Heartless. Consigliere #1 - Leonia Oscar - ebook
BESTSELLER

Heartless. Consigliere #1 ebook

Leonia Oscar

4,4

84 osoby interesują się tą książką

Opis

Dla świata Santino Brassi był złotym chłopcem Hollywood reżyserem, producentem i playboyem, który bryluje na czerwonych dywanach i nie zna słowa „nie”.
Dla mafii bezlitosnym consigliere
człowiekiem od brudnej roboty nowego capo, zarządcą klubów, sędzią wydającym wyroki i strażnikiem najciemniejszych sekretów organizacji.
Dla Avy Mancuso… koszmarem, przed którym udało jej się uciec. A przynajmniej tak sądziła.

Gdy los ponownie wciąga ją w jego świat, Ava odkrywa, że jej mąż bo ich małżeństwo nigdy nie zostało unieważnione jest jeszcze groźniejszy niż przed laty. Santino z kolei przekonuje się, że jego żona nie jest już cichą, zranioną dziewczyną, którą tak łatwo było złamać.

Ava ma plan: odzyskać wolność i raz na zawsze zerwać więzy, których nigdy nie chciała.
Santino jednak pragnie ją zatrzymać
bez względu na cenę.

Gdy nienawiść splata się z pożądaniem, a zemsta z pragnieniem… rozpoczyna się gra, w której oboje mogą stracić wszystko.

W świecie mafii nic nie dzieje się przypadkiem, a każdy ruch niesie konsekwencje.
Powrót Avy Mancuso może zburzyć imperium, które Santino budował przez całe życie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 361

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (344 oceny)
228
62
36
15
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Korteress55

Całkiem niezła

Nie zachwyciła mnie to książka. Dla mnie jest jakaś rozwlekła a główny bohater jak na mafiozo sam nie wie co robi oprócz zaliczenia lasek i imprez. Ava też jest raz potulna, raz zbuntowana. Jej postać mi się nie podobała.
131
Joannooo

Całkiem niezła

Za długie opisy,główni bohaterowie prawie w ogóle ze sobą nie mają styczności. Historia może i fajna ale za bardzo rozwleczona,tom 1 kończy się na niczym…
82
kowalik95

Całkiem niezła

Pierwszy tom to jednak nie mój klimat, za dużo kręcenia się na około wszystkich tematów, nie zarejestrowałam na początku że to nie jednotomówka. Za mało Avy i Santo i zdecydowanie za mało samej Avy, takie wprowadzenie o tym co działo się te 5 i 3 lata temu i całej organizacji. Myślę że drugi tom już bardziej mi się spodoba 😎
71
Many0013

Nie oderwiesz się od lektury

Książka intensywna, nieszablonowa, zupełnie inna od zwykłych romansów mafijnych. Zaskakuje od pierwszej strony. Pełna napięcia, silnych emocji i nieoczywistych zwrotów akcji. Autorka w sposób fenomenalny przełamuje utarte schematy. Czekam z niecierpliwością na kolejny tom.
71
Pracownik123

Całkiem niezła

Mam mieszane uczucie, dużo treści była zbędna. Nic nie zostało nawet w skrócie wyjaśnione.
41

Popularność




Dla Ani, niech to Two­je ży­cze­nie uro­dzi­no­we przy­nie­sie coś cu­dow­ne­go. Wie­rzysz we mnie bar­dziej niż ja sama.

Dla dziew­czyn ta­kich jak Ava, sa­mot­nych i skrzyw­dzo­nych. Nie pod­da­waj­cie się. Za­słu­gu­je­cie na szczęście i mi­ło­ść w ka­żdej se­kun­dzie Wa­sze­go ży­cia.

Ostrzeżenie autorskie

Ksi­ążka prze­zna­czo­na jest dla do­ro­słych czy­tel­ni­ków. Wy­stępu­ją w niej sce­ny, któ­re mogą bu­dzić zgor­sze­nie lub obu­rze­nie. Au­tor­ka nie po­chwa­la wszyst­kich za­cho­wań opi­sa­nych w ksi­ążce, zo­sta­ły one wy­kre­owa­ne na po­trze­by tej hi­sto­rii.

HE­AR­TLESS (ang.) – bez ser­ca, nie­czu­ły, ozi­ębły, twar­dy, nie­zdol­ny do uczuć, nie­wra­żli­wy, obo­jęt­ny

Prolog

Santino

Teraźniejszość

Opar­ty ra­mie­niem o szy­bę spo­gląda­łem na znaj­du­jącą się pi­ętro ni­żej klu­bo­wą salę. Unio­słem do ust drin­ka, zer­ka­jąc jed­no­cze­śnie na ze­ga­rek na nad­garst­ku dru­giej ręki. Nie­dłu­go to miej­sce wy­pe­łni się go­śćmi pra­gnący­mi ode­rwać się od pro­ble­mów dnia co­dzien­ne­go. Będą pić, obła­piać pa­nien­ki, a ci, któ­rych na to stać, za­li­czą za­je­bi­sty seks. Kil­ka dziew­czyn już sie­dzia­ło przy dłu­gim ba­rze, ra­cząc się bez­al­ko­ho­lo­wy­mi drin­ka­mi. Było za wcze­śnie na klien­tów, a pi­cie pro­cen­tów przed pra­cą rów­na­ło się wy­wa­le­niu z biz­ne­su.

Opa­rłem gło­wę o szy­bę i za­mknąłem na chwi­lę oczy. Od ja­kie­goś cza­su czu­łem dziw­ny nie­po­kój. Na­gle pod po­wie­ka­mi jak echo prze­szło­ści zo­ba­czy­łem zie­lo­ne oczy. Za­kląłem siar­czy­ście, gdy nie­chcia­ne wspo­mnie­nie w ułam­ku se­kun­dy wy­pe­łni­ło mój umy­sł. Ode­rwa­łem się od szy­by i prze­ta­rłem twarz dło­nią. Cho­le­ra, co się dzie­je?

– We­jść! – krzyk­nąłem, sły­sząc dwa ude­rze­nia w drzwi.

Po­ci­ągnąłem po­rząd­ny łyk whi­sky, któ­ra przy­jem­nie pa­li­ła w gar­dle, i spoj­rza­łem na wcho­dzące­go do ga­bi­ne­tu mężczy­znę.

– Sze­fie, Da­rio i Ar­tu­ro są już w Reno.

Po­ka­za­łem, żeby usia­dł, i sam za­jąłem miej­sce w głębo­kim fo­te­lu, za­do­wo­lo­ny, że będę mógł sku­pić się na czy­mś in­nym niż prze­szło­ść.

Umber­to był jed­nym z dwóch ka­pi­ta­nów i pra­co­wał bez­po­śred­nio ze mną. Od­po­wia­dał za dziew­czy­ny i całą ochro­nę w klu­bach. Jego brat bli­źniak, Igna­cio, pe­łnił z ko­lei funk­cję ka­pi­ta­na przy­szłe­go bos­sa, Se­ba­stia­na Riny.

– Mają to­war?

– Młod­szą – wy­ja­śnił spo­koj­nie. – Star­sza jest jesz­cze w pra­cy, ale zgar­ną ją, gdy tyl­ko wró­ci do domu.

Kiw­nąłem gło­wą. Dwie nowe dziew­czy­ny mia­ły zo­stać przy­wie­zio­ne do Los An­ge­les, aby spła­cić dług za­ci­ągni­ęty przez oj­czul­ka. Wczo­raj­szej nocy, gdy w mo­jej miej­skiej po­sia­dło­ści od­by­wa­ło się przy­jęcie, Rina z lo­do­wa­tym spo­ko­jem ma­fij­ne­go eg­ze­ku­to­ra od­strze­lił go­ścia. Na­le­ża­ło się fra­je­ro­wi. Nikt nie będzie okra­dał or­ga­ni­za­cji. Po­zwo­lisz raz, nie wy­ci­ągniesz kon­se­kwen­cji, a wszyst­kie men­dy z oko­licz­nych ka­na­łów uzna­ją, że mo­żna nas dy­mać na kasę.

– W po­rząd­ku. Jak przy­ja­dą, umie­ść je w po­ko­jach, na ra­zie od­dziel­nie, niech tro­chę skru­sze­ją. – Unio­słem ra­mio­na, roz­ci­ąga­jąc ze­sztyw­nia­łe mi­ęśnie. – Uprze­dź chło­pa­ków, że mają nie ru­szać to­wa­ru, bo Rina ich za­bi­je. Po­tem za­de­cy­du­ję, gdzie będą pra­co­wa­ły. Przy­pil­nuj otwar­cia, zja­wię się za go­dzi­nę.

Zgar­nąłem z bla­tu te­le­fon. Wy­sze­dłem z biu­ra i ko­ry­ta­rzem do­ta­rłem do pry­wat­nej części. Często zo­sta­wa­łem w nocy w klu­bie, więc wo­la­łem mieć ka­wa­łek wła­snej prze­strze­ni, do któ­rej żad­na pa­nien­ka nie mia­ła do­stępu.

Wzi­ąłem prysz­nic i wło­ży­łem czar­ne ma­te­ria­ło­we spodnie oraz sza­ro­błękit­ną ko­szu­lę. Do­bra­łem do tego czar­ne buty od Her­mèsa i scho­wa­łem te­le­fon do kie­sze­ni, go­to­wy do wy­jścia. Zsze­dłem do klu­bu, któ­ry za­pe­łnił się już go­śćmi. Za­jąłem miej­sce przy ba­rze i ob­ser­wo­wa­łem, kto się zja­wił i z kim roz­ma­wia. Sy­tu­acja z dnia na dzień ro­bi­ła się co­raz bar­dziej na­pi­ęta, a w po­wie­trzu wi­siał smród nad­ci­ąga­jących kło­po­tów. Węszące po na­szych klu­bach szczu­ry na­le­ża­ło mieć na oku. Wro­gów nam nie bra­ko­wa­ło, tym bar­dziej że zbli­ża­ło się prze­jęcie wła­dzy.

Dzi­siej­szej nocy wy­jąt­ko­wo pa­no­wał spo­kój. Kiw­nąłem Umber­to­wi, żeby pil­no­wał wszyst­kie­go, i ru­szy­łem do części biu­ro­wej. Mi­ja­łem po dro­dze uśmiech­ni­ęte dziew­czy­ny wy­cho­dzące z gar­de­ro­by. Jak per­so­nel jest za­do­wo­lo­ny, to i biz­nes się kręci – po­my­śla­łem.

Ja­kiś czas pó­źniej prze­ci­ągnąłem się i od­su­nąłem na bok ca­łkiem spo­rą ster­tę do­ku­men­tów. Tego wła­śnie nie zno­si­łem w ca­łym tym biz­ne­sie – cho­ler­nych pa­pie­rów, ra­chun­ków i za­mie­sza­nia z nimi zwi­ąza­ne­go. Gdy­bym pro­wa­dził zwy­kły klub, za­trud­ni­łbym ksi­ęgo­we­go, albo ja­kie­goś ogar­ni­ęte­go me­ne­dże­ra i miał wszyst­ko w du­pie. Nie­ste­ty, gdy jest się od­po­wie­dzial­nym za kil­ka­na­ście klu­bów, któ­re na­le­żą do Cosa No­stry, trze­ba sa­me­mu za­ła­twiać pew­ne rze­czy. Prze­gląda­łem wła­śnie ko­lej­ne fak­tu­ry, gdy roz­dzwo­nił się te­le­fon. Do­cho­dzi­ła czwar­ta nad ra­nem, więc tyl­ko Se­ba­stia­no albo sa­mo­bój­ca zde­cy­do­wa­łby się dzwo­nić o ta­kiej po­rze. Nie pa­trząc na ekran, ode­bra­łem.

– Cze­go?

Po dru­giej stro­nie ktoś wstrzy­mał od­dech. Od­su­nąłem te­le­fon od ucha i zer­k­nąłem na wy­świe­tlacz. Nu­mer, któ­re­go nie zna­łem.

– O co cho­dzi? – wark­nąłem.

– To… ja.

Za­le­d­wie ci­chy szept, ale za­dzia­łał na mnie jak do­tyk roz­ża­rzo­ne­go do czer­wo­no­ści pręta prze­su­wa­jące­go się po na­gim cie­le. Po­de­rwa­łem się, prze­wra­ca­jąc fo­tel, na któ­rym sie­dzia­łem, i z fu­rią za­ci­snąłem pal­ce na obu­do­wie te­le­fo­nu. Ten głos! Ten pie­przo­ny głos! Otchłań wspo­mnień otwo­rzy­ła się nie­ocze­ki­wa­nie i po­chło­nęła mnie, wy­du­sza­jąc z płuc ka­żdy haust po­wie­trza. Kur­wa mać! Chy­ba się prze­sły­sza­łem! Z tru­dem opa­no­wa­łem sza­le­jące we mnie emo­cje.

Szyb­ki od­dech po dru­giej stro­nie był je­dy­nym dźwi­ękiem, jaki sły­sza­łem. Co to mia­ło być? Przez trzy lata mia­łem spo­kój. Po co te­raz dzwo­ni­ła?

– Mam kło­po­ty.

Za­śmia­łem się. Mrocz­nym, okrut­nym śmie­chem. Nie za­mie­rza­łem po­zwo­lić, żeby otchłań po­now­nie po­ci­ągnęła mnie w swo­je lo­do­wa­te ra­mio­na, do miej­sca, z któ­re­go nie będzie już po­wro­tu.

– Wiesz, gdzie mam two­je kło­po­ty? Da­łem ci szan­sę, w za­mian ocze­ku­jąc tyl­ko jed­ne­go. Nie wcho­dź mi w dro­gę, w prze­ciw­nym wy­pad­ku zro­bię to, co po­wi­nie­nem był zro­bić tam­te­go dnia. Za­bi­ję cię.

– Do­brze.

Zdzi­wio­ny spoj­rza­łem na ekran, gdy usły­sza­łem prze­ci­ągły dźwi­ęk. Noż kur­wa mać! Pró­bo­wa­łem od­dzwo­nić, ale roz­le­gał się ko­mu­ni­kat: „Abo­nent cza­so­wo nie­do­stęp­ny…”.

W co ona so­bie po­gry­wa?!

1

Ona

Przeszłość

Sta­łam w ciem­nym ko­ry­ta­rzu w ci­ężkiej, źle do­pa­so­wa­nej suk­ni ślub­nej. Po ple­cach spły­wał mi pot. Mi­nęły za­le­d­wie trzy go­dzi­ny od chwi­li, gdy wy­po­wie­dzia­łam sło­wa przy­si­ęgi. Z tru­dem wy­szły z mo­ich ust.

W świe­cie, w któ­rym przy­szło mi żyć, ma­łże­ństwo z przy­mu­su to coś po­wszech­ne­go, jed­nak wszyst­ko się we mnie bun­to­wa­ło prze­ciw­ko na­rzu­co­nej mi, nie­chcia­nej roli żony. Ci wszy­scy lu­dzie, któ­rzy ba­wi­li się te­raz w naj­lep­sze, przy­szli tu­taj, by się upew­nić, że dwie po­tęgi ich ma­fij­ne­go świa­ta fak­tycz­nie łączą się za po­mo­cą węzła ma­łże­ńskie­go. Bez zna­cze­nia by­łam ja, moje uczu­cia, pla­ny i to, przez ja­kie pie­kło prze­szłam. Nie pierw­sza i nie ostat­nia pan­na mło­da. Mu­sia­łam się przy­zwy­cza­ić i stać przy­kład­ną żoną wło­skie­go capo, któ­ry te­raz obej­mo­wał rządy nad dwie­ma sil­ny­mi ro­dzi­na­mi. Miał stwo­rzyć po­tęgę, z któ­rą ka­żdy będzie mu­siał się li­czyć. I tego cho­ler­nie mu za­zdro­ści­li.

Tak, zde­cy­do­wa­nie ten mężczy­zna miał do tego pre­dys­po­zy­cje. Mó­wio­no, że był dru­gim po eg­ze­ku­to­rze czło­wie­kiem w or­ga­ni­za­cji. On i eg­ze­ku­tor po­wo­li przej­mo­wa­li wła­dzę i przy­go­to­wy­wa­li się do nie­po­dziel­nych rządów nad Cosa No­strą w Sta­nach. Ra­zem two­rzy­li nie­ro­ze­rwal­ny zwi­ązek. Nie­jed­no­krot­nie sły­sza­łam po­wta­rza­ne szep­tem hi­sto­rie o ich be­stial­stwie i czy­nach, do ja­kich po­su­wa­li się dla or­ga­ni­za­cji, zgod­nie z przy­si­ęgą „krew za krew, ży­cie za ży­cie”.

I w tym ca­łym ma­fij­nym sy­fie, gdzie ka­żdy ka­żde­mu przy­sta­wi­łby broń do gło­wy i, uśmie­cha­jąc się, jed­nym po­ci­ągni­ęciem roz­bry­zgał mózg prze­ciw­ni­ka na ścia­nie, przy­szło mi żyć i w je­den dzień stra­cić wszyst­ko, o czym ma­rzy­łam. Przez splot nie­ocze­ki­wa­nych wy­da­rzeń, któ­re na­zwa­ła­bym pe­chem, utknęłam w ma­fij­nej klat­ce.

„Do­pó­ki śmie­rć was nie roz­łączy”. Te sło­wa wci­ąż brzęcza­ły mi w gło­wie. Pręty klat­ki, w któ­rej się zna­la­złam, od­bie­ra­ły mi wolę wal­ki. Wie­dzia­łam, czym sko­ńczy­łby się prze­jaw bun­tu. Wci­ąż czu­łam ka­żdy si­niak i cios. Tak oto w tych cza­sach przy­go­to­wy­wa­no pan­nę mło­dą do ślu­bu – gło­dów­ką i pi­ęścią.

Z dołu do­ta­rła do mnie ko­lej­na sal­wa śmie­chu. Za­gar­nąw­szy ob­szer­ne fa­łdy suk­ni, we­szłam do jed­ne­go z po­koi wy­na­jętych dla go­ści. Nikt na­wet nie spo­strze­gł, że na sali nie było ma­rio­net­ki ubra­nej jak ksi­ężnicz­ka – w ki­lo­me­try ko­ro­nek i je­dwa­biu, z war­tym kil­ka­dzie­si­ąt ty­si­ęcy do­la­rów dia­de­mem i wiel­kim dia­men­tem na pal­cu. Par­sk­nęłam śmie­chem. Pie­prze­ni kłam­cy! Tacy są dum­ni z tego, że za­ka­za­li han­dlu lu­dźmi, a sprze­da­wa­li wła­sne dzie­ci za trak­ta­ty po­ko­jo­we, spła­tę dłu­gów czy – jak w moim przy­pad­ku – za po­łącze­nie dwóch ro­dzin. Jed­nym uści­skiem dło­ni nisz­czy­li ży­cie có­rek. Mło­tek, ude­rze­nie i okrzyk ksi­ędza: „Sprze­da­na na wiecz­no­ść!”. Tak po­win­ny brzmieć sło­wa przy­si­ęgi! Gdy­bym do­sta­ła się na ostat­nie pi­ętro ho­te­lu i sko­czy­ła, to cie­ka­we, kie­dy by się zo­rien­to­wa­li, że ta le­żąca na chod­ni­ku w ka­łu­ży krwi bie­dacz­ka w bia­łej suk­ni to szczęśli­wa pan­na mło­da. Hi­po­kry­ci i kłam­cy!

Tacy sami jak mężczy­zna, któ­re­mu zo­sta­łam sprze­da­na. Za obiet­ni­cę po­ko­ju po­mi­ędzy ro­dzi­na­mi. Za obiet­ni­cę utrzy­ma­nia na­zwi­ska dla na­stęp­nych po­ko­leń. Moje dzie­ci mia­ły­by odzie­dzi­czyć na­zwi­sko, przez któ­re zo­sta­łam to­wa­rem nie­pod­le­ga­jącym zwro­to­wi i w tej chwi­li szcze­rze nim gar­dzi­łam.

Nie chcia­łam wra­cać do tych wszyst­kich lu­dzi, któ­rzy pa­trzy­li na mnie jak na ofia­rę. Mężczy­źni ze źle skry­wa­nym obrzy­dze­niem i li­to­ścią, a ko­bie­ty… Tak, ko­bie­ty, gdy­by mo­gły, za­bi­ły­by mnie, za­nim po­sta­wi­łam nogę w ko­ście­le. Ka­żda z nich bez wa­ha­nia po­pe­łni­ła­by mor­der­stwo, aby zna­le­źć się na moim miej­scu i na­le­żeć do tego, któ­ry stał się moim mężem. A ra­czej to ja by­łam jego wła­sno­ścią.

Przez tych kil­ka mie­si­ęcy, któ­re mi­nęły od za­ręczyn aż do dnia ślu­bu, do­bit­nie mi uświa­do­mił, jak mało dla nie­go zna­czę. Uwie­rzy­cie, że ani razu z nim nie roz­ma­wia­łam? Chy­ba że przy­si­ęga ma­łże­ńska li­czy się jako kon­wer­sa­cja. Pie­rścio­nek przy­słał mi przez jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi, ale do­sta­łam go do­pie­ro przed we­jściem do ko­ścio­ła. Przez cały ten czas na­le­żał do oso­by, któ­ra mia­ła do nie­go wi­ęk­sze pra­wa niż ja, a przy­naj­mniej po­wta­rza­ła to od wie­lu ty­go­dni. Ka­żde­go dnia pa­trzy­ła mi w oczy, ma­cha­jąc dło­nią, na któ­rej lśnił wiel­ki dia­ment.

Boże, czy to moja wina, że ona się po­spie­szy­ła, a śmie­rć przy­szła zbyt pó­źno?

Po­trząsnęłam gło­wą. Już nic nie mo­głam zro­bić. Obe­szłam moją klat­kę z ka­żdej stro­ny, szu­ka­jąc spo­so­bu na wy­do­sta­nie się na ze­wnątrz, ale poza śmier­cią nie było in­nej dro­gi. Na myśl o nad­cho­dzących la­tach zbie­ra­ło mi się na mdło­ści. Nie zna­łam mężczy­zny, któ­ry od te­raz miał do mnie pra­wo po­twier­dzo­ne przez uścisk dło­ni i przy­si­ęgę. Po­dwój­ne kaj­da­ny przy­trzy­mu­jące mnie w miej­scu: ma­fia i Bóg. Nie­na­wi­dzi­łam jed­ne­go i dru­gie­go. Prze­sta­łam wie­rzyć w Boga, bo wszyst­kie moje mo­dli­twy tra­fia­ły do bo­skie­go śmiet­ni­ka. Nie za­słu­ży­łam na­wet na śmie­rć, o któ­rą mo­dli­łam się przez mi­nio­ne ty­go­dnie. Wi­docz­nie mu­sia­łam bar­dzo na­grze­szyć w swo­im pra­wie osiem­na­sto­let­nim ży­ciu, że Bóg po­sta­no­wił ze­słać na mnie po­ku­tę w po­sta­ci ży­cia z mężczy­zną, któ­ry mnie le­d­wo to­le­ro­wał. Jak z ta­kie­go zwi­ąz­ku mają na­ro­dzić się dzie­ci? Syn, któ­ry zgod­nie z umo­wą miał prze­jąć ro­do­we na­zwi­sko?

Pie­przyć ich wszyst­kich.

Gdy za­gar­nęłam fa­łdy tej ab­sur­dal­nie ob­fi­tej suk­ni, ja­koś uda­ło mi się usi­ąść na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie. Przez otwar­te okno sły­sza­łam dźwi­ęki mu­zy­ki do­bie­ga­jące z sali ba­lo­wej. Niech się ba­wią. Niech piją. Może przy odro­bi­nie szczęścia za­pom­ną o mnie? Opa­rłam gło­wę o ścia­nę, prze­kli­na­jąc wbi­ja­jący się w czo­ło dia­dem. Z obo­jęt­no­ścią prze­su­nęłam wzro­kiem po nie­du­żym po­ko­ju z za­le­d­wie kil­ko­ma me­bla­mi i pu­cha­tym dy­wa­nem po­kry­wa­jącym pra­wie całą podło­gę. Okno bez fi­ran, któ­re da­wa­ły­by na­miast­kę pry­wat­no­ści. Uwa­gę zwra­ca­ło spo­re łó­żko wspar­te na czte­rech ko­lum­nach, zu­pe­łnie nie­pa­su­jące wy­mia­ra­mi do tak ma­łe­go po­miesz­cze­nia. Ten po­kój wy­glądał jak do­dat­ko­wa sy­pial­nia głów­ne­go apar­ta­men­tu i może rze­czy­wi­ście tak wła­śnie było? Znu­żo­na za­mknęłam po­wie­ki, od­ci­na­jąc się od tego ca­łe­go cyr­ku. Po­trze­bo­wa­łam chwi­li spo­ko­ju na po­ukła­da­nie wła­snych my­śli, za­nim bez sło­wa dam się na wiecz­no­ść za­mknąć w ma­łże­ńskim wi­ęzie­niu.

Mu­sia­łam chy­ba przy­snąć, bo obu­dził mnie gło­śny ko­bie­cy śmiech i to­wa­rzy­szący mu męski głos. Mężczy­zna wła­ści­wie mru­czał ochry­płym szep­tem, pod­czas gdy ko­bie­ta śmia­ła się pi­skli­wie. Wstrząsnął mną dreszcz obrzy­dze­nia, gdy zda­łam so­bie spra­wę, do kogo na­le­żał ten głos. Za­sko­czo­na ro­zej­rza­łam się, nie wie­dząc, skąd do­kład­nie do­cho­dzi­ły od­gło­sy. Wte­dy ich za­uwa­ży­łam. Znaj­do­wa­li się na ta­ra­sie bie­gnącym wzdłuż ca­łe­go pi­ętra, co zna­czy­ło, że wy­szli przez sąsia­du­jącą z tym po­ko­jem sy­pial­nię. Gwa­łtow­nie pod­nio­słam się z pa­ra­pe­tu, aby mnie nie za­uwa­ży­li. Opar­ta o drew­nia­ną ko­lum­nę łó­żka ob­ser­wo­wa­łam to, co wła­śnie dzia­ło się na ze­wnątrz.

Nie po­win­nam być zdzi­wio­na tym wi­do­kiem. Wi­dzia­łam wy­raz per­fek­cyj­nej twa­rzy ko­bie­ty, gdy szłam nawą ko­ścio­ła – a ra­czej by­łam ci­ągni­ęta, ale to szcze­gół, któ­re­go chy­ba nikt nie za­uwa­żył. Uwa­gę go­ści przy­ku­wał przede wszyst­kim bo­ha­ter tego przed­sta­wie­nia sto­jący przed ołta­rzem w to­wa­rzy­stwie świad­ka. Jed­nak jej twarz – i to, co zo­ba­czy­łam w jej oczach – na chwi­lę zu­pe­łnie mnie zmro­zi­ła i wy­trąci­ła z rów­no­wa­gi. Je­że­li li­czy­łam, że po tej ca­łej szop­ce będę mia­ła świ­ęty spo­kój z dala od tej tok­sycz­nej, nie­zrów­no­wa­żo­nej emo­cjo­nal­nie i psy­chicz­nie oso­by, to naj­wy­ra­źniej bar­dzo się my­li­łam.

Czy mo­żna aż tak nie­na­wi­dzić? Wte­dy my­śla­łam, że nie, że czło­wiek nie może ży­wić tak bar­dzo de­struk­cyj­nych uczuć. Choć mie­si­ące po­prze­dza­jące ten dzień po­win­ny były mi uświa­do­mić, że na­iw­nie wie­rzy­łam w coś tak abs­trak­cyj­ne­go jak odro­bi­na do­bro­ci, to prze­ko­na­łam się o tym do­pie­ro dużo pó­źniej. W dniu ślu­bu jesz­cze nie­śmia­ło tli­ło się we mnie prze­ko­na­nie, że w ko­ńcu się uwol­nię, a jej nie za­brak­nie od­wa­gi – że wsta­nie, a po­tem wszem i wo­bec oświad­czy, że to ona po­win­na zna­le­źć się na moim miej­scu. Nie zro­bi­ła tego.

A te­raz pa­trzy­łam, jak się śmie­je, wsu­wa­jąc zu­chwa­łe dło­nie w roz­pi­ęte spodnie mężczy­zny. Prze­kli­na­łam ją za by­cie ta­kim tchó­rzem. Po­wo­li uklękła, nie ba­cząc na dro­gą suk­nię, któ­rą ku­pi­ła za moje pie­ni­ądze. Spo­gląda­jąc w górę, wy­jęła z roz­por­ka jego męsko­ść. Głębo­kie, ochry­płe mru­cze­nie wy­do­sta­jące się z męskie­go gar­dła wstrząsnęło mną, wy­wo­łu­jąc dreszcz na ca­łym cie­le.

Z trud­ną do okre­śle­nia fa­scy­na­cją ob­ser­wo­wa­łam, jak po­ru­sza­jąc gło­wą co­raz szyb­ciej, spra­wia­ła mężczy­źnie przy­jem­no­ść usta­mi. Jego pal­ce wplo­tły się w jej wło­sy i przy­ci­ągnęły gło­wę do bio­der. Od­głos krztu­sze­nia się, prze­rwa­ny ochry­płym jękiem, wy­pe­łnił ci­szę. Ża­ło­wa­łam, że nie za­mknęłam okna, przy­naj­mniej oszczędzi­ła­bym so­bie tych wszyst­kich dźwi­ęków.

Przez chwi­lę po­dzi­wia­łam jego oświe­tlo­ną bla­skiem ksi­ęży­ca syl­wet­kę. Był na­praw­dę przy­stoj­ny. Ciem­ne wło­sy miał po­tar­ga­ne na wszyst­kie stro­ny – ewi­dent­ny do­wód na to, że już nie­jed­ne ko­bie­ce pal­ce zbu­rzy­ły ich po­cząt­ko­wą per­fek­cję. Czar­na ma­ry­nar­ka pod­kre­śla­ła sze­ro­kie ra­mio­na i wąską ta­lię, a opusz­czo­ne w tej chwi­li spodnie uka­zy­wa­ły umi­ęśnio­ne uda. Jed­nak mój wzrok naj­bar­dziej przy­ku­wa­ła jego twarz. Kon­trast pra­wie czar­nych wło­sów, ciem­ne­go za­ro­stu na kwa­dra­to­wej szczęce i ja­sno­nie­bie­skich oczu wy­da­wał się po­ra­ża­jący. Zim­ne jak lód spoj­rze­nie, w któ­rym były tyl­ko pust­ka i obo­jęt­no­ść. Oczy de­mo­na.

Po­de­szłam do drzwi. Po­dej­rze­wa­łam, że w chwi­li, gdy je otwo­rzę, zo­rien­tu­ją się, że ktoś ob­ser­wo­wał ich wy­czy­ny. Może nie ona, zbyt za­ab­sor­bo­wa­na swo­ją ust­ną ro­bót­ką, ale by­łam dziw­nie prze­ko­na­na, że mężczy­zna na bal­ko­nie do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z ota­cza­jące­go go świa­ta i tego, co się do­oko­ła dzia­ło. Mu­sia­łam po­cze­kać na od­po­wied­nią chwi­lę, gdy po­grążo­ny w przy­jem­no­ści na mo­ment stra­ci czuj­no­ść. Z dło­nią na klam­ce sta­łam i cze­ka­łam.

Mężczy­zna za­ci­snął szczęki i bru­tal­nie przy­trzy­mał gło­wę ko­bie­ty w bez­ru­chu, pod­czas gdy jego bio­dra roz­po­częły sza­le­ńczą sza­rżę w jej ustach. Wbi­jał się nie­ubła­ga­nie, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na to, że się dła­wi­ła. Jej kunsz­tow­nie uło­żo­ne wło­sy roz­sy­pa­ły się na ple­cach, bu­rząc wcze­śniej­szą per­fek­cję.

Te­raz. Ten mo­ment, gdy jak sa­mot­ny ak­tor na sce­nie na chwi­lę przy­mknął po­wie­ki, po­grążo­ny w eks­ta­zie. Wy­mknęłam się na ko­ry­tarz ni­czym zło­dziej ucie­ka­jący z miej­sca prze­stęp­stwa. Nie po­win­nam była się tak czuć, bo prze­cież nie zro­bi­łam ni­cze­go złe­go. A jed­nak lo­do­wa­ty strach spętał mnie, moje ru­chy sta­ły się po­wol­ne i nie­zdar­ne. W chwi­li, gdy sta­łam już poza sy­pial­nią, coś ka­za­ło mi pod­nie­ść gło­wę. Mój wzrok na­po­tkał nie­bie­skie tęczów­ki mężczy­zny.

Zo­ba­czył mnie. Świad­czy­ły o tym wbi­te we mnie de­mo­nicz­ne spoj­rze­nie i gry­mas za­ci­śni­ętych ust. Uśmiech­nęłam się z iro­nią i spo­koj­nie za­mknęłam drzwi. Nie rzu­ci­łam się do sza­le­ńczej uciecz­ki. Przed tym mężczy­zną i tak nie zna­la­zło­by się miej­sce do ukry­cia. Miał cy­ro­graf na moją du­szę, pod­pi­sa­ny krwią.

Scho­dząc sze­ro­ki­mi scho­da­mi do sali ba­lo­wej, przy­wo­ła­łam na twarz ma­skę, z któ­rą pra­wie się zro­słam. Emo­cje w tych oko­licz­no­ściach były nie­wska­za­ne. Emo­cje to sła­bo­ść, to pew­na śmie­rć w tym świe­cie.

Wsu­nęłam się do środ­ka. Rze­czy­wi­ście nikt nie za­uwa­żył mo­jej nie­obec­no­ści. Może była szan­sa, żeby dys­kret­nie wy­jść i po pro­stu się roz­pły­nąć? Znik­nąć? Zro­bi­łam za­le­d­wie dwa kro­ki w kie­run­ku wy­jścia, gdy sil­ny uścisk wbi­tych w ra­mię pal­ców za­trzy­mał mnie w miej­scu.

Sta­nęłam ze spusz­czo­ną gło­wą, bo na­gle wszy­scy żywo za­in­te­re­so­wa­li się moją oso­bą. Och! By­łam zbyt za­ro­zu­mia­ła. To nie ja spo­wo­do­wa­łam ten na­gły zwrot ak­cji, lecz mężczy­zna sto­jący za mo­imi ple­ca­mi i trzy­ma­jący mnie w sta­lo­wym uści­sku.

– Wy­bie­rasz się gdzieś?

Pra­wie pod­sko­czy­łam, gdy usły­sza­łam ten ochry­pły głos i po­czu­łam go­rący od­dech na szyi. Unio­słam pod­bró­dek i spoj­rza­łam przed sie­bie. Nikt, a w szcze­gól­no­ści on, nie będzie świad­kiem mo­jej po­ra­żki. Ni­g­dy!

Po­trząsnęłam tyl­ko gło­wą, po­nie­waż sło­wa nie chcia­ły mi prze­jść przez gar­dło. Kątem oka wi­dzia­łam sze­ro­kie ra­mię za­sła­nia­jące mnie częścio­wo przed wzro­kiem cie­kaw­skich. Pró­żny trud, bo to, co mie­li na­dzie­ję zo­ba­czyć, już zo­ba­czy­li. Wie­ść po­szła w świat i będzie po­wta­rza­na z ust do ust przez naj­bli­ższe ty­go­dnie, a na­wet mie­si­ące. A to, że ci­ągnąc mnie po scho­dach na górę, po­ni­żał mnie jesz­cze bar­dziej, do­pe­łnia­ło ich wy­obra­że­nie tego, jak będzie wy­gląda­ło te­raz moje ży­cie.

Za­uwa­ży­łam mężczy­znę, któ­ry stał się mi­mo­wol­nym świad­kiem mo­je­go upodle­nia. Stał nie­da­le­ko scho­dów, z dło­ńmi scho­wa­ny­mi w kie­sze­niach spodni, i przy­glądał mi się uwa­żnie. Ko­lej­ne tego dnia lo­do­wa­te spoj­rze­nie, tym ra­zem zie­lo­ne jak szkło pu­stej bu­tel­ki. Prze­sze­dł mnie dreszcz. Ten mężczy­zna spra­wiał wra­że­nie, jak­by przez war­stwy suk­ni był w sta­nie do­strzec wszel­ką brzy­do­tę oraz po­kry­wa­jące cia­ło i du­szę bli­zny. Od­wró­ci­łam wzrok i za­ci­snęłam usta. Nie miał pra­wa mnie oce­niać! Nic o mnie nie wie­dział!

Po­ty­ka­jąc się o ob­szer­ne fa­łdy suk­ni, do­ta­rłam na pi­ętro. Mężczy­zna, któ­ry wła­śnie zro­bił z nas wi­do­wi­sko na oczach dzie­si­ątek prze­szczęśli­wych ga­piów, prak­tycz­nie wrzu­cił mnie do sy­pial­ni i za­trza­snął za nami drzwi. Pu­ścił moje ra­mię, jak­by trzy­mał coś obrzy­dli­we­go. Bra­ko­wa­ło tyl­ko, żeby wy­ta­rł dłoń. Prze­kli­na­jąc, pod­sze­dł do okna i jed­nym szarp­ni­ęciem za­ci­ągnął gru­be za­sło­ny.

– Lu­bisz pod­glądać, jak wi­dzę – syk­nął, opie­ra­jąc się o ścia­nę po­mi­ędzy okna­mi.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, prze­no­sząc wzrok na wi­szący na ścia­nie ob­raz. Za­chcia­ło mi się śmiać, po­nie­waż przed­sta­wiał ja­kieś abs­trak­cyj­ne gów­no. Do­sko­na­ła iro­nia, je­śli wzi­ąć pod uwa­gę sy­tu­ację, w któ­rej się zna­la­złam. Jed­no gów­no na ścia­nie, dru­gie w sy­pial­ni. Nie mia­łam za­mia­ru tłu­ma­czyć się z mo­jej wcze­śniej­szej obec­no­ści w tym po­ko­ju. Do­kład­nie tego sa­me­go ocze­ki­wa­łam od nie­go z tej pro­stej przy­czy­ny, że zu­pe­łnie mnie nie ob­cho­dzi­ło, co ro­bił ani z kim. Nie zna­łam go i nie chcia­łam po­znać.

– Patrz na mnie, jak do cie­bie mó­wię! – wark­nął, ro­bi­ąc krok w moją stro­nę.

Wes­tchnęłam, od­wra­ca­jąc po­słusz­nie wzrok.

Po raz pierw­szy tak na­praw­dę mia­łam oka­zję zo­ba­czyć go z bli­ska. Nie­bie­skie oczy pło­nęły wście­kło­ścią. Za­mie­rzał ją wy­ła­do­wać na mnie. Ży­cie w ma­fii przy­zwy­cza­iło mnie do ta­kich wła­śnie sy­tu­acji i do­kład­nie tego się spo­dzie­wa­łam. Prze­moc w na­szym świe­cie nie ogra­ni­cza­ła się tyl­ko do wro­gów. Bi­cie żony na­le­ża­ło do stan­dar­dów w ro­dzi­nach, tak jak i bi­cie có­rek, gdy trze­ba było je do cze­goś zmu­sić. O tech­ni­kach, ja­kie sto­so­wa­no, mo­gła­bym na­pi­sać dok­to­rat, gdy­by dali mi szan­sę na na­ukę.

Ko­bie­ty ma­fii nie mia­ły nic do po­wie­dze­nia. Jak po­zba­wio­ne wol­nej woli ma­rio­net­ki pod­ska­ki­wa­ły, kie­dy wła­ści­ciel po­ci­ągał za sznur­ki. Ubie­ra­ły się tak, jak od­po­wia­da­ło mężom, za­cho­wy­wa­ły się tak, żeby nie przy­nie­ść im wsty­du, a przede wszyst­kim roz­kła­da­ły nogi wte­dy, gdy mężom ode­chcia­ło się pie­przyć dziw­ki i ko­chan­ki. Je­śli nie chcia­ły, w ka­żdej chwi­li mo­gły zo­stać do tego zmu­szo­ne. By­ły­śmy ich wła­sno­ścią. Jak para ka­lo­szy wy­ci­ąga­na w desz­czo­we dni, a w po­zo­sta­łe scho­wa­na w mało wi­docz­nym miej­scu.

Dziw­ka mia­ła wi­ęcej swo­bo­dy niż ko­bie­ta uro­dzo­na w tym świe­cie.

– Co? Za­po­mnia­łaś języ­ka w gębie? Czy tak się na­pa­trzy­łaś, że ode­bra­ło ci mowę? Za­zdro­ścisz? Chcia­ła­byś być na jej miej­scu? Chcia­ła­byś, że­bym to two­je usta ze­rżnął? – za­kpił.

Pra­wie mnie ze­mdli­ło. Jak ka­żda ko­bie­ta mia­łam ra­czej buj­ną wy­obra­źnię, ale tego na­wet moja nie po­tra­fi­ła przy­swo­ić. Wresz­cie zro­zu­mia­łam te wszyst­kie ko­men­ta­rze i po­wta­rza­ne szep­tem hi­sto­rie, jak ten mężczy­zna od­no­si się do ko­biet. Sły­sza­łam, że jest be­stią w łó­żku i do­kład­nie w taki spo­sób trak­tu­je part­ner­ki. Rżnie do krwi i tak dłu­go, jak ma na to ocho­tę.

– Gdy­byś mo­gła za­jść w ci­ążę od ob­ci­ąga­nia, mia­ła­byś już mo­je­go fiu­ta w ustach. Tra­fi­ła mi się żona, na któ­rą z tru­dem pa­trzę, ale będę mu­siał kie­dyś za­płod­nić – mruk­nął, jak­by do sie­bie, zu­pe­łnie za­po­mi­na­jąc o tym, że sto­ję przed nim. Otrząsnął się po swo­ich sło­wach i po­kręcił gło­wą. – Mam za­miar prze­ci­ągać to tak dłu­go, jak tyl­ko mo­żli­we, ale na pew­no nie pój­dę z tobą do łó­żka. Ro­zu­miesz?

Kiw­nęłam gło­wą, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać żad­nych emo­cji, a zwłasz­cza ulgi. Tego ba­łam się naj­bar­dziej: że prędzej czy pó­źniej będę mu­sia­ła wy­pe­łnić swo­je obo­wi­ąz­ki względem tej ro­dzi­ny, sta­jąc się in­ku­ba­to­rem dla męskie­go na­sie­nia. Wa­gi­ną, w któ­rej on umie­ści swo­ją sper­mę w fi­zycz­nym ak­cie po­zba­wio­nym ja­kich­kol­wiek uczuć. Ja na­zwa­ła­bym to gwa­łtem, po­nie­waż wie­dzia­łam, że ni­g­dy nie wy­ra­zi­ła­bym na to zgo­dy. Jed­nak w na­szym świe­cie gwa­łt na żo­nie był nor­mą. Z dziw­ka­mi się pie­przy­li, żony gwa­łci­li.

Czy spra­wił mi przy­kro­ść swo­imi sło­wa­mi? Nie, by­łam szczęśli­wa, że wła­śnie tak o mnie my­ślał. Da­wa­ło mi to cho­ler­ną gwa­ran­cję, że szyb­ciej do­cze­kam się wi­zy­ty w ga­bi­ne­cie i za­płod­nie­nia in vi­tro niż nie­chcia­nej obec­no­ści w mo­jej sy­pial­ni.

Mój plan oka­zał się ide­al­ny.

– Masz zo­stać tu­taj – po­wie­dział, pod­cho­dząc do drzwi. – Moi lu­dzie będą sta­li na ze­wnątrz. Ka­żda pró­ba opusz­cze­nia tego po­ko­ju spo­tka się z nie­mi­ły­mi dla cie­bie kon­se­kwen­cja­mi. Sie­dź tu­taj, aż przy­ślę po cie­bie ko­goś ju­tro rano.

Wy­sze­dł, na­wet na mnie nie pa­trząc. Gdy­by nie słusz­na oba­wa, że w sy­pial­ni mogą znaj­do­wać się ka­me­ry, od­ta­ńczy­ła­bym ta­niec zwy­ci­ęstwa i śmia­ła­bym się z tego mężczy­zny i jego ego, któ­re prze­ży­wa­ło z pew­no­ścią ja­kąś za­pa­ść. Miał po­wód, aby czuć się oszu­ka­ny, przy­naj­mniej w jego mnie­ma­niu. Od kil­ku lat był naj­lep­szą par­tią w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych oraz na Sy­cy­lii, a wła­śnie się zo­rien­to­wał, że po­ślu­bił wstręt­ną gru­ba­skę. Ja­kiż to mu­siał być dla nie­go cios!

Tro­chę po­trwa­ło, za­nim zdjęłam z sie­bie tę prze­klętą suk­nię ślub­ną. Rzu­ci­łam dia­dem w kąt, sta­nęłam naga pod prysz­ni­cem i prze­cze­sa­łam dło­nią dłu­gie, czar­ne jak smo­ła wło­sy. Cie­pła woda przy­jem­nie roz­lu­źnia­ła na­pi­ęte mi­ęśnie i spły­wa­ła czer­nią z mo­ich ko­smy­ków. Po­far­bo­wa­nie ich przed tą szop­ką chy­ba spe­łni­ło swo­ją rolę. Ten ko­lor zde­cy­do­wa­nie nie pa­so­wał do mo­jej kar­na­cji i ra­czej nie spodo­bał się sa­me­mu za­in­te­re­so­wa­ne­mu. Uda­ło mi się prze­trwać chy­ba je­den z naj­gor­szych dni w moim ży­ciu. Jesz­cze nie chwa­li­łam dnia, bo do pó­łno­cy zo­sta­ło tro­chę cza­su i De­mon z pie­kła ro­dem, a ra­czej z Hol­ly­wo­od, mógł po­ja­wić się po­now­nie. Może i nie zna­łam tego mężczy­zny, ale wie­dzia­łam, że nie zła­mie da­ne­go mi sło­wa i będzie się trzy­mał z dala ode mnie i mo­je­go łó­żka. Moja w tym gło­wa, żeby ni­g­dy nie zmie­nił zda­nia.

Le­żąc w ciem­no­ści, sły­sza­łam cho­dzących po ko­ry­ta­rzu ochro­nia­rzy. O pó­łno­cy, wraz z pierw­szym wy­bi­ciem ze­ga­ra za­mknęłam oczy i, za­ci­ska­jąc pal­ce na ko­łdrze, cze­ka­łam na ostat­ni dźwi­ęk. Ode­tchnęłam, szep­cząc w ciem­no­ści:

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji osiem­na­stych uro­dzin, Avo.

Ży­cze­niom to­wa­rzy­szył gło­śny ryk mo­je­go męża, któ­ry spędzał swo­ją noc po­ślub­ną w sąsied­niej sy­pial­ni, pie­prząc się z moją ku­zyn­ką.

– Naj­gor­sze­go na no­wej dro­dze ży­cia, skur­wie­lu – do­da­łam.

2

Nie zmru­ży­łam oka przez całą noc. Za­dba­li o to mój dziw­kar­ski mąż i rów­nie pusz­czal­ska ku­zyn­ka, któ­rzy nie usta­wa­li w krzy­kach za ścia­ną. To, że w ogó­le śmia­ła po­ja­wić się na ślu­bie, było po­gwa­łce­niem tra­dy­cji. Za­le­d­wie dwa mie­si­ące wcze­śniej po­cho­wa­ła męża i jako wdo­wa po­win­na żyć z dala od świa­ta uciech, za­rów­no tych du­cho­wych, jak i cie­le­snych. Nie­szczęsny ro­gacz, któ­re­go zdra­dzi­ła w dniu swo­je­go ślu­bu z tym sa­mym mężczy­zną, z któ­rym ta­rza­ła się przez całą noc, za­pew­ne prze­wra­cał się te­raz w gro­bie.

Na­zwę go po imie­niu – Nie nie­szczęsne­go ro­ga­cza, ma się ro­zu­mieć – a De­mo­na.

San­ti­no Bras­si, przy­szły capo ro­dzi­ny Man­cu­so i Bras­si.

Mąż, któ­re­mu zo­sta­łam sprze­da­na jak rzecz.

Jak do tego do­szło?

Kie­dy pra­wie dwa lata temu moi ro­dzi­ce zgi­nęli w wy­ni­ku za­ma­chu, jako nie­let­nia tra­fi­łam w naj­bar­dziej nie­od­po­wied­nie ręce. Ku­ra­te­lę nade mną prze­jął mój przy­rod­ni brat, Gu­sta­vo Man­cu­so. Tych kil­ka mie­si­ęcy pod jego opie­ką było pie­kłem. Nie mia­łam ni­ko­go, by zwró­cić się o po­moc, a Gu­sta­vo do­brze mnie pil­no­wał, aby nie przy­sze­dł mi do gło­wy boss Cosa No­stry, don Da­niel.

Mia­łam nie­spe­łna sie­dem­na­ście lat, gdy Gu­sta­vo uma­rł. Moja wol­no­ść nie trwa­ła jed­nak zbyt dłu­go. Upo­mnia­ło się o mnie ży­cie i prze­zna­cze­nie. Jako je­dy­na dzie­dzicz­ka wiel­kiej ma­fij­nej fa­mi­lii nie mo­głam zo­stać bez męskiej opie­ki. Spo­tka­nie z don Da­nie­lem Ri­va­sem nie na­le­ża­ło do naj­mil­szych. Oświad­czył mi, że w dniu osiem­na­stych uro­dzin wyj­dę za mąż za mężczy­znę, któ­re­go on wy­bie­rze. Do tego cza­su mia­łam po­zo­stać pod jego pie­czą, ale uprze­dził, że po­ja­wi się ja­kiś mój da­le­ki krew­ny, wuj Ste­fa­no Fer­ro, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam na oczy.

Zja­wił się po kil­ku dniach. Sta­ry pryk z twa­rzą znisz­czo­ną przez hu­lasz­czy tryb ży­cia. W wiel­kiej po­sia­dło­ści, ży­jąc na koszt ro­dzi­ny Man­cu­so, czuł się jak w raju. Za­częły się im­pre­zy, któ­re śmia­ło mo­głam na­zwać or­gia­mi. Mu­sia­łam ba­ry­ka­do­wać się w sy­pial­ni po tym, jak w cza­sie jed­nej z tych we­so­łych za­baw do mo­je­go po­ko­ju wtar­gnęło trzech pi­ja­nych mężczyzn. Tyl­ko opatrz­no­ści za­wdzi­ęcza­łam fakt, że nie zgwa­łci­li mnie tam­tej nocy.

Opatrz­no­ść na­zy­wa­ła się Au­re­lia Fer­ro. Przy­je­cha­ła wraz ze swo­im oj­cem, od razu przej­mu­jąc rolę pani domu. Zu­pe­łnie nie do­cie­rał do niej fakt, że to ja nią by­łam. Z dnia na dzień sta­wa­łam się bar­dziej pra­cow­ni­cą niż wła­ści­ciel­ką domu. To jej szu­ka­ła słu­żba, gdy po­ja­wiał się pro­blem. To do niej zwra­ca­no się „pa­nien­ko Man­cu­so”. Ja po­zo­sta­łam dla wszyst­kich tyl­ko Avą. Za­hu­ka­ną, za­nie­dba­ną, wiecz­nie roz­czo­chra­ną dzie­wu­chą.

Uzur­pa­tor­ka, zwa­na ku­zyn­ką, spro­wa­dzi­ła swo­je­go na­rze­czo­ne­go. Chłop­taś miał nie­wie­le do po­wie­dze­nia w tym zwi­ąz­ku, a jego wstręt­ne czar­ne śle­pia śle­dzi­ły mnie na ka­żdym kro­ku. Z dala od wiecz­nie ob­ra­żo­nej Au­re­lii na­rze­czo­ny ro­bił się nad wy­raz od­wa­żny. Uni­ka­nie go sta­ło się dla mnie spor­tem olim­pij­skim, w któ­rym zdo­by­wa­łam naj­wy­ższe lo­ka­ty. Po­bi­łam na­wet kil­ka re­kor­dów świa­ta w bie­gach krót­ko- i dłu­go­dy­stan­so­wych. To był czas, któ­ry spędza­łam na mo­dli­twach jak praw­dzi­wa mnisz­ka, bła­ga­jąc, aby dzień mo­ich uro­dzin nad­sze­dł jak naj­szyb­ciej. Nie po­tra­fi­łam so­bie wy­obra­zić, że moje ży­cie mo­gło­by być gor­sze niż to, któ­re­go wte­dy do­świad­cza­łam.

Do cza­su.

Przez pierw­szych kil­ka mie­si­ęcy, gdy nowi krew­ni za­gar­nęli mój dom dla sie­bie, pa­no­wał względ­ny spo­kój. Oczy­wi­ście nie li­cząc or­gii, któ­re na­dal trwa­ły, mimo że ku­zyn­ka Au­re­lia po­sta­no­wi­ła przy­śpie­szyć swój ślub. Oso­bi­ście uwa­żam, że na jej de­cy­zję wpły­nęły dwie oko­licz­no­ści.

Po pierw­sze, mo­żli­wo­ść wy­pra­wie­nia ba­lan­gi w wiel­kim domu, w do­dat­ku w Los An­ge­les, gdzie mo­gła za­pro­sić wie­le zna­nych osób. Od­mó­wie­nie ko­mu­kol­wiek no­szące­mu na­zwi­sko Man­cu­so rów­na­ło się pu­blicz­ne­mu sa­mo­bój­stwu. Już o tym mó­wi­łam, ale po­wtó­rzę: Au­re­lia, cho­ćby nie wiem jak bar­dzo chcia­ła, nie mo­gła ro­ścić so­bie żad­nych praw do na­zwi­ska i ma­jąt­ku ro­dzi­ny Man­cu­so. To, że w tam­tej chwi­li ko­rzy­sta­ła z pie­ni­ędzy, było tyl­ko wy­ni­kiem mo­je­go pra­gnie­nia świ­ęte­go spo­ko­ju. Wrza­sków tej wa­riat­ki mia­łam po dziur­ki w no­sie.

Po dru­gie, mimo wiel­kich chęci ni­g­dy nie uda­ło jej się spo­tkać dwóch naj­go­ręt­szych ka­wa­le­rów z Los An­ge­les. Po­su­nęła się już chy­ba do wszyst­kie­go poza wtar­gni­ęciem na pry­wat­ne po­se­sje tych mężczyzn – i nic. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, że po­ja­wią się na jej ślu­bie. Za­dba­ła o to, wy­sy­ła­jąc za­pro­sze­nia w moim imie­niu.

W dniu jej ślu­bu, mimo na­le­gań wuja, nie ze­szłam na dół. Po­sta­no­wi­łam spędzić ten czas z dala od tego ca­łe­go po­pie­przo­ne­go świa­ta i za­mie­sza­nia. Wi­dok tylu ma­fij­nych twa­rzy mógł do­pro­wa­dzić do ci­ężkiej nie­straw­no­ści. Poza tym oba­wia­łam się, że wśród go­ści po­ja­wi się się Da­nie­lo Ri­vas. Nie chcia­łam rzu­cać mu się w oczy, li­cząc w głębi du­cha na to, że zu­pe­łnie o mnie za­po­mniał. Ukry­wa­łam się w go­ścin­nej sy­pial­ni i to tam, przez przy­pa­dek, sta­łam się świad­kiem igra­szek mło­dych ma­łżon­ków. Sły­sząc dziar­skie od­gło­sy, z ja­ki­mi pan mło­dy sta­rał się za­do­wo­lić swo­ją wiecz­nie skwa­szo­ną ma­łżon­kę, unio­słam brwi. Nie wy­glądał na ta­kie­go ogie­ra.

Ich mi­ło­sne jęki tak dzia­ła­ły mi na ner­wy, że zde­cy­do­wa­łam się wró­cić do wła­snej sy­pial­ni. Po­my­śla­łam, że je­że­li mają za­miar tak świ­ęto­wać przez całą tę noc i wszyst­kie ko­lej­ne, to nie wiem, co zro­bię. Zdąży­łam prze­jść za­le­d­wie po­ło­wę ko­ry­ta­rza, gdy na­gle spo­tka­łam za­ta­cza­jące­go się mężczy­znę. Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy ze zdzi­wie­nia, pa­trząc, jak ogier Enzo, któ­ry przed chwi­lą po­su­wał przez go­dzi­nę świe­żo po­ślu­bio­ną ma­łżon­kę, wisi na po­ręczy scho­dów. Ale chwi­la mo­ment…

W ta­kim sta­nie mó­głby co naj­wy­żej po­ma­rzyć o po­su­wa­niu się do przo­du bez szo­ro­wa­nia twa­rzą o podło­gę; do­tar­cie tu­taj przede mną po­zo­sta­wa­ło poza za­si­ęgiem. W ta­kim ra­zie… z kim była Au­re­lia? W tej wła­śnie chwi­li na ko­ńcu ko­ry­ta­rza trza­snęły drzwi i zo­ba­czy­łam zbli­ża­jące­go się mężczy­znę. Sze­dł spo­koj­nie, po­pra­wia­jąc ko­szu­lę i wy­gła­dza­jąc wło­sy, wzrok miał wbi­ty w te­le­fon z ta­kim sku­pie­niem, że mi­nął nas bez sło­wa i zsze­dł po scho­dach.

Przez kil­ka na­stęp­nych ty­go­dni ob­ser­wo­wa­łam nowy sche­mat za­cho­wa­nia do­mow­ni­ków. Wuj miał na wszyst­ko wy­wa­lo­ne, pod wa­run­kiem że do­sta­wał swo­ją dzien­ną daw­kę umi­la­czy. To­wa­rzy­szył mu zięć, ro­gacz Enzo, a có­recz­ka dba­ła o do­bre sa­mo­po­czu­cie swo­ich mężczyzn, za­ła­twia­jąc im te trzy nie­zbęd­ne do ży­cia przy­jem­no­ści: al­ko­hol, nar­ko­ty­ki i pa­nien­ki. Sama, upew­niw­szy się, że pa­no­wie mają już to­tal­ny od­lot i stra­ci­li łącz­no­ść z bazą, wy­by­wa­ła ubra­na jak ra­so­wa dziw­ka dla bo­ga­tych dup­ków. Zja­wia­ła się nad ra­nem, za­nim mąż się zo­rien­to­wał, że żon­ka przy­pra­wia mu rogi na mie­ście. Uda­wa­ła wiel­ce za­tro­ska­ną. Mo­gła­bym tak żyć na­wet do pó­źnej sta­ro­ści. Na­uczy­łam się ich uni­kać. Dla wła­sne­go bez­pie­cze­ństwa.

Wszyst­ko sko­ńczy­ło się do­kład­nie sze­ść mie­si­ęcy przed mo­imi uro­dzi­na­mi. W domu po­now­nie po­ja­wił się don Da­nie­lo. Wró­ci­łam wła­śnie ze szko­ły, gdy sta­nął w sa­lo­nie w oto­cze­niu swo­ich ochro­nia­rzy.

– Wi­taj, Avo.

– Dzień do­bry.

Ni­g­dy nie wie­dzia­łam, jak mam z nim roz­ma­wiać. Tyl­ko jed­no mo­gło spra­wić, że boss Cosa No­stry za­szczy­cił mnie swo­ją wi­zy­tą. Czy w ja­kiś cu­dow­ny spo­sób do­wie­dział się o moim za­mia­rze wstąpie­nia do klasz­to­ru? Może za jego mu­ra­mi mia­ła­bym cho­ciaż chwi­lę spo­ko­ju. Nie czu­łam po­wo­ła­nia, ja i Bóg ja­koś nie­spe­cjal­nie się lu­bi­my, ale w tam­tym cza­sie tyl­ko to przy­szło mi do gło­wy.

– Wi­dzę, że wci­ąż się uczysz.

Nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go był taki za­sko­czo­ny. Mia­łam za­le­d­wie sie­dem­na­ście lat. Co we­dług Da­nie­la mia­ła­bym ro­bić? Pra­co­wać w fa­bry­ce? A może prze­jąć ro­dzin­ny biz­nes i zo­stać capo?

Kiw­nęłam gło­wą, po­wstrzy­mu­jąc ci­snący się na usta iro­nicz­ny ko­men­tarz. W ko­ńcu je­stem cór­ką ma­fii.

– Och! To pan! – usły­sza­łam od stro­ny otwar­tych drzwi do sa­lo­nu.

Wes­tchnęłam, sły­sząc ten pi­skli­wy głos. Au­re­lia jak za­wsze wie­dzia­ła, kie­dy się po­ja­wić. W ob­ci­słej su­kien­ce z naj­now­szej ko­lek­cji Dio­ra i szpil­kach do kom­ple­tu wy­gląda­ła jak ty­po­wa żona ma­fio­sa. Tyle że Enzo był za­le­d­wie sła­biut­kim żo­łnie­rzem, o co ta jędza wci­ąż cio­sa­ła mu ko­łki na gło­wie. Ma­rzy­ło jej się by­cie diwą Cosa No­stry z mężem, któ­ry bu­dził strach i re­spekt. Nie­ste­ty mo­del, któ­ry po­sia­dła za­le­d­wie kil­ka ty­go­dni temu, nie miał tej funk­cji. Tak to jest, gdy de­cy­du­jesz się na to­war z wy­prze­da­ży. Po cza­sie od­kry­wasz, że nie ma funk­cji alfa. To jak z Play­Sta­tion 1 i Play­Sta­tion 5. Gry z je­dyn­ki za cho­le­rę nie będą dzia­łać na pi­ąt­ce. Dzie­li je cała epo­ka tech­no­lo­gicz­na.

– Wi­taj, Au­re­lio. Wi­dzę, że stan ma­łże­ński ci słu­ży – za­uwa­żył uprzej­mie Da­nie­lo.

Wy­da­wa­ło mi się, że zmie­rzył ją przy tym zim­nym jak lód spoj­rze­niem.

– Oczy­wi­ście. Enzo to cu­dow­ny mężczy­zna – za­ćwier­ka­ła.

Do­bry Boże! Za chwi­lę pusz­czę pa­wia.

Nie ode­zwa­łam się, gdy moja ku­zyn­ka, wcho­dząc w rolę go­spo­dy­ni za­pro­po­no­wa­ła kawę, a za­raz po­tem drin­ka. Przez cały ten czas sta­łam tyl­ko, za­sta­na­wia­jąc się, po co Ri­vas przy­sze­dł.

– Au­re­lio, gdzie jest twój oj­ciec? – Po dzie­si­ęciu mi­nu­tach don Da­nie­lo w ko­ńcu nie wy­trzy­mał jej ja­zgo­tu.

– Źle się czuł przez ostat­nich kil­ka dni i jesz­cze śpi – wy­ja­śni­ła, zer­ka­jąc na mnie ostrze­gaw­czo.

– O czwar­tej po po­łud­niu? Juan – zwró­cił się do jed­ne­go ze sto­jących za nim mężczyzn – przy­pro­wa­dź go.

Jed­no spoj­rze­nie Da­nie­la po­wstrzy­ma­ło ko­lej­ny ko­men­tarz Au­re­lii. Chcia­ła­bym na­uczyć się tej sztucz­ki. Wy­obra­źcie so­bie bło­gą ci­szę za spra­wą tyl­ko jed­ne­go spoj­rze­nia. Za­sta­na­wia­łam się, czy Au­re­lia na­praw­dę była taka głu­pia, czy mia­ła gdzieś to, że swo­im kłam­stwem teo­re­tycz­nie za­ro­bi­ła kul­kę. Nikt przy zdro­wych zmy­słach nie ośmie­lał się okła­my­wać bos­sa, pa­trząc mu pro­sto w oczy. Na­wet w spra­wie pro­gno­zy po­go­dy.

Kil­ka mi­nut trwa­ło, za­nim wci­ąż nie­ogar­ni­ęty wuj zja­wił się w sa­lo­nie w to­wa­rzy­stwie Ju­ana. Tak na­praw­dę zo­stał przez nie­go przy­ci­ągni­ęty, po czym stał jak sie­ro­ta, trzęsąc się ze stra­chu. Na ki­lo­metr było wi­dać i czuć, ja­kie­go ro­dza­ju nie­dy­spo­zy­cja do­pa­dła Ste­fa­na.

– Za­czy­nam ża­ło­wać, że po­wie­rzy­łem ci opie­kę nad Avą – zwró­cił się do nie­go don Da­nie­lo. – Nie masz żad­nej kon­tro­li nad tym, co się dzie­je pod two­im no­sem, Fer­ro. Do­brze ci ra­dzę, od­staw pro­chy i wy­trze­źwiej. Two­ja po­zy­cja i przy­wi­le­je sko­ńczą się za sze­ść mie­si­ęcy, gdy Ava wyj­dzie za mąż.

– Ślub? – rzu­cił zde­ner­wo­wa­ny wuj, pa­trząc na mnie, jak­bym to ja wy­my­śli­ła taką re­we­la­cję. – Z kim?

– W dniu osiem­na­stych uro­dzin Ava zo­sta­nie żoną San­ti­na Bras­sie­go. Masz pół roku na przy­go­to­wa­nie uro­czy­sto­ści i do­pro­wa­dze­nie domu do po­rząd­ku.

Wstrzy­ma­łam od­dech. Mo­głam trzy­mać się na ubo­czu, ma­jąc w no­sie Cosa No­strę i wszyst­ko, co się z nią wi­ąże. Ale cho­ćbym nie wiem jak bar­dzo się sta­ra­ła wy­ma­zać z pa­mi­ęci pew­ne fak­ty, nie zmie­ni­ło­by to tego, że by­łam człon­ki­nią ca­łej tej za­faj­da­nej ro­dzin­ki i od uro­dze­nia uczo­no mnie, kim je­stem ja i kim są naj­wa­żniej­si mężczy­źni w or­ga­ni­za­cji.

Gdy­by roz­pi­sać coś ta­kie­go jak ko­lej­no­ść obej­mo­wa­nia wła­dzy, tyl­ko trzech mężczyzn zna­la­zło­by się na szczy­cie. Da­nie­lo Ri­vas, obec­ny boss i naj­wa­żniej­szy czło­wiek w ca­łej ame­ry­ka­ńskiej Cosa No­strze – capo di tut­ti cap­pi. Jego je­dy­ny syn i dzie­dzic dwóch naj­wi­ęk­szych i naj­po­tężniej­szych ma­fij­nych ro­dzin, Se­ba­stia­no Ri­vas-Rina, pe­łni­ący funk­cję eg­ze­ku­to­ra, oraz on – San­ti­no Bras­si. Naj­lep­szy przy­ja­ciel i con­si­glie­re przy­szłe­go bos­sa. Ci dwaj od ma­łe­go trzy­ma­li się ra­zem i ra­zem pi­ęli się po szcze­blach ma­fij­nej ka­rie­ry. Nie my­śl­cie tyl­ko, że in­te­re­so­wa­łam się tym mężczy­zną wcze­śniej. Ab­so­lut­nie nie!

Nie­ste­ty, w że­ńskiej szko­le zo­sta­łam nie­ja­ko zmu­szo­na do po­zna­nia pew­nych fak­tów z ży­cia wy­ższych sfer i tak zwa­nych ce­le­bry­tów, a ci dwaj mężczy­źni re­gu­lar­nie po­ja­wia­li się na czer­wo­nym dy­wa­nie. Plot­ki o ich ży­ciu oso­bi­stym elek­try­zo­wa­ły moje ko­le­żan­ki. Nie wie­dzia­ły, że ci, któ­rych imio­na wy­pi­sy­wa­ły w ser­dusz­kach w swo­ich ze­szy­tach, to gro­źni ma­fio­si.

I ktoś taki miał zo­stać moim mężem?

– Prze­pra­szam, czy mo­że­my po­roz­ma­wiać? – zwró­ci­łam się bez­po­śred­nio do don Da­nie­la, wy­ła­mu­jąc z ner­wów pal­ce.

Wci­ąż mu­sia­łam przy­po­mi­nać so­bie, że ten czło­wiek dzie­rżył w swo­ich dło­niach moje ży­cie. Rów­nie do­brze mógł wy­dać roz­kaz za­bi­cia mnie i le­gal­nie prze­jąć ma­jątek ro­dzi­ny Man­cu­so czy na­wet po­da­ro­wać go temu ca­łe­mu Bras­sie­mu.

Ku mo­je­mu zdzi­wie­niu Da­nie­lo uśmiech­nął się i po­ka­zał dło­nią, by­śmy wy­szli z sa­lo­nu. Po­drep­ta­łam za nim, czu­jąc za ple­ca­mi obec­no­ść jego ochro­ny i dwie nie­na­wist­ne pary oczu. Wy­szli­śmy na ze­wnątrz, gdzie z ulgą przy­wi­ta­łam świe­że po­wie­trze.

– Masz ja­kieś za­strze­że­nia do mo­je­go wy­bo­ru?

Za­mru­ga­łam. Mia­łam całą masę za­strze­żeń, jed­nak wie­dzia­łam, że nie mogę żad­ne­go z nich przed­sta­wić. Wro­dzo­na po­ko­ra ka­za­ła mi te­raz ugi­ąć kark i tyl­ko zer­kać na sto­jące­go przede mną mężczy­znę.

– Ja… Czy nie mo­żna z tym po­cze­kać? Bo ja… do­pie­ro ko­ńczę szko­łę… My­śla­łam, że może będę mo­gła pó­jść na stu­dia…

Mój głos stop­nio­wo za­mie­rał pod nie­ru­cho­mym spoj­rze­niem mężczy­zny. Da­nie­lo Ri­vas gó­ro­wał nade mną, choć ze swo­im metr sie­dem­dzie­si­ąt osiem nie na­le­ża­łam do ni­skich osób. Przy nim jed­nak czu­łam się jak okruch.

– Przy­kro mi, Avo. Nie będę da­lej zwle­kał. Mu­sisz wie­dzieć, że utrzy­ma­nie po­ko­ju wie­le nas kosz­tu­je. Wci­ąż zja­wia­ją się człon­ko­wie ro­dzin z ca­łe­go kra­ju, a na­wet z Sy­cy­lii, twier­dząc, że twój oj­ciec obie­cał im two­ją rękę.

– To nie­praw­da – za­pro­te­sto­wa­łam ze stra­chem. – Ni­g­dy nie zo­sta­łam ni­ko­mu obie­ca­na.

– Wiem o tym. Może nie zga­dza­łem się w wie­lu spra­wach z two­im oj­cem, a wcze­śniej dziad­kiem, ale sza­no­wa­łem ich. Dla­te­go na dłu­go przed jego śmier­cią od­by­li­śmy roz­mo­wę o two­jej przy­szło­ści.

– Jest obcy – wy­szep­ta­łam.

– Jak wie­lu in­nych, któ­rzy w po­dob­nej sy­tu­acji po­ślu­bi­li swo­je ma­łżon­ki. Avo, wie­rzę, że San­ti­no oka­że się god­nym cie­bie mężem. Nie jest czło­wie­kiem ła­twym w oby­ciu, ale to utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że z nim będziesz bez­piecz­na.

– A mi­ło­ść? – Mój głos się za­ła­mał.

Da­nie­lo uśmiech­nął się tyl­ko.

– W na­szym świe­cie to uczu­cie po­ja­wia się rzad­ko. Wiesz o tym do­sko­na­le, Avo. Je­steś jesz­cze bar­dzo mło­da, ale znasz nasz świat od ko­ły­ski. Sza­cu­nek, za­ufa­nie, może z cza­sem sym­pa­tia… To są uczu­cia, któ­re łączą nas w ma­łże­ństwie. Je­steś ostat­nia z rodu Man­cu­so, po­trze­bu­jesz mądrych sy­nów, któ­rzy będą wiel­ką pod­po­rą or­ga­ni­za­cji. San­ti­no jest sil­nym mężczy­zną. Będzie też sil­nym capo. Za­dba o cie­bie i wa­sze dzie­ci.

Krót­ko mó­wi­ąc: mia­łam być in­ku­ba­to­rem dla na­sie­nia męża. Ro­dzić dzie­ci, naj­le­piej ka­żde­go roku, jak w or­to­dok­syj­nych ży­dow­skich ma­łże­ństwach. Cho­dzić za­ku­ta­na w nie­twa­rzo­we ubra­nia, aby nie bu­dzić za­in­te­re­so­wa­nia in­nych mężczyzn, kła­ść się na łó­żku w dni płod­ne, li­cząc, że zaj­dę w ci­ążę już za pierw­szym po­de­jściem, co oszczędzi mi ko­lej­nych wi­zyt ma­łżon­ka. Nie od­zy­wać się nie­py­ta­na, nie wcho­dzić mężo­wi w dro­gę, nie py­tać, gdzie spędza noce i od któ­rej ko­chan­ki wra­ca. Pew­nie na­wet nie będę mia­ła pra­wa za­żądać ba­dań le­kar­skich – po­my­śla­łam gorz­ko. Gdzie w tym wszyst­kim było miej­sce dla mnie? Dla Avy Man­cu­so, na­sto­lat­ki z ma­rze­nia­mi i pla­na­mi?

– San­ti­no za­pew­ne po­ja­wi się u cie­bie jesz­cze w tym ty­go­dniu i ofi­cjal­nie po­pro­si cię o rękę. To tyl­ko for­mal­no­ść, Avo. Wszyst­ko jest już uzgod­nio­ne, kon­trakt go­to­wy. Od tej chwi­li je­steś pod ochro­ną swo­je­go przy­szłe­go męża. Do nie­go będziesz się zwra­ca­ła z ka­żdym pro­ble­mem i mam na­dzie­ję, że gdy­by w domu coś się dzia­ło, będziesz mia­ła w nim wspar­cie.

Czy­li Da­nie­lo miał świa­do­mo­ść, że nie wszyst­ko ukła­da­ło się tak, jak po­win­no. Skąd wie­dział o tych pie­kiel­nych im­pre­zach? Nie mia­łam po­jęcia, ale za­czy­na­łam się oba­wiać, że za­rów­no wuj, jak i Au­re­lia będą prze­ko­na­ni, iż to ja na nich do­nio­słam.

Nie zo­sta­ło już nic do po­wie­dze­nia. Mój los był przy­pie­częto­wa­ny. Za sze­ść mie­si­ęcy mia­łam zo­stać żoną czło­wie­ka, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam. Łu­dzi­łam się, że te wszyst­kie ochy i achy, ja­kich nie szczędzi­ły temu mężczy­źnie moje szkol­ne ko­le­żan­ki, na­praw­dę mu się na­le­żą, ale w grun­cie rze­czy na­wet na to nie li­czy­łam. Kim mógł być bo­ha­ter wszyst­kich ścia­nek w to­a­le­tach, je­śli nie za­du­fa­nym w so­bie dup­kiem?

– Za­do­wo­lo­na? – wark­nął wuj, gdy tyl­ko we­szłam do domu. Do­sko­czył do mnie i zła­pał za ra­mię. Jego gru­be pa­lu­chy wbi­ły się w moją skó­rę. – Jak śmia­łaś na­pu­ścić na mnie sa­me­go bos­sa? Gdy­by nie ja, już daw­no do­sta­łby cię w swo­je łapy ja­kiś pierw­szy lep­szy żo­łnierz. Pil­nu­ję cię, wstręt­na dzie­wu­cho, a ty tak mi się od­pła­casz?! Nie­wdzi­ęcz­na suka!

Na­wet nie za­uwa­ży­łam pi­ęści le­cącej w moją stro­nę. Tra­fi­ła w kość po­licz­ko­wą, a siła ude­rze­nia po­sła­ła mnie na ścia­nę, w któ­rą ude­rzy­łam ple­ca­mi i po­ty­li­cą. Za­mro­czy­ło mnie i z dziw­nym ło­mo­ta­niem w gło­wie osu­nęłam się na podło­gę. Le­ża­łam w holu ro­dzin­ne­go domu, czu­jąc pod­cho­dzące do gar­dła nud­no­ści. Gdzieś z da­le­ka do­cho­dzi­ły do mnie od­gło­sy kłót­ni, a po­tem na­sta­ła bło­ga ci­sza.

Otwo­rzy­łam oczy i po­czu­łam prze­szy­wa­jący ból w po­ty­li­cy. W domu było ciem­no. Czy to już noc? Usia­dłam po­wo­li i opa­rłam się ple­ca­mi o ścia­nę. Ro­zej­rza­łam się, ostro­żnie prze­kręca­jąc gło­wę, po­nie­waż przy ka­żdym ru­chu od­czu­wa­łam co­raz sil­niej­sze mdło­ści. Przy­po­mnia­łam so­bie, że od­wie­dził mnie dzi­siaj Da­nie­lo. Pa­mi­ęta­łam roz­mo­wę z nim, a po­tem ude­rze­nie w twarz. Do­tknęłam skó­ry na po­licz­ku i syk­nęłam, gdy ura­zi­łam ranę. Uda­ło mi się wstać i we­jść po scho­dach. Przy­trzy­mu­jąc się ścia­ny, do­ta­rłam do swo­jej sy­pial­ni, choć ka­żdy krok spra­wiał mi nie­opi­sa­ne cier­pie­nie. Zmru­ży­łam oczy, gdy ostre świa­tło wy­wo­ła­ło ko­lej­ną falę mdło­ści. Nie mia­łam siły na prysz­nic, więc w ubra­niu po­ło­ży­łam się na łó­żku, po­jęku­jąc ci­cho.

Przez cały ty­dzień nie cho­dzi­łam do szko­ły, aby nie sły­szeć py­tań do­ty­czących mo­jej po­si­nia­czo­nej i wci­ąż opuch­ni­ętej twa­rzy. Przez ten czas prak­tycz­nie nie wy­cho­dzi­łam z sy­pial­ni i uwierz­cie, że nikt się tym nie za­in­te­re­so­wał. Uni­ka­łam słu­żby i do­pie­ro wie­czo­ra­mi, gdy zy­ski­wa­łam pew­no­ść, że ni­ko­go nie za­sta­nę w kuch­ni, wy­my­ka­łam się, żeby zro­bić so­bie coś do je­dze­nia.

Był śro­dek stycz­nia, mia­łam kil­ka mie­si­ęcy na przy­go­to­wa­nie się do nie­chcia­ne­go ślu­bu. Po­sta­no­wi­łam z po­ko­rą przy­jąć swo­ją nową po­zy­cję i mieć na­dzie­ję, że mąż nie oka­że się bru­ta­lem, któ­ry będzie mnie bił lub gwa­łcił. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się lep­sze niż ży­cie w tym domu, z lu­dźmi, któ­ry­mi gar­dzi­łam i któ­rych się ba­łam.

Dzie­si­ęć dni pó­źniej po­ja­wił się je­den z jego ochro­nia­rzy, a przy­nam­niej tak się przed­sta­wił. Spoj­rzał z dziw­nym wy­ra­zem twa­rzy na Au­re­lię, któ­rą do­słow­nie wmu­ro­wa­ło w podło­gę na jego wi­dok, mi­nął ją i pod­sze­dł do mnie, po czym po­dał mi małe pu­de­łko. Ob­rzu­cił spoj­rze­niem moją twarz i od­wró­cił się bez sło­wa. Szyb­ko przy­sło­ni­łam wło­sa­mi lek­ko opuch­ni­ęty po­li­czek i spu­ści­łam wzrok na ju­bi­ler­skie etui.

– Co tam masz? – pi­snęła Au­re­lia, gdy tyl­ko mil­czący mężczy­zna wy­sze­dł. Do­sko­czy­ła do mnie i wy­rwa­ła pu­de­łko z mo­ich ze­sztyw­nia­łych pal­ców. – Och!

Sta­ła z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi i wpa­try­wa­ła się we wnętrze etui. W jej oczach lśni­ły dziw­ne iskry, gdy z czer­wo­ny­mi po­licz­ka­mi i eks­cy­ta­cją na twa­rzy wsu­nęła so­bie na pa­lec pie­rścio­nek.

– Jest prze­pi­ęk­ny – wy­szep­ta­ła, po­dzi­wia­jąc swo­ją dłoń pod ka­żdym mo­żli­wym kątem. – Ide­al­ny.

Uśmiech, któ­ry po­ja­wił się na jej twa­rzy, spra­wił, że po ple­cach prze­sze­dł mi lo­do­wa­ty dreszcz. Zmie­rzy­ła mnie wzro­kiem i wy­krzy­wi­ła usta w gry­ma­sie po­gar­dy.

– Głu­pia, na­iw­na Ava… My­ślisz, że zła­pa­łaś Pana Boga za nogi, praw­da? Że za­gar­nęłaś naj­lep­szą na­gro­dę i te­raz w du­chu świ­ętu­jesz? Je­steś taka głu­pia. Ten mężczy­zna ni­g­dy nie będzie cię chciał. Spójrz na sie­bie. Za­hu­ka­na ma­ło­la­ta, któ­ra nie ma po­jęcia, jak za­do­wo­lić ta­kie­go mężczy­znę jak San­ti­no Bras­si.

– Oczy­wi­ście, ty to już wiesz – rzu­ci­łam z iro­nią.

– Jak­byś zga­dła. – Za­śmia­ła się, prze­su­wa­jąc dło­nią po swo­ich pier­siach. – Sant już nie­jed­no­krot­nie się o tym prze­ko­nał. Na­wet w dniu mo­je­go ślu­bu.

Do­słow­nie mnie za­tka­ło. Do­bry Boże! Ten mężczy­zna na ko­ry­ta­rzu! Pró­bo­wa­łam przy­po­mnieć so­bie jego twarz, ale poza syl­wet­ką i ciem­ny­mi wło­sa­mi nie pa­mi­ęta­łam zu­pe­łnie nic. To był on? Zro­bi­ło mi się nie­do­brze na samą myśl, że mia­łby mnie do­tknąć, a już nie daj Boże zna­le­źć się ze mną w jed­nym łó­żku.

– Mam go tak, jak ty ni­g­dy nie będziesz mia­ła. Mo­żesz wzi­ąć z nim ślub, stwo­rzyć pa­ro­dię wiel­kiej ma­fij­nej sie­lan­ki, a na­wet i uro­dzić mu dzie­cia­ka, ale to ja za­wsze będę dla nie­go naj­wa­żniej­sza. Do­sta­je ode mnie wszyst­ko. I za­wsze będzie wra­cał po wi­ęcej. Ten pie­rścio­nek po­wi­nien być mój – do­da­ła twar­do, rzu­ciw­szy we mnie pu­stym pu­de­łkiem. – I będzie.

Aż do dnia ślu­bu na ka­żdym kro­ku pod­kre­śla­ła, jak nic nie­zna­czącą oso­bą będę dla męża. Jak rzecz bez war­to­ści. Opo­wia­da­ła mi ze szcze­gó­ła­mi o wszyst­kim, co ro­bi­ła z Bras­sim. Od­wa­ży­łam się i po­wie­dzia­łam wu­jo­wi, że nie po­ślu­bię tego mężczy­zny i żeby w moim imie­niu po­in­for­mo­wał o tym don Da­nie­la oraz sa­me­go za­in­te­re­so­wa­ne­go. To była bo­le­sna roz­mo­wa. Na­stęp­ne dwa ty­go­dnie spędzi­łam w łó­żku, po­si­nia­czo­na i z po­ła­ma­ny­mi że­bra­mi. W tym cza­sie prze­śle­dzi­łam wszyst­kie zdjęcia Bras­sie­go, ja­kie tyl­ko uda­ło mi się zna­le­źć w sie­ci, i stwier­dzi­łam, że przy­naj­mniej w jed­nym Au­re­lia mia­ła ca­łko­wi­tą ra­cję: on uwiel­biał pi­ęk­ne ko­bie­ty. Da­le­ko mi było do pi­ęk­no­ści, z któ­ry­mi się spo­ty­kał, ale i tak po­sta­no­wi­łam zro­bić wszyst­ko, żeby nie chciał na mnie na­wet spoj­rzeć.

Le­żąc w sy­pial­ni dzień po ślu­bie, uzna­łam, że do­ko­na­łam nie­mo­żli­we­go.

Cze­ka­łam, aż w ko­ńcu ma­łżo­nek ra­czy so­bie przy­po­mnieć, że za­mknął mnie w tym po­ko­ju, i przy­śle ko­goś na górę. Pla­no­wa­łam ko­lej­ne po­su­ni­ęcia. Nie za­le­ża­ło mi na na­zwi­sku Man­cu­so – dla mnie mo­gło­by znik­nąć z kart hi­sto­rii Cosa No­stry na wie­ki.

Ma­fia nie dała mi ni­cze­go, więc rów­nie wiel­kie nic mia­ła otrzy­mać ode mnie.

3

Santino

Teraźniejszość

Od uro­dze­nia wie­dzia­łem, kim kie­dyś będę. Za­nim za­cząłem mó­wić, już ba­wi­łem się pla­sti­ko­wy­mi pi­sto­le­ta­mi i roz­bi­ja­łem na dy­wa­nie czar­ne sa­mo­cho­dy. W te­le­wi­zji za­miast ba­jek Di­sneya na okrągło le­cia­ły fil­my ak­cji czy ta­kie kla­sy­ki jak Oj­ciec chrzest­ny. Sie­dzia­łem na dy­wa­nie, oto­czo­ny przez uzbro­jo­nych po zęby ochro­nia­rzy, któ­rzy ro­bi­li za nia­ńki, i chło­nąłem ten cu­dow­ny świat fil­mów. Gdy­bym wie­rzył w mi­ło­ść, to śmia­ło mó­głbym przy­znać, że za­ko­cha­łem się wte­dy po raz pierw­szy… Ale nie wie­rzę, więc przyj­mij­my po pro­stu, że to była fa­scy­na­cja.

W świe­cie, w któ­rym przy­szło mi żyć, rządzi­ły ma­fij­ne za­sa­dy. Twar­de i nie do ru­sze­nia. Uro­dzi­łem się jako je­dy­ny syn i spad­ko­bier­ca jed­nej z naj­star­szych ro­dzin ma­fij­nych w Sta­nach. Mój oj­ciec nie był już mło­dzie­niasz­kiem. Gdy przy­sze­dłem na świat, li­czył so­bie pra­wie pi­ęćdzie­si­ąt dwa lata, a moja mat­ka mia­ła za­le­d­wie dzie­wi­ęt­na­ście. Zo­sta­łem capo jako sie­dem­na­sto­la­tek. Oj­ciec zgi­nął, gdy pew­ne­go dnia wy­cho­dził nad ra­nem z domu ko­chan­ki.

Oczy­wi­ście mo­głem prze­jąć po nim in­te­re­sy. Ale wie­cie, co zro­bi­łem? Od­da­łem wszyst­ko w ręce Da­nie­la Ri­va­sa, bos­sa ame­ry­ka­ńskiej Cosa No­stry. Jak to mó­wią „na prze­cho­wa­nie”. Wie­dzia­łem, że kie­dy przyj­dzie pora, przej­mę wła­dzę nad ro­dzi­ną. Nie śpie­szy­ło mi się jed­nak do tego.

Mia­łem zu­pe­łnie inne pla­ny na ży­cie. Pla­ny, w któ­rych głów­ną rolę od­gry­wał Se­ba­stia­no Ri­vas-Rina, spad­ko­bier­ca Da­nie­la. Do­ra­sta­li­śmy ra­zem, ra­zem uczy­li­śmy się ma­fij­ne­go rze­mio­sła i wie­dzie­li­śmy, że kie­dyś będzie­my rządzić tym na­szym świa­tem.

Nie było mi­ędzy nami ry­wa­li­za­cji. Nie za­kła­da­li­śmy się, nie ci­ągnęli­śmy za­pa­łek, żeby usta­lić pierw­sze­ństwo. To dla nas bez zna­cze­nia: ja, on czy wspól­nie. Wa­żne było, żeby po wszyst­kim usi­ąść ze szkla­necz­ką zna­ko­mi­tej whi­sky, wy­ło­żyć nogi na stół i stwier­dzić, że ko­lej­ny dzień upły­nął nam do­brze.

Ob­ser­wu­jąc cały ten ma­fij­ny biz­nes, do­szli­śmy do wnio­sku, że nie wszyst­ko nam się w nim po­do­ba. Na po­cząt­ku były to tyl­ko ja­kieś lu­źne, głup­ko­wa­te po­my­sły, rzu­ca­ne od nie­chce­nia. Aż któ­re­goś dnia stwier­dzi­li­śmy, że pew­ne rze­czy po pro­stu trze­ba zmie­nić.

Do­bre po­cząt­ki miał oj­ciec Se­ba­stia­na. Wci­ąż na­le­ża­łem do dzie­cia­ków, gdy Da­nie­lo siłą wpro­wa­dził nowe pra­wa, ale do­sko­na­le za­pa­mi­ęta­łem, jak mój sta­ry się o to pie­klił. Miał o co, bo ci­ągnął nie­złą kasę z pro­sty­tu­cji, i cho­ciaż to mój oj­ciec, śmia­ło mogę po­wie­dzieć, że był pie­przo­nym pe­do­fi­lem. Za­czął sy­piać z moją mat­ką, gdy ta mia­ła za­le­d­wie pi­ęt­na­ście lat, i przez lata utrzy­my­wał swo­je nie­let­nie ko­chan­ki.

Wy­rok śmier­ci wy­dał Da­nie­lo, gdy do­star­czy­łem mu do­wo­dy na to, że sta­ry da­lej han­dlu­je dzie­ćmi. Nie mia­łem z tego po­wo­du wy­rzu­tów su­mie­nia. Pra­wo jest pra­wem, a ka­żdy, kto je ła­mie, nie za­słu­gu­je na ży­cie. Tego na­uczył mnie oj­ciec, więc nie ro­zu­miem, dla­cze­go był tak za­sko­czo­ny, gdy zo­ba­czył mnie ze splu­wą w dło­ni. Już nie zdąży­łem go o to za­py­tać.

Cza­sy, gdy ma­fia kry­ła się po rynsz­to­kach i za­py­zia­łych me­li­nach, daw­no mi­nęły. Te­raz pro­wa­dzi­my in­te­re­sy na le­ga­lu. Do­kład­nie tak, jak Da­nie­lo. Za­ło­żył kon­sor­cjum, za­trud­nia ty­si­ące pra­cow­ni­ków, a wszyst­ko to tyl­ko przy­kryw­ka dla nie­le­gal­nych in­te­re­sów.

Se­ba­stia­no po­sze­dł o krok da­lej. Sko­ńczył stu­dia, za­ło­żył wła­sny biz­nes i już przed trzy­dziest­ką prze­sko­czył sta­re­go co naj­mniej o kil­ka mi­lio­nów rocz­nie.

Tam­te­go dnia, gdy wspól­nie po­sta­no­wi­li­śmy zmie­nić nasz świat, za­pa­dły mi­ędzy nami ko­lej­ne usta­le­nia. Sko­ro chcie­li­śmy być kró­la­mi, po­trze­bo­wa­li­śmy mieć kon­tro­lę nad czy­mś wi­ęcej niż nad kil­ku­na­sto­ma ma­fij­ny­mi ro­dzi­na­mi i do­cho­do­wym biz­ne­sem.

Mu­sie­li­śmy kon­tro­lo­wać me­dia: sta­cje te­le­wi­zyj­ne, roz­gło­śnie ra­dio­we, pra­sę. Mieć wła­dzę i pie­czę nad wszyst­kim, co mo­gło­by za­szko­dzić na­sze­mu wi­ze­run­ko­wi. Mnie ku­sił duży ekran: blask, świa­tła i nie­sko­ńcze­nie wiel­kie mo­żli­wo­ści. Nie łak­nąłem sła­wy, nie pra­gnąłem za­szczy­tów, bo dla mnie fa­mi­lia i to, co bu­do­wa­li­śmy z Riną, były naj­wa­żniej­sze. Uko­ńczy­łem stu­dia na kie­run­ku re­ży­se­ria i w dwa lata zro­bi­łem wi­ęk­szą ka­rie­rę niż nie­je­den przez całe ży­cie. I nie, nie po­mo­głem so­bie eli­mi­no­wa­niem lub prze­ku­py­wa­niem co bar­dziej opor­nych. Kil­ku wci­ąż jesz­cze żyje.

Wspa­nia­łe lata… Pi­ęk­ne ko­bie­ty, któ­re za szan­sę za­gra­nia cho­ćby naj­mniej­szej roli obie­cy­wa­ły nie­bo, a po­tem fak­tycz­nie – po­tra­fi­ły do­ko­nać ta­kie­go cudu, i to nie­je­den raz. Kasa tak wiel­ka, że za­sta­na­wia­li­śmy się, ja­kim cu­dem nikt przed nami tego nie zro­bił. Kil­ku pró­bo­wa­ło, nie­któ­rym coś tam się uda­ło, ale ża­den nie osi­ągnął tego, co my stwo­rzy­li­śmy w za­le­d­wie parę lat.

Tak jak Se­ba­stia­no, ja rów­nież mu­sia­łem na­uczyć się żyć w dwóch świa­tach jed­no­cze­śnie. On dla wszyst­kich wie­rzących w Świ­ęte­go Mi­ko­ła­ja i UFO był zło­tym dziec­kiem, cu­dow­nym, fe­no­me­nal­nym biz­nes­me­nem. Se­ba­stia­nem Ri­va­sem. Tyl­ko nie­licz­ni wie­dzie­li, kim tak na­praw­dę był, a na­zwi­sko Rina zna­czy wi­ęcej niż mi­liar­dy, któ­re po­sia­da Ri­vas.

Ja mia­łem nie­co ła­twiej. Wci­ąż po­zo­sta­łem sobą, San­ti­nem Bras­sim. Dla jed­nych re­ży­se­rem i cu­dow­nym dziec­kiem Hol­ly­wo­od, dla in­nych – bez­względ­nym ma­fio­sem. Pa­so­wa­ły mi oby­dwie opi­nie.

Świat do­oko­ła zmie­niał się tak szyb­ko, że nim się spo­strze­głem, mia­łem już pra­wie trzy­dziest­kę na kar­ku, kasy wi­ęcej, niż by­łem w sta­nie wy­dać, mnó­stwo ko­biet na ski­nie­nie ręki… i wro­gów licz­niej­szych niż przy­ja­ciół. Tak w za­sa­dzie mia­łem tyl­ko jed­ne­go przy­ja­cie­la.

A te­raz ra­zem z Se­ba­stia­nem przej­mo­wa­li­śmy wła­dzę. Mia­ło być ina­czej. Mia­łem mieć kil­ka mie­si­ęcy na za­bez­pie­cze­nie na­sze­go te­re­nu do dnia prze­ka­za­nia wła­dzy, a na­gle wal­nął pio­run i do­sta­łem za­le­d­wie mie­si­ąc. To nie tak, że nie uda mi się ogar­nąć te­ma­tu, ale lu­bię mieć ca­łko­wi­tą kon­tro­lę, a za­mie­sza­nie, ja­kie Rina spo­wo­do­wał swo­ją de­cy­zją, roz­wa­li­ło wszyst­ko.

Le­d­wo star­cza­ło mi cza­su na spra­wy zwi­ąza­ne z klu­ba­mi, a jesz­cze mu­sia­łem wspie­rać Se­ba­stia­na i usta­lać nowe wa­run­ki so­ju­szy z na­szy­mi sprzy­mie­rze­ńca­mi: Mac­Ken­ną, przy­wód­cą Ir­land­czy­ków, i Glo­omem, pre­ze­sem Sha­dow Ri­ders MC. W czym rzecz? Wia­do­mo, że jak coś się sy­pie, to za­wsze sie­dzi w tym pa­khan, a ra­czej nowy szef Bra­tvy, któ­ry w ra­mach ini­cja­cji po­sta­no­wił wkur­wić nie tych lu­dzi, co po­wi­nien.

Wła­śnie dzi­siaj na po­le­ce­nie Riny or­ga­ni­zo­wa­łem spo­tka­nie w Blue Hell, jed­nym z na­szych bur­de­li. Mu­sia­łem za­dbać o do­brą i przy­ja­zną at­mos­fe­rę do oma­wia­nia in­te­re­sów. Al­ko­hol jak zwy­kle ten sam. Rzad­ko si­ęga­my po czy­stą czy też inne wy­na­laz­ki, pre­fe­ru­je­my spraw­dzo­ną moc i smak Ma­cal­la­na.

Spoj­rza­łem przez szy­bę na salę i roz­wa­ża­łem, któ­re dziew­czy­ny umi­lą nam spo­tka­nie. Pro­blem w tym, że Mac­Ken­na i jego za­stęp­ca, Evans, już od kil­ku dni ba­wi­li się w na­szych klu­bach i po­zna­wa­li w sen­sie bi­blij­nym pra­cu­jące dla nas dziew­czy­ny. Wy­bór za­czy­nał ro­bić się ogra­ni­czo­ny.

Zer­k­nąłem za sie­bie, na sto­jące­go przy drzwiach mężczy­znę.

– Umber­to, zdej­mij te dwie z baru. Będą dzi­siaj na gó­rze. – Wska­za­łem na blon­dyn­ki trzęsące biu­stem przed twa­rza­mi sie­dzących przy ba­rze go­ści.

– A kogo mam po­sta­wić za ba­rem, sze­fie? Sam wi­dzisz, że jak na wto­rek, jest duży ruch. Jak nie chce szef tra­cić kasy na dar­mo­we drin­ki w ra­mach re­kom­pen­sa­ty za dłu­gie ocze­ki­wa­nie, to mu­szę mieć dwie na za­stęp­stwo.

– Weź te dwie nowe – rzu­ci­łem bez za­sta­no­wie­nia.

– Ir­land­ki?

– Nie, te z Reno. Wi­dzia­łem ich zdjęcia. Te dziew­czy­ny nie są złe, choć lep­sze mamy na sali. Na­praw­dę będę miał duży pro­blem, żeby umie­ścić je w ta­kim miej­scu, aby od­ro­bi­ły dług ta­tu­sia. Ta młod­sza jest nie­zła, ale star­sza…

Ta­kie jak ona mo­żna było spo­tkać w ka­żdym pod­rzęd­nym ba­rze. Po­spo­li­ta twarz, coś wy­zy­wa­jące­go w oczach i wy­dęte w gry­ma­sie usta. Pa­nien­ka na szyb­kie rżni­ęcie w klu­bo­wym ki­blu. U nas pra­co­wa­ły ta­kie, któ­re po­tra­fi­ły za­chwy­cić, a fa­ce­ci wra­ca­li po wi­ęcej. Nikt nie za­pła­ci za coś, co może do­stać za dar­mo.

– Może cho­ciaż są do­bre w czy­mś in­nym? – za­su­ge­ro­wał.

Po­kręci­łem gło­wą.

– Nie wiem, nie wi­dzia­łem ich oso­bi­ście – wy­zna­łem, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Sam wi­dzisz, co się te­raz dzie­je. Do wy­jaz­du Ory­gi­na­łów dziew­czy­ny pra­cu­ją za ba­rem. Może i mniej za­ro­bią, ale będą bez­piecz­ne.

– Ja­sne, sze­fie. Za­raz spro­wa­dzę nowe i przy­pro­wa­dzę po­zo­sta­łe na górę.

Pew­nie Rina będzie na mnie wście­kły za tę małą dziw­kę, któ­rą wy­bra­łem dla mo­to­cy­kli­stów, a któ­rą on ostat­niej nocy praw­do­po­dob­nie prze­le­ciał w swo­im apar­ta­men­cie. Ni­g­dy wcze­śniej tego nie zro­bił i był przez to na mnie wkur­wio­ny. Jed­nak po­trze­bo­wa­łem dla na­szych go­ści do­brych dziew­czyn, a ta aż rwie się do pra­cy. Wró­żę jej ka­rie­rę, o ile po spła­ce­niu dłu­gu będzie chcia­ła da­lej ro­bić w seks­biz­ne­sie.

Ostat­ni raz się upew­ni­łem, czy wszyst­ko jest na miej­scu, i choć mia­łem ocho­tę prze­le­cieć na od­stre­so­wa­nie jed­ną czy dwie du­pecz­ki, grzecz­nie ru­szy­łem do baru. Mu­sia­łem cze­kać, aż Rina ra­czy przy­wlec swój ty­łek na miej­sce. Przy­słał mi wła­śnie SMS-a, że jest w dro­dze.

Da­waj, bo cip­ki cze­ka­ją – od­pi­sa­łem, uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

Unio­słem szklan­kę i od razu po­ja­wi­ła się po­moc­na dłoń, któ­ra uzu­pe­łni­ła szkło rudą. Od nie­chce­nia spraw­dza­łem, co sły­chać w wy­twór­niach i u pra­cu­jących dla nas re­ży­se­rów. By­łem cie­ka­wy, czy wie­ść o przy­je­ździe Ory­gi­na­łów krąży już po Los An­ge­les, czy da­lej po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą.

W ko­ńcu Se­ba­stia­no się po­ja­wił i at­mos­fe­ra w klu­bie od razu się zmie­ni­ła. Ślicz­ne oczęta prze­ska­ki­wa­ły ze mnie na nie­go, da­jąc znać, że ich wła­ści­ciel­ki są bar­dziej niż chęt­ne na bli­ższą zna­jo­mo­ść. Za­nim Rina do­ta­rł do baru, kiw­nąłem do bar­man­ki. Od­wró­ci­ła się do mnie bo­kiem, gdy na­le­wa­ła whi­sky na trzy pal­ce do dwóch ni­skich szkla­ne­czek.

Za­dzi­wia­jące… To ta nowa, któ­rą ka­za­łem Umber­to­wi po­sta­wić za ba­rem. Przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­łem, jak się po­ru­sza, i mu­sia­łem przy­znać, że dziew­czy­na zu­pe­łnie do­brze so­bie ra­dzi­ła. Może i nie do­rów­ny­wa­ła uro­dą swo­jej sio­strze, ale ewi­dent­nie mia­ła coś w so­bie. Po­pra­wi­łem fiu­ta w spodniach, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go stoi jak pie­przo­ny maszt. Nie słu­chaj­cie Riny, bo to nie­praw­da, że mój ku­tas jest twar­dy dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Kie­dyś mu­szę też wy­po­czy­wać, a si­ka­nie z twar­dą fu­ja­rą nie na­le­ży do przy­jem­no­ści.

– Czu­jesz to? – ode­zwa­łem się, gdy Se­ba­stia­no sta­nął przede mną.

Jak zwy­kle w swo­ich ulu­bio­nych czar­nych ko­lo­rach, jak­by sam fakt, że jego du­sza ma ko­lor smo­ły, nie wy­star­czał. Po­da­łem mu drin­ka. Za­śmia­łem się na wi­dok jego roz­anie­lo­nej miny, któ­ra mó­wi­ła, że nie ma nic lep­sze­go niż pierw­szo­rzęd­na whi­sky.

– Chy­ba że smak pierw­szo­rzęd­nej cip­ki… – po­wie­dzia­łem gło­śno nasz wspól­ny żar­cik.

Ra­zem pi­je­my, ra­zem pie­przy­my pa­nien­ki i ra­zem roz­je­bie­my ru­ską swo­łocz.

Co­py­ri­ght© Le­onia Oscar

Co­py­ri­ght© by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

All ri­ght re­se­rved

WSZEL­KIE PRA­WA ZA­STRZE­ŻO­NE

LESZ­NO 2026

Re­dak­cja:

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz @daj.mi.slo­wo

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Opra­co­wa­nie okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład i opra­co­wa­nie ebo­oka:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68587-44-9

Spis treści

Ostrzeżenie autorskie

Prolog

1

2

3

Punkty orientacyjne

Okład­ka