Pucked Valentines - Ewelina Nawara - ebook

Pucked Valentines ebook

Nawara Ewelina

0,0

Opis

Dla Ruby Preston nowa praca w dziale PR drużyny NHL ma być bezpiecznym początkiem – stabilnym, przewidywalnym i pozbawionym komplikacji. Najważniejsze jest szczęście jej córki Hope. To wokół niej kobieta zbudowała całe swoje życie i to przez nią nie może pozwolić sobie na błędy.

Jackson Hayes to gwiazda lodowiska. Pewny siebie, przystojny i utalentowany. Typ mężczyzny, jakiego Ruby powinna unikać. Zwłaszcza że Jackson nie jest dla niej kimś obcym. To chłopak, w którym kiedyś była zakochana, a który wtedy jej nie zauważał. Teraz jednak nie potrafi oderwać od niej wzroku.

Wspólna praca sprawia, że dawne emocje wracają, a granica między tym, co zawodowe, a tym, co prywatne, zaczyna się zacierać. Szczególnie gdy dodamy do tej historii kilkuletnią dziewczynkę z jej malunkami serduszek i dziecięcą szczerością, która potrafi roztopić serce nawet najtwardszego hokeisty.

W świecie profesjonalnego sportu każde uczucie ma swoją cenę. A niektóre decyzje wpływają nie tylko na dwoje dorosłych.

„Pucked Valentines” to ciepły, pełen emocji romans sportowy o drugich szansach, niedokończonych historiach i miłości, która czasem zaczyna się od najmniejszego gestu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 136

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pucked Valentines

Ewelina Nawara

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Ruby

Jackson

Ruby

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Lista stron

Strona 1

Strona 2

Strona 3

Strona 4

Strona 5

Strona 6

Strona 7

Strona 8

Strona 9

Strona 10

Ruby

Budzik zadzwonił o szóstej trzydzieści, ale ja i tak nie spałam już od dobrej godziny. Zawsze, gdy czekało mnie coś ważnego, budziłam się przed czasem i leżąc w ciszy, przerabiałam w głowie wszystkie możliwe scenariusze. Hope wpakowała mi się do łóżka w środku nocy, zabrała całą kołdrę i z zadziwiającą siłą wcisnęła wszystkie cztery kończyny pod moje żebra.

– Mamo? – Przeciągnęła się. – To dzisiaj?

– Tak, skarbie – potwierdziłam cicho, głaszcząc ją po włosach. – Dzisiaj idziesz do przedszkola, bo mama zaczyna nową pracę.

Hope uniosła głowę i spojrzała na mnie dużymi, zielonymi oczami, tak podobnymi do moich.

– W tej drużynie hojekowej? – zapytała z poważną miną.

– Hokejowej – poprawiłam ją. – Będę pracować z zawodnikami i zajmować się tym, co ludzie o nich przeczytają i jakie ich zdjęcia zobaczą – wyjaśniłam jej po raz kolejny.

– Czyli będziesz im robić zdjęcia?

– Czasami tak. – Uśmiechnęłam się. – Ale głównie zamierzam pilnować, aby dobrze wypadali w oczach kibiców.

Hope przez chwilę milczała, a potem westchnęła.

– To ja ci pomogę. Umiesz dobrze rysować serduszka? Bo ja umiem. A wszyscy lubią serduszka, więc polubią i tych hojekistów.

Roześmiałam się i pocałowałam ją w czoło.

– Serduszka zostawię tobie, moja artystko. A teraz pora się szykować.

Zadziwiające, że tego poranka wszystko poszło według planu. Śniadanie, mycie zębów, ubieranie się i czesanie włosów. Zero problemów. Małe zimowe cuda, prawda? Śnieg leżał jeszcze na poboczach ulic, ubity i brudny po kilku dniach odśnieżania, a powietrze miało ten charakterystyczny szczypiący w policzki chłód styczniowego poranka w Detroit. Gdy wchodziłam z Hope do przedszkola, pożałowałam, że wybrałam śliczny płaszczyk zamiast ulubionej ciepłej kurtki.

– Mamo, pamiętaj, żeby się po mnie nie spóźnić – przypomniała mi tonem, jakby to ona była rodzicem, a ja dzieckiem.

– Obiecuję, że będę na czas – odpowiedziałam i uściskałam ją na pożegnanie.

Hope pocałowała mnie szybko w policzek, a potem pobiegła do swojej grupy. W progu sali jeszcze się odwróciła i mi pomachała. Stałam przez chwilę i patrzyłam, jak wita się z nowymi koleżankami. W takich momentach serce zawsze mi się ściskało, bo ona była całym moim światem, a jej świat z dnia na dzień się powiększał. Od kilku dni chodziła do przedszkola, początkowo na godzinę, później dwie, aż w końcu na niemal cały dzień. Bałam się, że będzie płakać, przeżywać naszą rozłąkę, jednak moja córka po raz kolejny mnie zaskoczyła. Przedszkole jej się spodobało, w końcu nie spędzała czasu jedynie ze mną. Westchnęłam ciężko i ostatni raz zerknęłam na Hope.

Musiałam wziąć się w garść, bo dzisiaj wchodziłam w zupełnie inne środowisko. Środowisko Detroit Falcons.

Arena hokejowa wyglądała imponująco, chociaż dziś był zwykły dzień – bez meczu i kolejek kibiców. Pracownicy w puchowych kurtkach, dostawcy, kilku zawodników niosących torby sportowe. Zrobiłam sobie mentalną przemowę podnoszącą na duchu i weszłam do środka.

– Ruby Preston? – zapytała z uśmiechem recepcjonistka.

– Tak – potwierdziłam, zachodząc w głowę, jak mnie poznała.

– Świetnie, Brooke Cross już na panią czeka. – Podała mi identyfikator, który natychmiast zawiesiłam na szyi. – Proszę iść korytarzem w prawo, potem winda na drugie piętro.

Brooke Cross. Szefowa działu PR Falcons. Już po rozmowie telefonicznej wiedziałam, że to kobieta, która doskonale zna się na swojej pracy i nie powinno się jej lekceważyć. W dodatku zatrudniła mnie niemal od razu, za co byłam jej niesamowicie wdzięczna. Potrzebowałam normalnej pracy, wyjścia do ludzi.

Drzwi windy się rozsunęły, a ja trafiłam do przestronnego biura, w którym stało kilka biurek, a na ścianach wisiały tablice i plakaty z drużyną. Pośrodku stała Brooke, wysoka, smukła, piękna i w idealnie skrojonym garniturze. Była moją idolką, choć nie zamierzałam jej tego mówić, by się nie ośmieszyć.

– Ruby! – zawołała na powitanie. – Dobrze, że jesteś.

– Dziękuję, że mogę do was dołączyć. – Uśmiechnęłam się i próbowałam nie pokazać po sobie zdenerwowania.

Obok niej stała kobieta, jak założyłam, Lisa, z którą miałam już kontakt mailowy.

– To Lisa, moja prawa ręka. – Brooke potwierdziła moje przypuszczenia. – Wprowadzi cię w szczegóły. Na początek zaczniecie od poznania bandy, której ogarnianie stanie się twoją codziennością. Uprzedzam, że często będziesz się czuła jak matka zgrai nastoletnich chłopców – dodała z uśmiechem.

Lisa poprowadziła mnie do windy, a później korytarzami, które starałam się zapamiętać. Szatnia Falconsów pachniała mieszanką potu, gumy do żucia i świeżego lodu. Drzwi ledwo się za nami zamknęły, a już uderzył mnie chaos: zawodnicy śmiali się, żartowali, szafki trzaskały, w tle leciała muzyka.

– Panowie! – zawołała Lisa i od razu zapanował spokój. – To jest Ruby, nasza nowa specjalistka od PR-u. Będziecie z nią współpracować, więc się zachowujcie i traktujcie ją miło, żeby nam za szybko nie uciekła.

Kilku chłopaków kiwnęło głowami, ktoś pomachał, a jeden z nich rzucił:

– O, nowa pani od wizerunku. To chyba się przyda, bo Ethan znowu wrzucił zdjęcie w samych bokserkach.

– Ale dostałem dużo lajków! – oburzył się Ethan Cole, ciemnoskóry napastnik, którego uśmiech był tak szeroki, że aż zaraźliwy. – Lajki to też wizerunek.

Reszta wybuchnęła śmiechem. Lisa przewróciła oczami. A ja z trudem powstrzymałam się przed zachichotaniem.

– To Ethan, nasz żartowniś – powiedziała mi na ucho. – Jeszcze się przyzwyczaisz.

– Cenię sobie dobry humor – odszepnęłam kobiecie, natomiast głośniej dodałam: – A zdjęcia w bokserkach są lepsze od tych nagich. Ale i tak nad tobą popracuję.

Ethan mrugnął do mnie w odpowiedzi, na co pokręciłam głową. Moje spojrzenie powędrowało dalej. Zobaczyłam Marcusa Reeda, potężnego obrońcę, który z telefonem w dłoni siedział spokojnie, ale uważnie obserwował, co się dzieje w szatni. Obok niego Tyler Ward, najmłodszy z chłopaków w drużynie, poprawiał nerwowo ochraniacze i co chwila zerkał na starszych kolegów.

I wreszcie… on.

Jackson Hayes.

Stał oparty o szafkę tylko w spodniach od stroju, z rozwichrzonymi włosami i tym cholernym uśmiechem, który pamiętałam z czasów liceum. Kapitan naszej licealnej drużyny hokejowej. Najpopularniejszy facet w szkole. Chłopak, o którym kiedyś śniłam po nocach.

A teraz patrzył na mnie.

– Ruby? – Jego głos przebił się przez gwar. – Ruby Preston?

Serce mi zamarło, ale na twarz natychmiast przywołałam maskę.

– Tak – odpowiedziałam chłodno. – Dzień dobry.

– Nie wierzę – zaśmiał się, kręcąc głową. – Minęło tyle lat… Nie wiedziałem, że przeprowadziłaś się do Detroit. Nic się nie zmieniłaś.

W duchu prychnęłam na jego słowa. Nie miał pojęcia, jak bardzo się zmieniłam, jak wiele rzeczy w moim życiu uległo zmianie.

– Ty za to trochę urosłeś – wypaliłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Ale podobno ciągle sprawiasz problemy.

Zawodnicy parsknęli śmiechem, a Jackson uniósł brew i posłał mi spojrzenie zdolne rozpalić tę część mnie, która się w nim kiedyś podkochiwała.

– Hayes – wtrącił ktoś z tyłu. – Nie podrywaj pani od PR-u.

Od razu zerknęłam, kto przyszedł mi z pomocą, i dostrzegłam Chase’a Bishopa, obrońcę Falconsów. Sarkastyczny ton jego wypowiedzi wskazywał, że lubił wbijać takie szpileczki, więc uznałam, że trzeba będzie na niego uważać. Obok stał Aiden Hayes, bramkarz, kuzyn Jacksona. Kojarzyłam go, ale nie znaliśmy się, więc o nim powinnam się czegoś więcej dowiedzieć.

– Spokojnie, Chase, nie podrywam – odparł Jackson, ale jego uśmiech mówił coś zupełnie innego.

Do szatni weszła Brooke i gwar momentalnie ucichł. Miała ten dar, że wystarczyło jedno spojrzenie, a cała drużyna zachowywała się jak dzieciaki na dywaniku u dyrektorki.

– Liczę, że poznaliście już Ruby. Za dziesięć minut powinniście być na lodzie. Trener czeka – powiedziała krótko, po czym we trzy wyszłyśmy na korytarz.

Trener Victor Kane stał już przy bandzie, kiedy wkroczyłyśmy na halę. Był przystojnym, wysokim mężczyzną, a siwizna przy skroniach tylko dodawała mu uroku. Nawet w dresie wyglądał jak ktoś, kto mógłby zawstydzić połowę modeli z okładek magazynów.

– Kto to? – zapytał, wskazując na mnie.

– Ruby Preston – przedstawiłam się. – Dołączyłam do działu PR.

Mężczyzna skinął głową i wrócił do obserwowania graczy, którzy jeden za drugim wyjeżdżali na lód. Po chwili wokół słychać było tylko krzyki, polecenia trenera, stukot łyżew, huk krążka o bandę – wszystko brzmiało jak inny język, którego miałam się dopiero nauczyć.

Stałam z notesem i robiłam notatki tylko po to, żeby ukryć drżenie dłoni. Co chwila mój wzrok wracał do Jacksona. Zdawał się szybki, pewny siebie, jakby to lodowisko było jego naturalnym środowiskiem. Kiedy strzelił gola, drużyna wiwatowała, a on uniósł ręce w geście zwycięstwa.

Z przerażeniem przyjęłam fakt, że mnie pamiętał.

Nie powinien, w końcu nie zwracał na mnie uwagi.

Ale jego spojrzenie sprawiło, że znowu poczułam się jak nastolatka. W moim świecie nie było jednak na coś takiego miejsca. Wypuściłam nerwowo oddech i wzięłam się w garść. Musiałam się sporo nauczyć i dopilnować, by drużyna zbierała jak najlepsze opinie.

Jackson

Rzadko coś potrafiło wybić mnie z rytmu. Na lodzie czułem się jak u siebie, w szatni też nic nie sprawiało mi trudności, nawet wtedy, gdy przeszedłem z LA Panthers do Falconsów. Kibice, kamery czy te pieprzone konferencje prasowe… Nauczyłem się, jak to wszystko ogarniać. Ale kiedy w drzwiach stanęła Ruby Preston, w jednej sekundzie uleciała ze mnie cała pewność siebie.

Ruby Preston.

Dziewczyna, o której kiedyś marzyłem. W liceum była jak z innej planety… zawsze poukładana, z nosem w książkach. Cicha, spokojna, niedostępna. A ja? Chłopak od hokeja, kumpel połowy szkoły, tylko dla niej… byłem nikim. Nie narzekałem wtedy na zainteresowanie płci przeciwnej, ale wtedy nie miałem odwagi, by do niej podejść, zagadać, zaprosić na randkę.

A teraz? Weszła do naszej szatni z pewnością kogoś, do kogo należy cały świat. Ruby Preston zdawała się zupełnie inną osobą. Dorosłą, zdecydowaną, ze spojrzeniem, co mogło w jedną chwilę usadzić każdego. I z ciałem, od którego nie potrafiłem oderwać wzroku. Kurwa, nawet nie chciałem tego robić, bo ta kobieta była przepiękna.

– Ruby? – wyrwało mi się, zanim zdążyłem się powstrzymać. – Ruby Preston?

Spojrzała na mnie w sposób, który sprawił, że poczułem się znowu jak gówniarz z liceum. A potem rzuciła, że „urosłem, ale podobno ciągle sprawiam problemy”. Drużyna ryknęła śmiechem, a ja nie wiedziałem, jak zareagować. Cieszyłem się, że mnie pamiętała, ale cholera… wolałbym zrobić lepsze wrażenie.

– Hayes, nie podrywaj pani od PR-u – rzucił Chase Bishop, oczywiście ironicznie.

– Spadaj, Bishop – odburknąłem, choć z trudem ukryłem uśmiech.

Bo prawda była taka, że Ruby Preston jednym spojrzeniem rozwaliła mój spokój bardziej niż niejedna bójka na lodzie. I cholernie mnie to martwiło, bo miałem dość problemów z laskami. Ostatnie plotki o moim romansie z córką trenera LA Panthers… Nie zamierzałem ponownie przechodzić czegoś podobnego. Zatem pojawienie się Ruby uznałem za utrudnienie, z którym będę musiał sobie jakoś poradzić.

Na lodzie nie potrafiłem się skupić. Normalnie trening to dla mnie świętość, coś, co krążyło mi w żyłach, instynkt, rytm, który doskonale znałem, chwila, kiedy całą uwagę poświęcałem jednemu – doskonałej grze. A dzisiaj? Co chwila łapałem się na tym, że zerkam w stronę, gdzie przy bandzie stała Ruby z notesem i uważnie się nam przyglądała. Chciałem wiedzieć, co tam zapisywała, co pisała o mnie…

– Hayes, do cholery, bierz się do roboty! – wrzasnął trener Kane, kiedy się zagapiłem i nie przyjąłem podania, przez co straciłem szansę na strzał na bramkę. – To NHL, nie pieprzone przedszkole!

Cała drużyna ryknęła śmiechem, a ja tylko pokręciłem głową, wkurwiony na własne rozkojarzenie.

– Może Ruby powinna wyjść, bo Hayes nie umie grać przy takiej pięknej publiczności – dorzucił Ethan, ale już tak cicho, by trener go nie usłyszał.

– Ty się lepiej martw, żebyś znowu nie było dramy, gdy dodasz na Insta zdjęcie w gaciach – odwarknąłem, bo nie miałem teraz ochoty na żarty.

Marcus Reed, nasz kapitan, tylko westchnął ciężko i klepnął mnie kijem po ramieniu, gdy ustawialiśmy się do kolejnego wznowienia.

– Skup się, Hayes. Niech cię nie rozproszy panna stojąca przy bandzie – mruknął. – Masz grać swoje, a nie myśleć, co ona sądzi o naszym treningu.

Łatwo powiedzieć. Trudniej zrobić. Przez resztę treningu grałem beznadziejnie i nawet nie próbowałem okłamywać sam siebie, że jest inaczej. Dałem dupy.

W szatni od razu rozlał się typowy chaos, muzyka, śmiechy, rzucanie ręcznikami. Ethan jak zwykle robił show. Chase natomiast prowokował i zaczepiał, i tylko czekałem, aż dowali się do mnie. A Tyler, nasz świeżak, patrzył na wszystko jak szczeniaczek, który jeszcze nie wie, w co się pakował. Ja siedziałem z ręcznikiem na karku i udawałem, że mnie tu nie ma.

– Hayes, co to było dzisiaj? – odezwał się Chase, oparty o szafkę naprzeciwko mnie. – Zgubiłeś krążek, nie przyjąłeś podania… Co dalej? Trafisz do własnej bramki czy sfaulujesz Aidena?

– Zdarza się – odparłem spokojnie. – A bramkarza się nie tyka, więc nie szukaj problemu tam, gdzie go nie ma – dorzuciłem już ostrzej.

Nie miałem ochoty na jego mądrości. Chase Bishop był tym, który najgorzej przyjął mój transfer do Falconsów, i choć w końcu się zakumplowaliśmy, czasami się zastanawiałem, czy z jego strony jest to szczere.

– Zdarza się świeżakom, nie tobie – próbował mnie docisnąć.

– Może Hayes miał ważniejsze sprawy na głowie – wtrącił Ethan i uśmiechnął się szeroko. – Jak na przykład piękną panią od PR-u.

Śmiech przetoczył się przez szatnię. Tyler prawie zakrztusił się napojem.

– Serio, znasz ją? – spytał, a oczy błyszczały mu z podekscytowania.

Nawet nie miałem serca zwrócić mu uwagi na to, że przecież odezwałem się do niej po nazwisku, a ona nawiązała do naszej przeszłości.

– Chodziliśmy razem do szkoły – przyznałem.

– I co, coś między wami było? – wtrącił Aiden, mój kuzyn, zawsze wpychający nos w nie swoje sprawy.

Po raz kolejny ucieszyłem się, że dorastaliśmy w innych miastach i nie wiedział o mnie wszystkiego.

– Nie – zaprzeczyłem szybko. – Nie moja liga.

– Ha! – Chase aż klasnął. – Teraz to twoja liga. Pracujecie w tym samym klubie!

Znowu rozbrzmiały śmiechy, tym razem jeszcze głośniejsze. Wtedy Marcus, który zawsze trzymał fason, uniósł brew i rzucił:

– Skupcie się lepiej na jutrzejszym meczu. Ruby musi robić swoje, a wy swoje. Zwłaszcza ty, Hayes, nie ma teraz miejsca na rozproszenia.

To był koniec tematu. Kapitan zawsze wiedział, kiedy zakończyć żartowanie czy dogryzanie. Ulżyło mi, że nie musiałem się dłużej tłumaczyć, bo nie miałem pojęcia, co mógłbym im powiedzieć.

Pod prysznicem nie potrafiłem się rozluźnić. Woda spływała mi po karku, a ja wciąż widziałem przed oczami jej twarz. Te zielone oczy, które pamiętałem z liceum, patrzące teraz z taką pewnością, jakiej wtedy z pewnością nie miała. Wspomnienia wracały same – szkolny korytarz, przypadkowe spojrzenia, to, jak Ruby zbiera książki z podłogi, gdy ktoś ją szturchnął, to, jak mija mnie tyle razy, a ja próbuję się uśmiechnąć, podczas gdy ona nigdy nie zatrzymała na mnie wzroku na dłużej niż sekundę.

Ale dzisiaj naprawdę na mnie patrzyła. I byłem ciekawy, co o mnie pomyślała, czy w jej umyśle też panował taki bałagan? Nie… na pewno nie, bo Ruby Preston nie zawracała sobie głowy sportowcami.

– Hayes, wyglądasz, jakbyś się zakochał w kafelkach – prychnął Ethan spod prysznica obok.

– Zamknij się – odburknąłem, ale zaraz parsknąłem śmiechem, bo cóż… to było śmieszne.

Kiedy wyszedłem z hali, Detroit szybko mi przypomniało, że mamy styczeń. Śnieg skrzypiał pod butami, gdy przemierzałem parking w drodze do swojego samochodu. Zarzuciłem kaptur na głowę i szybko odpaliłem silnik.

Ruby Preston wróciła do mojego życia. A mnie ogarnęło przeczucie, że to dopiero początek problemów…

Ruby

Stałam z notesem w dłoni, choć prawdę mówiąc, zapisywałam w nim zdecydowanie mniej, niż powinnam. Trening Falconsów był jak kontrolowany chaos – huk łyżew, krzyk trenera, zawodnicy uderzający w bandę. Siła i adrenalina w czystej postaci.

Na początku próbowałam się skupić na pracy. Notowałam, kto reaguje impulsywnie, kto jest urodzonym liderem, kto najwięcej żartuje. Ale moje spojrzenie ciągle wracało do jednej osoby.

Jacksona Hayesa.

Jako napastnik był szybki, agresywny w grze, jakby stworzony do tego, żeby znajdować się w centrum uwagi. Na lodzie wyglądał, jakby nic nie stanowiło dla niego problemu – podanie, strzał, uniesienie kija w geście triumfu. Kibice go za to uwielbiali i wcale się im nie dziwiłam, skoro tak dobrze wypadał na zwykłym treningu.

A ja? Ja próbowałam sobie wmówić, że nie robi na mnie wrażenia. Że to tylko praca. Że nastoletnie zauroczenie leżało zagrzebane razem ze starymi zeszytami i plakatami w szafce. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego sylwetkę, na ten znajomy uśmiech, żeby tamta Ruby, ta cicha i zakochana w kapitanie drużyny hokejowej, znowu się we mnie odezwała.

– Jak pierwsze wrażenia? – usłyszałam za plecami.

Lisa pojawiła się obok zupełnie bezszelestnie, przez co trochę mnie wystraszyła.

– Myślę, że oni są faktycznie jak… banda dzieciaków – odpowiedziałam szczerze. – Tylko że z drogim sprzętem i milionami na kontach.

Kobieta parsknęła śmiechem.

– Trafiłaś w punkt. Ale to banda dzieciaków, którą kochają tysiące ludzi. A twoim zadaniem jest, by przyciągnąć do drużyny jeszcze więcej fanów.

Kane znowu wrzasnął na chłopaków na lodzie:

– Hayes, szybciej, znów przegapiłeś okazję! Bishop, skup się, nie pajacuj! Reed, świetnie, jeszcze raz!

Spojrzałam na Marcusa Reeda, kapitana Falconsów. Solidny, opanowany, wyglądał jak ostoja całej drużyny. Idealny kontrast dla niektórych jego kolegów.

Ale moje oczy i tak wciąż odnajdywały Jacksona.

Po treningu wróciłyśmy z Lisą do biura. Zdjęłam płaszcz i usiadłam przy komputerze. Po chłodzie hali wreszcie poczułam przyjemne ciepło. Otworzyłam plik z listą zawodników i zaczęłam analizować ich profile w mediach społecznościowych.

Na pierwszy ogień poszedł Ethan Cole. Cały jego Instagram krzyczał: „jestem zabawny, pewny siebie, uwielbiam się”. Selfie, filmiki, głupie żarty. Dobry do pokazania jako dusza towarzystwa, ale też sporo do poprawy, żeby nie przyciągał negatywnej uwagi. I zdecydowanie powinien usunąć niektóre z komentarzy pod swoimi zdjęciami.

U Marcusa Reeda królowały foteczki rodzinne. Grill w ogródku, dzieci na huśtawce, ujęcie jego uśmiechniętej żony. A to wszystko przeplatane zdjęciami z meczów, trybuny pełne fanów. Idealny ojciec. Idealny kapitan. Kibice kochali takie obrazki.

Chase Bishop okazał się trudnym orzechem do zgryzienia. Starsze publikacje były w zupełnie innym stylu, teraz wrzucał zdjęcia związane z hokejem i nieliczne fotki z jego dziewczyną, ale nie pokazywał jej twarzy.

Mój wzrok zatrzymał się chwilę dłużej na profilu Aidena Hayesa. Bramkarz, kuzyn Jacksona. Zdjęcia z meczów, kilka z przyjaciółmi, mocno rzucało się w oczy, że usunął z konta dużą część publikacji. Wiedziałam, że miał za sobą przykre rozstanie, ale generalnie biła od niego pozytywna energia, wydawał się też mniej tajemniczy niż jego kuzyn.

I wreszcie… Jackson.

Kliknęłam jego profil i serce od razu przyspieszyło, choć nie chciałam się do tego przyznać. Większość zdjęć ukazywała lodowisko, treningi, ujęcia z meczów, miał też kilka zdjęć z profesjonalnych sesji ze współpracy z markami czy zdjęcie z kalendarza charytatywnego. W komentarzach dominowały zachwyty fanek i sporo ofert… powiedzmy, że matrymonialnych. Publikował niewiele prywatnych zdjęć, nic, co mogłoby mi podpowiedzieć, jak wyglądało teraz jego prywatne życie.

Zatrzymałam się na fotografii, na której Jackson patrzył prosto w kamerę, z tym samym uśmiechem, tak niegdyś wypatrywanym przeze mnie na korytarzach liceum. To uderzyło mnie bardziej, niż byłam gotowa przyznać.

Nie mogłam uwierzyć, że mnie zapamiętał.

W liceum byłam dla niego niewidzialna. Dziewczyna w dużych i według mnie uroczych sweterkach, taka, która siedziała cicho i zawsze miała odrobione zadania. Nie byłam cheerleaderką, nie chodziłam na imprezy, nie należałam do jego świata. A jednak teraz… mnie rozpoznał. I nie udawał, bo widziałam szczerą reakcję, nie mógł wiedzieć wcześniej, że to właśnie ja zostałam zatrudniona.

– Coś ciekawego? – Lisa zaglądnęła mi przez ramię i wyrwała mnie z zamyślenia.

Powstrzymałam odruch zamknięcia karty, by schować zdjęcia Jacksona.

– Analizuję, jak prezentują się w mediach społecznościowych – odparłam spokojnie, ale serce biło mi tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z piersi.

– I jakie masz wnioski?

– Że potrzebują równowagi. Mniej pozowania, więcej autentyczności. Chcę pokazać ludziom, że to nie zawodnicy, ale przede wszystkim zwyczajni faceci, którzy mają swoje życia, pasje, marzenia. Profil Marcusa jest chyba najbardziej przyjazny, nie znalazłam tam też hejterskich komentarzy czy propozycji od zdesperowanych kobiet. Takiego przekazu powinniśmy wymagać od wszystkich naszych chłopaków.

Lisa zadowolona uniosła brwi.

– Powiedz to Brooke. Lubi konkrety, a to, co właśnie mi przekazałaś, na pewno jej się spodoba.

Po południu odebrałam Hope z przedszkola. Już z daleka widziałam, jak biega z dziećmi, z policzkami czerwonymi od zabawy na zimnym podwórku.

– Mamo! – przybiegła, gdy tylko mnie zauważyła. – Namalowałam dziś wielkie serduszko, będziesz mogła je wziąć do pracy, żeby pokazać tym, tym… No jak oni się nazywają? Chcesz zobaczyć?

Uklękłam, żeby ją przytulić.

– Oczywiście, że chcę. A tobie chodziło o hokeistów, prawda?

– Taaak! Mówiłam kolegom, że pracujesz z hojekistami!

Wyszłyśmy z przedszkola, a całą drogę do domu córka trajkotała o tym, co robiła przez cały dzień. Słuchałam jej, trzymając za małą rączkę, i czułam, jak z każdą chwilą się uspokajam.

Ale gdy wieczorem położyłam się do łóżka, przed oczami znów stanął mi Jackson. Jego uśmiech, jego głos, jego spojrzenie, gdy rozpoznał mnie podczas prezentacji w szatni.

Nie chciałam tego. Nie powinnam pragnąć jego spojrzenia, uśmiechu… uwagi.

Ale jednak pragnęłam.

Pomimo wszystkich potencjalnych przeszkód, pomimo upływu lat Jackson Hayes wciąż sprawiał, że moje serce biło szybciej.

I to przerażało mnie najbardziej.

Copyright

Pucked Valentines

Copyright © Ewelina Nawara

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

ebook ISBN 978-83-7995-909-9

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Joanna Błakita

Korekta: Anna Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl