Nie moja bajka - A.P. Mist - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Nie moja bajka ebook i audiobook

Mist A.P.

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

1009 osób interesuje się tą książką

Opis

Znienawidzili się od pierwszego wejrzenia, a zapragnęli… od drugiego.

Nico jest miejscowym podrywaczem i nie stroni od przygód. Kocha kobiety, ale na krótko. Męski, twardy, gorący mężczyzna zdecydowanie lubi wyzwania. Tym właśnie stanie się dla niego Meghan, która przybyła do Needville na ślub przyjaciółki. Uparta i zadziorna latynoska piękność postanowi utrzeć mu nosa i udowodnić, że nie każdy jego cel jest do zdobycia.

 

Wkrótce rozpocznie się wybuchowa gra, pełna bólu i walki. Najpierw przeciwko sobie, a później o siebie. Tylko od nich będzie zależeć, czy rozegrają ją tak, by ta historia skończyła się bajkowo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 233

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Angelika Kurowska i Tomasz Urbański

Oceny
4,5 (133 oceny)
90
25
14
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Nie moja bajka 💙
31
Olazd

Dobrze spędzony czas

Fajnie się czytało, ale dla mnie trochę za dużo dramatów, autorka popłynęła.
20
MarzenaZarzycka15

Nie oderwiesz się od lektury

Nazwisko autorki mówi samo za siebie i to świadczy ,że warto poświecić swoj cenny czas na przeczytanie tej ksiażki.
21
Emcik03

Nie oderwiesz się od lektury

Krótka dynamiczną akcją! Podobała mi się 🙂
21
renata120773

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
10



A.P. MIST

Nie moja bajka

Dla tych, którzy uciekają. Najlepszą opcją jest ucieczka w słowa. Rozmawiaj, by otwierać drzwi.

Prolog

Meghan

Trzymałam na rękach roczną Noellę i ze łzami wzruszenia obserwowałam, jak jej mama przysięga swojemu mężczyźnie dozgonną miłość. Cholera! Tylko Sophie i Aaron potrafili sprawić, że płakałam jak idiotka. To, ile przeszli i jak przez to wszystko przeszli, było dowodem, że prawdziwa miłość istnieje i rodzi się w miejscu i w osobach, po których najmniej się tego spodziewamy.

Obok mnie stała Loreen i pociągała nosem.

– Przestań się mazać. – Szturchnęłam ją ramieniem, na co ona kopnęła mnie w kostkę. Spotykałyśmy się dość często, jeśli nie w Needville, u prowodyrów tego całego zamieszania, to w Baltimore. Mogłam przyznać, że wypełniła ona pustkę, która utworzyła się po tym, jak Sophie związała się z Aaronem.

– A tobie to się niby oczy pocą od upału? – zapytała szeptem.

– Żebyś wiedziała. Nie jestem przyzwyczajona – odparłam z udawanym oburzeniem.

– Jesteś mieszczuchem w najgorszym wydaniu. – Przewróciła ostentacyjnie oczami.

– Przypominam ci, że mieszkasz w tym samym mieście co ja i jesteś tak samo przesiąknięta – droczyłam się.

Często dochodziło pomiędzy nami do takich słownych potyczek. Świetnie się dogadywałyśmy i śmiało mogłam nazwać ją swoją bratnią duszą. Loreen nie miała łatwego życia, a kiedy poznałam jej historię, to, jak musiała sobie poradzić z rodzinną traumą, byłam zdruzgotana.

– Zamknij się już – wycedziła. – Dziś nie my odgrywamy główną rolę.

– Weźmiesz na moment swoją małą chrześnicę? Nie wiem, czym ją karmią, ale jest ciężka.

Przekazałam jej ostrożnie pulchniutką dziewczynkę i cofnęłam się o krok, żeby przetrzeć zapłakane oczy. Nie chciałam na weselu wyglądać jak rozmazana na asfalcie panda.

– Uważaj z tymi szczudłami – usłyszałam i gwałtownie się odwróciłam. No tak, to ten cholerny idiota znęcający się nad zwierzętami.

– Co ty powiedziałeś? – warknęłam cicho, żeby nie wzbudzić zainteresowania innych gości.

– Wbiłaś mi obcas w stopę – mruknął i spiorunował mnie wściekłym spojrzeniem.

– Szkoda, że nie w dupę – odburknęłam i znów odwróciłam się do niego plecami.

Chciałam odejść, ale złapał mnie za nadgarstek i się pochylił.

– Jeśli lubisz, to możemy potestować na tobie. – Owionął mój kark gorącym oddechem, a mnie przeszły ciarki. – I wepchnąć ci gdzieś… coś – dokończył z wyraźną drwiną.

– Choćbyś był ostatnim facetem na Ziemi, nie wsadziłbyś mi niczego ani w dupę, ani w inny otwór. Bez względu na to, czy to miałby być mój obcas, czy twój…

– Jeszcze się przekonamy, paniusiu – przerwał mi i przejechał kciukiem wzdłuż mojego obnażonego kręgosłupa.

Po zakończonej ceremonii wszyscy skierowali się do stodoły, w której odbywało się wesele. Szłam leniwie za tłumem, który już mnie wyprzedził, i zastanawiałam się, jakim cudem Sophie odnalazła się w tym miejscu. Miałam tu spędzić miesiąc urlopu, podczas kiedy oni będą w podróży poślubnej. Namawiałam ich, żeby zostawili Noellę, ale Aaron nie był skłonny na tak długą rozłąkę ze swoim oczkiem w głowie.

– Mówiłem, że jesteś nieprzystosowana – usłyszałam wibrujący, ociekający kpiną głos.

– Bo nie biegnę za tłumem do stodoły? – prychnęłam.

– W tym… – zrównał ze mną krok i wskazał na moje czarne szpilki – …nawet nie da się chodzić, a co dopiero biegać.

– Bo to nie są buty do chodzenia. – Uniosłam zaczepnie brew.

– A do czego?

– Do uwodzenia – odparłam i przyspieszyłam, pozostawiając go w tyle i kręcąc zmysłowo biodrami, żeby zrozumiał, co miałam na myśli.

Słyszałam jeszcze, jak przeklął pod nosem, po czym szybkim krokiem mnie ominął i poszedł do budynku, w którym już rozbrzmiewała muzyka. Przed samym wejściem dostrzegłam Loreen, która bujała w wózku Noellę.

– Nie wchodzisz?

– Nie chcę, żeby się obudziła. – Kiwnęła głową na smacznie śpiącą dziewczynkę. – Idź, znajdź jakiegoś przystojniaka i zabaw się trochę.

– Nie ma tu takich, którymi byłabym zainteresowana – odpowiedziałam, choć przez moją głowę mimowolnie przetoczył się obraz tego aroganckiego kowboja.

To jasne, że jego wygląd nie umknął mojej uwadze. Był wysoki, postawny, a dziś dodatkowo cholernie elegancki. Wcześniej widywałam go tylko w stajniach Aarona i wyglądał, cóż… Jak typowy wieśniak. Przystojny, męski, twardy… I chamski.

Rozdział 1

Nico

Byłem nieco zaskoczony, kiedy Aaron tuż przed wyjazdem przyszedł i to właśnie mnie postanowił oddać pieczę nad farmą pod jego nieobecność. Wprawdzie pracowałem u niego od lat, ale po drodze mieliśmy sporo nieporozumień. Najpoważniejszym była jego Sophie. Wówczas ja chciałem się zabawić, a on, cóż… znalazł sobie żonę.

Podrzucałem klucze, które mi wręczył, i wszedłem do domu, gdzie zawsze przed pracą Maria – jego gosposia, raczyła nas śniadaniem. Ze środka dobiegała muzyka, a już od samego wejścia roznosił się zapach czegoś dobrego. Stanąłem w progu kuchni, ale zamiast Marii zobaczyłem, cholera, najzgrabniejszy tyłek na świecie. Odziany w… Właściwie to nieodziany w nic, bo kawałka materiału, który miał służyć za ubranie, nie można było nim nazwać. Napawałem się przez chwilę tym widokiem, po czym chrząknąłem.

– Gdzie jest Maria? – zapytałem, kiedy nie zareagowała.

Odwróciła się niespiesznie i obrzuciła mnie, kurwa, najbardziej lubieżnym spojrzeniem, jakie kiedykolwiek widziałem. A widziałem ich wiele…

– Dałam jej wolne. Ja będę gotować – powiedziała z szerokim uśmiechem. Pieprzona podróbka Jennifer Lopez.

– Że ty będziesz robić co?! – parsknąłem i zrobiłem krok w jej stronę.

– Gotować dla was, wieśniaku. – Założyła ręce pod pełnymi piersiami. Na pewno nie były naturalne. Natura nie mogła przecież dać tyle seksapilu jednej kobiecie. To okazałoby się kurewsko niesprawiedliwe.

– W tym stroju, laleczko, to ty możesz ewentualnie zrobić lody… – wychrypiałem i zbliżyłem się do niej o krok.

– Niech nie ponosi cię fantazja, kowboju. Dla ciebie nie będzie nawet posypki. – Wbiła mi paznokieć w pierś i spojrzała spod rzęs. Igrała ze mną.

– Liczyłem na polewę – mruknąłem i złapałem ją za nadgarstek, po czym bezczelnie przycisnąłem jej dłoń do swojego brzucha i zacząłem zsuwać niżej.

– Uważaj, bo twój mokry sen może okazać się krwawym koszmarem. – Pstryknęła mnie palcami w naprężone krocze, a zaraz potem skinęła głową na stół. – Smacznego, kowboju – powiedziała przesłodzonym głosem i wyszła z pomieszczenia.

Blat był już zastawiony różnymi potrawami, przez których zapach mój żołądek zaczął boleśnie domagać się jedzenia. Wkrótce dołączyła do mnie reszta ekipy. Całkiem nieświadomi zaczęli wychwalać nowości przygotowane przez kucharkę. Laleczka z miasta potrafiąca napełnić brzuchy całej gromadzie mężczyzn to jakiś fenomen. Wyglądała raczej na taką, której jedynym pożywieniem była sałata.

Nagle w progu kuchni stanęła Loreen.

– Cześć, chłopaki. Odwiezie mnie ktoś na lotnisko? – Wyszczerzyła się i wskazała na mnie palcem.

– Weź taksówkę – mruknąłem.

– Mamy do pogadania, więc podnieś tę swoją dupę i zawieź mnie do Houston. – Zrobiła zaciętą minę.

Loreen znałem od lat, chodziła z moim starszym o pięć lat bratem do klasy i przez cały okres szkolny się nienawidzili. Prawda jednak była taka, że mój głupi brat leciał na nią, ale nie wiedział, jak powinien zagadać. Nim do tego dorósł, ona zdążyła opuścić Needville.

Przewróciłem oczami, bąknąłem do pozostałych, że wiedzą, co mają robić, i ruszyłem do wyjścia. Zapakowałem jej walizkę na pakę i zająłem miejsce za kierownicą. Kiedy ona usiadła na miejscu pasażera, najpierw zlustrowała mnie jakoś gniewnie, a później westchnęła.

– Czego? – warknąłem.

– Lecisz na nią.

– Zależy, którą „nią” masz na myśli. W gruncie rzeczy lecę na parę panienek – parsknąłem i odpaliłem silnik.

– Na Meggie. Widziałam, jak ją obserwowałeś przez całe wesele. Słyszałam też waszą dzisiejszą rozmowę.

– Jesteś jej opiekunem prawnym? – rzuciłem z kpiną. Nie rozumiałem celu tej pogadanki. – Nie jest pełnoletnia?

– Jestem jej przyjaciółką.

– Uraczysz mnie teraz kazaniem w stylu: „jeśli zranisz moją przyjaciółkę, to będziesz miał ze mną do czynienia”? – Wciąż kpiłem. – Bez obaw. Nie tknę jej. No chyba że kijem.

– Nico, ostrzegam cię. Meghan jest wrażliwą dziewczyną, nie chcę, żeby cierpiała, a wszyscy wiedzą, że nie potrafisz popuścić żadnej – zawodziła. – Sophie też próbowałeś…

– Nie udało mi się dobrać do Sophie, dzięki czemu masz bratową – uciąłem. – Starzeję się, nie bawi mnie pieprzenie wszystkiego, co się rusza i nie ucieka – odparłem i zacisnąłem mocno szczęki. Czułem się jak smarkacz na dywaniku. – Poza tym ta twoja Meggie wcale nie jest wrażliwa. Raczej nadpobudliwa.

– Nie znasz jej, nie masz pojęcia, jaka jest. Nie mieszaj jej w głowie – piszczała jak kot, którego ktoś zbyt mocno ścisnął.

– W głowie nie będę – burknąłem pod nosem i już więcej się nie odezwałem.

Na farmę wróciłem po kilku godzinach. Pracownicy rozproszyli się po całym terenie i wykonywali swoje codzienne obowiązki, a ja wyjątkowo straciłem zapał do działania. Mimo wszystko wziąłem głęboki oddech, po czym skierowałem się do stajni i zacząłem otwierać boksy, żeby przeprowadzić konie na wybieg. Podpiąłem lonże do pierścieni przy ogłowiach czterech pięknych, majestatycznych zwierzyn i wyprowadziłem je na zewnątrz. Kochałem je. Od zawsze i na zawsze. Konie były dla mnie najszlachetniejszymi stworzeniami, silnymi, dostojnymi. Należało tylko zrozumieć ich mowę, by potrafić z nimi współgrać. Nie oceniały po pozorach, nie miały w sobie bezpodstawnej nienawiści, kierowały się wyłącznie tym, co czuły. Tylko ludzie przestawali czuć.

Oparłem się o drewniane ogrodzenie i po prostu obserwowałem. Usłyszałem za plecami kroki, ale się nie odwróciłem. Mawiają, że tylko ktoś, kto ma coś na sumieniu, odczuwa strach przed zajściem od tyłu. Ja, poza kilkoma złamanymi sercami, nie miałem na sumieniu zbyt wielu przewinień.

– Tym razem ich nie torturujesz? – dobiegł mnie złośliwy głos latynoskiej blondyny.

– Nie krzywdzę zwierząt, paniusiu – odburknąłem, kiedy stanęła kilka stóp ode mnie i wyciągnęła dłoń do jednego z czarnych koni. – Nie radzę – warknąłem. – Działasz na nie niepokojąco, więc lepiej się nie zbliżaj.

– Na nie czy na ciebie? – Cofnęła rękę, po czym podeszła bliżej mnie i oparła łokcie o krawędź płotu. – Jesteś zbyt spięty, kowboju.

– A ty zbyt wkurwiająca. Czego tu szukasz?

– Tu? – Zlustrowała mnie od góry do dołu. – Niczego. Przyszłam ci nieco uprzykrzyć życie, bo znudziło mi się rozdeptywanie pająków i odganianie węży – odparła jadowicie.

– To znajdź sobie rozrywkę godną miastowych, bo jeszcze ubrudzisz pantofelki.

– W gruncie rzeczy mogłabym ubrudzić nawet ręce… – zerknęła ostentacyjnie na swoje wypielęgnowane paznokcie – …podczas wydrapywania ci oczu, wieśniaku – dokończyła, znów patrząc na mnie nienawistnie.

Bez zastanowienia złapałem ją za szyję i przyszpiliłem do drewnianych desek. Zdawała się w ogóle nie przestraszyć. Pisnęła cicho, a już po chwili uśmiechnęła się lekko i znów spojrzała na mnie wyzywająco.

– Nie zadzieraj ze mną, laleczko – wysyczałem. – Jeśli przegniesz, to pająki i węże będą łagodnymi pupilami w porównaniu ze mną. Zmiataj stąd. – Oderwałem od niej rękę, ale ona zaraz złapała ją pomiędzy swoje drobne dłonie i zmusiła, bym ponownie chwycił ją za szyję. Ja pierdolę!

– Mocniej, Nico – wyszeptała. – Pokaż, jaki jesteś silny – prowokowała mnie. – Siła fizyczna to twój jedyny atut, za to charakter masz dziewiczy. Nie masz szacunku do samego siebie, dlatego nie potrafisz okazać go innym. – Rozszerzyła pełne usta w uśmiechu. – Uważaj, żeby ciebie ktoś nie potraktował kijem, jadowity wężu. – Odepchnęła moją dłoń i się wycofała.

Czyli Loreen zdała jej relację z naszej durnej pogawędki podczas jazdy na lotnisko. Baby jednak dzielą się mózgiem na pół.

– Lubisz takie gry? – zapytałem rozwścieczony do granic. – Źle trafiłaś. W Teksasie nie ma miejsca dla takich jak ty. To nie jest twoja bajka.

Nie odpowiedziała. Zbliżyła się do mnie ponownie, stanęła na palcach i musnęła językiem kącik moich ust, po czym strzepnęła z ramienia niewidoczny paproch i odeszła. Patrzyłem na jej zgrabne, oddalające się ciało i zapragnąłem podjąć grę, którą rozpoczęła. Laleczka z miasta nie miała świadomości, że może w niej wyłącznie przegrać.

Rozdział 2

Meghan

Nuda. Kurz. Nieludzko wysoka temperatura. Nie rozumiałam, jakim cudem Sophie mogła zakochać się w tym miejscu. Przecież to cholerny koniec świata, do którego nie dotarła cywilizacja. Byłam głupia, że zgodziłam się zostać, podczas kiedy ona odpoczywała od tego piekła. I jeszcze, jak ostatnia kretynka, zaoferowałam, że zajmę się domem i gotowaniem dla tej hołoty. Na szczęście ten błąd udało mi się szybko naprawić i już kolejnego dnia nakłoniłam Marię, by wróciła.

Spałam sobie smacznie, a raczej próbowałam, kiedy na parterze zaczęła zbierać się armia testosteronu. Zachowywali się jak banda rozwydrzonych dzieciaków, skutecznie utrudniając mi odpoczynek. Wstałam leniwie z łóżka i od razu otworzyłam drzwi, po czym skierowałam się do łazienki. W korytarzu panował mrok, ponieważ dopiero świtało, a jedyne okno, które powinno go oświetlać, było zasłonięte. Nagle zderzyłam się z czymś twardym, przez co pisnęłam wystraszona. Poczułam na ramionach silny uścisk.

– Mówiłem, że w tym zamku straszy. – Do moich uszu dobiegł jadowity szept. – Nie ta bajka, kopciuszku.

– Zabierz te ręce, durniu! Wystraszyłeś mnie! – wrzasnęłam. – Dlaczego panoszysz się po domu?!

– Bo mogę – wychrypiał mi do ucha, owiewając gorącym oddechem moją szyję. Zacisnął długie palce na mojej skórze jeszcze mocniej, jakby celowo chciał sprawić mi ból.

– To boli – wyszeptałam drżącym głosem, a on zamiast mnie puścić, popchnął na ścianę. – Boli.

Wtedy pogładził kciukami miejsca, które ściskał. Wciąż nie widziałam jego twarzy, ale czułam, że się uśmiechał. Tak jakby dręczenie mnie sprawiało mu satysfakcję.

– Skoro mam tylko siłę fizyczną i nie znam czegoś takiego jak szacunek, to będzie boleć, laleczko – odpowiedział i się odsunął. Po chwili zbiegł po schodach i w końcu zostawił mnie samą.

Czyżby zabolały go moje słowa z poprzedniego dnia? Czułam, że zapowiada się niezwykle trudny czas, i zaczęłam rozważać skrócenie swojego pobytu w tym miejscu. W miejscu, które nie było dla mnie.

By nie dać się ponieść nerwom, wzięłam długą, relaksującą kąpiel i zaplanowałam tego dnia zwiedzanie okolicy, którą tak zachwycała się moja przyjaciółka. Chciałam również wstąpić do Liv, ponieważ zapraszała mnie na pogawędkę i ponoć przepyszną nalewkę.

Włożyłam lekką sukienkę, licząc, że nie przyklei się do mojego ciała, jak tylko wyjdę z domu, i zrobiłam lekki makijaż, po czym zeszłam na dół. Rozejrzałam się po salonie, a później poszłam do kuchni, by zrobić kawę. Ku mojemu zaskoczeniu nie zastałam Marii, za to przy stole siedział ten cholerny arogant. Przewróciłam oczami i postanowiłam go zignorować. Włączyłam ekspres i postawiłam pod nim kubek, wciąż stojąc do mężczyzny tyłem.

Dotąd nie reagowałam w taki sposób na żadnego faceta. To zawsze ja byłam tą, która dowodziła, zwodziła i uwodziła. Dotychczas nikt mi się nie stawiał i nie próbował zdominować, a on… On samą swoją obecnością sprawiał, że czułam się niepewnie, cała jego silna aura zwyczajnie mnie przygniatała. Przez potrzebę walki wszystkie moje zakończenia nerwowe zaczęły iskrzyć, a to znaczyło, że znów się do mnie zbliżał.

– Łapy przy sobie, jaskiniowcu – zawarczałam, gdy stanął za mną.

Położył szorstkie dłonie na moich ramionach i powoli powiódł nimi do miejsc, w których nie tak dawno boleśnie mnie ściskał.

– Nie chciałem zrobić ci krzywdy – powiedział cicho i pomasował delikatnie moją skórę.

Dopiero w tamtej chwili dostrzegłam, że została przyozdobiona kilkoma siniakami.

– Mam nadzieję, że wyrzuty sumienia cię zeżrą i zgnijesz w mękach. – Odsunęłam się gwałtownie, przez co strąciłam kubek, który napełniał się gorącą kawą. – Kurwa! – wrzasnęłam, kiedy jego zawartość rozlała mi się na nogi.

Nie zdążyłam zrobić kroku, a ten dryblas złapał mnie w pasie i usadził na stole, po czym starł szybko kawę z moich kolan, a zaraz potem zniknął w spiżarni. Wrócił z workiem lodu w dłoniach i przyłożył do mojej rozgrzanej skóry.

– Jesteś zajebiście nieuważna – zawarczał gniewnie.

– To jest za zimne – wymamrotałam, próbując zapanować nad nerwami.

Dlaczego, u diabła, byłam wciąż tak zestresowana?!

– Wybacz, zapomniałem, że mam do czynienia z królową piekieł, która nie jest przyzwyczajona do temperatury niższej niż wrzątek – odparł z wyraźną irytacją.

– Nie musisz być takim dupkiem. – Skrzyżowałam ręce pod piersiami.

– Ale lubię nim być. – Spojrzał najpierw na mój biust, a później prosto w oczy. – Zimno ci, laleczko – stwierdził i odrzucił lód na blat stołu, na którym siedziałam. Bezceremonialnie złapał mnie za biodra i przyciągnął na jego brzeg.

– Przecież mówiłam.

– Nie nosisz stanika. Prowokujesz, księżniczko – zniżył głos do szeptu i zaczął zbliżać twarz do mojej.

– Cenię sobie swobodę – bąknęłam i oczekiwałam, że za moment mnie pocałuje. Nasze oddechy mieszały się ze sobą, a usta niemal się złączyły, lecz zaraz pochylił się do mojego ucha i wycedził wrogim tonem:

– Ja też, więc z łaski swojej nie paraduj tu ze sterczącymi sutkami i ledwo zakrytym tyłkiem, bo to może oznaczać twoją zgubę.

Chwilę potem opuścił kuchnię, a kiedy trzasnęły frontowe drzwi, podskoczyłam nerwowo, wciąż nie mogąc otrząsnąć się z osłupienia, w jakim mnie zostawił. Chryste, co to jest za facet…

***

Kiedy posprzątałam bałagan po porannej katastrofie, zmieniłam ubranie, włożyłam biustonosz, żeby ten prymitywny szczur się do mnie nie przyczepił, i wyszłam z domu. Natychmiast uderzył we mnie upał. Jak oni tu żyją?!

Przerzuciłam niewielką torebkę przez ramię i wyruszyłam w kierunku Różanego Rancza. Liv obiecała, że pójdzie ze mną na spacer po okolicy. Zapukałam do drzwi domu, na którego werandzie często siedziałyśmy, i opadłam na jeden z foteli.

Ze stołówki nieopodal wydobywał się niesamowity zapach, a gdzieś w oddali słychać było piski bawiących się dzieci. Wkrótce kończył się sezon turystyczny, a farma miała zapaść w sen, żeby zregenerować się na przyjęcie gości za rok. Sama byłam w tym miejscu kilka razy, ale nie wychylałam się nigdy dalej niż domek, który zajmowałam.

Niepostrzeżenie w drzwiach stanęła Liv z kwaśną miną.

– Myślałam, że się nie doczekam – parsknęłam.

– Muszę zostać, będę miała niespodziewanych gości, trzeba przygotować dla nich domek.

– Świetnie! Pomogę ci! – zaproponowałam z entuzjazmem i poderwałam się na nogi. – Prowadź.

– Nie, dziecko. Idź do centrum, poznaj okolicę, ludzi, a wieczorem przyjdź, chętnie napiję się z tobą nalewki.

– Jeśli wszyscy są tacy… tacy jak… To chyba nie chcę poznawać miejscowych.

– Nico? – Uśmiechnęła się przebiegle. – Gwarantuję ci, że on jest jedyny w swoim rodzaju.

– Dzięki Bogu, nawet Teksas nie zniósłby więcej takich elementów jak on – prychnęłam. – Wrócę na obiad, mogę?

– Maria nie będzie miała nic przeciwko, żebyś zjadła w stołówce. – Kobieta puściła mi oko. – Chłopcy też przenieśli się do stołówki na czas nieobecności Aarona i Sophie. Żeby cię nie niepokoić. – Jej uśmiech stawał się coraz szerszy, a ja nie do końca rozumiałam, do czego zmierzała.

Niechętnie ruszyłam w kierunku, który już zdążyłam poznać. Minęłam stodołę, gdzie kilka dni wcześniej odbywało się wesele, aż w końcu trafiłam na niewielką kawiarnię. Postanowiłam do niej wstąpić, zwłaszcza że poranna kawa wylądowała na moich nogach. Zerknęłam w dół i dostrzegłam, że na skórze pojawiły się drobne pęcherzyki.

Stanęłam przy ladzie stworzonej z ogromnych beczek i chrząknęłam. Po chwili z zaplecza wyszła kobieta o krępej budowie i niesamowicie ciepłym spojrzeniu.

– Witaj, kwiatuszku. Co dla ciebie?

– Napiłabym się latte macchiato.

– Latte… co? – Uniosła brwi ze zdziwienia.

Boże, co ja tu robię?!

– Kawę z mlekiem. – Westchnęłam z rezygnacją.

– Już się robi. – Obdarowała mnie uśmiechem i kiwnęła głową w kierunku stolików przykrytych kraciastymi obrusami.

Zajęłam miejsce przy jednym z nich i zaczęłam gładzić płatki róż umieszczonych w niewielkim wazonie pośrodku stołu. Miały niespotykany niebieski kolor. Kobieta stanęła obok mnie i postawiła przede mną spory kubek z kawą.

– Dostaję je od Liv – odpowiedziała na niezadane przeze mnie pytanie. – Niebieskie róże symbolizują tajemnicę i tęsknotę, ale też pożądanie. – Puściła do mnie oko, po czym wyjęła jedną łodygę i wcisnęła mi w dłoń. – Weź, czuję, że do ciebie pasuje.

Rozdział 3

Nico

Kierowałem się do stołówki, kiedy dostrzegłem w oddali miastową. Szła ze spuszczoną głową, jakby była czymś strapiona. Ku mojemu zdziwieniu weszła do budynku, w którym Maria podawała nam obiad. Cholera, celowo zaproponowałem, żebyśmy chodzili na posiłki do Liv, żeby nie spotykać tej wrednej paniusi.

Westchnąłem ciężko, przewróciłem oczami i wkroczyłem do środka. Wszyscy już siedzieli przy stołach. Omiotłem wzrokiem duże pomieszczenie i zobaczyłem ją, siedzącą w tym samym kącie, który zawsze zajmowała jej przyjaciółka podczas swoich wakacji. Nagle dosiadł się do niej Marco, nasz miejscowy smarkacz, który wkrótce miał zakończyć pracę na farmie, ponieważ po dwóch latach przerwy w edukacji podjął jednak decyzję, żeby studiować.

Latynoska lalka podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się szeroko. Szczeniak ją ewidentnie podrywał. Pochylał się zdecydowanie zbyt odważnie i pozwalał sobie na dotykanie jej nagiego ramienia. Bez zastanowienia podszedłem do nich i usiadłem obok niej.

– Nie masz apetytu, młody? – warknąłem.

– A właśnie, że mam – odpyskował. – Bardzo duży – dodał z głupawym uśmiechem i spojrzał mi wyzywająco w oczy. Ten gówniarz prosił się o kłopoty.

– Więc korzystaj, bo jak stracisz zęby, będziesz miał problem z jedzeniem – powiedziałem ostrzegawczym tonem.

Zerknął na Meghan i uśmiechnął się szelmowsko.

– Do zobaczenia wieczorem – mruknął do niej i puścił oko, po czym odszedł, trącając mnie ramieniem. Czy on chciał się ze mną zmierzyć?

– Umówiłaś się z nim? – parsknąłem, kiedy zostaliśmy sami.

– Terroryzowanie zwierząt ci nie wystarcza? Musisz gnębić też dzieci?

– Marco nie jest dzieckiem – odwarknąłem gniewnie.

– Więc nie powinno cię obchodzić, z kim się umawia.

– Jesteś od niego starsza o osiem lat. Lubisz smarkaczy? – Spojrzałem jej kpiąco w oczy.

– Skąd wiesz, ile mam lat? – zdziwiła się.

– To jest Needville, tu nic się nie ukryje, nawet jeśli byś chciała.

Prychnęła i znów skrzyżowała ręce pod tymi piekielnie kuszącymi piersiami, uwydatniając je jeszcze bardziej.

– Zostaw mnie w spokoju, bo mi też dopisywał apetyt, ale zaczynam go tracić, kiedy tu siedzisz.

– Myślałem, że wiedźmy nie muszą jeść – odbiłem piłeczkę. – Wygodnie mi tutaj.

– Jeśli nie odejdziesz, to gwarantuję, że w trumnie będzie ci zdecydowanie wygodniej. – Pochyliła się ponad stolikiem. – Spieprzaj, dupku.

Kręciło mnie, kiedy była taka rozjuszona.

– Ja jestem u siebie, laleczko. – Odchyliłem się na krześle i uśmiechnąłem szeroko. – To ty jesteś w nieodpowiednim miejscu.

Wbiła we mnie nieodgadnione spojrzenie, po czym powoli wstała i odsunęła się nieco od stołu. W kolejnej chwili kopnęła w tylną nogę krzesła, na którym się przechylałem, przez co z hukiem runąłem na podłogę. Moją twarz wykrzywił grymas bólu, a z gardła wydobył się żałosny jęk. Pochyliła się nade mną i miałem wrażenie, że planowała jeszcze dodatkowo mnie przydepnąć.

– Ups. – Zasłoniła dłonią usta. – To jest dla ciebie odpowiednie miejsce – rzuciła jeszcze i wyszła ze stołówki.

Wtedy pomieszczenie wypełniły śmiech i wrzaski. Powaliła mnie baba. Dosłownie. Kiedy już przestali się śmiać, pomogli mi się pozbierać. Zająłem miejsce, na którym wcześniej siedziała ona, i znów jęknąłem, kiedy dotknąłem tyłu głowy. Poczułem pod palcami coś mokrego i w tym samym momencie usłyszałem krzyk Marii:

– Na Boga, chłopcze, ty krwawisz!

– Przeżyję – odwarknąłem i skupiłem się na talerzu, który z hukiem odrzuciła na stół. Obok niego dostrzegłem niebieską różę. – Pieprzona paniusia – wymamrotałem pod nosem.

Złapałem w dłoń kilka serwetek i przyłożyłem do sączącej się rany. W drugą rękę wziąłem cholerny kwiat i opuściłem budynek. Ta baba pozbawiała mnie apetytu, zdrowia i… rozumu.

Skierowałem się do wozu i postanowiłem wrócić do domu. To było dla mnie zbyt wiele. Przez trzydzieści lat mojego nędznego życia nie czułem się nigdy tak upokorzony i pokonany. Chciała wojny? Będzie ją miała.

Wszedłem do swojej stodoły i kiwnąłem ręką do barmanki, która przygotowywała alkohole na wieczorną potańcówkę. Kiedy zobaczyła moją minę, zrezygnowała ze zbliżania się do mnie. Zwykle, kiedy wracałem, przychodziła, żeby się zabawić. Nicole była dziewczyną, która nigdy nie miała oporów, by rozpiąć mi niezobowiązująco rozporek, dlatego po chwili uznałem, że w gruncie rzeczy mogłaby pomóc mi pozbyć się napięcia. Tak jak robiła to dotychczas. Nie oczekiwała niczego więcej poza mocnym rżnięciem, a mi taki układ pasował.

– Zamknij drzwi – nakazałem, a ona od razu uśmiechnęła się lubieżnie. Wiedziała, co to dla niej oznacza.

Posłusznie wykonała moje polecenie i już po chwili ochoczo przewiesiła się przez krzesło barowe, wypinając zachęcająco tyłek. Podszedłem do niej niespiesznie i równie powoli zsunąłem z jej bioder spodnie razem z kolorowymi stringami. Przejechałem palcem po jej wejściu, a drugą dłonią rozpiąłem rozporek i wyswobodziłem z bokserek spragnionego kutasa. Wbiłem się w nią zdecydowanym ruchem i jednocześnie wymierzyłem jej silnego klapsa. Zakwiliła cicho i wypchnęła tyłek jeszcze bardziej. Zebrałem z pleców dziewczyny ciemne włosy i owinąłem sobie wokół nadgarstka, po czym pociągnąłem mocno do tyłu. Posuwałem ją prymitywnie, zwierzęco, byle dać upust frustracji. Przymknąłem powieki, a wtedy zamiast ciemnych włosów, za które ciągnąłem, widziałem jasne, a zamiast zielonych oczu Nicole, patrzących na mnie zachęcająco, pojawiły się brązowe, kpiące, zadziorne. Przekląłem pod nosem i zastygłem, po czym wyszedłem z niej i się odsunąłem.

– Ubierz się – zawarczałem i wciągnąłem na siebie spodnie. – To był ostatni raz.

– C-co?! Przecież nawet nie skończyłeś! – Poderwała się z krzesła i odwróciła do mnie przodem.

– Sorry, mała. To koniec, musisz znaleźć sobie kogoś innego.

– Innego?! – wrzeszczała.

– Mówię niewyraźnie? Nie będę cię już pieprzył – odparłem gniewnie i skierowałem się do drzwi.

– Pożałujesz tego! – krzyknęła jeszcze za mną.

Wyszedłem ze stodoły, okrążyłem ją i znalazłem się przed wejściem do swojego domu. Odziedziczyłem go po rodzicach, którzy zmarli w przeciągu dwóch lat, jeden po drugim. Natomiast mój brat, kiedy się ożenił, wybudował dom na drugim końcu Needville. Trzasnąłem drzwiami i od razu skierowałem się pod prysznic. Musiałem dokończyć to, czego nie skończyłem z Nicole, a chciałbym z… Piekielną laleczką z miasta.

Kurwa!

***

Nicole wściekła się tak bardzo, że po kilku godzinach wparowała do mojego domu i poinformowała, że mam sobie zadzwonić po innego barmana, bo ona rezygnuje, a jej noga nigdy więcej nie postanie na moim terenie.

I dobrze.

Mógłbym wpisać ją na listę, gdzie zajmowałaby kolejne miejsce wśród lasek ze złamanym sercem albo urażoną dumą. Jednocześnie byłoby to ostatnie miejsce na tej liście, bo nagle zapragnąłem ten żałosny spis zamknąć, a otworzyć inny. Taki, w którym znalazłaby się tylko jedna kobieta. Dla odmiany jej nie złamałbym serca i nie odebrał godności.

Mimo że nie musiałem, postanowiłem pójść na imprezę, która już zdążyła się rozpocząć. Kiedy otrzymałem stodołę wraz z domem, od razu uznałem, że przerobię ją na miejsce, gdzie lokalsi mogliby się zabawić. Kosztowało mnie to sporo pracy, ale finalnie się opłaciło, bo przynosiło dodatkowe dochody, zwłaszcza kiedy miałem przerwy w pracy na farmie Bushby’ego. Zatrudniłem się u niego właśnie po to, by przeprowadzić remont, a później zostałem, żeby odłożyć jakąś większą sumę. A teraz… W gruncie rzeczy mógłbym zrezygnować i żyć z dostarczania rozrywki mieszkańcom. Uczepiłem się tej myśli i postanowiłem, że poinformuję go o swojej decyzji, kiedy wróci z podróży.

Stanąłem w drzwiach i omiotłem wzrokiem pląsających na drewnianym parkiecie ludzi, a zaraz potem zatrzymałem go na blondynce siedzącej przy barze. Przepchnąłem się przez tłum i usiadłem obok niej. Opierała brodę na drobnej dłoni, a pomiędzy palcami drugiej obracała kieliszek z szampanem.

– W Teksasie nie pije się szampana – mruknąłem.

– To dlaczego jest w ofercie? – Podniosła na mnie zamglone spojrzenie.

Cholera! Ona jest pijana!

– Myślę, że już wystarczy.

– Czego? – wybełkotała i czknęła.

– Jesteś pijana, laleczko. Zmiataj do domu.

– Nie jesteś moim ojcem – odburknęła i podniosła rękę, żeby wezwać barmana. – Daj całą butelkę – zażądała, kiedy stanął przed nią.

Ze zdziwieniem zarejestrowałem, że złapał za butelkę szampana z limitowanej edycji. Miałem ich tylko kilka, ale ze względu na cenę nie cieszyły się popularnością wśród mieszkańców.

– Ona ma dość – poinformowałem go i złapałem jej brodę pomiędzy palce. – Do domu.

– Weź rękę, bo ją stracisz – zagroziła i zsunęła się z barowego stołka, po czym zachwiała na swoich cholernych szpilkach.

Złapałem ją w chwili, kiedy omal nie uderzyła głową o drewniany bar.

Bez namysłu przerzuciłem ją sobie przez ramię i zasłaniając dłonią jej wypięty tyłek, wyniosłem na zewnątrz. Była tak nawalona, że nawet się nie szarpała i nie protestowała. Miła odmiana od ciągłego kąsania i walki.

Wsadziłem ją do swojego wozu, a kiedy chciałem zapiąć jej pas, złapała mnie za nadgarstki.

– Będziemy uprawiać seks? Zabierzesz mnie do siebie? – pytała bełkotliwie.

Nie kuś, dziecinko.

– Laleczko, jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, to wolałbym, żebyś to pamiętała.

– Nie chcę jechać, chcę się napić. Ten szampan był naprawdę dobry – mamrotała i wciąż ściskała moje ręce.

– Jak będziesz grzeczna, to jeszcze kiedyś go dostaniesz – obiecałem rozbawiony. Musiałem przyznać, że w chwili, kiedy była bezbronna, wydawała się nawet urocza. – Ale najpierw odwiozę cię do domu.

– Nie mogę! – wykrzyknęła. – Zaraz… Ja zaraz…

Odepchnęła mnie i wyskoczyła z wozu, po czym zataczając się, poszła pod najbliższe drzewo. Oparła się o nie i zaczęła się krztusić, wyrzucając z siebie całą zawartość żołądka. W duchu zdążyłem podziękować opatrzności, że nie zarzygała mi auta. Podszedłem do niej, zebrałem z jej karku strąki blond włosów i pogładziłem ją lekko po plecach. Wiedziałem, że ta mała przyniesie mi wyłącznie problemy.

– Kto cię tak urządził? – zapytałem, kiedy się podniosła i spojrzała na mnie załzawionymi oczami.

– Najpierw piłam z Liv, jej nalewka była taaaka dobraaaa – przeciągała pijacko. – Później Marcoooo postawił mi drinka, a później… później… – Nie dokończyła, bo ugięły się pod nią nogi, przez co przytknęła czoło do mojej piersi, podpierając się jednocześnie na moich ramionach.

– A później dobiłaś się najdroższym szampanem, jakiego kiedykolwiek miałem w barze – prychnąłem i znów przerzuciłem ją sobie przez ramię. – Jutro będziesz tego żałować – dodałem i zamiast do samochodu, skierowałem się do swojego domu.

© A.P. Mist

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68442-94-6

Wydanie pierwsze

Redakcja

Anna Łakuta

Korekta

Justyna Szymkiewicz

Danuta Perszewska

Paulina Wójcik

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.