Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
978 osób interesuje się tą książką
Wystarczyła jedna chwila, jedno spotkanie. Doszło do niego trzy lata temu i od tego momentu Nadia Rokita i Aleks „Greyson” Greson nie mogą przestać o sobie myśleć, ale muszą im wystarczać przypadkowe spotkania, ukradkowe spojrzenia i wiadomości od czasu do czasu. Jednak mimo tego uczucie, które ich połączyło, staje się coraz silniejsze.
Aleksander, wciąż nękany wizjami traumatycznych wydarzeń z dzieciństwa, walczy sam ze sobą oraz własnymi pragnieniami i obawia się, że nie jest właściwym mężczyzną dla nastoletniej niewinnej Nadii. Gdy w Poznaniu pojawia się osoba z jego przeszłości, która nie powinna żyć, wraz z Pastorem i Viper będzie zmuszony jeszcze raz powrócić do koszmaru sprzed lat. Zrobi wszystko, by ochronić ukochaną i zawalczyć o lepszą przyszłość dla niej i dla siebie.
Tymczasem na jaw wyjdą powiązania, które sprawią, że cały syndykat znów znajdzie się na wojennej ścieżce. I wkrótce Aleks się przekona, jak bardzo można się poświęcić dla drugiej osoby. Czy organizacji uda się przetrwać?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 362
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wiedziałem.
To w chuj boli.
I nie mam na myśli tego pierdolonego skomplikowanego procesu umierania, który ciągnie się w cholerną nieskończoność, tylko to, że właśnie w tym momencie, patrząc w jej niebieskie oczy, widziałem, jak cały jej świat rozpierdala się na milion kawałków.
Obiecałem sobie, że jej nie zranię, a jednak to zrobiłem. Obiecałem, że dam jej miłość, bezpieczeństwo, że przy mnie zazna wolności. Jebane kłamstwo.
Zniszczyłem ją.
Bezpowrotnie.
Ostatnie, co zobaczyłem, to moją ukochaną Nadię krzyczącą coś do mnie.
Ach… taaak…
Błagała, bym nie odchodził.
Żebym jej nie zostawiał.
Wołała, że mnie kocha.
Wybacz, moja Sarenko.
Wybacz, że nas zabiłem.
Każdy ma tutaj swój krzyż na drogę
I każdy dobrze wie, ale nie powie
Tu każdy woli się witać, niż żegnać
I tylko z losem nikt się nie chce pojednać…
Tymek ft. Kasta, Jak zostałem gangsterem
Pastor zawiózł mnie do domu pogrzebowego, gdzie miało się odbyć ostatnie pożegnanie. Mimo dogłębnego smutku, z zaskoczeniem zauważyłam, jak wiele ludzi przybyło. Pewnie większość związana była z syndykatem. Każdy miał na sobie czarny garnitur. Rozumiałam ich. Chcieli należycie oddać hołd człowiekowi, który położył na szali swoje życie. Człowiekowi oddanemu sprawie i lojalnemu do samego końca.
Gajorowi.
Dla wielu był wzorem, niedoścignionym mentorem. Dla mnie… opiekunem i całkiem niezłym kumplem. Pracował u wujka Grześka i w większości odpowiadał za ochronę jego rodziny, zwłaszcza cioci Lenki i Any, ale właśnie dlatego, że był godny zaufania, czasami oddelegowywano go do opieki nade mną. I jasne, był przerażający, duży jak niedźwiedź, trochę – albo nawet bardzo – nieokrzesany, a jego tubalny śmiech przerażał swoją mocą, ale Gajor był też miły i troskliwy. Kiedy odbierał mnie po ciężkim dniu ze szkoły, zawsze wiózł potem do Wytwórni Lodów Tradycyjnych na Kościelnej, a stamtąd do Empiku mieszczącego się po drugiej stronie ulicy. Niekiedy żartował z tytułów książek albo z przeczytanych fragmentów, innym razem pozwalał mi po prostu posiedzieć w ciszy. I tak, nadal z tyłu głowy miałam, dla kogo pracuje, co robi oraz to, że… widział niejedno i zapewne miał krew na rękach. Ale zawsze uważałam go za dobrego towarzysza, troskliwego faceta i naprawdę cudownego człowieka. I tak będę go wspominać.
– Nadia?
Zamrugałam, bo kompletnie nie wiedziałam, co się stało ani gdzie jestem. Jakbym dostała obuchem w głowę. Otępiała, spojrzałam na wyciągniętą rękę Eliasza, który zamarł jak ten posąg z marmuru i cierpliwie czekał, aż zdecyduję się wysiąść z samochodu.
– Jest dobrze, dziękuję – powiedziałam pospiesznie, na wypadek gdyby znowu próbował mnie namówić na odpuszczenie ceremonii pogrzebowej.
– Rozumiem. W takim razie chodź ze mną, zaprowadzę cię do rodziców.
Przytaknęłam. Idąc w stronę domu pogrzebowego, zauważyłam, że parking jest zapełniony po brzegi samochodami. Kilka przystanęło nieopodal przy chodniku, a ludzie, którzy z nich wysiadali… cóż. Każdy z nich był rosłym mężczyzną, w przeważającej większości mieli tatuaże i bardzo niebezpieczny wyraz twarzy. Zrozumiałam, że to zapewne nie członkowie rodziny Gajora, a żołnierze syndykatu, którzy przyszli pożegnać swojego kolegę. Ta myśl była jedyną iskierką rozświetlającą pochmurny kwietniowy poranek. Gajor nie tylko dla mnie był dobrym kolegą. Miał szacunek swoich ludzi, ich lojalność. Nie należałam do syndykatu, ale wiedziałam, jak wiele znaczą te słowa.
Eliasz wprowadził mnie do budynku. Trudno było mi się rozeznać, czy mijani przez nas ludzie kiwają głowami przed przerażającym Pastorem, czy przede mną, córką samego Diabła. Szczerze? Nie miało to dla mnie specjalnie znaczenia. Chciałam jedynie odnaleźć rodziców, pożegnać Gajora i o ile będzie to w ogóle możliwe, nie uronić przy tym ani jednej łzy.
Nie… To na wyrost. Plan zupełnie skazany na porażkę. Gdyby Nataniel mógł się tu zjawić, pewnie zacząłby szydzić, że zawsze byłam i będę beksą. Płakałam na praktycznie każdej bajce Disneya, a później Pixara. I sama nie wiedziałam, po kim jestem taka wrażliwa, bo moja mama twardo stąpała po ziemi. W sumie musiała, patrząc na to, kto od prawie ćwierćwiecza był jej mężem, ale ja… Nigdy nie pasowałam do tej rodziny. Pod żadnym względem.
Nat wielokrotnie wytykał mi, że jestem zbyt uczuciowa, że ciągle przesiaduję w swoim pokoju, a moimi najlepszymi przyjaciółmi są książki, że zachowuję się jak dziecko, a nie jak inne dziewczyny w moim wieku. I to prawda, ale czy czułam się z tym jakoś wybitnie źle? Nie. Lubiłam zaczytywać się w nowych historiach, wynajdywać książki z najpiękniejszymi okładkami, bo cóż, należałam do „okładkowych srok”, a moją największą pasją było prowadzenie bookstagrama. I nie, nie lubiłam się stroić, chodzić na imprezy ani wyrywać chłopaków. Zwłaszcza to ostatnie… Och, to niezbyt dobry pomysł, by myśleć teraz o pewnym przystojnym chłopaku. A właściwie mężczyźnie.
Eliasz zatrzymał się nagle i prawie na niego wpadłam. Nie wiem, skąd u niego tak rozwinięta intuicja, ale odwrócił się w mgnieniu oka i złapał mnie w pasie, bym nie poleciała na podłogę.
– Przepraszam – wyszeptał nisko wprost do mojego ucha, a ja odruchowo mocniej zacisnęłam palce na jego twardych przedramionach. – Nie powinienem przystawać tak gwałtownie.
Minęło dobre kilka sekund, zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć. Głównie dlatego, że bliskość Eliasza trochę mnie onieśmielała.
– Nic nie szkodzi – wymamrotałam. – To ja powinnam patrzeć, gdzie idę.
Nakazując sobie, że muszę jak najszybciej się ogarnąć, bo robię z siebie pośmiewisko tuż przed wejściem do sali pogrzebowej, wyplątałam się z uścisku Pastora i nie czekając na niego, weszłam do środka. Po przekroczeniu progu wszystkie myśli o tym tajemniczym mężczyźnie, a nawet analiza jego zapachu, zeszły na dalszy plan. Zobaczyłam Gajora, jego twarz, i przygryzłam usta.
Po drugiej stronie pomieszczenia, na podwyższeniu przykrytym białym suknem, stała urna, a obok niej oprawione zdjęcie roześmianego Jacka. Wokół rozmieszczone były krzesła. Najbliżej siedziała zapewne żona Gajora. Ubrana na czarno kobieta zanosiła się szlochem, a obok niej miejsce zajmowała młoda dziewczyna, na oko w moim wieku – lub nawet nieco młodsza .
Idąc w ślady pozostałych żałobników, zabrałam z jednego z wiklinowych koszy przy drzwiach białą różę i złożyłam ją przed urną Gajora. Spojrzałam na jego zdjęcie i przez ułamek sekundy odniosłam wrażenie, że zaraz usłyszę jego tubalny śmiech. Uśmiechnęłam się ostatni raz i czując pieczenie pod powiekami, odwróciłam się.
I wtedy… nasze oczy się spotkały.
Jego niebieskie oczy były tajemnicze jak zawsze i powodowały u mnie szybsze bicie serca. Zanim poczułam uderzenie gorąca na policzkach, zauważyłam rodziców kilka rzędów dalej. Mama wyciągnęła do mnie rękę i posłała mi smutny półuśmiech, a tata… Nigdy go takim nie wiedziałam. Był blady, a wzrok miał pusty. Kiedy usiadłam obok niego, nie spojrzał na mnie, ale za to złapał moją dłoń i mocno ścisnął.Porozumiewaliśmy się bez słów.
To w sumie pierwszy raz, kiedy uczestniczyłam w pogrzebie. Nie miałam ani dziadków, ani żadnej najbliższej rodziny. No, może poza siostrą taty, ale jakoś niespecjalnie utrzymywali kontakt. Wiem, że dzwonili do siebie na urodziny czy święta, ale to wszystko. I miałam kuzyna, Pawła, który studiował architekturę na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak ani jego, ani cioci nigdy dotychczas nie widziałam.
Dlatego myślałam, że ten pogrzeb aż tak we mnie nie uderzy, a jednak… Tu musiało chodzić o moją wrażliwość. Ta atmosfera, wszechobecny smutek i przygnębienie, powaga i żal… To wszystko zdawało się we mnie wnikać. Chłonęłam te emocje jak gąbka i po chwili już sama ocierałam łzy.
Kondukt żałobny przeszedł na cmentarz. Na czele szły żona Gajora oraz jego nastoletnia córka, zaraz za nimi wuj Gabriel z ciocią Kaliną, Kostek, Greyson oraz pozostali najważniejsi w syndykacie. Ja trzymałam się na uboczu, ale nie byłam sama. Towarzyszył mi Pastor, który chyba nie pełnił żadnej konkretnej funkcji w organizacji. Albo pełnił, ale przecież skąd mogłam wiedzieć? Nie interesowałam się tym biznesem.
I właśnie w tej sekundzie zauważyłam opierającą się o drzewo ciemnowłosą dziewczynę. Była ubrana na czarno i najwyraźniej miała problem z nabraniem tchu. Nie myśląc wiele, podbiegłam do niej.
– Hej, wszystko dobrze? – spytałam i kiedy dziewczyna zwróciła ku mnie twarz, zapragnęłam zapaść się pod ziemię. To była córka Gajora…
– Nie dzisiaj. Dzisiaj nic nie jest dobrze – odparła z wymuszonym półuśmiechem.
– Przepraszam za ten niefortunny dobór słów. Znaczy…
– Wiem, nie musisz przepraszać. To tak jak z mówieniem „dzień dobry”. Zwykłe przywitanie, kulturalny gest, a jednak w dniu takim jak ten brzmi… dziwnie.
Przytaknęłam, bo w sumie nie wiedziałam, co odpowiedzieć. A może właśnie sęk w tym, że nie powinnam nic mówić. Popatrzyłam na dziewczynę. Wyglądała już nieco lepiej, a przynajmniej nie była tak blada jak w chwili, gdy ją znalazłam. Żałowałam, że nie mogę zaoferować jej wody ani nic do picia, ale w tej samej chwili zawołał mnie Pastor. Jakież było moje zdziwienie, gdy zauważyłam, co mi podaje. Ten mężczyzna naprawdę czytał w myślach.
– Wiem, że się nie znamy, ale… – zaczęłam, przekazując dziewczynie wodę. – Bardzo współczuję ci odejścia taty.
– Doceniam. Ale i tak trzymam się lepiej niż mama. – Pociągnęła kilka łyków, po czym przytknęła chłodną butelkę do karku. – Już od tygodnia jedzie na mocnych lekach uspokajających. Nie śpi, nie je. Mówi też niewiele. Kochała tatę. Mimo jego pracy, tego, co robił… albo że potrafił znikać na całe dnie. Jej to wystarczyło. Ona… rozumiała. Za to kiedy do nas wracał… Był najlepszym tatą pod słońcem. Dlatego to tak boli, gdy na nią patrzę. Jakby ktoś wydarł z niej duszę. To mnie przeraża. Bo jeśli tak ma wyglądać rozstanie na zawsze… Nie chcę się zakochać – dokończyła ze ściśniętym gardłem.
Nagle upuściła wodę i zerwała się z miejsca. Potykając się, odbiegła w stronę parkingu.
– Zajmę się nią. – Eliasz położył mi dłoń na ramieniu i ruszył w ślad za córką Gajora.
Córka Gajora… Właśnie. Nawet nie kojarzyłam jej imienia. Znałam go tyle lat, a nic nie wiedziałam o jego rodzinie, nawet tego, że ma córkę. Nie mówił, a ja nie pytałam. Poczucie wstydu wypełniło mi żyły, bo przecież Gajor zapewne znał mnie na wylot.
Oparłam się o drzewo i odchyliłam głowę. Pozwoliłam płynąć łzom.
Nic nie wiedziałam o świecie, do którego należał on, mój brat, ojciec, wujostwo, a także Aleksander i reszta. Ten świat mnie przerażał, odstraszał. Mimo że tkwiłam w nim od dziecka, nie pozwoliłam, by przejął władzę nad moim życiem, jak zrobił to z Natanielem. A teraz także Korą i Aną. Obie pokochały mężczyzn, którzy poprzysięgli lojalność syndykatowi. To dla niego chcieli poświęcić życie… Jak Gajor.
Tkwić w tym do końca, nawet jeśli tym końcem będzie nagła, bolesna śmierć? A co z tymi, którzy zostaną? Którzy kochają ich bezgranicznie, których miłość zmusza do największego poświęcenia i uległości? Co… Co ze mną?
Ta dziewczyna, córka Gajora… Przez to, co powiedziała, czułam się, jakbym przebiła głową taflę lodowatej wody i dramatycznie łapała powietrze.
Ja też nie chciałam tak żyć. Nie chciałam trwać w zawieszeniu, najpierw w strachu o drugą osobę, a później w niekończącym się żalu i rozpaczy. Jak… Ana. Od tygodnia nie odstępowała Nataniela na krok. Nie spała, nie jadła, a przynajmniej do momentu, gdy mój brat w końcu odzyskał przytomność. A co by było, gdyby…
Objęłam się szczelnie ramionami, bo lodowaty dreszcz spłynął w dół mojego kręgosłupa. Kochałam brata i chociaż brzmi to żałośnie egoistycznie, nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez niego, tym bardziej że teraz miał Anę, swoją wielką miłość. Ale gdyby na jego miejscu był… Aleksander? Szaleńczo pokręciłam głową.
Nie. Ten strach, ta lodowata łapa, która nagle złapała mnie za szyję… Nie przeżyję tego…
– Jak się czujesz?
Krzyknęłam zaskoczona. Aleksander kucał obok mnie i wyglądał na przejętego tym, że mnie wystraszył.
– Przepraszam, że nie mogłem wcześniej do ciebie podejść ani cię przywieźć.
– Miałeś swoje obowiązki, zresztą… – Machnęłam ręką. – Dzisiaj wszystko jest na opak.
– Na opak?
Aleksander zmarszczył brwi, a ja, nie mogąc spojrzeć mu w oczy, zerwałam się z miejsca. Nadal byłam rozemocjonowana niedawnym odkryciem, w jak wielkim niebezpieczeństwie znajduje się Aleks i że igra z własnym życiem oraz zdrowiem. On… Greyson. A ja? Ja miałam po prostu spokojnie patrzeć, jak się naraża? W imię czego? TEJ organizacji, która jest po prostu mafią?
– Śmierć Jacka była… bezsensowna – wyrzuciłam zła na siebie, że aż tak zadrżał mi głos.
– W ogóle czy że zginął w taki sposób? – ciągnął, a ja poczułam chłód ukryty w jego tonie. – A podpowiedzieć ci, jak zginął? Jak bohater, Nadia. W trakcie chronienia twojej ciotki i jej córki. Może to zabrzmi okrutnie, Sarenko, ale rozejrzyj się. Każdy z tych ludzi przyszedł oddać hołd wiernemu i lojalnemu członkowi syndykatu. Gajor, tak samo jak oni, złożył przysięgę lojalności i wierności wobec Anioła, a później Kosy. Każdy z nich wie, jakie ryzyko niesie ze sobą przynależność do naszej organizacji. Podążamy za Górą, ślepo posłuszni rozkazom. Poprzysięgliśmy przelać krew w imię tych, którym służymy. Oni to wiedzą. Gajor to wiedział. I… wiedział to także twój brat.
– To głupota! To pozbawione logiki i…
– Barbarzyńskie? Bestialskie?
– Niedojrzałe! Każde życie jest ważne i powinno się je szanować, a nie…!
– I to robimy, Nadia – bez pardonu, ostro i brutalnie wszedł mi w słowo. Przy tym patrzył na mnie z góry jak na smarkatą dziewuchę, której temperament należało z miejsca ukrócić. – Ofiarujemy syndykatowi to, co dla nas najważniejsze. Naszą krew. Nasze życie. To najwyższa forma oddania – wysyczał z pasją.
Zmrużyłam oczy. Nie dam się tak łatwo zastraszyć. Greysonowskie niedoczekanie!
– Nigdy was nie zrozumiem – wycedziłam, wysoko zadzierając brodę.
– Nie musisz.
– Naprawdę? – prychnęłam i nieoczekiwanie dla nas obojga zrobiłam krok do przodu. – Więc gdybym chciała być z tobą, to co? Odszedłbyś z syndykatu, gdybym cię o to poprosiła?
– Nadia… – Widziałam ostrzeżenie w oczach Aleksandra, ale nie zamierzałam cofnąć się ani o pół centymetra. – Doskonale wiesz, że żądasz niemożliwego, a i tak o to prosisz.
– Bo cały czas, niezmiennie, mam nadzieję, że jednak się zmienisz! Że ja cię zmienię.
Na jego ustach pojawił się krzywy uśmieszek, a potem wcisnął ręce do kieszeni spodni i z udawanym rozbawieniem pokręcił głową.
– Naczytałaś się za dużo romansów, Sarenko. Żadna kobieta, żadne uczucie nie jest w stanie sprawić, że mężczyzna porzuci swoich braci, idee, w które wierzy, i prawa, w które wierzy, na rzecz bezpiecznego ciepełka. To tylko książki, Nadio, mrzonki zrodzone w głowach naiwnych autorów. Fikcja, która nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jednak wiem doskonale, że właśnie to ci się marzy. Wielka miłość, mam rację? Przykro mi, ale to nigdy nie było możliwe.
Teraz zrozumiałam. Ta poza, jego ostre słowa… Robił wszystko, by mnie do siebie zrazić. A przyczyna była jedna. W końcu zdecydował. Nie chciał mnie. Chciał jedynie syndykatu.
– Więc co? – Zacmokałam, maskując w ten sposób gorzkie łzy. – Mam być drugą Aną, która od tygodnia trwa przy łóżku Nataniela? Albo za kilka lat mam patrzeć, jak to twoją trumnę umieszczają w grobie? Rozpaczać, postradać zmysły jak żona… jak żona Gajora?!
Widziałam to przez ułamek sekundy – moje słowa go dotknęły. Jednak zaraz znowu przywdział maskę obojętności i wbijając wzrok gdzieś ponad moją głowę, powiedział głucho:
– Nie, Nadio. Nie musisz. Dobrze wiesz, że do niczego cię nie zmuszę. – I odwrócił się na pięcie.
– Czekaj!
– Pastor odwiezie cię do domu.
– Aleks! Greyson! – krzyknęłam, ale nawet wtedy nie zawahał się ani na sekundę i oddalał ode mnie w szybkim tempie.
Byłam wściekła i rozżalona jak nigdy. On tak po prostu mnie… zostawił? Zrezygnował? Odciął się?
– Dlaczego…? Dlaczego nie kochasz mnie tak, żeby o mnie walczyć? Dlaczego…?
Przetarłam łzy gęsto spływające po policzkach. To był koszmar. Mój najgorszy koszmar.
– Chodź. Odprowadzę cię do samochodu.
Spojrzałam w górę. Pastor pochylał się nade mną.
– Dziękuję, Eliaszu.
– Nie powinnaś płakać. Nie płacz. Proszę.
– Chyba właśnie to nazywają złamanym sercem. Więc przepraszam, ale trochę będę musiała popłakać – wyznałam wstydliwie.
– Rozumiem, ale… byle nie za długo. Dość już dziś wylałaś łez.
– Tak. Masz rację. Na dziś wystarczy, ale… To trudne. I niewyobrażalnie bolesne.
– Wiem, Nadio. Wiem, jak boli nieodwzajemniona miłość. Ale jeśli dźwigniesz się z tego, dasz radę udźwignąć wszystko. I nic ani nikt nigdy cię nie złamie.
Przytaknęłam, mrugając pospiesznie. Piękne słowa, lecz w tym momencie nie wierzyłam, żebym kiedykolwiek zapomniała o Aleksandrze i tym delikatnym uczuciu, które połączyło nas trzy lata temu, a które z upływem czasu stawało się coraz bardziej prawdziwe. Chciałam mu o tym powiedzieć, ale kiedy podniosłam głowę, zauważyłam, że Pastor patrzy daleko przed siebie. I wtedy pierwszy raz dostrzegłam coś na kształt emocji w jego jasnych oczach – smutek i ból. Podążyłam wzrokiem w tamtym kierunku i zaskoczona nabrałam powietrza.
Eliasz wpatrywał się w plecy Aleksandra, który zmierzał w stronę parkingu.
– Jedźmy już. Pewnie chciałabyś jeszcze odwiedzić Nataniela w szpitalu. Czy wolisz najpierw pojechać do domu, by się przebrać? – Skupił teraz swój wzrok na mnie, a ja poczułam dziwny dreszcz przebiegający przez całe ciało.
– T-tak… Tak, poproszę.
Eliasz przytaknął niemo i rzucając mi ostatnie zagadkowe spojrzenie, ruszył pierwszy. A ja… ja wypuściłam wstrzymywane powietrze.
Miałem załatwić to szybko i tak się w sumie stało, ale za cholerę nie wiedziałem, że rozmowa z Nadią wjedzie na takie tory i że ta piękna dziewczyna o sarnich oczach tak podniesie mi ciśnienie. Teraz bardziej niż kiedykolwiek czułem ciążącą nad nami różnicę wieku. Byłem od niej niemalże dekadę starszy, nauczyłem się trzymać emocje w ryzach, a dystans to moje drugie imię, tymczasem ona… Ona była niewinna. Naiwna. I rozemocjonowana jak diabli. Co jest akurat trafnym porównaniem. A po pogrzebie Gajora, jednego z bardziej zasłużonych ludzi syndykatu, nie były mi potrzebne żadne nastoletnie dramy.
Wyrzuć to z głowy! – nakazałem sobie po raz kolejny tego dnia, a w związku z Nadią to chyba pierdyliardowy. To dziecko, w dodatku córka Diabła. Niepotrzebne ci komplikacje.
Właśnie. Przez niemal trzy lata udało mi się trzymać emocje na wodzy, więc teraz nic mnie nie złamie. Sądziłem, że Nadia jest bardziej dojrzała, niż wygląda. Myliłem się.
Dotarłem na parking i z daleka zauważyłem czekającego przy samochodzie Kosę. Palił i obserwował mnie zza siwego dymu.
– Sorry, coś… Coś mnie zatrzymało.
– Widziałem. Aleks? Wszystko gra?
– Jest okej. Co potrzebujesz? – uciąłem i od razu przeszedłem do rzeczy, bo „uczuciowe” tematy to niekoniecznie coś, o czym lubiłem rozmawiać. Nieważne czy z Kosą, czy z Rokitą. Chociaż w zaistniałej sytuacji ten drugi prędzej obiłby mi mordę, niż coś doradził. Jebany przyjaciel.
– Żona Gajora i ich córka.
– Już się tym zająłem. Byłem u Alicji dwa dni temu z naszym prawnikiem. Wymienili się numerami i gdyby coś się działo, ma dzwonić do niego o każdej porze dnia i nocy. Ale Gajor już… On o wszystko zadbał. Wszystko, co miał, od początku było przepisane na żonę, a sami mieli intercyzę. Przyszłość ich córki też jest zabezpieczona. Widziałem papiery, wszystko legitne.
– Mimo kilku wpadek i tego, że całkowicie nieokrzesany z niego wielkolud, miał głowę na karku. Tak, to trzeba mu oddać. – Na ustach Kosy pojawił się cień uśmiechu. On także lubił i szanował Gajora, a zwłaszcza imponowała mu jego wieloletnia lojalność. – To dobrze. Ta sprawa ma obecnie największy priorytet. Kora kazała przekazać, że gdyby Alicja szukała pracy, to potrzebuje kogoś do La Rosa Nera.
La Rosa Nera. To nowa inwestycja syndykatu mieszcząca się na Dolnej Wildzie. Klub we włoskim stylu, za którego prowadzenie odpowiedzialna była Kora. Aktualnie kompletowała załogę, więc nie zdziwiła mnie ta propozycja.
To była jedna ze sztandarowych zasad syndykatu – nikogo nie zostawiamy w tyle, nikogo nie porzucamy, a w przypadku śmierci jednego z nas grupa przejmuje opiekę nad rodziną.
– Dowiem się i dam znać.
– Dobrze. Widzimy się wieczorem?
– Będę, ale najpierw… Muszę coś załatwić.
Nie byłem ślepy, zauważyłem lekkie ściągnięcie brwi u Kosy. Wiedział, gdzie pojadę i co muszę załatwić, ale tego nie skomentował. I słusznie. Moja przeszłość była równie mroczna jak Hades, do którego miałem zamiar się udać w wiadomym celu.
– Uważaj na siebie, bracie.
– Ty także, bracie.
Kosa odwrócił się i dotarł do mnie fragment rozmowy między nim a jego żoną, Korą. Cholera, milion razy byłem świadkiem ich świergolenia czy pieprznego dogryzania, ale to pierwszy raz, kiedy coś sobie uświadomiłem. I zrozumiałem, o czym mówiła Nadia.
Ja i moje bezpieczeństwo? Któregoś dnia mogłem dostać kulkę jak Gajor? Jebać. Nigdy o to nie dbałem. Nie czułem potrzeby martwienia się o siebie samego, a nawet więcej – tak to wyglądało od zawsze. Odkąd byłem zasmarkanym dzieciakiem skazanym na łaskę lub niełaskę dorosłych, zabawką, a przecież zabawki nie mają uczuć. Nie można ich skrzywdzić. Tak jak mnie.
Jednak co, gdyby role się odwróciły? Gdyby to Nadia była… Kurwa. Ile razy Anioł wystawił na celownik własną żonę i córkę? A Diabeł i Glista? Ich żony przeszły przez prawdziwe piekło, a ci mimo to narażali je nadal, piastując wysokie stanowiska w organizacji.
No i mój przyjaciel Kosa… Co czuł, patrząc na siniaki Kory uwolnionej z oślizgłych łap Wilka? A Rokita, który musiał wysłać Anę na akcję z dilerem? Kurwa. Nie. Nie ma mowy. Za żadne, kurwa, skarby.
Ostatnie, co chciałem zrobić, to skrzywdzić Nadię, a tak by się stało, gdybym z nią został, gdybym nadal ciągnął tę szopkę. Zakochanie? Miłość? Pierdolone mrzonki. Może Kosa, pieprzony Rokita, a nawet inni członkowie syndykatu potrafili ponieść ryzyko, bawić się w dom i jednocześnie robić lewe interesy na boku, ale ja… Ja nie byłem taki naiwny. Gdyby którakolwiek z tych rzeczy spotkała Nadię… Gdyby groziła jej chociaż jedna setna z tego…
Nie przeżyłbym.
Zamordowałbym ich wszystkich. Może nawet siebie, to już nieistotne. Ale właśnie tym byłem – maszyną do zabijania, furiatem, który nie cofnie się przed niczym.
I dlatego, jeśli cokolwiek będzie grozić Nadii, ujebię każdego i spalę świat z jej imieniem na ustach. Mojej Nadii. Ona była warta wszystkiego. Nawet mojej śmierci.
Mój anioł stróż lata w dresie, mordo, wiesz o tym
Najebał ból i cierpienie i przyniósł w chuj floty
Znaki na niebie to nasz gang sign, wiesz o tym (wiesz o tym)
Mam wydziarane skrzydła, coś jak te od Dody…
Szpaku, PSR, Piotrek Lewandowski, Anioł stróż
Minął miesiąc od pogrzebu Jacka, Gajora, jak wszyscy na niego mówili. Widziałam, jak ta śmierć wpłynęła na nas wszystkich, na nasze rodziny. Ojciec chodził ponury, zamyślony jak nigdy wcześniej, przypominał wujka Grześka. Nataniel zamieszkał z Anastazją, która bardzo się zmieniła. Wiedziałam, że wstąpiła w szeregi organizacji jako pełnoprawny kapral. Czy żyłam w niewiedzy? Nie. Kiedy skończyłam szesnaście lat, ojciec uświadomił mi, czym jest hierarchia, zobowiązania, zasady w organizacji, która od ponad czterech dekad rządziła Poznaniem.
– Nie zamierzam ukrywać przed tobą, skąd się wywodzimy. Chociaż teraz mamy większość legalnych biznesów, płacimy podatki i dajemy pracę prawie pięciuset ludziom w różnych spółkach, to musisz znać prawdę. Jest ciemna sfera naszej działalności i ona może być dla was zagrożeniem. Dlatego musisz wiedzieć, czym są syndykat i co się z tym wiąże. I zawsze wierzyć w to, że jeśli czegoś ci zabraniam albo obejmuję cię ochroną, to robię to ze względu na twoje bezpieczeństwo i dlatego, że cię kocham, córeczko.
Wiedziałam, że ojciec mnie kocha. Mama także. I Nataniel. Czułam ich miłość na każdym kroku, ich wsparcie, opiekę, nadzór. Lecz czy wszystko o mnie do końca wiedzieli, znali mnie? Nie. Nikt nie wiedział, jaka jestem naprawdę. Tak samo w szkole. Uczęszczałam do trzeciej klasy Liceum im. Świętej Marii Magdaleny w Poznaniu i miałam tam tylko jedną przyjaciółkę, Martę Korońską. Jej ojciec pracował dla Kostka, też był członkiem syndykatu, żołnierzem. Mówili na niego Korona. Marta nie wie, czym trudni się jej ojciec, a ja nie zamierzałam jej uświadamiać. Znałyśmy się od podstawówki, ona zajmowała się cosplayami, jeździła na różne konwenty i przygotowywała na nie imponujące kreacje i makijaże. Była w tym naprawdę świetna. A ja kochałam książki, czytałam je namiętnie. Od trzech lat prowadziłam bookstagrama. Zrobił się bardzo popularny, a charakteryzował się tym, że prowadziłam go „bez twarzy”. Nikt nie wiedział, jak wyglądam. To był mój jedyny kanał na social mediach, gdzie umieszczałam recenzje i polecajki. Odwiedzałam także targi książki, ale zawsze incognito, nikt nie wiedział, że konto „Diabełek czyta” należy do mnie. Miałam jeszcze jedną pasję, którą też trzymałam w tajemnicy. Oczywiście jeśli można to nazwać pasją, raczej wpasowywało się w obszar moich pewnych zainteresowań i wzbudzało ciekawość. I wiedziałam, że zaspokoić ją może tylko jeden człowiek.
On…
Poznałam go, gdy skończyłam piętnaście lat. Miał o prawie dekadę więcej. Teraz zbliżałam się do osiemnastki i nasze spotkania mogłabym policzyć na palcach dwóch rąk. I to zawsze w czyimś towarzystwie. To jasne, że utrzymywaliśmy kontakt esemesowy, ale też nie tak często. Wiele razy zastanawiałam się, czy to ma sens. Głównie przez jego profesję, różnicę wieku i to, kim był w syndykacie. I kim był mój ojciec. Ale… mimo że minęły prawie trzy lata, wciąż nie mogłam o Aleksie zapomnieć. Był jedynym facetem, przed którym mogłabym się odsłonić.
Teraz szykowałam się do wyjścia do szkoły. Piotrek Gajerski, bratanek Gajora, czekał na mnie w pancernym BMW. Kiedy zeszłam na dół, spotkałam mamę, która jechała ze swoim ochroniarzem do szkoły tańca, którą prowadziła z ciocią Kaliną.
– Kochanie, o której dzisiaj będziesz?
– Pewnie koło siedemnastej.
– Obiad jest gotowy, musisz tylko wrzucić do piekarnika. Ojciec będzie nie wiadomo kiedy. – Moja mama, Ewa Rokita, doskonale wiedziała, jak to wszystko działa.
– Dobrze, mamuś, poradzę sobie.
Podeszła do mnie, byłyśmy równe wzrostem. Złapała mnie za ramiona i spojrzała na mnie ze smutkiem.
– Radzisz sobie jakoś?
Westchnęłam ciężko.
– Muszę. Tylko po prostu… cały czas myślę, że to mógłby być Nataniel. Albo tato. Gajora bardzo lubiłam, wszyscy go lubili, ale… nie przeżyłabym, gdyby coś stało się mojemu bratu lub ojcu…
Albo jemu, dokończyłam w myślach. Mojemu Greysonowi. Chociaż po ostatnich wydarzeniach nie wiedziałam, czy miałam prawo nazywać go moim. Tak cholernie chciałam powiedzieć mamie, że kocham… że kocham tak mocno, że nie jestem w stanie tego nawet pojąć. Lecz nie mogłam. Nie teraz. Stwierdziłam, że poczekam jeszcze trochę. Gdy skończę osiemnaście lat… Nie zamierzałam się dłużej powstrzymywać. Miałam też pewien plan, aby zbliżyć się do Aleksa i pokazać mu, kim dla mnie jest. Ale to jeszcze chwila.
– Nie, kochanie, to się nie stanie. – W oczach mamy dostrzegłam pewną twardość. – Nie myśl o tym, teraz już nic nam nie grozi.
– Wiesz… nigdy nie wiemy, czy ponownie się coś złego nie pojawi. Przez tyle lat… oni… mogli narobić sobie sporo wrogów.
Mama zmarszczyła czoło.
– Możesz być pewna, że ojciec zrobi wszystko, żebyś była bezpieczna.
– Ja po prostu… martwię się o nas.
– Zawsze byłaś wrażliwa, skarbie. Będzie dobrze. – Mama objęła mnie i poczułam jej usta na czubku głowy.
– Mam nadzieję. – Nie chciałam już, aby się przejmowała. – Może kiedy pojedziemy na wakacje, poszukamy sukienki na moją imprezę urodzinową?
– Świetny pomysł, zrobimy sobie babski wypad. Z Korą i Anastazją. I Kalinką.
– Super!
Oczywiście nie dałam rady się z tego wymiksować. Impreza z okazji moich osiemnastych urodzin musiała się odbyć, bo nasze rodziny zawsze celebrowały urodziny wszystkich dzieci syndykatu, jak się nazywaliśmy między sobą. Niedługo po mnie urodziny mieli Konrad i Patryk, ciocia Lenka i wujek Grzesiek także szykowali przyjęcie.
Moje urodziny planowano zorganizować w klubie Machina, który na tę okoliczność miał być zamknięty dla gości z zewnątrz. Na imprezie miała być tylko rodzina, przyjaciele i najbliżsi współpracownicy naszych ojców, a także ich bliscy. Bo syndykat zawsze dbał o swoich ludzi.
Zaprosiliśmy także Alicję Gajor i jej córkę, Lidkę, którą poznałam na pogrzebie. Była młodsza ode mnie i już straciła ojca. Skontaktowałam się z nią potem przez Piotrka, mojego ochroniarza. Piotr Gajerski też dość wcześnie został bez ojca. Jacek był dla niego męskim wzorem i jak można się domyślić, to on wciągnął Piotrka do syndykatu. Piotrek tak naprawdę miał na imię Jacek, ale wszyscy używali jego drugiego imienia, żeby nie mylił się z legendą ochrony syndykatu. Wiedziałam, że on także przeżył tę stratę. I teraz został moim ochroniarzem na stałe. Zauważyłam, że przez ostatni miesiąc bardzo zbliżył się z Greysonem, który wprowadzał go głębiej w temat. Dlatego istniała szansa, że będę częściej widywać Aleksa. Co jednocześnie stało się moim przekleństwem, gdyż wiedziałam, że on nigdy się nie zmieni. A ja… byłam w nim zakochana i nie chciałam cierpieć. Zresztą po tej trudnej rozmowie podczas pogrzebu Gajora, kiedy doszło między nami do niefajnej wymiany zdań, nie widziałam więcej Greysona. I chociaż usiłowałam z tym walczyć, okropnie za nim tęskniłam.
Kiedy wsiadłam do samochodu, uśmiechnęłam się do Piotra, a on z szacunkiem pochylił głowę. Byłam córką Diabła, najwyższego członka zarządu syndykatu, zasługiwałam zatem na szacunek. Czasami czułam się tym trochę zmęczona. I pragnęłam zrobić coś szalonego. Każda z moich przyjaciółek poszła swoją drogą. Kora była żoną Góry, czyli Kosy. Anastazja związała się z moim bratem, czyli kapitanem w organizacji, i sama także wstąpiła w szeregi syndykatu, mimo iż Nataniel nie wydawał się z tego powodu zbytnio szczęśliwy. Teraz podobno trenowała u boku Viper, tej przerażającej dziewczyny, która pomogła uwolnić ciocię Lenkę i małą Laurę. A ja wciąż byłam postrzegana przez wszystkich jako mała Nadia. Nie licząc Laury, która skończyła dwa latka, byłam najmłodszą kobietą w rodzinie, a tato traktował mnie jak dziewczynkę, mimo że zbliżałam się do osiemnastki. Może działo się tak dlatego, że nigdy nie sprawiałam im żadnych problemów, w przeciwieństwie do mojego brata. Nosiłam długi warkocz, workowate dżinsy, bluzy z kapturem, czytałam książki i przebywałam w swoim świecie. Nie chodziłam na imprezy, nie korzystałam z używek, byłam po prostu grzeczną dziewczyną z sąsiedztwa. A tak naprawdę… byłam też kimś całkiem innym. I kochałam się w starszym ode mnie o prawie dekadę członku mafii.
A o tym wiedziało tylko kilka osób, w tym Nataniel, lecz on zdawał się traktować to na zasadzie różowego słonia w kącie pokoju. Zapewne uznał, że to chwilowa fascynacja i szybko mi przejdzie.
Błąd. Nie przechodziło.
Wysiadłam pod szkołą, mając nadzieję, że Marta już jest. Niestety nie miałam łatwo w szkole. Nikt o tym nie wiedział oprócz Marty właśnie. Wszystko zaczęło się w drugim półroczu drugiej klasy, kiedy dołączył do nas niejaki Marcel Rybakowski. Podobno siedział rok w poprzednim liceum w Warszawie, potem miał rok przerwy, był więc starszy od nas o dwa lata. Jego starzy mieli firmę farmaceutyczną pod Poznaniem, byli cholernie bogaci. Pewnie nie tak jak my, ale ja stan finansowy naszej rodziny umiejętnie ukrywałam. Nie chciałam epatować bogactwem, poza tym jakoś z nikim w szkole nie nawiązałam bliższych kontaktów i wcale z tego powodu nie cierpiałam. Jednakże Rybak, jak wszyscy na niego mówili, od niemal pierwszego dnia przyczepił się do mnie. Zaczęło się od tego, że robił imprezę w swoim wielkim domu i zaprosił wszystkich uczniów z klasy. Odmówiłam grzecznie i od tamtego momentu nie dawał mi spokoju. Stosował na mnie książkowy bullying. Słowne przytyki, podarty zeszyt, zabrany plecak. Prostackie, gówniarskie zaczepki. Nie posunął się dalej, bo gdyby mnie dotknął… pewnie bym z tym coś zrobiła. Przywykłam do głupich tekstów. Najbardziej jednak zawiodły mnie dziewczyny z klasy, które do tej pory w sumie pozostawały wobec mnie neutralne, a gdy Rybak rozpętał „akcję na Rogatą”, jak na mnie wołali, one przyłączyły się do tej kampanii hejtu i czasami zachowywały gorzej niż on. Nie rozumiałam tego, ale uznałam, że najlepszą bronią będzie całkowita obojętność. Wiedziałam jedno: gdybym opowiedziała o tym rodzicom, bratu… Nie, nie mogłam sobie nawet wyobrazić, co zrobiłby Nataniel. Obita gęba Rybaka byłaby chyba najmniejszym z jego problemów, a spalony zakład jego starych uplasowałby się gdzieś pomiędzy.
A jeśli dowiedziałby się o tym Greyson… Nie, tego też nie chciałam sobie wyobrażać. Nie zamierzałam ściągać na jego głowę problemów z prawem.
Weszłam do szkoły. Marta jeszcze nie dotarła, więc jak zwykle przemykałam korytarzem jak cień, mając nadzieję, że zdążę do sali, zanim ktoś mnie zauważy. Ale, oczywiście, nie zdążyłam.
– Ooo, patrzcie, kto idzie! – Głos Marcela odbił się echem od ścian.
Zastygłam. Rybak stał tuż obok automatu z kawą, nonszalancko oparty o ścianę. Obok niego Julita z telefonem w dłoni i głupim uśmieszkiem, a Wiktoria robiła sobie selfie na tle szafek.
– No nie wierzę, Nadzia się uczesała! Specjalnie dla nas? – zaśmiała się Wiktoria, przewracając oczami.
– Nie, pewnie dla książek. – Julita kliknęła coś w telefonie. – Chociaż… Patrzcie na to! – Odwróciła ekran w moją stronę.
Było tam zdjęcie sprzed kilku dni. Ja na stołówce, pochylona nad zeszytem, z rozmazanym tuszem i rozwianym włosem. Ktoś ewidentnie robił je z ukrycia. Do zdjęcia był dodany podpis: „Rogata in the wild ”.
Roześmiali się wszyscy naraz. Głupio. Teatralnie.
– Skąd je masz? – zapytałam, nie dając po sobie poznać, że serce wali mi jak oszalałe.
– Z życia, Rogata. Szkoła to reality show, a ty jesteś naszą statystką – powiedział Rybak, podchodząc bliżej. – Chociaż… może powinnaś być prowadzącą program o tanich ciuchach i żałosnym życiu.
– Żałosne to jest to, że nadal nie wiesz, jak działa dezodorant – rzuciłam cicho, mijając go.
Zanim zdążyłam zrobić dwa kroki, poczułam, jak coś uderza mnie w plecy. Zesztywniałam. Odwróciłam się i spojrzałam w dół. Pojemnik po jogurcie, pusty, ze skórką od banana w środku.
– Ups – mruknął Adam, udając zaskoczenie. – Nie wiedziałem, że trafimy w cel.
Dziewczyny śmiały się jak idiotki. A Rybak patrzył na mnie z nieokreślonym wyrazem twarzy. Zatkało mnie. Nie dlatego, że to bolało fizycznie. To było coś innego – ta totalna bezkarność, ten śmiech w tle, jakby byli w jakimś cholernym sitcomie.
Nie dałam im satysfakcji. Zgarnęłam pojemnik z podłogi, wrzuciłam do kosza i ruszyłam dalej. Wtedy usłyszałam Julitę. Rzuciła półgłosem, ale wystarczająco głośno:
– Myślisz, że ona w ogóle wie, co to jest make-up?
– Ona? Pewnie sądzi, że to nazwa jakiejś średniowiecznej choroby wenerycznej – odpowiedziała Wiktoria i znowu wszyscy parsknęli śmiechem.
Nie oglądając się za siebie, weszłam po schodach na piętro. Serce dalej mi waliło, ale twarz miałam jak z lodu. Byłam wkurzona, jednocześnie chciało mi się śmiać, bo oni byli tacy… durni. Nie mieli pojęcia, że wystarczyłby mój jeden telefon, a ich życie już nigdy nie byłoby takie samo. Jedna wiadomość do Nataniela i Greysona i wpierdalaliby te skórki po bananach prosto ze śmietników. Kiedy to sobie zwizualizowałam, od razu zrobiło mi się lepiej.
Zdjęłam bluzę i zaczęłam ją czyścić przy pomocy mokrych chusteczek, które zawsze miałam w plecaku. Po chwili dołączyła do mnie przyjaciółka.
– Znowu? – zapytała tylko i spojrzała na bluzę z widoczną plamą po bananie.
– Znowu – przytaknęłam.
– Co chcieli?
Wzruszyłam ramionami.
– To co zwykle. Pokazać własne zidiocenie.
– Nadia, tyle razy… Powinnaś o tym komuś powiedzieć. Nie wiem… wychowawczyni. Bratu? – Marta pokręciła głową.
– Martucha, nasza Praszka nic nie zrobi, a mój brat zrobiłby zbyt wiele. Nie jest to coś, z czym bym sobie nie poradziła. Wiesz, jak to jest. Im bardziej ich olewam, tym mocniej pokazuję, jak są słabi.
– Ale właśnie o to chodzi, mogą doprowadzić do czegoś gorszego.
Machnęłam ręką.
– Nie doprowadzą. Nie będą się narażać, kiedy są o krok od klasy maturalnej. Olejmy to, mamy coś ciekawszego do roboty, niż zawracać sobie głowę tymi debilami.
– A co takiego?
– Dzisiaj nasza ulubiona autorka ogłosiła, że w przyszłym roku ukaże się kolejna część serii o Czarnym Smoku.
– Nie gadaj! Wrzuciła na insta?
– Tak, patrz!
Zajęłyśmy się śledzeniem newsów związanych z naszą ukochaną serią fantasy, a ja odetchnęłam na chwilę, bo nie chciałam, aby Marta drążyła temat moich hejterów. Nie miała pojęcia, jaki jest charakter działalności syndykatu, znała tylko nazwę Syndykat.corp, bo w jednej ze spółek jej tato pracował jako kierowca i był bardzo zadowolony. Jej ojciec to żołnierz w organizacji i zajmował się nie tylko wożeniem różnych ludzi. Lecz oczywiście nigdy z nią o tym nie rozmawiałam. Lojalność. To było coś, co ojciec wpajał nam od najmłodszych lat. Być może dlatego wciąż nieco męczyłam się z tym, że ukrywam przed rodzicami fascynację Greysonem. Ale z drugiej strony to mogło do niczego nie prowadzić. On był starszy, miał… wszystko. Co mogłam mu dać? Jednocześnie nie robiłby tego wszystkiego, nie utrzymywał ze mną stałego kontaktu przez prawie trzy lata, gdyby coś się między nami nie działo. Nie zamierzałam teraz tego analizować, bo zadzwonił dzwonek i wchodziliśmy na matmę. A to nie był mój ulubiony przedmiot.
Do końca zajęć ekipa Rybaka już się mnie nie czepiała. Po lekcjach pożegnałam się z Martą i poszłam ulicę dalej, skąd odwoził mnie Piotrek. Oczywiście szedł za mną, nigdy nie byłam sama. Ale umówiłam się z nim, tak jak wcześniej z Gajorem, kiedy ten czasami odbierał mnie ze szkoły, żeby nie parkował bezpośrednio pod budynkiem. Tak było bezpieczniej, z różnych względów. Kiedy zbliżyłam się do samochodu, Piotrek otworzył z pilota drzwi i po chwili byłam w środku, gdzie pachniało skórą i jego ładnymi perfumami.
Gdy ruszyliśmy, zadzwoniła Marta. Zdziwiłam się, bo dopiero co się widziałyśmy.
– Co tam? – odebrałam swobodnie, a Piotrek ruszył powoli, zerkając w boczne lusterko.
– Widziałaś grupę szkolną?
– Nie, rzadko tam wchodzę.
– Wrzucili tam twoje zdjęcie. Takie z rozczochranymi włosami i z dzisiaj, jak czyściłaś bluzę.
– Pojeby.
– Ale najgorszy jest napis.
– Jaki napis?
– Już ci wysyłam. – Marta brzmiała na nieźle wkurzoną.
Po sekundzie mój telefon zawibrował i przełączyłam ją na głośnik. Jednocześnie otworzyłam screen z naszej szkolnej grupy.
– Jesteśmy na głosowym – ostrzegłam, żeby przyjaciółka nie walnęła czegoś niespodziewanie.
Na zdjęciu byłam ja, z bluzą uwaloną jogurtem, wchodziłam akurat po schodach. A napis brzmiał: "Rogata bierze na plecy". I ikonka bakłażana symbolizująca… wiadomo co.
– Widzisz?
– Olewam.
– Powinnaś zgłosić, że te gnoje he…
Błyskawicznie wyłączyłam głośnik, bo Piotrek rzucił mi w lusterku wstecznym uważne spojrzenie.
– Nie ma problemu, Marta – powiedziałam pozornie beztrosko, mocno przyciskając iPhone’a do ucha.
– Ale, Nadia…
– Muszę kończyć.
Rozłączyłam się i usiadłam swobodnie, chociaż moje serce biło jak oszalałe. Czułam złość i żal. Przecież nikomu nigdy nie sprawiłam jakiejkolwiek przykrości. Miałam jedynie swój świat, swoje książki, pasje. Nie szłam za tłumem, nie chciałam być kolejną kalką dziewczyny z mocnym makijażem, elektryczną fajką w ręku i podróbą torebki Fendi na przedramieniu. Mogłabym mieć dziesięć takich torebek, ale po pierwsze, nigdy mi na tym nie zależało i wolałam mój skórzany plecak, który wiernie służył mi od pierwszej klasy liceum, a po drugie, moi rodzice nigdy nie byli snobami i mama wolała kupić sobie jakąś fajną torebkę w lumpeksie, niż jechać po nią do Mediolanu. Jasne, odwiedziliśmy kilka razy Mediolan, ale po to, aby zwiedzać, zjeść pyszne lody, wejść na dach katedry i posiedzieć w paru klimatycznych knajpkach przy kanale w Naviglio. I to kochałam w rodzicach. Mieli ogrom forsy, lecz nie stała się ona celem ich życia.
– Gra, Nadia? – Piotrek wyrwał mnie z ponurych myśli i szybko otarłam spływającą z policzka łzę. Miałam nadzieję, że tego nie zauważył.
– Jasne. – Nagle zorientowałam się, że nie zmierzamy w stronę Strzeszynka, gdzie mieścił się nasz dom. – Gdzie jedziemy?
– Ktoś chce z tobą pogadać. – Piotrek zatrzymał się niedaleko klubu Styks. Tuż obok mieścił się… Hades. Klub Aleksa.
– Ale… – zanim zdołałam powiedzieć coś więcej, wysiadł z beemki i zobaczyłam, jak podchodzi do Greysona.
Zamienili kilka słów i zauważyłam, że Aleksander zmarszczył brwi, ale po chwili otworzył drzwi z tyłu i usiadł obok mnie. Od razu poczułam zapach jego perfum, a w gardle całkowicie mi zaschło. Jego niebieskie oczy błyszczały i kiedy spoczęły na mojej twarzy, przez całe moje ciało przeszedł dreszcz.
– Co tutaj… robisz? – spytałam cicho.
Nie wiedziałam, jak się zachować, co mówić. Chyba pierwszy raz byliśmy sami, bez czujnych spojrzeń mojej rodziny czy ludzi syndykatu. Piotrek oddalił się, dając nam chwilę intymności.
– Dlaczego płakałaś? – spytał Aleks tym swoim niskim głosem, a ja poczułam dziwny ucisk w dole brzucha.
– Skąd…
– Po pierwsze, widzę. Po drugie, Ksero mi powiedział.
Zapominałam, że na Piotrka mówili Ksero, bo też był Gajerski, poza tym był bardzo podobny do wuja.
– Nic… – Machnęłam ręką, a pasemka włosów, które wysunęły się z mojego długiego warkocza, zatańczyły mi obok twarzy.
– W szkole coś nie tak? – Greyson drążył, wpatrując się we mnie z nieznośną uwagą.
Uniósł rękę, jakby chciał dotknąć moich włosów, ale w połowie drogi ją cofnął. A ja poczułam niewytłumaczalny zawód.
– Nie, jest okej. A co… cię w ogóle to obchodzi? – Postanowiłam wykorzystać starą, dobrą zasadę, że najlepszą metodą obrony jest atak.
– Obchodzi mnie wszystko, co ma związek z tobą, Sarenko.
– Dlaczego… tak do mnie mówisz? Przez te wszystkie lata? – Mój głos drżał.
Greyson wziął głęboki wdech i na moment przymknął powieki. Po chwili znowu jego śliczne oczy wbiły się w moją twarz. Zdawał się pożerać mnie wzrokiem. Zauważyłam, że mocno zacisnął dłonie w pięści i prawie jęknęłam z zachwytu na widok jego opalonych, żylastych przedramion i dużego tatuażu w formie krzyża.
Aleksander był pięknym mężczyzną. Wysokim, szerokim w barach, o przystojnej twarzy, ciemnych włosach, intrygujących oczach, skrytych często za drucianymi oprawkami okularów, ładnych ustach, które czasami wykrzywiały się w ujmującym uśmiechu. Ale nierzadko też wyglądał groźnie i wiedziałam, że jest zdolny do wszystkiego. Na samą myśl, że mogłabym zobaczyć tę mroczną stronę jego natury… albo tę jeszcze inną, którą pokazywał w swoim klubie Hades… aż straciłam oddech.
Dzisiaj ubrany był w czarne dżinsy, sportowe buty, T-shirt i skórzaną kurtkę. Widziałam bliznę po oparzeniu na jego szyi i tak bardzo chciałam jej dotknąć. Pocałować. I dowiedzieć się, skąd się wzięła.
– Sarenko, nie patrz tak na mnie. – Znowu ten jego niski głos.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
– Masz śliczne oczy. Niewinne i łagodne. Jak sarenka – powiedział, wpatrując się we mnie bardzo intensywnie. – Moja.
– Czemu tu przyszedłeś? Jak załatwiłeś to z Piotrkiem? – Zmarszczyłam czoło. Musiałam odzyskać równowagę, bo jeszcze sekunda, a rzucę się na niego i zacznę go rozbierać. Wprawdzie nie wiem, co miałabym potem… ale… o kurwa, tak bardzo chciałabym dotknąć jego nagiej skóry!
– Ostatnio, gdy rozmawialiśmy, nie poszło mi najlepiej. Chciałem to naprawić.
– W jaki sposób?
– Może kolacja?
– Randka? – Uniosłam brew, a on lekko się uśmiechnął. Wyglądał cudownie!
– Możesz to nazywać, jak chcesz.
Westchnęłam i pokręciłam głową.
– Czasami… nie pojmuję. Dlaczego ty cały czas…
– Jestem przy tobie? – Pochylił się i jego twarz pojawiła się tuż przede mną.
– Przecież… no popatrz na mnie! – parsknęłam nerwowo.
– Patrzę.
Faktycznie… Jego piękne oczy zjechały niżej, zatrzymały się na moich ustach, które bezwiednie oblizałam, a wtedy Greyson wciągnął szybko powietrze i chyba… przeklął? Pod nosem?
– Cały czas na ciebie patrzę, Nadio. I wiesz co? – szepnął.
– Tak? – Mój głos przypominał tarkę.
– Nie mogę się doczekać, kiedy będę mógł w końcu cię dotknąć. Marzę o tym od trzech lat.
Niewiele myśląc, pogładziłam jego dłoń. Była duża i ciepła. Od razu zamknął moją rękę w uścisku, a następnie pochylił głowę i złożył delikatny pocałunek na jej grzbiecie. Wiedziałam, że później… wycałuje każdy skrawek mojej skóry!
– Przyjadę po ciebie w piątek pod szkołę i zabiorę na jedzenie. Potem Piotr odwiezie cię do domu.
– Wiesz, że… jeśli to, co jest między nami… Będziemy musieli w końcu… się ujawnić.
Greyson wyprostował się i popatrzył mi w oczy, wciąż trzymał moją dłoń w swojej.
– Wiem. I jestem na to gotowy. Niebawem kończysz osiemnaście lat. Poczekamy do tej daty.
– Dobrze, Aleks – powiedziałam cicho, a on westchnął i uśmiechnął się kącikiem ust.
– Sarenko… co ty ze mną robisz… – Ponownie przytknął ciepłe wargi do mojej dłoni. – I jeszcze jedno. Jeśli coś jest nie tak w twojej szkole, to lepiej, żebyś mi powiedziała sama. Bo i tak się dowiem, Nadio Rokito. – Jeszcze raz lekko ścisnął moją rękę i już go nie było.
Widziałam, jak podchodzi do Piotrka, który rozmawiał z Pastorem. Eliasz pomachał do mnie, a ja uśmiechnęłam się do niego. Bardzo lubiłam Pastora, po śmierci Gajora często woził mnie w różne miejsca. Może i był groźny, taki trudny do odczytania, ale przy mnie zawsze zachowywał się uprzejmie, troskliwie i wiedziałam, że jest bardzo oddany Greysonowi. Nie byłam świadoma, co ich połączyło, lecz musieli mieć wspólną przeszłość. Miałam nadzieję, że kiedyś poznam tę historię.
Po chwili Piotrek usiadł za kierownicą i ruszyliśmy w stronę Strzeszynka. Mocno ściskałam dłoń, którą całował Greyson, z trudem walcząc z chęcią przytulenia się do niej.
© Copyright by Agnieszka Lingas-Łoniewska, 2026
© Copyright by Anna Szafrańska, 2026
© Copyright by Wydawnictwo JakBook, 2026
Wydanie I
ISBN: 978-83-68535-25-9
Redakcja: Beata Kostrzewska
Korekta: Słowa na warsztat
Skład: Monika Pirogowicz
Okładka: Maciej Sysio
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Fotografia na okładce:
Zdjęcie wygenerowane przez OpenAI
Wydawnictwo JakBook
ul. Lipowa 61, 55-020 Mnichowice
www.wydawnictwojakbook.pl
