Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
394 osoby interesują się tą książką
Dermot Harding jest ode mnie starszy o całą dekadę. To przyjaciel rodziny pracujący na ranczu mojego ojca.
Kocham go jednak, odkąd sięgam pamięcią.
Miałam osiemnaście lat, gdy go pocałowałam. Odepchnął mnie wtedy, twierdząc, że jestem za młoda.
Niedługo później poszedł do wojska na trzy długie lata, a teraz wrócił do Gold Rush Ranch. W tej chwili spogląda na mnie zupełnie inaczej niż kiedyś. Zatrzymuje dłonie na moim ciele zdecydowanie dłużej, niż wypada. Proponuje, że pomoże wytrenować klacz wyścigową, o której zawsze marzyłam.
Chciałabym powiedzieć, że kiedy poprzednio zostałam przez niego odrzucona, dałam sobie z nim spokój, ale wyczuwam między nami elektryzującą chemię. Wkrótce powody, dla których powinniśmy trzymać się od siebie z daleka znikają równie szybko, jak nasze ubrania.
On mówi, że jest dla mnie za stary i zbyt poturbowany przez życie. Twierdzi, że nigdy nam się nie uda. Lecz jego ciało opowiada zupełnie inną historię.
Już raz zranił moją dumę.
Czy okażę się głupia, jeśli ponownie zaryzykuję?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 115
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Out of the Gate
Copyright © Elsie Silver 2021
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Magdalena Mieczkowska
Korekta: Alicja Szalska-Radomska, Wiktoria Garczewska, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Projekt okładki: Books and Moods
ISBN 978-83-8418-579-7 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Epilog
Posłowie
Podziękowania
O autorce
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Wszystkim dziewczynom, które pragnęły kwiatów tylko po to, by wplatać je w końską grzywę.
– Dlaczego jesteś taka smutna? – Ponieważ mówisz do mnie słowami, a ja patrzę na ciebie z uczuciem.
Lew Tołstoj
Ada
Upadam z hukiem na ziemię, aż grzechoczą mi kości. Zęby dzwonią od siły uderzenia, a w prawą łopatkę wbija mi się mały kamyk. Zamykam oczy i jęczę, słysząc dudniący galop końskich kopyt.
To znów się stało. Ponownie mnie zrzuciła.
Jestem dziewczyną ze wsi wychowaną w kulcie hartu ducha. Ale, Boże, ta klacz w końcu mnie zabije. Chcę tylko spędzić wakacje z dala od uczelni, trenując nowego konia. Pragnę jako pierwsza na niego wsiąść i chwilę się przejechać. To wcale nie są wygórowane oczekiwania, lecz ten zwierzak nie chce mi się poddać.
Słyszę kroki, a mimo to nie unoszę powiek. Wiem, że wszyscy na ranczu śmieją się z moich starań. Prawdę mówiąc, nie chcę tego słuchać.
Pewnie nic mi się nie stało. Jutro będę posiniaczona i obolała, ale nic mi nie będzie. W tej chwili się nie ruszam, więc nie cierpię. Może tak tu zostanę? Spędzę resztę życia na tym polu.
Z moich ust wymyka się głośne westchnienie, gdy próbuję ocenić swój stan.
Wciąż poruszam palcami zarówno u rąk, jak i u nóg.
Mogę obracać głową na boki.
– Żyjesz, Złotowłosa?
Moje serce gubi rytm.
Zaciskam powieki jeszcze mocniej.
Ten głos. Odnoszę nieodparte wrażenie, że krew zbiera się w moich policzkach i w nich zamiera.
– Mógłbym przysiąc, że lepiej cię wyszkoliłem.
Moje płuca przestają działać, powietrze ulatuje z nich w jednym westchnieniu.
Dermot Harding.
Serce znów wali mi w piersi jak młotem. Unoszę ręce i ocieram twarz. Nawet nie chcę na niego patrzeć, bo wiem, kogo zobaczę – najprzystojniejszego mężczyznę, jakiego znam, chociaż starszego i zdecydowanie poza moim zasięgiem. Przez trzy ostatnie lata starałam się o nim zapomnieć, jednak wciąż nie wyrosłam z tego nastoletniego zauroczenia.
Podkochiwałam się w tym facecie już chyba od czasu, gdy miałam dziesięć lat.
Kiedy w końcu decyduję się otworzyć oczy, widzę, że patrzy na mnie z góry, przysłaniając słońce, którego promienie otaczają go z każdej strony i tworzą wokół niego aureolę. Uśmiecha się.
Rozpływam się u jego stóp jak żałosna, zakochana dziewczynka. Zapominam o klaczy. O tym, gdzie jestem. Po prostu się gapię, myśląc, że mogłabym tak leżeć w jego blasku i po prostu być szczęśliwa.
A potem rozpala się we mnie gniew. Trzy długie lata. I ani listu. Ani słowa. Nic. Muszę złapać się tego uczucia, bo wiem, że będzie mi potrzebne, bym zachowała siłę. Ten ogień furii płonący w moim wnętrzu będzie jedynym, co powstrzyma mnie przed wpadnięciem kolejny raz do króliczej nory. A nie pracowałam tak ciężko, aby znów się w niej znaleźć.
– Wróciłeś. – Przecież to oczywiste, Ada. Jesteś idiotką. Mrugam, jakbym wciąż nie wierzyła, że tu jest. A przecież po tak długim czasie stoi nade mną we własnej osobie. – Kiedy?
Podaje mi dużą dłoń, aby pomóc mi się podnieść.
– Kilka miesięcy temu.
Wyciągam do niego swoją i powstrzymuję cichy jęk, który chce wymknąć się z moich ust, kiedy nasze dłonie się stykają. Zamiast niego wydaję dziwny, bulgoczący dźwięk. Przysięgam, że w obecności tego faceta ożywa całe moje ciało, czuję, jakby prąd przeszedł mi przez rękę. Dotykanie go jest jak złapanie za jeden z tych pastuchów elektrycznych – od zawsze tak miałam przy Dermocie.
Patrzy na mnie, jego oczy lekko się rozszerzają, gdy pomaga mi wstać, a potem gwałtownie zabiera dłoń, jakbym była trędowata czy coś. Jakby nie mógł znieść dotyku mojej skóry. Znów wracam wspomnieniami do tamtej nocy.
Chrząkam, otrzepuję dżinsy i ramiona, a potem dumnie unoszę głowę. Nie zamierzam dać się złamać. Nie mam się czego wstydzić. Jestem już dorosła, studiuję i żyję swoim życiem. Miałam chłopaków. Zmieniłam się. Zapomniałam.
Wszyscy podejmujemy złe decyzje, gdy jesteśmy zakochanymi nastolatkami.
Kątem oka widzę, że Penny, moja klacz, pasie się radośnie przy płocie. Ani trochę nie jest jej źle z tym, że mnie zrzuciła. Najwyraźniej ucieszyło ją to, że pozbyła się jeźdźca ze swojego grzbietu. Muszę tylko przekierować tę energię.
Dermot jest w domu od miesięcy i nie przyszło mu na myśl, żeby nas odwiedzić?
– I przyjeżdżasz dopiero teraz? – odpowiadam, a uraza barwi mój głos.
Dermot wkłada ręce do kieszeni i kopie kamyk.
– Po powrocie z misji potrzebowałem nieco czasu dla siebie. Musiałem się uspokoić.
Ochrypły ton sprawia, że omiatam go wzrokiem. Zachowuję się jak rozkapryszona gówniara, nie biorąc nawet pod uwagę tego, jak mógł wpłynąć na niego pobyt w wojsku.
Spijam go wzrokiem niczym chłodny napój w letni dzień. Irytuje mnie, bo jest tak samo przystojny, jak zapamiętałam. Kurczy mi się żołądek, kiedy muszę przyznać, że właściwie wygląda jeszcze bardziej oszałamiająco niż kiedykolwiek wcześniej. Wydaje się, jakby był lepiej zbudowany i dojrzalszy. Dermot ma już trzydzieści jeden lat. Pod jego bezdennymi oczami malują się ciemne cienie, przez nie prezentuje się jak człowiek, który widział zdecydowanie za dużo.
Niemniej to nie ma znaczenia, bo jest boleśnie zniewalający. Ma bystre, ciemnobrązowe oczy, jeszcze ciemniejsze włosy, ostre, męskie rysy twarzy, które jakimś cudem nie są zbyt szorstkie, i delikatnie przyprószoną zarostem żuchwę oraz kształtne usta.
Usta, które tamtej nocy w ogóle nie poruszały się pod naciskiem moich.
Może poszczycić się również dużymi dłońmi, którymi mógłby objąć całą moją talię. Dermot jest wysoki i majestatyczny. To osiłek, przy którym czuję się jak delikatna ptaszyna latami ćwierkająca przy jego głowie, pragnąca, aby zwrócił na nią uwagę.
Ptaszek, którego trzy lata temu przepłoszył, gdy wyjeżdżał z rancza – i z kraju.
Stałam na jego ganku ze łzami w oczach i głosem ochrypłym z tęsknoty, bo wiedziałam, że wyjedzie. Powiedziałam, że będę tęsknić, wyznałam mu miłość. A potem stanęłam na palcach, złapałam go za muskularne ramiona i przywarłam do jego ust, a on skamieniał jak posąg. „Nie możesz, Ada. Jesteś na to za młoda” – stwierdził z litością w oczach po tym, jak delikatnie mnie od siebie odepchnął.
Na samo wspomnienie mam ciarki i zasycha mi w gardle. Wciąż mogłabym się rozpłakać, gdybym sobie na to pozwoliła. Ale dawno temu postanowiłam, że nie będę więcej ryczeć przez Dermota Hardinga. Stwierdziłam, że muszę żyć dalej.
– Dlaczego tu jesteś? – pytam lekko roztrzęsionym głosem, krzyżując ręce na piersi, aby ukryć ich drżenie.
– Twój tata prosił, żebym przyjechał ujeżdżać młode konie. – Uśmiecha się do mnie tak, że czuję, jak wilgotnieją mi majtki. Nadal jesteś żałosna, Ada. – Stwierdził, że nikt nie rozpocznie przygotowań zwierząt lepiej niż ja.
Krzywię się, udając rozbawienie, spoglądam w jego ciepłe oczy. Łagodne, kuszące, brązowe, jak siodła, które godzinami nacierałam olejem, kiedy wisiały na płocie, i obserwowałam, jak każdego lata ujeżdża młodziki. Stanowił idealny kontrast z zieloną doliną Ruby Creek, która przechodzi w strome pasmo Północnych Gór Kaskadowych.
– A po tym, co przed chwilą tu widziałem, muszę przyznać… że chyba wiem, dlaczego tak myśli. – Puszcza do mnie oko, jak zawsze zawadiacko i żartobliwie. Jakby nie wydarzyło się między nami nic wielkiego.
– Tak, tak. – Kręcę głową i idę do Penny. – Też miło mi cię widzieć, Dermot – dodaję przez ramię, nie mogąc już dłużej na niego patrzeć.
– Pomóc ci z tą klaczą?
Zatrzymuję się w pół kroku, zaskoczona jego propozycją.
– A masz czas?! – wołam, idąc do miedzianej ślicznotki, i próbuję zachowywać się przy nim swobodnie.
– Spędzę tu kilka tygodni, więc tak.
Dech więźnie mi w gardle. Kilka tygodni?Będę musiała zmagać się z rozszalałymi hormonami, latami wstydu i trzepotem skrzydeł motyli w brzuchu przez kilka kolejnych tygodni?
– Okej, super! – rzucam nieco zbyt radośnie, przez co się krzywię. – Jesteś dwudziestojednoletnią kobietą, Ada, więc weź się w garść – mamroczę do siebie, chwytając uzdę Penny, i odwracam się do Dermota, który wciąż stoi w miejscu i patrzy na mnie pytająco.
– Jutro po południu może być? Rano popracuję z pozostałymi. – Ruchem głowy wskazuje na Penny. – A potem opowiesz mi o tej Wielkiej Rudej.
Niezręcznie pokazuję mu uniesiony kciuk i odwracam się w stronę stajni. Kiedy odchodzę, czuję na sobie jego wzrok – jest jak strumień ciepłej wody na moich plecach.
Mam spędzać czas sam na sam z Dermotem Hardingiem? Boże, dopomóż.
***
– To twój koń wyścigowy? – pyta Dermot, przeciągając samogłoski. W tle słychać szemrzącą rzekę.
Przesuwam palcami po jedwabistym pysku Penny i kiwam głową. Wpatruję się w jej mądre oczy – może nieco zbyt mądre jak na mój gust. W głębi duszy wiem, że wysiłek się opłaci, jeśli ona w końcu da mi szansę. Tata nie wychował jedynaczki na kogoś, kto łatwo się poddaje. Ale codzienne lądowanie na tyłku jest trochę demotywujące, nie wspominając już o bólu.
Dermot się śmieje.
– Nie mogę cię winić za to, że wiesz, czego chcesz. Od małego mówiłaś, że będziesz szkolić konie wyścigowe. Na początek jednak wybrałaś sobie bardzo wymagający egzemplarz.
– Wszyscy mi to powtarzają – odpowiadam, nie mogąc oderwać wzroku od miejsca, w którym zaciska popręg mojego siodła.
Sposób, w jaki poruszają się mięśnie jego opalonych przedramion i jak się napinają, gdy Dermot naciąga skórzany pas, trafia wprost do tej części mojego mózgu, która wywołuje pierwotne zachowania. Koniuszkiem języka zwilżam dolną wargę, gdy Dermot klepie klacz po szyi. Wpatruję się w żyły biegnące grzbietem jego dłoni.
Na litość boską, Ada. Podnieca cię męski układ krwionośny.
Zarzekałam się, że będę udawać oziębłą, ewidentnie to jednak kłamstwo, bo nie udaje mi się zachowywać z rezerwą ani teraz, ani rano – kiedy się obudziłam, wyobrażałam sobie, jak by poruszał się Dermot, gdyby już się we mnie znalazł.
Tak, po raz pierwszy od bardzo dawna wizualizowałam sobie seks z Dermotem Hardingiem, a teraz cholernie denerwuję się w jego towarzystwie. A po tak długim czasie rozłąki świadomość, że śpi w niewielkiej chacie po drugiej stronie podjazdu? To prawie za dużo.
Pozostawiliśmy między sobą tak wiele niedopowiedzeń, że teraz wszystko jest jakby sztywne i niezręczne. Przynajmniej ja się tak czuję. Bo on wydaje się niewzruszony. Sprawia wrażenie tak wyluzowanego jak wcześniej. Najprawdopodobniej jednak w ten właśnie sposób reaguje większość odpowiedzialnych dorosłych mężczyzn w momencie, gdy całuje ich osiemnastolatka. Według niego to był zapewne tylko nastoletni wygłup. Wyraz burzy hormonów dziewczyny, która utknęła na ranczu.
Ale dla mnie tamto wspomnienie wciąż miało moc, sprawiało, że się rumieniłam, i przypominało o rozczarowaniu, które nie dawało mi później spać po nocach. Jeden z największych błędów mojego życia.
Dermot kładzie mi rękę na ramieniu, więc się wzdrygam.
– Gotowa? Wskoczę na Solara, wprowadzę młodą Penny do wody, a gdy tylko jej pęciny znajdą się w rzece, będziesz mogła wsiąść. W wodzie nie zacznie brykać, a liczę na to, że doświadczony koń tuż obok pomoże jej zachować spokój.
Ciepło bijące od niego przenika moje ciało, przez co niemal się gotuję, stojąc w letnim słońcu. Lekko kiwam głową, zbierając siły. Prowadzimy Penny i Solara, ulubionego konia mojego taty, nad rzekę za domkiem dla gości, gdzie obecnie na ranczu mieszka Dermot. Jego rodzinna farma w Merritt znajduje się na tyle daleko, że najrozsądniejszym rozwiązaniem dla niego jest mieszkanie tu, na miejscu.
Nabieram głęboko powietrza do płuc i z zaciekłą determinacją zbliżam się do swojej pełnokrwistej klaczy. Dermot wskakuje na grzbiet Solara, trzymając wodze Penny, i pociąga ją w łagodny nurt wody. Kiedy znajdują się już dostatecznie głęboko, wchodzę, czuję chłód górskiego strumienia na kostkach.
– Hej, maleńka. – Kojąco głaszczę ją po boku. – Może spróbujemy raz jeszcze, co? Jeśli będziesz grzeczna, ja również będę dla ciebie dobra.
Dermot prycha, więc mrużę oczy.
– Coś cię bawi?
– No. Rozpieścisz tę klacz, nawet jeśli nie będzie cię słuchać.
Czy on w ogóle wie, co tak właśnie nonszalancko zasugerował? Kręcę głową i odwracam się, a w piersi pali mnie oburzenie.
– Najwyraźniej wiesz, co mówisz – warczę, unosząc but, aby wsunąć go w strzemię.
– Ada… – urywa, ale go ignoruję.
Zbliżam się i opieram o grzbiet Penny. Czuję, jak się pode mną napina w oczekiwaniu, czy przerzucę nogę.
– Spokojnie, maleńka – uspokaja Dermot głębokim, kojącym głosem, w czasie kiedy ja przysuwam się do szyi zwierzęcia i czekam, aby nieco się rozluźniło. Kiedy głośno parska, postanawiam zaryzykować i bardzo powoli unoszę nogę ponad siodło.
Spinam mięśnie brzucha, staram się usiąść tak delikatnie, jak to tylko możliwe. Zawisam, później ostrożnie osuwam się na siodło. Czuję, że koń lekko pode mną drży, a potem zastyga w bezruchu.
Powoli unoszę głowę, bo nie chcę nadwyrężyć kruchego porozumienia, które najwyraźniej zawarłyśmy, po czym zerkam na Dermota, uśmiechając się szeroko. Mija przynajmniej jakieś dziesięć sekund i nadal siedzę w siodle. Klacz strzyże uszami, wciąż jest spięta, ale ja nadal siedzę na jej grzbiecie!
Dermot w odpowiedzi pokazuje lśniące zęby i z dumą kręci głową.
A potem Penny wydaje pisk i staje dęba. Widzę tylko jej szyję, gdy przenosi ciężar ciała na tylne nogi. Robi to tak szybko, że nie mam szansy się przygotować.
Zanim zdążę chwycić ją za grzywę, bezceremonialnie wpadam do lodowatej rzeki.
Dermot
– Ada! – Na początku chce mi się śmiać. Na jej twarzy w ułamku sekundy promienny uśmiech zostaje zastąpiony szczerym szokiem. A zaraz później Ada wpada do wody, więc rodzi się we mnie panika. Nie może jej się nic stać.
Przywiązuję wodze klaczy do siodła konia, na którym siedzę, i zeskakuję, w moich uszach wciąż rozbrzmiewa krzyk. Stawiam ciężkie, niezgrabne kroki, kiedy brnę przez rzekę w stronę brzegu, przy którym wylądowała.
– Kurwa! – Uderza otwartą dłonią w taflę z głośnym chlupotem, przez co płoszą się stojące za mną zwierzęta.
Klęczy w rzece, woda sięga jej do piersi, bo Ada jest drobnej postury. Cała przemokła, złote włosy nieco pociemniały i przylgnęły do smukłej szyi.
– Nic ci nie jest? – Wciąż idę w jej stronę. Muszę się upewnić, że nie stała się jej żadna krzywda. Nie jestem w stanie oderwać od niej wzroku, podobnie jak wczoraj. Nie umiem nie patrzeć na śliczną twarz Ady i nie wspominać tych wszystkich nocy, gdy leżałem na łóżku polowym i próbowałem ją sobie przypomnieć. Przywoływanie w pamięci rysów jej twarzy i piegów miało dla mnie charakter terapeutyczny – odwracałem w ten sposób uwagę od brutalnych obrazów, które każdej nocy nawiedzały moją głowę.
Wspaniała Ada i tamten pocałunek były swego rodzaju moim kołem ratunkowym, które wyciągało mnie ze świata pełnego krwi, flaków i depresji.
– Chyba pierwszy raz w życiu słyszę, jak przeklinasz – mówię, klękając przed nią, i chwytam ją za ramiona.
Ada ociera twarz i odsuwa włosy.
– Ponieważ ostatni raz widzieliśmy się, gdy miałam osiemnaście lat! I tak, mam cholernie dość spadania.
Dobra. Jest zła. Nawet ktoś tak pozbawiony emocji jak ja potrafi to wyczuć.
– Coś cię boli? – Omiatam wzrokiem jej ciało, szukając skaleczeń. Przesuwam dłońmi po silnych rękach dziewczyny, aby sprawdzić, czy niczego nie złamała. Pan Wilson mnie zabije, jeśli coś jej się stało.
– Nic mi nie jest – wzdycha. – To znaczy wszystko mnie boli. Właśnie tym kończy się codzienne spadanie.
Chwytam ją pod pachy, wyczuwam gruby biustonosz pod cienką, mokrą koszulą. Przyciągam ją do siebie i pomagam się jej podnieść. Ada staje z łatwością i wygląda na to, że wszystko jest w porządku. Sunę spojrzeniem po jej kształtach, gotowy rzucić kąśliwą uwagę na temat tego, że jeśli nie chce czuć bólu, to nie powinna spadać, ale powstrzymuję się, gdy docieram wzrokiem do koszuli, która przykleiła się Adzie do ciała i nie pozostawia absolutnie nic wyobraźni. Wąska talia, okrągłe piersi, twarde sutki, które wyraźnie widzę pod mokrym materiałem.
Aż zasycha mi w gardle. Jęczę i zaciskam mocno powieki, odwracając głowę. Z gapienia się na Adę nie wyniknie absolutnie nic dobrego. Tamten pocałunek sprzed trzech lat obudził śpiącego olbrzyma w mojej głowie, otworzył mi oczy na możliwości, których wcześniej nie rozważałem. Ada zawsze była dla mnie kolejnym dzieciakiem z rancza. A potem nagle przestała nim być.
Prawie cały czas napominam się w duchu, że jest młodą córką mężczyzny, którego od lat znam i szanuję. Mężczyzny, który stał się moim przyjacielem, prawie członkiem rodziny. Ada wciąż jest znaną i uwielbianą przez całe Ruby Creek dziewczyną. Dziewczyną, o której by plotkowano, gdyby doszło do czegoś między nią a starszym pracownikiem rancza przebywającym tu od czasu, kiedy była mała. Byłoby to bardzo niestosowne, a nie zamierzam niszczyć jej reputacji. Miałem trzy lata na rozmyślania i doszedłem do wniosku, że jedynym wyjściem jest trzymanie się od niej na dystans.
W dodatku taka kobieta zasługuje na kogoś znacznie lepszego. Odrywam więc spojrzenie od jej ciała i przenoszę je na lekko rozchylone wargi w kształcie serca, niewielkie piegi na opalonych policzkach i na szeroko otwarte, zielone oczy.
Te same, w których trzy lata temu dostrzegłem złamane serce. Zielone jak te, które do teraz każdej nocy nawiedzają moje sny. Zielone, które patrzą na mnie, jakbym to ja zawiesił księżyc na niebie.
A teraz? Są pełne tęsknoty i obietnic, do których taki facet jak ja nie powinien się przyzwyczajać.
Ada Wilson nie jest dla mnie.
Przesuwam dłońmi po biodrach Ady, rozkoszując się możliwością dotykania jej ciała. Pragnę ją przytulić. Pochylam głowę, by odnaleźć tę charakterystyczną woń, którą próbowałem sobie przypomnieć przez całe trzy lata. Czuję, jak pulsują mi palce, gdy ściskam ją w talii.
– Na pewno nic ci się nie stało? – pytam ochryple.
– Nie, nic – odpowiada cicho, lekko dysząc. Jej szept jest jak jedwab na mojej skórze.
Ada wpatruje się we mnie z ogniem, którego wcześniej nie było w jej spojrzeniu, jakby nie mogła zdecydować, czy zacząć mnie obmacywać, czy utopić. Pochłania mnie wzrokiem błyszczących oczu. Pozwalam jej na to, bo… szlag, całkiem przyjemnie, gdy taka kobieta jak Ada patrzy na mężczyznę w ten sposób. Unosi rękę, muska opuszkami moją kość policzkową, jakby mogła mnie skruszyć albo spłoszyć. Jak to stało się ostatnim razem.
– Dermot, ja… – Głos nieco jej się łamie i niech mnie diabli, jeśli na widok tej emocjonalnej reakcji nie dopadają mnie wyrzuty sumienia.
Powinienem to przerwać. Naprawdę.
– Ada, nie możesz tak na mnie patrzeć.
Kładzie palec na moich ustach, żeby mnie uciszyć, i wyzywająco unosi kształtne brwi.
– Dlaczego miałoby cię obchodzić, w jaki sposób na ciebie patrzę? – Potem muska palcem mój nos i brwi, jakby czytała mnie Braille’em. Jakby rysy mojej twarzy zdołały przekazać jej historię, zapewnić odpowiedzi. Drapie mnie po skórze głowy, przez co na rękach mam gęsią skórkę. – Wyraźnie dałeś mi do zrozumienia, co do mnie czujesz. – Zabiera ręce, zagląda mi prosto w oczy i zadaje śmiertelny cios: – A poza tym zamknęłam tamten rozdział.
Odsuwa się i omija mnie, a ja stoję jak skamieniały. Czuję, że serce wali mi jak młotem. Wyraźnie dałem do zrozumienia, co do niej czuję? No jasne, że tak myśli. Przecież nigdy jej tego nie powiedziałem. I nie zamierzam.
Po powrocie do domu próbowałem przygotować się na spotkanie z Adą. Próbowałem sobie wmówić, że chemia, którą poczułem tamtej nocy, była jedynie wytworem mojego umysłu. Stanowiła wyostrzone wspomnienie będące bezpiecznym miejscem z dala od świstu kul i zbolałych krzyków. Chciałem być opanowany, spokojny, lekko zdystansowany. Jednak kiedy zobaczyłem, jak leży na trawie niczym kwiat w słońcu, który prosi, by go zerwać, moja determinacja zaczęła tracić na sile.
A teraz przypominam sobie, że Ada jest córką właściciela rancza – ja jedynie pomocnikiem, który przyjeżdża tu każdego lata, aby pomagać ujeżdżać młode konie. I tyle. To wszystko.
– Chodźmy – mamroczę, co wychodzi bardziej szorstko, niż chciałem. Jednak na dłuższą metę taki ostry ton zrani ją o wiele mniej niż myśl, że ktoś taki jak ja zapewni jej to, czego potrzebuje. Na co zasługuje.
Ada zdejmuje wodze Penny z siodła drugiego konia i sztywnym krokiem idzie z wysoko uniesioną głową wzdłuż brzegu.
– Nie możesz tego robić, Dermot – mamroczę do siebie pod nosem, chwytając uzdę Solara, i idę za nią, zamyślony. Ada znajduje się daleko przede mną, więc obstawiam, że mnie nie słyszy. A przynajmniej się na mnie nie ogląda. I dobrze, bo wiem, że pożądanie mam wypisane na twarzy.
Kręcę głową i po drodze kopię kamienie. Jestem już za stary i zbyt przyzwyczajony do swoich nawyków, a po tym, co widziałem na misji, tak bardzo zamknąłem się w sobie, że nie potrafię już dzielić z nikim życia – a zwłaszcza z kimś tak żywiołowym jak Ada. Dziewczyna zasługuje na to, by doświadczać wszystkiego, co ma do zaoferowania ten świat, a nie na to, by hamował ją ktoś, kto pada na ziemię przy każdym głośnym dźwięku.
Muszę trzymać się od niej jak najdalej. Nie tylko ze względu na nią, ale także dla swojego dobra. Ludzie zazwyczaj ode mnie uciekają. Rodzice nie mogli się doczekać, aż skończę osiemnaście lat, aby móc się spakować i przenieść w cieplejsze rejony. Nigdy mnie nie odwiedzają i rzadko dzwonią. Dziewczyny dość krótko ze mną wytrzymują. Nawet koledzy z wojska przestali utrzymywać ze mną kontakt albo nie wrócili. Wszyscy mnie porzucają, Ada w końcu też to zrobi.
Gold Rush Ranch to moja bezpieczna kryjówka. Ziemia Wilsonów leży w malowniczej dolinie Ruby Creek odwiedzanej przez turystów szukających mitycznego, włochatego stwora. Wchodzą po to na Górę Sasquatchy. Tu jest jasno i słonecznie, co całkowicie pasuje do Ady.
Na mojej farmie w Merritt panuje zimniejszy, surowszy klimat. Otaczają ją tak wysokie szczyty, że niekiedy dopada mnie tam klaustrofobia, zwłaszcza gdy wszystko wokół zasypie śnieg. Farmę zostawili mi rodzice po tym, jak przeszli na emeryturę i przenieśli się na południe. Nikt z mojego rodzeństwa jej nie chciał. Najwyraźniej jestem sentymentalnym idiotą, bo tak naprawdę nic nie zrobiłem z tą ziemią, a jednak nie mogę znieść myśli o tym, że mógłbym ją oddać komuś innemu.
I Merritt to zdecydowanie nie jest miejsce dla Ady.
Co w zasadzie nie stanowi problemu, ponieważ i tak nie jestem dla niej odpowiednim mężczyzną. I to nieistotne, jak Ada na mnie patrzy, ani też to, że członek drga mi w spodniach, kiedy ona mnie dotyka.
Wracamy do stajni i bez słowa rozkulbaczamy konie. Zerkam na Adę, kiedy chodzi wokół klaczy, czesząc ją nieco szybszymi ruchami niż to konieczne. Trochę mnie to śmieszy. Jej ojciec ma hodowlę wspaniałych koni ranczerskich, natomiast ona pragnie zajmować się wyścigowymi. Od zawsze chce rzeczy, którymi nie powinna się interesować.
Zdejmuję siodło z Solara i wyduszam:
– Jutro w tym samym miejscu o tej samej porze, ale tym razem ja na nią wsiądę.
Nie podoba jej się ten pomysł. Sztywnieje.
– Odwal się, Dermot. To moja klacz. Ujeżdżenie jej to moje zadanie. Nie potrzebuję twojej pomocy i jej nie chcę. Nie pozwolę, żebyś odebrał mi mój mały projekt. – Unosi rękę nad głowę. – Mam powyżej uszu ludzi, którzy mówią mi, co mogę, a czego nie. – Odwraca się na pięcie, a potem wychodzi, prowadząc hardą klacz.
Kiedy patrzę na Adę Wilson, uświadamiam sobie, że nie jest już tą samą dziewczyną, którą trzy lata temu zostawiłem na ganku.
***
– Dobra, podsadź mnie – mówi Ada, obracając się do mnie tyłkiem.
Przełykam ślinę, czuję poruszającą się grdykę. Podsadzanie kogoś, aby mógł wsiąść na konia, nie jest niczym szczególnym, ale nie do końca jest zgodne z moim planem, by nie dotykać Ady.
Staję za nią i zaciągam się zapachem jej mandarynkowego żelu do ciała. Pasuje do niej, jest lekki, cytrusowy – odurzający. Ada unosi nogę i czeka, aż jej pomogę. Pochylam się, kładę dłoń na smukłej łydce i usilnie staram się pohamować, aby nie przesunąć palców nieco w górę.
Odwraca się do mnie i zerka przez ramię, zapewne zastanawiając się, co właściwie wyprawiam, nasze spojrzenia się spotykają. Tonę w szmaragdowej głębi jej tęczówek. Ma szeroko otwarte, wyraziste oczy, w których po raz pierwszy od mojego powrotu nie płonie gniew. Nie odrywam wzroku i rozkoszuję się możliwością patrzenia na nią.
To kiepski pomysł.
Kręcę głową i chrząkam.
– Jeden, dwa, trzy – mówię, a przy ostatnim słowie podrzucam Adę, lecz jej nogę puszczam powoli. Wpatruję się w miejsce, w którym jej dotykam. To kontrast. Miękkość i hardość. Światło i mrok. Młodość i starość. Nie. Nie zamierzam myśleć o sobie jak o kimś starym, skoro mam dopiero trzydzieści jeden lat.
W każdym razie nie pasujemy do siebie pod żadnym względem. Stanowimy dychotomię, przeciwieństwa. Jesteśmy jak dwa końce magnesu, które nie mogą się od siebie oderwać, nawet jeśli to popieprzona sytuacja.
– Dermot? – zagaduje, patrząc na mnie pytająco. – Wszystko w porządku?
Zabieram ręce i natychmiast się cofam.
– Tak, dobrze – rzucam przez ramię, wychodząc z okrągłego wybiegu, i opieram się o ogrodzenie tak swobodnie, jak tylko mogę.
Ada nie zwraca uwagi na tę niezręczność i zaczyna jeździć. Wygląda na cholernie pewną siebie, kłusując na swojej długonogiej klaczy. Rozpiera mnie duma. Ta dziewczyna jest twarda jak skała i nigdy się nie poddaje.
Przez cały tydzień usilnie pracowaliśmy z kasztanową Penny, która wierzgała i rzucała się na wszystkie strony, ale Ada utrzymywała się na jej grzebiecie, więc po kilku dniach trenowania chodzi, a nawet kłusuje na okrągłym wybiegu. Całkiem nieźle.
Klacz rozkwitła, lecz moje relacje z Adą pozostają napięte. Od dnia nad rzeką ledwie na mnie patrzy, sam też staram się nie gapić na jej ciało – na to, jak buja w siodle biodrami. Czuję jednak, że moje wysiłki idą na marne, i mam wrażenie, że tylko pogarszam sytuację, kiedy wgapiam się w twarz Ady.
Dostrzegam, w jaki sposób wysuwa język, aby zwilżyć dolną wargę, jak nadyma usta, gdy się skupia, jak szczerze uśmiecha się do Penny, przez co marszczą się kąciki jej oczu.
Wszystko w niej mnie rozprasza. Może lepiej, bym patrzył na jej kucyk? Obserwuję więc, jak się kołysze. Mógłbym owinąć go sobie wokół nadgarstka i pociągnąć…
W geście porażki opieram czoło o deskę ogrodzenia. Mam przejebane.
Znam tę dziewczynę, odkąd była smarkulą z wystającymi zębami i koślawymi kolanami. Widziałem, jak jeździ na rowerze, tapla się w błocie i pakuje w kłopoty. Jest prawdziwą ranczerką w każdym znaczeniu tego słowa. Jedyne dziecko pracowitej, kochającej się i szanującej pary. Nie dziwiło mnie więc, gdy wracałem w każde wakacje i dostrzegałem, że wyrasta na niesamowitą młodą kobietę.
Nie spodziewałbym się niczego innego. Dla mnie jednak wciąż jest małą Złotowłosą. Kiedy na nią patrzę, nadal widzę jej splątane, jasne kosmyki i policzki umazane fioletem po tym, jak zjadła dzikie jeżyny.
Oczywiście to, że się we mnie podkochiwała, stało się tematem żartów na ranczu. Wszyscy widzieli, że chodziła za mną krok w krok i szukała okazji, by tylko robić ze mną różne rzeczy. Bez przerwy mówiła o koniach i zadawała dziesiątki pytań. Miałem dwadzieścia lat i czułem się cholernie niezręcznie, gdy z tego powodu dokuczali mi współpracownicy, a nawet sam pan Wilson. Tak naprawdę ta mała była urocza. W końcu ten temat do żartów wszystkim się znudził, a ja założyłem, że Ada wyrosła z młodzieńczego zauroczenia, które później miała czule wspominać.
Dopóki mnie nie pocałowała.
Byłem tak zszokowany, że zamarłem, kiedy położyła dłoń na moim policzku i przywarła do mnie miękkimi wargami w kształcie serca. Najwyraźniej wraz z wiekiem nabrała sporej wprawy w ukrywaniu uczuć.
„Uważaj na siebie, Dermot. Kocham cię” – powiedziała, a ja odepchnąłem ją, jakby to nic nie znaczyło. Rzuciłem, żeby dała mi spokój. To, jak na mnie wtedy spojrzała… Jak jej oczy wypełniły się łzami, gdy musnęła palcami górną wargę… Kurwa.
Tamten widok prześladuje mnie po dziś dzień. Czuję jego ciężar na piersi.
Nigdy nie chciałem jej skrzywdzić. Właściwie od zawsze wiedziałem, że zabiłbym każdego, kto ośmieliłby się to zrobić. Ale tamtej nocy zasiała mi w głowie ziarno możliwości, które szybko wypuściło pnącza i zmieniło moje postrzeganie dobra i zła, wypaczyło wspomnienia i wpłynęło na moje uczucia do Ady Wilson.
Przez ostatnie trzy lata walczyłem ze sobą – z pragnieniem, aby wsunąć palce w jej włosy i odwzajemnić pocałunek. Głęboko. Aby pokazać jej, co mężczyzna może z nią zrobić.
Ale nie potrafiłem. Ada zdecydowanie musi pozostać wrzucona do kategorii: „córka moich przyjaciół” i „zdecydowanie za młoda”.
Właśnie z tych powodów w piątek po południu po skończonej pracy – po tygodniu panującego między nami napięcia – staram się nawiązać z nią luźną rozmowę.
– Świetnie idzie tej klaczy, Ada. Powinnaś być z siebie dumna. Penny nie jest łatwym zwierzęciem.
Ada uśmiecha się, głaszcząc końską grzywę.
– W końcu nagroda za coś łatwego nie daje aż takiej satysfakcji, prawda? Lubię wyzwania.
Chrząkam. Chyba mam obsesję, bo wszystko, co wychodzi z ust tej kobiety, brzmi dla mnie jak metafora.
– W przyszłym tygodniu spróbujemy galopu?
Odwraca się z uśmiechem.
– Tak, w przyszłym tygodniu będziemy galopować.
W tym samym momencie padam – to głośny huk sprawia, że niemal natychmiast leżę płasko na ziemi. Rzuciłem się na nią tak szybko, że prawie nie pamiętam, jak się tu znalazłem. Obejmuję dłońmi tył głowy, czekając na kolejny dźwięk. Wybuch. Krzyki. Ciche dzwonienie gradu kul. Wiem jedynie, że muszę się chronić, aby móc wrócić do domu.
Dociera do mnie, gdzie jestem i co się stało, dopiero gdy czuję między łopatkami miękką dłoń i słyszę cichy głos Ady, która zapewnia:
– Jestem tu. To był tylko wystrzał z wydechu pick-upa.
Takie reakcje dopadają mnie zupełnie niespodziewanie i gwałtownie. Nie jestem w stanie nad nimi zapanować.
– Dermot? – Przesuwa dłoń i masuje mnie po karku, gdy leżę, dysząc i próbując uspokoić rozkołatane serce. – Co mogę dla ciebie zrobić?
– Nic – odpowiadam ochryple, nadal nie mogąc się poruszyć. – Daj mi tylko kilka minut.
Spodziewam się, że odejdzie, ale zamiast tego przywiązuje klacz, a następnie kładzie się obok na ziemi, nie przestając głaskać mnie po plecach. Nie zadaje pytań, nie popędza, po prostu ze mną jest.
Chwilę później strach odpuszcza i czuję, że znów mogę się poruszyć. Zerkam na nią i widzę, że leży na boku, twarzą do mnie, podpierając głowę na ręce i przyglądając mi się czujnie tymi dużymi, zielonymi oczami. Może i chce mnie ukoić, ale sama wygląda na wystraszoną. Właśnie dlatego nie jestem dla niej dobry.
– Wszystko w porządku.
– Na pewno? – Z troską marszczy brwi.
– Tak. – Obracam się na plecy i patrzę w niebo, przypominając sobie o tym, gdzie się znajduję. Ada również układa się w ten sposób, ale bierze mnie za rękę i ściska mocno. Raz, drugi, trzeci. To prosty gest, lecz dzięki temu aż do łokcia przeszywa mnie prąd.
Zabieram dłoń, kładę obie ręce na brzuchu i próbuję rozluźnić atmosferę.
– Musimy przestać to robić.
Parska śmiechem, ale wydaje się to trochę sztuczne. Wymuszone. Ponownie na nią patrzę, a następie usiłuję raz jeszcze skierować temat na coś innego niż na to, co się właśnie wydarzyło.
– Dziś piątek wieczór. Masz jakieś plany, Złotowłosa?
Zaciska na chwile usta.
– Właściwie to tak. Spotykam się z kimś w pubie Neighbor’s w mieście.
– Spotykasz się? – Żartobliwie poruszam brwiami. – Masz randkę?
Odwraca głowę i przeszywa mnie spojrzeniem. W tęczówkach o kolorze szałwii lśni smutek.
– Tak, Dermot. Mam randkę.
Wstaje i odchodzi. Zostawia mnie z zupełnie innym i nieznanym mi zielonookim potworem.
Może czas uświadomić Adzie, jakie tortury fundowała mi przez ostatnie trzy lata.
