Deep End - Ali Hazelwood - ebook + książka
NOWOŚĆ

Deep End ebook

Hazelwood Ali

4,9
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

388 osób interesuje się tą książką

Opis

Najśmielszy i najbardziej elektryzujący romans Ali Hazelwood

Scarlett Vandermeer studiuje na Uniwersytecie Stanforda i trenuje skoki do wody w uczelnianej drużynie. Od czasu poważnej kontuzji odnosi wrażenie, że ciągle ma pod górkę. Teraz chce skupić się wyłącznie na nauce, więc konsekwentnie unika związków.

LukasBlomqvist, kapitan uniwersyteckiej drużyny pływackiej, geniusz i rekordzista, żyje według zasady: dyscyplina przede wszystkim. Tak zdobywa złote medale i tak bije rekordy – z determinacją, jeden po drugim.

Wydawałoby się, że nie mają ze sobą nic wspólnego. Aż zupełnie nieoczekiwanie decydują się na nieoczywisty układ – taki tylko na chwilę. I na pozór idealny dla obu stron. Tylko że nagle Scarlett wpada w niebezpieczny wir pożądania…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 490

Data ważności licencji: 2/4/2030

Oceny
4,9 (9 ocen)
8
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
informatyczka

Nie oderwiesz się od lektury

Dobre. Może nie będzie to moja ulubiona książka tego roku, ale czytało się całkiem przyjemnie.
00
Oliwia1211

Dobrze spędzony czas

Przyjemna książka, chociaż przez cały ten hype na nią spodziewałam się czegoś lepszego
00
Aniusia2104

Nie oderwiesz się od lektury

cudowna
00
YerbaMic

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo lubię książki tej autorki. Są zabawne i urocze.
00



Tytuł oryginału: Deep End

Redaktorka inicjująca: Katarzyna Lipnicka-Kołtuniak

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Janecka

Redakcja: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Magdalena Zabrocka

Ilustracja wykorzystana na okładce:

© lilithsaur

© 2025 by Ali Hazelwood

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. No part of this book may be used or reproduced in any manner for the purpose of training artificial intelligence technologies or systems. This work is reserved from text and data mining (Article 4(3) Directive (EU) 2019/790). This edition published by arrangement with Berkley, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

© for the Polish translation by Filip Sporczyk

ISBN 978-83-287-3706-8

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Tę książkę dedykuję AmsterDAMOM.

Droga Czytelniczko, drogi Czytelniku!

Jeszcze raz dziękuję za wybór tej książki. To chyba moja ulubiona ze wszystkich, które napisałam. Bardzo się cieszę, że ujrzała światło dzienne! Przed rozpoczęciem lektury wiedz, że zawiera ona sceny opisujące fetysze seksualne, oczywiście w sytuacjach obopólnej zgody partnerów. W tym wypadku chodzi w szczególności o dominację i uległość. Mam nadzieję, że Ci się spodoba.

Uściski

Ali

Prolog

Zaczyna się, gdy Penelope nachyla się nad drewnianym blatem restauracyjnego stołu, unosi palec i oświadcza: – Dziesiąty krąg piekieł to ten, w którym znajdujesz miłość życia, a seks z nią jest najwyżej średni.

Mówi to przed całą drużyną skoków do wody Uniwersytetu Stanforda.

Jest piętnaście po jedenastej.

Brunch z okazji moich dwudziestych pierwszych urodzin.

Cztery sekundy wcześniej rozmawiałyśmy o problemach gastrycznych, więc ta nagła zmiana tematu całkowicie mnie zaskakuje. Od pewnego czasu z entuzjazmem korzystam z nowych praw dorosłej, ale żadna ilość alkoholu nie powstrzymałaby mnie przed wyrwaniem się:

– Co takiego?!

No nie popisuję się taktem, nie ma co. Na szczęście moje niedowierzanie rozpływa się w ogólnej wrzawie. Bree prycha napojem, Bella się krztusi, a Victoria rzuca sceptycznie:

– Czy to nie Blomqvist jest miłością twojego życia?

– Jasne, że tak – odpowiada Pen.

Siorbię z kieliszka mimozę. Smakuje tysiąc razy gorzej niż zwykły sok pomarańczowy, ale przynajmniej nieźle klepie.

– Pen, kochana. – Bree wyciera espresso martini z okularów rękawem siostry, a Belli to nie przeszkadza. Ech, bliźniaczki. – Ile już wypiłaś?

– Tak z połowę tego dzbanka.

– Mhm. Może powinnaś przystopować…

– In mimosa veritas! – Pen pochyla się jeszcze bardziej, ścisza głos i obejmuje nas szerokim gestem. – Zwierzam się wam, dziewczyny. Otwieram się. To jest wiekopomna chwila!

Victoria wzdycha.

– Pen, wiesz, że cię kocham. Na dobre i na złe. Pójdę za tobą w ogień Mordoru i całe to gówno, ale daj już spokój.

– A to niby dlaczego?

– Bo pieprzysz głupoty.

– A skąd wiesz?

– Bo Blomqvist jest zajebisty.

Opadam na oparcie, oszołomiona, i przywołuję w głowie Lukasa Blomqvista. Rzadko mi się to zdarza. Ludzie zakładają, że interesuje mnie wszystko związane z pływaniem, ale to nieprawda. Liczą się jedynie skoki do wody i gimnastyka (dla normalsów: sportowa). Resztę mam gdzieś. Sportów wodnych jest za dużo. Ledwo ogarniam, kto u nas gra w piłkę wodną, a co dopiero pamiętać skład kadry pływackiej.

Blomqvista jednak nie da się nie znać. Może przez jego bogatą kolekcję medali? Może przez rekordy świata, a może dlatego, że kapitan mojej drużyny jest z nim w związku. Pen i Blomqvist są parą od zawsze. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby ogłosili, że zaręczono ich po porodzie w ramach utrzymania stosunków dyplomatycznych między Stanami Zjednoczonymi a Szwecją.

Zamykam oczy i grzebię w pamięci. Widzę… czarne kąpielówki. Tatuaże. Krótkie, zmierzwione brązowe włosy. Rozpiętość ramion przekraczającą normę. Majestatyczną, zarazem niesamowitą budowę ciała charakterystyczną dla zawodowych pływaków.

Victoria ma rację. Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością: Blomqvist jest zajebisty.

– Nie twierdzę, że nie. Jest świetny. Tylko nie… – Pen krzywi się i zrzuca na chwilę maskę radosnej pewności siebie, którą na co dzień nosi.

Trzeźwieję natychmiast.

Rzecz w tym, że Pen jest świetna. Niezwykle ambitna. To ten typ osoby, która instynktownie robi rzeczy, dzięki którym wszyscy wokół czują się dobrze. Na przykład przypomni, by pić wodę. Bez słowa pożyczy gumkę do włosów, kiedy zauważy, że kosmyk przykleja ci się do czoła. Pamięta o twoich półurodzinach. Mogłabym chodzić na warsztaty rozwoju osobistego do pięćdziesiątki, pozwolić się przeprogramować, ale i tak nie miałabym nawet jednej trzeciej jej uroku. Charyzma Pen zapisana jest w DNA. A teraz nerwowo ogryza paznokcie, jakby dopiero co odkryła, czym jest stres. Nie podoba mi się to.

– Tylko nie… tego chcę – kończy. – I szczerze mówiąc, vice versa – dodaje ciszej.

– Czyli?

Chwała Victorii, że pyta o to, czego ja nie mam odwagi wypowiedzieć. Ona jest ekstrawertyczką pozbawioną zahamowań, bez której żadna zgrana paczka nie może istnieć.

– Rany, no wiesz… Chciałabym po prostu… czasem… – Pen jęczy, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.

Spinam się. Mam złe przeczucie.

– Czy Blomqvist zmusza cię do czegoś…?

– Nie. Boże, nie! – Kręci głową, ale widzi, że nie jestem przekonana, więc dorzuca: – Nie. Nigdy by mi nic złego nie zrobił. – Reszta dziewczyn wraca do swoich spraw. Bliźniaczki spierają się, czyj koktajl jest gorszy, a Victoria poluje na kelnera. – Luk taki nie jest. Tylko… jak powiedzieć facetowi, że potrzebujesz czegoś innego?

Czemu pyta mnie? Czyżby nad moimi nastroszonymi brwiami linie na czole ułożyły się w napis: „Nie mam problemu z poproszeniem faceta, by w łóżku potraktował mnie ostrzej?”. W sumie… może i nie mam.

– Skandynawowie w tych kwestiach chyba są dosyć otwarci, nie?

– Może. On na pewno jest otwarty, jeśli chodzi o… – Pen urywa w pół zdania, bo właśnie nadciąga chór kelnerów, wrzeszczących „sto lat”, fałszując przy tym niemiłosiernie.

I naraz dzieje się kilka rzeczy. Zdmuchuję pojedynczą świeczkę wciśniętą w czekoladowy fondant. Drużyna daje mi w prezencie nowy zestaw gum do ćwiczeń. Przez chwilę kręci mi się w głowie na myśl, że taka patologiczna introwertyczka ma obok siebie te wspaniałe, przemiłe kobiety. Victoria zrywa się i leci do toalety. Dzwoni telefon Pen. Bree pyta, na jakie zajęcia zapiszę się w kolejnym semestrze.

To zbyt wiele. Za dużo w tak krótkim czasie. Nie wracamy już do tematu niespodziewanych problemów łóżkowych Penelope Ross i Lukasa Blomqvista. Może dobrze. Pewnie chodzi o drobiazg. Pen nie lubi jego prezerwatyw. On zasypia po seksie, nie utuliwszy jej najpierw. Oboje są zmęczeni po treningu i nie mogą się dogadać, które będzie na górze. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Odkładam tę sprawę i zapominam.

Kilka tygodni później temat wraca.

Wtedy wszystko się zmienia.

Rozdział 1

To, czego najbardziej obawiałam się na trzecim roku studiów, nadchodzi pewnego środowego poranka, kilka tygodni po rozpoczęciu jesiennego semestru. W kalendarzu zajmuje miejsce między godziną dziesiątą a jedenastą. To pojedyncze słowo znaczy dla mnie o wiele więcej, niż można by się spodziewać.

Terapia.

– To odrobinę niekonwencjonalne – mówi do mnie Sam na pierwszym spotkaniu. W jej głosie nie słychać ani oceny, ani nadmiernej ciekawości. Terapeutka do perfekcji opanowała sztukę neutralności. Przejawia się to w jej ubiorze (beżowe spodnium), uścisku dłoni (idealnie nijaki), a nawet w wyglądzie (pełen gracji, neutralny wyraz twarzy, przez co oceniam jej wiek na cokolwiek między czterdziestką a siedemdziesiątką). Ledwo się znamy, a ja już chcę być jak ona. – Zdawało mi się, że na Stanfordzie sportowcy mają własny zespół psychologów.

– Tak jest – odpowiadam, omiatając wzrokiem ściany gabinetu. Więcej tu dyplomów niż zdjęć. Cztery do zera. Chyba jesteśmy z Sam bardziej podobne, niż myślałam. – I są świetni. Pracowałam z nimi przez kilka miesięcy, ale… – Wzruszam ramionami, dając do zrozumienia, że zrezygnowałam sama. – Kilka lat temu miałam trochę problemów. Nic związanego ze skokami do wody. W tamtym czasie terapia poznawczo-behawioralna dawała dobre rezultaty. Rozmówiłam się z trenerem i doszliśmy do wniosku, że spróbuję terapii z panią, skoro to pani specjalność. – Uśmiecham się, udając, że mam pełne zaufanie do tego planu. Gdyby to była prawda…

– Rozumiem. A w przeszłości, kiedy poddała się pani terapii poznawczo-behawioralnej, z jakimi się to wiązało problemami?

– To nie było nic związanego ze sportem. Sprawa rodzinna. Moje relacje z ojcem. Ale to mam już za sobą. – Uświadamiam sobie, że odpowiedziałam trochę zbyt szybko. Spodziewam się, że Sam zacznie drążyć, że wychwyci to niedopowiedzenie, ale ona tylko patrzy i analizuje.

Skupia na mnie całą swoją uwagę. Calutką. Tylko na mnie. Wiercę się w fotelu. Ból mięśni, który nigdy mnie nie opuszcza, teraz jeszcze się wzmaga. Obecność terapeutki nie uspokaja, ale w końcu przyszłam tu po to, by poradzić sobie z problemami, nie po to, żeby czuć się błogo.

– Rozumiem – mówi w końcu.

Chwała terapii poznawczo-behawioralnej! Tu psycholog nie musi wściubiać nosa w nie swoje sprawy. Robisz coś, co ci szkodzi? Jestem tu po to, by nauczyć cię, jak tego nie robić. Załatwimy to raz-dwa, zapłacisz z ubezpieczenia i możemy się rozejść, każda w swoją stronę. Żegnaj, traumo, witaj, zdrowie. Chusteczki w cenie.

– Ale upewnijmy się, Scarlett: jesteś tu z własnej woli?

Przytakuję energicznie. Nie przepadam za obnażaniem przed kimś najciemniejszych zakamarków duszy, ale nie jestem przecież, dajmy na to, straumatyzowanym detektywem z klasycznego kryminału, zbyt męskim, by przyznać, że ma problem i zwrócić się o pomoc. Terapia to przywilej. Cieszę się, że mogę z niej skorzystać. Potrzebuję jej.

– Muszę przyznać, że niewiele wiem o skokach do wody. To chyba dość skomplikowana dyscyplina?

– To prawda. – Wiele sportów wymaga zachowania bardzo delikatnej równowagi między siłą fizyczną a psychiką, ale skoki… cóż, skoki mają w sobie coś, co nie tylko wycieńcza ciało, ale też ryje banię.

– Rozwiniesz tę myśl?

– Jasne. – Odchrząkuję, spoglądam na legginsy i obcisłą sportową koszulkę. Jest czarno-czerwona z napisem: „Drużyna pływacka Uniwersytetu Stanforda: Drżyj przed drzewem”. Drzewo to nasze godło, a jednocześnie maskotka. Ktokolwiek projektował stroje, najwyraźniej chciał, żebyśmy kojarzyli się wyłącznie z siłą. „Nie zapominaj: liczy się tylko wynik”. – Skaczemy. W locie wykonujemy akrobacje. Potem wpadamy do wody.

Miałam nadzieję, że ją rozśmieszę, ale Sam nie jest osobą, którą łatwo rozbawić.

– Zakładam, że to nie wszystko.

– Jest sporo zasad. – Nie chcę jej zanudzać ani wyjść na trudną klientkę. – Należę do Narodowego Stowarzyszenia Sportów Akademickich, czyli NCAA. Startuję w dwóch konkurencjach. Po pierwsze: trampolina. Ta giętka deska z włókna węglowego, która… – Ręką naśladuję jej ruch. – Trzy metry nad wodą.

„Wysoko jak łeb strusia” – słyszę w głowie głos pierwszego trenera.

– A druga dyscyplina?

– Platforma. Dziesięć metrów wysokości.

„Dwie żyrafy”.

– Bez odbicia?

– Statyczna odskocznia.

Sam mruczy pod nosem.

– A punktuje się jak w gimnastyce?

– Podobnie. Sędziowie odejmują punkty za każdy błąd.

– A ile skoków wykonujesz podczas zawodów?

– To zależy. Ale tu nie chodzi o liczbę skoków. – Przygryzam wnętrze policzka. Terapeutka daje mi czas. Widać, że jest zaciekawiona. – Chodzi o grupę.

– Jaką grupę?

– To znaczy… typ skoku.

– A ile jest takich grup?

– W sumie sześć. – Miętoszę w palcach końcówkę swojego kucyka. – W przód. W tył. Odwrotny. Z obrotem. Z podporu.

– Rozumiem. W mailu napisałaś, że dochodzisz do siebie po kontuzji.

Terapia to przywilej. Nie mogę o tym zapomnieć. To nie zmienia faktu, że wcale mi się tu nie podoba.

– Tak.

– Kiedy do niej doszło?

– Jakieś piętnaście miesięcy temu. Pod koniec pierwszego roku. – Zaciskam dłonie w pięści i czekam, aż poprosi, bym opisała wszystko ze szczegółami. Jestem gotowa wyrecytować całą listę.

Sam, o dziwo, niczego takiego nie żąda.

– Wspominałaś, że jest sześć grup skoków.

– Tak. – Zaskakuje mnie ta zmiana tematu, przez co opuszczam gardę.

I to jest błąd. Katastrofalny.

– W takim razie, Scarlett, czy do kontuzji doszło podczas skoku z tej grupy, której nie wymieniłaś?

Rozdział 2

Zjebałaś – orzeka Maryam.

To pierwszy tydzień zajęć. Przez monotonny szum w uszach przebija się tylko jedna myśl: po współlokatorce nie spodziewałam się takiego braku empatii. Dziesiątki razy pomagałam jej spierać krew z zapaśniczego trykotu! Należy mi się choć odrobina współczucia. Albo ciut mniej zajadłego potępienia.

– Jestem w jednej czwartej Niemką – odparowuję. – Moja matka się tam urodziła. Powinnam być w tym dobra.

– Twoja matka zmarła, kiedy miałaś dwa lata, Vandy. Wychowała cię macocha z Pierdzimurowa w Missisipi.

Auć. Ostro, ale zgodnie z prawdą.

– Moje geny…

– Nie mają tu żadnego znaczenia i nie dają przewagi na zajęciach z niemieckiego – stwierdza Maryam tonem pełnym pogardy, charakterystycznym dla każdej osoby, która płynnie włada dwoma językami.

Nie potrafię sobie teraz przypomnieć, która część mózgu odpowiada za zdolność przyswajania języków, ale u niej ten właśnie kawałek pracuje na pełnych obrotach jak dobrze naoliwiona turbina. Mogłaby służyć za niezawodne źródło energii odnawialnej dla jakiegoś średniej wielkości europejskiego kraju.

A tymczasem:

– Jestem w tym beznadziejna – jęczę. Nic dziwnego. Dlaczego niby miałabym dawać radę? – To jakaś bzdura, że na medycynie trzeba zdawać egzaminy z języków obcych.

– Nieprawda. A co, jeśli zechcesz dołączyć do Lekarzy bez Granic? Wtedy uratowanie komuś życia może zależeć od wiedzy, czy skalpel ma rodzaj żeński czy męski po niemiecku.

Drapię się po karku.

– Die skalpellen?

– I pacjent zmarł. – Maryam kręci głową. – Zjebałaś, ziomalko.

A to po części wina mojego doradcy akademickiego. „Zrób najpierw kursy przygotowawcze” – powiedział. „Ta wiedza przyda ci się podczas egzaminu na studia medyczne” – dodał. „To dobre posunięcie” – zakończył.

A ja posłuchałam. Bo od zawsze chcę mieć nad wszystkim kontrolę. Ogarniać sprawy. Bo jestem studentką i sportsmenką, a mój plan zajęć przypomina połączenie gry w Jengę i zajęć z shibari. Spontaniczność? Wyłącznie po głębokim namyśle. Tego samego dnia, kiedy skończyłam liceum, ułożyłam sobie szczegółowy program na kolejne piętnaście lat.

Scenariusz był taki: co najmniej jeden tytuł mistrzowski NCAA, studia medyczne, ortopedia, zaręczyny, ślub, pełne życiowe szczęście i satysfakcja.

Plan wziął w łeb po tym, jak na pierwszym i drugim roku nabrałam sobie zajęć z chemii i biologii, ponieważ z naukami ścisłymi nigdy nie miałam problemów.

Teraz, na trzecim roku, średnia ocen poleciała mi na łeb. Psychologia jest dla mnie zbyt wieloznaczna. Odmiana czasowników po niemiecku nawiedza mnie w koszmarach sennych. Na kursie pisania akademickiego każą nam konstruować spójne argumenty na tematy cokolwiek nieżyciowe: poezja, etyka zwalczania szkodników, górne limity dla urzędników państwowych, a także ontologiczne rozważania o tym, „czy ludzie istnieją, kiedy ich nie widzimy?”.

Łatwiej mi, kiedy wszystkie elementy układanki gładziutko wskakują na swoje miejsca. Czerń i biel, dobro i zło, materia organiczna i nieorganiczna. Ten rok spowijają jednak odcienie szarości, a moja układanka rozsypała się po podłodze i rozmiękła w lepkiej kałuży o kształcie Republiki Federalnej Niemiec.

Przyzwyczaiłam się, że jestem piątkową studentką. Wszystko miałam pod kontrolą. Dążyłam do perfekcji we wszystkim, co robię. A teraz? Teraz miotam się jak pijana po polu minowym, desperacko unikając niewybuchów. Ależ byłoby pięknie, gdybym potrafiła żyć, nie sprawiając co i rusz zawodu wszystkim dookoła.

– Przerzuć się na inny język – sugeruje Maryam, jakbym jeszcze nie rozważała tej ewentualności.

– Nie mogę. To jak dachówki. Wszystko na siebie zachodzi.

Choćby poranne treningi. Popołudniowe treningi. Albo jedna z tysiąca innych aktywności, do których Stanford mnie zrekrutował.

A to miał być rok, kiedy wreszcie wykorzystam swój sportowy potencjał. Jeśli jeszcze jakiś we mnie drzemie. Jeśli był we mnie kiedykolwiek…

Dawniej tak mi się wydawało. Wtedy chodziłam do liceum w Pierdzimurowie (w Missouri, nie Missisipi, ale nie wyprowadzam Maryam z błędu). Trenerzy bili się o to, by ściągnąć mnie do swoich szkół, bo byłam młodzieżową olimpijką i należałam do kadry narodowej. Zdobyłam nawet medal na mistrzostwach świata. Byłabym idealną kandydatką na każdą uczelnię. Trenerzy, z którymi od najmłodszych lat miałam do czynienia, kadzili mi, mówiąc: „Jesteś w tym świetna, Vandy. Daleko zajdziesz, Vandy. Doskonale się zapowiadasz, Vandy”. Nużałam się w oparach ich komplementów jak jakaś naćpana surykatka aż do czasów studenckich, kiedy życie wszystko szybko zweryfikowało.

Surykatka padła.

Ale mózg przyszedł mi z pomocą i kompletnie zapomniałam te trzydzieści sekund, które odmieniły mój żywot. Niestety w przyrodzie nic nie ginie, więc całą sytuację nagrały kamery, jako że miała miejsce podczas finałów zawodów NCAA. Dodali nawet komentarz na żywo.

A oto i Scarlett Vandermeer z Uniwersytetu Stanforda, brązowa medalistka olimpiady juniorów. To wschodząca gwiazda tego sezonu. Szła na rekord tej wieży. To jest, do czasu ostatniego skoku, ma się rozumieć.

Tak jest, podjęła próbę skoku odwróconego z dwoma i pół obrotu w pozycji łamanej. Udało jej się perfekcyjnie podczas porannych eliminacji. Zaliczyła same ósemki i dziewiątki. Tym razem coś poszło nie tak przy wybiciu.

Ach, jakże łatwo się zawieść na tych, którym ufa się najbardziej.

Dokładnie. To była kompletna porażka. Zero punktów od wszystkich sędziów. Weszła też do wody pod złym kątem. Miejmy nadzieję, że uniknie kontuzji.

Nadzieja matką głupich.

To w sumie zabawne, choć sytuacja do zabawnych zdecydowanie nie należała. Pamiętam doskonale swoją złość – na wodę, na samą siebie, na własne ciało – ale zupełnie nie potrafię sobie przypomnieć bólu.

Na nagraniu kuśtykająca dziewczyna, która wychodzi z basenu, to tylko jakaś imitacja mnie. Ktoś, kto ukradł i przejął moje ciało. Długi warkocz opadający wzdłuż pleców należy do jakiejś oszustki, nie mnie. Dołeczki w policzkach, kiedy dziewczyna usiłuje się uśmiechnąć, są identyczne z moimi. I ta wąska szpara między górnymi jedynkami. No toczka w toczkę ja. Kamera bezlitośnie śledzi jej każdy chwiejny krok, nawet wtedy, gdy trener Sima i jego asystenci biegną z pomocą.

– Vandy, wszystko w porządku?

Odpowiedź jest niezrozumiała, ale trener uwielbia opowiadać, jak ta dziewczyna rzuciła wtedy: „Tak, ale przed następnym skokiem przyda mi się coś przeciwbólowego”.

Jak się okazało, coś na ból było bardziej niż wskazane. I nie tylko coś na ból. Także operacja. A potem rehabilitacja. Cała lista urazów wyglądała następująco:

Wstrząśnienie mózgu.

Pęknięta błona bębenkowa w uchu.

Naciągnięcie mięśni szyi.

Uszkodzenie obrąbka stawowego lewego barku.

Stłuczenie płuca.

Skręcony nadgarstek.

Skręcona kostka.

Za każdym razem, kiedy oglądam to nagranie i wyobrażam sobie, przez co musiała przechodzić ta biedna dziewczyna, w piersi czuję gęsty, lepki ciężar. Potem przypominam sobie, że ta dziewczyna to ja.

Przez randkowe apki poznałam sporo facetów. Każdy – powtarzam, każdy – pytał: „Skoki do wody to z grubsza tak samo trudne co pływanie, prawda?”.Tak jak z boksem, hokejem i lacrosse, skoki do wody to sport kontaktowy. Za każdym razem, kiedy wpadamy do wody, impet uderzenia przechodzi przez nasz szkielet, mięśnie i organy wewnętrzne.

Tak że, hokeiści, nie podskakujcie mi tu.

– Musisz zaakceptować myśl, że być może już nigdy nie skoczysz do wody – powiedziała Barb przed operacją. Trudno olać pesymistyczne gderanie macochy, kiedy ta macocha jest przy okazji światowej sławy chirurżką ortopedką. – Skupmy się na tym, by twój staw barkowy odzyskał pełen zakres ruchu.

– Wiem – odpowiedziałam i rozpłakałam się jak dziecko w jej objęciach. Płakałam długo, nawet kiedy zostałam już sama w sali.

Barb podeszła do tematu bardzo zachowawczo. A ja miałam szczęście i po rehabilitacji pozwolono mi wrócić do treningów. Cały drugi rok spędziłam na ławce rezerwowych. Odpoczywałam. Brałam leki. Przeszłam na dietę przeciwzapalną. Skupiałam się na fizjoterapii i ćwiczeniach rozciągających. Trzymałam się zaleceń z żarliwością, której nie powstydziłaby się siostra zakonna przy wieczornej modlitwie. Wizualizowałam skoki. Dochodziłam do siebie, ukrywając ból. Stawiałam się na każdym treningu, by patrzeć, jak ćwiczy reszta drużyny. W nosie czułam zapach chloru, a połyskliwy błękit basenu był tak blisko, a jednocześnie tak bardzo, bardzo daleko.

Dwa miesiące temu dostałam zielone światło, by wrócić do treningu. I okazało się, że…

No właśnie. Na tę terapię chodzę przecież z jakiegoś powodu.

– Chyba mam pomysł, jak poradzić sobie z twoim językowym problemem – mówi Maryam.

Spoglądam podejrzliwie, ale pochylam się i nadstawiam uszu.

– Pewnie każesz mi się wykąpać w kwasie, co?

– Nie-e. Słuchaj: podstawy łaciny.

Zrywam się na równe nogi.

– No, czas na mnie.

– Pomyśl, jak ci się to przyda, kiedy Lekarze bez Granic wyślą cię do starożytnego Rzymu!

Trzaskam drzwiami i wypadam z budynku. Idę na trening czterdzieści minut przed czasem, bo inaczej grozi mi dożywocie za morderstwo z zimną krwią.

Przydzielono nas do jednego pokoju już na pierwszym roku. Mimo że Maryam jest złośliwa jak rozdrażniona osa, a ja zawsze zapominam wymienić zużyte rolki papieru toaletowego na nowe, tak się do siebie przyzwyczaiłyśmy, że nie wyobrażamy sobie mieszkania z kimkolwiek innym. W zeszłym roku postanowiłyśmy wspólnie wynająć mieszkanie poza kampusem, a niedawno przedłużyłyśmy najem, skazując się na następne dwadzieścia cztery miesiące kohabitacji. Tak nam razem dobrze, bo wspólne mieszkanie nie wymaga od nas żadnego emocjonalnego wysiłku. A dla kogoś takiego jak ja – czyli osoby, jak to mówią, „sfokusowanej na targety”, ceniącej sobie poczucie kontroli i chorobliwie ambitnej – mieszkanie z kimś takim jak Maryam to istny dar od losu.

Dar równie miły jak śmierdzące jajo, ale jednak dar.

Centrum Sportów Wodnych Avery to najlepszy ośrodek, w jakim trenowałam. Jest pod gołym niebem, ma cztery baseny i wieżę. To tutaj trenują wszystkie drużyny sportów wodnych na Stanfordzie. Dzisiaj w damskiej szatni jest kompletnie cicho. To ta ulotna chwila, kiedy pływaczki już ruszyły na ćwiczenia, a ekipa od skoków jeszcze nie dotarła. Zawodnicy piłki wodnej zostali ostatnio oddelegowani do drugiego budynku, co wywołało powszechną radość i wzruszenie.

Zakładam strój kąpielowy. Na niego koszulkę i szorty. Ustawiam alarm w telefonie i siadam na niewygodnej drewnianej ławce, po czym zaczynam kontemplować własne wybory życiowe. Dokładnie dziesięć minut później smartfon wibruje, a ja wstaję, nie osiągnąwszy wewnętrznego spokoju i nie doszedłszy do żadnych wniosków. Ruszam po świeży ręcznik, gdy słyszę znajomy głos.

– …nie jest okej – mówi Penelope.

Stoi w korytarzu kilka metrów dalej, ale mnie nie zauważa.

– Ani trochę – ciągnie, a w jej słowach słychać rozpacz. Rozpoznaję ten ton z zawodów w Utah, kiedy spieprzyła salto w pozycji łamanej i plasnęła cyckami w wodę, po czym spadła z pierwszego na dziewiąte miejsce. – Nie dla nas.

W odpowiedzi mówi głos cichszy i o wiele głębszy. A także mniej rozemocjonowany. Naprzeciw Pen stoi Lukas Blomqvist. Ma nagi tors, skrzyżowane na piersi ramiona, okulary pływac­kie na szyi i czepek w zaciśniętych palcach. Musiał właśnie skończyć trening, bo wciąż ocieka wodą. Marszczy lekko brwi, ale z jego wyrazu twarzy trudno cokolwiek wyczytać. Może to być gniew… albo może to po prostu jego standardowa szwedzka mina. Nie słyszę, co mówi, ale to nie ma znaczenia, bo Pen i tak mu przerywa.

– …nie ma żadnego powodu, skoro…

I znowu odpowiedź, zbyt cicha, by ją zrozumieć. Wycofuję się. To nie jest rozmowa dla moich uszu. Aż tak nie potrzebuję ręcznika.

– Tak będzie lepiej – mówi Pen, podchodząc bliżej do Lukasa. – Wiesz o tym.

Blomqvist wzdycha ciężko, a jego lśniące od wody ramiona się unoszą. Zdaje się teraz jeszcze wyższy. Zauważam, że zaciska szczęki. Przechyla głowę i spina mięśnie.

Jest groźny. Straszny. Właśnie taki. Przy nim Pen wygląda na taką malutką. I jest widocznie podenerwowana. Mózg przełącza mi się w tryb bojowy.

W dupie mam, co pomyśli Lukas. Wszystko jedno, że to nie moja sprawa. Nacieram. Wbijam wzrok w Blomqvista. Dłonie mi się trzęsą, więc zaciskam je w pięści. I co z tego, że facet jest pewnie ze cztery razy silniejszy niż ja i Pen razem wzięte. Wiem, że to tragiczny pomysł, ale pytam:

– Wszystko w porządku, Pen?

Rozdział 3

Mój głos odbija się echem od podłogi i ścian wyłożonych białymi płytkami. Pen i Lukas odwracają głowy w moją stronę, oboje zaskoczeni.

Przełykam ślinę i zmuszam się do powtórzenia pytania:

– Wszystko gra, Pen? Potrzebujesz czegoś?

– Vandy? Nie wiedziałam, że tu jesteś. – Zaciska usta w cienką linię. Widzę, że pełen nieufności wzrok, którym obrzuciłam Lukasa, jej nie umknął. – Jezu, Vandy… Nie, to nie tak. My tylko… – Parska nerwowym śmiechem i spogląda na swojego faceta, próbując obrócić sytuację w żart.

Ale Lukas wciąż patrzy na mnie.

– Wszystko w porządku, Scarlett – mówi.

Nie ufam tym słowom, ale nie wygląda na przyłapanego na gorącym uczynku. Nie wydaje się zły ani zirytowany, mimo że właśnie potraktowałam go jak zagrożenie dla Pen.

Co dziwniejsze, zna moje imię. Prawdziwe. Odkąd miałam sześć lat, wszyscy zwracają się do mnie per Vandy. Fascynujące.

– Nie chciałam się wtrącać – mówię, choć nie daję się zbić z tropu. Może i jestem przewrażliwiona w sytuacjach takich jak ta, a nawet więcej, bo jestem uosobieniem przewrażliwienia, ale mam swoje powody. Wolę zrobić z siebie idiotkę niż pozwolić na… no, na alternatywę, jaka by ona nie była. – Chciałam się tylko upewnić, że…

– Wiem – przerywa Lukas, nie odrywając ode mnie swych błękitnych oczu. – Dzięki, że troszczysz się o Pen.

Wypowiedziana łagodnym tonem pochwała sprawia, że w mojej głowie strzela bezpiecznik. Kiedy próbuję dojść do siebie, Lukas kładzie dłoń na ramieniu Pen i odchodzi. Obserwuję grę mięśni na jego plecach, aż znika za rogiem. Delikatne włoski na jego karku schną, a czarne linie tatuażu na lewym barku i ramieniu wiją się aż do dłoni. Nie potrafię stwierdzić, co przedstawiają. Może jakieś drzewa?

– Jasny gwint – mruczy Pen.

Odwracam się do niej. Ociera twarz dłonią. Zdecydowanie przesadziłam z bohaterstwem.

– Przepraszam, nie chciałam być wścibska…

– To nie twoja wina, Vandy – szepcze, a jej zielone oczy błyszczą łzami.

Byłam gotowa bronić ją własną piersią, ale jak mam jej pomóc teraz? Nie potrafię zrobić nic, żeby nie wybuchła płaczem.

– Chcesz, żebym zadzwoniła po Victorię? – proponuję niepewnie. Obie są na ostatnim roku. To najlepsze przyjaciółki. W drużynie zbyt wielkiego wyboru nie ma: bliźniaczki są zajęte sobą, a ja rzadko się udzielam. – Albo… poproszę Lukasa, żeby wrócił.

– Po co miałabyś do mnie dzwonić? – pyta nagle Victoria, która zjawia się znikąd. Ma ciemne awiatorki na nosie, mimo że jesteśmy w budynku. W dłoni trzyma kubek z fioletowym smoothie. Jej czarne, kręcone włosy ułożone w „czeską płetwę” wyglądają dziwnie dobrze. Taka fryzura u kogokolwiek innego wyglądałaby koszmarnie, ale u niej sprawdza się spektakularnie. – Już mówiłam, nie zabijam pająków… Co jest?

Wszystko dzieje się zbyt szybko. Pen zaczyna płakać. Victoria wydaje stłumione westchnięcie. Korytarz wypełnia hałas nadciągającej drużyny piłki wodnej. Zanim znajdę pierwsze kłamstwo z brzegu, lądujemy wszystkie w pokoju ze sprzętem.

Victoria z hukiem zamyka drzwi i przyciska się do nich plecami.

– Co tu się odwaliło? – pyta.

Patrzy to na Pen (ze zmartwieniem), to na mnie (z chęcią mordu). Łapię się na tym, że współczuję Lukasowi. Takie piorunowanie wzrokiem to jest broń masowego rażenia – trzeba korzystać z niej z umiarem.

– Pokłóciliśmy się z Lukiem – wyznaje Pen, ocierając policzek.

– Oj, kochana. O co poszło?

– To ja zostawię was same – mamroczę i sięgam do klamki, ale Pen łapie mnie za nadgarstek.

– Nie, zostań – mówi. – Nie chcę, żebyś myślała, że Luk mógłby mi coś zrobić… – Przerywa i bierze głęboki wdech.

Przestępuję z nogi na nogę, z tęsknotą myśląc o szatni, o wannie z solą Epsom, nawet o jakiejś fabryce przerażających laleczek patrzących na mnie martwymi oczami – słowem, o jakimkolwiek miejscu, byle nie tym pokoju ze sprzętem.

– On nigdy nie jest wobec mnie agresywny ani złośliwy. Jest najlepszym człowiekiem, jakiego znam. My tylko właśnie przechodzimy…

– Jezu. Chodzi o wasze rozstanie? – Głos Victorii nabiera mocy.

To nie jest moja sprawa. Nie moja. Zupełnie, absolutnie nie moja! Ale Pen kiwa głową.

– Słuchaj – wzdycha Victoria z irytacją, jakby już ten temat przerabiały. – Kochana. Słonko. Rozumiem. Byliście razem, odkąd mieliście… po dwanaście lat…

– Piętnaście – poprawia Pen.

– …przeżyliście ze sobą swój pierwszy raz, a teraz zastanawiasz się, jak by to było posmakować nieobrzezanego fiutka.

Pen pociąga nosem.

– W Szwecji raczej się nie obrzezuje…

– Stop. Za dużo informacji. Słuchaj, chodzi o to, że… Co ty właściwie odwalasz?

Zawsze niezwykle podobała mi się bezpośredniość Victorii, ale tutaj to chyba lekkie przegięcie. Pen najwyraźniej podziela mój pogląd, bo nagle krzywi się ze złości.

– Ej, miałaś być po mojej stronie.

– I jestem. I jako ktoś, kto zawsze trzyma właśnie twoją stronę, a jednocześnie od dwóch lat pozostaje na rynku matrymonialnym, mówię ci, że nie chcesz stracić tego faceta. Na świecie jest na pęczki dupków, ale Lukas jest mądrym, przyzwoitym i mega seksownym gościem, który zawsze opuszcza deskę klozetową i nie ma żadnych chorób wenerycznych. To nie jest standard rynkowy.

– Ale ja nie jestem z nim szczęśliwa. I on ze mną też nie.

– Pen. Daj spokój. Skoro ci powiedział, że może nie robić tego, co ci się nie podoba…

– Przyzwyczaja się. I ja też. Jeśli zostaniemy razem, pobierzemy się, kupimy dom na przedmieściach i zrobimy sobie statystyczne dwoje i pół dziecka. Cała gromadka będzie dwujęzyczna i nie będę się z nimi potrafiła dogadać. A na dodatek przez resztę życia będę się zastanawiała, co mnie ominęło. Nigdy się nie dowiem, jak to jest być wolną, a on stanie się zgorzkniały, bo nigdy nie zazna tego, co lubi. Tych wszystkich wyuzdanych pierdół, klepania po tyłkach, wiązania i dominowania w łóżku.

Zastygam w bezruchu. Naprawdę nie powinno mnie tu być, ale jak tu uciec? Moje stopy ważą po kilka ton, a każda kropla krwi w całym ciele z uporem godnym lepszej sprawy ciśnie mi się na policzki.

– Rozumiem. – Victoria traci cierpliwość. – Ale jeśli potrzebujesz czasu na decyzję…

Ktoś wali w drzwi. Wszystkie podskakujemy.

– Hej! Jest tam ktoś?

– Tak, daj nam chwilę! – odkrzykuje Victoria.

– Zostawiłam tam torbę, więc jeśli mogłybyście przenieść tę orgietkę pod prysznic, byłabym zobowiązana.

Victoria przewraca oczami, ale otwiera drzwi. Przechodzimy obok poszukiwaczki zaginionej torby – Victoria z zaciętą miną, Pen, ocierając łzy, i ja, uparcie próbująca unikać jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego. Rozmowa mogłaby się toczyć dalej, ale w korytarzu pojawiają się bliźniaczki.

– Gdzie byłyście? – dociska Bella.

Panikuję, ale Victoria zmyśla jakąś historyjkę o tym, że szukałyśmy ręczników. Dla niej kłamstwo nie jest niczym trudnym, ode mnie wymagałoby dwóch do trzech dni odpowiedniego namysłu. Potem wszystkie ruszamy na rozgrzewkę jak urocza rodzinka.

Dalej się rumienię. Krew szumi w uszach. W głowie panuje chaos. Jedyne, o czym mogę myśleć, to że Pen zawsze była dla mnie taka dobra.

Po trzeciej operacji, kiedy Barb nie mogła wziąć więcej niż tydzień urlopu bez ryzyka, że jej kariera legnie w gruzach, Pen wpadała do mnie codziennie sprawdzić, jak się czuję. „Upewniam się, że twoja paskudna współlokatorka nie drze z ciebie skóry pasami” – lubiła powtarzać, puszczając do mnie oko. Pen jest opiekuńcza z natury. A jeden raz usiadła ze mną sam na sam i pocieszyła mnie, mówiąc, że mimo wielkiego rozbryzgu, jaki zrobiłam przy skoku synchronicznym, nie jestem wcale beznadziejna w skokach. Powiedziała, że sama przez to przechodziła, że doskonale zna to uczucie, kiedy się raz po raz analizuje każdy ruch, a stres sprawia, że platforma zamienia się w cienką linę zawieszoną wysoko nad ziemią, gdzie jeden fałszywy ruch oznacza śmierć. Przyznała, że wie, że w takiej chwili skupienie potrafi przerodzić się w panikę, a skok – nawet najłatwiejszy – jest z góry skazany na porażkę.

Wtedy te słowa znaczyły dla mnie bardzo wiele. To było na pierwszym roku. Wszystko było dla mnie nowe, straszne i przytłaczające, ale Penelope Ross, medalistka mistrzostw świata i obu Ameryk, mistrzyni NCAA, złapała mnie za rękę i powiedziała, że dokładnie wie, co czuję.

O tym właśnie myślę na pilatesie, podczas treningu na sucho i kiedy wspinam się po niekończących się schodach na wieżę. Myślę o tym także, rozciągając się i uważając, by nie nadwyrężyć osłabionego, obolałego, głupiego barku, tego, który wszyscy lekarze określają – mylnie! – mianem całkowicie wyleczonego. Jednak w sennych koszmarach ten biedny staw roztrzaskuje mi się na kawałeczki, jak upuszczony kieliszek do szampana.

Kiedy trening dobiega końca, podejmuję decyzję.

Gdy reszta dziewczyn jest pochłonięta rozmową w szatni, podchodzę do Pen, biorę głęboki wdech i pytam:

– Może wyskoczymy razem na kawę? Tylko ty i ja.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji