About Her #2 - Julia Hellar - ebook
NOWOŚĆ

About Her #2 ebook

Julia Hellar

0,0

693 osoby interesują się tą książką

Opis

Zakończenie hsitorii!

 

Ona walczy z cieniem przeszłości. On ze skrywanymi w sobie demonami. Ich miłość nie ma łatwej drogi. Ale może nieść ocalenie.

Po wydarzeniach naruszających kruche fundamenty ich relacji Olivia i Matthew próbują odbudować to, co zaczęło pękać, zanim w ogóle miało szansę się umocnić. On stawia pierwszy krok ku zmianie, podejmuje decyzje wymagające odwagi. Ona, choć pozornie silna, mierzy się z przeszłością, która – do tej pory trzymana za drzwiami – zaczyna pukać coraz głośniej. Kiedy do głosu dochodzą historie sprzed lat – do których nikt nie chciał wracać – okazuje się, że nie wszystko, co bolesne, da się pogrzebać.

W cieniu rodzinnych tajemnic i trudnych relacji rozgrywa się opowieść o lojalności potrafiącej przetrwać nawet wtedy, gdy prawda boli. O zaufaniu budowanym od podstaw, czułości leczącej rany i o miłości – niedoskonałej, ale potrafiącej dać oparcie, kiedy świat trzęsie się w posadach.

To historia o relacji, która nie zbawia, ale daje siłę. O rodzinie, która nie zawsze jest tą z krwi. I o ludziach, którzy – mimo błędów – próbują być dla siebie domem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 506

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mikkaa28

Nie oderwiesz się od lektury

Historia która pokochałam całą sobą. 💙🥹 Warto przeczytać i poznać. 💙💙
00



Ro­dzi­com.

Bo dzi­ęki Wam mam od­wa­gę, by dzia­łać, i siłę, by pod­nie­ść się po upad­ku.

To Wy po­ka­za­li­ście mi, czym jest praw­dzi­wa ro­dzi­na.

Od autorki

Ze względu na po­ru­sza­ne tre­ści Abo­ut Her jest ksi­ążką prze­zna­czo­ną dla do­ro­słych czy­tel­ni­ków. Znaj­dzie­cie w niej opi­sy scen zbli­żeń, wul­ga­ry­zmy, wspo­mnie­nie prze­mo­cy sek­su­al­nej i prze­mo­cy do­mo­wej, a ta­kże tok­sycz­ny i bul­wer­su­jący spo­sób ra­dze­nia so­bie z nie­ule­czo­ną trau­mą.

Pod­czas czy­ta­nia tej ksi­ążki pa­mi­ętaj­cie, że nar­ra­cja pierw­szo­oso­bo­wa za­pra­sza Was do za­po­zna­nia się ze świa­tem tak, jak wi­dzi go bo­ha­ter. Z my­śla­mi i emo­cja­mi wy­ni­ka­jący­mi z jego pry­wat­nych do­świad­czeń. Mo­że­cie się z nimi nie zga­dzać i uwa­żać je za nie­ade­kwat­ne lub ir­ra­cjo­nal­ne, ale nie za­po­mi­naj­cie, że wy­ni­ka­ją z jego oso­bi­stych prze­żyć.

Nie po­chwa­lam nie­któ­rych wy­bo­rów i za­cho­wań pre­zen­to­wa­nych przez głów­nych bo­ha­te­rów. Mam szcze­rą na­dzie­ję, że w praw­dzi­wym ży­ciu hi­sto­rie ta­kie jak ta na­le­żą do mniej­szo­ści.

W tej części po­ja­wia się opis psy­cho­te­ra­pii. Wspo­mnia­ne me­to­dy i na­rzędzia opie­ra­ją się na praw­dzi­wych teo­riach psy­cho­lo­gicz­nych, ale wy­tłu­ma­czo­ne zo­sta­ły w spo­sób uprosz­czo­ny. Nie miej­cie mi więc, pro­szę, za złe, je­śli uzna­cie, że wszyst­ko dzie­je się za szyb­ko. Tak w isto­cie jest, ale to za­bieg ce­lo­wy – po to, by ta ksi­ążka mo­gła za­mknąć się w roz­sąd­nej licz­bie stron. :)

Dro­dzy Czy­tel­ni­cy! Mam szcze­rą na­dzie­ję, że hi­sto­rie opi­sa­ne na kart­kach tej po­wie­ści nie sta­no­wią Wa­szej co­dzien­no­ści. Że po­ru­szo­ne pro­ble­my są Wam obce i nie zna­cie ni­ko­go, kto zma­ga się z po­dob­ny­mi. Je­śli jed­nak jest ina­czej – pro­szę Was z ca­łe­go ser­ca, nie wa­haj­cie się si­ęgać po po­moc! Są lu­dzie i in­sty­tu­cje, gdzie z pew­no­ścią zo­sta­nie Wam ona udzie­lo­na. A je­śli je­ste­ście świad­ka­mi – re­aguj­cie! Cza­sa­mi na­wet drob­ny gest może ura­to­wać ko­muś ży­cie.

Si­ęgnij­cie po tę ksi­ążkę świa­do­mie. Je­że­li przy­to­czo­ne prze­ze mnie kwe­stie nie bu­dzą w Was dys­kom­for­tu… baw­cie się do­brze! Niech za­ko­ńcze­nie hi­sto­rii Oli­vii i Mat­ta będzie dla Was wspa­nia­łą roz­ryw­ką i od­skocz­nią od tu i te­raz.

Prolog

Simon Hamilton

16 lat wcześniej

Nie­na­wi­dzi­łem Los An­ge­les. Mia­sto Anio­łów. Gów­no praw­da. To mia­sto ku­rzu przy­le­pia­jące­go się do spo­co­ne­go cia­ła, bo nie­za­le­żnie od tego, ile kosz­to­wa­łby mój gar­ni­tur, nie ma na świe­cie ma­te­ria­łu, któ­ry uchro­ni­łby mnie przed tym cho­ler­nym sierp­nio­wym skwa­rem.

Nie­na­wi­dzi­łem upa­łów. Dla­te­go wy­bra­łem Nowy Jork, gdzie sło­ńce do­pie­ka tyl­ko przez kil­ka ty­go­dni w roku, pod­czas któ­rych za­wsze mo­żna uciec do Hamp­tons, gdy czło­wiek ma już dość kli­ma­ty­zo­wa­nych biu­row­ców. Poza se­zo­nem let­nim tem­pe­ra­tu­ra na ze­wnątrz po­zwa­la na funk­cjo­no­wa­nie bez obaw, że uści­śni­ęcie ko­muś ręki będzie przy­krym do­świad­cze­niem.

Prze­kro­czy­łem próg domu Ri­char­da Bran­so­na, mo­je­go do­bre­go przy­ja­cie­la, i od razu po­czu­łem za­pach li­lii. Jego żona Eve­lyn mia­ła na ich punk­cie ob­se­sję, dla­te­go ku­po­wał te kwia­ty to­na­mi. Za­wsze bia­łe i za­wsze po­zba­wio­ne do­dat­ków w bu­kie­cie. Lek­ka mu­zy­ka pły­nęła od stro­ny kwar­te­tu smycz­ko­we­go usta­wio­ne­go na nie­wiel­kim pod­wy­ższe­niu w sa­lo­nie, któ­ry na tę oka­zję za­mie­nio­no w coś na wzór sali ba­lo­wej.

Ta­kich im­prez rów­nież nie­na­wi­dzi­łem. Nadętych, sztyw­nych, gdzie ko­bie­ty mają ta­lie tak cia­sno ści­śni­ęte gor­se­ta­mi, że le­d­wie mogą od­dy­chać, a mężczy­źni pocą się w trzy­rzędo­wych gar­ni­tu­rach – patrz punkt dru­gi. Cza­sa­mi jed­nak nie było wy­bo­ru. Ban­kie­ty sta­no­wi­ły świet­ną oka­zję do na­wi­ąza­nia no­wych kon­tak­tów i do­pi­ęcia umów. Tu nikt nie przy­cho­dził dla za­ba­wy. To biz­nes i kon­ku­ro­wa­nie o za­sob­no­ść port­fe­li. Z tym ostat­nim – na moje szczęście – mało kto mógł sta­wać ze mną w szran­ki.

– Si­mon Ha­mil­ton – do­bie­gł mnie mi­ęk­ki i me­lo­dyj­ny głos. Uśmiech­nąłem się pod no­sem i od­wró­ci­łem w stro­nę za­cze­pia­jącej mnie ko­bie­ty.

– Ali­son – rzu­ci­łem, spe­cjal­nie ob­ni­ża­jąc ton. Wy­ci­ągnąłem w jej stro­nę dło­nie, za­chęca­jąc, by się przy­wi­ta­ła, a ona przy­wa­rła do mnie ca­łym cia­łem. – Mu­sisz ko­niecz­nie dać mi prze­pis na swój elik­sir mło­do­ści.

Za­chi­cho­ta­ła i po­ca­ło­wa­ła po­wie­trze obok mo­je­go pra­we­go ucha. Od­su­nąłem ją na od­le­gło­ść wy­ci­ągni­ętych rąk. Żona kon­gres­me­na zde­cy­do­wa­nie zbyt często pró­bo­wa­ła skró­cić mi­ędzy nami dy­stans, co nie­kie­dy by­wa­ło bar­dzo uci­ążli­we. Nie by­łbym na swo­jej po­zy­cji, gdy­bym po­zwo­lił so­bie na ro­man­so­wa­nie z part­ner­ka­mi mo­ich kon­tra­hen­tów. Wie­lu przede mną po­pe­łni­ło ten błąd i wie­lu sko­ńczy­ło mar­nie. A zwłasz­cza, gdy w grę wcho­dzi­li po­li­ty­cy. Ich trze­ba mieć po swo­jej stro­nie nie­za­le­żnie od tego, ja­kie po­glądy gło­szą. Na­uczy­łem się już, że wszyst­ko da się po­wie­dzieć tak, by roz­mów­ca był prze­ko­na­ny, że je­ste­śmy wier­ni tym sa­mym war­to­ściom.

– Nie wi­dzia­łaś może go­spo­da­rza? – za­py­ta­łem, roz­gląda­jąc się do­oko­ła. Tego dnia biz­nes nie był je­dy­nym po­wo­dem mo­jej wi­zy­ty.

– Już chcesz się mnie po­zbyć? – za­ćwier­ka­ła Ali­son, uda­jąc ura­żo­ną.

Stłu­mi­łem chęć prze­wró­ce­nia ocza­mi.

– Nie je­stem sa­mo­lub­ny, nie chcę trzy­mać gwiaz­dy wie­czo­ru tyl­ko dla sie­bie – mruk­nąłem, uwo­dzi­ciel­sko uno­sząc kącik ust.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie spod wa­chla­rza sztucz­nych rzęs i już chcia­ła coś po­wie­dzieć, gdy ubie­gł ją dzie­ci­ęcy głos:

– Wuj­ku Si­mo­nie!

Zi­gno­ro­wa­łem żonę kon­gres­me­na, bo oto z po­tężnych spi­ral­nych scho­dów zbie­gał wła­śnie Noah Bran­son. Trzy­na­sto­let­ni wy­ro­stek, mój ulu­bio­ny dzie­ciak, któ­ry zde­cy­do­wa­nie po­wi­nien zo­stać tego wie­czo­ru w swo­im po­ko­ju.

– Two­ja mama wie, że jesz­cze nie je­steś w łó­żku? – za­py­ta­łem, mierz­wi­ąc mu ciem­ną czu­pry­nę. Uświa­do­mi­łem so­bie, że jesz­cze tro­chę i będę mu­siał si­ęgać w górę, by to zro­bić. Chło­pak rósł, jak­by do­sy­py­wa­li mu ste­ry­dów do płat­ków śnia­da­nio­wych.

– Tata dzwo­nił i pro­sił, że­bym skie­ro­wał cię do bi­blio­te­ki – po­wie­dział. – Mu­siał na chwi­lę wy­jść, ale już je­dzie. Tam się z tobą spo­tka.

Wznio­słem oczy na su­fit. Oczy­wi­ście, że Ri­chard nie był obec­ny na wła­snym przy­jęciu.

– A po­tem mo­żesz przy­jść do mo­je­go po­ko­ju. Po­ka­żę ci nowe pu­cha­ry. – Wy­pi­ął dum­nie pie­rś, przez co mia­łem wra­że­nie, że wzbo­ga­cił się o ja­kieś trzy cen­ty­me­try wzro­stu. Wy­ka­pa­ny oj­ciec. Lu­bił się chwa­lić swo­imi tro­fe­ami.

– Pew­nie, że przyj­dę – rzu­ci­łem i po­kle­pa­łem go po ra­mie­niu. – Ale te­raz zmy­kaj do sy­pial­ni, bo pi­ża­ma chy­ba nie wpi­su­je się w dzi­siej­szy dress code.

Noah ob­rzu­cił wzro­kiem swój strój oraz bose sto­py i spło­nął ru­mie­ńcem. Po­sła­łem mu jesz­cze po­krze­pia­jący uśmiech, a po chwi­li ogląda­łem jego ple­cy, gdy wspi­nał się po scho­dach.

Bi­blio­te­ka Bran­so­nów była miej­scem wy­jąt­ko­wym. Eve­lyn mia­ła dok­to­rat z li­te­ra­tu­ry an­giel­skiej, a jej mąż – gnębio­ny przez wy­rzu­ty su­mie­nia spo­wo­do­wa­ne ko­lej­ny­mi ro­man­sa­mi – spro­wa­dzał dla niej praw­dzi­we bia­łe kru­ki. Mo­żna tam było zna­le­źć do­słow­nie wszyst­ko. Re­ga­ły w ogrom­nym po­miesz­cze­niu si­ęga­ły tak wy­so­ko, że za­in­sta­lo­wa­no dra­bi­nę na szy­nach.

Za­mknąłem za sobą drzwi i pod­sze­dłem do bar­ku. Mia­łem co­raz gor­sze prze­czu­cia do­ty­czące ta­jem­ni­czej spra­wy przy­ja­cie­la i uzna­łem, że whi­sky będzie ide­al­nym spo­so­bem na wal­kę z in­stynk­tem. Bo po co stre­so­wać się na za­pas?

Nie zdąży­łem na­wet si­ęgnąć po szklan­kę, gdy usły­sza­łem za ple­ca­mi szmer. Od­wró­ci­łem się na pi­ęcie i za­ma­rłem. Moje czo­ło na­gle zro­sił pot, od­dech mo­men­tal­nie przy­spie­szył, a przed ocza­mi po­ciem­nia­ło.

Nie.

Prze­cież to nie­mo­żli­we.

To nie może…

– Prze­pra­szam, nie chcia­łam panu prze­szko­dzić – po­wie­dzia­ła wy­ra­źnie spa­ni­ko­wa­na dziew­czy­na, pró­bu­jąc za­sło­nić twarz przy­dłu­gą grzyw­ką. – Bar­dzo pro­szę, by nie mó­wił pan Ri­char… to zna­czy panu Bran­so­no­wi, że tu je­stem. Obie­ca­łam, że wyj­dę, za­nim przy­je­dzie ca­te­ring, ale za­czy­ta­łam się, a po­tem usnęłam. – Wska­za­ła de­li­kat­ną dło­nią na wy­god­ny fo­tel w rogu po­miesz­cze­nia. – Po­cze­kam na ko­niec przy­jęcia i wy­mknę się wraz z ob­słu­gą.

Pa­trzy­łem na jej uro­czą, zde­cy­do­wa­nie zbyt mło­dą twarz. Na duże, ciem­ne oczy, gdy w za­wsty­dze­niu wpa­try­wa­ła się w podło­gę. Na błysz­czące wło­sy w tak nie­spo­ty­ka­nym ko­lo­rze, że trud­no go było na­wet okre­ślić. Rude? Nie, to nie to. Ale też nie brązo­we. Coś po­mi­ędzy.

Sta­ła sku­lo­na. Przy­gar­bio­ne ra­mio­na, spusz­czo­na gło­wa. Trzy­ma­ła się za łok­cie, a ko­la­na lek­ko ugi­ęła, jak­by w go­to­wo­ści do na­głej uciecz­ki. Mia­ła na so­bie rze­czy wy­gląda­jące na dro­gie, ale w ja­kiś spo­sób zu­pe­łnie to do niej nie pa­so­wa­ło.

Do­bry Boże, co to dziec­ko mu­sia­ło prze­jść w swo­im ży­ciu? Ró­żni­ca mi­ędzy za­cho­wa­niem jej a No­aha aż biła po oczach.

I ta twarz… Prze­cież…

– Pro­szę pana? – Głos wy­ra­źnie jej za­drżał.

Mu­sia­łem się otrząsnąć. Tu nic nie pa­su­je, to nie mo­gło się wy­da­rzyć. Od­chrząk­nąłem.

– O nic się nie martw – po­pro­si­łem. – Oczy­wi­ście, że cię nie wy­dam.

Ulga dziew­czy­ny była wy­ra­źna. Pod­nio­sła wzrok, w jej oczach po­ja­wi­ła się na­dzie­ja i wdzi­ęcz­no­ść. Wy­pro­sto­wa­ła ple­cy, a usta wy­krzy­wi­ły w ni­kłym uśmie­chu. Mu­sia­łem się do­wie­dzieć, kim ona jest, ale za żad­ne skar­by świa­ta nie chcia­łem jej spło­szyć.

– Je­stem Si­mon – po­wie­dzia­łem, wy­ci­ąga­jąc rękę w jej stro­nę. Spoj­rza­ła na nią z nie­pew­no­ścią, ale osta­tecz­nie ją uści­snęła. – A ty jak się na­zy­wasz?

Za­wa­ha­ła się, jak­by nie wie­dząc, czy może mi zdra­dzić swo­je na­zwi­sko. Czy­żbym znał jej ro­dzi­ców? Sko­ro znaj­do­wa­ła się w domu Ri­char­da, to było bar­dzo mo­żli­we. Ale jej za­cho­wa­nie nie pa­so­wa­ło do żad­ne­go z roz­piesz­czo­nych dzie­cia­ków bo­ga­tych sta­rych.

– Oli­via. Na­zy­wam się Oli­via Gel­ler.

Rozdział 1

Olivia Hamilton

Pa­trzy­łam, jak Mat­thew po­pra­wia cia­sno za­wi­ąza­ny przy szyi ciem­no­zie­lo­ny kra­wat i wes­tchnęłam ci­cho. Prze­cież on ich nie­na­wi­dzi. Nie wi­dzia­łam sen­su w tym, by za­kła­dał je pod pu­bli­kę. Z dru­giej stro­ny – kie­dyś wszyst­ko ro­bi­li­śmy tyl­ko pod pu­bli­kę i wte­dy mi to nie prze­szka­dza­ło. Poza tym ja też ci­ągle cho­dzi­łam w ubra­niach, któ­re nie na­le­ża­ły do naj­wy­god­niej­szych, ale do­brze pre­zen­to­wa­ły się w sądzie.

Hi­po­kryt­ka.

Jed­nak ten ka­wa­łek ma­te­ria­łu na­praw­dę mu­siał mu prze­szka­dzać, bo ci­ągle się z nim mo­co­wał, na­wet gdy Tre­vor za­czął rzu­cać kąśli­we spoj­rze­nia. Wie­dzia­łam, co ozna­cza­ją.

„Przy­no­sisz mi wstyd, synu”.

Po dłu­ższym za­sta­no­wie­niu do­szłam do wnio­sku, że ten kon­kret­ny kra­wat to świet­ny wy­bór. Pod­bi­jał zie­leń po­zba­wio­nych bla­sku tęczó­wek. Ogól­nie Matt nie wy­glądał zdro­wo. Po­sza­rza­ła cera, cie­nie pod ocza­mi, nie­dba­le uło­żo­ne wło­sy, za­rost i zgar­bio­na syl­wet­ka. To nie był Mat­thew Sul­li­van, któ­re­go tak do­brze zdąży­łam po­znać. Nie mo­głam się jed­nak dzi­wić. W ko­ńcu jego mat­ka da­lej le­ża­ła w szpi­ta­lu, a on był wła­śnie na wie­cu wy­bor­czym, by wy­ra­zić po­par­cie dla ty­ra­na, któ­ry jej ten los zgo­to­wał. Moje cia­ło wy­ry­wa­ło się, by go przy­tu­lić i przy­nie­ść uko­je­nie.

Pa­trick za­ko­ńczył wstęp za­po­wia­da­jący ko­lej­no­ść wy­stąpień i usia­dł w dru­gim rzędzie, tuż za Tre­vo­rem. Pew­nie po to, by móc szep­tać mu na ucho ostat­nie wska­zów­ki. Ob­ser­wo­wa­łam, jak Matt wsta­je ze swo­je­go miej­sca i pod­cho­dzi po­wol­nym kro­kiem do mów­ni­cy, a w moim ser­cu prze­le­wa­ła się tęsk­no­ta.

– Wbrew temu, co mo­gli­by­ście przy­pusz­czać, nie za­mie­rzam na­ma­wiać was do od­da­nia gło­su na mo­je­go ojca – za­czął spo­koj­nie, a ja prze­nio­słam za­sko­czo­ne spoj­rze­nie na Tre­vo­ra. Jego twarz pro­mie­nia­ła dumą. Wszyst­ko mo­żna mu było za­rzu­cić, ale nie to, że nie ma ta­len­tu ak­tor­skie­go. – Za­miast tego po­pro­szę was o coś znacz­nie wa­żniej­sze­go: że­by­ście za­gło­so­wa­li zgod­nie z wła­snym su­mie­niem. Odłó­żcie na chwi­lę chłod­ne kal­ku­la­cje, prze­sta­ńcie słu­chać szu­mu me­dial­ne­go i za­sta­nów­cie się, komu na­praw­dę ufa­cie. Kto oka­że wam tro­skę, kto nie za­wie­dzie, kto za­trosz­czy się o wa­sze po­trze­by. Nie tyl­ko w obiet­ni­cach wy­bor­czych, ale też wte­dy, gdy kam­pa­nia już się sko­ńczy. Za­mknij­cie oczy i po­my­śl­cie o tych, któ­rzy są wa­szym świa­tem. O tych, dla któ­rych chce­cie lep­szej przy­szło­ści. Bo wasz głos to coś wi­ęcej niż po­li­tycz­ny wy­bór. To de­cy­zja o ich bez­pie­cze­ństwie, szan­sach i co­dzien­no­ści. – Za­mil­kł na chwi­lę. – Kie­dy ja my­ślę o mo­jej na­rze­czo­nej – kon­ty­nu­ował, a moje ser­ce za­ma­rło – chcę dla niej pa­ństwa, któ­re nie tyl­ko ją ochro­ni, ale da jej prze­strzeń do roz­wo­ju. Gdzie będzie mo­gła świa­do­mie bu­do­wać swo­ją ka­rie­rę, spe­łniać ma­rze­nia, pie­lęgno­wać pa­sje i mieć po­czu­cie, że jej głos się li­czy. To ona jest moim świa­tem. I to z my­ślą o niej za­gło­su­ję na tego, kto naj­le­piej za­dba o co­dzien­no­ść, w któ­rej będzie mo­gła być po pro­stu szczęśli­wa. A o całą resz­tę… za­dbam ja – rzu­cił na ko­niec, a w tłu­mie roz­brzmiał de­li­kat­ny śmiech.

Pa­trzy­łam na jego pi­ęk­ną twarz, a do oczu na­pły­nęły mi łzy. Skrzy­wi­łam się. My­śla­łam, że wy­la­łam już wszyst­kie. Prze­cież je­śli zno­wu za­cznę pła­kać, po­zbędę się ca­łej wody z or­ga­ni­zmu i po­marsz­czę jak su­szo­na śliw­ka.

– Co oglądasz? – do­bie­gł mnie ni­ski głos zza ścia­ny.

Za­sło­ni­łam twarz wło­sa­mi, by mężczy­zna nie był świad­kiem wy­bu­chu żalu. W ci­ągu ostat­nich dni wi­dział ich już wie­le i ob­sta­wia­łam, że na­ba­wił się za­kwa­sów w ra­mio­nach, bo ci­ągle mnie obej­mo­wał i gła­skał po gło­wie, gdy śli­ni­łam się i mo­czy­łam mu łza­mi ko­lej­ne ko­szu­le.

Chłop na me­dal.

Szko­da, że do­pie­ro te­raz.

Zła­pa­łam pi­lo­ta i wy­łączy­łam te­le­wi­zor. Przy­stoj­ne ob­li­cze mo­je­go na­rze­czo­ne­go znik­nęło, a do mnie po­now­nie do­ta­rła rze­czy­wi­sto­ść.

Je­stem w ciem­nej du­pie.

– Nic kon­kret­ne­go. – Po­pra­wi­łam ręka­wy przy­dłu­giej męskiej blu­zy. Nie mia­łam tu zbyt wie­lu swo­ich rze­czy i mu­sia­łam po­si­łko­wać się tym, co zna­la­złam w sza­fie.

Ro­bert w ko­ńcu wsze­dł do po­ko­ju i zmie­rzył mnie prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem. Ro­bił tak co­dzien­nie od trzech dni, czy­li od mo­men­tu, w któ­rym mój świat się za­wa­lił. Poza tym kon­tro­lo­wał, czy jem po­si­łki, przy­po­mi­nał o my­ciu zębów, od­pi­sy­wał na moje ma­ile i po­śred­ni­czył w kon­tak­cie z nim.

Z mężczy­zną, któ­ry miał być moją bez­piecz­ną przy­sta­nią, a oka­za­ło się, że sta­no­wi naj­wi­ęk­sze za­gro­że­nie.

Mat­thew szu­kał kon­tak­tu, ale nie był na­chal­ny. Da­wał mi tak po­trzeb­ną w tym mo­men­cie prze­strzeń. Dy­stans chro­ni­ący mnie przed po­chop­ny­mi de­cy­zja­mi. Co­dzien­nie dzwo­nił do Ro­ber­ta, by spraw­dzić, czy nie zła­mał mnie tak, jak zro­bił to kie­dyś jego przy­ja­ciel. Na szczęście od­po­wie­dź za ka­żdym ra­zem była prze­cząca. Nie czu­łam się zła­ma­na. Ow­szem, roz­pacz za­le­wa­ła mnie fa­la­mi. Jak na oce­anie. Raz ota­czał mnie sto­ic­ki spo­kój, a in­nym ra­zem sza­lał hu­ra­gan. Ale pa­ra­dok­sal­nie gó­ro­wa­ła wdzi­ęcz­no­ść. Mat­thew po­ka­zał mi moją siłę. Udo­wod­nił, że po­tra­fię wal­czyć o sie­bie. Szu­kać po­mo­cy.

Po­sta­wić moje do­bro po­nad jego.

– Po­ga­da­my? – za­py­tał Ro­bert, ob­da­rza­jąc mnie cie­płym, tro­skli­wym uśmie­chem.

Usia­dł obok i spoj­rze­niem pe­łnym po­li­to­wa­nia zlu­stro­wał le­żące przede mną pa­pie­ry. Za­pra­sza­jąco unió­sł ra­mię, a ja wtu­li­łam się w jego bok. Zno­wu coś się zmie­ni­ło. Ka­żde­go ko­lej­ne­go dnia od­czu­wa­łam tę bli­sko­ść ina­czej. Na po­cząt­ku roz­pacz­li­wie jej po­trze­bo­wa­łam. Na­stęp­nie było mi przy­jem­nie, ale umia­łam już me­ta­fo­rycz­nie stać o wła­snych si­łach. W tym mo­men­cie przy­tu­li­łam się tyl­ko dla­te­go, że po wszyst­kim, co Thomp­son dla mnie ro­bił, nie chcia­łam go od­trącać.

Ski­nęłam nie­mra­wo gło­wą, od­po­wia­da­jąc w ten spo­sób na za­da­ne przez nie­go py­ta­nie. Do tej pory roz­ma­wia­li­śmy w za­sa­dzie o ni­czym. Zero kon­kre­tów. Mat­thew sta­no­wił te­mat tabu – chy­ba że aku­rat dzwo­nił, a Ro­bert w te­le­gra­ficz­nym skró­cie in­for­mo­wał mnie, co u nie­go.

Pa­nicz­nie ba­łam się tego, jak bar­dzo on te­raz sie­bie nie­na­wi­dzi. Był do­brym czło­wie­kiem. Bar­dzo za­gu­bio­nym, ale do­brym. Wie­dzia­łam, że wy­rzu­ty su­mie­nia gnębią go, ci­ągną w dół, nie po­zwa­la­ją nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

– Dla­cze­go za­dzwo­ni­łaś wte­dy aku­rat do mnie? – za­py­tał Ro­bert, po­cie­ra­jąc moje ra­mię.

Wes­tchnęłam głębo­ko. Za­częli­śmy z gru­bej rury.

– Wie­dzia­łam, że przy­je­dziesz – mruk­nęłam, od­wra­ca­jąc wzrok.

Prych­nął zi­ry­to­wa­ny.

– Si­mon przy­le­cia­łby je­ba­nym he­li­kop­te­rem i za­par­ko­wa­łby go w Cen­tral Par­ku, by zna­le­źć się przy to­bie jak naj­szyb­ciej. Ethan zła­ma­łby wszyst­kie prze­pi­sy ru­chu dro­go­we­go, by wy­ci­ągnąć cię z tego miesz­ka­nia – mó­wił, a ja scho­wa­łam twarz w dło­niach. Oczy­wi­ście, że miał ra­cję. Na­wet opcja z he­li­kop­te­rem w tym wy­pad­ku nie była ca­łkiem ab­sur­dal­na. – Wiesz, co my­ślę? – Od­su­nął moje dło­nie od twa­rzy i po­gła­dził de­li­kat­nie po po­licz­ku. – Za­dzwo­ni­łaś do mnie, bo chcia­łaś go chro­nić.

Wci­ągnęłam po­wie­trze tak głębo­ko, że aż za­pie­kło mnie w płu­cach. Mi­nęło wie­le lat, od­kąd nasz zwi­ązek roz­pa­dł się z hu­kiem – tym emo­cjo­nal­nym i tym me­dial­nym – a on da­lej po­tra­fił przej­rzeć mnie na wy­lot.

– Oli­vio… – jęk­nął i by­łam prze­ko­na­na, że prze­wra­ca wła­śnie ocza­mi, ale jak ognia uni­ka­łam jego spoj­rze­nia. – Nie masz za grosz in­stynk­tu samo­za­cho­waw­cze­go.

– Po­trze­bo­wa­łam ko­goś, kto będzie wie­dział, jak mi po­móc, nie prze­kre­śla­jąc jego. On nie jest złym czło­wie­kiem, Rob. Wiesz o tym.

Po­czu­łam, jak klat­ka pier­sio­wa mężczy­zny uno­si się i opa­da, gdy wzi­ął głębo­ki od­dech. Wy­su­nął ra­mię spod mo­ich ple­ców i skie­ro­wał całe cia­ło w moją stro­nę. Nie mo­głam już dłu­żej wzbra­niać się przed po­pa­trze­niem mu w oczy.

– Si­mon urządzi­łby mu pie­kło. Ty mnie zdra­dzi­łeś, a po­zba­wił cię nie­mal wszyst­kie­go. Wy­obra­żasz so­bie, co zro­bi­łby jemu? – Puls przy­spie­szył mi na samą myśl o tym. Do­sko­na­le zda­wa­łam so­bie spra­wę, do cze­go zdol­ny jest mój oj­czym, by mnie chro­nić. – Ethan pew­nie po­bie­głby na skar­gę do Si­mo­na. I wiem, że kie­ro­wa­ła­by nim tro­ska. Ale na­wet je­śli ja­ki­mś cu­dem ubła­ga­ła­bym go, żeby tego nie ro­bił, Matt by­łby skre­ślo­ny. Na za­wsze. Nie chcę tego, Ro­bert. Ko­cham go. Na­praw­dę go ko­cham. Pra­gnę dać mu uko­je­nie, a nie stać się przy­czy­ną po­tępie­nia. Mu­szę tyl­ko po­ukła­dać so­bie wszyst­ko w gło­wie i opra­co­wać plan.

– Oli­vio Ha­mil­ton – od­pa­rł po dłu­ższej chwi­li mil­cze­nia. – Masz naj­bar­dziej kry­sta­licz­ną du­szę ze wszyst­kich lu­dzi na tej za­sra­nej pla­ne­cie.

Za­śmia­łam się iro­nicz­nie. Po chwi­li jed­nak zbla­dłam, bo ta rzecz, któ­rą naj­bar­dziej od sie­bie od­py­cha­łam przez ostat­nie trzy dni, na­gle ude­rzy­ła we mnie z mocą ra­kie­ty.

– Noah jest w mie­ście – szep­nęłam, le­d­wo po­ru­sza­jąc war­ga­mi. Fala stra­chu spa­ra­li­żo­wa­ła moje mi­ęśnie.

Ro­bert ze­rwał się na rów­ne nogi, ła­pi­ąc przy tym obu­rącz za kark. Na jego twa­rzy ma­lo­wał się szok w naj­czyst­szej po­sta­ci. Scho­wał twarz w dło­niach, prze­ma­sze­ro­wał na dru­gi ko­niec po­ko­ju i z po­wro­tem. Ewi­dent­nie nie wie­dział, co ze sobą zro­bić.

A ja po­czu­łam ulgę. Wresz­cie po­wie­dzia­łam to na głos. Noah gdzieś tu był. Może na­wet te­raz prze­cho­dził obok bu­dyn­ku, w któ­rym mie­ścił się ten apar­ta­ment. Może pił kawę w ka­wiar­ni po dru­giej stro­nie uli­cy albo par­ko­wał sa­mo­chód nie­da­le­ko mo­jej kan­ce­la­rii. Wy­cho­dząc z domu, na­ra­ża­łam się na to, że na­tknę się na nie­go za ro­giem. Przy­mknęłam oczy, wal­cząc ze zbli­ża­jącym się ata­kiem pa­ni­ki.

Wzi­ęłam głębo­ki wdech, od­li­cza­jąc w my­ślach do czte­rech. Za­trzy­ma­łam po­wie­trze w płu­cach, po­now­nie li­cząc, po czym je wy­pu­ści­łam. Raz, dwa, trzy, czte­ry. Pau­za. Raz, dwa, trzy, czte­ry. Wdech. Po­wtórz.

Ata­ki pa­ni­ki były nie­gdyś moją co­dzien­no­ścią. Po nie­zli­czo­nych te­ra­piach po­tra­fi­łam od­pędzić od sie­bie te mniej do­tkli­we. Umia­łam pra­co­wać z od­de­chem i wła­snym cia­łem. I tego mu­sia­łam na­uczyć Mat­thew.

Ja­kim cu­dem moje my­śli zno­wu podąży­ły w kie­run­ku Sul­li­va­na? W mo­men­cie, w któ­rym po­wie­dzia­łam na głos to, przez co dła­wi­łam się wła­sny­mi łza­mi w ci­ągu po­przed­nich dni.

Ro­bert pod­sze­dł, strącił le­żące na sto­li­ku ka­wo­wym pa­pie­ry, usia­dł na nim, po czym zła­pał mnie za ro­ze­dr­ga­ne z ner­wów ręce.

– Je­steś bez­piecz­na, wiesz o tym, praw­da? – Si­lił się, by jego głos był ko­jący, ale wy­czu­łam lek­kie drże­nie. – Masz Si­mo­na, masz Etha­na, masz Mat­ta… i masz mnie. Jak będzie trze­ba, za­cznie­my cho­dzić za tobą na zmia­nę, krok w krok. Ten czło­wiek ci nie za­szko­dzi, Liv, obie­cu­ję.

Pod po­wie­ka­mi po­czu­łam ko­lej­ną falę łez. Tym ra­zem ze wzru­sze­nia. Tak wie­le się zmie­ni­ło, od­kąd wi­dzia­łam No­aha ostat­ni raz. Wte­dy nie mia­łam ni­ko­go i ni­ko­go tak na­praw­dę nie ob­cho­dzi­łam. Te­raz by­łam oto­czo­na lu­dźmi, któ­rzy pra­gnęli mo­je­go do­bra.

Po­gła­ska­łam Ro­ber­ta czu­łym ge­stem po po­licz­ku. Chy­ba mu­sie­li­śmy prze­jść przez to wszyst­ko, by te­raz móc być dla sie­bie wspar­ciem bez trud­nych emo­cji.

– A Ri­chard? – za­py­tał, wwier­ca­jąc się we mnie spoj­rze­niem. – On też tu jest?

Po­wie­ka drgnęła mi w ner­wo­wym tiku.

– Nie wiem. Chy­ba nie – szep­nęłam, od­wra­ca­jąc wzrok.

Mia­łam świa­do­mo­ść, że Thomp­son mnie nie po­tępia, że ro­zu­mie i to nie we mnie upa­tru­je czar­ne­go cha­rak­te­ru tej baj­ki. Ale ja da­lej, po tych wszyst­kich la­tach, nie umia­łam spoj­rzeć mu w oczy bez wsty­du, kie­dy ten te­mat zno­wu wra­cał na ta­pe­tę.

Ro­bert uklęk­nął przede mną i wzi­ął mnie w ra­mio­na. Wie­dział. Był je­dy­nym czło­wie­kiem oso­bi­ście nie­za­an­ga­żo­wa­nym w tę hi­sto­rię, któ­ry o wszyst­kim wie­dział. To on po­mó­gł mi po­zbyć się obrzy­dze­nia do sie­bie, mężczyzn, świa­ta i bli­sko­ści. On cho­dził ze mną na te­ra­pię. Trzy­mał mnie go­dzi­na­mi za rękę, gdy wal­czy­łam z de­mo­na­mi, nie od­stępo­wał na krok pod­czas epi­zo­dów de­pre­syj­nych. Cze­kał na mnie tak dłu­go, że ka­żdy inny mężczy­zna już daw­no by się pod­dał.

To do­bry czło­wiek. To, co sta­ło się z na­szym zwi­ąz­kiem, nie mo­gło prze­kre­ślić tego, ile dla mnie zro­bił, a ja mu­sia­łam w ko­ńcu zmie­rzyć się rów­nież z tymi wspo­mnie­nia­mi. W tym mo­men­cie były tak re­al­ne, jak­by da­lej sta­no­wi­ły moją rze­czy­wi­sto­ść. Sie­dzia­łam oto­czo­na jego ra­mio­na­mi – do­kład­nie tak, jak wte­dy – a on pró­bo­wał uko­ić moje ner­wy.

Nic nie mó­wił. Nie gła­skał mnie, nie ru­szył się na­wet o mi­li­metr. Trzy­mał mnie tak, jak­by chciał oto­czyć że­la­zną zbro­ją da­jącą po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa. Mie­li­śmy ten sche­mat do­sko­na­le wy­uczo­ny. Za­dzia­łał. Tak jak lata temu.

Ro­bert Thomp­son zno­wu stał się moim uko­je­niem.

Coś nie­ustan­nie smy­ra­ło mnie po twa­rzy. Po­kręci­łam no­sem, ma­jąc na­dzie­ję, że to od­stra­szy uci­ążli­we „coś”, ale wi­docz­nie moje dzia­ła­nia nie sta­no­wi­ły wy­star­cza­jącej prze­szko­dy. Otwo­rzy­łam jed­no oko, bo dwa to by­ła­by prze­sa­da, i ze zdzi­wie­niem od­kry­łam, że da­lej leżę na ka­na­pie w sa­lo­nie Ro­ber­ta, na ekra­nie wi­dać na­pi­sy ko­ńco­we fil­mu, któ­re­go po­cząt­ku nie pa­mi­ętam, a Rob chra­pie smacz­nie w fo­te­lu obok.

Gdy moje sza­re ko­mór­ki rów­nież się obu­dzi­ły, uświa­do­mi­łam so­bie, że uci­ążli­wą rze­czą był ko­smyk wło­sów, któ­ry opa­dł mi na twarz. Prze­ci­ągnęłam się. Coś strze­li­ło mi w kar­ku, ale na tym eta­pie prze­obra­ża­nia się w kłębek ner­wów na­wet mnie to nie zdzi­wi­ło. Moje mi­ęśnie były tak spi­ęte ze stre­su, że bo­la­ło mnie wszyst­ko. Jed­na kość w tę czy w tę nie ro­bi­ła już ró­żni­cy.

Od­no­to­wa­łam w gło­wie, że naj­wy­ższa pora umó­wić się do fi­zjo­te­ra­peu­ty, i zła­pa­łam za te­le­fon, chcąc spraw­dzić go­dzi­nę. Gdy tyl­ko ekran się podświe­tlił, wy­pro­sto­wa­łam się jak stru­na, mi­ska z po­pcor­nem zsu­nęła się z mo­ich ko­lan, a jej za­war­to­ść roz­sy­pa­ła się po podło­dze.

Mat­thew.

To nie tak, że do tej pory do mnie nie pi­sał. Pi­sał. Dzwo­nił. Szu­kał kon­tak­tu, cho­ćby przez Ro­ber­ta. Ale za ka­żdym ra­zem głu­pie ser­ce i nie­słu­cha­jące ro­zu­mu cia­ło re­ago­wa­ły tak samo.

Naj­pierw stres. Obez­wład­niał mnie na kil­ka se­kund, po któ­rych przy­po­mi­na­łam so­bie o od­dy­cha­niu, a wte­dy on się ulat­niał, zo­sta­wia­jąc nie­po­kój. I na­wet nie wie­dzia­łam, cze­go się oba­wiam. Chy­ba tak po pro­stu, żeby do­wa­lić so­bie jesz­cze bar­dziej, włącza­łam tryb lęku o nie wia­do­mo co.

Pó­źniej, gdy sza­re ko­mór­ki przy­po­mi­na­ły so­bie, że wy­pa­da­ło­by tro­chę po­pra­co­wać, otwie­ra­łam wia­do­mo­ść. I wte­dy do­pie­ro się dzia­ło. Tęsk­no­ta, roz­pacz­li­wa po­trze­ba przy­nie­sie­nia mu spo­ko­ju, czu­ło­ść.

Mi­ło­ść.

On nie prze­pra­szał. Na sa­mym po­cząt­ku na­pi­sał, że nie ma ta­kich słów, któ­re mo­gły­by to wszyst­ko wy­ma­zać, więc po pro­stu za­cznie dzia­łać. Pi­sał więc, że mnie ko­cha. Że na­pra­wił szu­fla­dę w moim biur­ku, któ­ra od kil­ku mie­si­ęcy się nie do­my­ka­ła. Że śpi na mo­jej po­dusz­ce, że z przy­zwy­cza­je­nia zro­bił śnia­da­nie dla dwóch osób, więc ko­lej­ne­go dnia nie mu­siał ro­bić go wca­le.

A wte­dy ja wy­łam. Bo nie wie­dzia­łam, czy mam wi­ęcej szczęścia – w ko­ńcu spo­tka­łam tak cu­dow­ne­go mężczy­znę – czy jed­nak pe­cha – bo spo­tka­łam tak po­tur­bo­wa­ną przez ży­cie oso­bę.

Drżącym pal­cem klik­nęłam w po­wia­do­mie­nie i moim oczom uka­za­ła się skrzyn­ka ma­ilo­wa. Nie była za­pcha­na, bo Ro­bert na bie­żąco ją ob­słu­gi­wał. Brian, mój szef, wy­wa­li­łby mnie za coś ta­kie­go dys­cy­pli­nar­nie, ale w tym mo­men­cie nie dba­łam o to. Thomp­son był do­sko­na­łym praw­ni­kiem. Wie­dział, co od­po­wia­dać moim klien­tom.

Prze­su­nęłam wzro­kiem po wia­do­mo­ści i za­kry­łam usta dło­nią. To nie był mail do mnie. To prze­sła­na da­lej wia­do­mo­ść z ga­bi­ne­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go – po­twier­dza­jąca za­pis na wi­zy­tę.

Zro­bił to. Zna­la­zł te­ra­peu­tę i umó­wił się na spo­tka­nie. Ser­ce biło mi tak moc­no, że nie­mal spra­wia­ło fi­zycz­ny ból. W ustach mia­łam pu­sty­nię i le­d­wo ła­pa­łam od­dech.

Zro­bił to dla mnie. Dla nas.

I beze mnie.

Mia­łam ocho­tę sama sie­bie uka­rać za to, że mu w tym nie po­mo­głam. Jed­nak pó­źniej do­szłam do wnio­sku, że tę de­cy­zję mu­siał pod­jąć sam.

W wia­do­mo­ści było tyl­ko jed­no zda­nie na­pi­sa­ne oso­bi­ście przez Mat­ta: „Je­steś świa­tłem, któ­re wska­za­ło mi kie­ru­nek we wszech­obec­nym mro­ku”.

Rozdział 2

Robert Thompson

Trzy dni wcześniej

Nikt mi nie wmó­wi, że nie je­stem dżen­tel­me­nem.

A na pew­no nie mo­gła wmó­wić mi tego Bro­oke, któ­ra sie­dzia­ła wła­śnie na fo­te­lu pa­sa­że­ra i rzu­ca­ła mi ukrad­ko­we spoj­rze­nia. Spo­tka­li­śmy się już dru­gi raz i oba były nad wy­raz sa­tys­fak­cjo­nu­jące. Za­sta­na­wia­łem się, czy za­je­bi­sty seks może wy­star­czyć, by stwo­rzyć uda­ną re­la­cję. Mo­gła­by być na­wet na za­sa­dach „przy­ja­ciół z ko­rzy­ścia­mi”, ale oto wła­śnie za­cząłem do­cho­dzić do mo­men­tu w ży­ciu, gdy za­tęsk­ni­łem za ja­kąkol­wiek for­mą sta­bi­li­za­cji.

Świat się wali.

Nie sądzi­łem, że po ka­ta­stro­fie, jaką za­ko­ńczył się mój je­dy­ny praw­dzi­wy i po­wa­żny zwi­ązek, będę miał na tyle od­wa­gi, by kie­dy­kol­wiek zwi­ązać się z kimś na sta­łe. A przy­naj­mniej na „stal­sze” niż do tej pory. I gów­no mnie ob­cho­dzi, że ta­kie sło­wo nie ist­nie­je.

Oto ja: Ro­bert Thomp­son, do­ra­sta­jący ka­wa­ler i sło­wo­twór­ca.

Naj­wy­ra­źniej nie tyl­ko mnie zda­rza­ło się wra­cać pa­mi­ęcią do tam­tych chwil, bo wła­śnie pi­ęk­na twarz ko­bie­ty, któ­ra jako je­dy­na była na tyle sza­lo­na, by ob­da­rzyć mnie praw­dzi­wym uczu­ciem, po­ja­wi­ła się na ekra­nie te­le­fo­nu tkwi­ące­go w uchwy­cie sa­mo­cho­do­wym.

Rzu­ci­łem prze­lot­ne spoj­rze­nie na moją to­wa­rzysz­kę, któ­ra w mgnie­niu oka stra­ci­ła na atrak­cyj­no­ści, wzi­ąłem te­le­fon do ręki – tak, tak, wiem, nie­do­zwo­lo­ne, bla, bla, bla – i ode­bra­łem po­łącze­nie.

– Liv? Wszyst­ko w po­rząd­ku? Sły­sza­łem o wy­pad­ku mat­ki Sul­li­va­na. Po­trze­bu­je­cie cze­goś?

Wła­śnie dla­te­go nie za­pro­po­no­wa­łem Bro­oke ko­lej­nej run­dy, tyl­ko od­wo­zi­łem ją do domu. Do­słow­nie pół go­dzi­ny wcze­śniej za­dzwo­nił do mnie Brad, któ­ry z so­bie tyl­ko zna­nych źró­deł do­wie­dział się, że Ca­mi­le spa­dła ze scho­dów. Prze­pro­si­łem więc ład­nie ko­chan­kę, uzna­jąc, że te­raz po­wi­nie­nem być przy naj­lep­szym kum­plu, nie­za­le­żnie od tego, ja­kie re­la­cje łączy­ły go z mat­ką.

Mia­łem też oba­wy o to, co rze­czy­wi­ście przy­tra­fi­ło się tej bied­nej ko­bie­cie.

– Po­mo­cy – wy­chry­pia­ła Oli­via pe­łnym pa­ni­ki gło­sem. Mo­men­tal­nie za­schło mi w gar­dle. Ostat­ni raz sły­sza­łem ją tak wy­stra­szo­ną, gdy wal­czy­ła z mro­kiem, z któ­re­go wy­rwał ją Si­mon. – Mat­thew… on… on wpa­dł w szał.

Kur­wa mać.

Wła­śnie do­sta­łem od­po­wie­dź na wszyst­kie moje wąt­pli­wo­ści zwi­ąza­ne z ku­li­sa­mi wy­pad­ku Ca­mi­le Sul­li­van.

Je­ba­ny Tre­vor.

Je­ba­ny Mat­thew.

Uprze­dza­łem zła­ma­sa, że tak to się sko­ńczy. Że prędzej czy pó­źniej sta­nie się coś, przez co nie dźwi­gnie ci­ęża­ru wła­snej agre­sji i będzie szu­kał ujścia. Wie­dzia­łem, że je­śli choć je­den kasz­ta­no­wy włos spad­nie z tej pi­ęk­nej gło­wy, urwę chu­jo­wi jaja i we­pchnę mu do gar­dła.

Wła­ści­wie zro­bię to z nimi dwo­ma. W tej sy­tu­acji na­wet Si­mon Ha­mil­ton by mnie po­chwa­lił.

– Będę za dzie­si­ęć mi­nut. Nie roz­łączaj się – po­le­ci­łem, skręca­jąc gwa­łtow­nie w pra­wo.

Za­par­ko­wa­łem na za­ka­zie, upo­rczy­wie uda­jąc, że nie wi­dzę zna­ku, i zwró­ci­łem się w stro­nę Bro­oke.

No i chuj bomb­ki strze­lił. Jed­nak nie je­stem dżen­tel­me­nem.

– Prze­pra­szam, mu­szę jak naj­szyb­ciej zna­le­źć się na Pi­ątej Alei. Za­mów so­bie tak­sów­kę, zwró­cę ci koszt. – Sta­ra­łem się opa­no­wać, ale stres za­czy­nał ści­skać moje gar­dło. Zbyt do­brze wie­dzia­łem, do cze­go Sul­li­van jest zdol­ny, gdy wpa­da w szał.

Ob­rzu­ci­ła mnie znie­sma­czo­nym spoj­rze­niem.

– Ty tak po­wa­żnie? – za­py­ta­ła, uno­sząc brwi. Mo­dli­łem się w du­chu, bym za­raz sam nie wpa­dł w szał.

– Tak, to na­praw­dę awa­ryj­na sy­tu­acja. Ode­zwę się, okej?

Obo­je wie­dzie­li­śmy, że to gów­no praw­da. Chuj bomb­ki strze­lił, je­śli cho­dzi rów­nież o moją pró­bę po­szu­ka­nia sta­bi­li­za­cji w ży­ciu.

Pa­trzy­łem, jak zdzi­wie­nie na twa­rzy ko­bie­ty po­wo­li prze­ra­dza się w iry­ta­cję, a iry­ta­cja w gniew, ale je­dy­ne, na co mia­łem ocho­tę, to wy­pchnąć ją z sa­mo­cho­du, by zdążyć do­trzeć do Oli­vii, za­nim będzie za pó­źno.

Ja pier­do­lę, cze­mu za­wsze tra­fia na nią? Po tym, co prze­szła, musi te­raz sta­wiać czo­ła jesz­cze temu?

Za­chcia­ło mi się rzy­gać na samą myśl, co za­pew­ne dzia­ło się w tym mo­men­cie w jej gło­wie. Jak prze­ra­żo­na była. Zdez­o­rien­to­wa­na. Zła­ma­na i skrzyw­dzo­na.

KUR­WA!

Bro­oke rzu­ci­ła mi po­gar­dli­we spoj­rze­nie i bez sło­wa opu­ści­ła sa­mo­chód, a ja ode­tchnąłem z ulgą. Umie­ści­łem po­now­nie te­le­fon w uchwy­cie, a gdy tyl­ko drzwi za­mknęły się za nią z trza­skiem, za­wo­ła­łem:

– Liv? Je­steś tam?

Przez chwi­lę wsłu­chi­wa­łem się tyl­ko w jej drżący od­dech, pod­gło­śni­łem dźwi­ęk w sa­mo­cho­dzie do mak­si­mum, by spró­bo­wać wy­ła­pać co­kol­wiek z tła. Czy usły­szę wrza­ski Mat­ta? Dźwi­ęki tłu­czo­ne­go szkła, ła­ma­nych krze­seł, rzu­ca­nia przed­mio­ta­mi? Zbyt do­brze wie­dzia­łem, co mo­gło się tam wła­śnie dziać.

– Tak – po­wie­dzia­ła po chwi­li, a jej głos za­brzmiał już pew­niej.

– Gdzie do­kład­nie je­steś?

– Za­mknęłam się w ła­zien­ce.

Dzi­ęki ci, Boże. Jak ona wyj­dzie z tego bez szwan­ku, to może na­wet w cie­bie uwie­rzę.

– Mo­żesz pod­su­nąć coś ci­ężkie­go pod drzwi? Szaf­kę, pó­łkę, co­kol­wiek? – do­py­ty­wa­łem, pró­bu­jąc przy oka­zji nie za­bić ni­ko­go na dro­dze, bo w tej kon­kret­nej chwi­li pro­wa­dze­nie auta było ostat­nim, na czym sku­pia­łem uwa­gę.

– Pod­su­nęłam puf. Nie ru­szę to­a­let­ki, a szaf­ka jest przy­twier­dzo­na do ścia­ny – rzu­ci­ła, a głos jej za­drżał. – Ro­bert?

– Tak, ko­cha­nie?

– Czy on mnie nie­na­wi­dzi?

Mia­łem ogrom­ną ocho­tę przy­mknąć po­wie­ki z żalu i wkur­wie­nia, ale za­ci­snąłem tyl­ko moc­niej ręce na kie­row­ni­cy i, si­ląc się na spo­kój, od­pa­rłem:

– Nie, Oli­vio. – Wes­tchnąłem. – On nie­na­wi­dzi sa­me­go sie­bie.

Tłu­mio­ny szloch wy­rwał się z jej gar­dła. Na­ci­snąłem pe­dał gazu moc­niej, prze­je­żdża­jąc na po­ma­ra­ńczo­wym. Jak mnie po tej prze­ja­żdżce nie znaj­dą i nie wsa­dzą na do­łek, to zwąt­pię w no­wo­jor­ską po­li­cję.

– To Tre­vor – wy­pa­li­ła, ści­sza­jąc głos do szep­tu. Le­d­wo ją sły­sza­łem, prze­bi­ja­jąc się przez mia­sto ze zde­cy­do­wa­nie zbyt dużą pręd­ko­ścią. – To on ze­pchnął Ca­mi­le, a Mat­to­wi od­bi­ło.

Ja­koś nie by­łem tym za­sko­czo­ny.

– Obie­cu­ję, że cię stam­tąd wy­ci­ągnę. Będę do­słow­nie za dwie mi­nu­ty. – Wrzu­ci­łem kie­run­kow­skaz i za­par­ko­wa­łem pod bu­dyn­kiem, w któ­rym miesz­ka­li. Do­kład­nie pod wiel­kim zna­kiem in­for­mu­jącym, że w tym miej­scu po­stój jest do­zwo­lo­ny tyl­ko przez pi­ęt­na­ście mi­nut.

Za­je­bi­ście, dzi­siaj wi­ęcej nie po­trze­bu­ję.

Sul­li­van musi ogar­nąć się sam. Ja by­łem po­trzeb­ny ko­muś in­ne­mu. Zresz­tą, po do­jściu do sie­bie urwa­łby mi jaja, gdy­bym nie po­sta­wił tego dnia Oli­vii na pierw­szym miej­scu.

– Za pi­ęt­na­ście mi­nut wyj­dę stąd w to­wa­rzy­stwie za­pła­ka­nej ko­bie­ty. Pro­szę się upew­nić, że nikt nie zro­bi jej zdjęcia – wark­nąłem do por­tie­ra, rzu­ca­jąc mu plik bank­no­tów stu­do­la­ro­wych. Gość był w ta­kim szo­ku, że na­wet mnie nie wy­le­gi­ty­mo­wał, gdy po­bie­głem do win­dy, od­pa­la­jąc w te­le­fo­nie zdjęcie kar­ty z ko­dem QR od­blo­ko­wu­jącym dźwig.

Trud­no po­wie­dzieć, czy by­łem bar­dziej wkur­wio­ny, prze­stra­szo­ny, czy pe­łen li­to­ści dla mo­je­go przy­ja­cie­la, zno­wu po­ko­na­ne­go przez swo­ją naj­wi­ęk­szą sła­bo­ść – jego je­ba­ne­go ojca. Co­kol­wiek by to nie było, jed­no wie­dzia­łem na pew­no: to musi się sko­ńczyć. Naj­wy­ższa pora, by Matt zro­bił coś z tymi cho­ler­ny­mi wy­bu­cha­mi agre­sji, bo Oli­via była ostat­nią oso­bą, któ­ra po­win­na coś ta­kie­go zno­sić.

Zno­wu.

Gdy roz­su­nęły się drzwi win­dy, przy­wi­ta­ła mnie złow­ro­ga ci­sza. Sły­sza­łem wła­sny od­dech i krew szu­mi­ącą w uszach, a my­śli krzy­cza­ły wnie­bo­gło­sy. Bo ci­sza nie zwia­sto­wa­ła ni­cze­go do­bre­go. Było już po wszyst­kim. De­mon się zmęczył.

Zro­bi­łem kil­ka nie­pew­nych kro­ków, któ­re od­bi­ły się głu­chym echem od ścian. Do­pie­ro wte­dy z sa­lo­nu do­ta­rły do mnie ja­kieś szme­ry. Nie ba­łem się Mat­ta. Ba­łem się o Mat­ta. Od lat tre­no­wa­łem krav magę, więc na­wet je­śli chcia­łby mi coś zro­bić, roz­ło­ży­łbym go na ło­pat­ki w mgnie­niu oka. Ale nie mia­łem pew­no­ści, czy nie zro­bił krzyw­dy so­bie. Zbyt wie­le już wi­dzia­łem.

Wsze­dłem do środ­ka, roz­gląda­jąc się po po­miesz­cze­niu. W ogó­le nie za­sko­czył mnie pa­nu­jący tam ba­ła­gan. Po­tłu­czo­ne bu­tel­ki, roz­la­ne pły­ny, ksi­ążki w strzępach, prze­wró­co­ne krze­sła. Nic, cze­go nie wi­dzia­łbym do tej pory. Ale gdzie, do kur­wy, był au­tor tej ja­kże wy­mow­nej ara­nża­cji?

– Sul­li­van? – za­wo­ła­łem, nad­sta­wia­jąc ucha, jak­bym się spo­dzie­wał, że kum­plo­wi za­chcia­ło się za­ba­wić w cho­wa­ne­go.

– Rob? – usły­sza­łem nie­wy­ra­źny szept do­bie­ga­jący gdzieś zza ka­na­py.

Po­sze­dłem w tam­tą stro­nę, a moim oczom uka­zał się wiel­ki Mat­thew Sul­li­van. No­wo­jor­ski Król Roz­ryw­ki i naj­bar­dziej po­żąda­ny ka­wa­ler w tym sta­nie – sie­dzący na podło­dze z pod­wi­ni­ęty­mi ręka­wa­mi po­mi­ętej ko­szu­li, ubru­dzo­ny czy­mś, co na pierw­szy rzut oka wy­gląda­ło jak krew. Wszyst­kie moje mi­ęśnie na­pi­ęły się na ten wi­dok.

– Za­bierz ją stąd. Ona musi być bez­piecz­na. – Głos miał pew­ny, ale ilo­ść żalu, jaką w nim wy­czu­łem, ła­ma­ła na­wet moje ser­ce.

– Ogar­nij się naj­pierw. Niech nie wi­dzi cię w tym sta­nie – wark­nąłem, ła­pi­ąc go za ło­kieć i lu­stru­jąc uwa­żnie wzro­kiem. To, co wzi­ąłem za krew, oka­za­ło się pla­mą z czer­wo­ne­go wina, szcząt­ki bu­tel­ki wa­la­ły się za nim.

Je­że­li Oli­via wy­ba­czy mu kie­dy­kol­wiek ten atak fu­rii, na pew­no nie wy­ba­czy pla­my na no­wej so­fie.

– To nie ma już zna­cze­nia, sta­ry – stwier­dził, gdy pod­no­sił się z podło­gi. – I tak na mnie nie spoj­rzy.

– Je­steś de­bi­lem – rzu­ci­łem, strze­pu­jąc mu z ko­szu­li odła­mek szkła, któ­ry na szczęście nie prze­ci­ął skó­ry. – Ona zej­dzie do pie­kła, by sa­me­go dia­bła opier­do­lić za to, że je­den po­miot wy­mknął mu się spod kon­tro­li. I mam na my­śli Tre­vo­ra, nie cie­bie.

Pi­ęści Mat­ta mo­men­tal­nie się za­ci­snęły, a ja zro­zu­mia­łem swój błąd. Nie po­wi­nie­nem był w ogó­le wspo­mi­nać imie­nia tego śmie­cia.

– Uspo­kój się, do kur­wy – po­le­ci­łem, wi­dząc, że ko­lej­na fala gnie­wu za­czy­na wzbie­rać. – Za­pro­wa­dzę ją do auta i wró­cę tu.

Od­wró­ci­łem się na pi­ęcie i skie­ro­wa­łem do ła­zien­ki. Za­pu­ka­łem de­li­kat­nie.

– Liv, to ja! Ro­bert! – za­wo­ła­łem, po czym usły­sza­łem szu­ra­nie, zgrzyt zam­ka, a chwi­lę pó­źniej przez wąską szpa­rę zo­ba­czy­łem jej pi­ęk­ną twarz.

Była lek­ko opuch­ni­ęta, ale mu­sia­ła zmyć roz­ma­za­ny ma­ki­jaż, bo mo­głem wy­ra­źnie do­strzec lek­kie nie­do­sko­na­ło­ści jej cery. Mia­ła za­czer­wie­nio­ne oczy, ale spoj­rze­nie by­stre i zde­ter­mi­no­wa­ne. Oczy­wi­ście, że tak. Oli­via Ha­mil­ton sta­no­wi­ła de­fi­ni­cję siły.

Drzwi otwo­rzy­ły się sze­rzej, a ona wy­chy­li­ła lek­ko gło­wę, jak­by chcia­ła się upew­nić, że za nimi nie czy­ha roz­wście­czo­na be­stia. Ta mia­ła chwi­lo­wo prze­rwę w ro­bie­niu roz­pier­do­lu, ale by­łem pe­wien, że to jesz­cze nie ko­niec.

– Cho­dź, za­pro­wa­dzę cię do sa­mo­cho­du i wró­cę po two­je rze­czy. Zo­sta­niesz u mnie przez kil­ka dni – po­wie­dzia­łem, wy­ci­ąga­jąc do niej dłoń, któ­rą ob­rzu­ci­ła nie­pew­nym spoj­rze­niem.

Nie wiem, cze­go się spo­dzie­wa­łem. Tego, że roz­bi­ta rzu­ci mi się w ra­mio­na i za­cznie szlo­chać w ko­szu­lę? To nie ten typ. Ona wy­cho­dzi­ła z ta­kich sy­tu­acji z unie­sio­ną gło­wą, by po­tem po­wo­li roz­pa­dać się w sa­mot­no­ści. Te­raz jed­nak sa­mot­no­ść była luk­su­sem, któ­re­go nie mo­głem jej za­pew­nić, bo nie ist­nia­ła mo­żli­wo­ść, bym zo­sta­wił ją z tym samą.

Zła­pa­ła nie­pew­nie moją dłoń, cho­ciaż da­łbym so­bie jaja uci­ąć, że zro­bi­ła to z czy­stej grzecz­no­ści. Gdy­by sy­tu­acja była choć od­ro­bię inna, pew­nie par­sk­nąłbym w tym mo­men­cie śmie­chem.

Wy­pro­wa­dzi­łem ją z sy­pial­ni, czu­jąc, że jej chwyt z ka­żdym kro­kiem sta­je się moc­niej­szy. Kie­dy w sa­lo­nie od­na­la­zła wzro­kiem Mat­thew, już nie­mal mia­żdży­ła moją rękę. Mia­łem wra­że­nie, że ka­żda ko­mór­ka jej cia­ła wy­ry­wa się w jego stro­nę. Chcia­ła do nie­go pod­biec, rzu­cić mu się w ra­mio­na, szu­kać tam uko­je­nia i bez­pie­cze­ństwa, a tyl­ko zdro­wy roz­sądek za­trzy­my­wał ją w miej­scu. I wte­dy roz­pa­dła się na do­bre. Za­ła­ma­ła. Gdy sta­ła na środ­ku wła­sne­go sa­lo­nu, w cha­osie, któ­ry roz­pętał jej na­rze­czo­ny, i nie mo­gła ulec naj­bar­dziej roz­pacz­li­we­mu pra­gnie­niu ser­ca.

– Będę o nas wal­czył, skar­bie. Ale te­raz two­je bez­pie­cze­ństwo jest wa­żniej­sze. Co­kol­wiek zde­cy­du­jesz, za­wsze będziesz mi­ło­ścią mo­je­go ży­cia – po­wie­dział pew­nie Matt, choć brzmiał tak, jak­by coś tłu­mi­ło od­czu­wa­ne przez nie­go emo­cje.

Po po­licz­kach Oli­vii po­pły­nęły łzy.

To nie była gro­źba. To była obiet­ni­ca. Zło­żył ją nie tyl­ko jej, ale też – a może przede wszyst­kim – sa­me­mu so­bie.

Po­ci­ągnąłem Liv de­li­kat­nie, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że po­win­ni­śmy już wy­jść, ale jej cia­ło sta­wia­ło opór. Sta­ła tam i pa­trzy­ła na Mat­ta, nie będąc w sta­nie wy­do­być z sie­bie żad­ne­go dźwi­ęku. Kie­dy kącik jej ust za­uwa­żal­nie wy­krzy­wił się w gry­ma­sie bólu, Sul­li­van zro­bił kil­ka kro­ków w na­szą stro­nę, ale za­stąpi­łem mu dro­gę.

Nie do­tknie jej. Nie te­raz.

Wi­dzia­łem wy­ra­źnie, jak zmie­nił się wy­raz jego twa­rzy, gdy zło­ść zno­wu za­częła brać we wła­da­nie cia­ło i umy­sł. Je­że­li chcia­łem oszczędzić Oli­vii ko­lej­nych atrak­cji, mu­sia­łem jak naj­szyb­ciej wy­pro­wa­dzić ją z tego miesz­ka­nia.

Wci­ąż sto­jąc przo­dem do Mat­ta, si­ęgnąłem za sie­bie, kła­dąc dłoń na jej ta­lii. Mi­ęsień na twa­rzy Sul­li­va­na za­drżał złow­ro­go, noz­drza się roz­sze­rzy­ły, a szczęki za­ci­snęły. Po­pchnąłem dziew­czy­nę, mo­dląc się w du­chu, by w ko­ńcu po­szła po ro­zum do gło­wy i się ru­szy­ła. Na szczęście wresz­cie mi ule­gła i szyb­kim kro­kiem skie­ro­wa­ła się do wy­jścia, a ja tuż za nią, ci­ągle ogląda­jąc się za sie­bie, jak­bym się bał, że dra­pie­żnik, w któ­re­go wła­śnie za­mie­niał się mój naj­lep­szy kum­pel, sko­czy za­raz w po­goń.

On jed­nak stał od­wró­co­ny ple­ca­mi do nas, ci­ągnąc się moc­no za wło­sy. W du­chu dzi­ęko­wa­łem wszyst­kim świ­ętym, w któ­rych nie wie­rzy­łem, za to, że Oli­via idzie twar­do wpa­trzo­na w ja­kiś punkt przed sobą. Gdy­by obej­rza­ła się na na­rze­czo­ne­go, z pew­no­ścią nie od­ci­ągnąłbym jej od nie­go.

Usa­do­wi­łem ją w sa­mo­cho­dzie, roz­gląd­nąw­szy się wcze­śniej na wszyst­kie stro­ny, by mieć pew­no­ść, że ni­g­dzie nie cza­ją się pa­pa­raz­zi. To pie­przo­ny apar­ta­men­to­wiec przy Pi­ątej Alei. Tu ni­g­dy nie mo­żna było mieć pew­no­ści. Ale tym ra­zem wsu­ni­ęty w dłoń por­tie­ra plik go­tów­ki po­mó­gł w oczysz­cze­niu prze­strze­ni ze zbęd­nej wi­dow­ni.

Kie­dy tyl­ko się upew­ni­łem, że Oli­via ja­koś się trzy­ma i mogę zo­sta­wić ją na parę mi­nut samą, wró­ci­łem do miesz­ka­nia, by cho­ciaż tro­chę za­pa­no­wać nad gnie­wem po­ko­nu­jącym jej na­rze­czo­ne­go.

Ja pier­do­lę. Co za je­ba­ny ab­surd.

Sul­li­van stał opar­ty o re­gał z ksi­ążka­mi, ale gdy tyl­ko za­re­je­stro­wał, że po­ja­wi­łem się w za­si­ęgu wzro­ku – a ra­czej pi­ęści – rzu­cił się na mnie jak roz­wście­czo­ny nie­dźwie­dź. Kil­ko­ma wy­ćwi­czo­ny­mi ru­cha­mi za­blo­ko­wa­łem wy­pro­wa­dzo­ny przez nie­go cios, zła­pa­łem go za cha­be­ty i do­ci­snąłem do re­ga­łu. To był ten mo­ment, w któ­rym lata tre­nin­gów przy­da­ły się do cze­goś wi­ęcej niż tyl­ko do utrzy­my­wa­nia cia­ła w do­brej for­mie.

Matt dy­szał ci­ężko, pa­trząc na mnie z fu­rią wy­ma­lo­wa­ną w oczach. Wie­dzia­łem, że unie­ru­cho­mie­nie jego cia­ła tyl­ko ją po­tęgo­wa­ło, ale nie mo­głem po­zwo­lić na to, by przez brak kon­tro­li po­prze­sta­wiał mi układ zębów.

– Opa­nuj się, kur­wa! – krzyk­nąłem, całą siłą ha­mu­jąc jego wy­ry­wa­jące się do bit­ki mi­ęśnie.

– Tyl­ko na to cze­ka­łeś, co? – syk­nął przez za­ci­śni­ęte zęby. – Cze­ka­łeś na oka­zję, w któ­rej będziesz mógł po­pędzić jej na ra­tu­nek i mi ją ode­brać.

– Je­steś pier­dol­ni­ęty – wark­nąłem. – I śle­py, je­że­li my­ślisz, że ona w ogó­le chcia­ła­by ko­go­kol­wiek poza tobą.

– Ona… jest… moim… je­ba­nym… wszyst­kim – ce­dził, pró­bu­jąc mnie ode­pchnąć.

Mu­sia­łem użyć ca­łej swo­jej siły, na­pędza­nej ad­re­na­li­ną, by go po­wstrzy­mać. Pa­ra­dok­sal­nie naj­wi­ęk­szą prze­wa­gę da­wał mi fakt, że w fu­rii Matt nie my­ślał lo­gicz­nie i wszyst­kie jego ru­chy były pro­ste do prze­wi­dze­nia.

– Więc się tak, kur­wa, za­cho­wuj! – unio­słem głos. – Wła­śnie ucie­kła prze­ra­żo­na z wła­sne­go miesz­ka­nia, zje­bie!

– KUR­WA! – wrza­snął, ale od razu wy­czu­łem, że prze­stał sta­wiać opór. Opa­dł bez­wład­nie na sto­jący za nim re­gał, a ja zro­bi­łem dwa kro­ki w tył, wci­ąż czuj­nie go ob­ser­wu­jąc. – Ja pier­do­lę. – Po­ta­rł twarz obie­ma dło­ńmi, po czym od­chy­lił gło­wę do tyłu i za­mknął oczy. – Za­raz po­szu­kam te­ra­peu­ty – wy­pa­lił w ko­ńcu, a ja za­mru­ga­łem, za­sko­czo­ny. – To się ni­g­dy nie po­wtó­rzy. Ona nie będzie się mnie wi­ęcej bała.

– Wszyst­ko ład­nie, pi­ęk­nie, sta­ry, ale to nie do ko­ńca tak, że mo­żesz so­bie o tym ot tak po­sta­no­wić – za­uwa­ży­łem ostro­żnie. – Nie kon­tro­lu­jesz tego.

– Po­wie­dzia­łem, że to ogar­nę. Ni­g­dy wi­ęcej nie zo­ba­czy mnie w ta­kim sta­nie. Będę wal­czył o ko­bie­tę, któ­ra sta­ła się moim do­mem, i je­śli zaj­dzie po­trze­ba, za­bi­ję pier­do­lo­ne­go Tre­vo­ra, byle ona od­zy­ska­ła spo­kój.

Nie do ko­ńca by­łem prze­ko­na­ny, że to tu leży naj­wi­ęk­szy pro­blem, ale do­sze­dłem do wnio­sku, że to nie jest od­po­wied­nia chwi­la na ko­pa­nie le­żące­go. W tam­tym mo­men­cie Mat­thew Sul­li­van był wra­kiem czło­wie­ka. Miał jed­nak wy­ra­źny cel: sta­nie się god­nym ko­bie­ty, któ­ra jest jego wszyst­kim.

Rozdział 3

Matthew Sullivan

By­łem cho­ler­nie zmęczo­ny. Za­wsze po in­ten­syw­nych wy­bu­chach agre­sji mia­łem ocho­tę prze­spać cały dzień. Albo dwa. A naj­chęt­niej ty­dzień, pró­bu­jąc wy­ma­zać epi­zod z pa­mi­ęci. Cza­sa­mi si­ęga­łem po al­ko­hol, ale on tyl­ko po­tęgo­wał uczu­cie kom­plet­nej nie­na­wi­ści do sa­me­go sie­bie.

Te­raz jed­nak nie ist­nia­ło nic, co mo­gło to jesz­cze bar­dziej uwi­docz­nić. Przez brak kon­tro­li moja ko­bie­ta mu­sia­ła ucie­kać z wła­sne­go domu, nie czu­jąc się bez­piecz­nie. Ale po­sta­no­wi­łem: Nie będę się nad sobą uża­lał. Nie będę to­pił smut­ków icho­wał się za oj­cem, zrzu­ca­jąc całą winę na nie­go. Nie za­grze­bię się we wła­snym bólu przez ko­lej­ne dni. Spra­wię, by ona na nowo od­na­la­zła swo­je szczęście przy mnie.

Cho­ciaż w tam­tej chwi­li brzmia­ło to jak coś nie­wy­ko­nal­ne­go, moja de­ter­mi­na­cja jesz­cze ni­g­dy nie była wi­ęk­sza. Ni­g­dy ni­cze­go nie pra­gnąłem tak cho­ler­nie moc­no. Dla­te­go, gdy tyl­ko Ro­bert opu­ścił pen­tho­use z tor­bą wy­pe­łnio­ną rze­cza­mi mo­jej dziew­czy­ny, a fu­ria mi­nęła, za­miast rzu­cić się na łó­żko i iść spać, wzi­ąłem się za sprząta­nie.

Po­zbie­ra­łem szkło, po­usta­wia­łem z po­wro­tem me­ble, wy­ta­rłem podło­gi, po­ukła­da­łem ksi­ążki. Nie zwa­ża­jąc na porę, za­dzwo­ni­łem do Me­gan z py­ta­niem, jak wy­wa­bić pla­mę po wi­nie z ka­na­py, a ona czter­dzie­ści mi­nut pó­źniej już sta­ła w pro­gu miesz­ka­nia. Ob­ser­wo­wa­ła wnętrze tak uwa­żnie, jak­by mia­ła w oczach ska­ner wy­kry­wa­jący na­wet roz­to­cza i wła­śnie ob­my­śla­ła w gło­wie plan wal­ki z nimi. Była pra­wie dru­ga w nocy.

Bez sło­wa omi­nęła mnie – będące­go w tak ogrom­nym szo­ku, że za­bra­kło mi języ­ka w gębie – i z ja­ki­mś ma­gicz­nym pły­nem pod pa­chą ru­szy­ła w stro­nę ka­na­py. Cały czas mil­cza­ła, me­to­dycz­nie pró­bu­jąc wy­wa­bić pla­mę, a ja nie mo­głem prze­stać jej ob­ser­wo­wać.

– Po­daj mi tam­tą ścier­kę – rzu­ci­ła w ko­ńcu, wska­zu­jąc na usta­wio­ne przez nią wcze­śniej na podło­dze wia­der­ko z ró­żny­mi przy­bo­ra­mi.

– Meg? – wy­du­ka­łem, ma­jąc na­dzie­ję, że co­kol­wiek mi wy­ja­śni.

Wy­pro­sto­wa­ła się i zwró­ci­ła w moją stro­nę.

– Nie wiem, co tu się sta­ło ani gdzie te­raz jest Liv, ale sko­ro Ethan da­lej słod­ko śpi, za­kła­dam, że jest cała, zdro­wa i bez­piecz­na. Gdzieś da­le­ko. A ty brzmia­łeś jak ktoś, kto nie po­wi­nien być te­raz sam.

Nie wie­dzia­łem, czym za­słu­ży­łem na obec­no­ść Me­gan Ward w moim ży­ciu ani jak dużo em­pa­tii, zro­zu­mie­nia, wra­żli­wo­ści i in­te­li­gen­cji emo­cjo­nal­nej syp­nęło się ko­muś, kto mie­szał skład­ni­ki będące ele­men­ta­mi jej wspa­nia­łej oso­bo­wo­ści. Poj­mo­wa­łem jed­nak jed­no: Meg jest uoso­bie­niem do­bro­ci.

Pierw­szą noc bez Oli­vii prze­trwa­łem tyl­ko dla­te­go, że wspól­nie z żoną jej naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la mo­głem przez kil­ka go­dzin wy­wa­biać pla­mę po czer­wo­nym wi­nie z ja­snej ka­na­py.

Mi­nęły dwa trud­ne dni, któ­re ci­ągnęły się w nie­sko­ńczo­no­ść. Sa­mot­no­ść do­pro­wa­dza­ła mnie do sza­le­ństwa. Ka­żda mi­nu­ta bez Oli­vii była tor­tu­rą. Dzwo­ni­łem do Ro­ber­ta kil­ka razy dzien­nie, by się upew­nić, że moja dziew­czy­na ja­koś so­bie ra­dzi.

Ale to była Oli­via Ha­mil­ton. Oczy­wi­ście, że so­bie ra­dzi­ła. Z unie­sio­ną gło­wą i dum­nie wy­pro­sto­wa­ną syl­wet­ką. To ja by­łem cie­niem sa­me­go sie­bie.

– Ona nie chce z tobą ga­dać, sta­ry – rzu­cił Ro­bert, gdy tyl­ko ode­brał po­łącze­nie.

Jak­bym sam nie był tego świa­do­my.

– Dla­te­go dzwo­nię do cie­bie. Chcę tyl­ko zro­zu­mieć po­ziom szkód, któ­re wy­rządzi­łem, by móc wdro­żyć plan na­praw­czy.

– Plan na­praw­czy? – prych­nął. – Ty­pie, ty mó­wisz o swo­jej ko­bie­cie.

Ści­snąłem pal­ca­mi na­sa­dę nosa.

– My­ślisz, że o tym nie wiem? – burk­nąłem. – Mle­ko się roz­la­ło. Ni­cze­go w ży­ciu nie będę ża­ło­wał bar­dziej niż tego, co się sta­ło, ale te­raz za­miast ba­brać się w tym gów­nie i po­zwo­lić, by zno­wu mnie przy­tło­czy­ło, chcę dzia­łać. Że­bym jed­nak mógł co­kol­wiek zro­bić, mu­szę zro­zu­mieć, jaki jest punkt wy­jścia.

Na­praw­dę trud­no było mi prze­wi­dzieć, w ja­kim sta­nie może być Liv. Wie­le ko­biet wła­śnie prze­ży­wa­ło­by kry­zys, szu­ka­ło już dru­gie­go miesz­ka­nia i spo­so­bu ewa­ku­acji ze zwi­ąz­ku, ale nie moja Oli­via. Ona dzia­ła­ła ina­czej. Często na prze­kór lo­gi­ce. Do­my­śla­łem się, że stoi za tym jej hi­sto­ria, któ­rej do tej pory mi nie zdra­dzi­ła. Coś, cze­go do­świad­czy­ła w prze­szło­ści, po­wo­do­wa­ło, że jesz­cze mnie nie skre­śli­ła.

I sam nie wie­dzia­łem, czy to do­brze.

Czu­łem w ko­ściach, że jej ro­dzi­na i przy­ja­cie­le nie wie­dzą, co mi­ędzy nami za­szło. Nie by­łem tyl­ko pe­wien dla­cze­go. Czy nie chcia­ła im tego tłu­ma­czyć, przy­tło­czo­na ostat­ni­mi wy­da­rze­nia­mi, czy była tak zde­ter­mi­no­wa­na, by mnie chro­nić? Ha­mil­ton z pew­no­ścią na­sła­łby na mnie ja­kiś kar­tel, gdy­by tyl­ko do­ta­rło do nie­go, co się sta­ło.

– Ta ko­bie­ta to cy­borg – rzu­cił w ko­ńcu Ro­bert, wzdy­cha­jąc. – W nocy ry­cza­ła w po­dusz­kę, ale rano wsta­ła, wzi­ęła prysz­nic i zro­bi­ła nam śnia­da­nie.

– Oli­via? – do­py­ty­wa­łem z nie­do­wie­rza­niem. – Oli­via zro­bi­ła śnia­da­nie?

– Ta. Po­często­wa­łem nim fi­ku­sa, bo było nie­ja­dal­ne – burk­nął, a ja mia­łem ocho­tę zdzie­lić go w łeb. – Cho­dzi mi o to, że trzy­ma się za­ska­ku­jąco do­brze. Ale wiesz, co to zna­czy. – Da­łbym so­bie rękę uci­ąć, że wła­śnie prze­cze­sał wło­sy pal­ca­mi.

– Opra­co­wu­je plan – stwier­dzi­łem.

– Ewi­dent­nie. Nie wiem tyl­ko, czy ce­lem tego pla­nu jest urwa­nie ci jaj, czy ogar­ni­ęcie cię i do­pro­wa­dze­nie przed je­ba­ny ołtarz.

Mia­łem ci­chą na­dzie­ję, że cho­dzi o to dru­gie.

Roz­łączy­łem się. Po­pa­trzy­łem na ekran te­le­fo­nu, na któ­rym uśmie­cha­ła się do mnie ide­al­na twarz mo­jej dziew­czy­ny. Za­ci­snąłem zęby i – nie mo­gąc się po­wstrzy­mać – na­pi­sa­łem jej wia­do­mo­ść.

Nie było słów, któ­ry­mi mó­głbym ją prze­pro­sić, więc po­wtó­rzy­łem tyl­ko to, co obie­ca­łem jej wcze­śniej – że będę o nas wal­czył. Pó­źniej na­pi­sa­łem, że z przy­zwy­cza­je­nia zro­bi­łem jej śnia­da­nie, więc będę miał na dwa dni. Do­pil­no­wa­łem, by wie­dzia­ła, że dam jej tyle cza­su, ile tyl­ko będzie po­trze­bo­wa­ła, a pó­źniej do­da­łem, że na­pra­wi­łem szu­fla­dę w jej biur­ku, bo ci­ągle iry­to­wa­ło ją, że się za­ci­na.

Chcia­łem, by czu­ła moją obec­no­ść, ale nie była nią osa­czo­na, co z całą pew­no­ścią nie wy­pa­li­ło, bo tęsk­ni­łem za nią jak po­je­ba­ny.

Dni bez niej… to na­wet nie był kosz­mar. To naj­gor­sze tor­tu­ry. Za­mkni­ęty we wła­snej gło­wie czu­łem się nie­wol­ni­kiem umy­słu. Pod­su­wał mi naj­gor­sze sce­na­riu­sze, któ­rych brzy­dzi­łem się sam przed sobą. Nie mo­głem spać, bo w snach ją krzyw­dzi­łem. Nie mo­głem żyć na ja­wie, bo tu już nie­mal się to sta­ło. Chcia­łem znik­nąć. I tyl­ko moc­ne po­sta­no­wie­nie, że na­pra­wię to wszyst­ko, trzy­ma­ło mnie przy ży­ciu.

W ko­ńcu wzi­ąłem do ręki lap­to­pa i roz­sia­dłem się wy­god­nie w fo­te­lu w jej ga­bi­ne­cie. Wszędzie wy­czu­wa­łem obec­no­ść Oli­vii. W ide­al­nym po­rząd­ku, jaki pa­no­wał na biur­ku. W pe­dan­tycz­nym spo­so­bie uło­że­nia dłu­go­pi­sów z logo kan­ce­la­rii, w któ­rej pra­co­wa­ła. Na­wet w spo­so­bie, w jaki po­ukła­da­ne były na pó­łce opa­słe wo­lu­mi­ny ksi­ążek, zro­zu­mia­łe tyl­ko dla praw­ni­ków.

Naj­do­tkli­wiej jed­nak czu­łem ją w ser­cu, gdy tak cho­ler­nie chcia­łem zgar­nąć jej drob­ne cia­ło w ra­mio­na i ni­g­dy już nie wy­pu­ścić. Ale wie­dzia­łem, że przede mną dłu­ga dro­ga, za­nim będę mógł to zro­bić. Ni­g­dy nie po­go­dzę się z tym, co się sta­ło. Nie za­pa­no­wa­łem nad sobą. Zno­wu. Zno­wu w jej obec­no­ści. Tym ra­zem zmu­si­łem ją do uciecz­ki z domu. Z jej wła­sne­go miesz­ka­nia.

Ale uzna­łem, że nie po­zwo­lę, by mnie zo­sta­wi­ła.

Kie­dy tyl­ko upo­ram się z tym, co we mnie gni­je, zło­żę jej u stóp wszyst­ko, co mam w so­bie do­bre­go.

Wcze­śniej już da­łem znać Me­lin­dzie, że bio­rę kil­ka dni wol­ne­go, więc mia­łem na ten mo­ment tyl­ko jed­no za­da­nie. Od­pa­li­łem prze­glądar­kę i wpi­sa­łem ha­sło: „Dys­kret­ny te­ra­peu­ta, Nowy Jork”.

Mdli­ło mnie na samą myśl. Ale mu­sia­łem w ko­ńcu się ogar­nąć.

Co­py­ri­ght © for the text by Ju­lia Hel­lar

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Re­bel­de

Lesz­no 2026

All ri­ghts re­se­rved

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­dak­cja i ko­rek­ta języ­ko­wa:

Ju­sty­na Szym­kie­wicz

Ko­rek­ta po skła­dzie:

Jo­lan­ta Sza­lak, Ka­mi­la Po­la­ńska

Pro­jekt okład­ki i opra­wa gra­ficz­na:

Ju­sty­na Kna­pik @her­me­tycz­nie­_za­mknie­te

Skład:

Mi­chał Bog­da­ński

Wy­da­nie I

ISBN: 978-83-68916-28-7