End of the Road - A.P. Mist - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

End of the Road ebook i audiobook

Mist A.P.

4,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

693 osoby interesują się tą książką

Opis

W górskim miasteczku Hideout życie toczy się swoim powolnym rytmem. Dla jednych stanowi bezpieczną przystań, a dla innych przystanek w drodze do hałaśliwego kurortu górskiego.

Dla Aradii z kolei jest miejscem, w którym zrodziły się jej najlepsze, dziecięce wspomnienia. Dziewczyna po skończeniu studiów postanawia pojechać do dziadka, by znów poczuć klimat, do którego tęskniła przez lata spędzone w wielkim mieście.

Planuje spędzić u niego rok, po czym zadecyduje, jaką drogę życiową wybrać. W tym czasie ma pomóc mu w małym sklepie budowlanym. Wszystko wydaje się proste do momentu, gdy dziadek prosi ją, by zawiozła paczkę z narzędziami do domu na końcu leśnej drogi.

 

Logan Shaw mieszka w Hideout od zawsze. Poza kilkuletnią przerwą, kiedy nikt nie wiedział, co stało się z młodym chłopakiem.

Z biegiem lat oraz życiowych dramatów z uśmiechniętego i życzliwego nastolatka stał się mrukliwym i nieprzyjaznym mężczyzną. Choć cała żeńska część miasteczka wzdycha na jego widok, ten pozostaje obojętny na zaloty miejscowych kobiet.

Mieszka z dala od zgiełku, a jego życie wydaje się poukładane, stabilne i spokojne. Wszystko jednak się zmieni, gdy w progu jego domu stanie młoda dziewczyna z wielką skrzynią z narzędziami.

 

Ta historia wzruszy cię do łez!

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 361

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 24 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Bartosz GłogowskiAgata Bieńkowska

Oceny
4,6 (9 ocen)
6
2
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
arletatatarek

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna , przepiękna historia 😭😍 Mistowa pisze cudowne książki albo płaczesz albo się wkurzasz ! Tà wycisnęła ze mnie ogrom łez 🥹 I na pewno będę do niej wracać ♥️
30
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Ale fajny klimacik 💚
30
Irka0

Nie oderwiesz się od lektury

Książki A.P.. Mist są rewelacyjne . Polecam
20
Marleneczka

Dobrze spędzony czas

dobrze spedzony czas
20
patgob

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! Przeczytana w jeden wieczór.
20



Dla tych, którzy szukają swojej drogi

Prolog

Aradia

Krople krwi wymieszane ze łzami skapywały do umywalki. Jeszcze nigdy nie doświadczyłam takiego upokorzenia i zranienia. Czy to oznaczało, że dotąd żyłam w bańce, którą sama sobie stworzyłam? Czy byłam aż tak naiwna, myśląc, że wszystko, co mnie otacza, co zbudowałam, jest stałe i dane mi na zawsze? Tak, z pewnością byłam. Zaślepiona, głupia gęś, która wierzy w wymarłe wartości. Nie ma czegoś takiego jak wierność i oddanie…

– Aradio, skarbie, wszystko w porządku? – Usłyszałam zza drzwi zatroskany głos mamy. – Za piętnaście minut musimy wyjeżdżać. Chyba nie chcesz się spóźnić na rozdanie dyplomów?

– To tylko formalność – wymamrotałam.

– Ale jakże przyjemna i uroczysta – nie odpuszczała. – Co się dzieje?

Niechętnie otworzyłam drzwi od łazienki, a kiedy mama zobaczyła mnie z przyciśniętym do twarzy papierem toaletowym, zrobiła zatroskaną minę.

– Denerwujesz się – skwitowała, a ja nie chciałam jej tłumaczyć, że to nie rozdanie dyplomów wywołało u mnie krwotok z nosa. – Ostatni raz taka sytuacja się zdarzyła, kiedy wyprowadziliśmy się z Hideout – dodała.

– Krwawiłam z nosa? – zdziwiłam się.

– Wpadłaś w tak potężną histerię, że popękały ci naczynia krwionośne w nosie i w oczach – wspominała. – Pochyl się, kochanie – poleciła, a kiedy to zrobiłam, zmoczyła ręcznik i położyła go na moim karku.

– Nie chciałam się stamtąd wynosić – burknęłam.

– Miałaś trzynaście lat, życie w mieście bardziej ci służyło. Właśnie skończyłaś studia z wyróżnieniem – zaświergotała.

– Mamo, Hideout nie jest na końcu świata, a w Salt Lake City też jest uniwersytet – zaczęłam dyskusję, bo nie wiedzieć dlaczego, poczułam ten sam żal, co dziesięć lat wcześniej. – A wy wybraliście sobie Chicago, jakbyśmy nie mogli zamieszkać gdzieś bliżej.

– Dobrze wiesz, że tata dostał tu świetną posadę. Bylibyśmy nierozsądni, gdybyśmy z tego nie skorzystali. W Hideout żadne z nas nie miało takich perspektyw – upierała się.

Zawsze w ten sposób tłumaczyła nasz nagły wyjazd. Nie zdawała sobie sprawy, że znam prawdę…

Hideout. Nie byłam tam od lat. Odkąd tylko rozpoczęłam studia, nie odwiedziłam dziadka ani razu. W liceum jeszcze upierałam się na wakacje tam, na co tata zawsze się krzywił. Z biegiem lat zaczynałam się odsuwać od miejsca, które było dla mnie rajem, nie latałam do dziadka, a rodzicom było to na rękę. Dzwoniłam do niego codziennie, ale to nie było to samo.

– Polecę tam – zadecydowałam i przetarłam twarz, a później obmyłam ją zimną wodą.

– Gdzie? – zdziwiła się mama.

– Do dziadka.

Przybrała nieodgadniony wyraz twarzy i westchnęła. Nawet po tylu latach nie potrafiła przyswoić, że to górskie miasteczko zawsze będę wspominać najlepiej. Miałam w nosie luksusy, pieniądze i wielkie miasto, a teraz poczucie tęsknoty uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą.

– Isaac pojedzie z tobą? To mogłaby być dla was ciekawa podróż. Poznałby twoje korzenie…

– Isaac ze mną zerwał – przerwałam jej. – Przed godziną.

– C-co? – pisnęła zaskoczona.

Uwielbiała tego drania. Zdobył serca całej mojej rodziny, był wygadany, pewny siebie i… świetnie kłamał…

– Zerwał ze mną – powtórzyłam. – Przez wiadomość. Nie miał nawet odwagi spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, że już nie jestem mu potrzebna.

Zacisnęła usta w wąską kreskę i pokręciła głową.

– Przydadzą ci się wakacje – skwitowała. – Kilka tygodni w zacofanej dziczy…

– Pojadę na rok – rzuciłam, zaskakując tym nawet siebie.

– Oszalałaś? Dziadek jest już stary, prowadzi sklep, a ty nie jesteś już małą dziewczynką, którą będzie trzymał na kolanach i zabawiał.

– Dziadek się zgodzi. Mam pieniądze, pracowałam przez całe studia, więc nie będzie mnie przecież utrzymywał. Pomogę mu w sklepie.

W mojej głowie tworzył się plan, o którym wcześniej nawet przez chwilę nie myślałam. Czułam jednak, że to dobra decyzja.

Nie, ja nie uciekałam.

Ja wracałam tam, gdzie zostawiłam swoje serce. Tam, gdzie rozpoczęła się moja droga życiowa. Czułam, że właśnie w tym miejscu osiągnę spokój, będę wiedziała, którą ścieżkę wybrać i jak pokierować swoim życiem.

Rozdział 1

Aradia

Cztery miesiące później…

Kiedy byłam małą dziewczynką, babcia mówiła, że dla spokoju ducha należy mieć coś swojego. Choćby jedną, drobną tajemnicę, której nie zdradzi się ani przyjaciółce, ani ukochanemu, ani nikomu innemu na świecie. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co ma na myśli, lecz teraz jej słowa nabierały sensu.

Hideout może nie było tajemnicą, ale gdy dzieliło mnie od niego czterdzieści minut drogi, nareszcie zaczynałam czuć, że mam coś swojego. Jakbym odzyskała wolność, nie wiedząc, że wcześniej byłam uwięziona. W Utah nawet powietrze zdawało się inne. Lżejsze, kojące, wypełniające pierś po brzegi.

Do rozpoczęcia sezonu zimowego zostały dwa miesiące, więc lotnisko nie było jeszcze przepełnione. Dzięki temu sprawnie przeszłam kontrolę bezpieczeństwa i odebrałam bagaż z taśmy.

Zaplanowanie podróży i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik zajęło trochę czasu. Dodatkowo spowalniał mnie ciągły sprzeciw rodziców. Na każdym kroku pokazywali swoje niezadowolenie, próbowali mnie zatrzymać i na wszelkie sposoby przekonać, abym nie wracała do Hideout. Uważali, że mój pomysł, by zaszyć się na końcu świata, jest absurdalny i nieodpowiedzialny.

Całkowicie zapomnieli, że mieszkając tam, byliśmy naprawdę szczęśliwi. Ja, choć minęło dziesięć lat, doskonale to pamiętałam. A później, tuż po śmierci babci, doszło do jakiejś awantury i rodzice podjęli impulsywną decyzję o wyprowadzce i całkowitym odcięciu się od dziadka i przeszłości.

Nigdy nie rozmawiałam z nimi na ten temat, bo żyli w myśl zasady, że dzieci nie mają prawa głosu. I choć miałam już dwadzieścia trzy lata, wciąż traktowali mnie jak smarkulę. Każda próba poruszenia tej kwestii spełzała na niczym.

Ciągnęłam ogromne walizki w stronę wyjścia, przy którym miał na mnie czekać dziadek.

Kiedy automatyczne drzwi się otworzyły, uderzył we mnie przyjemny podmuch wrześniowego wiatru. Stanęłam na chodniku i rozejrzałam się w poszukiwaniu starego pickupa.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, przede mną stanął nowy, czarny SUV. Kiedy wysiadł z niego mój ukochany dziadek, trzymając w dłoni bukiet kwiatów, szczęka opadła mi do samej ziemi.

– Jesteś, mój skowronku – wychrypiał i rozpostarł ramiona, a ja natychmiast zostawiłam walizki i rzuciłam się w jego objęcia.

Gardło ścisnęło mi się ze wzruszenia, bo właśnie w tej chwili uzmysłowiłam sobie potęgę swojej tęsknoty. Nie widziałam dziadka pięć lat i żadne rozmowy nie były w stanie zastąpić jego silnych ramion.

– Tak się cieszę… – wydusiłam.

– Tylko się nie rozklejaj. – Zaśmiał się i wypuścił mnie z objęć, po czym wręczył mi kluczyki od auta oraz piękne kwiaty. – Ty prowadzisz.

– C-co? – zająknęłam się.

– Jesteś już dorosła. Skończyłaś studia. Masz prawo jazdy – wymieniał. – A to – poklepał bok samochodu – jest prezent z okazji uzyskania dyplomu – dodał i puścił mi oko.

– Żartujesz? – zapiszczałam. – Nie mogę tego przyjąć!

– Taka była wola babci, a ja nawet po jej śmierci nie śmiałbym się jej sprzeciwić – odparł i pochylił się do moich walizek. – Tobie też nie radzę – rzucił, patrząc na mnie ciepło.

Popatrzyłam na niego, a potem na pilot spoczywający w mojej dłoni i znów na niego. Nie do końca rozumiałam, co się dzieje. Babcia nie żyła ponad dziesięć lat, skąd więc pomysł, że tego właśnie chciała? Samochód? Na zakończenie studiów?

– Sprzedałeś sklep? Dom? – zapytałam i podeszłam bliżej, żeby wziąć mój bagaż.

Pomimo swojego wieku dziadek wciąż był silny i w pełni sprawny, ale nie chciałam, żeby robił cokolwiek za mnie.

– Nie. Dlaczego?

– Skąd wziąłeś na to pieniądze? – Wskazałam na samochód. – Musiał kosztować majątek.

– Miałem oszczędności. Porozmawiamy na miejscu, sklep czeka, mam dziś dostawę – wymamrotał i machnął ręką, żebym się ruszyła. – Wyrosłaś na piękną kobietę, kawalerzy będą wystawać pod drzwiami.

Otworzył bagażnik, po czym wrzucił do niego walizki, jakby nic nie ważyły.

– Kawalerzy są ostatnim, po co tu przyjechałam – odparłam i wciąż niepewnie podeszłam do drzwi od strony kierowcy.

Jeśli to, co mówił dziadek, było prawdą, to miałam zostać właścicielką lepszego wozu niż ten, który mieli moi rodzice.

Dziadek zajął miejsce pasażera i z ramionami założonymi na piersi czekał, aż i ja wsiądę. Westchnęłam i spojrzałam w czyste niebo, jakbym szukała tam jakichś wyjaśnień, po czym usadowiłam się za kierownicą i sprawnie uruchomiłam wóz.

– Zapnij pas – poprosiłam.

– Jesteś piratem drogowym? – Zaśmiał się, ale spełnił moją prośbę.

Ruszyłam w stronę wyjazdu z parkingu, bo choć nie byłam tu od liceum, zawsze bacznie obserwowałam trasę, którą pokonywaliśmy, kiedy dziadek odbierał mnie z lotniska.

– Może teraz mi powiesz, skąd pomysł, żeby kupować mi samochód? – zapytałam, kiedy wydostaliśmy się z labiryntu i wyjechaliśmy na drogę prowadzącą na przedmieścia, a później do Hideout.

– Przyda ci się.

– I tyle? – nie odpuszczałam.

– Babcia wyraźnie powiedziała, a później również zapisała konkretne instrukcje, których póki żyję będę się trzymał – wygłosił i spojrzał na mnie z uwagą.

Dziadek był postawnym mężczyzną, żeby nie powiedzieć: potężnym, co w genach przekazał mojemu tacie. Miał siedemdziesiąt dwa lata, ale ani myślał o emeryturze i odpoczynku. Zawsze mówił, że będzie prowadził sklep do śmierci, a później żartował, że ja odziedziczę cały ich majątek i również zajmę się sprzedażą narzędzi.

– Zamieszkasz nad sklepem – odezwał się ponownie. – Jest jeszcze kilka rzeczy do naprawienia, ale nasza złota rączka zajmie się tym w przeciągu tygodnia.

– Nad sklepem? – zdziwiłam się. – Myślałam, że…

– Jesteś dorosła, nie będę cię niańczył i pilnował – przerwał mi. – Potrzebujesz swobody, a nie starca nad głową.

Tym również mnie zaskoczył.

Pamiętałam, że opowiadał, jak poznali się z babcią, która mieszkała nad sklepem. Dziadek był mieszczuchem, który przyjechał zwiedzać Utah, a Hideout było wyłącznie przystankiem na jego trasie. Ostatecznie rzucił wszystko i został, a oni stali się wzorem prawdziwej miłości.

Później wybudowali dom na działce nieopodal i pojawił się mój tata. Z kolei kiedy on poznał moją mamę, podczas wypadu na narty do Salt Lake City, ona postanowiła zostać tu dla niego. Przedziwne zjawisko, ponieważ zawsze jedno poświęcało całe swoje dotychczasowe życie, by osiąść w Hideout i założyć rodzinę.

Pobrali się, kiedy mama zaszła w ciążę. Nigdy nie ukrywali, że nie byłam do końca planowana i moje pojawienie się było dla nich zaskoczeniem. Mnie nie było dane kontynuować tej osobliwej tradycji. Już nie mieszkałam w tym miejscu, więc nie czekała mnie żadna romantyczna historia – żaden mieszczuch nie rzuci wszystkiego z miłości do mnie i nie zostanie tutaj.

To ja byłam mieszczuchem szukającym swojej drogi…

– Dziadku?

– Tak, mój piękny skowronku?

– Dlaczego przed dziesięcioma laty się wyprowadziliśmy? – zadałam pytanie, na które nikt nie udzielił mi jednoznacznej odpowiedzi. – Tylko nie mów, że ze względu na pracę taty – uprzedziłam.

Dziadek westchnął ciężko i pokręcił głową.

– Twoja mama inaczej wyobrażała sobie życie w Hideout. A kiedy zmarła babcia, również spodziewała się czegoś innego niż to, co… Po prostu się pokłóciliśmy.

– Wiem, że nasz wyjazd poprzedziła awantura, ale chcę znać powód – dociekałam.

– To stare dzieje, dziecko. – Machnął ręką i się uśmiechnął.

Wiedziałam, że nie będzie łatwo wydusić z niego prawdy, ale nie zamierzałam odpuścić. Pamiętałam strzępy ich ówczesnej kłótni i byłam pewna, że to poważna sprawa. Z jakiegoś powodu wszyscy nabrali wody w usta, a ja chciałam się dowiedzieć dlaczego.

Wkrótce dojechaliśmy na miejsce, nie mogłam uwierzyć, jak bardzo zmieniło się to miasteczko. Wiele budynków zostało odrestaurowanych, w tym ten, w którym mieściły się sklep i mieszkanie dziadka.

Chodniki były nowe, powstało sporo sklepów, a nawet restauracja i kawiarnia.

Spojrzałam na dziadka pytająco, a on wzruszył ramionami.

– Mamy coraz więcej turystów, a skoro jest potrzeba, to jest też biznes. Każde z tych miejsc należy do miejscowych, więc chociaż dochody zostają u naszych ludzi, a nie trafiają do kieszeni jakiegoś miejskiego ważniaka.

– Mam nadzieję, że nikt nie wybudował tu hotelu?

– Nie. Nigdy do tego nie dojdzie. Największe tereny, na których mogłyby powstać hotele, należą do dwóch osób, które za żadne pieniądze nie sprzedadzą nawet skrawka ziemi.

Wysiedliśmy z samochodu, dziadek, nie słuchając moich sprzeciwów, wyjął z bagażnika walizki i skierowaliśmy się do bocznego wejścia, które prowadziło do mieszkania na piętrze.

Już w korytarzu poczułam ten przyjemny zapach drewna. Dziadek nie tolerował tandety, dlatego wszystkie meble były z dębu. Twierdził, że to zapewnia trwałość i solidność na wieki. Otworzył przede mną drzwi, a ja znów poczułam potężne wzruszenie. W moich oczach wezbrały łzy, kiedy przekroczyłam próg. Wnętrze było odnowione, ale zachowało swojego ducha przytulności i ciepła. Jako architekt wnętrz nie zmieniłabym absolutnie niczego.

– Do naprawienia zostało ogrzewanie, ale przed zimą na pewno zdążymy – odezwał się dziadek. – Okno balkonowe się nie domyka, ale…

– Dziadku… – przerwałam mu i się w niego wtuliłam. – Jest doskonale.

Marzyłam, by wrócić, ale nie oczekiwałam, że odstąpi mi mieszkanie, w którym mieszkał z babcią. Kochali to miejsce do tego stopnia, że nawet kiedy moi rodzice się pobrali, nie pozwolili im tu zamieszkać, tylko udostępnili im dom nieopodal, a sami wrócili do małego mieszkanka. Liczyłam na jakiś kącik właśnie w tamtym domu, z nim.

– Masz tydzień na odpoczynek, później bierzemy się do pracy – oznajmił dziadek i cmoknął mnie w czubek głowy.

Było zupełnie jak dawniej. Jakbym wciąż była tamtą małą dziewczynką, która odnajdywała ciepło w ramionach dziadka. Byłam w domu.

Rozdział 2

Logan

Od godziny czatowałem przed drzwiami i próbowałem dodzwonić się do starego Coltera. Tylko ze względu na nasze dobre stosunki powstrzymałem się i nie posłałem go do diabła. Kiedy następnym razem poprosi mnie o pomoc, z pewnością mu wypomnę to, że traciłem przez niego czas.

Nie poinformował mnie o wymianie zamków, przez co nie byłem w stanie dostać się do mieszkania, w którym miałem dokończyć jeszcze kilka rzeczy. Zaczynałem żałować, że się tego podjąłem. Nie musiałem tego robić, ale poczucie obowiązku wobec mieszkańców Hideout było silniejsze. Nie mogłem zostawiać ich bez pomocy, a staruszek potrafił wjechać mi na ambicję i uderzać w najczulsze punkty, żeby tylko osiągnąć swój cel.

Po kolejnej nieudanej próbie nawiązania połączenia zacząłem rozważać różne możliwości, nawet to, że nagle umarł. Rozmawiałem z nim przed tygodniem i nic nie zapowiadało, by ten stalowy człowiek miał odejść z tego świata.

Rzuciłem pod nosem kilka przekleństw i wyszedłem na ulicę. Zajrzałem przez sklepową witrynę do środka, a kiedy zobaczyłem, że za ladą stoi jakieś chuchro, parsknąłem pod nosem.

Zrezygnowałem z wchodzenia tam, bo na pewno nie była w stanie udzielić mi informacji, gdzie jest Colter. No i przede wszystkim, co baba mogła wiedzieć o budownictwie i narzędziach, i co, do cholery, napadło staruszka, żeby zatrudnić jakąś siksę? Nie była z Hideout, bobym ją znał, a to oznaczało, że poszedł o krok dalej i dał pracę komuś obcemu. Na stare lata po prostu zwariował.

Wsiadłem do swojego wozu i dopiero wtedy w oczy rzucił się mi błyszczący SUV stojący na poboczu. Należał do staruszka, kupił go jakiś miesiąc temu, mówiąc, że to prezent dla kogoś bliskiego. Rzecz w tym, że ten człowiek nie miał nikogo. Był prawie taki jak ja…

Do domu wróciłem rozdrażniony, bo jakieś bachory znów postanowiły przeciągnąć gałęzie na moją drogę, by zastawić mi dojazd do posesji. Na porządkowanie tego straciłem kolejne pół godziny. Nienawidziłem, kiedy coś szło nie po mojej myśli. Każda minuta była cenna, a kiedy pojawiały się komplikacje, wzrastała we mnie frustracja.

Nie. Jeśli coś wymykało mi się spod kontroli, zwyczajnie byłem wkurwiony. To z kolei oznaczało, że najbezpieczniej było się do mnie nie zbliżać.

Zrzuciłem buty robocze, po czym rozbierając się po drodze, poszedłem do łazienki. Stanąłem pod deszczownicą i odkręciłem kurki, a przyjemnie ciepła woda spłynęła po moim ciele. Byłem wściekły, bo nie załatwiłem wszystkiego, co miałem w planie. Moje zamówienie pozostawało nieodebrane, a naprawy w mieszkaniu nad sklepem budowlanym nie zostały dokończone. Dwa nieodhaczone punkty w planie dnia, a rozstroiły mnie tak bardzo, że zaczęły boleć mnie szczęki od ich zaciskania.

Oparłem ręce o płytki i zwiesiłem głowę. Kiedy zamknąłem oczy, wypuściłem ciężkie westchnienie. Miałem złe przeczucie, jakby zbliżało się coś nieoczekiwanego. A ja nie lubiłem niespodzianek. Nie wiedziałem, skąd w mojej głowie pojawiła się taka myśl. Nie byłem ani wierzący, ani przesądny. W życiu kierowałem się wyłącznie planem i chłodną kalkulacją.

Po kąpieli owinąłem się ręcznikiem i pozostawiając za sobą mokre ślady na posadzce, poczłapałem do kuchni. Uruchomiłem ekspres, a już po chwili wychodziłem z parującym kubkiem na taras z tyłu domu. Usadowiłem się w drewnianym fotelu i patrząc w lekko zmąconą taflę jeziora, wziąłem pierwszy łyk kawy.

To były ostatnie dni ciepła. Jesień minie błyskawicznie, a kiedy nadejdzie zima, świat zwolni. Albo przyspieszy, bacząc na to, że sezon zimowy nie był już dla miasteczka tak spokojnym czasem jak kiedyś.

Usłyszałem odgłos silnika, ale nawet się nie poruszyłem. Zamknąłem oczy i czekałem, aż się oddali. Często jacyś zagubieni turyści albo smarkacze, którzy świeżo odebrali prawo jazdy, wjeżdżali na moją drogę, myśląc, że doprowadzi ich do czegoś ciekawego. Zwykle tabliczka informująca, że to teren prywatny, załatwiała sprawę.

Zastanawiałem się czasem, czy nie ogrodzić całego swojego terenu, żeby uniknąć podobnych sytuacji. Najlepiej pięciometrowym płotem zwieńczonym drutem kolczastym. Pod napięciem. Powstrzymywało mnie jedynie to, że w tym lesie żyło zbyt wiele cennych gatunków zwierząt, których nie chciałbym skrzywdzić. Nad ludźmi nie miałbym litości.

Kiedy ryk silnika ucichł, kącik moich ust drgnął. Zamknąłem oczy i oparłem gorący kubek o brzuch. Wtedy usłyszałem, jak ktoś łomocze do frontowych drzwi, a po chwili dźwięk, jakby na deski upadło coś bardzo ciężkiego. Zerwałem się, całkowicie zapominając, że kubek wciąż był pełen, przez co oblałem się gorącą kawą.

– Kurwa – zawarczałem i od razu postanowiłem ukręcić łeb przybyszowi, który śmiał zakłócać mój spokój.

Nie po to wybudowałem dom na miejscu starej szopy rodziców, żeby teraz ktoś mi przeszkadzał.

Odstawiłem naczynie na stolik i wszedłem do środka. Po drodze ręcznik zamieniłem na szorty i przeczesując dłonią wilgotne włosy, niechętnie podążyłem do drzwi. Otworzyłem je energicznym ruchem i zobaczyłem jakieś drobne plecy, na które opadały długie, ciemne włosy.

– Och, dzień dobry! – Dziewczyna się odwróciła, a ja rozpoznałem w niej tę, która kręciła się za ladą w sklepie Coltera.

– Nie bardzo – warknąłem. – Zgubiłaś się? Zmiataj stąd, to prywatny teren i nie…

– Przywiozłam pana zamówienie ze sklepu budowlanego w Hideout – odparła, ale pod naporem mojego gniewnego spojrzenia wycofała się o krok.

– Przywiozłaś zamówienie – powtórzyłem bezwiednie i zlustrowałem ją od góry do dołu.

Na krótką chwilę zatrzymałem wzrok na jej brązowych oczach. Choć broniłem się ze wszystkich sił przed tym stwierdzeniem, myśl, że są wyjątkowe, usilnie zagnieździła się w moim głupim łbie.

– T-tak – wyjąkała i objęła się ramionami, jakby zrobiło się jej zimno.

Jej spojrzenie uciekało na boki, a ja dopiero po chwili zrozumiałem dlaczego. Nie miałem na sobie koszulki.

– Stary Colter wysłał takie chuchro z wielkim pudłem narzędzi – prychnąłem. – Jaja sobie robisz?

Wtedy skupiła wzrok na mojej twarzy i zrobiła zaciętą minę.

– Jakiś problem? – Skrzyżowała chude ręce pod piersiami, zbyt pełnymi jak na szczupłą budowę.

Cholera, co mnie obchodzą jej cycki?

– Problem? Nie. To nie ja mam problem. – Zrobiłem krok w jej stronę, żeby spłoszyć ją jeszcze bardziej. – Trzeba było zostawić pudło na werandzie i spadać.

– To zbyt drogie zabawki, żeby tak po prostu je zostawiać. Dostałam jasne polecenie, żeby dostarczyć je do rąk własnych – powiedziała hardo i zadarła dumnie brodę.

Musiałem przyznać, że jest twarda. A raczej taką grała.

– Skoro te, jak to określiłaś, zabawki są takie cenne, to Colter nie powinien był wysyłać z nimi ciebie, tylko przywieźć osobiście – drążyłem.

– A co to za różnica, kto je przywiózł? Ma pan swoje zamówienie. Kazał również przekazać, że zadzwoni.

– Wiesz, że w mafijnym świecie wysłanie z towarem bądź po pieniądze jakiegoś żółtodzioba jest oznaką braku szacunku? – Również skrzyżowałem ramiona na piersi.

– To nie narkotyki, tylko narzędzia. Za dużo filmów się naoglądałeś, bucu – prychnęła.

Czy ta mała nazwała mnie bucem? Albo rzeczywiście była odważna, albo zbyt głupia, żeby zachować resztki instynktu samozachowawczego.

– A wiesz, co robi się z takimi posłańcami? – Pochyliłem się do niej, a ona zadrżała i wstrzymała oddech. – Zabija się ich – wyszeptałem tuż przy jej uchu.

Myślałem, że się spłoszy i wsiądzie do auta, ale jedynie przekręciła głowę tak, żeby spojrzeć mi prosto w oczy. Zbyt intensywnie i zdecydowanie zbyt blisko. Jej zapach… I to dziwne ciepło, które wokół siebie roztaczała…

Odsunąłem się od niej jak rażony prądem.

– W świecie, w którym żyję, posłaniec jest nietykalny – powiedziała cicho i wepchnęła ręce do kieszeni poszarpanych dżinsów.

– Najwyraźniej żyjesz w bajce, więc wracaj do niej, księżniczko, poszukaj swojej żaby, czy innego rycerzyka, i nie marnuj mojego cennego czasu – wyburczałem niezadowolony.

– A ty sam sobie piszesz swój koszmarek – rzuciła i nawet nie drgnęła.

Co z nią, do cholery, było nie tak?

– Skąd jesteś? Na pewno nie stąd. Salt Lake City to też zbyt niskie progi. Amerykański sen? Nowy Jork? – Postanowiłem dopiec jej w inny sposób. – Co robisz w takim miejscu? Nie boisz się dzikich zwierząt mieszkających w lesie, panno z miasta?

– Nie zwierząt mieszkających tutaj należy się bać, ale ludzi – prychnęła. – Hideout ma prawa miejskie, więc teoretycznie jesteś dupkiem z miasta. W praktyce naburmuszonym wypłoszem z lasu.

– Jak mnie nazwałaś? – zapytałem zdziwiony, bo chyba się, kurwa, przesłyszałem.

Wyciągnęła drobną rękę w moją stronę i uniosła brew.

– Czterysta siedemdziesiąt dziewięć dolarów i dwadzieścia centów. Nie policzę ci za dostawę – rzekła hardo.

– Zapłacę Colterowi – odparłem rozdrażniony.

– Zapłacisz mnie – wycedziła.

– Nigdy w życiu. Prędzej padnę trupem niż dam ci jakiekolwiek pieniądze. Nie ufam obcym – upierałem się, choć układ ze starym Colterem miałem jasny.

Zawsze opłacałem zamówienia przy odbiorze. Rzecz w tym, że nigdy mi ich nie dostarczał, bo odbierałem je w sklepie. Tym bardziej nigdy nie wysłał do mnie nikogo z paczką. Nawet palety z cementem odbierałem osobiście. Coś ewidentnie było nie tak.

– Colter zmarł? – wypaliłem. – Kim ty, kurwa, jesteś?

– Och, darujmy sobie sztuczne konwenanse. To nie wieczorek zapoznawczy, tylko biznes. Jest towar, należy się zapłata. Nie marnuj mojego cennego czasu – wycedziła z wyraźną złośliwością, powtarzając moje słowa.

Naprawdę była twarda.

Przez ułamek sekundy w mojej głowie pojawiła się myśl, że niemal tak twarda jak tubylcy.

Mimo wszystko zbyt delikatna…

Ostatecznie skapitulowałem i wycofałem się do środka po portfel. Kiedy wracałem na werandę, stała oparta o drewnianą balustradę i ściskała skronie. Dopiero wtedy zauważyłem, że przyjechała nowym wozem Coltera. Naprawdę był tak naiwny, że powierzał swoje nowe cacko jakiejś gówniarze, którą z niewiadomych przyczyn postanowił zatrudnić?

Wyjąłem z portfela plik banknotów, przeliczyłem i stanąłem przed nią. Złapałem ją za nadgarstek i wcisnąłem jej pieniądze w dłoń.

– A teraz spieprzaj i powiedz staruszkowi, że nie życzę sobie dostaw do domu – zawarczałem.

– Gdybym wiedziała, że zamiast szopy państwa Shawów zastanę tu fortecę potwora, nigdy bym się nie zgodziła na przyjazd tutaj – prychnęła i zbiegła po drewnianych schodach. – Żegnam – wysyczała i wsiadła do wozu, po czym ruszyła z impetem.

Co to, do ciężkiej cholery, było? Jakim cudem znała moje nazwisko i wiedziała, że niegdyś była tu szopa moich rodziców?

Spojrzałem na karton, na którym nie było żadnej etykiety, więc Colter musiał jej to powiedzieć. Po co wspominał o moich zmarłych rodzicach?

Rozdział 3

Aradia

Rozdrażniona do granic możliwości dociskałam gaz, żeby jak najszybciej znaleźć się z powrotem w miasteczku. Miałam ochotę udusić dziadka za to, że wpuścił mnie na taką minę. Konfrontacja z tym wrednym dzikusem całkowicie pozbawiła mnie energii. Już w pierwszym dniu pracy przyszło mi zderzyć się z kompletnym brakiem kultury.

Zaparkowałam na poboczu i wyskoczyłam z auta jak oparzona. Wparowałam do wnętrza sklepu i położyłam na ladzie pieniądze.

Dziadek podniósł na mnie wyraźnie rozbawiony wzrok.

– Coś się stało? – zapytał niewinnym głosem.

– Niee, ależ skąd – prychnęłam.

– Więc skąd to zdenerwowanie? Miałaś w lesie bliskie spotkanie z sarną? – dopytywał się, jakby kompletnie nie był świadomy tego, gdzie mnie wysłał.

– Sarną? Chyba z jeleniem, któremu za bardzo ciąży poroże i sprawia, że mózg mu nie funkcjonuje – odparłam złośliwie. – Nie, to musiał być baran! To na pewno był baran! – podniosłam głos.

Dziadek oparł ręce na ladzie i spojrzał na mnie ciepło.

Na szczęście w środku nie było żadnych klientów, bo jeśli wybuchnę, to przynajmniej uda się uniknąć ofiar śmiertelnych.

– Co się stało? – zapytał twardo, uruchamiając niebezpieczny zapalnik w mojej głowie. Ten odpowiedzialny za panowanie nad językiem.

– Co się stało?! Jedź, skowronku, na koniec drogi w lesie, tam gdzie szopa Shawów! Szopa! To jakaś upiorna, drewniana willa, której strzeże smok! – wykrzykiwałam.

– Smok? – Zaśmiał się.

– Groził mi śmiercią! – zapiszczałam. – Dlaczego się śmiejesz?! To wcale nie jest śmieszne!

– Rozumiem, że spotkanie z Loganem okazało się niezbyt udane? – zapytał z miną niewiniątka.

– To bydlę ma na imię Logan? – prychnęłam. – Powinien nosić imię jakiejś bestii, albo samego szatana!

– Uspokój się, dziecko, i powiedz mi, co zaszło, że jesteś taka wzburzona – poprosił cierpliwie, a ja uzmysłowiłam sobie, że tak naprawdę sama nie mam pojęcia, dlaczego jestem tak bardzo zdenerwowana.

– Po prostu ten facet… Jest nieprzyjemnym bucem. Nie chciał zapłacić, bo powiedział, że mi nie ufa. Kazał ci przekazać, że nie życzy sobie dostaw do domu i…

– To była wyjątkowa sytuacja. Miał odebrać swoje zamówienie w sklepie, ale sama wiesz, że się nie zjawił. Poza tym to bydlę, jak go nazwałaś, to Logan Shaw. Znasz go przecież. Nie spodziewałem się, że spotkanie dawnego znajomego przebiegnie tak, że wrócisz wściekła jak osa.

– Dawnego znajomego? O czym ty mówisz? Ja nie pamiętam nikogo z czasów, kiedy tu mieszkałam, a już na pewno nie jakiegoś… – Przerwałam, żeby się chwilę zastanowić.

Czułam się, jakbym miała amnezję, ale zwyczajnie wyparłam z umysłu znajomych z dzieciństwa, bo jedyne wspomnienia, jakie pielęgnowałam, to te związane z dziadkiem i babcią.

Reszta była wyłącznie tłem.

– To Logan Shaw – powtórzył.

Wciąż milczałam i otwierałam kolejne szufladki w głowie, by przypomnieć sobie, o kim mówił. Olśniło mnie dopiero po dłuższej chwili. Shaw… Ja nazywałam go… Shy…

– Nie. – Ponownie potrząsnęłam głową, nie mogąc uwierzyć. – Syn Shawów był miłym chłopakiem, a to… Ten… ten buc…

– Tak, skowronku. To ten sam chłopak, który nauczył cię jeździć na nartach. Ten sam, który…

– Nie – powtórzyłam. – Byłam smarkulą, kiedy widziałam go ostatni raz, ale to na pewno nie… – Urwałam i spojrzałam na dziadka. Chryste, on mówił poważnie. – To niemożliwe, żeby ten miły, chuderlawy chłopak zmienił się w… bestię na końcu leśnej drogi… – mamrotałam.

– Skarbie… Widziałaś go ostatni raz, kiedy oboje byliście jeszcze dziećmi, masz prawo nie pamiętać. W gruncie rzeczy nie przemyślałem tego… Uznałem, że nie będzie miał nic przeciwko temu, że zamówienie przywiezie jego dawny pupilek – mamrotał pod nosem i pocierał palcami brodę.

– Pupilek? Nie jestem szczeniaczkiem – wzburzyłam się.

– Och, kochanie, traktował cię jak młodszą siostrę, więc…

– To nie ma znaczenia – przerwałam mu. – Może i tak było, ale zarówno on, jak i ja dorośliśmy. On stał się bestią z końca drogi, a ja…

– A ty pozostałaś skowronkiem – wtrącił dziadek i wyszedł zza lady, po czym wziął mnie w ramiona i ucałował w czubek głowy. – No już, nie gniewaj się. Logan jest specyficzny, ale to dobry człowiek.

– Jeśli takie zachowanie świadczy o jego dobroci, to nie chcę się dowiedzieć, jak wygląda jego złe oblicze – wymamrotałam. – Po prostu nie proś mnie więcej, żebym cokolwiek mu zawoziła. Nie chcę żadnych konfrontacji z nim.

– Ale…

– Nie. – Pokręciłam głową i nie dałam mu dokończyć.

Dopiero kiedy dziadek powiedział mi, z kim miałam do czynienia na końcu leśnej drogi, zaczynałam dostrzegać w tym dupku pewne podobieństwo do Logana, którego znałam przed laty. Chryste, to było siedemnaście lat temu… Ja byłam dzieckiem, a on nastolatkiem.

Dziadek najprawdopodobniej wyznaczył sobie cel, żeby przypomnieć mi wszystko, co przeżyłam w tym miejscu, ponieważ za każdym razem, kiedy ktoś wchodził do sklepu, tłumaczył mi, kim jest, i pytał, czy go znam. Było to o tyle zabawne, że wokół tego tworzył opowieści, które z pewnością nie miały miejsca.

Mimo wszystko miło było wrócić do tamtych chwil. Do czasów, kiedy chodziłam do szkoły i nie miałam pojęcia, że opuszczę to miejsce. W mojej głowie mimowolnie pojawiał się obraz chłopaka, który rzeczywiście nauczył mnie jeździć na nartach, gdy miałam pięć lat.

Wszystkie dzieciaki w okolicy go uwielbiały. Był niczym dobry starszy brat. Obrońca i bohater. Kiedyś w ten sposób go postrzegałam, a im dłużej o tym myślałam, tym więcej sobie przypominałam. Zawsze uśmiechnięty, energiczny i przyjazny. Przychodził do sklepu dziadka i kupował różne rzeczy, a później jeździł gdzieś rowerem. Mieszkał na skraju miasteczka, a szopa nad jeziorem, gdzie teraz znajdował się jego wielki dom, była domkiem jego taty, w którym przesiadywali rybacy.

Później, kiedy miałam jakieś sześć lat, Shy nieoczekiwanie zniknął.

Nagle poczucie straty uderzyło we mnie jak wtedy, gdy już nigdy się nie pojawił, żeby zabrać mnie i inne dzieciaki na plac zabaw albo lody.

Nie chciałam wypytywać o to dziadka, bo w tej chwili to już nie miało żadnego znaczenia i nie obchodziło mnie, co wydarzyło się ponad półtorej dekady temu. Nie przyjechałam tu, by odnawiać znajomości z dzieciństwa, a już tym bardziej nie z człowiekiem, który nie był taki jak kiedyś i z obrońcą czy starszym bratem miał tyle wspólnego, co ja z górskim głazem.

Pożegnałam się z dziadkiem, obiecując, że ugoszczę go czymś smacznym w weekend, i obeszłam budynek, żeby wejść na piętro. Czułam się dziwnie. Jakbym znalazła się w alternatywnym świecie i obserwowała wszystko z boku. Przyjechałam do Hideout, żeby odzyskać spokój, a finalnie towarzyszyło mi zdenerwowanie. Cudowny pierwszy dzień pracy…

Cały tydzień, który dziadek dał mi, żebym oswoiła się z nową rzeczywistością, spędziłam na spacerach, ewentualnie zakupach, podczas których zaopatrzyłam się w kilka rzeczy do mieszkania.

Wchodząc po schodach, uzmysłowiłam sobie, że to pierwszy raz, kiedy mam szansę być w stu procentach samodzielna. Nigdy wcześniej nie mieszkałam i nie utrzymywałam się sama. Musiałam bardzo długo przekonywać dziadka, by potrącał mi z pensji za rachunki. Nie chciałam, by wypłacał mi cokolwiek, ale on podsunął mi pod nos umowę i oficjalnie mnie zatrudnił. Na rok.

Zdawałam sobie sprawę, że po powrocie do Chicago trudno mi będzie na nowo wdrożyć się w miejskie, szybkie życie. Tutaj wszystko było inne, a tam… Tam nie było czasu na to, by wziąć głębszy oddech.

Usiadłam przy stole kuchennym i oparłam brodę na dłoniach. Byłam brudna i spocona, ale potrzebowałam chwili, żeby odpocząć, zanim pójdę wziąć kąpiel. Mimo wszystko to był udany dzień. Za każdym razem, kiedy jakiś klient wypytywał, kim jestem, dziadek z dumą odpowiadał, że jego wnuczką. Twarze mieszkańców rozjaśniały się na tę wiadomość. Jakby autentycznie cieszyli się z mojego przybycia. To było miłe. Tylko jeden z klientów dziadka wyraźnie pokazał swoje niezadowolenie i niechęć.

Spontanicznie zerwałam się z krzesła i zaczęłam przeszukiwać stary kredens.

Co prawda teraz był odnowiony, ale liczyłam na to, że wciąż leżą w nim stare albumy ze zdjęciami.

– Bingo! – wykrzyknęłam, kiedy znalazłam kilka pomiędzy pachnącymi pościelami.

Rozsiadłam się na środku podłogi w przytulnym salonie i zaczęłam rozkładać albumy. Dziadek kochał kolekcjonować fotografie, mówił, że to zachowanie wspomnień na wieczność. Na pewno były tam moje zdjęcia z dzieciństwa. Liczyłam, że znajdę też jakieś, na którym będzie widniał ten dupek. Po co? Nie miałam pojęcia. Przecież stare zdjęcie i tak nie udzieliłoby mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

Przeglądałam ułożone chronologicznie pamiątki, aż w końcu natrafiłam na jedno zdjęcie, na którym siedziałam na krawężniku, w towarzystwie starszego ode mnie chłopaka. Patrzyłam na niego z takim uwielbieniem, że w tej chwili poczułam się z tym dziwnie. To musiał być on!

– Co ci się stało? – zapytałam szeptem i przesunęłam palcami po fotografii.

Zamknęłam oczy i odtwarzałam w głowie obraz mężczyzny, do którego pojechałam na polecenie dziadka. Był przystojny, to nie ulegało wątpliwości. Męski, twardy, groźny. Sam jego wyraz twarzy jasno mówił, by trzymać się z daleka. Na skroni i policzku miał bliznę. Nie była mocno widoczna, ale kiedy promienie słoneczne padały na jego twarz, można było ją zauważyć.

Pomiędzy brwiami rysowała się bruzda świadcząca o tym, że rozgniewana mina towarzyszyła mu zbyt długo. Ciemny zarost, brązowe, lecz całkowicie pozbawione ciepła oczy. Z pewnością był bardzo nieszczęśliwy. Albo zwyczajnie stał się złym człowiekiem. Takim, z którym nie chciałam mieć do czynienia, bez względu na to, jak bardzo byłam w niego zapatrzona jako dziecko.

Rozchyliłam powieki i w tym samym momencie usłyszałam, że ktoś majstruje przy zamku w drzwiach.

Rozdział 4

Logan

– Nie dotykaj mnie – warczałem, kiedy ta wariatka zaczęła skakać nade mną i skomleć.

Spodziewałbym się, kurwa, wszystkiego, ale nie tego, że to chuchro rzuci się na mnie i spróbuje znokautować jakąś ciężką księgą.

– Ja chciałam tylko…

– Zabić mnie! – ryknąłem, ale od razu tego pożałowałem, bo poczułem silny ból w okolicy czoła. Musiała mi naprawdę solidnie przyłożyć.

– Ale spuchniesz! – jęknęła i ukucnęła przede mną. Złapała mnie za nadgarstek i odsunęła moją dłoń od skroni, po czym przyłożyła do niej paczkę z lodem.

W pierwszej chwili miałem ochotę cisnąć nią o ścianę albo w tę jej pustą głowę, ale się powstrzymałem. Siedziałem na podłodze jak kretyn, a ona przyglądała się, jakby rozważała, czy przyłożyć mi jeszcze raz. Kiedy zbyt długo nie wypuszczała mojej ręki spomiędzy chudych palców, wyrwałem ją gwałtownie i chwyciłem za lód. Na szczęście zrozumiała i odsunęła się zmieszana. Nienawidziłem, kiedy ktoś zbliżał się do mnie bez mojej zgody.

– Tak właściwie co tu robisz?

– W tej chwili sam zadaję sobie to pytanie – prychnąłem i zacząłem się podnosić.

– Nie! Nie wstawaj! – pisnęła. – Wzywam policję!

– Policję? Sama oddasz się w ich ręce za zaatakowanie mnie? – zapytałem z potężną dawką sarkazmu.

– Co? Nie! Próbowałeś włamać się do mojego mieszkania! To ciebie stąd zabiorą! – wykrzykiwała.

W końcu wstałem z podłogi i zrobiłem krok w jej stronę, a ona wycofała się pod samo okno.

Trzęsła się, jakby w mieszkaniu panował siarczysty mróz. Podszedłem jeszcze bliżej i pochyliłem się do jej wystraszonej twarzy.

Odrzuciłem paczkę z lodem na stolik i zacząłem mówić powoli.

– Gdybym był włamywaczem, to nie miałbym tego. – Wskazałem na klucze, które upuściłem na podłogę, kiedy na mnie napadła. – To nie jest twoje mieszkanie, więc mógłbym uznać, że ty się tu włamałaś.

– To moje mieszkanie – wycedziła i mnie odepchnęła. – Mieszkam tu! Nie widzisz?!

Musiałem przyznać, że ma siłę. Zarówno wymierzając ciosy, jak i przepychając mnie.

– Zaraz zadzwonię do właściciela i przekonamy się, czy…

Urwałem i spojrzałem na nią, bo przyszła mi do głowy pewna myśl. Jeździła jego nową bryką, a sam mówił, że to dla kogoś bliskiego.

– Tylko mi nie mów, że stary Colter znalazł sobie młodą cizię na stare lata. Lecisz na jego kasę i liczysz, że szybko umrze?

– Co ty chrzanisz, Shy?! – wrzasnęła, a ja zamarłem. – Nie jestem jego…

– Co ty powiedziałaś? – przerwałem jej.

– Że nie jes…

– Nie. Jak mnie nazwałaś? – zapytałem całkowicie zdezorientowany. Od wielu lat nikt nie zwrócił się do mnie tym przezwiskiem.

– S-Shy… – wyjąkała i znów objęła się ramionami, jakby robiła to w obronnym geście.

Zerknęła na coś, co leżało na dywanie, a ja powiodłem wzrokiem w to samo miejsce. Pochyliłem się i ze sterty zdjęć wziąłem to, które leżało na wierzchu. Spojrzałem na nie i zobaczyłem siebie w towarzystwie małej dziewczynki. Doskonale pamiętałem, kiedy zostało zrobione, bo kilka dni później opuściłem Hideout na długie lata.

– Nie. – Pokręciłem głową i cofnąłem się.

Nie mogłem uwierzyć, że to ona… Spoglądałem na kawałek papieru i na nią. Ciemne włosy, brązowe oczy. Nawet kiedy się nie uśmiechała, miała dołeczek w policzku.

– Oddaj zdjęcie – warknęła.

– Skąd je masz? Kim jesteś? – pytałem, choć już znałem odpowiedź.

– Naprawdę jesteś aż tak tępy? Oddawaj zdjęcie! – wrzasnęła i rzuciła się w moją stronę, jakbym zabrał jej co najmniej sztabkę złota.

Próbowała wyrwać mi fotografię, ale prędko wsunąłem ją do kieszeni. Na szczęście zachowała resztki zdrowego rozsądku i nie próbowała dalej mi jej odebrać.

– Wynoś się stąd, ty nieokrzesany baranie – wycedziła. Była tak wściekła, że brakowało jeszcze, by z jej uszu poszła para.

– Mam robotę – odparłem i cofnąłem się do drzwi, przy których leżała moja skrzynia z narzędziami.

– Robotę? Ktoś zlecił ci zabicie mnie? Nie! Nie potrzebowałbyś zlecenia, bo przecież sam groziłeś mi śmiercią! – nakręcała się.

– A finalnie to ty próbowałaś zabić mnie – odburknąłem. – Przestań tak jazgotać i zejdź mi z drogi. Zrobię swoje i już mnie nie zobaczysz, mała ptaszyno – dodałem, a ona zastygła w bezruchu.

Chryste, pamiętałem tę smarkulę. Właśnie tak ją nazywałem. Cholerną ptaszyną. Teraz była już kobietą, ale… lata temu była tak naprawdę najmilszym wspomnieniem. To jednak była przeszłość. Z uroczej dziewczynki zmieniła się w irytującą i na dodatek niebezpieczną babę.

– Czyli wiesz, kim jestem – wydusiła.

– Wiem, kim byłaś. Teraz cię nie znam – prychnąłem i chwyciwszy skrzynkę, ruszyłem w stronę balkonu, gdzie miałem wyregulować drzwi.

W milczeniu wziąłem się do roboty, a ona znów coś mamrotała pod nosem i kręciła się w kółko, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca. Westchnąłem ciężko i zacisnąłem szczęki. Wnuczka Coltera… Niech mnie diabli…

Ostatni raz widziałem ją, kiedy miała jakieś sześć lat. Była uroczym dzieciakiem, a ja szczerze lubiłem się nią zajmować. Niańczyłem ją… A teraz… Kurwa… A teraz obserwowałem jej tyłek ukryty pod obcisłymi spodniami.

Znów chodziła w tę i z powrotem, jakby czegoś szukała. Może uznała, że album w drewnianej oprawie jest nieskuteczną bronią i postanowi wbić mi pogrzebacz w tył głowy.

– Jeśli pozwolisz, to…

– Rób, co chcesz. – Nie dałem jej dokończyć i machnąłem ręką.

– Nie mam pojęcia, co ci się stało, ale odrobina człowieczeństwa cię nie zabije. Nie musisz być chujem – prychnęła i poszła do łazienki.

Trzasnęła drzwiami tak, że zadrżały ściany, a już po chwili usłyszałem szum wody. Albo schowała się tam, aby porozmawiać przez telefon tak, bym nie usłyszał, albo rzeczywiście postanowiła wziąć kąpiel.

Odważna.

Obcy facet w salonie, a ona tuż za ścianą wyskakiwała z ubrań.

Po chwili jednak się okazało, że pierwsza opcja była trafna, ponieważ wyparowała z łazienki z telefonem w ręce. Była wściekła jak osa.

– Miałeś przyjechać rano – burknęła. – Pod moją nieobecność.

– Miałem zająć się tym dzisiaj, a że Colter wymienił zamki, to nie mogłem się tu dostać. Nie będę ci się tłumaczył, chuderlaku – prychnąłem i zamknąłem drzwi balkonowe.

Pozbierałem wszystko i ruszyłem do kaloryfera, który przeciekał i jego również miałem obejrzeć. Dziewczyna stała ze skrzyżowanymi rękami pod piersiami i obserwowała mnie, o dziwo, w milczeniu.

– Nazywają cię złotą rączką, ale powinni nazywać największym kutasem w mieście – prychnęła niespodziewanie, a kącik moich ust drgnął.

– Nie każdy miał okazję oglądać mojego kutasa, więc tylko panny, które dostąpiły tego zaszczytu, są w stanie potwierdzić, że jest największy – odparłem złośliwie.

– Jesteś obrzydliwy!

– Sama zaczęłaś – burknąłem. – Cnotka.

Chryste, co mnie napadło, żeby prowadzić takie dwuznaczne gierki. Przecież to dzieciak!

– Cholera – sapnęła, a kiedy podniosłem na nią wzrok, przyciskała do twarzy dłonie. Pomiędzy jej palcami wypływała krew.

Odruchowo zerwałem się z podłogi i podszedłem do niej. Złapałem ją za kark, nieco zbyt brutalnie, i popchnąłem do łazienki. Tam zmusiłem ją, żeby pochyliła się nad umywalką. Chwyciłem jakiś ręcznik i zamoczyłem go w zimnej wodzie, po czym położyłem na jej karku.

Wtedy spojrzała na mnie z boku.

– Nachyl się, bo się zakrztusisz – warknąłem.

W mojej głowie zaczęły pojawiać się przebłyski wspomnień.

Wszystkich tych, które zostały wyparte przez najgorsze. Mała Aradia ciągnąca mnie za nogawkę. Również wtedy krwawiła z nosa.

Potrząsnąłem głową, by pozbyć się tych myśli, i odsunąłem się od niej. Była dorosła, poradzi sobie. Ja nie byłem potrzebny.

– Przyjadę jutro i dokończę pod twoją nieobecność – mruknąłem i wróciłem do salonu.

Pozbierałem wszystkie rzeczy, wrzuciłem do skrzynki i wyszedłem z mieszkania. Nie mogłem jej znieść. Jej obecności, tego, jak patrzyła, mówiła. Wkurwiała mnie tym, że była taka drobna i krucha, a jednocześnie silna. Nawet zapach jej ręcznika mnie irytował.

Wrzuciłem skrzynię na pakę i wskoczyłem do auta, jakbym uciekał przed lawiną. Ruszyłem z piskiem, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu.

Nie miałem pojęcia, co tak naprawdę się działo. Byłem zaskoczony, kiedy stary Colter przyjechał do mnie tego popołudnia i wręczył nowe klucze. Ten drań nawet nie wspomniał, że ktoś zajął jego mieszkanie, dlatego postanowiłem wziąć się do napraw od razu i nie czekać do rana.

Miałem plan na następny dzień i nie było w nim miejsca na robienie za sługusa w Hideout. Nie musiałem bawić się w małe remonty, ale zajmowałem się tym dla zachowania resztek mojego dawnego życia. Jako smarkacz dorabiałem sobie w ten sposób do kieszonkowego, a kiedy wróciłem dziesięć lat temu, nikt nie miał pojęcia, co się ze mną działo.

Spisali mnie na straty i nie spodziewali się mojego powrotu. Pojawiłem się niespodziewanie, silniejszy i doświadczony. Tylko jedna osoba nie pozwoliła, by wszystko to, na co moja rodzina pracowała przez pokolenia, zostało rozkradzione. Stary Colter. On wierzył, że tego wszystkiego nie porzuciłem, tylko potrzebowałem czasu, by podnieść się z dna, na którym postanowił umieścić mnie parszywy los.

Dojechałem do domu w błyskawicznym tempie. Zatrzasnąłem drzwi i odszukałem pilot od automatycznych zasłon. Potrzebowałem ciszy, żeby uspokoić nerwy. Tak to przecież działało. Samotność, ciemność, brak interakcji z ludźmi. To wszystko pomagało w odzyskaniu równowagi. Uczyło pokory i posłuszeństwa.

Ja nie chciałem być posłuszny i pokorny. Chciałem być wolny.

Rozdział 5

Aradia

Siedziałam w poczekalni lokalnej przychodni lekarskiej, ponieważ dziadek uparł się, żeby obejrzał mnie lekarz. Na nic były moje tłumaczenia, że kontrolowałam to wielokrotnie, mieszkając w Chicago.

Taka była moja wątpliwa uroda. Miałam słabe i cienkie naczynia krwionośne i mogłam je wspierać jedynie lekami, które przyjmowałam każdego dnia.

Pomagały mi na tyle, że pod moją skórą nie tworzyły się krwiste plamy za każdym razem, kiedy lekko się uderzyłam. Krwawienia z nosa powtarzały się zawsze, kiedy wzrastało mi ciśnienie pod wpływem silnego zdenerwowania.

Wiedziałam, że miejscowy doktor nic z tym nie zrobi, bo zwyczajnie nic nie dało się na to zaradzić.

W końcu drzwi gabinetu się otworzyły i stanął w nich… ten jaskiniowiec z lasu. Kiedy mnie dostrzegł, prychnął pod nosem z pogardą.

– Panna Colter? – odezwał się jakiś mężczyzna za jego plecami.

– Daj jej zastrzyk na wściekliznę – burknął Shaw i się odsunął. Wciąż jednak przeszywał mnie gniewnym spojrzeniem.

– Ciebie najlepiej od razu uśpić, bo chamstwo jest nieuleczalne – odpyskowałam, na co wyraźnie zacisnął szczęki.

Szach-mat, dupku.

Lekarz, który na oko mógł mieć jakieś trzydzieści lat, przeskakiwał wzrokiem pomiędzy mną a tym gburem.

– Czekaj… Ta Colter? Wnuczka…

– Tak – przerwałam mu i powoli podniosłam się z krzesła.

– Stary, ona cię tak załatwiła? – Zaśmiał się i poklepał Logana po ramieniu, co ten przyjął z niezadowoloną miną. Doktor od razu cofnął rękę. Coś było nie tak, bo Shaw ewidentnie nie znosił, kiedy ktoś go dotykał. Było to tym bardziej dziwne, że wychodził z gabinetu lekarskiego, gdzie dotyk był raczej nieunikniony.

– Główka boli? – zapytałam złośliwie i zrobiłam krok w stronę gabinetu, ale żaden z mężczyzn się nie ruszył, żeby mnie tam wpuścić.

Rzuciło mi się jednak w oczy, że Logan ma na sobie śnieżnobiałą koszulę i eleganckie spodnie. Wyglądał… Cóż… Pociągająco. Nie zmieniało to niczego. Był dupkiem, bez względu na to, co akurat miał na sobie.

– Mała Colter – powtórzył lekarz, a ja nie rozumiałam, dlaczego moje nazwisko wzbudza taką sensację.

Wiedziałam, że wszyscy znają dziadka, ale nie był nie wiadomo jak ważną osobistością w miasteczku, żeby reagować na mnie w taki sposób.

– Zgadza się – potwierdziłam kolejny raz.

– Zapraszam piękną panią – mruknął, a Logan posłał mu nieodgadnione spojrzenie. – Zażywaj proszki, które ci przepisałem, ale zgodnie z zaleceniami, a nie podwójne dawki.

– Jestem duży, potrzebuję większych dawek – prychnął i trzasnął drzwiami.

Doktorek pokręcił głową i wskazał mi krzesło w środku gabinetu.

Zajęłam miejsce i rozejrzałam się po wnętrzu. Kiedyś przyjmował tu starszy lekarz, ale dziadek mówił, że zmarł osiem lat temu.

– Co cię sprowadza, Aradio?

– Przeszliśmy na ty? – wypaliłam.