Hidden Truths - Neva Altaj - ebook
NOWOŚĆ

Hidden Truths ebook

Altaj Neva

4,6

936 osób interesuje się tą książką

Opis

Sergei
Dom.
Bratva to mój dom.
Schronienie przed przeszłością.
Jedyne miejsce, do którego pasuje taka maszyna do zabijania jak ja.

Czasami jednak demony powracają.
Czuję, że tracę kontrolę, ogarnia mnie wściekłość
i jestem bliski całkowitej utraty panowania nad sobą.

Aż pewnego dnia na mojej drodze staje zraniona, złamana kobieta,
która budzi we mnie instynkt opiekuńczy
i usypia demony.

Jedynym wyjściem jest uwięzienie jej.

Jeśli odejdzie,
moja ciemna strona powróci
i tym razem nie będzie ucieczki.

Angelina
Ucieczka.
To jedyne, na co mogę sobie pozwolić.
Ale po co, skoro kończę w rękach szalonego mordercy?

Teraz walczę, by pozostać poza zasięgiem wrogów
i nie zakochać się w mężczyźnie, którego nie powinnam pragnąć.

Jednak co będzie, gdy oboje ujawnimy swoje sekrety?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (255 ocen)
192
42
13
7
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
koziolek88

Dobrze spędzony czas

Lubię tę serię, tylko książki mogłyby być trochę dłuższe.
101
Sikora294

Nie oderwiesz się od lektury

Fantastyczna
41
AgnieszkaUh

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam tą serię
41
gosiaa86

Nie oderwiesz się od lektury

uwielbiam ta serię😈
41
paaula29

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo mi się podobała ta część, czekam na resztę książek bo co kolejna to coraz lepiej
30



Hidden Truths

Neva Altaj

Przełożył Bartosz Grzegorzyca

Prolog

Korespondencja e-mailowa

Piętnaście lat temu

Od: Felix Allen

Do: Kapitan L. Kruger

Temat: Sergei Belov

Kapitanie,

jestem zmuszony wyrazić poważne obawy w związku z najnowszym rekrutem, którego mi przydzielono – Sergeiem Belovem. Chłopak okazał się niezwykle inteligentny i przejawia spory potencjał fizyczny. Nie uważam jednak, że to właściwy kandydat do naszego programu. Ma zaledwie czternaście lat, a to zdecydowanie za mało. Co więcej, jego profil psychologiczny nie odpowiada wymaganiom. Mówiąc wprost, to typ obrońcy. Nie jest też z natury agresywny, więc zastanawiam się, czy warto kontynuować jego szkolenie. Sądzę, że należy przenieść chłopaka do innej jednostki lub odesłać go do zakładu poprawczego, z którego został zabrany.

Felix Allen

Jednostka Z.E.R.O.

Opiekun Sergeia Belova

Jedenaście lat temu

Od: Felix Allen

Do: Kapitan L. Kruger

Temat: WAŻNE. Sergei Belov

Kapitanie,

jestem świadom pańskiego stanowiska w sprawie rekruta Belova. Zdaję sobie również sprawę, że jego ponadprzeciętne osiągnięcia i nienaganne wyniki szkolenia w ciągu ostatnich kilku lat mogą wskazywać, że zdążył się zaaklimatyzować i jest gotów do oddelegowania do działań w terenie. Jednakże w mojej profesjonalnej opinii nie nadaje się on do wykonywania misji w ramach operacji Project Z.E.R.O. i zalecam jak najszybsze przeniesienie go do jednej ze standardowych jednostek.

Felix Allen

Jednostka Z.E.R.O.

Opiekun Sergeia Belova

Osiem lat temu

Od: Felix Allen

Do: Kapitan L. Kruger

Temat: Prośba o przeniesienie

Kapitanie,

Sergei Belov zachowuje się bardzo nieswojo od powrotu z misji w Kolumbii w lutym bieżącego roku. Do niniejszego e-maila załączam pełny raport, a tutaj podsumuję najważniejsze punkty: gwałtowne wybuchy agresji, utrata kontaktu z rzeczywistością oraz niepokojące epizody katatonii.

Informuję, że oficjalnie poprosiłem o przeniesienie Belova, a także o jego ewaluację psychiatryczną.

Co się tam wydarzyło, Lennox? Dlaczego odmówiono mi wglądu do raportu z misji? Sergei nie chce nic powiedzieć, a gdy zacząłem dopytywać o szczegóły, usłyszałem, że mam odpuścić ten temat albo poniosę konsekwencje swojej dociekliwości. Muszę wiedzieć, co zaszło w Kolumbii, ponieważ to najwyraźniej było przyczyną zmiany zachowania Belova.

Felix Allen

Jednostka Z.E.R.O.

Opiekun Sergeia Belova

Sześć lat temu

Od: Felix Allen

Do: Kapitan L. Kruger

Temat: Pilne

Proszę o natychmiastowe zwolnienie Sergeia Belova ze służby. Stanowi on zagrożenie dla innych osób, ale przede wszystkim dla samego siebie. Próbowałem to wyjaśniać wiele razy, lecz nie słuchaliście. Nie można wziąć dorastającego dzieciaka i zrobić z niego zabójcy bez konsekwencji dla jego psychiki. Nie każdy się do tego nadaje, Lennox, bez względu na to, jak wcześnie rozpocznie szkolenie. To tylko kwestia czasu, zanim mu odbije, a gdy to nastąpi, urządzi jatkę, z której będziesz musiał się tłumaczyć naszym przełożonym.

Felix Allen

Jednostka Z.E.R.O.

Opiekun Sergeia Belova

Cztery lata temu

Od: Kapitan L. Kruger

Do: Felix Allen

Temat: Gdzie jest mój nabytek?

Felix,

oczekuję cię jutro rano w swoim biurze. Chcę wiedzieć, jak, kurwa, przekonałeś admirała, żeby zwolnił ze służby Belova. I gdzie go ukrywasz?!

Kapitan Lennox Kruger

Dowódca Projektu Z.E.R.O.

*

Od: Felix Allen

Do: Kapitan L. Kruger

Temat: Re: Gdzie jest mój nabytek?

Pieprz się, Lennox.

Mam nadzieję, że twój chory projekt wkrótce się na tobie zemści.

Felix

Rozdział 1

ANGELINA

Trzy dni temu

Na talerzu leży dokładnie jedenaście kawałków mięsa, a do tego są dwadzieścia trzy frytki. Policzyłam to wszystko co najmniej tuzin razy, odkąd Maria przyniosła obiad dwie godziny temu. O wiele trudniej się oprzeć, gdy posiłek jest jeszcze ciepły i jego woń wypełnia nozdrza. Ale nawet teraz prawie cieknie mi ślinka, a jelita mam zaciśnięte z głodu.

Drugi dzień był najgorszy. Myślałam, że postradam zmysły, więc zaczęłam liczyć części składowe potrawy i wyobrażać sobie, że je jem. Trochę pomogło. Poniekąd. Może byłoby łatwiej, gdyby mięsa nie pokrojono na drobne kawałki, a każdy z nich nie nęcił mnie z osobna. Mogłam wziąć choć jeden i nikt by nie zauważył. Nie wiem, jak zdołałam się wtedy powstrzymać.

Kończę właśnie piąty dzień strajku głodowego. Przynoszą mi jedzenie i napoje trzy razy dziennie, lecz nie dotykam niczego poza wodą. Wolę umrzeć z głodu, niż poślubić zabójcę ojca.

Drzwi po drugiej stronie pokoju otwierają się szeroko i wchodzi Maria. Przez jakiś czas byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Dopóki nie zaczęła obciągać mojemu ojcu. Ciekawe, kiedy zdecydowała się przerzucić na Diega Riverę – przyjaciela i partnera biznesowego taty, a od pięciu dni także jego zabójcę.

– To nie ma sensu, Angelino – mówi Maria i z rękami opartymi o biodra staje przede mną. – Czy tego chcesz, czy nie, i tak wyjdziesz za Diega. Więc po co robić sobie pod górkę?

Krzyżuję ramiona na piersi i opieram plecy o ścianę.

– A dlaczego nie ty? – pytam. – I tak się z nim pieprzysz. Czemu miałabyś na tym poprzestać?

– Diego nigdy nie poślubiłby córki służącej. Ale nadal będzie mnie pieprzył. – Ocenia moją sylwetkę protekcjonalnym spojrzeniem. – Wątpię, by chciał cię takiej dotknąć, mimo że jesteś córką Manny’ego Sandovala. Nigdy nie byłaś pięknością, jednak teraz wyglądasz jak na wpół martwa anorektyczka.

– Mogłabyś poprosić, żeby zostawił mnie w spokoju, i mieć go tylko dla siebie.

Nie umiem sobie wyobrazić, jak ona znosi dotyk tego wieprza. Diego jest starszy od mojego ojca i cuchnie. Roztacza wokół siebie zapach stęchłego potu i najtańszej wody kolońskiej.

– Chętnie, chętnie. – Uśmiecha się. – Gdybym miała pewność, że to wypali. Ale Diego uważa, że przejęcie kontraktów biznesowych twojego ojca pójdzie znacznie sprawniej, kiedy księżniczka Sandoval zostanie jego żoną. Poczeka dzień, może dwa. Potem zaciągnie cię przed ołtarz. Był niewiarygodnie cierpliwy w stosunku do ciebie, Angelino. Nie powinnaś go dłużej wystawiać na próbę. – Bierze talerz z nietkniętym jedzeniem, po czym wychodzi z pokoju i zatrzaskuje drzwi.

Opadam na łóżko i obserwuję, jak powiewają zasłony podrywane lekką wieczorną bryzą. Od rana kręci mi się w głowie, więc zasypianie jest łatwiejsze niż kilka dni temu. Nie ma już łez i szlochania.

Wciąż jednak nie mogę uwierzyć, że tata nie żyje. Może nie należał do najwspanialszych rodziców na świecie, ale był moim ojcem. Dla Manuela Sandovala praca zawsze stanowiła priorytet, lecz to nic niezwykłego. Nikt przecież nie oczekiwał, że szef jednego z największych meksykańskich karteli będzie spędzał pół dnia na zabawie w chowanego czy berka z córką. Kochał mnie na swój sposób. Rozciągam usta w smutnym uśmiechu wywołanym napływem wspomnień. Manny Sandoval może nie przychodził na recitale ani nie pomagał mi w odrabianiu lekcji, ale zadbał o to, bym potrafiła się posługiwać bronią tak dobrze jak każdy z jego cyngli.

Od strony patio dociera do mnie męski śmiech i cała drżę. Ten kłamliwy drań wciąż świętuje ze swoimi ludźmi. Nie wystarczyło, że zabił mi ojca. Człowieka, z którym przez ponad dekadę robił interesy. O nie. Przejął jeszcze dom i niektóre kontrakty biznesowe Sandovala. A teraz chce zawłaszczyć również jego córkę.

Zamykam oczy i przypominam sobie, jak pewnego dnia Diego przyszedł do naszego domu. Nikt niczego nie podejrzewał, ponieważ przez lata odwiedzał ojca przynajmniej raz w miesiącu. Za późno się zorientowaliśmy, o co chodzi.

Nie powinnam była wtedy atakować Diega. Jedyne, co na tym zyskałam, to siarczyste uderzenie w policzek, po którym aż mnie zamroczyło. Kiedy jednak zobaczyłam ciało taty leżące na podłodze, w kałuży krwi, przestałam trzeźwo myśleć. Uśmiercenie tamtego dupka było moim jedynym pragnieniem. Zamiast czekać na lepszą okazję, zignorowałam dwóch ochroniarzy, chwyciłam za jeden z ozdobnych mieczy wiszących na ścianie biura i rzuciłam się na Diega. Jego ludzie złapali mnie, zanim zdołałam zrobić dwa kroki. I parsknęli śmiechem. Zarechotali jeszcze głośniej, gdy Diego wymierzył mi tak mocny cios w twarz, że prawie złamał moją szczękę.

To zdumiewające, że jeszcze nie próbował mnie przelecieć. Pewnie jest zajęty gwałceniem dziewczyn, porwanych przez niego i zamkniętych w piwnicy, zanim wyśle te biedaczki do klientów, którzy je kupili. Zastanawiam się, czy ja też zostanę sprzedana, czy raczej zabita, gdy mężczyzna zda sobie sprawę, że wolę umrzeć, niż mieć z nim cokolwiek wspólnego. Chowam twarz w poduszkę.

***

Odgłos czyichś pospiesznych kroków wyrywa mnie ze snu. Powoli, bez otwierania oczu sięgam pod poduszkę i zaciskam palce na podłokietniku krzesła, który zdemontowałam trzy dni temu. Ukryłam swoją prowizoryczną broń, na wypadek gdyby Diego w końcu postanowił odwiedzić moją celę.

– Angelinita! – Ktoś chwyta mnie za ramię i potrząsa. – Obudź się. Nie mamy dużo czasu.

– Nana? – Siadam na łóżku i spod zmrużonych powiek patrzę na babcię, która mnie wychowywała. – Jak się tu dostałaś?

– Chodź! Tylko cicho. – Ciągnie za moją dłoń.

Byłam więziona we własnym pokoju i od pięciu dni nic nie jadłam. Powłóczę więc nogami, gdy próbuję nadążyć za starą i wątłą babunią, która praktycznie ciągnie mnie przez korytarz, aż docieramy do kuchni. Diego nie trzyma ochroniarzy wewnątrz domu, a pozostali pracownicy kończą około dziesiątej. Musi być już dobrze po północy, skoro na nikogo nie trafiamy.

Nana prowadzi mnie tak, abym stanęła na wprost szklanych drzwi wychodzących na podwórko, i wskazuje palcem.

– Widzisz tę ciężarówkę? Odjeżdża za kwadrans. Diego wysyła narkotyki dla Włochów w Chicago i kazał, bym wsadziła tam też którąś z dziewczyn jako prezent. – Babcia patrzy mi w oczy. – Pojedziesz zamiast niej.

– Co? Nie. – Jedną dłoń kładę na pomarszczonym policzku kobiety, a drugą opieram się o ścianę, na wypadek gdyby nogi odmówiły mi posłuszeństwa. – Diego cię zabije.

– Jedziesz. Nie pozwolę, by ten sukinsyn położył na tobie łapy.

– Nana…

– W Chicago możesz się zatrzymać u swoich amerykańskich przyjaciół ze studiów. Diego nie przekroczy granicy, aby cię ścigać.

– Nie mam paszportu ani żadnych innych dokumentów. Co zrobię, gdy tam dotrę? – Pomijam fakt, że wspomnianych przez babcię przyjaciół nie jest tak dużo. – Poza tym kierowca mnie rozpozna.

– Nie sądzę, wyglądasz okropnie. Ale zadbamy, by na pewno nie zdołał.

Sięga do szuflady, wyjmuje nożyczki, po czym nacina moje spodenki i koszulkę w kilku miejscach. Gdy kończy, nie zostaje już prawie nic, co zakrywałoby cycki i tyłek. Tak jak Diego lubi.

– Teraz włosy.

Zamykam oczy, biorę głęboki wdech i staję plecami do kobiety. Zaciskam zęby, by łzy nie spłynęły po policzkach, kiedy obserwuję, jak nana tnie długie do pasa włosy. Po jej interwencji sięgają mi ledwo do ramion i są mocno postrzępione.

– Jak tylko dotrzesz do Chicago, skontaktuj się z Liamem O’Neilem – mówi. – Pomoże ci załatwić nowy paszport i inne dokumenty.

– Nie sądzę, by to było rozsądne, biorąc pod uwagę powagę całej sytuacji. A jeśli O’Neil zdradzi Diegowi moje położenie?

Ojciec przez ostatni rok prowadził interesy z Irlandczykami, ale nigdy nie przepadał za ich przywódcą. Nazywał Liama O’Neila podstępnym draniem.

– Musisz zaryzykować. Nikt inny nie załatwi ci nowych papierów.

Spoglądam na podłogę, gdzie wokół moich bosych stóp leżą czarne kosmyki. Włosy odrosną… jeśli przeżyję.

Nana klepie mnie w ramię.

– Odwróć się.

Gdy spełniam polecenie, zgarnia ze stołu doniczkę ze swoją ulubioną agawą i nabiera garść ziemi, którą zaczyna wsmarowywać w moje ręce i nogi. Po chwili cofa się o krok, spogląda na mnie uważnie, a następnie rozprowadza mi odrobinę brudu jeszcze na czole.

– Jest dobrze. – Kiwa głową.

Zerkam w dół, na siebie. Kości biodrowe wystają, a brzuch zdaje się zapadnięty. Zawsze byłam szczupła, ale teraz ciało wygląda, jakby ktoś wyssał z niego każdy milimetr tłuszczu i pozostawił jedynie skórę i kości. Bez wątpienia przypominam dziewczyny, które Diego zamknął w piwnicy. Gdy podnoszę wzrok, nana patrzy na mnie ze łzami w oczach.

– Weź jeszcze to. – Chwyta torbę wiszącą na krześle i mi ją wciska. – Trochę jedzenia i wody. Nie wkładałam pieniędzy, bo kierowca może zechcieć sprawdzić zawartość.

Obejmuję babcię ramieniem, chowam twarz w zagłębieniu jej szyi i wdycham zapach pudrowego płynu do płukania tkanin. Przypomina mi dzieciństwo, letnie dni i kojarzy się z miłością.

– Nie mogę cię zostawić, nana.

– Teraz nie mamy na to czasu. – Pociąga nosem. – Chodźmy. Głowa w dół i nic nie mów.

Na zewnątrz ciągnie mnie za ramię w stronę ciężarówki zaparkowanej przed budynkiem usługowym.

– Najwyższy czas, Guadalupe – warczy kierowca i rzuca na ziemię niedopałek papierosa. – Zabierz ją na tył. Jesteśmy już spóźnieni.

– Nie podchodź do niej. – Nana popycha mnie tak, żebym była z dala od mężczyzny. – Suka na siebie zwymiotowała. Cuchnie jak szambo.

Trzymam głowę nisko i staram się nie potknąć, gdy wskakuję na tył ciężarówki. Moje nogi drżą z wysiłku, ale próbuję utrzymać pion. Chowam rzeczy za jedną ze skrzyń i odwracam głowę, by ostatni raz spojrzeć na nanę, jednak wtedy wielkie drzwi opadają z hukiem. Zapada wszechogarniająca ciemność, a minutę później silnik budzi się do życia.

SERGEI

W mojej tylnej kieszeni uporczywie dzwoni telefon. Rzucam nożem, który trzymałem w prawej ręce, po czym sięgam po komórkę i odbieram połączenie.

– Tak?

– Transport Włochów właśnie opuścił Meksyk – oznajmia Roman Petrov, pakhan Bratvy. – Pojedziesz z Mikhailem i jutro wieczorem go przechwycicie.

– Czyli znów mogę działać w terenie?

Kiedy cztery lata temu dołączyłem do Bratvy, byłem chłopcem na posyłki, lecz przez cały czas sukcesywnie wspinałem się po drabinie hierarchii aż do wewnętrznego kręgu pakhana. Odpowiadałem za operacje polowe do zeszłego roku, gdy Roman wyraźnie mi tego zabronił.

– Nie. To jednorazowa akcja. Anton wciąż jest w szpitalu, więc mamy braki kadrowe. Inaczej nigdy bym cię nie wysłał.

– Twoje przemowy motywacyjne są bezcenne. – Rzucam kolejnym nożem.

– Kiedy jesteś zmotywowany, liczba trupów rośnie jak po przejściu plutonu egzekucyjnego, Sergei.

Przewracam oczami.

– Jakie mam zadanie?

– Przejąć ich ciężarówkę i wysadzić w powietrze. Musisz to zrobić, gdy kierowca zatrzyma się na nocleg, bo moje źródła twierdzą, że na pace wraz z narkotykami jest dziewczyna. Musimy ją najpierw wydostać. Mikhail zadzwoni do ciebie i poda więcej szczegółów.

– Okej.

– I zadbaj o to, żeby tym razem wysadzić tylko ciężarówkę, a nie pół dzielnicy – warczy, po czym kończy połączenie.

Rzucam ostatnim z noży, włączam lampę i podchodzę do wąskiej drewnianej tablicy zamontowanej na przeciwległej ścianie, aby sprawdzić trafienia. Dwa ostrza trafiły znacznie poniżej celu. Starzeję się. Wyciągam wszystkie trzy i przechodzę z powrotem przez pokój. Skupiam wzrok na poziomej białej linii namalowanej wzdłuż drewnianej tablicy, wyłączam światło i ponownie zaczynam rzucać.

***

Dwadzieścia minut później wychodzę z pokoju i schodzę na dół, by poszukać Felixa.

– Albert! – wrzeszczę.

Nienawidzi, gdy go tak nazywam, więc celowo zawsze to robię. Taki jego niewdzięczny los, skoro zdecydował się zostać moim kamerdynerem, zamiast spędzić emeryturę w domku nad morzem, tak jak powinien, kiedy pozwolono nam odejść z wojska. Nigdy mi nie zdradził, jakim cudem zdołał doprowadzić do zwolnienia nas z podpisanych kontraktów.

– Albert! Gdzie schowałeś zapas C-4?

– W spiżarni! – krzyczy z kuchni. – Pudełko pod skrzynką z ziemniakami.

Prycham. A mówią, że to ja jestem wariatem. Mijam schody i otwieram drzwi do wskazanego pomieszczenia.

– Gdzie?

– Na jedenastej. Uważaj na głowę!

Odwracam się w lewo i uderzam czaszką w torbę ze sprzętem golfowym zwisającą z sufitu.

– Jezu! Mówiłem ci, żebyś trzymał swoje graty w garażu!

– Za mało miejsca – mówi za moimi plecami Felix. – Po co ci C-4?

– Roman mnie potrzebuje, mam mu jutro wysadzić jakieś gówno.

– Kolejny włoski magazyn?

– Tym razem ciężarówka pełna narkotyków. – Wyjmuję skrzynkę z ziemniakami i sięgam po pudełko. – Nie można przechowywać materiałów wybuchowych z jedzeniem, do cholery. Zabieram to do piwnicy.

– Pojutrze muszę mieć wolne! – woła za mną. – Idę z Marlene do kina.

Przystaję i patrzę mu w oczy.

– Nie pracujesz dla mnie. Jesteś szkodnikiem, którego tępię od lat, a ten nie chce odejść. Czekam na dzień, gdy wreszcie wyprowadzisz się do Marlene i dasz mi święty spokój.

– Nie wyprowadzę się do niej w najbliższym czasie. Jeszcze na to za wcześnie.

– Masz siedemdziesiąt jeden lat! Jeśli poczekasz trochę dłużej, jedynym miejscem, do którego się wyprowadzisz, będzie pieprzony cmentarz!

– Nie. – Macha ręką. – Moja rodzina jest znana z długowieczności.

Zamykam oczy i wzdycham.

– Radzę sobie. Nie musisz mnie niańczyć. Marlene to miła kobieta. Żyj swoim życiem.

Beztroska maska znika z twarzy Felixa, który zaciska zęby i posyła mi posępne spojrzenie.

– Daleko ci do optymalnej formy i obaj o tym wiemy.

– Nawet jeśli to prawda, nie jesteś już za mnie odpowiedzialny. Odejdź. Pozwól, że sam uporam się z własnym gównem.

– Prześpij całe trzy noce z rzędu, a odejdę. Na razie zostaję tutaj. – Odwraca się w kierunku kuchni, po czym rzuca przez ramię: – Mimi przewróciła lampę w salonie. Wszędzie leży szkło.

– I nie posprzątałeś tego?

– Nie jestem twoim parobkiem, pamiętasz? Jeśli będziesz mnie potrzebować, będę w kuchni. Przygotowuję dorsza na obiad.

Rozdział 2

SERGEI

Leżę pod ciężarówką i podkładam drugą paczkę materiałów wybuchowych, a Mikhail klnie siarczyście gdzieś po drugiej stronie.

– Sergei! Skończyłeś?

– Jeszcze tylko jeden – mówię.

– Umieściłeś wystarczająco dużo ładunku, by wysadzić całą tę cholerną dzielnicę. Zostaw to już i chodź tutaj, potrzebuję cię. Drzwi są zablokowane.

Wyłażę spod ciężarówki i zmierzam na tył, gdzie Orlov przytrzymuje łomem rampę ładowni.

– Nie ruszaj się stąd, ja pójdę po tę dziewczynę – mówię, włączam latarkę w smartfonie i wślizguję się do samochodu.

Obchodzę pudła, przesuwam je, ale nikogo nie widzę.

– Masz ją?! – wrzeszczy Mikhail.

– Nie mogę jej znaleźć. Jesteś pewien, że…

Dostrzegam coś w rogu, ale nie widzę, co to dokładnie. Okrążam stos skrzyń i kieruję światło w dół.

– O kurwa!

Przesuwam ładunek, by podejść bliżej, i kucam obok skulonej postaci. Dziewczyna zakryła twarz ramieniem. Niezwykle wychudzonym, wręcz kościstym. W mojej głowie pojawia się wspomnienie nocy sprzed ośmiu lat. Zamykam oczy i odsuwam od siebie obraz innej kobiety, której anorektyczne ciało pokryte było brudem.

Wyciągam dłoń, by sprawdzić puls leżącej tutaj dziewczyny, absolutnie przekonany, że go nie wyczuję, lecz wtedy ona się porusza i wyrywa rękę z mojego uścisku. Patrzy niesamowicie ciemnymi oczami – o takiej barwie, że w świetle latarki telefonu wyglądają na czarne niczym węgiel.

– W porządku – szepczę. – Jesteś już bezpieczna.

Mruga, po czym kaszle. Białka jej wspaniałych oczu błyszczą, a po chwili powieki dziewczyny się zamykają. Mdleje. Kładę telefon na skrzyni obok, tak by światło padało na nieznajomą, i wsuwam ręce pod wątłe ciało. Aż ściska mnie w gardle, gdy ją podnoszę.

Dobry Boże, nie może ważyć więcej niż czterdzieści kilo.

– Sergei?! – nawołuje od drzwi Mikhail.

– Znalazłem ją! Kurwa, jest w kiepskim stanie. – Chwytam telefon i używając go do oświetlania drogi, wynoszę dziewczynę na zewnątrz. – Mam cię – szepczę jej do ucha, po czym zwracam się głośniej do Mikhaila: – Przytrzymaj drzwi.

Wyskakuję z ciężarówki i zmierzam w stronę samochodu Orlova.

– Zadzwonię do Varyi. Poproszę, żeby sprowadziła lekarza. – Mikhail opuszcza drzwi ciężarówki. – Możemy się z nimi spotkać w naszej kryjówce.

– Nie – odszczekuję i tulę wątłe ciało dziewczyny do piersi. – Zabieram ją do siebie.

– Co? Zwariowałeś?

Przystaję i mierzę go twardym wzrokiem.

– Powiedziałem, że biorę ją ze sobą.

Mikhail wpatruje się we mnie, po czym wzrusza ramionami.

– Nieważne. Zanieś ją do samochodu, wysadź ciężarówkę i wynośmy się stąd.

Otwieram drzwi i wskakuję na tylne siedzenie. Nasłuchuję oddechu dziewczyny, którą wciąż trzymam w ramionach. Jest płytki, ale kobieta żyje. Jeszcze.

– Gotowy? – pyta z fotela kierowcy Mikhail, lecz go ignoruję. – Jezu, Sergei! Bierz tego pieprzonego pilota i wysadź już tę cholerną ciężarówkę.

Spoglądam na niego, rozważając, czy nie przywalić mu w łeb za to, że mi przerwał, postanawiam jednak tego nie robić. Żona Orlova jest szalenie zakochana w nim i jego zrzędliwości. Nie byłaby zadowolona, gdyby wrócił do domu z guzami na całym ciele.

Choć ja prawdopodobnie nie skończyłbym w lepszym stanie. Mikhail to silny drań. Raz obserwowałem, jak walczył z trzema facetami swojego wzrostu. Aż miło było na to popatrzeć. Nie pamiętam szczegółów, ale chyba tylko on wyszedł z tej sytuacji żywy. Zastanawiam się, w jakich okolicznościach stracił prawe oko, gdy lewym zerka na mnie w lusterku wstecznym. Uśmiecham się, sięgam do kieszeni i naciskam przycisk na pilocie.

Ogłuszający wybuch przeszywa noc.

ANGELINA

Mrok. Nieprzejednana ciemność. Nagle oślepia mnie mocny blask. Słyszę ciche słowa. A potem znów nastaje bezkres nicości.

Światło. Lewituję. Wyłapuję stłumione zdania, których znaczenia nie potrafię rozszyfrować. Ponownie oślepiające światło. Szczekanie psa. Głosy dookoła. Trzy męskie. Jeden kobiecy.

Znowu stan nieważkości. Woda. Przyjemnie ciepła. Najpierw na ciele, potem we włosach. Wzdycham i czuję, jak odpływam. Woda znika i nagle jest mi bardzo, bardzo zimno. Drżę. Próbuję otworzyć oczy, ale nie mogę. Otula mnie coś miękkiego i ciepłego, po czym znów pojawia się odrętwienie. Ramiona, duże i silne, obejmują moją talię. Gdzie ja jestem? Kto mnie niesie? Dryfuję, ale dokąd?

Kołysanie ustaje, lecz wciąż czuję na sobie czyjeś ramiona. Ponownie mi zimno, znowu drżę. Zostaję przyciągnięta do czegoś ciepłego i twardego.

Cichy kobiecy szept. A potem wyrwane z kontekstu, wypowiedziane męskim głosem słowa. Gniew. Ramiona się zaciskają, przygarniają mnie jeszcze bliżej. Czuję uszczypnięcie w grzbiet dłoni. Lekki ból. Słyszę coraz więcej głośnych słów. Kłótnia. Język wydaje mi się znajomy. To nie hiszpański. Ani włoski. Ciężarówka miała trafić do Włochów, lecz nie wyłapuję tu ani odrobiny włoskiego.

– Idi na khuy, Albert! – Tuż przy moim uchu rozbrzmiewa głęboki męski głos.

Krew mnie zalewa. Jak, do cholery, skończyłam u Rosjan? Mój rosyjski jest na poziomie podstawowym, zaliczyłam tylko jeden semestr, ale potrafię rozpoznać ten język.

Ponownie próbuję otworzyć oczy, lecz to jeszcze trudniejsze niż wcześniej. Czy oni mnie odurzyli? Znów powoli tracę przytomność, a ostatnie, co pamiętam, to szepty i świeży, cytrusowy zapach męskiej wody kolońskiej. Nie powinnam odpływać w otoczeniu tych ludzi, ale głęboki i kojący głos mnie uspokaja i z jakiegoś powodu właśnie ten dźwięk sprawia, że czuję się bezpiecznie. Wzdycham, przyciskam twarz do twardej męskiej klatki piersiowej i zasypiam w ramionach wroga.

SERGEI

Przesuwam śpiącą dziewczynę tak, by głową leżała na moim ramieniu, i poprawiam koc, którym ją owinąłem. Skupiony na jej upiornie bladej twarzy zajmuję wygodną pozycję w fotelu. Kobieta ma podkrążone oczy, a kilka mokrych, nierówno przyciętych kosmyków przykleiło się do policzka, tuż nad wyblakłym, żółtym siniakiem. Wygląda jak ktoś, kto przeszedł przez piekło i wrócił do żywych.

– Nie możesz jej tu trzymać, chłopcze – mówi Varya, gosposia Romana. – Ona potrzebuje natychmiastowej pomocy medycznej.

– Lekarz zostanie tu na noc. Ty też możesz, jeśli chcesz. – Spoglądam w górę. – A ona nigdzie się nie wybiera.

Varya kręci głową i patrzy na doktora.

– Jak poważny jest stan dziewczyny?

– Odwodnienie. I początek zapalenia płuc. Zrobiłem jej zastrzyk z antybiotykiem. Podawaj też te tabletki codziennie do wtorku. – Wręcza mi fiolkę i wskazuje głową w kierunku worka z kroplówką, który trzyma Varya. – Dziś wieczorem będzie potrzebowała kolejnej dawki soli fizjologicznej.

– Coś jeszcze?

– Zakładam, że będzie spała do rana. Gdy się obudzi, daj jej wody i coś do jedzenia, ale pierwszego dnia tylko coś lekkostrawnego. Ogólnie rzecz biorąc, jest zdrową kobietą, a to – wskazuje wystające żebra – jest świeża sprawa. Prawdopodobnie ją głodzili.

Zastygam.

– To znaczy, że nie miała wystarczająco dużo jedzenia? – Wpatruję się w lekarza.

– To znaczy, że albo dostawała bardzo niewielkie posiłki, albo nie otrzymywała ich wcale przez ostatnie pięć dni. Może nawet dłużej.

Uczucie pieczenia rozprzestrzenia się po moim ciele, zaczynając od żołądka, i szybko pochłania mnie bez reszty. Pomieszczenie zostaje zalane przez mrok, który przekształca je w ciemną piwnicę, a jedyne światło pochodzi z mojej latarki. Wokół dostrzegam porozrzucane skrzynie i kawałki rozbitych mebli. I ciała. Co najmniej dziesięć dziewczyn, brudnych i wychudzonych, leżących dookoła. To moja wina. Gdybym wszedł tam wcześniej, zamiast wykonywać bezsensowne rozkazy, mógłbym je uratować. Dla świętego spokoju sprawdzam puls wszystkim po kolei, chociaż wiem, że są martwe. Każda z nich ma dużą, czerwoną kropkę na środku czoła. Z wyjątkiem ostatniej. Ledwo słyszalny jęk opuszcza usta nieznajomej, gdy przyciskam palec do jej szyi. Kobieta patrzy na mnie, a bicie serca pod moją dłonią ustaje.

– Sergei? – Głos Varyi brzmi niewyraźnie.

Zamykam oczy i biorę głęboki oddech, by stłumić następną falę napływających obrazów. Lewa ręka zaczyna mi drżeć. Kurwa. Zaciskam zęby i z całej siły zamykam powieki.

– Cholera. Varya, odsuń się od niego. Powoli – warczy stojący gdzieś z prawej Felix. – Lepiej wszyscy wyjdźcie na zewnątrz. Natychmiast.

Jeden głęboki wdech. Potem kolejny. To nie pomaga. Mam wrażenie, że zaraz eksploduję. Słyszę wychodzących ludzi i odgłos zatrzaskiwanych drzwi, ale dźwięki mieszają się z dzwonieniem w uszach. Ogarnia mnie niepohamowana potrzeba zniszczenia czegoś, czegokolwiek, a wściekłość narasta i narasta.

Dziewczyna, którą trzymam w ramionach, się porusza. Przesuwa głowę w lewo i chowa twarz w zagłębieniu mojej szyi. Jej oddech drażni skórę jak skrzydła motyla. Wracam do rzeczywistości. Kobieta wzdycha, a potem kaszle. Otwieram oczy i spoglądam na nią. Wypatruję oznak niepokoju, ale bezskutecznie.

Odchylam się w fotelu, by było jej wygodniej, naciągam koc na kościste ramię i zauważam, że przestała mi drżeć ręka. Wpatrzony w sufit wsłuchuję się w oddech nieznajomej i próbuję zsynchronizować z nim swój. Ciało dziewczyny drga, a ona ponownie kaszle.

– Już w porządku. Jesteś bezpieczna – szepczę i zaciskam wokół niej ramiona.

Mamrocze coś, czego nie potrafię rozszyfrować, i kładzie rękę na mojej klatce piersiowej, tuż nad sercem. Jest taka wątła, drobna i koścista. Prawdopodobnie mógłbym objąć obydwa jej nadgarstki kciukiem i palcem wskazującym. Czuję puls pod dłonią, gdy przykładam ją do szyi kobiety. Tętno jest silne. Wyjdzie z tego. Ciśnienie, które we mnie narastało, powoli ustępuje.

Spoglądam ponownie na twarz dziewczyny, po czym odgarniam mokre kosmyki za ucho. Nawet zagłodzona niemal na śmierć jest piękna. Ale to nie jej uroda przyciąga moją uwagę. Dostrzegam w tych rysach coś, co wydaje się znajome. Mam doskonałą pamięć, więc mogę być pewien, że nie spotkałem tej kobiety wcześniej, przynajmniej nie osobiście. Lecz mimo to… Przekrzywiam głowę i przyglądam się czarnym brwiom, zadartemu nosowi oraz pełnym ustom. Próbuję sobie wyobrazić, jak wyglądała, zanim zaczęła być głodzona i spędziła trzy dni na pace ciężarówki. Wtem, jak gdyby wyczuła, że na nią patrzę, kobieta odzyskuje częściową świadomość i na ułamek sekundy unosi powieki, a jej otępiałe spojrzenie spotyka się z moim. Wtedy sobie przypominam.

Rozdział 3

ANGELINA

Coś mokrego ląduje na grzbiecie mojej dłoni i spływa między kciukiem a palcem wskazującym. Dyszę. Gorący oddech owiewa mi twarz. Unoszę powieki, mrugam i natychmiast nieruchomieję. Próbuję opanować narastającą panikę, wpatrzona w ciemne oczy, które spoglądają na mnie z zainteresowaniem. Najwolniej, jak to możliwe, siadam i sunę na drugą stronę łóżka, dopóki nie uderzam plecami w ścianę. Bestia wciąż jest w zasięgu wzroku. Nie mam problemu z psami, ale to, co łypie na mnie ślepiami, jest podobne bardziej do niewielkiego ogiera niż do zwykłego kundelka.

Zwierzę przekrzywia głowę i patrzy bacznie, po czym kładzie się na podłodze i zamyka oczy. Kilka minut później rozbrzmiewa odgłos głośnego chrapania. Biorę wdech i się rozglądam.

Jestem w czyjejś ogromnej sypialni. Oprócz łóżka dostrzegam dużą, drewnianą szafę, sięgający od podłogi do sufitu regał oraz dwie leżanki i stojącą między nimi lampę. Na jednym z siedzisk zauważam obcisłą skórzaną kurtkę i kask motocyklowy. W pokoju widzę dwoje drzwi, z których jedne prowadzą prawdopodobnie do łazienki, a drugie – do wyjścia. Jest też dziwny element: gruba, drewniana deska z namalowaną poziomą białą linią. Mrugam kilka razy i skupiam wzrok na drzwiach obok nietypowej dekoracji. Muszę się stąd wydostać.

Jestem niemal pewna, że trafiłam w ręce gangstera z Bratvy. Nikt inny nie przechwyciłby transportu narkotyków. A to żadna tajemnica, że ojciec nigdy nie był w najlepszych stosunkach z Rosjanami. Jeśli ktokolwiek tutaj pozna moją tożsamość, dowie się, że jestem poszukiwana, i zapewne odda mnie tamtym draniom.

Muszę natychmiast uciec.

Zanim jednak podejmę tę próbę, powinnam skorzystać z toalety, bo zaraz pęknie mi pęcherz. Przesuwam się w stronę krawędzi materaca, jak najdalej od śpiącego na podłodze zwierzaka. Jednak gdy tylko dotykam stopami posadzki, pies unosi łeb. Czekam, aż przypuści atak, lecz on jedynie mnie obserwuje. Powoli wstaję, ale wtedy rozmywa mi się obraz. Kiedy zawroty głowy mijają, ostrożnie, chwytając się po drodze oparcia leżanki, zmierzam do drzwi po prawej. Nogi drżą jak galareta, a obraz przed oczami pływa, lecz jakoś daję radę pokonać odległość i nacisnąć klamkę.

Bestia wydaje niski pomruk – to niezupełnie warczenie, ale z pewnością rodzaj ostrzeżenia. Spoglądam przez ramię, a zwierzę wskazuje pyskiem drugie drzwi. Przesuwam się wzdłuż ściany, obserwując psa. Ten znów kładzie łeb, gdy tylko dotykam właściwej klamki. Dziwne. Otwieram drzwi i trafiam do łazienki.

Po opróżnieniu pęcherza podchodzę do umywalki i wpatruję się w swoje odbicie w lustrze. Przede wszystkim rejestruję fakt, że jestem czysta. Na skórze nie ma plam brudu, włosy też wyglądają na umyte. Ktoś mnie wykąpał. Ktoś mnie też ubrał. Zauważyłam to, gdy tylko się obudziłam. Jednak dopiero teraz zwracam uwagę na to, co mam na sobie – kobiece różowe szorty i białą koszulkę z Myszką Miki na piersi. Spodenki pasują, ale T-shirt jest nieco za ciasny. Wygląda na to, że ostatni gram tłuszczu, jaki pozostał w moim ciele, znajduje się w cyckach.

Ochlapuję twarz zimną wodą, wypijam trochę bezpośrednio z kranu i zaczynam przetrząsać szafki. Wiele bym dała za szczoteczkę do zębów, bo w ustach czuję nieprzyjemny posmak. To musi być mój szczęśliwy dzień – pod umywalką znajduję pudełko z dwiema nieużywanymi szczoteczkami. Kiedy jakiś czas później wychodzę z łazienki, zmierzam do tych drugich drzwi, ale gdy robię krok w tym kierunku, natychmiast słyszę złowrogie warczenie. Zatrzymuję się, a pomruk ustaje. Świetnie. Powinnam się była tego spodziewać. Tylko co teraz?

Do wyjścia jest kilka metrów, lecz jeszcze mniejsza odległość dzieli mnie od psa. Czekam parę chwil, stojąc jak wryta, po czym znów ruszam przed siebie, tym razem szybciej. Bestia szczeka i rzuca się w moją stronę. Zakrywam twarz dłońmi i wrzeszczę wniebogłosy.

Słyszę, że ktoś biegnie, a za moment drzwi stają otworem. Nie mam jednak odwagi odsunąć rąk od oczu, wciąż przerażona wizją ataku psa.

– Mimi! – Gdzieś przede mną rozbrzmiewa głęboki głos. – Idi syuda1.

Mimi? Kto przy zdrowych zmysłach nazwałby to coś Mimi? Rozsuwam palce i spoglądam spod zmrużonych powiek na właściciela dudniącego głosu. Natychmiast robię kilka kroków do tyłu.

Zwykle faceci nie są w stanie mnie przestraszyć. Dorastałam w środowisku karteli narkotykowych, miałam więc wokół siebie dziesiątki wytatuowanych osiłków, odkąd byłam małą dziewczynką. Ale ten… Ten mężczyzna onieśmieliłby chyba każdego.

Stojący w drzwiach gość ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i jest mocno zbudowany. Jednak nie napompowany jak ktoś, kto spędza całe dnie na siłowni i faszeruje się sterydami. Jego ciało musiało być rzeźbione do perfekcji przez wiele lat. Widzę doskonale każdy mięsień, ponieważ nieznajomy ma na sobie tylko wyblakłe dżinsy i – na ile mogę to ocenić – tatuaże na całej skórze. Pokrywają one obydwa ramiona aż do nadgarstków, tors aż do obojczyków, a wnioskując po czarnych kształtach, które rozpoczynają się na barkach, wzory przechodzą też na plecy.

Spoglądam na ostre rysy jego twarzy. Włosy koloru jasny blond tworzą dziwną kombinację z pokrytą tatuażami sylwetką. Ale najbardziej intrygującą cechą mężczyzny są oczy – lodowato niebieskie, przejrzyste i przeszywające – które obserwują mnie bez choćby jednego mrugnięcia.

Przerażający Rosjanin stawia krok w moją stronę. Krzyczę i robię dwa kroki do tyłu.

– Wszystko w porządku. Nie skrzywdzę cię – mówi, posługując się przyzwoitą angielszczyzną, i unosi ręce. – Jak masz na imię?

Ile powinnam mu zdradzić? Dzięki Bogu nie wie, kim jestem. Nie brałam udziału w interesach ojca, więc nie spodziewam się, że ktokolwiek z Bratvy mnie rozpozna. I oby faktycznie tak było. Cholera. Powinnam była o tym pomyśleć i przygotować jakąś historyjkę.

– ¿Cómo te llamas? – pyta ponownie mężczyzna, tym razem po hiszpańsku, lecz wciąż trzymam buzię na kłódkę.

Potrzebuję trochę czasu do namysłu, więc spoglądam na psa, którego facet chwycił za obrożę, i udaję, że skupiam się na zwierzęciu.

– Comment tu t’appelles?

Francuski? W ilu językach mówi ten człowiek? Wkrótce będę musiała udzielić jakiejś odpowiedzi. Czy powinnam podać prawdziwe imię? Nie jest rzadkie i raczej dość uniwersalne, więc lepiej je wyjawić, niż później się plątać.

– Angelina – szepczę po angielsku.

Tak jest bezpieczniej, ponieważ szkołę średnią i college skończyłam w USA, dzięki czemu nie mówię z akcentem.

Drżenie nóg się nasila i znów mam lekkie zawroty głowy, więc kładę rękę na ścianie i zamykam oczy z nadzieją, że nie zemdleję. Zapasy, które dała mi babcia – trochę owoców i parę kanapek – sprawiły, że odzyskałam odrobinę sił, lecz wczoraj rano zjadłam ostatnią porcję prowiantu.

Czuję ramię wokół swojej talii i unoszę powieki.

– Wracaj do łóżka – szepcze mi do ucha Rosjanin, po czym drugą rękę wsuwa pod moje uda i już mnie niesie.

To znajome uczucie, jego bliskość. Nie zarejestrowałam wiele z tego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin, lecz pamiętam, jak te silne ramiona wyciągnęły mnie z ciężarówki. Opieram głowę o tors mężczyzny, bliżej szyi. Déjà vu. Zamykam oczy i wdycham zapach wody kolońskiej – cytrusowy i świeży. Znam ten aromat z zeszłej nocy. Choć byłam oszołomiona i nieświadoma tego, co zachodzi wokół, wiem, że zasypiałam właśnie przy tej woni. Czyżby to był mój wybawca?

Docieramy do łóżka, ale nieznajomy nie kładzie mnie na nim od razu. Zamiast tego po prostu mi się przygląda. Jego twarz jest zaledwie kilka centymetrów od mojej. Z bliska, gdy nie widać tych wszystkich tatuaży, nie wydaje się taki straszny. W gruncie rzeczy – z tymi zarysowanymi kośćmi policzkowymi i niebieskimi oczami – jest nawet przystojny. Za jedyną niedoskonałość uznaję nos, nieco krzywy, jakby był wielokrotnie łamany. To zaskakujące, ale nie przeszkadza mi bycie przyciśniętą do nagiej klatki piersiowej tego mężczyzny.

– Wiesz, gdzie jesteś i jak się tu znalazłaś, Angelina? – pyta i opuszcza mnie na materac.

Natychmiast powracam do rzeczywistości i przenoszę wzrok na chrapiącego pośrodku pokoju psa. Nie powiem temu facetowi prawdy, ale potrzebuję wiarygodnej historii. Takiej, która go przekona, że jestem nikim i że może pozwolić mi odejść.

– Podróżowałam – cedzę, nie odrywając spojrzenia od Mimi. – Z plecakiem. W zeszłym tygodniu zostałam porwana na obrzeżach Miasta Meksyk.

To brzmi dość wiarygodnie. Większość dziewczyn, które Diego trzymał w piwnicy, trafiała do niego właśnie w ten sposób.

– Sama?

– Tak. – Kiwam głową.

– I co się później stało?

– Wsadzili mnie do ciężarówki. Nie wiem, dokąd jechali, zanim mnie znalazłeś.

Zapada krótka cisza.

– Jesteś w Chicago. Skąd pochodzisz?

– Z Atlanty.

– Masz rodzinę w Atlancie?

– Tak. – Kiwam głową. – Mama i tata tam mieszkają.

– Przyniosę ci coś do jedzenia, a potem zadzwonisz do rodziców, okej?

Podnoszę wzrok i widzę, że przygląda mi się spod zmrużonych powiek.

– Tak, dziękuję – odpowiadam.

Odwraca się, by odejść. Tak jak myślałam, plecy mężczyzny też są pokryte tatuażami. Nie podał mi swojego imienia. Bez sensu pytać, bo i tak niedługo stąd odejdę, ale muszę wiedzieć.

– A ty jak masz na imię?

– Sergei. Sergei Belov – rzuca przez ramię i po chwili już go nie ma.

Wpatruję się w drzwi, które zamknął, a w moim żołądku zaczyna narastać panika. Cholera. Ze wszystkich ludzi, którzy mogli mnie znaleźć…

Rosjanie prowadzili już interesy z Mendozą i Riverą – szefami pozostałych dwóch karteli – kiedy w zeszłym roku zwrócili się z ofertą do mojego ojca. Bratva chciała wejść w układ również z kartelem Sandovala. Tata im odmówił, a następnie nawiązał współpracę z Irlandczykami, którzy są głównymi konkurentami Rosjan.

Pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Właśnie przyleciałam z USA i czekałam, aż ojciec wróci ze spotkania z Rosjanami. Gdy wpadł do domu, wrzeszczał i klął. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby był tak zdenerwowany. Zapytałam, o co chodzi, a on odparł, że nic dziwnego, iż Rosjanie dobrze się dogadują z Mendozą, ponieważ jedni i drudzy są obłąkani. Nie rozwinął tematu, ale jeszcze tego samego dnia usłyszałam, jak strażnicy wspominają o szalonym Rosjaninie, który wziął udział w rozmowach. Facet posłał do szpitala czterech ochroniarzy, gdy ci grzecznie poprosili o zdanie broni przed spotkaniem.

Tym Rosjaninem był Sergei Belov. Muszę się stąd jak najszybciej wydostać.

1Idi syuda (z ros.) – Chodź tutaj

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3