Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
472 osoby interesują się tą książką
Max skrywa wiele sekretów. Mimo że jest człowiekiem sukcesu, nadal wisi nad nim cień przeszłości, echo dramatycznych doświadczeń z dzieciństwa. Dlatego musi mieć wszystko pod kontrolą i codziennie wkłada zbroję. A gdy jeden jedyny raz odpuści planowanie i spędzi noc z fascynującą nieznajomą, konsekwencje tego zdarzenia zupełnie go zaskoczą.
Ruby zawsze próbowała żyć po swojemu, co było wyzwaniem w domu Knoxów. Dlatego postanowiła, że gdy tylko osiągnie pełnoletniość, zerwie się z rodzicielskiej smyczy i posmakuje życia. Na tę okazję przygotowała skandal-listę – i zdecydowana była zrealizować wszystkie jej punkty. Jednak nie wiedziała, że konsekwencje pewnej halloweenowej imprezy sprawią, że już zawsze towarzyszyć jej będzie strach. Pewnej nocy opuszcza w tajemnicy dom i wyrusza, by przeżyć przygody, z dala od ograniczających ją zakazów i nakazów.
„Co się zdarzyło w Vegas, zostaje w Vegas” – tak przynajmniej planują Max i Ruby. Oboje jeszcze nie mają pojęcia, że los przygotował dla nich inny scenariusz, a ich ścieżki splotą się na wielu poziomach. I wkrótce się przekonają, czy można odnaleźć szczęście w ramionach nieznajomego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 424
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
17 lat wcześniej
Z całych sił próbuję ratować moją sznurówkę, ale jest pozwiązywana w tylu miejscach, że ciężko przełożyć mi supełek przez dziurkę. A jeśli szarpnę za mocno, to znów ją zerwę. Z zazdrością spoglądam na buty kolegów z klasy. Moje są za ciasne, ale muszę jakoś wytrzymać jeszcze parę tygodni. W okolicach wakacji zawsze dostajemy paczki z ubraniami z Founding Grace. Teraz pieniądze są potrzebne na pieluszki i mleko dla Hope.
Na wzmiankę o jedzeniu burczy mi w brzuchu. Dzisiaj mało zjadłem na obiad, chociaż były moje ulubione hamburgery. Połowę mięsa i górę od bułki, a także banana i kartonik mleka schowałem do plecaka. Mama i tata od kilku dni zachowują się inaczej i w przyczepie śmierdzi tymi dziwnymi papierosami. To więcej niż pewne, że znów znikną na kilka dni, a Hope nie będzie miała co jeść. Nauczyłem się ich zachowań i teraz, kiedy tylko widzę pierwsze symptomy, jestem przygotowany.
W szkole dostaję darmowe śniadanie i obiad. Staram się nie słuchać docinków kolegów. Nie obchodzą mnie. Nie są ważni w moim życiu. Za kilka lat z niego znikną. Ja muszę dbać o Hope. Ona jest malutka i nie ma nikogo oprócz mnie.
Ze stołówki zawsze wychodzę ostatni. Czekam, aż wszyscy sobie pójdą, bo wtedy często kucharka wyciąga dla mnie spod lady jakieś biszkopty. Jest bardzo miła. Mówiła mi, że sama nie ma dzieci, a bardzo by chciała. I tak czasem sobie myślę, że świat jest jednak niesprawiedliwy.
W końcu udaje mi się zawiązać te przeklęte sznurówki. Zarzucam za duży plecak na ramiona i wychodzę na zewnątrz. MLK2 mieści się w dość zaniedbanej dzielnicy. Pełno tu starych, odrapanych budynków – ale lubię je ze względu na znajdujące się na ich ścianach graffiti. Nie potrafię przejść obok obojętnie. Często próbuję znaleźć w nich ukryty sens, choć nie zawsze rozumiem przesłanie. Chyba jestem jeszcze za mały.
Dziś jednak nie patrzę w ich stronę. Nie mam na to czasu. Od samego rana dręczą mnie złe przeczucia. Wybieram też szybszą trasę, wzdłuż Third Street, mimo że często w tamtych rejonach kręcą się grupy starszych chłopaków, których zwyczajnie się boję. Już nie raz robiłem za worek treningowy. Mały i chudy, jestem łatwym celem. Na szczęście znam kilka skrótów, które pomagają mi przemknąć z dala od najbardziej niebezpiecznych miejsc. Żar leje się z nieba, chociaż jest dopiero połowa maja. Boję się nieuchronnie zbliżających się wakacji. To czas licznych festiwali, które rodzice uwielbiają, i ich zniknięcia wtedy zdarzają się częściej. I trwają dłużej. A bez darmowych posiłków w szkole ciężko mi będzie zorganizować jedzenie. Nie chciałbym kraść. Ale muszę pamiętać, że jest nas dwoje.
Oddycham z ulgą, kiedy mijam baraki socjalne i puste place po wyburzonych starych blokach. To znak, że już coraz bliżej domu. Kiedy przechodzę pod estakadą, naszą przyczepę mam w zasięgu wzroku. Ze środka dobiega rozpaczliwy płacz Hope. W brzuchu czuję takie dziwne kłucie, jakby miało stać się coś złego. Moje serce uderza bardzo, bardzo szybko. Jego nerwowe bicie słyszę w uszach.
– Mamo? – wołam i naciskam klamkę, ale drzwi nie ustępują.
Szarpię i nadal nic.
Zerkam na okna od frontu przyczepy. Zamknięte. Mimo że mam dopiero jedenaście lat, jestem świadomy, jak szybko nagrzewa się jej wnętrze. Obiegam kamper. Wszystkie okna pozamykane. Walę pięścią w drzwi, czując coraz większy niepokój.
– Mamo! Tato!
Rozglądam się w poszukiwaniu czegoś, czym mógłbym wybić szybę. Nieopodal estakady piętrzy się gruz. Biegnę w tamtym kierunku, licząc na to, że tam właśnie coś znajdę. Pierwsze łzy cisną mi się do oczu, kiedy dopadam sterty. Palcami rozgrzebuję styropian i kawałki płyt gipsowych w poszukiwaniu jakiejś cegły. Skóra dłoni szczypie, poraniona o ostre odłamki. Nie zwracam na to większej uwagi. Boję się, że jeśli się nie pospieszę, dojdzie do tragedii, a jeszcze mogę jej zapobiec.
– Szybciej… szybciej… – łkam, kiedy znajduję spory kawał brązowej cegły.
Biegnę, ile sił w nogach, ale wówczas pęka jedna ze sznurówek w moich trampkach. Zdaję sobie z tego sprawę dopiero w momencie, kiedy tracę równowagę, bo but zsuwa mi się ze stopy i ląduję na ziemi. Zdzieram kolana i łokcie, ale nie dbam o to. Podnoszę się i biegnę dalej. Dopadam do okna przyczepy i uderzam w nie cegłą. Raz. Drugi. Trzeci. Szyba pęka, ale na tym koniec. Ramiona pieką z wysiłku.
– MAMO! – krzyczę rozpaczliwie, licząc na to, że może jest w środku.
– Max? – Za plecami słyszę głos naszego sąsiada, mieszkającego dwie przyczepy dalej. To stary pijaczek w nieodłącznej skórzanej czapce rybackiej i starym podartym garniturze – zawsze tym samym. Brzydko pachnie, ale jest nieszkodliwy. Często opowiada mi o swojej rodzinie, która go opuściła. I o tym, że kiedyś był biznesmenem, ale stracił wszystkie pieniądze. Obracam się w jego stronę i od razu widzę, że dziś też już jest pod wpływem. Ale pozostaje moją jedyną nadzieją.
– Niech mi pan pomoże – łkam.
– Kurde franc, co się stało? – Mężczyzna upuszcza puszkę z piwem, którą trzymał w ręce, i podbiega do mnie. Jest autentycznie zatroskany. Chwyta mnie za ramiona. Jest tak blisko, że czuję jego nieprzyjemny alkoholowy oddech, ale w tym momencie tylko na tego człowieka mogę liczyć.
– N-nie mogę wejść… t-tam jest moja siostra…
Spogląda to na popękaną szybę, to na cegłę leżącą nieopodal przyczepy. Lekko się chwieje, ale podchodzi do drzwi i wyjmuje coś z kieszeni. Chwilę grzebie przy zamku i nagle drzwi uskakują. Zrywam się na równe nogi i jak burza wpadam do środka. Duchota panująca wewnątrz sprawia, że w pierwszym odruchu się cofam, ale płacz Hope szybko mnie otrzeźwia. Kiedy do niej dobiegam, jestem już cały spocony. Niewiele myśląc, biorę ją na ręce i wynoszę z przyczepy. Jest cała czerwona, a jej skórę pokrywa pot. Ślizga mi się w dłoniach, w dodatku z dnia na dzień robi się coraz cięższa. Ma na sobie tylko pieluszkę, która – nawet na moje dziecięce oko – powinna być dawno zmieniona.
– Wody. – Spoglądam błagalnie na sąsiada, który chwiejnym, ale dość żwawym krokiem podąża do swojej przyczepy.
W międzyczasie pojawia się więcej osób zamieszkujących okoliczne kampery. Słyszę szepty, ale nie patrzę w ich stronę. Ręce mi drżą, kiedy odklejam rzepy pieluszki jednorazowej. Zapach i to, co widzę, sprawiają, że wymiotuję. Ktoś obejmuje mnie za ramiona i odciąga od siostry. Protestuję, ale jest ode mnie silniejszy.
– Już, już, dziecko.
Nie rozpoznaję głosu, ale nie mam więcej sił walczyć. Pozwalam łzom bezsilności wydostać się z oczu razem z cichym szlochem:
– Chcę do mamy…
Wiem jednak, że w tej chwili to życzenie plasuje się w kategorii niespełnialne.
Czyjeś ramiona przyciągają mnie do siebie. Ta pani pachnie syropem z dzikiej róży. Głaszcze mnie po głowie i lekko kołysze. Nie wiem, kim jest, ale jej bliskość mnie uspokaja. Ostrożnie przekręcam głowę i drżąc na całym ciele, obserwuję, jak znane mi z widzenia dwie kobiety podchodzą do mojej siostry, a potem jedna z nich wyjmuje telefon. Nie wiem, gdzie dzwoni, ale mam coraz gorsze przeczucia. Tymczasem pijaczek, który pomógł mi dostać się do przyczepy, przynosi szklankę z wodą. Obserwuję, jak Hope łapie ją w rączki, przystawia do ust i łapczywie pije. Ktoś przynosi czystą pieluszkę i jakiś krem. Nawet sobie nie wyobrażam, jaki moja siostrzyczka musi odczuwać ból. Całą pupę ma ogniście czerwoną. Pampers jest tak pełen, jakby nosiła go od wieków. Kiedy kobiety w końcu zakładają jej czystą pieluchę, jedna bierze Hope na ręce i podchodzi do mnie.
– Gdzie są wasi rodzice, chłopcze? – pyta. Śmierdzi papierosami i ma żółte zęby. W pierwszej chwili nie odpowiadam. Z natury jestem nieufny, ale przecież ona jest miła. Pomogła Hope.
– Nie wiem – wyduszam z siebie cicho, wyswobadzając się z ramion pani o zapachu dzikiej róży.
Siostrzyczka zaczyna się wiercić w objęciach tej drugiej kobiety i wyciągać w moim kierunku ramionka. Nieznajoma z uśmiechem sadza mi Hope na kolanach, a ta momentalnie się do mnie przytula i ssie kciuk.
– W plecaku mam mleko – zwracam się zlękniony do nieznajomej. – Poda mi pani?
– Jasne – odpowiada z uśmiechem, który gaśnie w momencie, kiedy otwiera moją torbę. Zerka na mnie ze współczuciem. Pewnie znalazła jedzenie, które wyniosłem ze stołówki. Podaje mi mleko. Wbijam słomkę w odpowiednie miejsce i przekazuję siostrze. Pije łapczywie, krztusząc się co chwilę. A kiedy kończy, kobieta wyciąga ku mnie jeszcze suchą bułkę i połowę mięsa. Rozrywam je na mniejsze części i wsuwam Hope do rączki. Uśmiecha się i wkłada jedzenie do ust. Raz po raz jej ciałem wstrząsają pozostałości płaczu. Jestem potwornie głodny, ale wiem, że muszę wytrzymać, dopóki ona nie skończy jeść.
Słyszę coraz głośniejszy sygnał syreny i już po chwili nieopodal parkują karetka oraz radiowóz. Nie podoba mi się to. Obejmuję mocniej Hope. Z ambulansu wysiada dwóch ratowników i podchodzą do nas, podczas gdy policjanci – obaj z dużymi brzuchami – rozmawiają z jedną z kobiet, które zakładały Hope czystą pieluszkę. Nie wiem, na kim mam się skupić. Kto może okazać się dla nas większym zagrożeniem.
– Cześć, kolego. To ty jesteś tym bohaterem, który wyciągnął siostrę z nagrzanej przyczepy? – Obaj ratownicy kucają naprzeciwko mnie. Jeden jest rudy i ma śmiesznego gęstego wąsa, a drugi wygląda na Meksykanina. Ma czarne kręcone włosy, jak tata.
Nie odpowiadam. Zamiast tego ciaśniej przytulam siostrę i łypię na nich podejrzliwie.
– Chcielibyśmy tylko ją zbadać, żeby sprawdzić, czy nic jej nie grozi – wtrąca Meksykanin.
– Nie oddam wam Hope! – oświadczam surowo. – Nie znam was!
Mężczyźni spoglądają po sobie.
– Kochanie… – Pani Dzika Róża, która nadal tkwi obok, gładzi mnie po głowie i mówi: – Oni chcą tylko dla was dobrze.
– Dokładnie, kolego – wtrąca wąsaty. – Jesteś naprawdę odpowiedzialnym starszym bratem. To może zrobimy tak, że też pojedziesz z nami?
– Chcemy wam tylko pomóc – potwierdza ten drugi. – W przeciwnym razie będziecie musieli jechać z policją, dopóki nie znajdą się wasi rodzice.
Coś boleśnie ściska mi płuca. Nie mogę zapanować nad drżeniem ciała. Nie chcę jechać z policją. Chcę tu zostać i poczekać na mamę. Ale oni są dorośli i nie dają mi innego wyboru.
– D-dobrze – jąkam się. – T-tylko nie policja.
Mama bardzo boi się policji. Zawsze mi powtarzała, że nie wolno im ufać. A ja jej wierzę.
– Mogę zabrać od ciebie siostrę czy wolisz nieść ją sam? – pyta pierwszy z ratowników.
– Poniosę ją sam – mówię z pełnym przekonaniem. Boję się, że jak ją oddam, to nas rozdzielą. W szkole, do której chodzę, dzieciaki często opowiadały sobie historie o rozdzielaniu rodzeństwa, które zabierano od rodziców i umieszczano w rodzinach zastępczych.
„Rodzina zastępcza” – to brzmi okropnie. Ale jeszcze straszniejsze wydaje się słowo „rozdzielać”. Nie mogą mnie rozdzielić z Hope. Ma tylko mnie. Nikt inny o nią nie zadba. W przypływie czułości całuję ją w ciemne przepocone włoski. A potem zerkam na wąsatego ratownika. Spogląda tak, jakby było mu nas żal.
Idzie tuż obok, kiedy podążamy w stronę karetki. Z zewnątrz wydaje mi się ogromna. Jak wieloryb, który tylko czeka, żeby nas pożreć. Kiedy otwierają się przed nami drzwi na pakę, zatrzymuję się gwałtownie.
– Nie chcę… – mamroczę, z trudem panując nad płaczem.
Nie mogę się znów rozpłakać. Nie mogą zobaczyć, że się boję. Jak pokażę, że jestem słaby, zabiorą mi Hope.
– Jak masz na imię? – Wąsaty ratownik kuca i ostrożnie dotyka mojego ramienia. Odskakuję.
Po co chce znać moje imię?! Po co mu to!?
Nie ufam mu, ale mimo to mówię cicho:
– Max.
– A ja Artie i wiesz co, tak sobie myślę, że ja też bałbym się tam wsiąść. Ale z drugiej strony jest tam sprzęt, który pomoże nam sprawdzić, czy twojej siostrze nic się nie stało. Nie wiemy, jak długo była w rozgrzanej przyczepie…
To mnie przekonuje. Meksykanin pomaga mi wejść i dopiero kiedy karetka rusza, pozwalam im zająć się Hope. Protestuje głośno, kiedy znikam jej z oczu.
– Jestem tu, Hope – odzywam się, ale to nic nie daje. Moja siostrzyczka płacze głośno, kiedy ratownicy sprawnie zakładają jej na rączce motylka i podłączają jakiś woreczek z płynem.
– To kroplówka – tłumaczy ten, który przedstawił się jako Artie. – Dostarczy jej składników odżywczych i nawodni.
Kiwam głową, że rozumiem, a potem słyszę, jak kierowca karetki zgłasza przez radio, że wiozą dwójkę dzieciaków z Bayview-Hunters Point i żeby zawiadomiono opiekę społeczną.
2 MLK – Martin Luther King Jr. Middle School – publiczna szkoła średnia w dzielnicy Bayview-Hunters Point w San Francisco. W latach 2000–2010 uczęszczały do niej głównie dzieciaki z okolicznych rodzin o niskich dochodach, często objętych pomocą społeczną. Placówka miała opinię trudnej szkoły – z wysoką absencją i przemocą rówieśniczą, ale dla wielu dzieci była jedynym bezpiecznym miejscem w ciągu dnia.
Pilnuje mnie jakaś baba! Obgryzam paznokcie, aż w ustach pojawia się metaliczny posmak krwi. Zabrali Hope i nie wiem, gdzie jest. Za to dostałem kubek kakao i najprawdziwszego burgera z Burger Kinga. I ogromne frytki. I chociaż żołądek skręca mi się boleśnie od tych kuszących zapachów, nie ruszam jedzenia. Pewnie próbują mnie przekupić.
– Gdzie moja siostra? – pytam opiekunkę.
– Na badaniach. Nic się nie przejmuj. Jedz. – Po raz kolejny słyszę to samo i mam ochotę kopnąć ją pod stołem prosto w piszczel. Boli. Wiem, bo to jeden z najskuteczniejszych sposobów obrony przed starszymi chłopakami. Ale wówczas dostrzegam chłopca trochę młodszego ode mnie. Stoi w drzwiach i przypatruje mi się z ciekawością w niebieskich oczach. Ma modnie ścięte blond włosy, a na sobie markowe ubrania. Wygląda jak chodząca reklama jakiegoś sklepu odzieżowego. Wydaje się pewny siebie. Jakby cały świat istniał po to, żeby go podziwiać i padać mu do stóp. Podchodzi do stolika, przy którym siedzę, i tęsknie spogląda na frytki.
– Będziesz to jadł? – pyta, celując w nie palcem.
Kręcę głową.
– Bomba! To wezmę, po co ma się zmarnować. Babcia mówi, że nie powinno się marnować jedzenia, bo na świecie są dzieci, które głodują. Nigdy żadnego nie spotkałem, a ty? – pyta i pakuje kilka frytek do buzi.
Nie ruszam się. W zasadzie chyba nie oddycham. Chłopiec, niczym niezrażony, wskazuje palcem porcję sosu pomidorowego zamkniętą w małym opakowaniu.
– O, ketchup Heinza! – Ożywia się jeszcze bardziej. – Będziesz jadł? – Nie czeka na moją odpowiedź, tylko zgarnia mi go sprzed nosa i wyciska całość na frytki.
– Kim ty właściwie jesteś? – pytam w końcu.
– Jak to, nie poznajesz? – Dziwi się, po czym wstaje i oświadcza pełnym entuzjazmu tonem: – Mamo, śniadanie z Nutellą jest najlepsze! – Na końcu posyła w moją stronę iście aktorski uśmiech. Potem siada i dopytuje podekscytowany: – Teraz mnie kojarzysz?
Co mam mu powiedzieć? Że nawet nie wiem, co to ta cała „nutella”?
– Luke! Czy ty się Boga nie boisz?! Zostaw jedzenie tego biednego chłopca! – W sali zjawia się starsza pani, ubrana w jeansy i T-shirt z nadrukiem ust, spomiędzy których wystaje język. Kojarzę ten obrazek. Rolling Stones? Chyba tak. Mama i tata ich lubią.
Ten cały Luke spogląda z niedowierzaniem to na mnie, to na starszą panią, po czym oświadcza:
– Luke von Schiller nikogo się nie boi! – Dumnie pręży pierś.
– I to mnie właśnie najbardziej martwi, wnusiu. – Zbliża się i czule głaszcze go po głowie, a następnie zwraca się do mnie: – Jestem Grace. Albo babcia Grace, jeśli chcesz.
Babcia?
– Nigdy nie miałem babci – pada z moich ust, zanim jestem w stanie się powstrzymać.
Twarz starszej pani na moment robi się smutna. Kobieta podchodzi do mnie, przysuwa sobie krzesło. A kiedy siada naprzeciwko, pyta łagodnym głosem:
– A chciałbyś mieć, Maxwellu?
– Max – poprawiam ją odruchowo. Nie przepadam za swoim pełnym imieniem. Dostałem je po sławnym francuskim malarzu, Philipie Maxwellu, w którego twórczości zakochani są moi rodzice. A ja ostatnie, o czym marzę, to by być kojarzonym z jakimkolwiek artystą. Już wystarczy, że są nimi mama i tata. A o mnie w szkole gadają, że jestem tym biednym chłopcem od Rockwoodów z Bayview. Co z tego, że świetnie malują, jak przy okazji zapominają, że mają Hope i mnie? Ja sobie poradzę, ale moja mała siostrzyczka?
– Max… – Czuję dotyk na ramieniu, który wyrywa mnie z zamyślenia. – Chciałbyś mieć babcię?
– Nie wiem – odpowiadam szczerze. – Nie wiem, co robią babcie.
– Babcie są spoko. Rozpieszczają – wtrąca Luke, po czym pochyla się w moim kierunku i dodaje konspiracyjnym szeptem: – Ja bym się nie zastanawiał.
– Luke, poczekaj, proszę, na mnie na korytarzu, dobrze?
– Jasne. Będziesz jadł burgera? – Chłopiec spogląda tęsknie w kierunku jedzenia.
– Tak, będzie jadł burgera! – Starsza pani odpowiada srogim głosem. Sięga do torebki i wyjmuje studolarowy banknot. Na jego widok moje oczy robią się wielkie jak spodki. Nigdy nie widziałem tylu pieniędzy. Grace wręcza go wnukowi, mówiąc: – Idź sobie coś kup w bufecie!
Chłopiec szczerzy się zadowolony, po czym wybiega z sali, a wówczas babcia Grace na powrót skupia się na mnie.
– Zjedz. Będzie zimnie – zachęca.
– Wolę zostawić dla Hope – mówię, nawet się nie zastanawiając.
W spojrzeniu starszej pani pojawia się smutek. Ostrożnie wyciąga w moim kierunku dłoń, a kiedy widzi, że nie cofam się przed dotykiem, głaszcze mnie po głowie. Coś ściska mnie w gardle, utrudniając oddychanie.
– Och, Max. Twoja siostra to naprawdę wielka szczęściara. Możesz być z siebie dumny.
– Wie pani, gdzie jest Hope? – Nie panuję nad drżeniem głosu. Ani nad łzami, które jakoś tak same wyślizgują się z kącików oczu.
– Hope jest na badaniach. Ciebie też lekarze będą chcieli przebadać.
– Jestem zdrowy – zapewniam, ale w jej oczach znów pojawia się smutek.
– Max… twoja siostra jest niedożywiona i bardzo zaniedbana. Wiesz, co to znaczy?
Przytakuję, a ze strachu serce zaczyna mi walić w piersi. Cały sztywnieję. Za mało o nią dbałem… Nie jestem dobrym bratem. Rozdzielą nas! Ale słowa starszej pani przeczą temu, co we mnie krzyczy.
– Gdybyś nie wydostał Hope, mogłaby się jej stać krzywda, rozumiesz? Policja i opieka społeczna nadal szukają twoich rodziców. Wiesz może, gdzie są?
Kręcę głową, czując, jak coś boleśnie ściska mi płuca. Nie jestem w stanie nic z siebie wykrztusić. Nawet nie wiem, co miałbym jej powiedzieć. Że nie mam pojęcia, gdzie się podziewają? Nie wiem nawet, czy wrócą…
– Będą mieli ograniczone prawa rodzicielskie. Rozumiesz, co to znaczy?
Teraz już nie umiem nad sobą zapanować. Chowam twarz w dłoniach, zawstydzony i zdruzgotany, po czym wyduszam z siebie płaczliwie:
– Nie chcę iść do domu dziecka!
I wtedy dzieje się coś, co sprawia, że starsza pani zdobywa moje zaufanie na zawsze. Bez słowa bierze mnie na kolana, a potem przytula. Jej koszulka bardzo ładnie pachnie. Dłoń z czułością przesuwa się po moich włosach. Płaczę, a ona mi na to pozwala, zapewniając, że nigdy nie pozwoli, żebyśmy trafili do sierocińca. To właśnie ten moment, w którym staję się częścią mojej rodziny z marzeń. Tej, którą od dłuższego czasu mam w wyobraźni. Rodziny, w której mama i tata zawsze pamiętają, by uszykować nam śniadanie i nie palą tych śmierdzących papierosów. Ubierają Hope w ładne sukienki. I nie znikają. Przede wszystkim zawsze są obok. A teraz dołącza do nich babcia. Czuję, że chciałbym to narysować. Może dostanę kredki? I kartkę. Może być nawet zapisana z jednej strony…
Słyszę żwawe kroki i szelest. Coś upada na stolik. Przekręcam głowę i widzę kilka opakowań słodyczy.
– Zatrzymam sobie resztę, babciu – oznajmia wnuk Grace pewnym głosem.
Jestem zaskoczony, że nie odczuwa żadnego lęku. On nawet nie pyta. Oświadcza, jakby mu się to należało. Zazdroszczę mu tej pewności siebie.
– Zostawię was na chwilę, chłopcy. Luke, zachowuj się. Byle jak, ale się zachowuj. – Kobieta mruga do niego porozumiewawczo, a on w odpowiedzi szczerzy się rozradowany.
Zsuwam się z jej kolan i czuję pustkę. I chłód. Ona chyba to wyczuwa, bo zatrzymuje się w pół kroku, odwraca i spogląda na mnie z czułością:
– Zaraz wrócę, Max. Tylko wykonam jeden telefon.
Nie spuszczam z niej spojrzenia przez cały czas, kiedy prowadzi z kimś żywą dyskusję. Chodzi tam i z powrotem, gestykulując. Przypomina mi lwicę walczącą o swoje lwiątka, jak z tego filmu, który oglądaliśmy w zeszłym tygodniu na zajęciach przyrodniczych.
– Chcesz żelka, zanim zjem wszystkie? – pyta Luke.
Kręcę przecząco głową. Patrzę, jak z apetytem ładuje do ust garść kolorowych misiów. Jest ładnie ubrany. Nie tak jak ja – w za duże ubrania z paczek, które dostajemy cztery razy do roku z fundacji. Ma na sobie białą koszulę, której kołnierzyk zdążył poplamić czekoladą, granatowe spodnie od garnituru i marynarkę. Myślę sobie, że kiedy będę dorosły, chciałbym właśnie tak wyglądać. Mężczyźni w garniturach budzą respekt. Ludzie się z nimi liczą. Mają pieniądze…
Babcia Grace wraca, a wraz z nią w pomieszczeniu pojawia się uśmiechnięta lekarka.
– To właśnie ten młodzieniec, o którym pani wspominałam – tłumaczy.
– Cześć, Max. – Lekarka pochyla się i wyciąga dłoń w moją stronę.
– Dzień dobry – mówię cicho.
– Chciałabym cię zabrać na badania, zgadzasz się?
Żołądek zaciska mi się boleśnie. Spoglądam z przestrachem na panią Grace, ale skinieniem głowy rozwiewa moje obawy. Cały czas mi towarzyszy, także podczas rozmowy z policjantami w takim ładnym kolorowym pokoju. Nadal szukają mamy i taty. Chyba naprawdę jestem zdrowy, bo lekarka z uśmiechem na ustach oświadcza, że nie muszę zostawać w szpitalu. Protestuję, kiedy nie chcą wypuścić Hope. Tłumaczę im, że się nią zajmę, dopóki mama i tata nie wrócą. Ale chyba mi nie wierzą, co bardzo mnie denerwuje, bo przecież umiem się nią opiekować.
– Zawsze sobie radziliśmy! – Tupię ze złością, a lekarka i pani Grace wymieniają zaniepokojone spojrzenia.
– Max. – Starsza pani kuca naprzeciwko mnie. Teraz jest ode mnie sporo niższa, przez co spoglądam na nią z góry. – Wiem, że czujesz się odpowiedzialny za Hope, ale sam jesteś jeszcze dzieckiem. I sam potrzebujesz opieki. Hope zostanie w szpitalu jeszcze przez jakiś czas, a ty zamieszkasz u mnie. Luke potrzebuje towarzystwa kogoś, kto ma dobrze poukładane w głowie. A jak już Hope wyzdrowieje, również u nas zamieszka.
– A mama i tata? – pytam z obawą. Boję się, że usłyszę, że nie wrócą. Albo że umarli. Nie mogę nic poradzić na drżącą brodę i kolejne łzy toczące się po policzkach. Babcia Grace podnosi się i znów mnie przytula, ale nie odpowiada na moje pytanie.
Dopiero po latach dowiedziałem się, że Grace poruszyła niebo i ziemię, by uzyskać prawo do opieki nade mną i Hope, a jednocześnie zapewnić nam kontakt z rodzicami. Ale ja już zawsze czułem wewnętrzną potrzebę opiekowania się tymi, których kochałem. Troszczyłem się o Hope, bo nie ogarniała życia. Dbałem o karierę Luke’a, dla którego poświęciłem swoje studia prawnicze. A teraz okazuje się, że życie przyszykowało dla mnie kolejną niespodziankę.
Obecnie, weekend przed Halloween
Stoję nieopodal mojej matki, która z zawziętością yorka na dopingu rozprawia z panią Chain na temat dzisiejszego kazania proboszcza potępiającego Halloween. Na moje wysuwa argumenty z dupy, podobnie jak te dotyczące Harry’ego Pottera, Hello Kitty czy tatuaży. Na wspomnienie tych ostatnich złośliwy uśmieszek sam pcha mi się na usta.
Gdybyś tylko wiedziała, mamusiu…
To jedyne, co trzyma mnie na powierzchni. Zakazane rzeczy. Inaczej bym zwariowała! Zazdroszczę braciom. Nikt mi nie powie, że chłopacy nie mają lepiej. Gdybym ja stwierdziła, że nie idę dziś do kościoła, stara zrobiłaby taką awanturę, że ze wstydu nie wyściubiłabym nosa z domu przez kolejny miesiąc. Tymczasem Jayson, mój najmłodszy brat, po prostu pewnego dnia oświadczył, że to pierdoli i jak chcą, mogą go tam zanieść. On palcem nie kiwnie. Matka pojojczyła, postraszyła, próbowała szantażu – czyli wszystkiego tego, co po Jayu spływa jak po kaczce – i co? Odpuściła ze słowami: „Będę się za ciebie modlić”. A on jeszcze bezczelnie rzucił jej na odchodne: „Powodzenia”.
Byle do czerwca – mówię w duchu. Z ekscytacji aż mrowi mnie skóra, kiedy pomyślę sobie, że zerwę się ze smyczy i wprowadzę w życie moją SKANDAL-LISTĘ. Cóż, punkt pierwszy od dwóch tygodni mogę uznać za zaliczony.
Zerkam na zegarek, a potem przez ramię na pogrążonych w rozmowie dorosłych. Przewracam oczami. Ile można gadać o tym samym?
Primrose stoi obok matki wraz ze swoim narzeczonym, Clarkiem. Skromna, grzeczna i posłuszna. Ja tam mam idealne słowo podsumowujące wszystkie te trzy określenia: stłamszona. Jej narzeczony wywołuje u mnie odruch wymiotny – to jeszcze większy laluś niż mąż Roxanne. Czuję się jak pajac z włosami związanymi w warkocz, w białej bluzce z kołnierzykiem zapiętej pod szyję i długiej spódnicy, z kieszeni której właśnie wyciągam gumę do żucia. Czubkiem tenisówki grzebię w ziemi, nie mogąc przestać myśleć o siostrze. Nie chcę skończyć jak ona. Wróć! Nie skończę jak ona. Nie ma takiej…
– Rubino! – Krew mnie zalewa, kiedy słyszę swoje pełne imię. Dlaczego wszyscy w naszej rodzinie dostali normalne imiona, tylko ja brzmiące, jakbym wyrwała się z lat dwudziestych ubiegłego stulecia?! I w dodatku ten jej ton: pełen wyższości i nieznoszący sprzeciwu. Nigdy nie zwraca się do nas jak do równych sobie – tylko jakby miała wieczne pretensje, albo jakbyśmy byli w wojsku, a ona wydawała rozkazy.
– Tak? – cedzę, siląc się na uprzejmy ton.
– Chodź tu do nas na momencik.
Obracam się w miejscu, starając się zachować neutralny wyraz twarzy, chociaż Jay zawsze się śmieje, że ja nie muszę się odzywać, bo mam twarz z napisami. I pewnie tym razem udałoby mi się wyglądać łagodnie, gdybym nie dostrzegła stojącego obok pani Chain jej syna, Richarda, w tym swoim charakterystycznym sweterku w romby. Zaciskam dłonie w pięści i powtarzam w myślach, że powinnam być miła. Staję koło matki i rzucam Richardowi wyzywające spojrzenie.
– Znasz Richarda, prawda?
A kto go nie zna? W ostatniej chwili powstrzymuję się od wywrócenia oczami. Zamiast tego posyłam chłopakowi wymuszony uśmiech.
– Tak, znam – odpowiadam.
– Witaj, Rubino. – Chwyta moją dłoń i zanim zdołam ją schować, pochyla się, by ją pocałować. Wargi ma duże i mięsiste, a nad nimi hoduje drobny wąsik. Czy wspominałam, że obrzydzają mnie wąsy? Kiedy mnie puszcza, ukradkiem wycieram dłoń w spódnicę.
– Ruby. Jestem Ruby – poprawiam go.
– O, ale fajnie. Jak klejnot.
Uśmiecham się do niego, bo w istocie zdrobnienie mojego imienia to nazwa kamienia szlachetnego. Nawet tak podpisuję swoje prace i nazwałam konto na Instagramie. Już chcę mu podziękować za komplement, ale wówczas dodaje:
– Mi możesz mówić Dick3.
Dick… Serio?! Moje usta drgają, kiedy staram się powstrzymać śmiech. W życiu nie prosiłabym nikogo, by zwracał się do mnie „dick”. PO-RAŻ-KA!
W sumie to nic do niego nie mam. Jest równie lalusiowaty jak jego stary, nawet sylwetki mają identyczne: okrągłe brzuchy i wydatne pośladki. Nie oceniam ludzi po wyglądzie, sama jestem posiadaczką wielkiego tyłka i szerokich bioder. I o ile u kobiety obecnie uważane jest to za atut, u mężczyzny już niekoniecznie.
– Zaprosiłam państwa Chain i ich syna na dzisiejszą popołudniową herbatkę.
Przygryzam wnętrze policzka, bo o mały włos z moich ust nie wydostaje się bezczelne: „no i?”. Zamiast tego rzucam od niechcenia:
– Okej?
I w tym momencie dociera do mnie, że dwa lata temu miała miejsce podobna sytuacja. Popołudniowa herbatka, na którą wpadł Clark z rodzicami. Odnoszę wrażenie, że tracę dech, a moje serce przyspiesza. Robię wielkie oczy, dając asekuracyjny krok wstecz.
– To cudownie. Widzimy się koło szesnastej. W końcu nasze dzieci będą miały okazję poznać się lepiej. – Pani Chain próbuje dotknąć mojego ramienia, ale znów się cofam. Przez jej twarz przemyka grymas zaskoczenia, ale nic nie mówi. Przykleja tylko sztuczny uśmiech, po czym odchodzą. A ja tkwię sparaliżowana niedowierzaniem, które pulsuje coraz mocniej w mojej głowie, powoli zmieniając się w irytację.
– Czego tak stoisz, Rubino, trzeba obrać ziemniaki do obiadu! – Matka upomina mnie oschle.
Prim posyła mi pełne współczucia spojrzenie, po czym trzymając ramię Clarka, udaje się z nim do samochodu. Tak. Ten typ co niedzielę przejeżdża kawał drogi, żeby, jak przystało na przykładne narzeczeństwo, pokazać się razem z moją siostrą na niedzielnej mszy. A potem grzecznie wraca do mamusi. Porażka. Na moje Prim mogłaby znaleźć sobie dużo ciekawszego chłopaka. Mimo że jest ode mnie starsza, wygląda jak moja młodsza siostra. Ma delikatne, dziewczęce rysy twarzy i figurę modelki. Ja i Roxanne zostałyśmy obdarowane bardziej obfitymi kształtami. Nie mam nadwagi, ale nie oszukujmy się – o płaskim brzuchu mogę tylko pomarzyć.
W drodze powrotnej korzystam z tego, że rodzice pogrążeni są w rozmowie, i wyjmuję telefon. By ochłonąć, postanawiam sprawdzić, czy mój ulubiony streetartowy artysta MRuK dodał jakąś nową pracę. Bardzo podobają mi się jego graffiti, zwłaszcza że działa nielegalnie – a taki rodzaj anarchii to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Na Instagramie okrzyknięto go drugim Banksym4, bo nikt nie wie, jak wygląda. Jedyne, co wiadomo, to że pochodzi z Kalifornii, a jego prace pojawiają się znienacka w różnych częściach San Francisco. Bardzo lubię jego graffiti przedstawiające dwie wyblakłe gwiazdy. Jest bardzo wymowne i czuję, że wiąże się z jakimiś osobistymi przeżyciami. Niestety, na profilu MRuKa nadal nie pojawiło się nic nowego. Przeglądam jeszcze swoje konto. Dostałam kilka pochlebnych komentarzy pod moim ostatnim projektem diablicy, który zdobi obecnie bak motocykla Vicky Keller, córki prezydenta Klubu Motocyklowego HellRiders. Jak na zawołanie telefon wibruje mi w dłoni, a nadawcą wiadomości jest właśnie ona. Uśmiecham się do siebie. Lubię ją. Jest chyba moją najbliższą koleżanką. W sumie jedyną. Jestem raczej typem outsiderki. Dobrze czuję się we własnym towarzystwie.
Vick: Hej, Ruby. Mam dla ciebie nowe zlecenie. Na maila wrzuciłam ci inspo. Dasz radę do środy zrobić projekt? Kolesiowi się spieszy.
Otwieram skrzynkę mailową. Do wiadomości dołączono informację, że klient jest trenerem sztuk walki, nazywa się Tyler Gerson, ale wszyscy wołają na niego Tiger. Potrzebuje chwytliwej nazwy dla swojej szkoły i jakiegoś ciekawego rysunku na drzwi samochodu. W mojej głowie od razu pojawia się wizja. Sprawdzam grafik na najbliższy tydzień. W poniedziałek i wtorek pomagam popołudniami przy April – mojej niepełnosprawnej bratanicy – zatem musiałabym widzieć auto we wtorek.
Ja: Niech podstawi samochód we wtorek. Przyjadę po lekcjach.
Cieszę się. Każde dodatkowe zlecenie to dla mnie ekstra kasa. Będę potrzebowała jej sporo, jeśli chcę wcielić w życie moją SKANDAL-LISTĘ. Już nawet nie przeszkadza mi obieranie ziemniaków dla ośmiu osób. Nienawidzę gotować. W zasadzie nie znoszę wszystkich obowiązków domowych, które stricte przypisuje się kobietom. Jakby to była jakaś ujma na honorze, że mężczyzna musi umyć podłogę.
Pierwsi na obiedzie zjawiają się bracia Szach Mat. Zatwardziali kawalerowie, których matka próbuje wyswatać przy każdej nadarzającej się okazji, odnosząc dzięki temu zupełnie odwrotny skutek. Sam na pewno prowadzi bujne życie towarzyskie. Znalazłam jego profil na Tinderze. Miłością trzeciego z moich braci, Raya, jest straż pożarna – zresztą do domu przyjeżdża tylko na święta. Jay… cóż, najmłodszy z Knoxów ma w szkole bardzo duże powodzenie u płci przeciwnej, więc nie stanowi atrakcyjnego obiektu dla matek mających takie ortodoksyjne poglądy jak Królowa Hipokryzji. Jude… on ma teraz inne rzeczy do ogarnięcia, raczej nie w głowie mu romanse, kiedy April wymaga tak wielkiej opieki. Tylko Roxanne i Primrose uległy namowom matki.
Przez kuchenne okno widzę podjeżdżającego vana Jude’a. Rzucam wszystko i wybiegam mu na spotkanie. Jude mnie nie widzi, bo skupiony jest na tym, by dobrze zapiąć April w wózku, ale małej wystarczyła sekunda, by mnie rozpoznać. Powietrze przeszywa jej pełen radości pisk. Dopiero wówczas Jude ogląda się przez ramię i posyła mi szeroki uśmiech.
– Cześć, R.
– Cześć, braciszku. – Cmokam go w pokryty kilkudniowym zarostem policzek. Widzę, że jest zmęczony. Cienie pod oczami są dzisiaj bardziej wyraźne.
– Kiepska noc? – pytam, pochylając się nad dziewczynką i całując ją w czółko.
Znów piszczy radośnie, a z kącika ust spływa jej strużka śliny. Wyciągam chusteczkę z kieszeni i wycieram wilgoć, po czym odgarniam zbłąkany lok z jej czoła. April wygląda jak mały aniołek z tymi intensywnie niebieskimi oczami i blond sprężynkami otaczającymi jej główkę. Rączki ma ułożone pod kątem i mocno napięte – efekt porażenia czterokończynowego, z jakim się zmaga.
– Spałem dwie godziny – odpowiada Jude, zamykając auto. – Znów odzywał się ten pieprzony refluks i się krztusiła.
– Po obiedzie wezmę ją na spacer, a ty się zdrzemniesz w moim pokoju.
Patrzy na mnie z wdzięcznością, po czym ucieka spojrzeniem. Wiem, że bardzo chciałby, żeby to nasza mama poszła choć raz z wnuczką na spacer albo chociaż pokazała w stosunku do niej coś więcej niż chłodną obojętność, ale wątpię, czy kiedykolwiek się to stanie. Według niej April jest karą za seks przedmałżeński Jude’a. Podobnie jak śmierć Amelie.
Przy stole siadam tak, żeby wózek April znajdował się pomiędzy mną a Judem. Oczy dziewczynki błyszczą z zadowolenia i nieustannie słychać jej radosny pisk, kiedy bracia Szach Mat wraz z Jaysonem na zmianę wygłupiają się nad jej wózkiem.
– Och, dalibyście już spokój. Ile wy macie lat! – obrusza się matka, na co nie potrafię utrzymać języka za zębami i cedzę:
– A ty mogłabyś w końcu zacząć się zachowywać, jak przystało na babcię, a nie Królową Lodu!
– Idź do kuchni, Ruby. Nie będziesz dziś jeść z nami przy jednym stole, jeśli nie umiesz mi okazać należytego szacunku.
W pierwszym odruchu posyłam jej kpiący uśmieszek, ale potem dociera do mnie, że April zostanie tutaj. Za późno jednak na zmianę decyzji, a nie zamierzam przepraszać.
– Nie zasłużyłaś – wtrąca Sam zasadniczym tonem.
– A co to ma niby znaczyć? – oburza się matka.
– To, że szacunek nie należy się z urzędu, tylko zyskujesz go w oczach innych.
– Czcij ojca swego i matkę swoją! – podkreśla.
– Dajcie spokój – wtrącam się, by przerwać kłótnię. – Szkoda strzępić sobie język.
Zabieram talerz i posyłam jeszcze ciepły uśmiech w stronę April. Już mam wyjść, kiedy z jej ust dobiega mnie cichutkie:
– Ma-ma…
Zamieram, a wzruszenie ściska mi pierś. April od jakiegoś czasu dość intensywnie gaworzy. Mimo swojej niepełnosprawności intelektualnie rozwija się na poziomie podobnym do rówieśników. Zawsze jednak reagowała na mnie piskiem lub śmiechem. Nigdy słowami. A już to, że nazwała mnie…
– Ma-ma… – powtarza.
– Och… jeszcze czego. Weź coś zrób, Jude! Przecież to dziecko nie może nazywać Ruby swoją matką!
To dziecko. Ona. Nigdy nie „April”.
– Bo?! – odzywamy się całą piątką jak jeden mąż.
Ojciec unosi głowę znad talerz i wodzi po nas wzrokiem. Pantoflarz. Nigdy nie staje po naszej stronie. Matka jest wyraźnie zbita z pantałyku. Przez moment milczy i obrzuca spojrzeniem nas wszystkich, po czym szturcha ojca i rzuca:
– Weź coś powiedz!
Z gardeł mojego i Jaya wydostają się drwiące parsknięcia, bo tata spogląda na nią, nie za bardzo rozumiejąc, co niby miałby mówić.
– Ruby spędza z April tyle czasu, że wcale się nie dziwię, że jest dla niej jak mama – wtrąca Jude. Czułość w jego głosie sprawia, że znów targa mną fala wzruszenia.
– Jeszcze ktoś pomyśli… – matka zniża głos, pochylając się nad stołem – …że to… no… wasze dziecko!
– Mamo, naprawdę – wtrąca się Sam. – Ludzi to gówno obchodzi. Poza tym jeśli…
– Już wystarczająco musiałam świecić oczami, kiedy dopuścił się cudzołóstwa.
– Jezu, mamo… poważnie? – do dyskusji włącza się Mat. – Przecież miał dwadzieścia sześć lat, kiedy…
– Grzech jest grzechem. Bez względu na wiek!
Kręcę z niedowierzaniem głową i wychodzę. Nie chcę tego słuchać, bo za chwilę powiem za dużo, co z pewnością będzie skutkowało szlabanem. A ja nie mogę sobie pozwolić na to, żeby nie pojawić się w HellGears. Z jadalni jeszcze przez dobry kwadrans dociera do mnie ostra wymiana zdań, ale potem wszystko milknie. Z kuchennego okna obserwuję ruch na Cobby Creak. W niedzielne popołudnie jest jeszcze mniejszy niż zwykle. Grupka dzieciaków z piłką do kosza biegnie w kierunku szkolnego boiska po przeciwnej stronie ulicy. Mój obiad leży nietknięty na talerzu, a ja zaczynam się zastanawiać, gdzie będę za kilka lat. Nie chcę skończyć jak moje siostry. Nie wyobrażam sobie być przykładną żoną jakiegoś Richarda czy innego Henry’ego i co niedziela jeździć na przykładne obiadki raz do jednych, raz do drugich rodziców – tak jak obecnie Roxanne i Primrose. Dziś są u Smashów, potem przyjadą tutaj na podwieczorek. Wyciągam z kieszeni telefon i przebiegam wzrokiem po SKANDAL-LIŚCIE zapisanej w notatkach. Zaczęłam ją tworzyć w swoje szesnaste urodziny i od tej pory cały czas modyfikuję. To ma być dziesięć punktów, które będę realizować od dnia moich osiemnastych urodzin. Wszystko to, co matka uważałaby za haniebne oraz niegodne dobrze prowadzącej się dziewczyny na wydaniu. Dobrze, że nie ma pojęcia, gdzie pracuję. Że w ogóle pracuję. To, że Jude płaci mi za opiekę nad April, też trzymamy w tajemnicy, chociaż akurat od niego nie chciałam brać pieniędzy. Kocham tę dziewczynkę, mimo iż sama nie chcę mieć dzieci. Boję się, że pewnego dnia stanę się dla nich taką matką jak moja własna dla mnie. Poza tym żaden facet nie wytrzyma z kobietą, która chce być niezależna i samodzielna. Nie oszukujmy się, nawet ci najidealniejsi nadal gdzieś tam w środku pielęgnują ten męski gen jaskiniowca i w którymś momencie dojdzie do jego uaktywnienia. A ja nie dam się podporządkować. Bo robię to nieustannie, przez niemal ostatnie osiemnaście lat.
3 Dick – oficjalnie zdrobnienie od imienia Richard, ale w angielskim slangowym „dick” to bardzo powszechne określenie na kutasa, a czasem także na dupka bądź kretyna.
4 Banksy – jeden z najbardziej tajemniczych i prowokacyjnych artystów współczesnych; jest znany z wyjątkowych dzieł sztuki ulicznej, które często zawierają silne przesłania społeczne i polityczne.
Po obiedzie zabieram April na spacer. Jude ledwo trzyma się na nogach, ale nadal upiera się, że może mi towarzyszyć. Zapewniam go, że nic złego nie robi, pozwalając sobie na drzemkę, zwłaszcza po ciężkiej nocy. Targające nim wyrzuty sumienia goszczą w jego spojrzeniu, kiedy po raz ostatni zerka na mnie przez ramię, wspinając się na piętro, by przespać się w moim pokoju. Zapewniam, że obudzę go za godzinę. Nie musi wiedzieć, że nie zamierzam tego robić, dopóki nie zajdzie taka konieczność. Nie znam drugiego takiego ojca, który poświęciłby tyle dla własnego dziecka.
– Żebyś mi wróciła po piętnastej. Trzeba nakryć do stołu i musisz się odpowiednio ubrać! – słyszę za plecami, kiedy z Jayem znosimy wózek z April.
– A co jest nie tak z jej strojem? – Jay omiata mnie wzrokiem od stóp do głów.
– Nie wtrącaj się!
– Właśnie, Jay – mruczę pod nosem. – Nie wtrącaj się, bo jeszcze wytrącisz jej z ręki argument z dupy.
– Olej ją – rzuca brat. – Wyglądasz świetnie.
Uśmiecham się do niego. Dobrze wiem, co jest nie tak z moimi ciuchami. Bojówki, T-shirt i koszula związana pod biustem to nie jest strój dobrze prowadzącej się dziewczyny.
– Rubino!
– Co?! – warczę, sztyletując matkę spojrzeniem. Zaciskam dłonie na rączce wózka.
– Nie odzywaj się tak do mnie! Piętnasta piętnaście i ani sekundy później. Inaczej popołudnia w przyszłym tygodniu spędzisz w swoim pokoju.
Strach ściska mi żołądek, a mimo to cedzę opryskliwie:
– Dobrze, będę na czas!
– Spoko, wymienię cię – pociesza mnie Jay, kiedy matka znika w domu. – Widziałem, jak wygląda Jude. A ja chętnie pospaceruję z młodą, co nie, April? – Nachyla się nad nią. – Wujek pokaże ci swój zajebisty motocykl i pójdziemy poderwać jakieś laski na dzielni.
Wybucham śmiechem, a dziewczynka piszczy w odpowiedzi. Mój brat całuje ją w czoło, po czym spogląda na mnie i mówi:
– Nie pozwól jej zrobić ze sobą tego, co zrobiła z Rox i Prim. Wiesz, że jak trzeba, będę cię krył.
Wyciąga w moją stronę pięść. Zbijam z nim żółwika. Przez moment chcę mu powiedzieć o moim planie, ale się powstrzymuję. To jeszcze nie czas.
Spaceruję wzdłuż Cobby Creek w kierunku Siddiq’s. To takie nasze miejsce – moje i April, gdzie zawsze chodzimy na lody. Dziś jest naprawdę ładna pogoda, a słońce przyjemnie ogrzewa nasze twarze, więc ten dwudziestominutowy spacer w kierunku lodziarni zapowiada się naprawdę przyjemnie. Wybieram stronę ulicy porośniętą drzewami, żeby słońce nie raziło April w oczy. Opowiadam jej o moim tygodniu oraz o tym, że dostałam fajne zlecenie w HellGears. Nie wiem, czy półtoraroczne dziecko cokolwiek z tego rozumie, ale z pewnością lubi, kiedy do niej mówię. Co jakiś czasu upewniam się, że nie ślini się zbyt mocno. Nie spieszę się. Chwilami przystaję, pokazując dziewczynce pojawiające się gdzieniegdzie halloweenowe dekoracje – coś, czego zawsze zazdrościłam innym dzieciakom.
– Jak już będziesz większa, przebierzemy się za Monster High i będziemy razem zbierać cukierki, co ty na to, April?
W odpowiedzi gaworzy i wpatruje się we mnie swoimi mądrymi oczkami. Całuję ją w czółko i ruszamy dalej. W Siddiq’s kupuję jej lody o smaku gumy balonowej, a sobie wiśniowe. Karmię ją łyżeczką, bo nie jest w stanie utrzymać wafelka. Kątem oka obserwuję pełnosprawne dzieci brudzące sobie lodami buzie i paluszki. Robi mi się przykro na myśl, że April nigdy tego nie doświadczy. Umysłowo rozwija się na poziomie rówieśników, więc któregoś dnia zauważy własną wyjątkowość i pewnie zacznie zadawać pytania. Wielokrotnie rozmawiałam o tym z Judem. Ta wizja spędza mu sen z powiek. Myślę sobie, że świat jest cholernie niesprawiedliwy, a w takich momentach nachodzi mnie refleksja, czy w istocie Bóg istnieje. A jeśli tak, to powinien sprawdzić w słowniku znaczenie słowa „miłosierny”, skoro zrzuca taki ogrom cierpienia na małe, niewinne istotki. Mimo że April nie jest moją córką, też się obawiam, jak będą wyglądały jej nastoletnie lata. Czy będzie mieć przyjaciół? Dzieciaki są okropne, rzadko kiedy dopuszczają do swoich kręgów rówieśników z niepełnosprawnościami. Mimo licznych kampanii społecznych takie osoby w większości przypadków borykają się z wykluczeniem społecznym. Dobrze wiem, co mówię. Nie jestem niepełnosprawna, a i tak dla szkolnej społeczności pewnie mogłabym nie istnieć.
Kiedyś było inaczej. Z nostalgią wspominam pierwsze osiem lat edukacji. Podstawówkę miałam praktycznie po drugiej stronie ulicy. Zawsze trzymałam się z boku, ale nauczyciele bardzo dbali o integrację, więc chcąc nie chcąc uczestniczyłam w życiu szkoły. A przede wszystkim mogłam być sobą. Nikt nie czepiał się tego, że wolałam samochody od lalek i trzymałam się z chłopakami.
Problem pojawi się w dziewiątej klasie. Zmieniłam szkołę i zrobiłam najgorszą towarzysko rzecz: nie próbowałam się dopasować ani podlizać szkolnej elicie. Nie biegałam za sportowcami, robiąc maślane oczy i licząc na to, że któryś z nich zacznie do mnie zarywać. Nie nosiłam krótkich spódniczek i nie płaszczyłam się przed cheerleaderkami, by przyjęły mnie do swojej paczki. I – co najgorsze – miałam zupełnie inne zainteresowania niż wszystkie dziewczyny. Albo tylko ja ich nie ukrywałam. Zamiast stać się częścią drużyny cheerleaderek, zapisać się na fakultety z kosmetologii czy gotowania, wybrałam mechanikę, stolarstwo oraz plastykę. Kocham wszystkie odmiany streetartu, a moim guru oprócz Banksy’ego stał się drugi tajemniczy artysta, działający w San Francisco i podpisujący się jako MRuK. Obiecałam sobie, że kiedyś zobaczę ich prace na żywo. Wspomnienie kalifornijskiego artysty wywołuje we mnie nagłą potrzebę, by jeszcze raz zerknąć na jego profil.
Podaję April ostatnią porcję loda i otwieram Instagram. Nic nowego się nie pojawiło.
– To co, królewno? Wracamy na podwieczorek? – pytam.
April piszczy zadowolona, po czym teatralnie ziewa.
– Coś mi się wydaje, że ktoś tu się zdrzemnie po drodze – dodaję z rozbawieniem.
– Och, to urocze, jak pani dba o córeczkę – za plecami rozbrzmiewa obcy głos.
Zerkam przez ramię na siedzącą przy stoliku kobietę w średnim wieku. Trzyma filiżankę w dłoni i uśmiecha się sztucznie.
– To moja bratanica… – zaczynam, by sprostować, ale wówczas ona dodaje:
– Szkoda tylko, że zmarnuje sobie pani przez to młodość. W takich wypadkach powinno się od razu usuwać.
Frustracja wybucha we mnie z siłą tajfunu.
– Szkoda to jest, jak skunks zadomowi się w ogródku – odpowiadam ostro. – Żałuję, że za pani czasów aborcja była nielegalna.
Przez kawiarnię przebiega pomruk dezaprobaty i oburzenia moimi słowami. Norma. Kiedy ktoś starszy powie coś niemiłego, jest mu to z automatu wybaczane. Młodzi mają odnosić się z kulturą. Wszędzie to samo. Przyszłam tu odpocząć, tymczasem jest gorzej niż w domu!
– Co to ma znaczyć?! – Kobieta dopiero po chwili odzyskuje głos.
– Gówno! Mądremu tłumaczyć nie trzeba!
Wstaję i wyprowadzam wózek z lokalu. Wzrok pozostałych klientów pali mnie w plecy. Czasem żałuję, że nie potrafię powstrzymać się od ciętej riposty, ale ludzie bywają podli. Łzy cisną mi się do oczu, bo April ma dopiero półtora roku, a już trafia na takie pozbawione empatii kretynki. Targana frustracją postanawiam wydłużyć sobie drogę do domu. Wysiłek fizyczny zawsze pomaga mi oczyścić głowę i uspokoić nerwy. April zasypia, więc tym bardziej nie muszę się spieszyć. Zakrywam jej rączki kocem, żeby nie było jej zimno. Niby jest szesnaście stopni, ale w podmuchach wiatru można już wyczuć zbliżającą się zimę. Nagle telefon schowany w tylnej kieszeni spodni wibruje. Kiedy widzę, że dzwoni matka, niechętnie, ale odbieram.
– Gdzie ty się podziewasz?! Wszyscy czekają! – warczy, nie dając mi dojść do słowa.
– Już…
– Masz pięć minut albo zapomnij o wyjściach z domu przez najbliższy tydzień!
Rozłącza się, a ja czuję zalewającą mnie falę paraliżującego strachu. Nie może mi dać szlabanu. Bardzo zależy mi na tym zleceniu od Vick. Zerkam na zegarek. Jest przed piętnastą, więc zmieściłam się w wyznaczonym czasie. Lęk znów skręca mi żołądek tak mocno, że aż muszę przystanąć.
Spokojnie, Ruby… Biorę kilka głębokich wdechów i ból mija. Prostuję się. Dzięki Bogu jestem już przecznicę od domu, więc przyspieszam kroku.
© Copyright by Paulina Jurga, 2026
© Copyright by Wydawnictwo JakBook, 2026
Wydanie I
ISBN: 978-83-68535-28-0
Redakcja: Beata Kostrzewska
Korekta: Marta Jakubowska (Słowa na warsztat)
Skład: Monika Pirogowicz
Okładka: Maciej Sysio
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Fotografia na okładce:
Zdjęcie wygenerowane przez OpenAI
Wydawnictwo JakBook
ul. Lipowa 61, 55-020 Mnichowice
www.wydawnictwojakbook.pl
