nie robił wokół tego wielkiego szumu. Nie żartowałby ze mnie przez resztę życia, bo wjechałam w rów.

Niestety to nie truck Westa pojawił się za zakrętem. Oczywiście, że nie. Mój pech nie zamierzał odpuszczać.

Szare Silverado, które znalazło się w zasięgu wzroku, należało do ostatniej osoby, którą chciałabym oglądać tego ranka.

Jaxa Havena.

I nie był sam. Oczywiście, że nie był sam.

Na fotelu pasażera siedziała Mindi, jedna z dziewczyn pracujących w recepcji.

Co oznaczało, że do południa wszyscy w ośrodku będą wiedzieć, co się stało.

– Co ja tutaj w ogóle robię? – mruknęłam pod nosem. – To zdecydowanie nie jest mój dzień.

Jax zwolnił i stanął, po czym opuścił szybę, by wyszczerzyć arogancko te swoje zęby białe jak śnieg.

– Dobry, Sasha. Utknęłaś?

– Nie, tak sobie pomyślałam, że sprawdzę, czy to by się nadawało na nowy parking – wypaliłam. – Oczywiście, że utknęłam.

Bardziej utknąć się już nie dało.

Zmrużył te swoje błękitne oczęta, taksując mnie wzrokiem, a jego uśmiech stał się złośliwy.

Ten pieprzony uśmieszek. Na pewno facet pomyślał sobie teraz coś, co wywoływało w nim bezbrzeżne rozbawienie. Każdy inny z taką miną wydawałby się zadufany w sobie, ale z jakiegoś powodu uśmieszek pasował do tej ślicznej facjaty, co wywoływało we mnie jeszcze większą złość.

Czy Jax uśmiechał się tak do wszystkich? A może to znowu mój pech? Przez ostatnie trzy miesiące chyba nie zdarzyło się, bym spotkała Jaxa i nie została uraczona tym wstrętnym grymasem.

No, jeśli nie liczyć tamtego dnia w sklepie spożywczym. Wtedy na jego twarzy nie było tego uśmieszku. Ale staram się nie wspominać tamtych chwil. I nie rozmyślać o tym, jak inaczej mogłoby się to skończyć, gdyby Jax nie okazał się, technicznie rzecz biorąc, moim szefem.

– Hej, Sasha. – Mindi wychyliła się i pomachała do mnie samymi palcami. Jej uśmieszek zdecydowanie był arogancki.

– Cześć, Mindi.

– Twoje włosy zamarzają. – Dziewczyna postanowiła stwierdzić to, co oczywiste. – Nie powinnaś wychodzić na taki mróz z mokrymi.

– Świetna rada – mruknęłam, a potem przeniosłam wzrok na Jaxa, który właśnie powstrzymywał śmiech.

– Wskakuj. – Wskazał ruchem głowy tylne siedzenie. – Podwiozę cię do ośrodka, a potem wyciągniemy twoje auto.

– Dziękuję. – Wsiadłam i westchnęłam z ulgi, gdy poczułam ciepło i zapach.

Cedr, przyprawy i cytrusy, zupełnie jakby tego ranka Jax obierał pomarańcze i ich woń pozostała na jego palcach.

Pewnie obrał jedną dla Mindi.

Dziewczyna miała na sobie bluzę z kapturem, która na jej drobnej sylwetce wydawała się ogromna. Mogłabym się założyć, że ukradła ją z szafy Jaxa. Flirtowała z nim od tygodni i najwyraźniej ten wysiłek się opłacił.

Cóż, miałam nadzieję, że nie zrobiło jej się zbyt wygodnie na tym fotelu. Odkąd przeprowadziłam się do Montany, słyszałam od więcej niż jednej kobiety, że Jax to playboy, który zmienia dziewczyny jak rękawiczki.

Zważywszy na to, w jaki sposób się poznaliśmy, nie miałam żadnego problemu, by w to uwierzyć.

– Właśnie mówiłam Jaxowi, że jest, no wiesz, zimno – rzuciła Mindi.

– Ano, zimno – wypaliłam.

Bardziej od pogawędek o niczym nienawidziłam tylko pogawędek o pogodzie.

Jax popatrzył mi w oczy przez lusterko wsteczne, skręcając w kierunku ośrodka.

– Mindi, Sasha nie cierpi gadać o pogodzie.

– Naprawdę?

– Ano – odparliśmy z Jaxem jednocześnie.

Zaraz. A on to niby skąd wie takie rzeczy?

– Skąd wiedziałeś?

– Zawsze się krzywisz, gdy ktoś do ciebie zagaduje o pogodę.

Naprawdę? Ha, czyli zwrócił na to uwagę. Dlaczego?

– To tylko pogoda. – Mindi się zaśmiała. – Wszyscy o tym mówią.

Odruchowo się skrzywiłam.

Tym razem Mindi też to zauważyła. Uniosła ręce.

– Dobra, żadnej pogody, Jezu.

– Po prostu… – Zaczęłam masować sobie skronie, czując narastający ból głowy. – Miałam ciężki poranek i chciałabym wreszcie spłukać szampon z włosów. Nie nadaję się za bardzo do rozmowy w tym momencie.

Nie żebym kiedykolwiek była szczególnie chętna do rozmowy z Mindi. Niezbyt się polubiłyśmy przez te trzy miesiące mojej pracy na Ranczu Haven River. Byłam jej szefową i całkowicie wystarczała mi relacja zawodowa.

To samo dotyczyło Jaxa. Poza tym nie kręcili mnie kowboje.

– Myślałam, że robisz sobie wolne w weekend – rzucił.

– Wiele się teraz dzieje. Chciałabym wykorzystać na maksa czas przed pójściem Indyi na macierzyński.

– Nawet w sobotę?

– Nawet w sobotę. Nie wszyscy mogą balować w weekend.

Prychnął i zerknął na Mindi.

– Nie baluję, prawda?

– Nie. – Zatrzepotała rzęsami i zachichotała.

Gdy Jax zaśmiał się pod nosem, ja popatrzyłam na klamkę. Pierwszy raz w życiu rozważałam wyskoczenie z jadącego auta.

Czy naprawdę stałam się już obiektem żartów? W pierwszym tygodniu swojego pobytu rozmawiałam z gościem, który mieszkał w Big Timber. Zabrał swoją żonę na weekend z okazji rocznicy ślubu, taki krótki wypad, by skorzystać z naszego spa i doskonałej kuchni. Kiedy powiedziałam mu, że jestem z Sacramento, zaśmiał się, że większość Kalifornijczyków była w stanie przetrwać w Montanie tylko jedną zimę.

Może miał rację.

Co ja tu w ogóle robiłam, na miłość boską?

Nie pasowałam do tego miejsca. Wiedziała o tym każda osoba w tym trucku, każda w całym ośrodku.

Jednak praca na stanowisku menadżerki dawała mi zarobki dwa razy większe niż te wcześniejsze. I jasne, może i rano skończyła mi się woda, a sąsiedzi okazali się gwiazdami amatorskiego porno, ale za to mieszkałam tam prawie za darmo.

W tej chwili potrzebowałam każdego centa.

Dlatego Jax i Mindi mogli się śmiać, ile im się żywnie podoba. Nie mylili się. Nie pasowałam tutaj.

Mimo to nie zamierzałam wyjeżdżać. Jeszcze nie.

Odetchnęłam, kiedy Jax zajechał przed wejście dla pracowników. Przynajmniej nie kazał mi maszerować przez lobby z zamarzniętymi, pokrytymi szamponem włosami i w dresach, które lepsze dni miały już za sobą. Nawet nie włożyłam jeszcze stanika.

– Dzięki. – Wyskoczyłam z auta, pragnąc szybkiej ucieczki, ale wtedy Jax znowu opuścił szybę i wyciągnął do mnie rękę. Chciał przybić piątkę czy co? – Słucham?

– Kluczyki.

– Och, racja. – Może i było dwadzieścia stopni mrozu, lecz to nie powstrzymywało moich rumieńców przy tym człowieku. Cholera, musiałam z tym skończyć. – Dzięki w ogóle. – Wyciągnęłam kluczyki z torebki i oddałam Jaxowi, po czym wycofałam się i dygnęłam.

Na parkingu, ubrana w obszarpane dresy, dygnęłam jak przed królową Anglii. Torba zsunęła mi się z ramienia i prawie pozbawiła mnie równowagi, gdy się prostowałam.

Co to miało być? Przecież ja tak nie robię. Nigdy. W całym życiu nie zdarzyło mi się przed nikim dygnąć. Dlaczego nagle przyszło mi do głowy coś tak porąbanego? Co za koszmar. Zupełnie jak wtedy, gdy kelner powiedział „smacznego”, a ja na to: „dziękuję, nawzajem”. Czy mi już całkiem dzisiaj odbiło?

Jax, jak można się było spodziewać, uśmiechnął się pod nosem.

Zanim zamknął okno i odjechał, ja popędziłam do drzwi.

Szatnia dla pracowników nie była szczególnie przestronna, za to całe szczęście w tej chwili pusta. Po długim, gorącym prysznicu przebrałam się w dżinsy i najcieplejszy sweter, a potem nalałam sobie niemal wrzącej kawy do kubka i poszłam do swojego biura.

– Naprawdę dygnęłaś? – rzuciłam do siebie i skrzywiłam się, siadając przed komputerem.

Pewnego dnia, kiedy będę już daleko, daleko od Montany, pewnie wrócę myślami do tej scenki i wybuchnę śmiechem. Jednak nie dzisiaj, o nie. Dzisiaj walczyłam z chęcią, by zwinąć się w kłębek i schować za biurkiem na całą wieczność.

Ponieważ nie miałam takiej możliwości, przez następne kilka godzin ślęczałam nad robotą, starając się za wszelką cenę zapomnieć o poranku. Wyrzucić z głowy uśmieszek Jaxa.

Kierował go w moją stronę już od trzech miesięcy. Najpierw dzień po tym, jak się poznaliśmy, w czasie mojego pierwszego poranka jako menadżerki Rancza Haven River. To wtedy udałam, że nigdy wcześniej nie widziałam Jaxa.

W odpowiedzi uśmiechnął się pod nosem i od tamtej pory robił to co chwilę. A po tylu tygodniach wszystko w nim mnie denerwowało.

Ten człowiek niczego nie traktował poważnie i za każdym razem, gdy mieliśmy spotkanie, zachowywał się raczej jak kolejny pracownik, a nie współwłaściciel. Był taki niefrasobliwy. Taki beztroski. Tak absurdalnie atrakcyjny, że budziło to we mnie irracjonalną złość.

Dlaczego musiał być aż tak przystojny? Dlaczego to nim musiał się okazać tamten koleś spod sklepu? Dlaczego nie mógł pracować właściwie gdziekolwiek indziej?

– Cześć, Sasha. – Indya zapukała do otwartych drzwi biura i weszła do środka. Jej jasne kręcone włosy spływały kaskadą na ramiona, a kosmyk spadł na twarz, kiedy sięgnęła do torebki, by wyciągnąć moje kluczyki i położyć je na biurku. – West zaparkował twoje auto tam, gdzie zwykle stajesz.

– Dzięki. – Wypuściłam powoli powietrze. – Czuję się jak kretynka.

– Niepotrzebnie. – Zbyła to machnięciem ręki. – Ludzie ciągle gdzieś tutaj utykają. Nikt się tym nie przejmuje.

– Powiem mu sama, gdy na niego wpadnę, ale czy do tego czasu przekażesz Westowi moje podziękowania?

– Jasne. – Zajęła miejsce na fotelu na gości, wysuwając się daleko do przodu ze względu na duży brzuch ciążowy, na którym od razu odruchowo położyła dłonie.

Indya jest współwłaścicielką Rancza Haven River razem z Westem i Jaxem. Wspólnie dysponowali majątkiem, o jakim ja mogłam jedynie pomarzyć – zresztą nie tylko oni, ale też większość gości naszego ośrodka. Ściągaliśmy tu bogatych ludzi z całej Ameryki. Mimo zamożności Indya była miła, praktyczna i… normalna. Cudownie się z nią pracowało przez te trzy miesiące.

W innym życiu chyba chciałabym zostać jej przyjaciółką.

W tym wystarczy, że jestem jej pracownicą.

– Ale jest dzisiaj pięknie. – Spojrzała przez okno wychodzące na patio.

Obróciłam się na fotelu, podążyłam za jej wzrokiem.

Promienie słońca odbijały się od śniegu. Na błękitnym niebie nie było ani jednej chmurki. Z zewnętrznego jacuzzi unosiły się kłęby pary. Prawdziwy zimowy raj. A przynajmniej tak to przedstawialiśmy naszym klientom.

Tak, było pięknie. Tylko dlaczego musiało być też tak strasznie zimno?

– Nie lubisz zimy, prawda? – zapytała Indya.

– Wolę lato.

– A podoba ci się tutaj? W Montanie? – Na jej twarzy malowała się nadzieja, aż mnie kusiło, żeby skłamać.

– Cóż, nie było łatwo się przyzwyczaić. Nie należę do wielbicielek przebywania na świeżym powietrzu, więc… – Czuję się tu okropnie. – Muszę się przyzwyczaić. Wynajęty przeze mnie dom też nie należy do wymarzonych. Sąsiedzi są głośni, do tego miałam kilka usterek.

Indya zrobiła wielkie oczy.

– Czyli nie znosisz Montany?

Tym razem faktycznie skłamałam.

– Nie, wcale nie.

Przyglądała mi się przez chwilę.

– Sasha, bądź szczera. Lubisz tę pracę?

– Tak. – To była akurat prawda. – Mam problem tylko z zimą. Nie jest moją ulubioną porą roku.

– Jesteś nieszczęśliwa? Naprawdę bym tego nie chciała.

– Nie nieszczęśliwa.

Może nie byłam chodzącym promykiem szczęścia, ale bez przesady.

– Proszę, nie rzucaj pracy – szepnęła z paniką w głosie.

– Nie mam zamiaru.

– Na pewno?

– Tak, na pewno.

– Co mogę dla ciebie zrobić? – Indya wyciągnęła ręce, jakby mogła magicznie przywiązać mnie do tego fotela. – Jak mogę pomóc?

– Nic nie musisz robić, naprawdę. Wszystko jest w porządku.

Kolejne kłamstwa. Moja obecność w Montanie nie była ani trochę w porządku. Ale nie miałam innego wyjścia. Przynajmniej na razie.

– Mogę cię prosić o przysługę? Gdybyś postanowiła odejść, proszę, najpierw przyjdź i porozmawiaj ze mną.

Pokiwałam głową.

– Nie odejdę. Ale jeśli to ma cię uspokoić, to obiecuję, że najpierw z tobą porozmawiam.

Opuściła ramiona.

– Całe popołudnie spędzę na czytaniu zaległych e-maili. Daj znać, gdybyś czegoś potrzebowała. West ma później wpaść z chłopakami na ognisko.

To była tradycja Haven River. W każdą sobotę rozpalano ognisko na patio, a dzieciaki mogły piec kiełbaski i pianki. Gościom podawano burgery pieczone na otwartym ogniu. Zanim spadł śnieg, organizowano też gry i zabawy na trawniku. Czasami Indya zatrudniała lokalnych muzyków, by śpiewali i grali na gitarze.

Havenowie pojawiali się w każdą sobotę. Zazwyczaj West i Indya. Chociaż czasami również Jax. Ja sama też wpadałam, by wesprzeć pracowników i pokręcić się między gośćmi.

Potem moje włosy zawsze pachniały dymem. Zazwyczaj nie stanowiło to problemu, bo wracałam do domu i brałam prysznic przed pójściem spać. Jednak dzisiaj nie miałam gwarancji, że z kranu cokolwiek poleci.

– Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym opuściła dzisiejsze ognisko?

– W żadnym wypadku – odparła Indya. – Obecność nigdy nie jest obowiązkowa.

– Dzięki. Będę pilnować tego, by się na nim pojawiać po narodzinach dziecka.

– Jax obiecał mi to samo. Może udałoby wam się to jakoś skoordynować.

– Oczywiście. – Musiałam zdusić jęk.

Czy mi się to podobało, czy nie, nie dało się unikać Jaxa. A każdy jego uśmieszek przypominał mi okoliczności, w jakich się poznaliśmy. Moją kłótnię o wózek sklepowy. I jego bezwstydny flirt, podczas gdy wśród zakupów topiły się lody.

Moje życie to katastrofa. Już od dobrych dziesięciu lat.

Nie daj niczego po sobie poznać – takie przyświecało mi motto. Pracowałam ciężko nad tym, by ukrywać to, jak wielką porażką było moje życie. Jednak Jax zobaczył prawdziwą mnie. Na własnej skórze się przekonał, jaką chodzącą katastrofą jest Sasha Vaughn.

Czy w tym kontekście te jego uśmieszki mogą dziwić?

Przynajmniej nie musieliśmy współpracować na co dzień. O ile nie przychodził do ośrodka, by odwiedzić Indyę, nasze drogi rzadko się krzyżowały. West większość czasu zajmował się hodowlą bydła. Działką Jaxa były wycieczki oferowane gościom, a pracował ze swojego biura w stajni.

– Chciałabym – podjęła Indya, głaszcząc się po brzuchu – żebyś jeszcze przed moim porodem zaczęła koordynować z Jaxem wycieczki. Większością zajmuje się sam, ale zazwyczaj spotykamy się raz w tygodniu, żeby wszystko obgadać.

– Wątpię, by potrzebował moich porad. – Rany, moja twarz się wykrzywiła, zanim zdążyłam się powstrzymać.

A Indya, niezwykle spostrzegawcza, zdecydowanie to zauważyła.

– Czy Jax stanowi jakiś problem? Zrobił coś?

– Nie, po prostu… Nie uważam, żebym miała mu cokolwiek do zaproponowania. Jest ekspertem w tych sprawach. Raczej nie spodoba mu się, gdy spróbuję coś mieszać. Cóż, nie pałamy do siebie szczególną sympatią.

– Czyli jednak stanowi problem.

– Nie. – Machnęłam ręką. – Nie dzieje się nic złego. Naprawdę, wszystko jest okej.

Indya patrzyła na mnie tak długo, że zaczęłam się nerwowo wiercić. Nie chciała, żebym odeszła. Dzięki Bogu. Zdecydowanie nie mogłam sobie pozwolić na to, by mnie zwolniono. Szczególnie jeśli Indya pomyśli, że mam jakąś zwadę z Jaxem.

– Nie widzę przeciwwskazań, by się z nim spotykać – zapewniłam ją. – Żaden problem. Kawy? Idę po następną. Przynieść ci coś? Wody? Herbaty? Ciasteczko?

– Nie, dzięki. – Zmrużyła oczy. – Sasha, czy wszystko u ciebie okej?

– Lepiej niż okej! – skłamałam, zgarniając pusty kubek z biurka i skacząc na równe nogi. – Pewnie za dużo kofeiny. Trochę jestem roztrzęsiona. Powinnam chyba przerzucić się na wodę.

Wciąż siedziała w moim biurze, na fotelu dla gości, patrząc na mnie, jakby nagle wyrosły mi skrzydła, kiedy ja popędziłam do drzwi i zniknęłam w korytarzu.

– Ja pierdzielę – mruknęłam.

Pieprzony Jax. To wszystko jego wina. Rano wytrącił mnie z równowagi i jeszcze mi nie przeszło. A może to przez ten prysznic. Albo samochód. Może prawdziwą przyczynę stanowił brak snu.

To zdecydowanie nie był mój dzień.

Nalałam sobie kawy w lobby, rozpaczliwie pragnąc kolejnej dawki kofeiny, po czym wróciłam do biura. Indya poszła do siebie. Gdy tylko usiadłam za biurkiem, odezwał się mój telefon.

Dzwonił Micah.

Odebrałam natychmiast.

– Hej. Cześć. Dzięki, że oddzwaniasz.

– Hej, Sasha.

– I co z nim? Wszystko dobrze?

– Cóż, nie było mu łatwo się przyzwyczaić.

Prawie się roześmiałam, słysząc ten dobór słów. Jeśli jednak chodzi o przyzwyczajanie się, moje problemy to nic w porównaniu z tymi Eddiego.

– Ale nadal… – Nie potrafiłam dokończyć zdania.

Czy nadal żył?

Jak źle musiało się potoczyć nasze życie, skoro chciałam po prostu tego, by jeszcze oddychał? Jak do tego doszło?

– Radzi sobie – odparł Micah. – Jak już mówiłem poprzednim razem, niewiele jestem w stanie ci powiedzieć.

– Mogę z nim porozmawiać?

Micah się zawahał, co samo w sobie stanowiło odpowiedź.

– Jeszcze nie.

Czy tę decyzję podjął Micah? Czy może Eddie wprost mu oznajmił, że nie ma ochoty ze mną rozmawiać? Nie byłam pewna, co sprawiłoby mi większą przykrość.

– Nie przestawaj pisać do niego listów – dodał. – Czyta je.

Czy to się w ogóle liczyło jako listy? Jak do tej pory moje wiadomości były raczej krótkie.

– Nie wiem o czym. Właściwie to takie bardziej liściki.

– To nic. Pisz cokolwiek. Nie muszą być długie ani głębokie. Czasami więcej nie znaczy lepiej. On po prostu musi wiedzieć, że jesteś.

– Jestem – szepnęłam, czując gulę w gardle. – Dzięki za telefon.

– Żaden problem. Pogadamy niedługo.

– Cześć. – Rozłączyłam się i zamknęłam oczy.

Nie żeby powstrzymać łzy. Te wyschły dawno temu.

Wypłakałam wszystkie.

Czasami miałam wrażenie, że to zły sen, a jeśli zacisnę powieki odpowiednio mocno, po ich uniesieniu się obudzę i wszystko będzie dobrze.

Tylko że kiedy otworzyłam oczy, oślepiła mnie biel śniegu za oknem. Odwróciłam się do niego plecami i skupiłam na pracy. Lunch – w postaci dwóch batoników z granolą wyciągniętych z szuflady – zjadłam przy biurku.

Popołudnie właśnie krwawo przechodziło w wieczór, kiedy zrobiłam sobie przerwę, by odnieść kubek. W kuchni kręcili się ludzie, szykując się na ognisko. Wślizgnęłam się niepostrzeżenie i zaraz wyszłam, nawet nie przywitałam się z Reidem, głównym kucharzem.

W drodze powrotnej chciało mi się ziewać. Z biura Indyi niosły się głosy, podążyłam za nimi w nadziei, że będę miała okazję podziękować Westowi za uratowanie mojego auta.

Zatrzymałam się w pół kroku, widząc, jak Indya wskazuje palcem prosto w twarz Jaxa.

– Masz być milszy dla Sashy.

– Co takiego? – żachnął się Jax. – Przecież jestem.

– No to dlaczego cię nie cierpi?

Nie cierpi? To zdecydowanie za dużo powiedziane.

– Naprawdę tak powiedziała? – zapytał Jax.

– Nie, ale nie jest twoją wielbicielką. – Indya złożyła dłonie. – Błagam cię. Bądź miły. Dziewczyna musi tu zostać do końca mojego urlopu macierzyńskiego.

– Ale ja serio jestem miły.

– No to bądź  m i l s z y. 

– Dobra – mruknął. – A musiałaś zatrudniać kogoś tak… z takim kijem w dupie?

Z kijem w dupie? Nie miałam kija w dupie.

Zanim zdążyłam się powstrzymać, z mojego gardła wydostał się groźny pomruk.

West, Indya i Jax odwrócili się w tę stronę.