Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
460 osób interesuje się tą książką
Trzeci tom bestsellerowej serii „Scars on Ice”.
Święta Bożego Narodzenia w domu hokeistów mijają pod znakiem nieporozumień. Blake dowiaduje się o ciąży Kenzie i stara się być dla przyjaciółki oparciem. Hayden podejrzewa, że to jego dziewczyna spodziewa się dziecka. W obawie przed rozmową z nią próbuje odkryć prawdę na własną rękę.
Z czasem Blake uświadamia sobie, że wkrótce osoby bliskie jej sercu wkroczą w nowy etap życia i opuszczą Uniwersytet Indiana. Nie dość, że musi zmierzyć się z rosnącym zainteresowaniem, które wzbudza na uczelni, to z każdym dniem coraz bardziej przytłacza ją niepewność dotycząca przyszłości jej i Haydena.
Chłopak stoi przed trudnym wyborem: może podjąć pracę w firmie ojca albo zawalczyć o szansę na grę dla Toronto Maple Leafs. Spełnienie marzenia o zawodowym hokeju oznaczałoby jednak wyjazd do Kanady i rozłąkę z najbliższymi.
Między Blake a Haydenem pojawia się coraz więcej niedopowiedzeń. Oboje ukrywają przed sobą prawdziwe emocje i boją się mówić wprost o swoich lękach. Czy mimo trudności ich miłość zdoła przetrwać?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 883
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Julia Popiel
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Suchańska
Korekta: Iwona Wieczorek-Bartkowiak, Aga Dubicka, Natalia Szoppa
Skład i łamanie: Michał Swędrowski
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-539-1 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Ostrzeżenie
Informacja od autorki
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Rozdział dwudziesty
Rozdział dwudziesty pierwszy
Rozdział dwudziesty drugi
Rozdział dwudziesty trzeci
Rozdział dwudziesty czwarty
Rozdział dwudziesty piąty
Rozdział dwudziesty szósty
Rozdział dwudziesty siódmy
Rozdział dwudziesty ósmy
Rozdział dwudziesty dziewiąty
Rozdział trzydziesty
Rozdział trzydziesty pierwszy
Rozdział trzydziesty drugi
Rozdział trzydziesty trzeci
Rozdział trzydziesty czwarty
Rozdział trzydziesty piąty
Rozdział trzydziesty szósty
Rozdział trzydziesty siódmy
Rozdział trzydziesty ósmy
Rozdział trzydziesty dziewiąty
Rozdział czterdziesty
Rozdział czterdziesty pierwszy
Rozdział czterdziesty drugi
Rozdział czterdziesty trzeci
Rozdział czterdziesty czwarty
Rozdział czterdziesty piąty
Rozdział czterdziesty szósty
Rozdział czterdziesty siódmy
Rozdział czterdziesty ósmy
Epilog
Rozdział dodatkowy
Playlista
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Może zawierać spoilery
Historia skierowana jest do osób powyżej szesnastego roku życia. W książce pojawiają się wątki dotyczące zaburzeń odżywiania, samoakceptacji, hejtu internetowego, samookaleczania, przemocy psychicznej, trudności związanych z akceptacją własnej orientacji seksualnej oraz odrzuceniem z jej powodu przez rodzica. Znajdują się w niej również opisy ataków paniki i stanów lękowych. W tym tomie pojawiają się sceny zbliżeń między bohaterami. Zostały one przedstawione z naciskiem na emocjonalny wymiar relacji, a nie na detale fizyczne aktu.
Jeśli jesteś wrażliwym czytelnikiem i obawiasz się, że któryś z tych tematów może wpłynąć na Ciebie w negatywny sposób, rozważ odłożenie lektury na później lub całkowicie z niej zrezygnuj.
White Shirt to kontynuacja Red ShirtiBlue Shirt.Historia osadzona jest w uniwersum Uniwersytetu Indiana. W książce znajdują się nawiązania dodylogii „Science”. „Scars On Ice” można jednak czytać bez znajomości The Science of Temptation i The Science of Affection. Jeżeli postanowisz sięgnąć po te dwie ostatnie książki, pamiętaj, że są one skierowane wyłącznie do pełnoletnich czytelników.
Przedstawiona w historii konstrukcja sezonu hokejowego jest inspirowana realiami uniwersyteckiej ligi ACHA. Niektóre elementy zostały zmodyfikowane na potrzeby fabuły i nie odzwierciedlają dokładnego przebiegu ani struktury rzeczywistego sezonu. Charakterystyczne style gry dla poszczególnych drużyn zostały wykreowane przez autorkę.
Dla wszystkich, którzy próbują odnaleźć ciszę we wszechobecnym chaosie.
Blake
Kenzie jest w ciąży.
Dwa różowe plusiki, które pojawiły się na ciążowych testach leżących na umywalce, sprawiły, że powietrze samo uciekło z moich płuc. Nie musiałyśmy odczekiwać nawet minut wskazanych przez producenta w umieszczonej na opakowaniu instrukcji, ponieważ potwierdzenie pojawiło się po zaledwie kilkudziesięciu sekundach. Mrugam kilka razy, żeby upewnić się, czy nie mam przypadkiem jakichś zwidów, ale jaskrawe plusy przy napisach W CIĄŻY nie znikają.
Cholera.
Kenzie nie zna jeszcze wyniku. Odkąd przekroczyłyśmy razem próg łazienki, nie odezwała się do mnie ani słowem. Po wykonaniu testów skuliła się na podłodze tuż obok toalety i aż do teraz trwa w bezruchu z twarzą ukrytą między kolanami. Gdyby nie docierające zza zamkniętych drzwi wrzaski pijanych chłopaków, pewnie usłyszałabym w tym momencie uderzenia jej szybko bijącego serca oraz nerwowo przyspieszony oddech.
I co ja mam niby w tej sytuacji zrobić?
Biorę jedną z plastikowych płytek i uważnie się jej przyglądam. Dłonie trzęsą mi się tak bardzo, jakbym co najmniej to ja właśnie się dowiedziała, że będę miała dziecko. Nagle zaczynam żałować, że zasugerowałam Kenzie wykonanie testu jeszcze przed świętami. Chociaż w sumie, co by to zmieniło, gdyby zrobiła go dopiero po powrocie do Bloomington? Wynik pozostałby taki sam, a Kenz przez cały ten czas stresowałaby się niewiadomą.
Kiedy napisałam do niej przedwczoraj z nieśmiałym zapytaniem o samopoczucie, dziewczyna przyznała, że powoli zaczyna świrować. Gdzieś w internecie przeczytała, że aktywność fizyczna i gorące kąpiele mogą przyspieszyć miesiączkę, więc każdego dnia spędzała około dwóch godzin na rowerku stacjonarnym, a później tyle samo czasu w wannie z parującą wodą. Swoje zachowanie uznała za głupie dopiero, gdy Devon zaczął się o nią martwić i wysnuwać podejrzenia na temat tego, czy przypadkiem coś jej nie opętało.
Żaden z przetestowanych przez Kenzie sposobów nie pomógł. Nie miał prawa pomóc. Dziewczyna nie dostanie okresu przez najbliższe dziewięć miesięcy, a nawet dłużej.
Czy naprawdę to akurat ja mam poinformować ją o tym, że wkrótce zostaną z Devonem rodzicami?
Wzdycham. Następnie się uśmiecham, ponieważ z jakiegoś powodu na samą myśl o nich w tej wyjątkowej roli nie potrafię się powstrzymać.
– Blake? – Nagle zza pleców dociera do mnie stłumiony głos Kenzie.
– Yyy… – Odwracam się gwałtownie w jej stronę. – Tak?
Dziewczyna zerka na mnie niepewnie ze swojego miejsca na podłodze. Ręce trzyma ciasno owinięte wokół podkurczonych nóg, a brodę opiera o kolana. Wokół jej głowy odstaje mnóstwo rudych kosmyków, które w ciągu całego wieczoru wydostały się z luźno zaplecionych warkoczy. Wygląda na zmęczoną, przestraszoną i zniecierpliwioną jednocześnie.
– Czy… – zaczyna nieco zachrypniętym tonem. – Czy… No wiesz. – Wzrusza ramionami i opuszcza wzrok na swoje bose stopy. – Czy na testach pokazał się już wynik?
Odruchowo zaciskam palce na plastikowej płytce.
– M-mhm… – potwierdzam cichym mruknięciem.
Kenzie unosi wzrok, a nasze spojrzenia się krzyżują. Jestem pewna, że wystarczy jedno zerknięcie na moją twarz, by zorientowała się, czego za moment się dowie.
– I?
– I… –Biorę głęboki wdech, po czym odwracam test w jej stronę. – Sama zobacz.
Widok różowego plusa powoduje, że odruchowo zasłania usta dłonią, a źrenice jej bursztynowych oczu znacznie się rozszerzają.
– Ten drugi… – Sięgam po kolejny test. – Ten drugi też uważa, że jesteś w ciąży.
Specjalnie kupiłam dwa. Podobno zawsze warto dla pewności wykonać więcej niż jeden. Samo wspomnienie tego, jak w tajemnicy przed Haydenem wróciłam się po testy do marketu, wprawia mnie w ogromne zażenowanie.
Zaproponowałam Kenzie ich kupno, bo czułam, że dziewczyna ze strachu odwlekałaby to w nieskończoność. Pomyślałam, że skoro i tak wybieramy się do Walmarta, to przecież mogę je dla niej zdobyć. Dopiero później uświadomiłam sobie, że to wcale nie będzie takie łatwe, jak z początku mi się wydawało. Przecież gdyby Hayden zobaczył, że kupuję testy ciążowe, to pewnie dostałby zawału. Musiałabym mu wszystko wyjaśnić, a nie mogłam.
Wymyśliłam więc, że po zrobieniu właściwych zakupów cofnę się do sklepu pod jakimś pretekstem. W sumie to specjalnie zapomniałam o tej gałce muszkatołowej, żebym później nie musiała kłamać, bo bardzo się tego obawiałam. Takie misje nie są dla mnie. Byłam zestresowana od chwili, w której napisałam Kenzie, że kupię dla niej te testy, aż do momentu, gdy schowałam je głęboko w szufladzie komody znajdującej się w moim pokoju.
A w międzyczasie doszło oczywiście do kilku różnych katastrof.
Najpierw zamiast testów ciążowych zgarnęłam z regału testy owulacyjne. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że ich opakowania wyglądały prawie identycznie! Zorientowałam się dopiero w drodze do kasy, więc musiałam szybko się wrócić i je wymienić.
Później, gdy wreszcie udało mi się dotrzeć do ciągnącej się w nieskończoność kolejki, przypomniałam sobie, że przez zdenerwowanie zapomniałam zabrać gałkę muszkatołową – jedyny powód, dla którego tam poszłam w wersji dla Haydena. Wybiegłam więc z kolejki i udałam się na dział przypraw, gdzie spędziłam dobrych kilka minut na zaciekłych poszukiwaniach.
Po powrocie do kas okazało się, że kolejki są jeszcze dłuższe niż wcześniej. Sfrustrowana zdecydowałam się więc skorzystać z kasy samoobsługowej, czego – zero zaskoczeń – bardzo szybko pożałowałam.
Szczerze mówiąc, nie rozumiem, po co w ogóle wprowadzono do sklepów możliwość samoobsługi, skoro przez niedopracowany system kas i tak prawie za każdym razem, gdy się z nich korzysta, potrzebne jest wsparcie kasjerki. Tym razem oczywiście również tak było. Według wyświetlonej na ekranie informacji waga zeskanowanych przeze mnie produktów nie odpowiadała ich wadze rzeczywistej, co było absurdalne. W moim koszyku znajdowały się aż trzy rzeczy: dwa testy ciążowe i przyprawa. Co niby mogłam źle zważyć?
Nigdy nie zapomnę rozbawionego spojrzenia, posłanego mi przez oddelegowaną do pomocy kasjerkę. Ciągle zastanawiam się, co sobie wtedy o mnie pomyślała. Że w przerwie między przygotowaniami świątecznych dań zerknęłam do kalendarzyka menstruacyjnego i uświadomiłam sobie, że w tym miesiącu nie dostałam okresu? Albo że zamierzam wręczyć swojemu chłopakowi testy z pozytywnym wynikiem w ramach bożonarodzeniowego prezentu?
Potrząsam głową, wracając do chwili obecnej. Kenzie ciągle wpatruje się we mnie bez słowa, a ja kompletnie nie wiem, co mam jej powiedzieć. Pewnie wypadałoby ją jakoś pocieszyć, ale cóż, niestety się do tego nie nadaję. Zazwyczaj to mnie trzeba pocieszać, a nie na odwrót.
Nieśmiało wyciągam w jej stronę oba testy ciążowe, ale ona ich nie odbiera. Po kilku sekundach niezręcznego milczenia wycofuję dłoń, a następnie siadam naprzeciwko dziewczyny na podłodze ze skrzyżowanymi nogami oraz opartymi o szafkę plecami. Testy kładę obok siebie, na kafelkach między nami, bo nie mam pojęcia, co innego miałabym z nimi zrobić. Kiedy tak na nie patrzę, rozmyślam o tym, jakie to zadziwiające, ile trwogi w człowieku może wywołać kawałek plastiku. Albo szczęścia, bo przecież są kobiety cieszące się na widok różowego plusa przy napisie W CIĄŻY. I takie, które każdego miesiąca go wyczekują.
– Czy to będzie głupie, jeżeli zapytam cię, co teraz czujesz?
Kenzie przenosi spojrzenie z biało-różowych płytek na moją twarz. Rękami ciągle oplata swoje nogi. Zastanawia się przez dłuższą chwilę nad odpowiedzią, a ja próbuję w tym czasie rozszyfrować widoczne na jej twarzy emocje. Okazuje się to dla mnie zbyt trudne.
– Układałaś kiedyś klocki Jenga? – pyta niespodziewanie.
W odpowiedzi jedynie kiwam głową.
– Lubimy to robić z Devonem – wyznaje cicho. – Odkąd dostałam swój pierwszy zestaw jako dziecko, tworzenie wież stało się moim sposobem na odstresowanie. Dev na początku tego nie rozumiał. Rzucał klockami za każdym razem, gdy nasza wieża rozpadła się po jego ruchu. Z czasem jednak szło mu coraz lepiej, a teraz oboje jesteśmy w tym mistrzami. Wiem, że to trochę dziwne, ale zdarza się nam spędzać całe wieczory na układaniu. Devon zawsze stawia na swoją wygraną, choć w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków to ja okazuję się lepsza od niego. Mimo to ani trochę mu to nie przeszkadza. Z premedytacją wymyśla dla siebie kary, z których później oboje czerpiemy korzyści.
Na jej ustach pojawia się niewyraźny uśmiech. W milczeniu obserwuję, jak Kenzie sięga po jeden z leżących między nami testów i zaczyna uważnie mu się przyglądać.
– Kiedyś Dev powiedział mi, że „dzięki mnie oraz tym moim klockom” poprawiła się jego precyzja oraz uważność na lodzie – kontynuuje. – Stał się też podobno o wiele bardziej spostrzegawczy i cierpliwy. Nie wiem, czy to rzeczywiście za sprawą Jengi, ale poczułam się wtedy trochę tak, jakbym w jakiś sposób przyczyniła się do jego sukcesów. – Kładzie jeden test na drugim. Zupełnie, jakby chciała zbudować z nich kolejną wieżę. – Teraz czuję się, jakbym przez swoją głupotę i nieuważność zburzyła wszystko, co wspólnie tworzyliśmy przez poprzednie lata – oznajmia z przejmującym smutkiem w głosie.
Sekundę później z jej gardła wyrywa się niekontrolowany szloch. Jego dźwięk oraz rozpacz widoczna na twarzy dziewczyny powodują, że przechodzą mnie ciarki.
Bez zastanowienia przesuwam się na podłodze w jej kierunku. Siadam obok, obejmuję ją ramieniem i nieśmiało do siebie przyciągam. Trochę się boję, że Kenz się odsunie. Ona jednak wtula się we mnie tak mocno, jak gdyby dokładnie tego potrzebowała. Na szyi czuję wilgoć łez, z czego wnioskuję, że przestała się powstrzymywać i pozwoliła im płynąć.
Kenzie jest przerażona możliwą reakcją Devona. Już w ubiegły weekend, jeszcze zanim dowiedziała się, że rzeczywiście jest w ciąży, rozmyślała na temat tego, jak bardzo jej chłopak wścieknie się na nią za to, że przez roztargnienie zapomniała o regularnym przyjmowaniu pigułek antykoncepcyjnych. Wspomniała, że w najbliższych latach oboje planowali skoncentrować się na własnej karierze. Dev podpisał kontrakt z drugoligowym klubem z Indianapolis, ona natomiast walczyła o otrzymanie szansy na realizację praktyk w wymarzonej firmie projektowej. Ich plan na najbliższą przyszłość nie uwzględniał dziecka, co rzeczywiście może stanowić problem, ale mimo to nie wydaje mi się, by Dev zareagował negatywnie.
To jeden z najmilszych chłopaków, jakich znam. Poza tym darzy swoją dziewczynę tak ogromnym uczuciem, że da się je dostrzec w jego oczach za każdym razem, gdy na nią patrzy. Odkąd wprowadziłam się do domu hokeistów, obserwowałam relację pary z podziwem, może też z odrobiną zazdrości. Zastanawiałam się, czy ja również odnajdę kiedyś kogoś, kto będzie wpatrywał się we mnie z tak ogromnym oddaniem i żarliwością. A potem, niespodziewanie okazało się, że to właśnie z tą osobą – przeznaczoną mnie – dzielę codzienność pod jednym dachem.
Podczas gdy ja pogrążam się w myślach, Kenzie łka z twarzą ukrytą w zagłębieniu mojej szyi. Zaczynam głaskać ją delikatnie po włosach z nadzieją, że dodam jej w ten sposób odrobinę otuchy.
– Mogłabym udawać, że wiem, co w tej sytuacji powiedzieć, ale to nieprawda – oznajmiam szczerze. – Nie mam pojęcia, jak powinnam się zachować, więc z góry przepraszam, jeśli nieświadomie palnę jakąś głupotę. – Biorę głęboki wdech, a później kontynuuję: – Mówiłam to już podczas naszej ostatniej rozmowy, ale wydaje mi się, że warto powtórzyć: Devon cię kocha, Kenzie. Bardzo. I jestem niemal na sto procent pewna, że jego reakcja na wieść o ciąży nie będzie ani trochę przypominać tej, którą sobie wyobrażasz. Jesteś zdenerwowana, dlatego to normalne, że się nakręcasz, ale… proszę, postaraj się tego nie robić.
Powiedziałam to ja – dziewczyna, która na drugie imię zamiast „Baby” powinna mieć „Wentylator”, bo nakręca się jak on przez każde najmniejsze niepowodzenie życiowe. Żałosne.
– W sensie… – próbuję jakoś wybrnąć z tej sytuacji. – Chodziło mi o to, że, no wiesz… Nie jesteś już aż taka młoda. Nie zaliczyliście z Devonem nastoletniej wpadki ani nic takiego.
O Boże, czy te słowa naprawdę właśnie wyszły z moich ust?
Kenzie odsuwa się nieco, by spojrzeć mi prosto w oczy. Kilka kosmyków przykleiło się do jej mokrej od łez twarzy. Zażenowana czekam na to, co zamierza mi powiedzieć. Ona jedynie głośno parska. W tym samym momencie smarki wystrzeliwują jej z nosa, przez co zaczyna się jeszcze głośniej śmiać. A może płakać? Nie jestem pewna, bo mimo iż się uśmiecha, to z kącików jej oczu wciąż wypływają łzy.
– Przepraszam – wybąkuję, podczas gdy Kenzie wyciera nos rękawem swetra. – Nie miałam na myśli tego, że jesteś stara. Po prostu… Rzecz w tym, że…
– Blake. – Na szczęście przerywa mój żałosny wywód. Inaczej pewnie upokorzyłabym się przed nią jeszcze bardziej. – Powinnaś dostać odznakę najlepszego pocieszyciela – stwierdza, po czym wyswobadza się z moich objęć, sięga po jeden z testów ciążowych i mi go podaje. – Proszę. To twoja odznaka.
Chichoczę, a całe skrępowanie gdzieś ze mnie wyparowuje.
– Dzięki. – Odbieram od niej przedmiot. – Czuję się niesamowicie wyróżniona.
– Powinnaś.
– A tak na serio… – Odkładam plastikową płytkę z powrotem na kafelki, a potem nieświadomie przygryzam opuszkę kciuka.
– Blake, do cholery! – Kenzie wydziera się i trzepie mnie mocno w palce, przez co przestraszona aż podskakuję w miejscu. – Przed chwilą trzymałaś w dłoni test, na który kilka minut temu nasikałam! – uświadamia mi.
Krzywię się, zdegustowana swoim zachowaniem.
– Fuj!
– No, fuj – powtarza po mnie z uśmiechem.
Cóż, przynajmniej ją rozbawiłam.
– Widzisz? – Trącam ją ramieniem w bok. – Nawet teraz zachowujesz się jak zatroskana matka. – Ups, chyba nie powinnam była tego mówić. – Jeju, przepraszam… Nie chciałam, żebyś… Zresztą nieważne. Lepiej będzie, jeśli się zamknę.
Kenzie kręci głową, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę.
– Wcale nie będzie lepiej. – Opiera policzek o moje ramię. – I przestań przepraszać. To nie ty zapomniałaś o wzięciu tabletki antykoncepcyjnej. Ani mnie nie zapłodniłaś.
Jak na zawołanie z salonu docierają odgłosy tego, który to zrobił.
– Ja pierdolę! – krzyczy Devon. – Jeżeli zaraz tego nie wyłączycie, to stracę przytomność. Za dużo wypiłem!
Chłopacy urządzili sobie w salonie seans filmowy. Oglądają jakieś tandetne romansidło z motywem świąt i piją tequilę, gdy tylko poczują się zażenowani. Sądząc po stanie, w jakim obecnie się znajdują, grająca bliźniaczki Vanessa Hudgens niezbyt się tym razem popisała. Trzeźwy pozostaje jedynie Hayden, który rano musi odebrać z Cincinnati swoją dwunastoletnią siostrę. Maisie ma spędzić z nami Boże Narodzenie.
– Mam dość – marudzi Kieran. – Wyłącz to, Cal. Natychmiast!
– Nie – zaprzecza stanowczo mój brat. – No chyba, że mnie ładnie poprosisz… – zmienia ton na uwodzicielski. – W międzyczasie trzymając w ustach mojego kutasa.
– Jeszcze słowo – odgraża się Hayden. – Jeszcze słowo i przysięgam, że obu wam wyjebię. Przekraczacie wszelkie wyznaczone granice!
– Pierdol się – odpyskowuje mój brat. – Ryby i spotykające się z moją młodszą siostrą skurwiele głosu nie mają!
Nigdy wcześniej nie słyszałam, by wszyscy – poza Haydenem oczywiście – aż tak głośno się śmiali. Ich wymiana zdań powoduje, że krzyżujemy z Kenzie znaczące spojrzenia.
– Słyszałaś to? – pyta słabo. – Jestem załamana.
– Dlaczego?
– Naprawdę wyobrażasz sobie tego tam – kiwa głową na drzwi – w roli ojca? I pozostałych chłopaków jako… Nie, kurwa. Nie wypowiem tego.
A ja tak.
– Jako wujków?
Wykrzywia usta w grymasie.
– Przecież oni są niepoważni. Myślą wyłącznie o głupotach!
– Nieprawda.
– Gdy akurat nie znajdują się na lodzie, grają na PlayStation, jakby mieli po dwanaście lat, albo chleją. Devon nie jest gotowy, żeby… Ja zresztą sama nie… Cholera! – Brzmi, jakby znowu miała się rozpłakać. Bierze głęboki wdech i ponownie opiera czoło na zgiętych kolanach, by ukryć przede mną twarz. – Wszystko spierdoliłam.
– Nic nie spierdoliłaś – zapewniam, dotykając pocieszająco jej ramienia.
– Spierdoliłam – upiera się. – Gdybym była uważniej… – przerywa w połowie zdania i odwraca gwałtownie głowę w moją stronę. – Blake!? – wypowiada moje imię przejętym tonem, aż marszczę brwi zdezorientowana.
– Tak?
– Ty… Przeklęłaś!
Och, faktycznie. Pierwszy raz od… W sumie to nie pamiętam od kiedy. Widoczne w oczach Kenzie zszokowanie bawi mnie tak bardzo, że muszę zacisnąć usta, by nie wybuchnąć śmiechem. Odchrząkuję, po czym stwierdzam:
– Cóż, sytuacja tego wymagała.
– Chyba muszę zapisać ten dzień w kalendarzu – chichocze.
– Sądzę, że powinnaś to zrobić – mówię. – Aczkolwiek nie ze względu na wypowiedziane przeze mnie przekleństwo.
Te słowa powodują, że znów poważnieje. A może raczej smutnieje. Zerka niepewnie na znajdujące się przed nami testy ciążowe i mocno przygryza dolną wargę.
– Co z karierą Devona? – Odlicza coś na palcach. – Narodziny dziecka w podobnym czasie, co rozpoczęcie pierwszego sezonu w profesjonalnej lidze hokejowej, nie brzmi jak dobry pomysł. Zwłaszcza jeśli masz ambicje, by w przyszłości awansować do NHL.
– Ale to ty masz urodzić dziecko, nie on – wtrącam swoją kolejną błyskotliwą uwagę.
Kenzie zerka na mnie zaskoczona. Mam ochotę zapaść się pod ziemię.
– W sensie… – zaczynam się natychmiast tłumaczyć. – Chodziło mi o to, że moim zdaniem dziecko wcale nie oznacza końca kariery hokejowej dla Devona. Pewnie nie będzie łatwo, ale… I tak zamierzaliście zamieszkać razem w Indianapolis. – Chowam za ucho wyimaginowany kosmyk włosów, bo czuję, że muszę coś zrobić ze swoimi rękami. – Wiem, że gra w drużynie wiąże się z ciągłymi wyjazdami i mnóstwem czasu spędzonego na lodowisku. A także że pierwszy sezon będzie wymagał od Devona mnóstwo zaangażowania, ale to nie tak, że zostaniesz z wszystkimi problemami sama. Poza nim masz też przecież swoją i jego rodzinę, na pewno uzyskacie od nich wsparcie. No i… – Wzruszam ramionami. – Masz też nas. Twoja przyjaciółka mieszka w Indianapolis, więc miałybyście do siebie blisko. Cal i Kieran również planują przeprowadzić się tam po studiach. Ja… mogłabym czasami wpadać, żeby tobie… żeby wam pomóc, gdybyś chciała. A Hayden…
Są dwie opcje: Hayden albo obejmie stanowisko w firmie swojego ojca tyrana w Cincinnati, albo wyjedzie do innego kraju, żeby spełnić swoje największe marzenie i stanąć w bramce drużyny Toronto Maple Leafs. I choć z oczywistych względów pragnę dla niego tej drugiej opcji, to jednak podpisanie kontraktu z Klonowymi Liśćmi będzie równoznaczne z jego przeniesieniem się do Kanady. Kraj ten na szczęście nie leży na drugim końcu świata, lecz by się tam dostać z Indiany, trzeba spędzić w samolocie co najmniej kilka godzin.
Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam, bo moment ukończenia studiów przez chłopaków i Kenzie wydawał mi się odległy. Teraz z przerażeniem odkrywam, że ich historia z Uniwersytetem Indiana zakończy się za około pięć miesięcy, a gdy wyjadą… zostanę tu sama. Dosłownie. Nie to jednak jest najgorsze, a fakt, że nie wiem, w jaki sposób potoczy się życie Haydena oraz czy zyskam możliwość, by wciąż być jego częścią.
– Blake? – Głos Kenzie przywraca mnie do rzeczywistości.
– Och… – Potrząsam głową, roztargniona. – O czym to ja…
– Mówiłaś o Haydenie i nagle przerwałaś.
– Jestem pewna, że Hayden również będzie chętny do pomocy – przekonuję z wymuszonym uśmiechem na ustach.
– Hayden i opieka nad dzieckiem? – Kenzie nie brzmi na przekonaną.
– Ma świetny kontakt ze swoją młodszą siostrą.
Mój uśmiech z wymuszonego w ułamku sekundy zamienia się w prawdziwy. Wystarcza, że przypominam sobie, jak mocno wzburzyła Haydena wieść o tym, że Maisie spędzi Boże Narodzenie z opiekunką, a nie ze swoją mamą. Podczas tamtej ich rozmowy uświadomiłam sobie, że Hay jest gotów zrobić wszystko, by dzieciństwo jego siostry w niczym nie przypominało tego, którego doświadczył on, i bardzo mi to zaimponowało.
Mój chłopak rzadko mówi o swoich uczuciach. Boi się, że w ten sposób da innym możliwość dostrzeżenia w nim pierwiastka słabości, której na co dzień chorobliwie się wstydzi. Również dlatego stara się ich nie okazywać. Kiedy jednak dowiedział się, że mama Maisie postanowiła porzucić ją na święta, przestał panować nad własnymi emocjami.
Jasne, Hayden był wściekły, ale przede wszystkim też smutny i rozgoryczony. Poza oczywistą złością oraz przejmującym żalem w jego głosie dało się usłyszeć bezsilność, co najmocniej we mnie uderzyło. Gdyby z jakiegoś powodu nie zgodził się na moją propozycję i zamiast przywieźć Maisie do nas, zdecydowałby się spędzić święta wyłącznie z nią w Cincinnati, nie miałabym nic przeciwko temu. Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe, ale za to, że Hay stawia relację ze swoją siostrą na pierwszym miejscu, pokochałam go jeszcze bardziej.
– Dziękuję, Blake. – Kenzie zerka na mnie kątem oka, po czym niepewnie łapie za moją dłoń i ją ściska. – Gdybym miała sama przez to przechodzić, chyba bym oszalała.
– A jeżeli chodzi o twoją karierę… – Czuję się zobowiązana, by wrócić do tematu, bo z jakiegoś powodu odnoszę wrażenie, że Kenzie o wiele bardziej przejmuje się przyszłością Devona niż swoją. A przecież to nie tak, że ona jest w ich związku mniej ważna od niego. – Do czasu porodu… – W reakcji na moje słowa dziewczyna blednie. – Do czasu porodu – powtarzam – na spokojnie zdążysz ukończyć studia. Jeśli wkroczysz na ścieżkę zawodową nieco później od innych, to nic się nie stanie. Jesteś ambitna i pracowita. Kochasz projektować i genialnie ci to wychodzi. Branża kreatywna potrzebuje takich ludzi.
Kenzie daje sobie trochę czasu na przetrawienie tego, co powiedziałam. W międzyczasie naciąga rękawy swojego beżowego swetra tak mocno, że pewnie nigdy nie wrócą one do swojej pierwotnej długości. Kiedy wreszcie znowu na mnie spogląda, na jej twarzy maluje się zmartwienie.
– Nie wyobrażam sobie siebie w roli matki – wyznaje cicho. – Jeszcze niedawno przynajmniej raz w miesiącu musiałam zaliczyć zgon na imprezie, bo inaczej uważałam czas za stracony. Poza tym… nie mam ani jednej cechy dobrej mamy! Jestem strasznie zdezorganizowana i często gubię różne rzeczy. Codziennie muszę sprawdzać, o której kolejnego dnia rozpoczynam zajęcia, bo pomimo stałego planu nie potrafię tego zapamiętać. Lubię długo spać, a z dzieckiem… Przecież niemowlaki ciągle płaczą! Potrzebują nieustannej opieki i stuprocentowej uwagi. Co, jeśli zapomnę go nakarmić? Albo wysiądę z samochodu i zostawię dziecko latem w foteliku na tylnym siedzeniu? Albo… Nie wiem, kurwa. Pojadę do marketu i zgubię wózek w którejś z alejek. Mamy potrafią zajebiście gotować, a ja… Sama widziałaś! Pomyliłam dziś korzeń pietruszki z selerem. Nie nadaję się do tego. Nie chcę przypadkowo otruć własnego dziecka. No i… jestem potwornie leniwa. Czasami przez kilka tygodni z rzędu zamawiamy z Devonem jedzenie na wynos, bo nie chce nam się niczego przygotowywać. Większość wieczorów spędzamy na leżeniu na kanapie przed telewizorem lub na układaniu Jengi. Będziemy… Jezu, będziemy beznadziejnymi rodzicami.
Z jakiegoś niezrozumiałego powodu cały ten jej wywód niesamowicie mnie rozczula.
– Nie będziecie – zapewniam z łagodnym uśmiechem na ustach.
Kenzie marszczy brwi, zdezorientowana.
– Skąd ta pewność?
– Skupiasz się na samych negatywach. – I kto to mówi? – Ja znam ciebie i Devona jako parę niesamowicie ciepłych i empatycznych osób. Zawsze na pierwszym miejscu stawiacie dobro i komfort innych. Troszczycie się nie tylko o siebie nawzajem, ale i o chłopaków, a odkąd pojawiłam się w waszej grupie, również o mnie. – Uśmiecham się szerzej, po czym szybko dodaję: – Przypomnij sobie, jakie nicki Cal ustawił wam na naszym czacie grupowym.
Z jej ust wydobywa się ciche parsknięcie.
– „Mamusia” i „Tatuś”.
– Nie bez powodu tak was nazywają.
Dziewczyna znów daje sobie chwilę na zastanowienie. W tym czasie przygryza żarliwie opuszkę kciuka. Najwyraźniej zapomniała, że sama dotykała testów, na które wcześniej nasikała, ale kim ja jestem, żeby jej to wypominać?
– Chyba musimy stąd wyjść – oznajmia po minucie albo dwóch nieprzerwanego milczenia. – Callum pewnie niedługo zacznie rzygać.
To rzeczywiście może się wydarzyć. Poza jego głosem z salonu nie dociera już żaden inny. Mój brat prowadzi żarliwy monolog na temat oglądanego filmu, a przynajmniej tak mi się wydaje, bo plącze mu się język, przez co trudno zrozumieć wydobywające się z jego ust słowa.
– Możliwe, ale Hayden i tak za żadne skarby go tutaj nie wpuści.
Kenz śmieje się cicho.
– Masz rację. Zapomniałam, że to w głównej mierze przez jego rzygi nikt poza Haydenem nie może korzystać z tej łazienki.
– Ja mogę – wypalam, zanim zdążę się ugryźć w język.
– Serio? – Robi zaskoczoną minę.
– Mhm – potwierdzam cicho.
– Kurde… – Jej brwi wędrują w górę. – W przypadku Haydena propozycja korzystania z jego łazienki to prawie jak oświadczyny.
Chichoczę trochę zawstydzona, a trochę rozbawiona tym stwierdzeniem. Później wstaję i wyciągam dłoń w stronę Kenzie. Ona łapie za nią i również się podnosi.
– Po prostu chciał załatwić sobie darmową pomoc przy sprzątaniu – żartuję.
Hayden tak naprawdę ma gdzieś to, czy w łazience na parterze panuje bałagan.
Przed swoimi przenosinami ogarnęłam tutejszy burdel, a potem przeniosłam z góry kosmetyki i różne dekoracje. Myślałam, że mój chłopak będzie kazał mi się ich pozbyć od razu, gdy je zobaczy, ale on do dzisiaj ich nie zauważył. Serio. Hayden nie zwrócił uwagi na różowy dywanik w kształcie truskawki przy wannie. Nie dostrzegł też mini kuli dyskotekowej powieszonej w kabinie prysznicowej ani zestawu pachnących tropikalnymi owocami świeczek, które rozstawiłam na półce przy wannie. Czasami odnoszę wrażenie, że nie miałby nic przeciwko, gdyby w jego domu znajdowały się tylko dwie rzeczy: łóżko i mikrofala. To pierwsze do spania i świntuszenia, a drugie do odgrzewania w nim swojej paszy (miałam przestać nazywać tak jego posiłki, ale jakoś nie potrafię; będzie musiał mi to wybaczyć).
– Nie chcę wracać do kuchni – oznajmia Kenzie, poprawiając sweter. – Do salonu też nie. Wiem, że chłopacy są pijani, ale… nie potrafiłabym teraz spojrzeć Devonowi w oczy i udawać, że wszystko jest w porządku. Zwłaszcza że w ostatnim tygodniu zaczął się o mnie martwić. Potrzebuję trochę czasu, żeby ochłonąć i uporządkować syf w głowie.
– Nie ma sprawy – mówię od razu. – Możemy pójść do mojego pokoju i kontynuować naszą rozmowę. Albo włączyć jakiś film na laptopie. Albo leżeć na łóżku i wpatrywać się bez celu w sufit – wymieniam jedną propozycję za drugą, w tym samym czasie zbierając leżące na umywalce części opakowań po zużytych testach ciążowych. – Jutro powiemy, że wolałaś zostać na noc w moim pokoju, bo obawiałaś się, że pijany Devon zrzuci cię z łóżka lub coś takiego. Hayden będzie niezadowolony, że musiał spać sam, ale trudno, jakoś to przeżyje.
Ponownie doprowadzam Kenzie do parsknięcia. Kurczę, zważając na to, że obecnie przechodzi przez załamanie nerwowe, to dla mnie dość duże osiągnięcie.
– Nie mów, że będzie o mnie zazdrosny.
– On jest zazdrosny o wszystkich.
– Super. Będę miała go czym wkurzać.
Uśmiecham się, równocześnie wpychając małe, różowe kartoniki na dno zapełnionego kosza. Następnie zerkam na testy zostawione na kafelkach. Kenzie nawet nie patrzy w ich stronę. Zupełnie jakby wolała udawać, że nie istnieją. Albo w ogóle wymazać z pamięci wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minutach jej życia. A może raczej w ciągu kilku tygodni wcześniej. Nie możemy ich jednak przecież tak tutaj zostawić.
Pochylam się i zgarniam testy z podłogi.
– Co mam z nimi zrobić?
Dziewczyna zerka na plastikowe płytki, ale szybko odwraca wzrok.
– Pozbyć się ich – stanowczo odpiera.
Dlatego je także umieszczam na samym dnie kosza.
– Jesteś pewna, że to dobry pomysł, żeby wyrzucić je właśnie tutaj? – zamartwia się.
– Jak dotąd Hayden opróżniał pojemnik dopiero, gdy śmieci zaczynały się z niego wysypywać. Poza tym odkąd zaczęłam korzystać z jego łazienki, to ja jestem osobą w pełni odpowiedzialną za tę czynność. Hay dostał ode mnie zakaz zbliżania się do kosza.
– Co? – Kenzie unosi brwi, zaskoczona. – Dlaczego?
– Ponieważ… –Próbuję wymyślić jakąś wymówkę, ale nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy. Jestem zmuszona więc wyznać prawdę. – Chciałam oszczędzić mu widoku zużytych tamponów i podpasek.
Powiedzieć, że jestem w tym momencie zażenowana, to jak nic nie powiedzieć. Kenzie ewidentnie powstrzymuje się od śmiechu.
– Ach, te początki związków… – wzdycha. – Już prawie zapomniałam, jak to było. Z dwojga złego lepiej znaleźć w koszu na śmieci zużyte przybory higieniczne niż test ciążowy z pozytywnym wynikiem, co nie?
To akurat prawda.
Wydawało mi się, że wypowiedziałam to zdanie w myślach, ale chichot Kenzie uświadamia mi, że wcale tak nie było.
– Przepra…
– Cicho. – Przystawia mi palec wskazujący do ust. – Przysięgam, że jeżeli jeszcze raz przeprosisz mnie za jakąś głupotę, to zrobię ci krzywdę.
Mój instynkt samozachowawczy każe mi przestać igrać z kobietą podminowaną przez ciążowe hormony, a ja natychmiast się mu podporządkowuję.
– To co? – Myję dłonie pod strumieniem ciepłej wody. – Idziemy?
– Najchętniej bym się najebała. Albo upaliła.
Okej, biorąc pod uwagę obecną sytuację, to z jej strony dość mocne oświadczenie.
– Hm, no cóż… – Sięgam po ręcznik. – Szczerze mówiąc, nie sądzę, żeby to był do…
– Oczywiście, że to zły pomysł – wchodzi mi w słowo.
Odruchowo opuszczam spojrzenie na jej brzuch, bo Kenzie położyła na nim rękę. Kiedy po jakiejś sekundzie albo dwóch orientuje się, co zrobiła, od razu ją cofa.
– Będę o nie dbała – mówi niespodziewanie. Widoczne na jej twarzy urocze zagubienie sprawia, że mam ochotę do niej podejść i mocno ją przytulić.
Ciągle jednak stoję nieruchomo, trzymając w dłoniach ręcznik.
– I wiesz co – dodaje po chwili – chyba jednak zatrzymam jeden test. – Kuca przy pojemniku i zaczyna w nim grzebać. – Wydaje mi się, że Devon… Pewnie chciałby go zobaczyć. A jeśli nie będzie chciał, to… nie wiem. – Wzrusza bezradnie ramionami. – Kupię bilet na Hawaje i ucieknę, zanim zdąży powiedzieć: „Jesteś najbardziej nieodpowiedzialną kobietą na tym świecie, Mackenzie Dolly Hendrix”. Może znajdę jakiegoś seksownego surfera, który będzie chętny na wspólne wychowywanie dziecka.
Śmieję się.
– Nie potrzebujesz żadnego surfera. Masz hokeistę.
Dziewczyna wreszcie odnajduje to, czego szukała.
– Tak – oznajmia pewnym tonem, jakby sama próbowała się do tego przekonać. – Mam.
Wstaje i wsuwa test za pas swoich legginsów, by w ten sposób bezpiecznie przenieść go do mojego pokoju, a następnie rusza w kierunku wyjścia.
– Twoje drugie imię to Dolly? – pytam zaciekawiona.
W reakcji na to pytanie odwraca się gwałtownie w moją stronę.
– Jeżeli komukolwiek o tym powiesz…
– Nie powiem. – Unoszę ręce w geście obronnym, bo kiedy tak na mnie patrzy, to trochę się jej boję. W sumie to chyba nawet nie trochę.
– Moja mama kocha Dolly Parton – wzdycha z politowaniem. – Gdyby chłopcy zaczęli do mnie mówić „laleczko”, to chyba bym się zabiła.
– W takim razie witam w klubie beznadziejnych drugich imion. – Pokazuję jej bransoletkę z koralików, którą wciąż noszę na prawym nadgarstku. – Moja mama kocha Dirty Dancing – tłumaczę. – A raczej Patricka Swayze’ego.
– Masz na drugie imię Baby?
W odpowiedzi kiwam głową.
– Widziałam ją wcześniej, ale myślałam, że chodzi o tytuł piosenki Justina.
Chichoczę na wspomnienie rozmowy, którą odbyliśmy z Haydenem, gdy po raz pierwszy pojawił się w moim pokoju i postanowił, że prześpi się na podłodze.
– Hayden też.
– Skąd Hayden zna piosenki Justina?
– Zapytałam go o to samo.
– I co powiedział?
– Że Justin jest Kanadyjczykiem. Oraz że kibicują tej samej drużynie.
– To żadne wytłumaczenie.
– Wiem.
Znów wymieniamy się uśmiechami. Następnie wychodzimy z łazienki tak cicho, jak to możliwe. Nie mamy pojęcia, że za kilka minut pijany Cal wtargnie do środka i wywali śmietnik, a biedny Hayden nie dość, że odnajdzie test z pozytywnym wynikiem na podłodze, to jeszcze przez nagromadzenie różnych dziwnych zdarzeń pomyśli, że to ja go wykonałam.
Ups. Lekki przypał.
Hayden
Tej nocy nie udało mi się zasnąć ani na minutę.
W mojej głowie wirowało tak mnóstwo myśli, aż chciało mi się od tego rzygać, a w dodatku musiałem pilnować Devona, bo bałem się, że przyjaciel naprawdę porzyga się przez zbyt dużą ilość wlanego w siebie alkoholu i udusi przy tym swoimi wymiocinami.
Z doświadczenia wiem, że kiedy Dev jest mocno najebany, to nie reaguje na żadne bodźce. Odkryliśmy ten fakt przypadkiem, gdy na jednej z pierwszych zorganizowanych przez nas domówek zasnął w wannie w trakcie seksu z jakąś przypadkową dziewczyną. Po tym, jak wraz z Callumem i Kieranem udało nam się go odnaleźć, ten pierwszy postanowił wymierzyć naszemu przyjacielowi liścia w twarz, ponieważ sądził, że dzięki temu natychmiast się obudzi. On jednak nawet nie mrugnął. Później, kiedy w trzech wynosiliśmy go z tej jebanej wanny i również pijani wlekliśmy do pokoju na górę, także w żaden sposób nie zareagował. Przytomność odzyskał dopiero następnego dnia, i to w późnych godzinach popołudniowych.
Od tamtego czasu za każdym razem, gdy widziałem Devona w podobnym stanie – co nie zdarzało się zbyt często – starałem się go doglądać. Wczoraj planowałem zostawić przyjaciela na podłodze w salonie, gdzie zasnął, bo wydawało mi się, że przed zapadnięciem w sen nie było z nim aż tak źle, lecz ostatecznie się na to nie zdecydowałem. Może to i lepiej, bo gdybym zamknął się tej nocy w pokoju sam ze swoimi myślami, to prawdopodobnie bym oszalał.
Najpierw odprowadziłem na górę ledwo żywego Calluma oraz Kierana. W drodze powrotnej zatrzymałem się na dłuższą chwilę pod drzwiami sypialni Blake. Silne emocje wciąż we mnie buzowały. Przez dobre kilkadziesiąt sekund zastanawiałem się, czy powinienem wejść do środka i poprosić ją o rozmowę. Ostatecznie tego nie zrobiłem. Po pierwsze dlatego, że perspektywa stawienia czoła mojej domniemanej nowej rzeczywistości za bardzo mnie przeraziła, a po drugie, na szczęście w odpowiednim czasie uświadomiłem sobie, że lepiej będzie, jeżeli najpierw ochłonę. Poza tym Blake zamknęła się w pokoju z Kenzie.
Wiedziałem, że w ostatnim czasie dziewczyny się do siebie zbliżyły. Nie sądziłem jednak, że aż tak bardzo. No bo skoro Blake spędziła większość tego wieczoru z Kenz, a później poszła z nią do siebie, to oznacza, że nasza wspólna przyjaciółka najprawdopodobniej dowiedziała się wszystkiego z pierwszej ręki, podczas gdy ja prawdę odkryłem przez przypadek. To dziwne. Blake nie ma w zwyczaju zwierzać się innym ze swoich prywatnych spraw. A to nie jest przecież jakaś tam zwykła prywatna sprawa. Istnieją dwie opcje: albo Blake zaufała jej na tyle, by się przed nią otworzyć, albo Kenz sama coś wcześniej wywęszyła i zaczęła dopytywać, a Blake pod wpływem naporu jej o wszystkim opowiedziała.
Kiedy w końcu wróciłem do salonu, spędziłem na kanapie kilka godzin w bezruchu. Czułem się jak w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Zacząłem nawet kwestionować, czy tego wieczoru na pewno wypiłem tylko jednego szota. Mało brakowało, bym wpisał w wyszukiwarkę internetową, czy istnieje możliwość najebania się unoszącymi się w powietrzu oparami alkoholu – co przecież brzmi jak kompletny absurd. Kusiło mnie też, żeby wrócić do toalety i sprawdzić, czy znaleziony w śmieciach test ciążowy z pozytywnym wynikiem wciąż się tam znajduje, czy może wcześniej go sobie wymyśliłem, ale nie miałem odwagi, by to zrobić.
Z jednej strony mój mechanizm wyparcia działał na najwyższych obrotach, a z drugiej w mojej głowie zaczęły się pojawiać różne wizje przyszłości, której przebieg stał się dla mnie jeszcze mniej oczywisty. Na samą myśl o furii, w jaką wpadnie mój ojciec, gdy się o wszystkim dowie, żołądek skręcał mi się w supeł. Poza swoim ojcem myślałem także o trenerze Huxleyu oraz o tym, jak bardzo się rozczaruje, kiedy powiem mu, że całe jego starania spełzną na niczym, ponieważ ze względu na okoliczności nie przeniosę się do Kanady, chociażby klub z Toronto chciał mi zapłacić złotem. Próbowałem sobie również wyobrazić, jak bardzo wkurwi się na mnie Callum. Pewnie znowu mnie uderzy, a ja znowu mu na to pozwolę, bo przecież, do cholery, znowu na to zasłużyłem.
Czułem się sfrustrowany, bezradny i zagubiony, a jednocześnie…
Chciałem przytulić Blake. Tak po prostu. Pocałować ją i zapewnić, że wszystko będzie dobrze, że jej nie zostawię, że razem jakoś sobie poradzimy. Pomimo całego tego syfu i mojej dezorientacji wyłącznie to wydawało mi się właściwe.
Próbowałem wyobrazić sobie, co ona może czuć, ale to mnie przerosło. No bo… Ja pierdolę. Co to w ogóle za pojebana sytuacja? Uprawiamy z Blake seks zaledwie od miesiąca. Ona przyjmuje tabletki antykoncepcyjne. Jacyś specjaliści napisali w internecie, że przy stosowaniu tego rodzaju zabezpieczenia ryzyko zajścia w ciążę wynosi mniej niż trzy dziesiąte procenta. I co? Mimo tak niewielkiej szansy to właśnie my wpadliśmy?
Aż w końcu moje myśli podążyły w nieco innych kierunkach.
Może się pomyliłem? Może test, który znalazłem na podłodze w łazience, wcale nie należał do Blake? Może… Może to Callum postanowił zrobić mi beznadziejny żart w zemście za to, że spotykam się z jego siostrą? Testy z pozytywnym wynikiem można bez żadnego wysiłku kupić w sieci. Specjalnie to sprawdziłem. Chore.
Albo… Istnieje jeszcze jedna opcja. Co, jeśli to nie Blake wykonała test, tylko Kenzie? To byłoby dość zabawne, zważając na fakt, jak bardzo Devon jest przewrażliwiony na punkcie zabezpieczania się. A przynajmniej kiedyś był. Gdy jeszcze wszyscy byliśmy singlami, to on – jak na ojca grupy przystało – o wiele za często przypominał nam o konieczności używania prezerwatyw. Nie przekonywał go argument, że nie jesteśmy dziećmi i doskonale wiemy, iż seks bez gumki to nieodpowiedzialna decyzja – nie tylko z powodu ryzyka ciąży, ale też potencjalnych chorób, których każdy z nas z oczywistych względów wolałby uniknąć.
Przeciwko moim nowym teoriom stanęło jednak kilka mocnych faktów.
Po pierwsze, w ciągu ostatnich dwóch dni Blake stała się nieco wycofana. Po drugie, w tym miesiącu nie dostała okresu, choć jak wspominała, bierze tabletki głównie po to, by poprawić jego regularność. Dodatkowo przyłapałem ją w markecie na oglądaniu tych dziwnych przyrządów dla niemowlaków, a ona ewidentnie się przez to speszyła. Może tak naprawdę wróciła do sklepu nie po tę zjebaną gałkę muszkatołową, przez którą wyszedłem przed nią na debila, ale po to, żeby kupić test ciążowy? To by tłumaczyło, dlaczego po powrocie do domu, zamiast od razu zabrać się za rozpakowywanie zakupów, najpierw pobiegła do swojego pokoju. Zwróciłem na to uwagę, bo przed udaniem się na górę nie ściągnęła swoich śmiesznych śniegowców, mimo że wcześniej wyzywała mnie i chłopaków zawsze, gdy przeszliśmy w ośnieżonych butach dalej niż do przedpokoju.
Kiedy wreszcie nastał ranek, mój mózg parował. Byłem tak cholernie zmęczony nocą pełną przemyśleń, że ledwo miałem siłę mrugać. Zwlokłem się obolały z kanapy i sprawdziłem, czy Devon żyje, a później udałem się do swojej sypialni.
W domu wciąż panowała całkowita cisza, z czego wywnioskowałem, że poza mną najprawdopodobniej dalej wszyscy spali. W pokoju przebrałem się szybko w czyste ubrania, a później odszukałem kluczyki od auta i ulotniłem się najprędzej, jak to było możliwe. Tak bardzo bałem się wejść do łazienki, która przez zdarzenia z nocy stała się moją osobistą strefą zero1, że przed wyjściem z domu nie dość, że nie wziąłem prysznica i nie umyłem zębów, to w dodatku nawet się nie wysikałem. Musiałem przez to zatrzymać się na pierwszej stacji benzynowej w drodze do Cincinnati. Przy okazji kupiłem sobie tam dużą puszkę energetyka, za którego wypicie trener pewnie by mnie zabił.
I w ten sposób docieram do momentu, gdy po trzech godzinach samotnej jazdy oraz słuchania muzyki tak głośno, by zagłuszyć własne myśli, podjeżdżam pod należący do mojego ojca apartamentowiec w samym centrum miasta. Zamiast wysiąść z auta, mam ochotę zajebać głową o kierownicę. Albo położyć się spać na tylnej kanapie.
Pomimo iż moja siostra mieszka tutaj z mamą od czasu jej rozwodu z moim ojcem, byłem u nich zaledwie kilka razy. Nie sądzę więc, żeby portier wpuścił mnie na górę bez żadnego problemu. Poza tym nie ustaliłem z Maisie, o której po nią przyjadę, tak że pewnie nie jest jeszcze gotowa. Najważniejsze pytanie to, czy Jade udała się już na swój romantyczny wypad do Aspen. Jeżeli nie, będę musiał zmierzyć się z nią, a nie z opiekunką swojej młodszej siostry. To starcie na pewno będzie trudniejsze, ale przynajmniej dostałbym idealną okazję, żeby wygarnąć tej głupiej kobiecie, co sądzę na temat jej zachowania oraz faktu, że woli spędzić Boże Narodzenie z jakimś fiutem niż ze swoją jedyną córką.
Przed opuszczeniem samochodu ściągam z głowy wełnianą czapkę z logiem Uniwersytetu Indiana i poprawiam palcami fryzurę. Nie przeglądam się w lusterku. Nie muszę tego robić, żeby wiedzieć, co bym w nim zobaczył. Podkrążone oczy i opuchnięte powieki. Są tak ciężkie, że dziwię się, że podczas jazdy ani razu mi same nie opadły. W połączeniu z nieuczesanymi włosami oraz kompletem wygniecionych dresów pewnie o wiele bardziej przypominam bezdomnego niż syna właściciela znajdującego się tuż obok mnie budynku, ale jebać to.
Hol przemierzam pozornie pewnym krokiem. Niestety, zgodnie ze swoimi przewidywaniami, nie umykam uwadze siedzącego za marmurowym kontuarem portiera. Kiedy ubrany w elegancki, bordowy uniform mężczyzna, w wieku około pięćdziesięciu lat, orientuje się, że nie zamierzam się zatrzymać, by udzielić mu informacji odnośnie do swojej wizyty, natychmiast podnosi się z miejsca i rusza w moją stronę. Za moimi plecami pojawia się akurat, gdy naciskam guzik przywołujący windę. Odchrząkuje, więc odwracam się do niego.
– Dzień dobry – wita się uprzejmym tonem. – Nie jest pan tutejszym lokatorem.
– Owszem – odpowiadam mu bez entuzjazmu. – Nie jestem.
– Czyli… został pan wpisany przez któregoś z mieszkańców na listę gości?
– Przyjechałem po siostrę.
– Czy zgłaszała ona któremuś z moich zmienników pana przybycie?
– Nie.
Faceta ewidentnie dezorientuje moje zachowanie. Widzę, że choć nie podoba mu się sposób, w jaki się do niego zwracam, stara się zachować profesjonalizm.
– W takim razie… – Łapie za poły bordowej marynarki i niezręcznie ją poprawia. – Przykro mi, ale nie mogę pana wpuścić, dopóki nie dostanę na to zgody.
– Moja siostra to Maisie McCarthy – uświadamiam go. – Dwanaście lat, jasne włosy, mniej więcej tego wzrostu. – Unoszę dłoń na odpowiednią wysokość. – Poza tym nasz ojciec jest właścicielem tego budynku. Kojarzy pan?
Na czole portiera pojawiają się zmarszczki wyrażające zaskoczenie.
Kiedyś lubiłem być chujem. Teraz też lubię, ale tylko wobec osób, które na to zasłużyły albo zdążyły wyrobić sobie o mnie zdanie, a mi nie zależy, żeby je zmieniać. Ten mężczyzna nie zasłużył, by w wigilijny poranek użerać się z Haydenem McCarthym w jego najgorszym możliwym wydaniu, ale jakoś muszę dostać się na górę. Gdyby zadzwonił teraz do mieszkania Maisie i jej mamy, a Jade odebrałaby telefon, pewnie nie pozwoliłaby mi zobaczyć siostry. Pomimo rozwodu z moim ojcem ta kobieta jest marionetką w jego rękach. Robi wyłącznie to, na co on jej pozwala, zwłaszcza w kwestii wychowania Maisie oraz jej spotkań ze mną.
– Skoro pana siostrą jest Maisie McCarthy… – zaczyna mężczyzna. W międzyczasie dociera do mnie brzdęknięcie zwiastujące przybycie windy. – To oznaczałoby, że pan jest…
– Nazywam się Hayden McCarthy i w tym momencie bardzo mi się spieszy. – Drzwi windy się rozsuwają. – Mogę iść czy woli pan, żebym zadzwonił do pana szefa i poprosił go o zrobienie panu niezbyt przyjemnego prezentu świątecznego? – Nie mam, kurwa, pojęcia, kim jest jego szef. Oczywiście nie posiadam też do niego numeru. Ojciec zatrudnia ludzi odpowiedzialnych za zarządzanie swoimi nieruchomościami, a ja ich nie znam.– Nie chcę się wywyższać, ale skoro w tym budynku mieszka rodzina jego właściciela, to pracownicy chyba powinni umieć rozpoznawać jej członków. A może przedstawić panu swoje prawo jazdy?
Drzwi windy zaczynają się zasuwać. Wyciągam dłoń, żeby je dla siebie przytrzymać, ale mężczyzna mnie uprzedza.
– To nie będzie konieczne. – Tym razem w jego uśmiechu nie dostrzegam szczerości. – Proszę pozdrowić Maisie i życzyć jej ode mnie wesołych świąt. Dzisiaj nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać, a niedługo kończę zmianę.
Musi być porządnym facetem, skoro moja siostra za nim przepada. Tym bardziej szkoda, że musiałem potraktować go jak śmiecia.
– Oczywiście – odpieram z mniejszym zdeterminowaniem niż wcześniej, bo nagle zaczynają mnie dopadać wyrzuty sumienia.
Zastanawiam się, czy także życzyć mu wesołych świąt. Ostatecznie tego nie robię. Przykleił mi już łatkę buca, po co dokładać sobie kolejną z napisem HIPOKRYTA?
Przekraczam więc próg windy i wciskam przycisk odpowiadający właściwemu piętru. Twarzą do drzwi odwracam się dopiero po ich zasunięciu, gdy mam pewność, że moje spojrzenie nie spotka się więcej ze spojrzeniem portiera.
Ciekawe, co pomyślałaby o mnie Blake, gdyby była świadkiem tej rozmowy. Na pewno by się zawstydziła. Współczułaby temu mężczyźnie tego, jak go potraktowałem. Gdybym jej wyjaśnił, dlaczego musiałem zachować się tak, a nie inaczej, z pewnością by mnie zrozumiała, ale to nie wystarczyłoby, żeby przestała się czuć niekomfortowo. A ja nie chciałbym, żeby kiedykolwiek się tak przeze mnie czuła.
Po dotarciu na dwudzieste czwarte piętro od razu udaję się pod właściwe drzwi. Naciskam dzwonek i zaczynam niecierpliwie krążyć w miejscu. Kilkanaście sekund później w progu zjawia się jakaś nieznajoma blondynka. To musi być Lora, opiekunka Maisie. Na pierwszy rzut oka dziewczyna wygląda na młodszą ode mnie. Unosi podbródek, by spojrzeć na moją twarz. W chwili, w której nasze spojrzenia się krzyżują, rozchyla delikatnie usta i zaciska dłoń na klamce, choć prawdopodobnie nie zdaje sobie z tego sprawy.
Okej, dobra. Tyle mi wystarczy. Jeżeli Lora zacznie robić jakiekolwiek problemy, użyję przeciwko niej swojego uroku osobistego i na dziewięćdziesiąt dziewięć procent to zadziała. Poderwałem w przeszłości zbyt wiele dziewczyn, żeby nie umieć rozpoznać, w jaki sposób reagują na mnie te, którym natychmiast wpadam w oko.
Pozwalam dziewczynie jeszcze przez chwilę się na mnie pogapić, po czym przerywam panującą między nami, z sekundy na sekundę coraz bardziej niezręczną, ciszę.
– Cześć. Masz na imię Lora, prawda? – Zanim zdąży odpowiedzieć, bez zaproszenia wchodzę do mieszkania. – Przyjechałem po Maisie.
Opiekunka odsuwa się, zamiast zastawić mi drogę.
– Jade płaci ci za to, żebyś dbała o bezpieczeństwo jej córki i mojej siostry – spoglądam na nią z wyrzutem – więc nie powinnaś tak łatwo wpuszczać do środka obcych.
– Ty… – zdezorientowana marszczy czoło – …jesteś bratem Maisie?
– Właśnie to przed chwilą powiedziałem. – Przekraczam próg salonu.
Wygląda nieco przytulniej niż ten w domu ojca, aczkolwiek wciąż jak ze zdjęcia z jakiegoś katalogu wnętrz. Zdecydowanie zbyt dużą dla dwóch osób przestrzeń wypełniają różne odcienie beżu. Zewnętrzne ściany to w głównej mierze ciągnące się od sufitu aż po samą podłogę okna, ukazujące widok na zaśnieżone Cincinnati. Nie dostrzegam żadnych świątecznych dekoracji poza ustawioną obok telewizora sztuczną choinką. Muszę się jej dłużej przyjrzeć, by upewnić się, czy to w ogóle jest choinka – gałązki zamiast zielonych są białe, a drzewko nie ma ani jednej bombki. Zdobią je wyłącznie jasne lampki. Blake dostałaby zawału, gdyby to zobaczyła. Kenzie zresztą też.
– Gdzie ona jest? – pytam, kierując swoją uwagę z powrotem na opiekunkę.
Dziewczyna zamknęła drzwi. Teraz znajduje się zaledwie kilka kroków ode mnie. Trudno mi cokolwiek wywnioskować z jej wyrazu twarzy. Wygląda na zakłopotaną i zaintrygowaną równocześnie. Jakby nie potrafiła zdecydować, czy stanowię dla niej zagrożenie, czy szansę na spędzenie świąt w nieco przyjemniejszych okolicznościach, niż zakładała.
– W swoim pokoju – odpowiada, po czym niepewnie dodaje: – Jade nie wspominała, że ktoś nas dzisiaj odwiedzi.
– Jade nie wie o mojej wizycie – uświadamiam ją. – A ja nie przyjechałem, żeby odwiedzić Mais, tylko żeby ją stąd zabrać.
Na twarzy blondynki pojawia się wyrażający zaskoczenie grymas.
– Co? Jak to?
– Spędzi święta ze mną oraz moimi przyjaciółmi w Bloomington – informuję, jakby nie było w tym nic dziwnego. – To miasteczko uniwersyteckie. Studiuję na UI.
Opiekunka śmieje się nerwowo.
– Nie sądzę, żebym tak po prostu mogła się na to zgodzić – oznajmia po chwili. To chyba pierwsze sensowne zdanie, jakie wyszło z jej ust. – Nawet nie wiem, czy rzeczywiście jesteś jej bratem. Nigdy wcześniej…
– Hayden jest moim bratem! – Niespodziewanie z korytarza dociera do nas głos Maisie.
Dziewczynka wbiega do salonu zaledwie kilka sekund później. Jest ubrana w czerwoną piżamę w jakieś świąteczne wzory. Jej włosy są potargane, po czym wnioskuję, że tak jak przeczuwałem, niedawno się obudziła.
– Oszalałeś?! – Siostra wtula się mocno w mój bok, a ja natychmiast odwzajemniam jej uścisk. – Co tu robisz o tak wczesnej porze?!
Prycham.
– A może jakieś: „Dzień dobry, braciszku”?
Maisie odsuwa się, żeby zerknąć na moją twarz.
– Nie chcę cię martwić, braciszku – wykrzywia usta w grymasie – ale wyglądasz, jakbyś nie spał od tygodnia. Albo dwóch.
Aha?
– Ty za to wyglądasz, jakby ktoś ci ukradł grzebień. – Czochram jej włosy tak, jak lubię to robić.
– Wcale nie! – wykrzykuje i odpycha od siebie moją rękę.
– Już Hagrid z Harry’ego Pottera miał lepszą fryzurę od ciebie.
– Pff! – Próbuje rozplątać kosmyki palcami.
– Przyjechałem tak wcześnie, bo w domu czeka na ciebie mnóstwo pracy – mówię, w reakcji na co jej dłoń nieruchomieje.
– Jakiej niby pracy? – pyta zdziwiona.
– Blake specjalnie zaczekała na ciebie z pieczeniem i dekorowaniem pierniczków.
– Naprawdę?
– Mhm.
– To super! – Klaszcze w dłonie, szybko zapominając o swoich potarganych włosach. – W takim razie lecę się przebrać, a ty tutaj zaczekaj. Spakowałam się już wczoraj w tajemnicy przed mamą, więc wystarczy, że zapnę torbę i będę gotowa.
– Zaraz po nią przyjdę.
– Nie musisz, nie jest aż taka ciężka. Sama ją zabiorę.
– Ja to zrobię – upieram się.
W międzyczasie dostrzegam w kącikach ust siostry coś brązowego. Mrużę podejrzliwie oczy i pochylam się, żeby przyjrzeć się temu bliżej.
– Znowu jadłaś czekoladę przed snem?
Maisie przeciera usta wierzchem dłoni.
– Co w tym złego?
– Nic, ale mogłabyś chociaż zatrzeć ślady.
– Mama pożegnała się ze mną wczoraj, żeby dziś mnie nie budzić, więc nie miałam przed kim zacierać śladów.
Serio? Odruchowo zaciskam szczękę. Na język cisną mi się różne przekleństwa. Muszę wziąć głębszy oddech, żeby się uspokoić i nie zwyzywać Jade w towarzystwie siostry.
– Idź do siebie, a ja porozmawiam w tym czasie z Lorą – zwracam się do niej.
Maisie przeskakuje wzrokiem ode mnie do swojej opiekunki. Dziewczyna wpatruje się w nas z miną pod tytułem: kompletnie nie ogarniam, co tu się dzieje.
– Ona ma na imię Lory – przypomina mi Maisie. – Przecież już ci mówiłam.
Lora, Lory – jeden chuj.
– Dobra – wzdycham. – W takim razie idź do swojego pokoju, a ja porozmawiam w tym czasie z Lory, ponieważ jeżeli tego nie zrobię, to najprawdopodobniej w ciągu kilku kolejnych minut zadzwoni na policję i zgłosi próbę twojego uprowadzenia.
– Jakiego uprowadzenia?
– Trochę nie rozumiem, o co tutaj chodzi – wtrąca nerwowo Lory. – Jade wynajęła mnie, żebym opiekowała się Maisie aż do sylwestra.
Ta suka zamierza grzać dupę w jacuzzi aż do sylwestra?
– No to mam dla ciebie dobrą informację.
– A nawet bardzo dobrą! – dodaje moja siostra, wyraźnie podekscytowana.
– Idź już – zwracam się do niej ponownie.
Dziewczynka unosi brwi, oburzona.
– Nie rozkazuj mi!
Zazwyczaj ganię ją za pyskowanie. W tej sytuacji jednak tego nie robię. Wolę, żeby mi się stawiała, niż łatwo podporządkowywała. Jeśli robi to już teraz, to znaczy, że w przyszłości, gdy jakiś dupek będzie próbował ją ustawić pod siebie, prawdopodobnie też nie da się łatwo złamać.
– Idź już, proszę.
– No… – Maisie puszcza do mnie oczko. – Tak o wiele lepiej – dodaje, a później odwraca się i szybkim krokiem udaje się w stronę swojego pokoju.
– Okej, a więc – znów koncentruję się na opiekunce – spędzisz Boże Narodzenie z rodziną. Ile Jade miała ci zapłacić za cały tydzień?
– Ile… – Potrząsa głową, jakby mi nie wierzyła. – Co?
– Nie chcę, żebyś była stratna. Przeleję ci całość. Za nic – informuję, na co źrenice jej oczu znacznie się rozszerzają. – Wydaje mi się, że to całkiem korzystny układ.
Przez sekundę myślę, że się zgodzi. Mruga najpierw raz, a później drugi. Chyba dzięki temu wybudza się z transu i znowu zaczyna racjonalnie myśleć.
– Nie pozwolę jej stąd wyjść – oznajmia zdecydowanie. – Nie mogę.
– Kiedy niby pytałem cię o pozwolenie?
– Co ty sobie myślisz?! – podnosi głos, najwyraźniej coraz bardziej sfrustrowana moim najściem. – Jestem za nią odpowiedzialna!
Już mam coś powiedzieć, ale… No cóż. W mojej głowie ponownie pojawia się Blake. Myślę o tym, jak opowiadała mi, że w zeszłe wakacje pracowała jako opiekunka. To od dziewczynki, którą się zajmowała, dostała bransoletkę z koralików ze swoim drugim imieniem, ciągle nosi ją na prawym nadgarstku. Gdy myślę sobie, że ktoś mógłby potraktować ją tak, jak ja potraktowałem Lory, od razu się denerwuję. Może więc nie tędy droga?
– Słuchaj, Lory – odzywam się do niej tym razem o wiele mniej ofensywnym tonem. – Maisie to moja przyrodnia siostra. Mamy wspólnego ojca, który… raczej nie stanowi przykładu idealnego rodzica. Jak dotąd sądziłem, że jej matka, w skali od jednego do dziesięciu, jest beznadziejna maksymalnie na siódemkę, ale kilka dni temu podczas rozmowy telefonicznej z Mais dowiedziałem się od niej, że Jade wyjeżdża ze swoim nowym chłopakiem na święta do Aspen, przez co automatycznie awansowała na dziesiątkę. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Maisie zdawała się nie dostrzegać w jej zachowaniu niczego złego. Zamiast robić wyrzuty swojej mamie, szukała pozytywów w tej pojebanej sytuacji. Cieszyła się, że spędzi czas z tobą, bo podobno jesteś fajna i pożyczasz jej swój telefon, gdy chce przejrzeć TikToka.
Dziewczyna otwiera usta, żeby coś powiedzieć. Najprawdopodobniej się usprawiedliwić.
– Nie mam nic przeciwko temu – uspokajam ją. – Skoro moja siostra cię lubi, to pewnie rzeczywiście jesteś spoko. Tak że przepraszam za swoje chujowe zachowanie. Nie powinienem był zwracać się do ciebie w ten sposób, ale jestem wkurwiony na to wszystko i trudno mi się opanować. Maisie zasłużyła, by spędzić święta w rodzinnej atmosferze, dlatego razem z moją dziewczyną i przyjaciółmi postanowiliśmy się nią zaopiekować. – Sięgam do kieszeni po telefon, odblokowuję go i odwracam ekran w stronę Lory. – To moja dziewczyna, Blake. – Na tapecie wciąż mam ustawione zdjęcie przedstawiające ją w mojej drużynowej bluzie oraz parkanach. – Nie wymyśliłem jej sobie, żeby cię do siebie przekonać czy coś takiego. Zaraz zadzwonię do Jade i o wszystkim jej powiem, więc nie będziesz musiała się nią przejmować. Czy to jest dla ciebie w porządku?
Opiekunka potrzebuje dłuższej chwili, by przyswoić moje słowa.
– Tak, ja… – Odchrząkuje. – Myślę, że możemy tak zrobić.
Bez słowa wchodzę w listę kontaktów i szukam na niej imienia swojej byłej macochy.
Jade odbiera po zaledwie jednym sygnale. Nic w tym dziwnego, skoro telefon stanowi nienaturalne przedłużenie jej ręki.
– Hayden? – pyta, ewidentnie zaskoczona, nie siląc się na przywitanie. – Zadzwoniłeś, żeby życzyć mi wesołych świąt?
– Zadzwoniłem, żeby ci powiedzieć, że jesteś wyrachowaną suką.
Słyszę, jak kobieta gwałtownie wciąga powietrze.
Od zawsze byłem dla niej niemiły, ale nigdy nie wyrażałem swojej niechęci do niej w aż tak bezpośredni sposób. Teraz dała mi powód, żeby to zrobić.
– Co ty właśnie…
– Przecież słyszałaś.
– Jesteś pijany?
Moja klatka piersiowa unosi się od stłumionego parsknięcia.
– Jestem w stu procentach trzeźwy. Opiekunka, którą wynajęłaś na czas świąt dla Maisie, może ci to potwierdzić. – Odruchowo zerkam na dziewczynę. Jest blada jak ściana.
– Twój ojciec wie, że przebywasz w moim domu?
– Przestań o mnie mówić, jakbym był jakimś zbiegiem –prycham. – Ojciec nie wie, że tu jestem, ale, jak sądzę, nie ma też pojęcia o tym, że ciebie tutaj nie ma. Może więc powinienem do niego zadzwonić i mu o tym powiedzieć?
– Nie waż się!
– Jak mogłaś zostawić ją samą?
– Nie zostawiłam jej samej! – wyrzuca. Do moich uszu dociera dźwięk komunikatów wygłaszanych przez głośniki na lotnisku. – Maisie spędzi ten tydzień z Lory. Ona… lubi ją.
– Wiesz co? – Kręcę głową, rozczarowany jeszcze bardziej niż przed wykonaniem tego telefonu. – Nie mam ochoty dłużej dyskutować z kimś, kto woli ruchać się w luksusowym kurorcie z jakimś przypadkowym, młodszym od siebie, pseudomodelem z Instagrama, zamiast spędzić święta z jedyną córką!
Wystarczyło przejrzeć kilka ostatnich postów na jej koncie, żeby wszystkiego się dowiedzieć. Ta durna baba ani trochę nie szanuje swojej prywatności i udostępnia w internecie o wiele więcej, niż chciałbym zobaczyć.
– Ty… – zaczyna, lecz nie pozwalam jej dokończyć.
– Zadzwoniłem tylko po to, by powiedzieć ci, że zabieram Maisie do siebie. Zapłacę Lory za cały tydzień, żeby nie była stratna, a ty nie zrobisz jej z tego powodu żadnych problemów.
– Nie zgadzam się.
– Gówno mnie to obchodzi. Maisie się zgadza. I to jest dla mnie najważniejsze.
Bierze głośny wdech. Oczami wyobraźni widzę, jak para uchodzi jej z uszu.
– Co ty w ogóle robisz w wigilię w Cincinnati?!
– Przyjechałem złożyć swojej młodszej siostrze życzenia świąteczne.
Specjalnie nie wspominam o tym, że o jej planach wiedziałem już wcześniej. Nie chcę, by domyśliła się, że co jakiś czas Mais podkrada jej telefon.
– Jesteś bezczelny i niewychowany.
Ten zarzut nie robi na mnie najmniejszego wrażenia.
– Może i jestem bezczelny, ale o wychowaniu najwyraźniej wiem więcej od ciebie.
– Twój ojciec miał rację, gdy…
– Się z tobą rozwodził – dokańczam za nią, choć jestem ciekaw, co zamierzała powiedzieć. – To na pewno. A teraz muszę kończyć. Maisie w każdej chwili może do nas wrócić, a nie chcę, by słyszała tę rozmowę. Wyślę ci SMS-em swój adres, żebyś wiedziała, gdzie przebywa twoje dziecko. Lepiej nie rób niczego głupiego.
Urywam połączenie, zanim kobieta zdąży cokolwiek dodać. Wkładam telefon z powrotem do kieszeni, a potem zerkam na Lory.
– W sumie to… – Wzrusza ramionami. – W sumie to zasłużyła. – Kąciki jej ust drżą. Zupełnie, jakby powstrzymywała się od uśmiechu.
– Ta… – przyznaję cicho i opuszczam wzrok na swoje stopy. – Zasłużyła.
Nie ma w tym nic zabawnego. Cała ta sytuacja jest raczej… smutna. Przynajmniej do momentu, kiedy na korytarzu niespodziewanie pojawia się jakiś mały, jaskrawozielony stwór. Co, do kurwy?
Potrzebuję kilku zbyt długich sekund, by uświadomić sobie, że to Maisie.
Moja siostra przebrała się w strój Grincha.
Hayden
– Co ty masz na sobie? – pytam, wpatrując się w siostrę z niedowierzaniem.
Jej strój jest jednoczęściowy. Na stopy włożyła futrzane kapcie, a na dłonie rękawiczki z wydłużonymi, charakterystycznymi dla Grincha palcami. Włosy schowała pod jasnozielony, przylegający do głowy kaptur, na którego przodzie, kilka centymetrów ponad czołem, naszyto przerażające żółte oczy. Dzięki Bogu jej twarzy nie zasłania żadna ohydna maska.
– Przebrałam się za ciebie – oświadcza zadowolona i obraca się wokół własnej osi, żeby zaprezentować nam swój kostium w pełnej okazałości. – Nie podoba ci się?
– Nie – odpieram stanowczo, a do moich uszu dociera głośne parsknięcie opiekunki.
– Dlaczego? – Maisie udaje urażoną.
– Ponieważ… – Nie wiem, co powiedzieć. Moja dwunastoletnia siostra przebrała się za Grincha. Na taką sytuację nie można się przygotować. – Gdy rozmawialiśmy przez telefon, powiedziałaś, że masz zamiar się „wyszykować” – przypominam jej. – Myślałem, że miałaś na myśli jakąś nową sukienkę albo świąteczny sweter, a nie…
– Tak będzie o wiele zabawniej.
Jej radosny uśmiech wystarcza, żebym zmięknął.
– Aha. – Krzyżuję ręce na piersiach. – Czyli po prostu chcesz mi narobić wstydu przed Blake i pozostałymi?
– Ty narobiłeś mi wstydu przed Lory, więc będziemy kwita.
Dziewczyny wymieniają ze sobą porozumiewawcze spojrzenia, a ja wzdycham ciężko i pocieram skronie palcami. Nie potrafię stwierdzić, czy jestem w tym momencie bardziej przytłoczony zachowaniem siostry, czy nim zażenowany.
– Czyli jesteś już gotowa? – pytam, ponieważ uznaję, że dalsza dyskusja z nią nie ma żadnego sensu. – Mogę iść po twoją torbę?
– Mhm.
– Załóż w tym czasie buty. – Ruszam w stronę jej pokoju.
– Nie mogę włożyć butów.
Zatrzymuję się i odwracam do niej.
