Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
446 osób interesuje się tą książką
Ona była biedna, on był bogaty. Za nią nikt nie stał, za nim stały układy. On sądził, że jest królem świata i zawsze dostanie to, czego chce. Ona udowodniła mu, że tak nie jest, chociaż zapłaciła za to wysoką cenę. Spotykają się po latach. Nienawiść szaleje pomiędzy nimi jak wirus grypy w sezonie jesiennym. Ona robi karierę naukową, on jest najbardziej bezwzględnym prawnikiem w kraju. Ona mówi „nie”, on mówi, że ją zdobędzie.
Jak myślicie, co może się wydarzyć? Czy piekło faktycznie może zamarznąć?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 212
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Agnieszka Kowalska-Bojar
Copyright © by Motylewnosie 2026
Wydanie I
Poznań 2026
ISBN 978-83-66821-84-2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejszej pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.
Redakcja
Angelika Kuszła, Poradnia przy Kawie
Korekta
Dominika Kamyszek, www.OpiekunkaSlowa.pl
Korekta po składzie
Sylwia Dziemińska, Korekta przy kawie
Skład i konwersja
Katarzyna Mróz-Jaskuła, Wielogłoska
Wydawnictwo
motyleWnosie
Nasze e-booki i książki kupisz na stronie
www.motylewnosie.pl
www.sklep.motylewnosie.pl
Daria
Iwo
Daria
Iwo
Cover
Nie przywykłam do takiego luksusu. Rozglądałam się dyskretnie, od czasu do czasu popijając małymi łyczkami szampana, aby przypadkiem bąbelki nie uderzyły mi do głowy. Nie przywykłam też do alkoholu, nawet takiego niskoprocentowego, więc wolałam nie ryzykować.
Wykorzystując fakt, że profesor jest zajęty rozmową z innymi gośćmi, w końcu odważyłam się podejść do długiego stołu zastawionego smakołykami. Nie miałam pojęcia, co nałożyłam sobie na talerz, ale wyglądało apetycznie. Zjadłam, dyskretnie otarłam kąciki ust, a później wróciłam do szampana. Pewnie nadal nudziłabym się we własnym towarzystwie, podziwiając otoczenie i usiłując zidentyfikować twarze znane dotąd z telewizji, gdyby nie głos za moimi plecami.
Minęło niecałe dziesięć lat, ale wszędzie bym go poznała. Nie wpadłam w panikę, nie zaczęły mi dygotać ręce. Tylko serce nieco przyspieszyło, a w głowie pojawiło się tysiące myśli i towarzyszących im wspomnień. Głośny oddech, silny, zniewalający uścisk męskich dłoni. Palce brutalnie zaciskające się na mojej piersi. Sposób, w jaki się o mnie ocierał, szydercze słowa, jakie wypowiadał. Bolesne ciosy, które wymierzył.
Gnojek przez długi czas poniżał mnie na wszelkie możliwe sposoby, a na końcu usiłował zgwałcić. Bydlak dzięki bogatemu, wpływowemu tatusiowi pozostał bezkarny mimo tego, co mi zrobił. Jedyny człowiek, którego prawdziwie nienawidziłam i któremu nieraz życzyłam śmierci.
W sumie to nic zaskakującego, że spotkałam go w takim miejscu. To ja byłam tutaj obca, nie on. Nie odeszłam jednak, nie umknęłam gdzieś w kąt.
Przez całe życie prześladowały mnie tamte wydarzenia, a wraz z nimi pytanie, czym zasłużyłam sobie na takie traktowanie, i przeświadczenie o tym, jak niesprawiedliwym miejscem jest świat, w którym żyjemy. Niesprawiedliwym, bo to ja zostałam zmuszona do ucieczki niczym zaszczute zwierzę. Tyle nocy spędziłam skulona w kącie pokoju. Przez tyle dni przemykałam się chyłkiem uliczkami nowego miasta. Tak wiele czasu minęło, zanim zrozumiałam, że to nie była moja wina – że byłam ofiarą. Dziś nie miałam zamiaru stchórzyć i znów uciekać.
Lekko zadarłam podbródek i odwróciłam się, by stanąć oko w oko z Iwem, koszmarem czasów liceum, z którego szponów wyrwałam się dopiero po wielu latach. Niestety, wyglądał jak mokre marzenie każdej kobiety, zwłaszcza w ciemnym garniturze, w beztroskiej pozie zdobywcy świata, z szerokim uśmiechem człowieka, który nigdy nie zaznał biedy i nie musiał wspinać się na szczyt. Na mnie jednak nie zrobił wrażenia. Patrzyłam na niego beznamiętnie, chłodno oceniając walory fizyczne. Może dlatego, że wiedziałam, co kryje się w środku?
Widać było, że mnie nie poznał. Stracił wątek i patrzył, jedynie się uśmiechając. To trwało zaledwie kilka sekund, bo nagle w jego oczach pojawiło się zaskoczenie.
– Ty… – zaczął, a potem zmrużył oczy, poważniejąc. – Niemożliwe!
– Co niby jest niemożliwe? – Skoro on się nie przywitał, ja również nie zamierzałam.
– Daria?
– My się znamy?
Dał krok do przodu i teraz dzieliło nas może pół metra. Jedną rękę trzymał w kieszeni spodni, w drugiej miał kieliszek z szampanem. W zielonych oczach dostrzegłam niedowierzanie, ale szybko zniknęło, ustępując miejsca pogardzie.
– Co tu robisz?
Nie odpowiedziałam, uniosłam tylko znacząco brwi. Zlustrowałam go przy tym spojrzeniem, nie pomijając żadnego szczegółu i starając się nie zmienić wyrazu twarzy. Już się go nie bałam, ale nie zamierzałam okazać żadnych uczuć. Ten dupek nie zasługiwał na jakiekolwiek emocje z mojej strony. Ani na niechęć, ani na nienawiść, ani na wybaczenie.
– Tak, chyba pamiętam – powiedziałam ze spokojem, powoli, starannie dobierając słowa. Jakbym nie do końca była ich pewna. – Chociaż umknęło mi imię… – Wbiłam w niego pytający wzrok i z satysfakcją dostrzegłam, jak zmienia się wyraz jego twarzy.
– Umknęło ci imię? – powtórzył szyderczo. – Tobie?
– Co w tym dziwnego? Widocznie nie było dla mnie ważne. – Ze spokojem upiłam kolejny łyk szampana. – Igor? Ignacy? – Z premedytacją wymieniałam inne, pomijając to właściwe. Nie pojawił się strach, ale gniew i chęć zemsty. Nawet tak małej i nieistotnej jak ta.
– Może powinienem odświeżyć ci pamięć na osobności? – Pochylił się nade mną. Górował wzrostem, ale to również mnie nie przeraziło. Raczej zirytowało.
Przez tak wiele lat wyobrażałam sobie nasze spotkanie. Zastanawiałam się nad tym, co powiem i co zrobię, jak się zachowam. Teraz już wiedziałam. Nie zawiodło mnie moje słynne opanowanie, zdystansowanie i chłodna ocena sytuacji. Zdradziło jedynie galopujące serce, ale tego nie mógł dostrzec.
– Na osobności? A co mi zrobisz? Znów spróbujesz zgwałcić? – zapytałam spokojnie. – Tym razem masz pewnie jeszcze lepsze znajomości, które pomogą ci to zatuszować.
– Mam. – Zielone oczy pociemniały. Widać było, że z każdą sekundą coraz słabiej nad sobą panuje. – I nie pochlebiaj sobie, nie tknąłbym cię nawet palcem.
– Tak, to nie był palec, chociaż wymiary miał podobne – zadrwiłam.
Jednym zdaniem starłam resztki samozadowolenia unoszące się niczym opary wokół jego postaci. Nie miałam pojęcia, że to może dostarczyć tyle przyjemności, takiej satysfakcji.
– Żebraczka, która wdarła się na salony.
– Ciężko pracowałam na swoją pozycję – odparłam. – W przeciwieństwie do tych, którzy bez pomocy rodziców niczego by nie osiągnęli.
– Pozycję? Ty i praca? Czym niby pracowałaś? Dupą? – szydził, nie szczędząc niecenzuralnych słów. – A może twój ojciec wygrzebał ze śmietników wystarczającą liczbę puszek?
– Nie masz prawa go obrażać, a mojej pracy nie zrozumie ktoś taki – spojrzałam na niego znacząco – jak ty.
Nie odpowiedział. Był wściekły, chociaż chyba nie tylko z powodu naszej słownej utarczki i słów, które wypowiedziałam. Obiecałam sobie w duchu, że jeśli mnie tknie, zacznę wzywać pomocy. Nie zamierzałam być ofiarą, nigdy więcej nie zamierzałam nią być.
– Ach! – Udając zaskoczenie, zasłoniłam dłonią usta. – Pamiętam! Iwo, prawda?
Gdybyśmy byli sami, to chyba by się na mnie rzucił. Dookoła zgromadził się jednak spory tłum, nie licząc mężczyzny, który właśnie do nas podszedł.
– Szukałem cię. – W przeciwieństwie do Iwa miał szeroki, budzący sympatię uśmiech i wesołe iskierki w niebieskich oczach. Był odrobinę niższy, smuklejszy, ale też cholernie przystojny. – I nawet się nie dziwię, że znalazłem cię w towarzystwie najpiękniejszej kobiety na tym przyjęciu. Przemek, miło mi poznać.
– Daria.
Nie widziałam powodu, aby zachowywać się ozięble. Podałam mu rękę, szeroko się uśmiechając. Zrobiłam to odruchowo, bo naprawdę wzbudzał zaufanie. Ukradkiem zerknęłam na znieruchomiałego Iwa i o mało co nie wybuchnęłam śmiechem.
Jaką on miał minę!
Zmieniła się, ale jednocześnie pozostała taka sama. Zmienił się wyraz jej oczu. Nie była już zaszczutym zwierzątkiem, podskakującym za każdym razem, gdy coś do niej mówiłem. Pozostała za to piękną kobietą z eteryczną urodą, trudną do zdefiniowania, pełną zaskakujących szczegółów, które mógłbym odkrywać podczas całonocnej wędrówki dłońmi po jej ciele. Byłem pewny, że po przyjęciu będę bardzo zajęty. Nawet przez chwilę się zastanowiłem, czy nie zadzwonić do Patryka po jakieś prochy, ale w sumie po co? Postanowiłem, że dokończę to, co nie udało mi się dziesięć lat temu, i wykopię ją za drzwi.
Nie uwierzyłem w jej zaskoczenie. Poznała mnie, ale się nie przestraszyła. Była wyniosła i chłodna, niedostępna. Lubiłem takie wyzwania, a z tą dziwką miałem rachunki do wyrównania.
– Ty… – zacząłem. – Niemożliwe!
– Co niby jest niemożliwe?
– Daria?
– My się znamy?
Byłem pewien, że kłamie. Doskonale wiedziała, kim jestem. Przede mną nie musiała udawać, miałem gdzieś takie gierki, chociaż zaskoczyło mnie jej opanowanie. Zrobiłem krok do przodu, zmniejszając dzielący nas dystans. Poczułem podniecenie, niczym myśliwy, który zbliżył się do zwierzyny i właśnie kładł broń na ramieniu, aby ją upolować.
Już w liceum była najładniejszą dziewczyną w szkole, chociaż nosiła skromne ubrania i starała niczym nie wyróżniać. A ja musiałem zdobyć każdą ładną dziewczynę. Wkurwiła mnie swoim chłodem i obojętnością. Nie reagowała na propozycje, odsuwała się za każdym razem, gdy chciałem ją objąć. Była nieufna i dzika, niczym małe, nieoswojone zwierzątko. Moja początkowa pewność siebie zamieniła się we wściekłość, a potem postanowiłem wziąć sobie sam to, czego nie chciała mi dać. Pamiątkę po tym wydarzeniu nadal nosiłem na twarzy; mało widoczną bliznę biegnącą od kącika prawego oka do skroni. Próbowała mi wtedy wydłubać to oko. Pieprzona suka!
– Może powinienem odświeżyć ci pamięć na osobności? – Pochyliłem się nad nią, uśmiechając się szyderczo.
To nic jednak nie dało. Nadal patrzyła na mnie chłodno, obojętnie i równie beznamiętnie wypowiadała każde słowo. Jakby znudzona konwersacją ze mną. To mnie rozwścieczyło. Jakim prawem tak mnie lekceważyła? Mogłem jednym zdaniem zakończyć jej karierę, jaka by ona nie była, zniszczyć reputację, a nawet wplątać w przestępstwo i posłać do więzienia. Czy zdawała sobie z tego sprawę, czy też miała protekcję kogoś ważnego? Znalazła sobie kochanka? Jeśli tak, kim on był?
Uśmiechnąłem się szeroko. Pewnie jakiś podstarzały, tłusty palant.
– Na osobności? A co mi zrobisz? Znów spróbujesz zgwałcić? Tym razem masz pewnie jeszcze lepsze znajomości, które pomogą ci to zatuszować.
– Mam. – Coraz bardziej mnie wkurzała. Już ja nauczę ją szacunku! – I nie pochlebiaj sobie, nie tknąłbym cię nawet palcem.
– Tak, to nie był palec, chociaż wymiary miał podobne.
Z trudem nad sobą zapanowałem. Pojawiła się chęć, aby pokazać tej kurwie, jakie miałem wymiary. Przycisnąć ją do ściany, unieść materiał sukienki i przelecieć tak, żeby błagała o litość. Jasna cholera, muszę dokończyć to, co wtedy zacząłem!
– Żebraczka, która wdarła się na salony – warknąłem.
– Ciężko pracowałam na swoją pozycję. W przeciwieństwie do tych, którzy bez pomocy rodziców niczego by nie osiągnęli.
– Pozycję? Ty i praca? Czym niby pracowałaś? Dupą? – Nie zamierzałem odpuścić. Z takimi jak ona trzeba było ostro, nawet wulgarnie. – A może twój ojciec wygrzebał ze śmietników wystarczającą liczbę puszek?
– Nie masz prawa go obrażać, a mojej pracy nie zrozumie ktoś taki jak ty.
Nagle do mnie dotarło, że to nie ja mam przewagę w tej rozmowie. Ona była spokojna i niewzruszona niczym lodowa skała, ja gotowałem się w środku jak wulkan przed erupcją. Każde słowo tylko podsycało ten ogień.
– Ach! – Spojrzała mi prosto w oczy. – Pamiętam! Iwo, prawda?
Nie to, co powiedziała, ale sposób, w jaki to zrobiła, sprawił, że prawie straciłem nad sobą panowanie. Miałem ochotę ją uderzyć, zacisnąć palce na smukłej szyi i trzymać aż do momentu, gdy zacznie charczeć i błagać mnie wzrokiem o litość, ale otaczał nas spory tłum ludzi, przypadkowych świadków, i to nie byle jakich. Wielu z nich nie należało do moich przyjaciół, lecz do wrogów. Na dodatek pojawił się mój kuzyn, Przemek.
– Szukałem cię – rzucił, a potem przestałem być ważny.
Przysłuchiwałem się ich rozmowie, przyglądałem twarzy tej dziwki i niechętnie musiałem przyznać, że ma piękny uśmiech. Też bym chciał…
Otrząsnąłem się ze zgrozą. Chciał? Czego niby?!
Rozmawiali, jakbym nagle stał się niewidzialny. Ta gnida, mój kuzyn, zawsze ze mną rywalizował, ale zazwyczaj przegrywał i mógł zadowolić się tylko resztkami z pańskiego stołu. Przewagę udało mu się zdobyć tylko dwa razy i głównie dlatego, że byłem już zainteresowany inną zdobyczą niż ta, o którą rywalizowaliśmy. Pierwszy raz miał spore szanse, aby mnie pokonać.
Niedoczekanie, pomyślałem z zawziętością. Obojętnie, jakimi metodami, ale będę ją miał pierwszy. Zrobię to, czego nie udało mi się dokonać w przeszłości, przekupstwem, groźbą, szantażem czy podstępem. Metoda nieważna, bo liczył się wynik. A gdy już mi ulegnie, zerżnę ją bez litości, by na samym końcu wyrzucić jak niepotrzebnego śmiecia. Żeby dobrze zapamiętała tę nauczkę i znała swoje miejsce.
Dopiłem drinka i ulotniłem się z przyjęcia. Musiałem zdobyć trochę informacji, ułożyć plan i zacząć działać tak, aby nie spłoszyć zwierzyny. Nie pamiętała mnie? Nie chciała? Już ja sprawię, aby czołgała się u moich stóp, żebrząc o odrobinę zainteresowania. Oczyma wyobraźni widziałem, jak wydaję jej rozkazy, a ona posłusznie klęka, rozpina mi spodnie i wykonuje polecenie. Jak grzecznie ssie mojego kutasa, dławiąc się nim i krztusząc, ale nie przestaje ani się nie wycofuje. Jest jak dobrze wytresowana suka.
– Marzenie mam, marzenie maaam… – wymruczałem z zadowoleniem słowa piosenki z disneyowskiej animacji, wsiadając do limuzyny.
Kazałem się zawieźć prosto do domu, chociaż wcześniej miałem w planach imprezę do białego rana. Podniecenie przyszłym polowaniem sprawiło jednak, że wolałem zacisze własnego gabinetu, drinka i czystą kartkę, na której zamaszyście napisałem:
Cel – będziesz moja!
Iwo zniknął. Tak po prostu zniknął. Nawet nie wiem kiedy, bo pochłonęła mnie rozmowa z Przemkiem. Był cudownym towarzyszem, chociaż od razu się zorientowałam, że mam do czynienia z rasowym podrywaczem. Uśmiechałam się jednak, robiąc słodkie oczy i spijając słowa z jego warg. To go nakręcało, mnie bawiło. Biedak nie wiedział, że za chwilę dyskretnie się ulotnię i jego plan upojnej nocki rozwieje się niczym mgła.
Tańczyliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy wino. On konsekwentnie, choć dyskretnie zmniejszał odległość między nami, ja udawałam, że tego nie dostrzegam. W końcu uznałam, że nadeszła odpowiednia chwila, przeprosiłam go, mówiąc, że muszę skorzystać z łazienki, i po prostu wróciłam do domu.
Moje mieszkanko było maleńką dziuplą mieszczącą się na pierwszym piętrze przedwojennej, odrestaurowanej kamienicy, stojącej w spokojnej okolicy tuż przy parku. Otaczały ją inne, równie wiekowe budynki, cisza zakłócana odległym szumem ruchliwych miejskich ulic oraz mnóstwo drzew. Składało się z dwóch pomieszczeń: jednego dużego pokoju łączącego w sobie funkcje salonu, kuchni i sypialni oraz łazienki bez okna. Pod nogami trzeszczał odnowiony parkiet, wysokie sufity optycznie powiększały metraż, a kominek dostarczał ciepła innego niż to pochodzące z grzejników. Ogrzewał moją duszę.
Meble, chociaż stanowiły przypadkową zbieraninę, w przedziwny sposób do siebie pasowały. Półki zastawiłam ukochanymi książkami, na parapetach znalazła miejsce moja kolekcja kaktusów, kuchnię pomalowałam farbą w kolorze waniliowym. Tak naprawdę był to jasny beż, ale ja wolałam go nazywać inaczej. Była jeszcze ogromna szafa, okrągły stół z krzesłami, duża kanapa, niski stolik na fikuśnych nóżkach i wygodny fotel, w którym odpoczywałam, czytając książki. Mimo moich starań panował tutaj nieznaczny rozgardiasz, bo nie należałam do osób rygorystycznie pilnujących porządków. Kochałam moje mieszkanko i cieszyłam się z każdego drobiazgu, który wyszukałam w sklepach i teraz mógł znaleźć się tutaj.
Początek lata tego roku zaserwował światu prawdziwy upał. Otworzyłam na chwilę okno, a do środka wpadło nagrzane powietrze, przesycone zapachami lata i ciszą niedzielnego poranka. Głęboko odetchnęłam, a potem ruszyłam w kierunku kuchni, aby przygotować sobie kawę. Mój poranny niedzielny rytuał rozpoczynał się właśnie od kawy i kilku haustów świeżego, rześkiego powietrza. Potem brałam prysznic, nakładałam maseczkę i – wciąż w piżamie – przygotowywałam sobie drugą kawę. Siedziałam w fotelu, popijając ją małymi łyczkami, wsłuchana w jazzową muzykę i albo czytałam książkę, albo włączałam na tablecie odcinek ulubionego serialu. Nie miałam telewizora, nie był mi do niczego potrzebny. A w dni, gdy za oknem padał deszcz, a w kominku po szczapach drewna pełzały złociste płomienie, potrafiłam zamarudzić nawet do południa.
Miałam dwadzieścia osiem lat, doktorat i perspektywę dalszej kariery naukowej. Nie miałam najbliższej rodziny, z dalszą nie utrzymywałam zbytnio kontaktu poza jedynym wyjątkiem – moją matką chrzestną. Była też jedna przyjaciółka, teraz zajęta wychowaniem trójki pociech, i wielu znajomych, z którymi czasami wychodziłam na drinka lub kolację. I to wszystko. Ktoś, kto stał z boku, mógłby uznać mnie za osobę godną pożałowania, ale ja sama byłam zadowolona z własnego losu. Owszem, tęskniłam za bliskością, ale nie zamierzałam jej zdobywać za wszelką cenę. Mówiąc wprost, czekałam na swojego księcia z bajki i zajęta pracą na uczelni, karierą naukową oraz badaniami nie zauważyłam upływu czasu. Czasami w napadzie szczerości przyznawałam, że moje życie osobiste to prawdziwa nędza z biedą. Przed wszystkimi udawałam pewną siebie i przebojową, sprawiałam wrażenie znudzonej związkami, chociaż tak naprawdę nigdy w żadnym nie byłam. Tych kilku randek oraz epizodu z Iwem, jeszcze w czasach liceum, nie należało traktować jak nabytego doświadczenia. Zwłaszcza tego, co zrobił mi ten palant.
Wtedy się nie poddałam, chociaż umiejętnie mnie osaczył. A gdy zrozumiał, że mu się nie uda, posunął się do ostateczności. Użył siły. Miałam wtedy pod ręką szklaną butelkę. Rozbiłam mu ją na głowie, a gdy to nie wystarczyło, ostrą krawędzią przejechałam po gładkiej skórze twarzy. Pamiątkę nosił do dziś, chociaż nie była zbytnio widoczna. Pewnie rodzice sporo zapłacili chirurgowi plastycznemu. Zresztą sam epizod nie był najgorszy. Gorsze nastąpiło potem…
Prześladował mnie. Ośmieszył publicznie, próbował wdeptać w ziemię. Dotrwałam miesiąc do matury, a po jej zdaniu po prostu uciekłam, zrezygnowawszy tymczasowo ze studiów. Uciekłam bardzo daleko, do małego miasteczka na drugim krańcu Polski, a przygarnęła mnie kuzynka męża mojej matki chrzestnej. Znalazłam sobie dorywczą pracę bez umowy, bo się bałam, że Iwo jednak w końcu ruszy moim tropem. Po dwóch latach wróciłam do świata żywych, już nie jako Daria Kossowska, ale Łęska – przyjęłam nazwisko panieńskie matki. Słaby kamuflaż, lecz wystarczający. Myślałam, że im się znudziło, ale prawda okazała się bardziej prozaiczna. Jego ojciec kandydował na senatora i nie życzył sobie żadnych skandali. Wraz z upływem czasu przestałam czuć się jak zaszczute zwierzę, a teraz, po dziewięciu latach od tego wydarzenia, przekonałam się, że tylko pozornie uwolniłam się od tamtego brzemienia.
Tylko że byłam już o wiele silniejszym przeciwnikiem.
Dopiłam kawę i pomyślałam, że dziś zafunduję sobie odrobinę luksusu i zjem obiad nie w domu, tylko w ulubionej knajpce. Przy okazji się przejdę, bo pogoda sprzyjała spacerom. Na moja komórkę zadzwonił nieznany numer, ale nie odebrałam, nie miałam takiego zamiaru, obojętnie, czy to był Iwo, czy Przemek, czy jeszcze ktoś inny.
Spacer zaostrzył apetyt. W restauracji wskazano mi miejsce przy oknie, przy stoliku dla dwóch osób, najmniejszym, jakim dysponowali. Podziękowałam z uśmiechem, usiadłam i na początek zamówiłam lemoniadę. Popijając aromatyczny napój, gapiłam się na widok za oknem, na puste o tej porze ulice i niebo bez jednej chmury. Poczułam, że ktoś przy mnie stoi, ale sądziłam, że to kelner. Podniosłam głowę, a słowa zamarły mi na ustach.
– Nietrudno cię wytropić – powiedział Iwo, zajmując miejsce naprzeciwko. – Zmieniłaś nazwisko?
– Tak – odparłam krótko. Kłótnie czy groźby nie miały sensu, bo wiedziałam, że on i tak nie odejdzie. Musiałam stawić mu czoła i pokazać, że już się go nie boję. – Zaszczuliście nas do tego stopnia, że bałam się nawet pomyśleć, jak mam na imię.
– Przyznam, to była doskonała zabawa, patrzeć, jak się staczacie na samo dno.
– Tak, zabawa – powtórzyłam beznamiętnie, chociaż miałam ochotę rozbić na nim wazon stojący na naszym stoliku. – Tata był chory. Nie poszliśmy do lekarza, nie mógł się leczyć. Umarł, ale ty się dobrze bawiłeś, prawda?
– Tak. – Nie speszył się, nie zawstydził, ale szeroko uśmiechnął.
Z jaką rozkoszą wydrapałabym temu łajdakowi oczy! Zrobiłabym też wiele innych rzeczy, ale musiałam zachować spokój. Obojętność była moją najlepszą bronią. Obojętność i pogarda zaprawione odrobiną lekceważenia.
– Czego chcesz? – zapytałam wprost.
– Ciebie. – Również postawił na bezpośredniość.
– Nie. – Jedno krótkie, dobitne słowo. Nic więcej.
Zdawałam sobie sprawę, że dyskusja z nim nic nie da. Z rozpieszczonego, zepsutego smarkacza wyrósł na równie toksycznego mężczyznę. Miałam pecha, że nasze drogi ponownie się skrzyżowały, bo zapowiadała się walka na śmierć i życie. On był pewny wygranej, ja – że nie pozwolę tknąć się nawet palcem. Choćbym miała wszystko stracić, spakować walizkę i uciec na koniec świata, nie poddam się i nie pozwolę, aby na tej ohydnej gębie pokazał się wyraz triumfu.
– Zaprzeczasz? Jak miło! – Roześmiał się drwiąco. – To dobrze, bez tego nie byłoby zabawy.
– Bez pieniędzy i znajomości rodziców byłbyś nikim.
– Byłbym tobą.
– Mną? – Tym razem to ja się roześmiałam. – Wszystko, co mam, zawdzięczam ciężkiej pracy. Nie raz i nie dwa zaciskałam pasa, do jedzenia kupując chińskie zupki, byle tylko móc skończyć studia. Zamiast pięciu lat zajęło mi to niecałe cztery. Kolejne trzy to doktorat. Kiedy wróciłam do miasta, miałam walizkę i dwieście złotych w kieszeni. Przetrwałam, kupiłam mieszkanie, mam cudowną pracę i szacunek innych ludzi. A ty? Ciebie się tylko boją, bo dzięki pieniądzom i znajomościom możesz zniszczyć ich życie. Wybacz, ale szacunek i strach to dwie zupełnie różne rzeczy.
– Skąd wiesz, że mnie nie szanują? – Już nie wyglądał na rozbawionego.
– Skoro sam siebie nie szanujesz, to jak inni by mogli?
– Ja? Siebie? Bredzisz. Poza tym wiedz jedno…
Nie skończył, bo przy stoliku pojawiła się kelnerka i postawiła przede mną talerz. Iwo rzucił krótko:
– Kawa, czarna, bez cukru.
Prawie nie zwracał przy tym na nią uwagi, chociaż dziewczyna wyraźnie się zaróżowiła, gdy tylko na niego spojrzała. Znałam to, wiele tak reagowało.
– Wszystko da się kupić, to tylko kwestia ceny. Nie zawsze muszę też płacić gotówką.
– A czym? Seksem? Nie zarobiłbyś na życie – rzuciłam złośliwie, chociaż wkroczyłam na grząski teren. – Iwo! – Spojrzałam mu prosto w oczy. – Nie oszukujmy się. Nie masz mi nic do zaoferowania. Nie tylko cię nienawidzę, ale i brzydzę się tobą.
Jakbym jednym ruchem starła całe zadowolenie z jego twarzy.
– Brzydzisz się?
– Tak.
Kelnerka wróciła z kawą, a on milczał. Bynajmniej nie dlatego, że zabrakło mu słów. Byłam pewna, że w środku wrze, z trudem powstrzymując napad wściekłości. Z obojętnością przyjęłam to milczenie, zabierając się do jedzenia. I chociaż miałam wrażenie, że każdy kęs z trudem przeciska się przez gardło, to jadłam ze spokojem, jakby w ogóle go tu nie było.
Nie miałem jej nic do zaoferowania? Ktoś kiedyś powiedział: „Znajdźcie mi człowieka, a ja znajdę na niego paragraf”. Jako prawnik często to powtarzałem, niby w żartach, ale było dużo prawdy w tych słowach. Każdy ma słabe strony. Każdego można kupić. I miałem rację, że nie zawsze walutą są pieniądze. W jej przypadku na pewno nie były. Ani wcześniej, ani teraz. Tylko że z im większą stanowczością mówiła „nie”, tym bardziej byłem pewien, że ją złamię. Obrzydzenie czy nienawiść nie miały nic do rzeczy. Przeciwnie, były niezwykle motywujące, dodawały pikanterii i podniecały.
Wtedy wygrała, bo interweniowali moi rodzice. Ojciec, jako czynny polityk, nie chciał niepotrzebnej afery. Teraz byłem wolny i nie musiałem się trzymać żadnych zasad.
– Za miesiąc w moim łóżku będziesz błagać o orgazm – powiedziałem ze spokojem, odzyskawszy zimną krew. Nie mogłem pozwolić, aby irytacja i gniew wzięły nade mną górę. Przecież dokładnie o to chodziło tej zdzirze. Wyjąłem z portfela banknot, rzuciłem na stół i wstałem. – To za kawę. Żebyś nie pomyślała, że za seks z tobą, bo nie jesteś warta nawet tyle – powiedziałem z pogardą.
– To dlaczego mnie prześladujesz?
– Nie lubię niedokończonych spraw.
Tym razem nie odpowiedziała. Sięgnęła po herbatę i popijała ją powoli, patrząc na mnie ze spokojem. Robiła to z premedytacją, ale nie dałem się sprowokować. Wyszedłem z lokalu i powietrze na zewnątrz odrobinę mnie ocuciło. Było jak policzek, którego potrzebowałem. Zamiast złapać taksówkę, poszedłem do biura na pieszo, bo właśnie tego było mi w tym momencie potrzeba.
– Odwołaj wszystko na dziś – rzuciłem sekretarce. – Nawet jak będzie się palić i walić, mnie nie ma, zrozumiałaś?
– Dobrze – odparła wyraźnie spłoszona.
Szef pracoholik nagle wziął wolne? To musiało ją zaszokować.
Kwadrans później siedziałem przy biurku, popijając kolejną kawę i wpatrując się w widok za oknem. Planowałem. Najpierw musiałem zadzwonić do kilku osób, zebrać informacje. Tak szczegółowe, żebym wiedział nawet, którego dnia wynosi śmieci. Później w punktach wypiszę, jak mogę wpłynąć na jej życie. Praca, mieszkanie, znajomi, nawet lekarz, do którego chodziła. Kolejny punkt to informacje o tych ludziach, abym miał na nich haka. Wynajęcie odpowiedniej ekipy, aby śledziła każdy jej ruch. Zamontowanie podsłuchów i kamerek, o których nie będzie wiedziała.
Zapowiadała się znakomita zabawa i to wprawiło mnie w dobry humor. Co dziwniejsze, nawet nie dopuszczałem do siebie myśli o przegranej. Wiedziałem, że może zajmie mi to sporo czasu, pochłonie masę pieniędzy, zaangażuje, ale będę ją miał. Niezależnie, czy będzie chętna, czy nie, będę ją miał.
Nie spodziewałem się, że sekretarka kogokolwiek wpuści, więc kiedy usłyszałem, że ktoś wchodzi, spojrzałem w kierunku drzwi z dezaprobatą. Tylko że tym „kimkolwiek” był ten padalec, mój kuzyn.
– Wpadłem na chwilę, omówić pewną sprawę – rzucił, siadając z impetem w fotelu. – Znasz ją, prawda? Wiesz, kim jest?
– Znam – mruknąłem niechętnie. Jeszcze tego mi brakowało, żeby ten baran pokrzyżował moje plany. – Jest moja, więc trzymaj łapy przy sobie i nie wchodź mi w drogę.
– Uwielbiam wchodzić ci w drogę – oświadczył przekornie. – Zgaduję, że nie udało ci się zaliczyć i teraz siedzisz tutaj, snując nikczemne plany.
– Lepiej, żebyś zniknął.
– O co się założymy?
– O nic. – Zgrzytnąłem zębami ze złości. – Wypierdalaj, bo inaczej sam cię wyrzucę.
– Piękna kobieta – powiedział w zamyśleniu, nie zwracając uwagi na moje nieuprzejme słowa. – Naprawdę piękna. Matka ostatnio narzeka, że zostanę kawalerem do końca życia, a ona spragniona jest wnuków. Myślisz, że Daria by się nadawała?
– Jak ją zaliczę, możesz robić, co chcesz.
– Nie lubię używanych rzeczy, zwłaszcza po tobie.
– Lepiej, żebyś nie wchodził mi w drogę – ostrzegłem go, chociaż wiedziałem, że rzucam słowa na wiatr. Ten idiota robił to od zawsze. Co prawda nie pamiętam zabaw z piaskownicy, ale pewnie już wtedy walczyliśmy o przysłowiową łopatkę.
– Przyznaj, życie beze mnie byłoby nudne. – Roześmiał się. – Skąd ją znasz? Wygląda to na coś starego, spotkanie po latach i tym podobne. Studia?
– Jej ojciec był pomocnikiem ogrodnika – wyjaśniłem niechętnie.
– Czyli też ją znam? – zadumał się. – Dziwne, nie mogę sobie przypomnieć.
– Chodziła do tego samego liceum co my.
– Serio? Tym bardziej jestem zaskoczony.
– Krótko, tylko klasę maturalną. Ciebie wtedy nie było, siedziałeś u matki, we Francji.
– Faktycznie. Cholera, szkoda, masz przez to fory. A może nie? – Spojrzał na mnie bystro. – Nie zauważyłem, abyście się lubili. Mógłbym nawet powiedzieć, że w powietrzu między wami wisiała prawdziwa, czysta i niczym nieskażona nienawiść. Gdybyś ją rzucił, to teraz traktowałbyś jak powietrze. Słusznie więc podejrzewałem, że nie udało ci się zaliczyć, chociaż wywinąłeś numer, przez który nie może na ciebie patrzeć.
– Wynocha! – warknąłem.
– W zasadzie to wyglądała, jakby miała ci przegryźć gardło, obciąć jaja, przywalić obuchem siekiery, a na końcu zakopać na odludziu. Czyli wysuwam się na prowadzenie – dodał wesoło, jednocześnie wstając. Chyba wyczuł, że znalazłem się na skraju opanowania i za chwilę to ja przegryzę mu gardło. – Do zobaczenia na placu boju, kuzynie!
Czmychnął przez drzwi na tyle szybko, że figurka, którą rzuciłem, rozbiła się o framugę.
Nie brałem tej rywalizacji na poważnie. Przemek był jak dokuczliwa mucha, której brzęczenie wprawiało w irytację, ale nie mogło zaszkodzić. Nie chciałem się irytować. Wolałem skupić całą uwagę na niej i na tym, co planowałem.
Sięgnąłem po telefon. Czas zadzwonić do kilku osób i zacząć działać.
Dałem sobie miesiąc. Miesiąc, aby znalazła się u moich stóp, skamląc o litość.
