W uścisku kłamstwa - Elżbieta Ceglarek - ebook
NOWOŚĆ

W uścisku kłamstwa ebook

Elżbieta Ceglarek

0,0

Opis

Kto z nas nigdy nie skłamał, nie zataił czegoś lub zwyczajnie przemilczał niewygodny temat? Niedopowiedzenia, gdy nawarstwiają się, mogą zburzyć spokój.

Czy początkowe zauroczenie wróży dni pełne szczęścia do końca życia? Poznając kogoś, pragniemy oddać mu się w całości, by tworzyć wartościowy związek. I tak się staje, jeśli obydwie strony tak samo to czują. Bywa jednak, że miłość zaślepia i tracimy siebie po kawałeczku, niezauważalnie, bezpowrotnie uzależniając się od tej drugiej osoby. 

Nowa powieść Elżbiety Ceglarek jest lirycznym prześledzeniem historii miłosnej, jakich wiele. Niemal poetyckim dotknięciem młodzieńczych marzeń i pragnień, z ich niepewnością i ulotną romantyką. Tylko gdzie postawić granicę, by nie zatracić siebie. Kiedy odłożyć różowe okulary, by o siebie zawalczyć?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 192

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Okładka: Twój los jest w twoich rękach, a każde kłamstwo zabija szczęście

Elżbieta Ceglarek W uścisku kłamstwa

 

 

 

 

„Nigdy nie byliśmy zbyt blisko szczęścia…”

Elżbieta Ceglarek

 

Zanim znaleźliśmy siebie

 

Nina, Gośka, Mikołaj… Chciałoby się jeszcze długo wymieniać przeróżne imiona, ale po co, skoro można od razu zacząć tę niezwykłą historię. Wspomniana trójka w szkole średniej należała do całkiem zgranej paczki, gdy pewnego dnia dołączyła do ich teamu Sylwia Poznańska. Uczniowie tego liceum byli zlepkiem młodzieży otwartej na świat, nieograniczającej swych umysłów wyłącznie na własne dobro i jednocześnie zawziętej w swych przekonaniach. Nastawieni na altruizm pomagali każdemu, kto tego potrzebował, a przede wszystkim robili to z niekłamaną przyjemnością. Nic w tym dziwnego, przecież młodych ludzi charakteryzuje spontaniczność i otwartość. Co ciekawe, dopiero potem, nabierając doświadczenia, ludzie zamykają się w swych skorupach, by czasem trwać w nich do końca swych dni. Oni byli inni – wyjątkowi, empatyczni i szczerzy, z oddaniem reagowali dobrem tam, gdzie było to konieczne. Już drugi rok uczyli się w jednym z bydgoskich liceów.

Dla Sylwii rozpoczął się właśnie pierwszy dzień w nowej szkole. Start trudny, lecz za sprawą jednej z koleżanek łatwiejszy do przebrnięcia. Nowe otoczenie nie zawsze i nie od razu bywa przyjazne. Nie traktuje się obojętnie czegoś, czego się nie zna, raczej trzeba się temu dobrze przyjrzeć. Zwłaszcza gdy zachodzi potrzeba wstrzelenia się w zastany porządek respektowany przez społeczność, która ma własne przyzwyczajenia i wypracowany tok działania. Potem trzeba umiejętnie rozpocząć, by nie ugruntować wokół sobie niesmaku, a jednocześnie zacząć współgrać z całością, zostać zaakceptowanym i samemu polubić nowe środowisko. Wiadomo, że na te zależności potrzeba czasu. Jak to mówią: „Jak cię widzą, tak cię piszą”.

Na przerwie podeszła do niej Nina. Wtedy się poznały, a później zaprzyjaźniły. Ale po kolei.

Był dwudziesty siódmy października, kiedy Sylwia, wraz z wychowawczynią, weszła do pracowni, gdzie odbywał się sprawdzian z fizyki. Nie było jakichś specjalnych powitań, fanfar na jej cześć, ochów czy achów. Po prostu, nauczycielka przedstawiła uczennicę z imienia i nazwiska, po czym dziewczyna usiadła na krześle w końcu klasy i tak pozostała z drugą „b” aż do matury. Notabene w ławce, w której zasiadła po raz pierwszy, rezydował również Mikołaj Orłowski. Tego dnia był nieobecny. Nie stanowiło to przeszkody, by w przyszłości został Sylwii mężem. To osobna historia, choć ku zdziwieniu niektórych, dość oczywista. Poznańska była śmiałą dziewczyną, a ponieważ Nina również do takich należała, obie, poprzyglądawszy się nieco sobie nawzajem, przylgnęły do siebie niczym anoda z katodą i tak zostały przyjaciółkami. Swoją znajomość rozpoczęły od przerw między lekcjami i odpisywania prac domowych. Przepytywały się przed sprawdzianami, kartkówkami, testami. Potem stały się nieroz-łączne na kolejne lata dorosłości. Obie odnosiły wrażenie, że odkąd się zobaczyły po raz pierwszy, czuły coś dziwnego, jakby znały się od zawsze.

– Być może już kiedyś, w innym wymiarze? – upewniała się Nina.

– Któż to wie? – zastanawiała się Sylwia. – Bo czy można się aż tak polubić i zatracić w przyjaźni, jak się to stało w naszym przypadku?

– Nie wiem, ale prawdą jest, że lampka nie zaświeci, jeśli jej nie zapalisz. – Dziewczyna roześmiała się w głos – Skoro więc zdarzyła się nam przyjaźń, zróbmy wszystko, żeby ją pielęgnować, by nigdy nie zgasł jej płomień.

– To całkiem niegłupie!

– Nie spodziewałaś się, że mogę wymyślić coś na poziomie?

– To nie tak. Ja tylko miałam na myśli fakt, że zawiązałyśmy przyjaźń tak nieoczekiwanie i szybko?

– A co to ma do rzeczy?

– Nina, wszechświatem kieruje Bóg i on łączy kropki. Nas również udało mu się scalić i to w przyspieszonym tempie – dywagowała Sylwia.

I chociaż nie miały takiego zamiaru ich rozmowa przerodziła się w filozoficzny traktat o przyjaźni. Obie wierzyły w przeznaczenie i boską moc.

Pochodziły z Bydgoszczy, choć to ciekawe miasto, to duże i jednocześnie niebezpieczne. Nieraz podziwiały Gosię Lipską, że bez strachu wraca po nocy z basenu i nic złego jej się dotychczas nie przytrafiło. W dzieciństwie wychowywały się w odległych od siebie dzielnicach i, gdyby nie dość żywiołowa decyzja ojca Sylwii o przeprowadzce na Bartodzieje, zapewne te młode damy nigdy by się ze sobą nie spotkały i nigdy nie zaprzyjaźniły. Miały wiele szczęścia, że dane im było uczyć się w jednej klasie, a ta była po prostu świetna. Dzięki takim okolicznościom zasmakowały prawdziwej lojalności i troski, uczyły się właściwych postaw, przekonując się, że przyjaźń to nie mrzonka i naprawdę istnieje, a z pomagania można czerpać wiele satysfakcji. Do ich liceum uczęszczała wartościowa młodzież i tacyż sami nauczyciele. Młodzi czerpali wzorce od dorosłych, którzy często byli niewiele starsi od nich samych. To belfrowie wpajali im przyzwyczajenia ułatwiające życie. Uczniowie pomagali sobie w nauce, a o zazdrości nie było mowy. Jeździli na obozy pływackie, sportowe sparingi, a nierzadko na krajoznawcze wycieczki. Sport ich hartował i wyzwalał pozytywne bodźce do innych działań. Wspólnie cieszyli się z sukcesów, a w grupie lżej im było znosić porażki. Razem spędzali lepsze i gorsze chwile, wspierając się w tych drugich.

– Nie samą nauką człowiek żyje – mawiali. Lubili się bawić, bo takie jest młodzieńcze prawo. Nie był im obcy także wolontariat, na czele którego stała Małgorzata Lipska – dziewczyna świetnie grająca na gitarze i dobrze pływająca. Potrafili zdziałać cuda na rzecz potrzebujących, nie krzywdząc nawet muchy. Akcje charytatywne uczyły ich, że warto dawać i nie oczekiwać niczego w zamian. Nie można pomagać, a potem czekać na wdzięczność. To nie wchodziło w grę.

Czas pędził, a oni wciąż nie przyjmowali do wiadomości, że kiedyś przyjdzie im opuścić szkolne mury i każdy wybierze własną drogę. Żyli tu i teraz.

Nadeszła pochmurna środa, ale deszcz na szczęście nie padał. Wyszli na długą przerwę. W szkole brakowało prądu, jakaś awaria. Sylwia i Nina stały razem tuż przy oknie, gdy podeszła do nich Gosia Lipska i zahaczyła rozmową.

– Dziewczyny, macie dziś czas wieczorem? – spytała.

– Bo? – Nina puściła oko do Sylwii.

– Poszłybyście ze mną na basen?

– W taką pogodę? No nie wiem… – odparła Sylwia. – Zbyt markotny dzień. Może na basenie też nie będzie prądu. Po ciemku nie pływamy – zażartowała.

– Przyjdźcie, proszę – nie odpuszczała Gośka.

– Brak czasu, moja droga, a po drugie nie mamy co z tobą stawać w szranki. Pływasz jak ryba. Wykitujemy przy tobie – uprzytomniła jej Sylwia.

– Brakuje kondycji – zawtórowała Nina.

– E… tam. Przeceniacie mnie. Nie musimy robić zawodów.

– Weź Cypriana, to się pościgasz z pożytkiem – doradzała Sylwia.

– Dajcie spokój! To będzie tylko miłe spotkanie.

– Najpierw miłe, a potem dla nas mniej miłe – podsumowała Nina.

– Czyli co, nie przekonam was?

– Z nami się umęczysz. My w wodzie ciągle raczkujemy – dodała z uśmiechem.

– No co wy?

– Przecież się spotykacie. – Sylwia miała na myśli Cypriana. – To po co my? Na doczepkę?

– Może i chodziłabym z Cyprianem, ale ma popieprzoną matkę, to się wyautowałam. Nie będę ćmą lezącą tam, gdzie mnie nie chcą.

– Motyw w porządku – stwierdziła Nina.

– Z grubsza, tak, choć jest więcej problemów.

– Opowiesz nam? Nic nie wiedziałyśmy. – Nina przyglądała się jej, robiąc duże oczy.

– Wielu rzeczy o mnie nie wiecie – sprostowała Małgorzata.

– Gołym okiem widać, że Cypkowi na tobie zależy, to co ma do tego jego matka?– zdziwiła się Nina.

– Boi się mamusi? – zakpiła Sylwia. – To wiej, dziewczyno, i nie zawracaj sobie głowy ciołkiem – poradziła od serca.

– Tak robię, ale on się nie chce odczepić. Raz mnie zapewnia, że nie będzie słuchał matki, innym razem trzęsie się przy niej jak osika.

– To nie zazdroszczę. – Nina pokiwała głową.

– Basen jest moim azylem.

– Nie dziwię się. Uciekasz w pasję. To dobry pomysł, by nie zwariować, ale przecież Cyprian też tam pływa – zdziwiła się Sylwia.

– Ale bez matki! – Dziewczyna się roześmiała.

– Czyli on ci nie przeszkadza, tylko ta jego mamuśka?

– Dokładnie.

– Dziwny układ.

– Zwyczajnie chora sytuacja! – potwierdziła Małgorzata. – Nie wchodź w taką relację. Szkoda życia na zmartwienia.

– Powiedz mu o tym. Nie duś w sobie emocji.

– To nie takie łatwe. – Gosia pobladła, co obie zauważyły.

– Nie pchaj się w toksyczny związek – dodała Sylwia.

– Właśnie – poparła Nina.

– Czyli co, jesteśmy umówione na ten basen? – Gosia spytała z nadzieją, że dziewczyny się zgodzą.

– Dobra. Przyjedziemy o dziewiętnastej.

– Super! – ucieszyła się, a dzwonek oznajmił następną lekcję.

Nie przyjaźniły się aż tak bardzo, ale w ramach klasowej solidarności czasem ćwiczyły we trzy na basenie. Gośka była szybką pływaczką. Sylwia i Nina znacznie od niej odbiegały. Miały gorszą kondycję i słabe wyniki w sporcie, pływały więc jedynie dla przyjemności, bo przecież nie każdy musi być sportowcem. Zgodne były co do tego, że nie zaszkodzi wspólnie potrenować, zwyczajnie dla zdrowia. Spotykały się więc na basenie dla relaksu. To była ich odskocznia od codzienności. Wiedziały, że w pływaniu nie dorównają koleżance, ale w rozmowach i plotkach jak najbardziej. Gośka wiązała swą przyszłość ze sportem. Były o tym święcie przekonane. One miały zamiar obrać inne drogi dorosłości. Ale wybory pozostawały jeszcze przed nimi. Basen okazał się przyczynkiem do zacieśniania relacji.

– Fajnie, że nas wyciągnęłaś – stwierdziła Sylwia, gdy już w szatni suszyły włosy.

– Musimy częściej wybierać się na pływalnię – dodała Nina zachęcona dzisiejszym wieczorem.

– Jakby co, jestem codziennie do waszej dyspozycji – przekonywała Lipska.

Było miło i obie dziewczyny zadeklarowały kolejne spotkanie. Pożegnały się w dobrych humorach.

*

Życie ludzi młodych toczyło się w zdecydowanie za szybkim tempie. Dziewczyny dużo się uczyły i chociaż nie odczuwały, że im ucieka, to czas jednak nie stał w miejscu i, nie wiadomo kiedy, zdały maturę i stanęły przed trudnymi życiowymi wyborami. Nina i Sylwia, jak większość uczniów klasy maturalnej, marzyły, aby dalej się kształcić. Ich zainteresowania i chęć podjęcia kolejnego etapu edukacji zdecydowanie się różniły. Klamka zapadła. Sylwia zaraz po wakacjach rozpoczęła studia na Politechnice Bydgoskiej, dostała się na architekturę krajobrazu. A Nina nie wyobrażała sobie innej drogi niż dziennikarstwo, zaczęła studia na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego i tam postanowiła realizować drogę ku przyszłości.

Horyzonty myślowe dziewczyn zawsze były zróżnicowane. Sylwia, umysł ścisły, nie zawsze rozumiała humanistkę Ninę. Wybrały inaczej, ale w dalszym ciągu były sobie bliskie. Zacieśniły więzi od czasu, gdy rodzice Niny wyprowadzili się do Anglii. Od tamtej pory coraz częściej pomieszkiwały razem. Rodzice Niny byli nowoczesnymi ludźmi, nie negowali pomysłów córki i nie wtrącali się w jej sprawy. Zostawili w Bydgoszczy cały rodzinny dobytek i nie mieli nic przeciwko, by ich jedynaczka zamieszkała z koleżanką. Ponadto wspierali córkę w Polsce finansowo, by mogła się uczyć. Ojciec Sylwii też starał się nie wnikać w decyzje swojej pociechy. Oprócz dwóch starszych synów to właśnie najmłodsza latorośl była jego oczkiem w głowie. Po śmierci żony, nie bardzo potrafił pomagać swoim dzieciom, ale i im nie przeszkadzał. Wspierał ich dorosłe wybory, jak potrafił. Przyjaciółki szczęśliwe prowadziły więc wspólne gospodarstwo.

*

Było ciepłe popołudnie. Powietrze stało nieruchome, a gdyby przyjrzeć się z bliska przyrodzie, bezwzględnie zastygła w lawinie słonecznych promieni. Nie ruszało się ani jedno źdźbło trawy, żaden listek, żadna gałązka. Magia. Cisza koiła uszy.

– Co za błogi czas.

– Nie dla nas.

Sylwia i Nina siedziały na balkonie i zazdrościły ludziom, którzy mogli pod nim spacerować. Wyglądali na szczęśliwych. A im nie w głowach były spacery. Zbliżały się egzaminy, a one miały jeszcze sporo do przyswojenia. Skupione na nauce, wgapiały się w kartki skryptów i nawet na siebie nie spoglądały, choć uczyły się razem. Każda zakopana po uszy we własnym materiale. Od czasu do czasu wywiązywała się między nimi rozmowa.

– Sylwia, czy Gośka Lipska poszła w końcu na AWF?

– To ty powinnaś wiedzieć, bo taki kierunek studiuje się na uniwerku.

– To wielki gmach, więc miałyśmy prawo nigdy się nie spotkać.

– Prawda, ale co szkodziło się dowiedzieć.

– A kto miałby mi ujawnić dane o Gosi? Co, pójdę do dziekanatu i zapytam o panią Lipską? Chora jesteś? Nikt mi nie udzieli żadnych informacji. W dzisiejszych czasach?

– Fakt. Cholerne RODO! Pozakładali ludziom blokady jak na kołach źle zaparkowanego samochodu.

– Chodzimy jak na łańcuchach. Do czego ten świat dąży?

– Co się tak nakręciłaś? Nie masz chyba zamiaru zmieniać świata?! A co do Gośki, nie chodzimy na basen, to guzik wiemy.

– Ale czemu nie odbiera telefonu?

– Technika gubi ludzi. Powinnaś to wiedzieć. Studiujesz na technicznej uczelni.

– Serio?

– No a co?

– Ale wymyśliłaś! Dziś każdy ma telefon przy sobie. Ale ta Gośka mnie faktycznie zastanawia. Taka utalentowana pływaczka, a my nic o niej nie wiemy?

– Słuchaj, jak myślisz, czy można kochać bardziej, niż można? – spytała Nina ni z gruszki, ni z pietruszki, jakby nie było jej przy rozpoczętej przed chwilą rozmowie, a obgadywanie Gośki nie miało miejsca. Obie siedziały na plastikowych krzesłach balkonowych i kręciły się z niewygody, co chwilę zmieniając pozycję.

– Co to za pytanie? To jakiś banał, czy sprawa poważna?

– Sama nie wiem. – Nina wzruszyła ramionami.

Sylwia spojrzała na przyjaciółkę, przeszywając ją wzrokiem bazyliszka. Była ciekawa, co też Ninie chodzi po głowie? Wydawała się taka skupiona na książkach, a tu proszę, jej myśli biegały wokół niebieskich migdałów.

– Ech, skąd mam wiedzieć, czy mnie nie wkręcasz? – westchnęła.

– Jestem śmiertelnie poważna.

– Jeśli to prawda, to musisz mieć powód, że pytasz. Coś ci się stało? O co ci…? – Nie dokończyła zdania.

– O nic mi nie chodzi – przerwała jej przyjaciółka. – Ze szczerością jest najtrudniej – wyznała. – Więc? Można tak kochać, czy nie?

– Głupszego pytania nie słyszałam, jak żyję! – przyznała, odkładając zeszyt na stolik – Jak to było? Czy można kochać bardziej, niż można?

– Właśnie.

– Według mnie… nie można. Kocha się tak jak można, a nie jeszcze bardziej. Co chcesz dokładać do tego kochania? – zaśmiała się poirytowana.

– Coraz częściej się przekonuję, że z tobą, Sylwia, nie można normalnie pogadać!

– Serio tak sądzisz? Przecież wiesz, że nigdy cię nie zbywam.

– Akurat! Siostra samarytanka w czapce policjanta.

– Nina, nie bądź złośliwa.

– To porozmawiaj ze mną uczciwie. Zrób to od serca, a nie po łebkach.

– Tak ci zależy?

– Inaczej bym nie prosiła. Komu mam się zwierzyć, jeśli nie tobie?

– Zakochałaś się?

– Wiesz, odeszła mi ochota. Nie jestem pewna, czy jeszcze chcę ci zdradzać moje sekrety.

– Ale jednak pytanie padło.

– Pewnie zaraz będziesz się śmiała.

– Przyrzekam, że nic takiego nie nastąpi. – Sylwia uniosła dwa palce prawej dłoni do góry, by nadać wiarygodności swojej deklaracji.

– Nie jestem zakochana – zaprzeczyła Nina.

– W to jestem skłonna uwierzyć. Ale jeśli nie, to po co ta cała heca z dziwnym pytaniem?

– Nie lubię pleść o sobie, a na uczuciach się nie znam.

– To po co zaczynałaś?

– Bo jesteś dla mnie ważna. A teraz nie wiem, dlaczego jesteś tak wrogo do mnie nastawiona? Jakiekolwiek pytanie ci zadaję, odpowiadasz ripostą. Nie tego oczekuje się od przyjaciółki.

– Gdzie ty tu widzisz wrogość?

– Po prostu czuję. – Położyła dłoń na sercu.

– Źle to przyjmujesz. Obie denerwujemy się egzaminami. Nie zdążymy się wykuć. Jest mało czasu, długa lista materiału, nie zajmujmy się bzdurami. Nina, błagam cię, lepiej się uczmy.

– Kujonka się znalazła. Ciekawe od kiedy stałaś się taka sumienna? Już nawet poradzić się nie można, bo zaraz mnie gasisz.

– No dobra, w sprawach sercowych skrupulatnie cię wysłucham. – Sylwia złagodniała.

– Czasem mam wrażenie, że nie obchodzą cię moje przeżycia.

– Przecież wiesz, że jesteś dla mnie ważna. Milion razy to powtarzam!

– A ja czuję, że od ciebie po porostu wieje chłodem.

– Zmyślasz! – oburzyła się dziewczyna – Dobra, chodźmy stąd, opowiesz mi wszystko po kolei. – Robiło się chłodniej, więc postanowiły wynieść się z balkonu. Usadowiły się w wygodnych fotelach przy oknie salonu. – No dawaj! – zachęciła Sylwia.

– Zbiłaś mnie z tropu. Już nie wiem, od czego zacząć.

– Najrozsądniej będzie od początku. Wiesz, że do mnie jak do konfesjonału i nieprawda, że jestem niemiła. Martwię się o ciebie.

– Nieważne, nie chcę się zastanawiać. Zrobić ci herbaty? – zaproponowała jako gospodyni domu, bo przecież nią była, choć często, patrząc z boku, wyglądało, że jest odwrotnie.

– Za chwilę – zgodziła się Sylwia. – Zupełnie nie wiem, co miałabym ci doradzić. Darzysz kogoś uczuciem, a ja o tym nic nie wiem? – zaczęła drążyć, uśmiechając się szelmowsko.

– Ale, że co? Nie chciałam ci mówić, zanim nie będę mieć pewności. – Nina próbowała się bronić.

– Pytałaś poważnie o to uczucie? Lepiej się ucz! – stwierdziła z powagą, ale i odrobiną pobłażliwości w głosie.

– Czyli miłość to dla ciebie abstrakcja? Wiesz, co ci powiem? Zawiodłaś mnie.

– Wariatka!

– Być może. Cóż, mam dosyć wiedzy na dziś. Kończę, bo zryję sobie łeb – zbuntowała się Nina i, trzasnąwszy książką, poderwała się, by zrobić wcześniej zaproponowaną herbatę.

– Masz rację. Zakończmy tę walkę z wiatrakami. Nic mi już nie wchodzi do mózgownicy. Rób to picie! – krzyknęła w stronę kuchni, bo Nina zdążyła już opuścić pokój.

– Czemu nie chcesz słyszeć, że mogę mieć kogoś, z kimś się spotykać? Boisz się o naszą przyjaźń?

– Przecież wiesz, że to nie tak. Fajny jakiś? Znam go? – próbowała ją udobruchać.

– Nie wiem, czy by ci się spodobał, ale mnie imponuje, coś mnie do niego ciągnie. Dobrze się przy nim czuję.

– No to okej! Jeśli jest intrygujący… Przecież to nie mnie ma fascynować. Nie mój wóz, nie będzie mnie wiózł.

– Daj spokój! Sylwia, ty zawsze to samo!

– Nie pytam z zazdrości, lecz dlatego, że ciekawi mnie twój chłopak.

– Nie rozpędzaj się, nie jest jeszcze moim chłopakiem. To przymiarki.

– Miłość to nie pracownia krawiecka.

– Tego nie musisz mi tłumaczyć.

– Ale uważaj, by ścieg szedł prosto!

– Nie ironizuj! Musisz wszystko, co powiem, brać tak dosłownie? Sylwia, ty masz Orłowskiego, a ja też czuję, że potrzebuję kogoś. – Postawiła tackę z parującymi kubkami. Usiadła na sofie i, podkuliwszy nogi, spoglądała na przyjaciółkę. Wyglądało na to, że nie miała zamiaru kończyć rozmowy.

– Ale żeby od razu się zakochać? Ninka! Nie musisz się spieszyć. Uczucie przychodzi powoli, z mozołem, w trudach się rodzi…

– I w trudach umiera? To chciałaś dodać? Zupełnie jak moja matka. – Pokręciła głową.

– Jak ty nic nie rozumiesz.

– Może i masz rację! Nie zgodzę się jednak, że nie powinnam, że nie teraz, że może kiedyś…

– Przecież cię nie odwodzę.

– Czuję, że w moim przypadku jesteś zdolna do wszystkiego, a każdy, jak namolnie powtarzasz, jest inny. I ja do tych innych się zaliczam, koniec tematu.

– Twoje usta przed chwilą wyartykułowały, że kochasz. Zdaje się, że platonicznie, ale ja odczytuję stan niepokoju, który towarzyszy nam, gdy kochamy na zabój – stwierdziła Sylwia. – Spotykasz się z nim?

– Tak jakby. Ale nie chcę zapeszać. Zresztą, ty i tak nie bierzesz niczego na poważnie.

– Platonicznie. Zgadłam?

– No raczej.

– Teraz rozumiem, że nic o tym nie wiem. Mogłaś mnie wtajemniczyć.

– Nie mówiłam ci, bo niczego nie jestem pewna. To świeża sprawa. Od pewnego czasu, widuję go częściej.

– Czyli to nie spotkania regularne, zresztą takie na pewno bym zauważyła. Dlaczego ja się nawet nie domyśliłam!? – zeźliła się sama na siebie. – Zero spostrzegawczości.

– Nie przeczę, czuję coś do tego chłopaka. A ty jesteś zajęta Mikołajem. Nie widzisz niczego poza czubkiem własnego nosa i tym Orłowskim – stwierdziła Nina, choć wcale tak nie myślała. – Nie mówiłam ci o Olku, bo nie byłam go pewna, a nie lubię rozczarowań – tłumaczyła.

– Dziewczyno, nie wiesz, co mówisz! To, co ty nazywasz miłością, nam dawno spowszedniało. Znam go? – drążyła Sylwia. Nie wyobrażała sobie, żeby był to ktoś niegodny jej przyjaciółki, a wiedziała, że Nina lubiła wpadać w kłopoty. Na szczęście dotychczas w niezbyt groźne.

– Nie sądzę.

– Więc to ktoś przypadkowy?

– Skądże. Czemu od razu przypadkowy?

– Po prostu pytam. Wyrzucałabym sobie, gdybyś spotykała się z jakim dupkiem.

– O! Królu panie!

– Co?!

– Nie przeżywaj! Moje życie, moja sprawa! Tak czy nie?

– Jesteś zbyt wrażliwa i nie lubisz rozczarowań. Niby twoje życie, ale ja jestem jego cząstką.

– Jesteś, o to się nie martw. Nawet więcej niż cząstką – przyznała Nina.

– W takim razie może mi go przedstawisz? – spytała zaczepnie Sylwia.

– Już niebawem będzie okazja. Niebanalna zresztą. Taka, że ho, ho…

– Serio? – ucieszyła się przyjaciółka. – Niech zgadnę? Wspólny wypad?

– Nie aż tak hej do przodu. Zaproszę go w niedzielę na obiad.

– Na obiad?! Żartujesz?!

– Nie, jestem śmiertelnie poważna.

– Tobie odjechał pociąg, czy cały dworzec? Przecież tak się nie podrywa faceta!

– Ja go nie podrywam. To zwykłe spotkanie, na którym wiele się może okazać. Tylko nie spytałam wcześniej, jak ty się na to zapatrujesz. Teraz mi głupio.

– Przestań. Pewnie, że go zaproś. Przecież to twoja chata. Choć uważam, że to trochę staroświeckie. – Sylwia skrzywiła się, a w jej głosie nie słychać było zadowolenia, ale i nie dało się dostrzec przesadnej nagany. Po prostu przyjaciółka ją zaskoczyła.

– Czemu? Raczej oryginalnie. Na obiad – powtórzyła Nina.

– Dobra, jak sobie życzysz.

– Wiedziałam, że wreszcie mnie poprzesz.

– Nie jestem do końca przekonana. W zasadzie…Nie jestem w ogóle przekonana.

– Ale mniej wrogo nastawiona? – Nina próbowała odgadnąć myśli przyjaciółki.

– O, widzisz, to bardziej trafne – przytaknęła. – Zrobisz obiad samodzielnie, czy ci w czymś pomóc? – dopytała rzeczowo.

– Mogłabyś zaprosić też Mikołaja. Fajnie byłoby zjeść razem – ekscytowała się Nina, nie udzielając odpowiedzi na pytanie współlokatorki. Było jej wszystko jedno, przecież obie potrafiły gotować.

– Czyli mamy challenge. Będziemy pichcić.

– Ustalmy coś w końcu! Przecież To nic wielkiego zrobić rosół, obrać kilka ziemniaków na frytki i udusić kawałek mięsa z warzywami. Surówki można kupić gotowe i po kłopocie. – Nina wyraźnie zadowolona snuła plany kulinarne.

– Dobrze, już dobrze. – Sylwii brakowało entuzjazmu. Ona nigdy nie gotowała Mikołajowi obiadków. Może wystarczająco długo się znali i dlatego nie musiała się przypodobywać chłopakowi? Zresztą i bez tego za nią szalał. Na jedzenie chodzili do knajpy lub na szybkie bistro, bo taniej. – Zapoznam mojego Orłowskiego z planem na niedzielę. Rzucę mu propozycję. Ucieszy się. Lubi jeść. – Śmieszył ją staroświecki pomysł współlokatorki, ale koniec końców na niego przystała.

– Dobra, nie gadajmy, szkoda się eksploatować. Co będzie, to będzie – zadecydowała Nina.

– Czyli co, olewamy dziś dalszą naukę? – upewniała się Sylwia.

– Już sobie po części darowałyśmy, nie widzisz? – Nina się uśmiechnęła. – Masz ochotę na ciacho? Kupiłam dziś rano w naszej cukierence – kusiła. Nie miała już ochoty zaglądać do jakichkolwiek notatek.

– Pewnie, częstuj tymi słodkościami. A może lampka wina do tego?

– Nie, wcześniej się dziś położę.

– Chyba w ciąży nie jesteś?

– Coś ty.

– Pytam na wszelki wypadek, bo winko może zaszkodzić brzemiennej matce. – Uśmiechnęła się Sylwia. – To może pojedziemy na basen?

– Proponujesz wino i basen, żebyśmy się potopiły – zażartowała Nina.

– Słowo daję, masz bujną wyobraźnię. Ale na spanie jeszcze za wcześnie. To może jednak basen?

– Wychodzimy z chaty. Nie można wiecznie wgapiać się w laptopa i książki. Trzeba przewietrzyć umysł.

– Przypominam, że to będzie nasz pierwszy raz na basenie od niepamiętnych czasów. A gdy wrócimy, to już nam też nic nie wejdzie do głów, jak tylko sen.

– Trudno, najwyżej będziemy trochę głupsze. A wyspać też się czasem trzeba.

Przyjaciółki roześmiały się w głos, a ich nastrój znacznie się poprawił. O dwudziestej wyszły z domu. Na basenie spotkały Gośkę. Wszystkie trzy się ucieszyły.

– Ostatnio, trudno było na ciebie trafić, Małgorzatko.

– Ja nie przestałam trenować, ale was tu mało, nie widać, żebyście przychodziły.

– Masz rację, mało. Nadrabiajmy stracony czas.

 

 

Gdy wszystko pięknie się zaczyna

 

To był zwykły aczkolwiek z wielu przyczyn promienny dzień. I nie tylko dlatego, że ciepłe słoneczne smugi muskały nieopalone twarze, lecz również ze względu na początek czegoś nowego. Czegoś, co naturalnie powstawało w zakamarkach duszy i nie było od tego odwrotu. Miłości nie można zatrzymać. Gdy ulokuje się ją w sercu to tkwi tam jak pozytywny bodziec, który potrafi ciągle przypominać, że człowiek ma kogoś, komu jest potrzebny, kto o nim myśli, kto czuje jak on i widzi świat w tych samych przyjaznych barwach. To koloryt zachwytu, tafla zakochanych. Nina coś takiego czuła od niedawna. W brzuchu niepokoiły ją osławione motyle, a w głowie układała strategię przyciągnięcia Olka do siebie. Zapragnęła mieć go jak najbliżej siebie. Wiedziała, że kiedy go lepiej pozna, będzie mogła sprecyzować, czego tak naprawdę chce. Wierzyła, że wszystko się ułoży na jej korzyść.

Podejdę dziś do niego i zwyczajnie zaproszę na obiad – planowała sytuację. Miała nadzieję, że jej nie odmówi, nie wyśmieje, nie wykręci się przysłowiowym sianem. Ostatnie okoliczności wskazywały, że nie powinien się wymigać. Przecież oboje byli dorosłymi ludźmi. Nina nie miała zamiaru bawić się w podchody, w przedszkolną dziecinadę. Kilka razy wpadli na siebie na korytarzach uczelni i ewidentnie było widać, że Olek szukał kontaktu. Takie sprawiał wrażenie, choć był trochę wstydliwy. Planowała go z tego wyleczyć, jakoś rozruszać, dodać odwagi. Zdawała sobie sprawę, że jej zamierzenia są ryzykowne, lecz musiała spróbować. Nie darowałaby sobie, gdyby stchórzyła i nic nie zrobiła, by pomóc własnym uczuciom. Mogłaby całe życie żałować. Nie była pewna, kiedy to coś w niej zakiełkowało. Naukowo udowodnionych tez nie miała zamiaru się obawiać, nie zwariowała, po prostu była zakochana. Postanowiła sprzyjać nadchodzącym okolicznościom.

Po południu wracała z uczelni i zobaczyła Gosię. Dziewczyna ewidentnie gdzieś się spieszyła. Ciekawe, gdzie aż tak bardzo? Ostatnio rzadko się widywały, jedynie czasem na basenie. Ta dziewczyna miała w sobie jakąś tajemnicę. Samochód był jedyną przeszkodą, by krzyknąć, zatrzymać ją i porozmawiać. Zanim znalazłaby miejsce do parkowania koleżanka zapewne zniknęłaby w tłumie.