Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
982 osoby interesują się tą książką
Eliza Mitchell pamiętała swoje dzieciństwo jak przez mgłę, ale pojawiające się coraz częściej sny sprawiły, że wszystkie elementy układanki zaczęły wskakiwać na właściwe miejsca. Dziewczyna zrozumiała, że w Stanach Zjednoczonych czeka na nią coś więcej niż grób matki, której nie zdążyła poznać.
Jej ojciec, płatny zabójca, nie przyjął najlepiej informacji, że córka pragnie wrócić do USA, aby kontynuować dzieło mamy i przejąć rodzinną firmę. I mimo zmiany tożsamości całej rodziny nadal się obawiał, że ktoś mógłby próbować dokonać zemsty, dlatego proponuje dziewczynie umowę.
Eliza ma wyjść za mąż i przyjąć nowe nazwisko, by znaleźć się pod ochroną. Godzi się na to, lecz nie podejrzewa, że jej przyszły mąż a zarazem przyjaciel z dzieciństwa, nie jest już chłopcem znanym jej sprzed lat.
Samuel Ritz nie miał pojęcia, że jego przyjaciółka żyje. Jej śmierć złamała mu serce. A teraz dziewczyna planuje wrócić i odebrać mu to, na co pracował latami.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 482
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Joanna Chwistek
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Karina Przybylik, Kamila Grotowska, Aleksandra Płotka
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-501-8 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Od autorki
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
Epilog
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Każdemu, kto musiał zmierzyć się z bolesną stratą.Dla nas także pewnego dnia wyjrzy słońce.
A kiedy mnie już nie będzie
to nic się przecież nie zmieni
spadnie śnieg albo deszcz
i liść pożółknie w jesieni
A gdyby to była wiosna
ulepi gniazdo jaskółka
wilga zaśpiewa „so fi ja”
zakuka na szczęście kukułka
Kwiaty też będą pachniały
I trawa się zazieleni
Bo kiedy mnie już nie będzie
To nic się przecież nie zmieni
Bronisława Fastowiec, A kiedy mnie już nie będzie
Aby w pełni zrozumieć tę historię, decyzje bohaterów oraz wiele innych rzeczy, należy przeczytać Zlecenie, gdyż Umowa jest jego spin-offem.
Książka nie została przeznaczona dla wrażliwych odbiorców i może wywoływać silne emocje. Weź to pod uwagę, Drogi Czytelniku, zanim sięgniesz po tę powieść.
Przyjemnej lektury, ściskam mocno
Joanna Chwistek
Eliza
– Powiedz mi, co mogę zrobić, abyś zmieniła zdanie. – Zdesperowany szept trafił prosto do moich uszu, a słyszalne w nim cierpienie sprawiło, że coś zakuło mnie w klatce piersiowej.
Przysięgam, że ostatnie, czego chciałam, to ranić swoją rodzinę. Nie potrafiłam jednak już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku, bo działo się to kosztem moich pragnień, marzeń i potrzeb.
– Podjęłam już decyzję – odezwałam się zdławionym głosem, opuszczając głowę. – Przepraszam.
– Zrobię wszystko, aby cię powstrzymać – zapewnił z mocą oraz desperacją ojciec.
Siedzieliśmy w jego gabinecie znajdującym się na tyłach domu, gdzie kilkanaście minut temu weszliśmy i zamknęliśmy za sobą drzwi. Tego typu rozmowy trwały już od kilku tygodni, lecz dopiero dzisiaj William Mitchell przekonał się, że nic nie wskóra, że nie jest w stanie zmienić mojej już podjętej decyzji.
– Muszę znaleźć swoje miejsce – oświadczyłam, wreszcie zdobywając się na odwagę, by unieść wzrok.
Siedzący przede mną mężczyzna nie wyglądał ani trochę na swoje lata, chociaż jego skronie już dawno przyprószyła siwizna, a zmarszczki pojawiły się w okolicach oczu, dodając twarzy surowości. Lecz sylwetkę miał niezmiennie nienaganną, korzystał z siłowni regularnie, jakby od tego zależało jego życie. I kilka tygodni temu przekonałam się o tym, że tak w istocie było. Sprawność fizyczna, którą starał się utrzymać, wynikała z wyższego celu, o czym dowiedziałam się, kiedy postanowiłam wywrócić wszystko do góry nogami. Nie potrafiłam go jednak obwiniać ani osądzać za to, że kiedyś prowadził zupełnie inne życie.
– Tu jest twoje miejsce – skwitował.
– Już nie. I oboje doskonale o tym wiemy.
Nie urodziłam się w Perth, tak jak moi bracia, a Isabella to nie moja matka. I to nie tak, że odkryłam to teraz, chodziło o coś innego. Od pewnego czasu moje sny, przeczucia i jakaś dziwna siła ciągnęły mnie na inny kontynent w przekonaniu, że właśnie tam czeka mnie coś dobrego. Niestety, ojciec tego nie rozumiał, kierowany strachem i obawami długo się opierał, aby pozwolić mi na wyjazd. A przecież mając prawie dwadzieścia cztery lata, wcale takiej zgody nie potrzebowałam.
– Rzuciłem wszystko, aby zapewnić wam bezpieczeństwo, zmieniłem nazwisko, tożsamość i zainteresowania – wyliczał, patrząc mi z napięciem w oczy. – Nie chcę, byś ryzykowała, wracając do Stanów.
– Minęło dwadzieścia lat – zauważyłam. – Twoi wrogowie albo nie żyją, albo już dawno o tobie zapomnieli. Zresztą, sfingowałeś naszą śmierć – przypomniałam.
Tego, oraz wielu innych rzeczy o przeszłości mojego ojca, dowiedziałam się podczas rozmowy, którą odbyliśmy jakiś czas temu, kiedy pierwszy raz wspomniałam, że chciałabym polecieć do ojczyzny rodziców. Tata uznał najwidoczniej, że prawda mnie powstrzyma. Nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił.
– Chryste, jesteś taka do niej podobna…
Wiedziałam doskonale, o kim mówił.
Mama… Nie miałam szansy nawet jej poznać, bo została zamordowana, kiedy była ze mną w ciąży. Cudem ocalałam dzięki temu, że wyciągnięto mnie z jej brzucha w ostatniej chwili.
Jak przez mgłę pamiętałam swoje życie w Ameryce, ojciec i Isabella bardzo się starali, abym zapomniała tamten okres, nie wszystko jednak udało się wymazać z pamięci. Pozostały w niej postacie, a pojedyncze sceny przeskakiwały w mojej głowie klatka po klatce, przywołując wspomnienia. Przez lata nie miałam nawet pewności, czy ktoś taki jak ciocia Ivette naprawdę istniał, a nie wiedzieć czemu, nie potrafiłam się zdobyć na odwagę, by o nią zapytać, chociaż ojca i macochę mogłam pytać dosłownie o wszystko.
Mimo tego, że Isabella mnie nie urodziła, to nawet przez sekundę nie odczułam, że traktuje mnie inaczej niż swoich biologicznych synów, Bena i Patricka. I chociaż mówiłam do niej po imieniu, to stała się dla mnie niczym matka. Włożyła całe serce w moje wychowanie, a teraz zapewne wypłakiwała oczy, że chciałam ich opuścić.
– Bardzo ci zazdroszczę, że mogłeś ją poznać – odezwałam się po chwili. – Ja nie dostałam takiej możliwości, pozbawiono mnie jej, zanim się urodziłam. Odnoszę wrażenie, że jeśli tam wrócę, zdołam ją poczuć, zrozumieć…
Ojciec wielokrotnie wspominał mamę, opowiadał mi o niej tak często, jak tylko tego potrzebowałam, a w mojej pamięci powstał obraz kobiety niezłomnej, nieustraszonej, pewnej siebie i władczej, ale jednocześnie troskliwej i kochającej.
Miałam niebieskie oczy i jasne włosy, zupełnie jak ona, lecz rysy twarzy z biegiem lat się wyostrzyły i teraz nie potrafiłam określić, do którego z rodziców stałam się podobna. Ojciec trzymał zdjęcie mamy w jednym z sejfów znajdujących się pod podłogą w piwnicy i pokazywał mi je jedynie wtedy, kiedy bardzo o to prosiłam. I chociaż Isabella naprawdę się starała, to ja tęskniłam za kimś, kogo nawet nie dostałam szansy poznać…
Od samego początku naszego pobytu w Perth wiedziałam, że powinnam trzymać buzię na kłódkę i na większość pytań, na które mnie nie przygotowano, odpowiadać „nie wiem” lub „nie pamiętam”. W ustach zaaferowanej czterolatki nie wydawało się to niczym dziwnym. W końcu wszystko się uspokoiło i po kilku tygodniach dopasowałam się do nowej rzeczywistości, a sąsiedzi i rówieśnicy nie traktowali nas już jak nowo przybyłych, lecz stałych mieszkańców.
Z upływem czasu zaczęłam zadawać coraz więcej pytań, a ojciec odpowiadał mi na nie całkiem szczerze, chociaż pominął kilka naprawdę istotnych szczegółów.
Kiedy miałam osiemnaście lat, dowiedziałam się, że ciocia Ivette, wuj Adam oraz Joel naprawdę istnieli. Jeśli chodziło o Samuela, ta pewność zawsze tkwiła gdzieś głęboko we mnie i wiedziałam, że mój przyjaciel nie mógł okazać się wytworem wyobraźni. Kilka tygodni temu ojciec podzielił się ze mną wszystkimi szczegółami ze swojego dawnego życia, zapewne sądząc, że zrezygnuję z planów, gdy poznam całą prawdę. Nie miał wtedy pojęcia, jak bardzo się mylił.
Teraz tym bardziej poczułam potrzebę, aby wrócić do kraju i odebrać to, co należało mi się po mamie. Elenę Scott. Zajmował się nią teraz Sam, ciemnowłosy chłopiec, z którym spędzałam dosłownie każdą minutę swojego dzieciństwa.
Jedna scena szczególnie zapadła mi w pamięć. Jako czterolatka bardzo często zostawałam pod opieką ciotki i zazwyczaj bawił się z nami także Joel.
Sam bujał mnie na huśtawce, podczas gdy zapłakany Joel od dłuższego czasu tkwił w ramionach swojej matki. Zapamiętałam go właśnie jako chłopca, który nie potrafił się bez niej obejść, chociaż akurat w tej sytuacji szukał pocieszenia po tym, jak rozbił kolano.
Ten widok mnie bolał. Kiedy patrzyłam na to, jak wtulał się w kobiece ramiona, ja pragnęłam tego samego, co miał on.
Sam jakby rozumiał, że trudno mi się na to patrzy, więc podczas moich pobytów w ich domu ograniczał interakcje z Ivette. Na każdym kroku czułam płynące od niego wsparcie.
Ojciec dawał mi dosłownie wszystko, otaczał mnie nieustannie miłością i nigdy nie wątpiłam w to, że jestem dla niego najważniejsza. Natomiast nie okazywał mi aż tak wiele uczuć, nie przytulał tyle, ile potrzebowałam, i nie był tak miękki, delikatny, emocjonalny… Wtedy nie potrafiłam jeszcze tego nazwać, ale już doskonale wiedziałam, że brakuje mi matczynej troski.
„Chciałabym mieć się do kogo przytulić za każdym razem, kiedy rozbiję kolano”, zupełnie bezwiednie wypowiedziałam wtedy te słowa.
Teraz uważałam je za absurdalne i niesprawiedliwe, ale w tamtym momencie naprawdę tęskniłam za czymś, czego nawet nie dane mi było doświadczyć, chociaż ojciec robił, co w jego mocy, abym była szczęśliwa.
– Zawsze możesz przytulić się do mnie – zaproponował Sam, patrząc na mnie z poważną miną. Jego duże, ciemne oczy wyglądały wprost nienaturalnie na dziecięcej twarzy. – Przytulę cię za każdym razem, kiedy się rozpłaczesz.
I tydzień później, kiedy spadłam z huśtawki i skaleczyłam łokieć, dotrzymał słowa. Zanim jeszcze Ivette znalazła się obok, Sam przytulił mnie mocno.
Teraz wiedziałam już, że mój ojciec zabijał ludzi za grube pieniądze oraz należał do przestępczego świata, w którym nadal pozostawał jego przyjaciel. Miałam świadomość, w jakich okolicznościach poznał moją matkę i jak się w niej zakochał.
Czy czułam się zaskoczona?
Ogromnie. W końcu nawet w snach nie podejrzewałabym, że informatyk, wzorowy mąż i ojciec miał tak skomplikowaną i brudną przeszłość. Czy go potępiałam? Tak, nie podobało mi się, że zabijał, był przecież moją najbliższą osobą na świecie i kochałam go bezgranicznie. Starałam się nie myśleć o jego wadach. Ostatecznie się nawrócił, prawda?
– Kupię ci firmę kosmetyczną, Eliza, lub cokolwiek zechcesz – rzucił, poruszając się niespokojnie. – Uważam, że pomimo upływu lat nie jest dla ciebie bezpiecznie w Los Angeles, kontynuuj dziedzictwo matki, ale tutaj, na swoich warunkach, pod inną nazwą.
– Dobrze wiesz, że nie mogę – odparłam spokojnie.
Wierzyłam w przeznaczenie i intuicję, a ta w ostatnich miesiącach mocno dawała mi się we znaki. Od bardzo dawna nie spałam dobrze. Śniłam o dziwnych rzeczach, słuchałam wołań matki i oglądałam przeróżne obrazy, które bardzo często wydawały mi się jawą. Kiedy zaczęłam wyszukiwać informacje w internecie, odkryłam, że należy do mnie kosmetyczne imperium. Czułam, że powinno wrócić w prawowite ręce i wcale nie chodziło tu o pieniądze, ale o coś znacznie ważniejszego. O dziedzictwo i miejsce, któremu Nina Scott oddała całe swoje serce, a ja pragnęłam kontynuować jej misję, aby chociaż częściowo móc znaleźć się bliżej niej…
– Rozumiem, że na próżno próbuję cię przekonać…
Bolało mnie serce, kiedy widziałam, z jaką determinacją ojciec usiłował odwieść mnie od tego pomysłu. Od kilku tygodni nie trafiały do mnie żadne jego argumenty i widziałam w jego oczach, że mimo wszystko rozumiał tę moją potrzebę. Chyba nawet liczył się z tym, że kiedyś ten dzień nadejdzie…
– To przeznaczenie, tato. Nie powstrzymasz go.
Wierzyłam, że nasz los został gdzieś tam zapisany i bez względu na to, co robiliśmy, i tak wszystko sprowadzało się do jednego. Nie istniała możliwość, aby uciec od tego, co nam pisane, bo prędzej czy później to i tak dopadnie każdego z nas. Miałam pewność, że na drugim końcu świata znajdę sens swojego istnienia i tam dopełni się mój los.
Ojciec przymknął oczy, a ja prawie zmiękłam na widok bólu malującego się na jego twarzy. Nie chciałam nigdy, aby on i Isabella cierpieli przez moje wybory, ale wyglądało na to, że to nieuniknione.
– Straciłem już twoją matkę i, do diabła, nie mogę stracić także ciebie!
Pochyliłam się i położyłam dłoń na ręku ojca w pocieszającym geście.
– Nie stracisz mnie – obiecałam uroczyście, a następnie dodałam, aby nadać słowom większą moc: – Przysięgam.
Chociaż od śmierci mamy minęły już dwadzieścia cztery lata, to w przypadku tej miłości czas niczego nie zmienił. On nadal kochał kobietę, której ciało zostało złożone w grobie kilka dni po moich narodzinach. I chociaż odnalazł kolejny raz szczęście i miłość u boku Isabelli, to jednak wszyscy mieliśmy świadomość, że kawał jego serca nadal należał do Niny Scott.
Nie miałam pojęcia, jakim cudem żona Williama wytrzymywała tę presję, te wspomnienia, pozostawanie drugą kobietą w życiu kogoś, kogo kochała całym sercem… On także darzył ją miłością, gdyby jednak Nina żyła, nie byliby razem…
Nie potrafiłabym się dzielić, a rywalizowanie ze zmarłą sprowadzałoby tę relację na zupełnie inny poziom dramatyzmu. A może to ja byłam bardzo zachłanna…
Ojciec wielokrotnie podkreślał wszystkie różnice między obiema kobietami, zastąpienie sobie mamy inną nie wchodziło w grę, ponieważ Isabella okazała się jej zupełnym przeciwieństwem. Gołym okiem dostrzegałam ich uczucia, nadal jednak ciągle myślałam o tym, jak trudno musiało być mojej macosze…
Przysięgam, że ona okazała się najmniej egoistyczną osobą na świecie, dobrą i ciepłą, która dała mojemu ojcu mnóstwo szczęścia. I mnie także.
– Liczyłem, że się rozmyślisz… – Mężczyzna odchrząknął, posyłając mi twarde spojrzenie, takie, przed którym kulili się najtwardsi, a zwłaszcza ojcowie zawodników, przeciwko którym grała drużyna mojego brata Bena. – Wiesz, że mam swoje warunki, prawda?
Uniosłam brew, zerkając na niego, zaskoczona.
– Warunki?
Powoli skinął głową.
Wiedziałam, że czekała mnie trudna przeprawa i nawet się temu nie dziwiłam. Starałam się postawić na miejscu tego człowieka. To on mnie wychował i zrezygnował dla mnie ze wszystkiego, co znał i kochał. Nie miałam pojęcia, jak zareagowałabym na wieść, że moje dziecko pragnie wracać do miejsca, gdzie mogło mu coś grozić.
Bolesna stała się myśl, że mój kontakt z rodziną zostanie poważnie ograniczony. Nie mogłam narażać ich na niebezpieczeństwo, bo ono mimo wszystko istniało.
Zdawałam sobie sprawę także z faktu, że jeśli postanowię ułożyć sobie życie w Los Angeles, zostanę zmuszona, aby zrezygnować z rodziny. Nie mogłam w żaden sposób ściągać na nich uwagi. O ile mnie nikt nie rozpozna, bo w niczym nie przypominałam już tamtej czteroletniej dziewczynki, a oprócz włosów nie miałam w sobie nic z Niny Scott, tak ojciec i macocha mogli zostać rozpoznani przy odrobinie wysiłku…
– Tak, warunki – potwierdził. – Tylko jeśli się na nie zgodzisz, pozwolę ci wyjechać z kraju. Dowiedziałaś się już, kim byłem. Zapewniam cię, że przez te lata nie straciłem dawnych umiejętności. Zatrzymam cię tu siłą, jeśli nie zgodzisz się na współpracę.
Od kilku lat żyłam na własny rachunek, mieszkałam sama, dbałam o siebie, niczego mi nie brakowało i myślałam, że ojciec nigdy nie postawi sprawy na ostrzu noża, tak jak w tej chwili.
Uniosłam buntowniczo podbródek, dostrzegając, jak cień satysfakcji przemknął po twarzy teraz już mojego przeciwnika.
Jesteś taka sama, jak Nina…
Oczywiście, byłam nieodrodną córką swojej matki, a przynajmniej się starałam, oraz dumą ojca, ale w tej sprawie musiałam ustąpić, aby go nie ranić. Nie chciałam, żeby zamartwiał się na śmierć, kiedy ja znajdę się w Stanach.
– Chętnie poznam twoje warunki, tato.
Samuel
Obrazy przeskakiwały mi przez głowę, klatka po klatce, niczym film klasy B, a ja nie potrafiłem tego zatrzymać. Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z tyloma emocjami jednocześnie i chyba pierwszy raz w życiu czułem tak silną nienawiść do rodziców, że miałem ochotę patrzeć, jak zapadają się pod ziemię, znikają.
Skóra na karku zaczęła mnie niemal parzyć, sprawiając dyskomfort, co zaczęło wywoływać coraz większą irytację.
– Odezwij się w końcu – poprosiła matka, zerkając niespokojnie w moją stronę.
– Nie mam nic do powiedzenia – skłamałem gładko, bo litania, jaką w tej chwili bym tu puścił, doprowadziłaby do wojny domowej, a tego nie chciałem.
Ojciec powierzył mi ten sekret w zaufaniu, nie miałem prawa zdradzić go nikomu, nawet bratu, i sam nie bardzo wiedziałem, jak sobie z tym wszystkim poradzić, jak przyswoić tę wiedzę, w której posiadanie właśnie wszedłem.
– Wyrzuć to z siebie, no dalej – zachęcił tata.
Pokręciłem głową, aby rozluźnić mięśnie karku i pozbyć się napięcia sprawiającego, że całe ciało miałem zesztywniałe.
Adam Ritz siedział za biurkiem, ze splecionymi na blacie dłońmi i wzrokiem jednocześnie przywołującym do porządku i proszącym o przebaczenie.
Po moim, kurwa, trupie.
– Musieliśmy to zrobić, nie istniało inne wyjście, synku… – wydusiła siedząca obok matka.
– Zapewniliście mi dziecięcą traumę, którą noszę w sobie do dziś – warknąłem w przypływie irytacji. – I nie mam pojęcia, z jakiego powodu powiedzieliście mi o jej istnieniu akurat teraz.
Jako dzieciak byłem szczęśliwy, miałem kochających rodziców i przybranego brata, adoptowanego po tym, jak został sierotą. Tak się składało, że jego matka przyjaźniła się z moją, więc nie trafił do całkiem obcego domu, znaliśmy się od pieluch, a Joel szybko zaakceptował nową sytuację.
Jego pojawienie się na stałe w naszym domu wiązało się jednak ze zniknięciem Eleny, jasnowłosej dziewczynki, której twarz doskonale pamiętałem pomimo upływu lat. Ja i ona staliśmy się nierozłączni, odkąd zaczęliśmy chodzić. Ivette ją uwielbiała, a mała często stawała się gościem w naszym domu. Nasze rodzicielki połączyła szczególna więź, którą moja wspominała do tej pory i nie mogła przeboleć straty najlepszej przyjaciółki. Podobnie jak ja nie potrafiłem sobie poradzić z własną żałobą. A teraz, po prawie dwudziestu przeklętych latach, okazało się, że to blef, kłamstwo wymyślone na potrzeby wspaniałego planu, w który nigdy nie zostałem wtajemniczony.
Elena wcale nie zginęła w wybuchu razem z ojcem i kobietą, która uratowała ją z rąk porywaczy.
– Zrobiliśmy to, co konieczne – skwitował ojciec, sprawiając, że zazgrzytałem zębami, próbując się opanować.
– Nie neguję tego – odparłem po chwili, uciszając emocje szalejące w głowie. – A jak oboje czuliście się z tym, że przez długie miesiące cierpiałem po jej śmierci, a ostatnio zaniosłem świeże kwiaty na jej pieprzony grób, co? Kiedy dorosłem, nie znaleźliście już lepszej okazji, żeby mi powiedzieć, że ona żyje?
– Tylko ja i mama zostaliśmy wtajemniczeni w plan Graysona. Ten projekt wymagał szczególnej dyskrecji.
Doskonale pamiętam moment, kiedy powiedziano mi o jej śmierci. Mimo młodego wieku te wspomnienia nie wydawały się zamglone, lecz wyraźne, przejrzyste i żywe w mojej pamięci. I niemal tak samo bolesne.
– Rozumiem, że nie chciałeś wyjawić prawdy o tym czteroletniemu gnojkowi, ale co powstrzymało cię przed tym, żeby zdradzić mi ten sekret, kiedy dorosłem? Albo gdy powierzyłeś mi pierwsze poważne zadania?
– Oboje z matką obawialiśmy się, że mógłbyś chcieć ją odszukać.
– I słusznie, bo pewnie bym tak zrobił.
Chociażby po to, by na własne oczy się przekonać, czy to wszystko jest prawdą, czy Elena żyje i ma się dobrze. Teraz jednak wściekłość paliła mnie żywym ogniem. Może wcześniej przyjąłbym tę informację inaczej, ale nie teraz, po latach życia w kłamstwie i żalu spowodowanym tragiczną śmiercią przyjaciółki z młodych lat. Z Joelem nigdy nie potrafiłem dogadać się tak jak z nią, więc plan rodziców, że chłopak zastąpi mi Elenę, spalił na panewce.
Nawet jako nastolatek często się zastanawiałem, co ona by na to powiedziała, co by zrobiła, jak by zareagowała. Nie należałem do grzecznych dzieci, wręcz przeciwnie, a Elena pozostawała tak samo uparta i nieugięta. Doskonale jednak pamiętałem, że tylko dla niej rezygnowałem z naprawdę szalonych pomysłów takich jak sprawdzanie, czy wielka reklamówka używana jako spadochron utrzyma mój ciężar podczas skoku z dachu albo czy nowy Mercedes ojca zatonie w przydomowym basenie…
– Jeśli to wszystko, to ja się zbieram – wycedziłem, unosząc się lekko, ale następne słowa Adama mnie powstrzymały.
– To nie wszystko. Siadaj.
Zacisnąłem mocno zęby, wykonując polecenie. Nawet jeśli miałem ochotę owinąć dłonie wokół jego szyi, to zostałem wychowany w środowisku, gdzie słowo ojca miało potężną moc.
Jeśli chodziło o dyskusje, tu miałem nieograniczone pole manewru, mogłem w tej chwili powiedzieć cokolwiek bym chciał, nawet boleśnie go raniąc, lecz nie miałem prawa odejść, kiedy według niego rozmowa nie została zakończona. Nigdy nie złamałem tej zasady i nawet nie wiedziałem, co mogłoby mi za to grozić.
– Więc? – ponagliłem, kiedy nie zanosiło się na to, że on postanowi się odezwać.
Kolejne słowa sprawiły, że osłupiałem.
– Elena wraca.
Te słowa okazały się policzkiem, po którym mój puls przyśpieszył.
– Słucham? – zapytałem, nie do końca przekonany, czy słuch mnie nie zawodził.
– Elena wraca – powtórzył ojciec, patrząc mi prosto w oczy.
Usłyszałem, że matka pociągnęła nosem. Odkąd wszedłem do gabinetu, nieustannie płakała, chociaż zawsze była pogodna, o wesołym usposobieniu, no chyba że ktoś wyprowadził ją z równowagi.
– Jako Eliza Mitchell i prosiłbym, abyśmy się tego trzymali. Zapomnij o jej dawnym imieniu.
– Wracają po tylu latach? Po co?
Nie mieściło mi się w głowie, że po tym, jak Grayson i mój ojciec zadali sobie taki trud, oni zamierzali porzucić to, co stworzyli w Australii, i wrócić tu po dwudziestu latach.
– Tylko Eliza wraca – wtrąciła mama, zapewne z rozmysłem używając nowego imienia dziewczyny.
Obiektywnie mówiąc, brzmiało równie dobrze.
– Mgliste wspomnienia z dzieciństwa, internet oraz sny sprawiły, że uparła się, aby tu przyjechać – wyjaśnił ojciec. – Chce poznać środowisko, w którym żyła jej matka, a ona spędziła pierwsze lata życia, i pragnie odzyskać coś, co należało do niej.
Poczułem uderzenie gorąca, które sprawiło, że przez kilkanaście sekund słyszałem w uszach jedynie szum krwi.
– Po moim trupie – warknąłem. – Mogę oddać jej kasę, ale nie Elenę Scott.
Najpierw ojciec i matka zajmowali się kosmetycznym imperium, które na głowie pozostawił im Grayson, a później ten zaszczyt przypadł mnie, i to bardzo szybko, bo zaraz po skończeniu liceum. Przez rok zarządzałem wszystkim pod okiem Adama, a później zostałem wrzucony na głęboką wodę. Harowałem dniami i nocami, dbając o rozwój firmy, pracowników i marki, a teraz miało mi to zostać odebrane? Elena mogła dostać forsę, ale, do diabła, nic więcej.
– Elena Scott należy do niej – przypomniał ojciec.
– Dlaczego, do diabła, nie powiedziałeś mi o tym, kiedy zrzuciłeś tę odpowiedzialność na mnie, co? – warknąłem poirytowany, nie mając pojęcia, czy zdołam usiedzieć na miejscu i tym samym nie złamać zasad. Miałem ochotę przewrócić biurko, przy którym siedział, i pójść do diabła. – Dlaczego pozwoliłeś mi wierzyć, że Elena Scott należy do mnie i z jakiego powodu dałeś zgodę, abym wypruwał sobie flaki, prowadząc firmę, choć ta nigdy nie miała być moja!
Nie znałem się na kosmetykach, nie miałem pojęcia, w co się pakowałem, ale musiałem się przystosować, wszystkiego nauczyć. Nie spałem przez wiele miesięcy, próbując ogarnąć to bagno, do którego wepchnął mnie własny ojciec!
– Oni mieli nigdy nie wrócić, synu. Tak się umawialiśmy.
– Pierdolenie – warknąłem, nerwowo przeczesując palcami ciemne włosy. – Mogę jej zapłacić, ale nie oddam jej firmy.
– Sam…
– Nie – uciąłem ostro. – Od prawie sześciu lat zostawiam tam zdrowie, czas, nerwy i cholera wie co jeszcze. Kiedy brałem to na siebie, nie mówiłeś, że mogę to stracić.
– Rozumiem i…
– Nic nie rozumiesz – przerwałem mu po raz kolejny. – Od dwudziestu lat nasza rodzina zajmuje się ich biznesem i serio po tym wszystkim ta dziewczyna myśli, że sobie tu przyjedzie i tak po prostu odbierze to, co olewała latami? Ona i jej ojciec? Masz mnie za durnia? Pojawia się na końcu, aby bez roboty i tego całego gówna, które ja robiłem, spić całą śmietankę?
– Wiem, że to niesprawiedliwe, ale jakoś się dogadamy – zapewnił, próbując mnie ułagodzić. – Popracujemy nad porozumieniem satysfakcjonującym dla wszystkich. Ale to w następnej kolejności.
– Czyli jest coś jeszcze – mruknąłem. – Świetnie.
– Rozumiemy twoje rozgoryczenie – zapewniła szybko matka. Wyglądała jednocześnie na szczęśliwą i przerażoną, a ja nie umiałem określić, co jest dominujące w jej postawie. – My także czujemy się tym wszystkim zaskoczeni. Dwadzieścia lat temu umawialiśmy się, że żadne z nas nigdy nie zacznie szukać kontaktu… Kochałam Ninę, kocham Elenę i… – Kobieta wytarła oczy białą chusteczką. – I nie mogę uwierzyć, że po tylu latach znowu ją spotkam i przytulę. Jestem ciekawa, jak teraz wygląda, i mam nadzieję, że nie przypomina Niny…
– Skarbie – przerwał jej ojciec łagodnie i posłał zmartwione spojrzenie. – Nie mamy zbyt wiele czasu na przygotowania, więc pozwól mi kontynuować.
– Na jakie przygotowania? – Nigdy nie miałem migreny, ale przysięgam, że teraz mogłem dostać jej w każdej chwili.
– Wszyscy myślą, że Gray i jego córka oraz Bianka zginęli w wybuchu – przypomniał. – Jednocześnie mimo upływu lat niebezpieczeństwo nadal istnieje, ponieważ wciąż żyją rodziny osób, które unicestwił. Po takim czasie to raczej wątpliwe, ale podejrzenia mogą padać, kiedy dziewczyna zacznie kręcić się w firmie. Musimy dmuchać na zimne, zniwelować nawet jeden procent ryzyka do zera. Wszyscy odpowiadamy za śmierć Niny i nie pozwolę, aby to samo spotkało jej córkę. Nawet jeśli ktoś połączy kropki, ona pozostanie bezpieczna.
– Więc ona zabierze nam firmę, a my mamy ją niańczyć, tak? – parsknąłem, odnosząc wrażenie, że ojciec oszalał.
– Zrobimy coś więcej. Damy jej coś, co ją ochroni, sprawi, że stanie się nietykalna.
– Co takiego?
– Nasze nazwisko.
Słowa utknęły mi w gardle, kiedy zrozumiałem, że to wcale nie chodziło o adopcję ani nic z tego typu rzeczy.
– Nie mówisz poważnie.
– Jeszcze w tym tygodniu zostanie twoją żoną. – W głosie ojca brzmiała ostra nuta i pewność, której w tej chwili kompletnie się dziwiłem.
– To jakieś szaleństwo, do diabła, nie ma mowy, że…
– Wykonasz rozkaz – warknął, wbijając we mnie natarczywe spojrzenie. – I zapewniam cię, że nie chcesz wiedzieć, jakie będą konsekwencje odmowy.
A więc szantaż. Postawił mnie pod ścianą dla jakiejś laski z przeszłości, niewidzianej od dwudziestu lat. To dla niej i jej ojca okłamywał własnego syna. Pozwolił, abym zaharowywał się jak wół na rzecz czegoś, co i tak nigdy nie mogło stać się moje.
Dał przyzwolenie, abym cierpiał po śmierci przyjaciółki, choć ta najwyraźniej żyła i miała się świetnie. Przyglądał się temu, jak chodziłem na jej grób.
– Dobrze – przystałem na to, podnosząc się z miejsca. Jeśli teraz mnie zatrzyma, srogo się rozczaruje, bo nie planowałem tu zostawać. – Powinieneś jednak o czymś wiedzieć.
– O czym?
Adam Ritz zaraz przekona się na własnej skórze, że stworzył kogoś na swój wzór i podobieństwo, a uczeń przerósł mistrza.
– Ona zapłaci za każde kłamstwo, każdy bukiet kwiatów zaniesiony na jej grób i każdą godzinę poświęconą Elenie Scott – wyjaśniłem, posyłając mu szeroki uśmiech. – A także za każdy dręczący mnie koszmar i każdą minutę, kiedy zaprzątała moje myśli.
– Samuelu! – wykrzyknęła przejęta moją groźbą matka, bo doskonale wiedziała, że moje słowa staną się prawdą.
– Każesz mi wątpić w to, że jesteś dobrym wyborem!
Uwaga ojca zatrzymała mnie w miejscu. No tak, miał jeszcze wyjście awaryjne w postaci Joela.
Po moim, kurwa, trupie.
– Słowo się rzekło – uciąłem, ruszając do drzwi. – I zapewniam cię, że traktuję to wszystko śmiertelnie poważnie.
– Zapomnij o tej rozmowie, słyszysz?
– Za późno – rzuciłem i trzasnąłem drzwiami, a huk rozniósł się po korytarzu, niesiony przez echo, dudniące w uszach jeszcze przez dobrych kilka minut.
Eliza
Nigdy wcześniej nie doświadczyłam trudu pożegnań, nie spodziewałam się, że ostatnie spojrzenie wymienione z rodziną okaże się aż tak bolesne.
Ben i Patrick nie mieli pojęcia ani o tym, co ciągnęło mnie do Stanów, ani o przeszłości naszego ojca. Od samego początku ich życie toczyło się tutaj, w Australii, mieli tu rodziców i kompletnie żadnej historii poza granicami kraju. Poinformowałam rodzeństwo, że zwyczajnie pragnę podróżować, zwiedzić trochę świata, być może zagrzać miejsce gdzie indziej. Uznali, że to świetny pomysł, chociaż zgodnie stwierdzili, że będą tęsknić i z pewnością pewnego dnia mnie odwiedzą.
Opuszczanie ich okazało się dla mnie najtrudniejszą rzeczą, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia i gdyby nie te sny, przeczucia i tęsknota za czymś, czego nie potrafiłam nazwać, nigdy bym się na to nie zdecydowała.
Cały lot z Perth do Sydney przepłakałam. Zauważyłam ukradkowe spojrzenia współpasażerów i obsługi, więc starałam się uspokoić, aby nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania, nie umiałam jednak ukryć zaczerwienionych oczu. Zawsze bardzo pilnowałam, aby pokazać swoją siłę, a nie słabość, niestety tym razem się nie udało.
Zdawałam sobie sprawę, że dla bezpieczeństwa bliskich przez najbliższe miesiące nie powinnam się z nimi kontaktować, a o jakichkolwiek wizytach nie mogło być mowy. Doskonale wiedziałam, na co się piszę, podejmując tę decyzję. Od początku miałam świadomość konsekwencji, jakie za sobą niosła, lecz to nie pomagało ukoić rozpaczy.
Razem z ojcem zaplanowałam podróż w taki sposób, aby zaliczyć kilka przesiadek i w razie czego zmylić trop.
Z Perth poleciałam do Sydney, stamtąd do Honolulu, a następnie znalazłam się w Seattle, gdzie po kilku godzinach miałam kolejny lot, tym razem do San Francisco, skąd powinien odebrać mnie Ritz.
Po kilkudziesięciu godzinach podróży zmęczenie dawało mi się we znaki, ale starałam się nie dać się mu zdominować, w końcu mój cel znajdował się naprawdę blisko, dosłownie w zasięgu ręki. Wiedziałam, że jak tylko odpocznę po długiej podróży, wezmę ślub. Chociaż nadal budziło to we mnie sprzeciw, miałam jednak pewność, że w razie problemów nazwisko męża zapewni mi nietykalność. Tylko pod tym jednym warunkiem ojciec pozwolił mi opuścić kraj, a ja nie miałam siły się z nim spierać. Wiedziałam, że mężczyzna, którego przyjdzie mi poślubić, także został wmanewrowany w ten cyrk, więc planowałam dogadać się z nim na temat rozwodu i tego, by wziąć go w jak najbliższym czasie. Po formalnościach mających rozsupłać ten węzeł zostałabym przy jego nazwisku, bo to przecież miało mnie chronić…
Kiedy znalazłam się w hali przylotów, dochodziła druga po południu, podczas gdy w Perth była piąta rano.
Zobaczyłam mężczyznę w szarej marynarce i ciemnych okularach, trzymającego w dłoniach kartkę z napisem „Mary O’Connel”, więc natychmiast ruszyłam w jego stronę.
Dreszcz niepokoju przebiegł po moich plecach, starałam się jednak uspokoić, tłumacząc sobie, że to nie mogła być zasadzka, bo wszystko zostało dokładnie zaplanowane.
Podeszłam spokojnie do faceta, na co on bez zbędnych słów wyjął z moich rąk walizkę, a następnie gestem wskazał, abyśmy podążali do wyjścia.
Na moje oko gość był trochę starszy ode mnie, wzbudzał respekt swoim krokiem i postawą, ale jednocześnie nie rzucał się w oczy.
Dla pewności naszym śladem miał poruszać się ktoś jeszcze, ktoś, kto powinien zostać niezauważony, co chyba się udało, ponieważ nie potrafiłam zlokalizować nikogo podejrzanego.
Bez zbędnych słów wsunęłam się na tylną kanapę czarnego wozu, a nieznajomy cicho zamknął za mną drzwi i po chwili wrzucił moją walizkę do bagażnika.
– Jak minął lot? – zagaił, odpalając silnik, i ruszył z miejsca parkingowego.
– W porządku – odpowiedziałam, nie planując narzekać na wielogodzinną podróż, niekończące się przesiadki i strach przed nieznanym.
– Jestem Cox – wyjawił, chociaż wcale nie pytałam. – Pracuję dla Ritzów od kilkunastu lat.
Uniosłam brew w zdziwieniu, a nasze spojrzenia spotkały się w lusterku wstecznym.
– Wyglądasz, jakbyś niedawno skończył edukację – zauważyłam. – Więc albo dobrze się konserwujesz, albo bardzo wcześnie zacząłeś.
Dostrzegłam zalążek uśmiechu wypływający na jego usta.
– Powiedzmy, że wcześnie zacząłem – wyjaśnił, spoglądając na zegarek. – Za kilka minut dotrzemy na miejsce.
Uczucie niepokoju ścisnęło mnie za gardło.
– Zmiana planów? – zapytałam spokojnie, chociaż coś mi podpowiadało, że to początek zbliżających się kłopotów.
– Drobna zmiana – sprostował, najwidoczniej wyczuwając mój niepokój. – Ślub odbędzie się tutaj, nie w Los Angeles.
– Kto o tym zdecydował? – zagadnęłam, nie czując się komfortowo z faktem, że ostatnie ustalenia, poczynione z ojcem jeszcze w Perth, zostały zmienione w ostatniej chwili.
– Ritz – wyjaśnił. – Nerwy są niepotrzebne, wszystko w porządku. Gdybym był zdrajcą, nie znałbym takich szczegółów, prawda?
– Zazwyczaj właśnie zdrajcy pojawiają się znikąd i udają przyjaciół – zauważyłam, ale przestałam się spinać, bo mój niepokój wcale nie wynikał z tego, że mu nie ufałam, lecz z czegoś kompletnie innego. Niestety, na tę chwilę nie potrafiłam wyjaśnić z czego.
– Racja, ale… – Urwał, zjeżdżając na podjazd, tuż przed wejściem do pięciogwiazdkowego hotelu. – Nie tym razem, bo chyba sama przyznasz, że gdyby to był podstęp, trafiłabyś raczej w inne miejsce niż to.
Celna uwaga, musiałam to przyznać, na wszelki wypadek postanowiłam jednak nie tracić czujności.
Ubrana w jasne dżinsy, biały podkoszulek i trampki w tym samym kolorze, czułam się nie na miejscu, podążając za mężczyzną do wind przez sporych rozmiarów lobby. Tłumaczyłam sobie, że raczej nie mordowano by mnie w luksusowym hotelu, tylko wybrano jakieś bezludzie…
Zauważyłam, że Cox wcisnął guzik z numerem czterdzieści dwa, po chwili zarejestrowałam także, że moja walizka została w wozie. Wprawdzie nie liczyłam na żadną wystawną uroczystość, lecz miałam nadzieję, że będę mogła się odświeżyć przed wyjściem do urzędu, co zresztą zamierzałam powiedzieć, ale wszystko działo się zbyt szybko. W kolejnej chwili znaleźliśmy się w korytarzu, a po sekundzie jakiś mężczyzna stanął w drzwiach, do których mój towarzysz zastukał mocno trzy razy.
Kiedy go zobaczyłam, mimowolnie cofnęłam się o krok, a ten wyciągnął po mnie dłoń. Chwycił moje ramię, jakby myślał, że planowałam szybki odwrót, chociaż nie z tego powodu się odsunęłam.
Każdy element wyglądu stojącego przede mną faceta mógłby należeć do kogokolwiek, ale te oczy otoczone ciemnymi rzęsami poznałabym wszędzie. Intensywność tego spojrzenia nie zmieniła się przez lata, chociaż teraz nabrała zupełnie innego wymiaru.
Odnosiłam wrażenie, że tym wzrokiem analizował moją duszę, każdy kolejny krok i wszystkie przebiegające po głowie myśli.
Samuel Ritz miał ciemne, elegancko przystrzyżone, zaczesane na bok włosy, pełne usta, twardą linię żuchwy, która nadawała mu jeszcze więcej drapieżności, a także dzikości. Wcześniej jej nie miał albo ja tego nie zapamiętałam.
To jego Adam wybrał na mojego męża?
Zacisnął chłodne palce na moim ramieniu, w następnej sekundzie zostałam wciągnięta do środka, a drzwi za nami zamknęły się z cichym trzaskiem.
Mężczyzna podążył niespiesznie taksującym spojrzeniem od czubka mojej głowy, aż po jasne tenisówki, na dłużej zatrzymując się jedynie na mojej twarzy, jakby chciał sprawdzić, podobnie zresztą jak ja, ile się zmieniło.
A zmieniło się wszystko i nie widziałam sensu, aby próbować to ukrywać.
Sam żył w świecie, o którym ja nic nie wiedziałam, bo zostałam z niego wyrwana, zanim jeszcze cokolwiek zaczęłam rozumieć. Nie miałam też pojęcia, czy teraz potrafiłabym się dostosować.
Czekałam, aż się odezwie, powie coś na powitanie, cokolwiek, co przerwie tę ciszę. W końcu Ritz się odezwał, ale jak się okazało, nie zwrócił się do mnie, lecz do kompletnie obcego faceta stojącego przy oknie.
– Zaraz zaczynamy.
Obcy mógł być w wieku mojego ojca, zdecydowanie miał lekką nadwagę, a także zakręcone wąsy, które w innych okolicznościach naprawdę by mnie rozbawiły, ale nie teraz. Mojej uwadze nie umknęła także teczka w jego dłoni.
– Moja walizka – odezwałam się, nie rozumiejąc, co się właściwie działo.
Mieliśmy wziąć ślub natychmiast i chociaż Sam miał na sobie szare garniturowe spodnie i białą koszulę, to ja nie prezentowałam się najlepiej.
– Naprawdę ma dla ciebie znaczenie, co masz na sobie? Przecież ten ślub nic dla ciebie nie znaczy.
Te słowa mnie zmroziły, ale udowodniły również coś bardzo ważnego. Wiele się między nami zmieniło, a chłopiec przytulający mnie tak mocno za każdym razem, kiedy coś sobie zrobiłam, już nie istniał. Cała jego postawa, ton głosu i jadowite słowa rzucane w moją stronę dobitnie o tym świadczyły. Mój pobyt tutaj nie przebiegnie tak, jak sobie wyobrażałam, nie mogłam także liczyć na ciepłe powitanie oraz odnowienie przyjaźni i ta myśl bardzo mocno mnie zabolała.
– Masz rację. – Wzruszyłam niedbale ramionami, strącając z siebie jego dłoń. – Ten ślub nic nie znaczy, potrzebuję jedynie twojego nazwiska. Możemy zaczynać.
Mimo że to on zaczął tę gierkę, to przez jego twarz przemknął dziwny grymas, jakby rozdrażniły go te słowa.
– Mam rozumieć, że jesteś tego absolutnie pewna? – szepnął, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem. – Jeśli masz ochotę się rozmyślić, w tej samej chwili odwiozę cię na lotnisko. Masz jeszcze szansę, aby się wycofać.
Pokręciłam powoli głową, posyłając mu pewny siebie uśmiech. Nie planowałam mu pokazywać, jak wielkie wątpliwości mną targały. Pozwoliłam, aby zobaczył jedynie moją stanowczość.
Domyślałam się, że ojciec zapewne zmusił go do tego ślubu, podobnie jak mój mnie, tłumacząc, że to moja jedyna przepustka do Ameryki…
I chociaż podczas tej krótkiej ceremonii próbowałam się skupić na planach i marzeniach, to jednak z tyłu głowy miałam myśl, że nie wszystko potoczy się tak, jak sobie wymyśliłam. Spodziewałam się dosłownie wszystkiego, ale nie tego, że przyjaciel z dzieciństwa okaże się wrogo do mnie nastawiony.
Wzięłam ślub w hotelowym apartamencie, po kilkudziesięciogodzinnej podróży, ubrana w dżinsy i zwykły bawełniany podkoszulek, z rozwianymi włosami, powtarzając beznamiętnie słowa przysięgi i unikając wzroku przyszłego męża. Mężczyzna natomiast wypowiedział te same słowa mocnym i pewnym siebie głosem, wsuwając na mój palec prostą obrączkę wykonaną ze złota, ozdobioną zielonym kamieniem. Musiałam przyznać, że wyglądała przepięknie, nie spodziewałam się kompletnie niczego, a na pewno nie tego, że Samuel o tym pomyśli i zapewni sobie krążek, tylko że wykonany z jakiegoś czarnego materiału.
Kiedy było już po wszystkim, a urzędnik zostawił akt ślubu, po czym opuścił apartament, zrozumiałam, że nie nazywam się już Mitchell, ale Ritz. Od dzisiaj to nazwisko męża miało mnie chronić przed ewentualną zemstą ze strony wrogów ojca.
Myślałam, że na noc zostaniemy w hotelu, ale nic bardziej mylnego. Mój mąż zwinął dokument, a następnie gestem wskazał mi drzwi.
– Ruszamy.
– Dokąd? – zapytałam, kompletnie zaskoczona.
– Tam, gdzie twoje miejsce, droga żono. Do naszego domu.
Uniosłam brew, dostrzegłszy dziwną satysfakcję malującą się na jego twarzy, i zyskałam pewność, że z tego ślubu nie tylko ja czerpałam korzyści. Nie miałam jednak pojęcia, jakie profity czerpał z tej sytuacji Samuel.
Nie ruszyłam się z miejsca o cal, stając się dosłownie więźniem jego ciemnych oczu.
Nie należałam do słabeuszy, potrafiłam walczyć o swoje, nie oglądając się za siebie, ale miałam poważne obawy, że ten facet postara się wszystko mi utrudnić. Tylko nie wiedziałam jeszcze, z jakiego powodu.
Dźwięk telefonu zakłócił naszą wojnę na spojrzenia, której dyskretnie z boku przyglądał się Cox, nie wypowiadając ani słowa.
Ritz sięgnął do kieszeni spodni po smartfon, a kiedy spojrzał na ekran, na jego twarzy pojawił się uśmiech. W moim odczuciu ta mina nie oznaczała jednak dobrego humoru.
Mój mąż wycofał się do pomieszczenia znajdującego się za brązowymi, dwuskrzydłowymi drzwiami, a ja zostałam sama z kolesiem, który przywiózł mnie z lotniska.
– Nie mieliśmy wychodzić? – zadrwiłam, wskazując głową na wyjście z apartamentu.
– Wygląda na to, że szef właśnie dowiedział się o wszystkim i cię szuka.
Zamarłam, kiedy dotarł do mnie sens wypowiedzianych przez niego słów.
– Adam Ritz nie ma pojęcia, gdzie jestem? – zapytałam spokojnie, na co mężczyzna pokręcił powoli głową.
To wszystko nie powinno tak wyglądać, ojciec dogadywał się z Adamem i chociaż wiedziałam na sto procent, że nikt nie podszywał się pod Samuela, to jednak wyglądało na to, że mój dawny przyjaciel przeciwstawił się ojcu, a ja jeszcze nie wiedziałam z jakiego powodu.
Myśl, Eliza, myśl!
Ani przez chwilę nie pokazałam pilnującemu mnie facetowi, że mam jakieś wątpliwości czy podejrzenia. Uśmiechałam się słodko, jak ostatnia idiotka, zachęcając go tym samym do mówienia.
– Szef w ostatniej chwili zmienił zdanie i postanowił wydać cię za Joela, co nie spodobało się Samuelowi i dlatego tu jesteś – wyjaśnił, sprawiając, że w tej chwili zrozumiałam własne położenie.
Mój mąż nie powinien nim zostać, a ja padłam ofiarą oszustwa. Chociaż jeszcze nie do końca wiedziałam, jakie to mogło nieść za sobą konsekwencje, to jednak zrozumiałam, że powinnam działać i jak najszybciej się stąd wydostać.
Doszło do zdrady. Być może ojciec i syn znajdowali się na wojennej ścieżce, a ja miałam posłużyć jako narzędzie zemsty w ich walce, jako pionek… Nic bardziej mylnego.
– To chyba kiepsko, prawda? – zapytałam spokojnie, robiąc krok do przodu w stronę mężczyzny i skupiając wzrok na klapie jego marynarki. – To plama po kawie? – zainteresowałam się od niechcenia, a on podążył za moim wzrokiem.
– Plama? Gdzie?
Pośpiesznie spojrzał w dół, a ja zrozumiałam, że wykiwanie tego idioty nie sprawi mi większej trudności.
– Na szyi i koszuli, o tutaj…
Postanowiłam skorzystać z jednej z metod wpojonej mi przez ojca na długo przed wyjazdem. Naciśnięcie odpowiedniego fragmentu na szyi powodowało natychmiastową utratę przytomności, co w tej chwili mocno mi odpowiadało, ponieważ planowałam niezwłocznie opuścić to miejsce. I swojego samozwańczego męża.
Błysk zaskoczenia w oczach Coxa, na sekundę zanim osunął się na podłogę, sprawił mi satysfakcję. Chwyciłam faceta, aby upadające ciało nie zaalarmowało jego towarzysza, a następnie popchnęłam go na stojącą za nim kanapę.
Nie oglądając się za siebie, w zupełnej ciszy ruszyłam do drzwi apartamentu. Modliłam się, aby Samuel jak najdłużej rozmawiał przez telefon.
Pozwoliłam sobie na zrobienie głębszego wdechu dopiero, kiedy zamknęły się za mną drzwi windy. Wiedziałam, że kiedy Ritz ruszy w pościg, moje szanse na ucieczkę drastycznie zmaleją.
Przeszłam przez hotelowe lobby spokojnie, nieśpiesznie, aby nie wzbudzać niczyich podejrzeń. Dziękowałam sobie w duchu, że nie zdjęłam saszetki z bioder, bo dzięki temu nadal w moim posiadaniu znajdowały się pieniądze, fałszywe dokumenty oraz różne przydatne rzeczy…
Wyszłam na ulicę, bez zastanowienia ruszyłam w lewo, przyśpieszając kroku, a przy pierwszej okazji jeszcze raz zmieniłam kierunek. Uważnie obserwowałam otoczenie, a także innych ludzi. W tej chwili nie miałam pewności, kto mógłby okazać się moim przyjacielem, a kto wrogiem. Mogłam ufać jedynie Adamowi Ritzowi, więc powinnam jak najszybciej się z nim spotkać.
Nawet w najtrudniejszych sytuacjach nie panikowałam, tylko skupiałam się na działaniu. Słyszałam, że tę cechę odziedziczyłam po obojgu rodzicach, i musiałam przyznać, że okazała się całkiem przydatna.
Nie miałam jeszcze pojęcia, w jaki sposób dostanę się do Los Angeles, rozważałam każdą ewentualność. Mniej więcej znałam topografię miasta, w którym się znalazłam. Ojciec doskonale przygotował mnie do tej podróży, nie chcąc pozostawiać nic przypadkowi, a ja byłam pojętną uczennicą.
Po kilkunastu minutach znalazłam się w ślepym zaułku i chociaż po obejrzeniu tych wszystkich filmów grozy mogłabym przypuszczać, że to pułapka, to jednak wiedziałam, że to fart.
Już ze sporej odległości dostrzegłam swoją szansę w postaci Forda Taurusa z końca lat osiemdziesiątych, chociaż kiedy do niego podeszłam, okazało się, że to raczej wczesne lata dziewięćdziesiąte. I właśnie tego potrzebowałam.
Zorientowałam się, że znalazłam się na drodze dojazdowej do zaplecza kilku restauracji i całkiem prawdopodobne, że auto, które stało się moim celem, należało do jednego z pracowników. Na szczęście uliczka świeciła pustkami, w oddali ktoś wyrzucał śmieci do wielkiego kubła, ale szybko zniknął mi z oczu.
Brałam pod uwagę wybicie szyby, jeśli zostanę do tego zmuszona, ale wolałam unikać hałasu. Chociaż zapewne nikt nie spacerował w tym śmierdzącym i zapomnianym przez Boga miejscu, to i tak zawsze ktoś z obsługi mógł właśnie wynosić nieczystości albo wyjść na fajkę.
W uliczce stało kilka aut, jedna ciężarówka, dwa skutery i kilkanaście rowerów, ale to Ford, który wpadł mi w oko, miał najlepsze predyspozycje, aby posłużyć mi do ucieczki z miasta.
Niemal jęknęłam z ulgą, kiedy się okazało, że dostanę się do kabiny bez wybijania szyby. Właściciel chyba uznał, że nikt nie połasi się na takiego grata, ale bardzo się mylił.
Rozglądając się, otworzyłam drzwi srebrnego wozu, po czym zajęłam miejsce za kierownicą. Niemal natychmiast zajrzałam do schowka, gdzie ku mojej uldze wśród masy niepotrzebnych rzeczy odnalazłam klucz naprawczy. Rozwaliłam nim stacyjkę, aby zewrzeć kable zapłonowe. Wystarczyło na chwilę połączyć przewód prądowy oraz zapłon, dotknąć przewód rozrusznika i… mamy to!
Pośpiesznie wycofałam, aby jak najszybciej oddalić się z miejsca zdarzenia. Przez cały czas obserwowałam sytuację w lusterku wstecznym, ale na szczęście nikt nie ruszył za mną w pościg. Nie chciałabym na samym początku swojej drogi zostać oskarżona o kradzież, co mogłoby nieść za sobą poważne konsekwencje, a tego teraz absolutnie nie potrzebowałam.
W Australii obowiązywał ruch lewostronny, ale na szczęście ruch prawostronny nie sprawił mi większych problemów, chociaż przez pierwszych kilkanaście mil czułam się… dziwnie.
Uspokoiłam się dopiero, kiedy wyjechałam z miasta i nie dostrzegłam, aby ktokolwiek mnie śledził.
Lada chwila spełni się moje marzenie, zacznę nowy rozdział życia. I chociaż niesamowicie tęskniłam za rodziną, to cieszyłam się na samą myśl, że dopełni się moje przeznaczenie, bo ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, iż znajdę swoje miejsce w Los Angeles.
