Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Miejsce styku otwiera się po raz ostatni, odsłaniając swoje najmroczniejsze tajemnice. Rodzina Kellerów staje przed ostateczną próbą, ostatnią walką, która zdecyduje o wszystkim.
Ale z kim tak naprawdę będą musieli się zmierzyć? Z bezwzględnym Nilsenem, który przejął władzę w miasteczku? Z istotami nocy czającymi się w lesie?
A może, by przerwać cykl grzechu i kary, będą musieli stanąć twarzą w twarz z samymi sobą?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 382
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Być sobą to wielka odpowiedzialność.O wiele łatwiej jest być kimś innym lub nikim”.
Sylvia Plath
Prolog
Budynek otoczony był taśmami policyjnymi. Przed nim i w środku specjaliści w kombinezonach mierzyli natężenie fal. To, co dokładnie robili, nie było dla Theo do końca zrozumiałe.
Wysiadł z samochodu i wygładził jasnobrązowy płaszcz.
Jego uwagę przyciągnęły słowa wypisane czerwonym sprayem na kostce brukowej tuż przed wejściem do stacji: „Nic dobrego cię tutaj nie czeka”.
Wyjął z kieszeni rękawiczki z ekoskóry. Poranek był chłodny, ale przy stacji mróz dawał się we znaki szczególnie.
Pewnym krokiem podszedł do taśm i…
– Zaraz, zaraz. Dziennikarzy nie wpuszczamy – powiedział jeden z mężczyzn, który jeszcze chwilę wcześniej zabezpieczał ślady przed budynkiem. Uniósł dłoń, zagradzając Theo drogę.
– Dziennikarzy? Tfu. – Theo splunął w bok. – Bardzo dobrze, że nie wpuszczacie. A teraz pozwól mi przejść, chłopcze.
– Chłopcze? – Zdziwił się. Ten facet spokojnie mógłby być jego synem.
– Daj spokój! – wtrącił się nagle inny technik. – To przecież Theo Larsson. Naprawdę go nie poznajesz?!
Theo wsunął legitymację z powrotem do kieszeni.
– No tak! – Klasnął w dłonie. – Jak mogłem nie skojarzyć? To pan znalazł tę dziewczynkę i ściągnął ją z drugiego końca świata!
Pozostali technicy też przerwali pracę i zaczęli mu się przyglądać z niezdrową ciekawością.
– Wiedziałem, że jest pan młody, ale na żywo… wygląda pan jeszcze młodziej – dodał speszony mężczyzna. Nos i policzki poczerwieniały mu od mrozu i zawstydzenia.
– To prawda, że ma pan zdolności parapsychiczne? – zapytał drugi. – Pisali o tym w gazecie. Podobno duchy ofiar tego psychopaty zdradziły panu, gdzie szukać dziewczynki.
Theo zaśmiał się głośno. Miał ochotę splunąć raz jeszcze, słysząc te brednie. Szczerze nie cierpiał dziennikarzy. Wiedział, że nie może odpowiedzieć na to pytanie, bo niezależnie od odpowiedzi posypałyby się kolejne. Już to przerabiał. Jedyną szansą, by wyjść z tej opresji, była brutalna zmiana tematu.
– Jesteście pewni, że to stąd nadano sygnał? – zapytał rzeczowym tonem.
Technicy natychmiast się wyprostowali i spoważnieli.
– Właściwie… nie do końca – odezwał się po chwili jeden z nich. – To znaczy, jesteśmy pewni, że sygnał pochodził stąd, ale…
– Ale? – ponaglił go Theo.
– Również z innych miejsc.
– Czyli było kilka nadajników?
– Właśnie nie. Nie było żadnych nadajników.
– Ani śladów po nich – dorzucił drugi technik.
– Nie znam się na tym. – Theo zmarszczył czoło. – Ale zakładam, że mogły być po prostu małe.
Technicy spojrzeli po sobie, jakby właśnie usłyszeli coś kompletnie absurdalnego. Theo poczuł krótkie ukłucie wstydu, lecz zanim zdążył się wycofać, jeden z mężczyzn znów zabrał głos:
– Coś takiego… – zawahał się. – Tak potężny sygnał, który w jednej chwili dotarł do wszystkich urządzeń w kraju… czegoś takiego jeszcze nie było. Nawet alarmy wojenne, SMS-y RCB czy przemówienia głowy państwa nie osiągają takiej synchronizacji i kompletności. – Zniżył głos do półszeptu. – Sam nie wiem, jak ktoś mógł to zrobić. Pewnie dlatego pana tu ściągnęli.
Theo powoli kiwnął głową.
– Okej.
– Okej? – Technik zmrużył oczy ze zdziwienia.
– Tak. Powiedz mi tylko, gdzie znajduje się kolejna lokalizacja, z której pochodził sygnał.
– Najlepiej byłoby, gdybym sam…
– Nie – przerwał mu natychmiast. – Wystarczy, że wskażesz kierunek.
Technik spochmurniał, ale wyszedł na ścieżkę i pokazał, gdzie się kierować.
– Lepiej pojechać samochodem, zimno dziś strasznie. Za kilka minut zobaczy pan budynek.
– Wolę iść pieszo. Samochód zostawię tutaj, jeśli nie utrudni to wam pracy.
– Może zostać. My w zasadzie już wszystko zmierzyliśmy.
Theo już miał odejść, gdy natrętna myśl zmusiła go do zatrzymania się.
– Jeszcze jedno. Ten napis… – Skinął głową w stronę czerwonych liter na kostce. – Zrobiono go wczoraj po nadaniu sygnału czy był tu wcześniej?
– To tutaj? – Technik wyraźnie się zdziwił. – To stary bazgroł. Jest tu od lat. Pewnie jakieś dzieciaki kiedyś się wydurniały. Cały teren jest na sprzedaż, nikt go nie pilnuje, to i nie było komu tego zmyć. Nie widzi pan? Farba już dawno wyblakła – zauważył.
Niby taki specjalista, a takie pytania… – przemknęło mu przez myśl. W jednej chwili zmienił zdanie o Larssonie. Nie miał żadnych mocy, a w dodatku posiadał mało wiedzy. Tamta dziewczynka musiała być zwykłym zrządzeniem losu.
– Jasne. Dzięki. – Theo się uśmiechnął, poprawił płaszcz i ruszył w wyznaczonym kierunku.
Kroczył naprzód, ale obraz kostki brukowej nie dawał mu spokoju. Te litery. Ten przekaz: „Nic dobrego cię tutaj nie czeka”.
Zdziwienie technika i jego odpowiedź tylko utwierdziły go w przekonaniu, że widział coś, czego nikt inny nie dostrzegał. Dla nich farba była wyblakła. Dla niego litery zdawały się wychodzić z kostki, jaskrawe, mokre, pulsujące niczym świeża krew.
Tylko on wiedział, że te słowa są czymś więcej niż „wygłupami młodzieży”.
***
Mróz wciskał się przez każdą szczelinę płaszcza i kąsał skórę, ale to, co docierało do niego po drodze, było warte tego dyskomfortu. Tego nie doświadczyłby, siedząc w ogrzewanym samochodzie.
Dzięki tej wędrówce zaczynał coraz lepiej rozumieć to miejsce.
Stał teraz przed czteropiętrowym budynkiem z czerwonej cegły, który, podobnie jak stację, otaczała policyjna taśma. Choć teraz oplatający go bluszcz stracił liście, pozostawiając po sobie martwe, splątane pnącza, to Theo był w stanie sobie wyobrazić, jak dumnie prezentował się wiosną. Nad wejściem wisiała stara drewniana tabliczka z wypłowiałymi literami: „Pensjonat Starej Szkoły”. Przed budynkiem stał duży znak: „Na sprzedaż”. Pod nim ktoś dopisał coś jeszcze: „W tym pensjonacie nie mieszkają ludzie, tylko potwory. Masz ostatnią szansę. Zawróć”.
– Theo Larsson. – Zdecydował, że tym razem przedstawi się od razu, i nawet wystawił legitymację, omijając taśmy, by wejść do środka. – Był tu pożar? – zapytał, nieco mrużąc oczy.
– Jakoś w siedemdziesiątym piątym, ale z tego, co wiem, udało się go szybko opanować. – Głos był zniekształcony przez maseczkę ochronną, którą technik miał na sobie. – O, zostały tylko takie zwęglenia. – Poklepał ścianę.
Theo zerknął i rzeczywiście zauważył jedno poczerniałe miejsce.
– Mnie chodziło bardziej o ten zapach. Okropny. Dziwię się, że jesteście w stanie tu pracować.
– Zapach? – zdziwił się mężczyzna.
– Spalenizny. Nie do wytrzymania.
– Ale pożar był w siedemdziesiątym piątym… – mruknął. – Ja tam nic nie czuję.
– Nie czujesz? To dziwne – odparł spokojnie i ruszył ku schodom.
Za jego plecami rozległo się jeszcze: „Ten Larsson chyba naprawdę jest świrem”.
Powoli pokonywał stopień po stopniu, przyglądając się uważnie ścianom. Zaryzykował nawet, aby na trzecim piętrze lekko dotknąć jednej z nich. Po drodze nikt go nie zaczepił, choć na każdym piętrze dostrzegał co najmniej kilku specjalistów zabezpieczających wszystko, co się dało.
– Dużo ich – zauważył. – Ale cóż się dziwić.
Poprzedniego wieczora sygnał spowodował wzrost kortyzolu i adrenaliny w całym kraju. Ludzie przestali pracować, zrezygnowali z jazdy samochodami, bo doszło do mnóstwa wypadków. Rozpowszechniły się teorie spiskowe, plotki o wojnie, inwazji UFO… Theo nawet nie chciał myśleć, jak to wpłynęło na giełdy albo na wzrost połączeń z infoliniami i numerami alarmowymi.
W skupieniu dotarł na samą górę. Tu nie było ludzi. Smród spalenizny na niższych piętrach okazał się niczym w porównaniu z odorem krwi i wibracjami, które wbijały mu się w głowę. Zapach i dźwięk prowadziły go na koniec korytarza – do pokoju szesnastego, jak wskazywało oznaczenie na drzwiach. Z bijącym mocno sercem popchnął drzwi. Stanął gwałtownie, zorientowawszy się, że pomieszczenie nie jest puste.
– Nareszcie pan jest – powiedział funkcjonariusz w kurtce moro spokojnym, stanowczym głosem i wyciągnął dłoń. – Jeszcze młodszy, niż się spodziewałem.
Theo zmarszczył czoło, dłonią uciskając punkt między brwiami. Puls w głowie był niemal nie do zniesienia.
– Czas jest dla mnie łaskawy. Los już mniej. Z kim mam przyjemność? – Ten dźwięk sprawiał, że nie był w stanie dopasować twarzy do głosu, mimo że brzmiał znajomo.
– Pułkownik Hawke, to ja do pana dzwoniłem – wyjaśnił, wciąż trzymając wysuniętą ku niemu dłoń.
– Możemy wyjść? Strasznie tu dudni.
Theo ruszył, zanim Hawke zdążył odpowiedzieć.
Przez ułamek sekundy Hawke stał z wyciągniętą dłonią, czując się jak skończony dureń. Młody mężczyzna o chłopięcej, niemal anielskiej twarzy odwrócił się do niego plecami. Brązowy płaszczyk przypominał dawne stroje detektywów z filmów.
Jednak kiedy obaj znaleźli się na korytarzu, Theo od razu się zreflektował.
– Przepraszam. Naprawdę nie mogłem tam wytrzymać – powiedział, pierwszy podając rękę. – Może przejdziemy na „ty”? Będzie łatwiej.
– Jasne. – Pułkownik nie chował urazy. – Alan. Choć i tak każdy zwraca się do mnie per Hawke.
– Theo, ale i tak każdy zwraca się do mnie per „ten, który odnalazł tę dziewczynkę” albo „ten, co podobno gada z duchami”.
Pułkownik zaśmiał się krótko i wreszcie uścisnęli sobie dłonie.
– Zatem sygnał nadano również stąd? – Theo chciał przejść do sedna.
– Tak twierdzi jedna grupa specjalistów – odpowiedział mężczyzna. – Ale druga grupa… – ściszył głos do szeptu – sugeruje, że to nie były miejsca, z których sygnał został wysłany. Raczej były punktami, przez które przechodził, zanim dotarł do wszystkich.
– I to w tych okolicach straciliście sygnał tamtego samolotu?
– Dokładnie. Tak jak mówiłem przez telefon. To było trzy noce temu. W okolicy ostatnio zaginęło też sporo osób. Między innymi znany chemik Max Keller. Może pan o nim słyszał?
– Nie.
– Zanim zniknął, wcześniej zniknęła też jego rodzina. Żona i dwójka dzieci. Wiadomo, że chemik ich szukał. Ustaliliśmy, że dzień przed swoim zaginięciem wypożyczył urządzenie podobne do tych, na których dziś wszyscy tu pracują. W noc jego zaginięcia w jego domu znaleziono ledwo żywego mężczyznę. Powiadomiła nas o tym kobieta, z którą również nie możemy się skontaktować.
– Hmm. To wygląda na coś więcej niż zwykły zbieg okoliczności.
– Prawda – przytaknął Hawke. – W szesnastce coś poczułeś. Zatem rozumiem, że będziesz w stanie nam w tym pomóc.
– Pytanie tylko, w czym dokładnie potrzebujecie mojej pomocy – zaczął Theo. – W odszukaniu tego chemika i wszystkich zaginionych w tej okolicy? W odnalezieniu samolotu? Kto w ogóle był na jego pokładzie? W mediach nie było o tym żadnej wzmianki.
– Więźniowie – rzucił Hawke zdawkowo.
Theo niemal krzyknął.
– Zniknął tu samolot pełen więźniów?! W takim razie już rozumiem, dlaczego to zostało zatuszowane. Taka informacja dopiero wstrząsnęłaby krajem… Sam nie wiem, czy nie bardziej niż wczorajszy komunikat. Pewnie dużo was kosztowało ukrycie tego?
– Nie o to chodzi – odparł pułkownik spokojnym, stanowczym tonem. – Z tymi ludźmi i samolotem poradzimy sobie sami. Chcę, żebyś pomógł w czymś innym… Może po prostu wyczułbyś, skąd nadano sygnał. Szerzą się teorie, że to coś spoza tego świata. Ja w takie rzeczy nie wierzę, ale ty znalazłeś dziewczynkę i wszyscy twierdzą, że użyłeś jakiejś mocy albo miałeś kontakty… Wiesz, może po prostu mógłbyś to sprawdzić.
– Ale co konkretnie? – Theo się skrzywił. – Chyba wciąż nie rozumiem.
– No… czy tutaj coś jest. Czy coś czujesz. Czy ten sygnał mógł pochodzić z czegoś, czego my, zwykli ludzie… nigdy nie zobaczymy.
– Dziwne, że prosisz mnie o coś takiego, a w poprzedniej wypowiedzi podkreślasz, że w to nie wierzysz. – Uśmiechnął się lekko, nie mogąc się powstrzymać. – Niestety, muszę cię zmartwić, Alanie… Ja też nie wierzę. A moja praca to nie jest jakaś magia.
– Czyli nic tu nie ma? – spytał, tym razem zupełnie nie rozumiejąc tego, co Theo usiłował przekazać.
– Myślę, że zadajesz niewłaściwe pytania. – Spojrzał mu prosto w oczy. – Nie chodzi o to, skąd sygnał został nadany. Prawidłowe pytania brzmią: kto go nadał i… po co.
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1
– Tato!
Krzyk Jazza rozlał się po miasteczku.
Pazury Darina, a raczej tego, co zostało z Darina, tkwiły w brzuchu jego ojca. Szarpały, rozrywały. Chłopak widział to wszystko z nadludzką ostrością, jakby świat zwolnił tylko po to, żeby go dobić.
Krew tryskała na ziemię i na samego potwora.
Jazz nie mógł się ruszyć. Ciało przestało go słuchać.
Stał, z rozdziawionymi ustami, z płucami zaciśniętymi tak mocno, że przez sekundę nie mógł nawet oddychać. Dopiero potem krzyk wrócił, niekontrolowany i rozpaczliwy.
– Nie… nie… nie… – bełkotał. – Błagam… nie on… przestań… przestań… przestań!
Na skraju lasu Lizi, która chwilę wcześniej kopnęła Axela i wyrwała się z jego chwytu, znieruchomiała. Jej ciało też odmówiło posłuszeństwa. Nie mogła krzyknąć. Nie mogła biec. Tylko patrzyła.
– To… to niemożliwe… – wycharczał Max.
Jazz nie rozumiał jego słów. Ojciec próbował coś powiedzieć, ale każde zdanie urywało się bulgotem. Krew tryskała z jego ust i z rozszarpanego brzucha.
– Przecież mnie nie chciały… – wysapał. – Tak długo ich nie widziałem, że zapomniałem, że wciąż mnie gonią.
Jazz chciał podejść. Naprawdę chciał. Chciał uklęknąć przy nim, przyłożyć ucho do jego ust, powiedzieć, że słyszy, że rozumie i że wszystko będzie dobrze, choćby to było kłamstwo. Ale jego nogi były jak obce.
Ta bezradność bolała bardziej niż widok śmierci.
– Zostaw go… – wychrypiał w końcu.
Gardło paliło go żywym ogniem. Od krzyku zdarł je do krwi.
– Zostaw go… – powtórzył ciszej. – Rozkazuję ci…
Sam nie wiedział, skąd wzięło się to słowo. „Rozkazuję”. Przypomniał sobie Beatrice Langford, jej szept w miejscu cienistym, potwora, który wtedy zareagował. To było irracjonalne. Głupie. Ale Jazz nie miał nic innego.
– Rozkazuję ci, przestań… – dokończył, łapiąc powietrze i krztusząc się łzami.
Nocna istota napięła się, powoli unosząc głowę. Spojrzała prosto na Jazza.
Chłopak ledwo rozpoznawał w tej twarzy dawnego przyjaciela.
Uderzyło go wspomnienie.
Pierwszy raz, gdy zobaczył Darina w miasteczku. Dwa tygodnie po tym, jak razem z mamą i Lizi zrozumieli, że coś tu jest bardzo nie tak. Próbowali wtedy uciec. Bestie ich dopadły. Matka została ciężko ranna. Pamiętał zapach naparów Nory. Ręce Jannie, które trzymały ją, gdy krzyczała z bólu. Dwa tygodnie strachu, aż w końcu matka wstała z łóżka.
Pan Hayes zaprosił całą ich rodzinę na kolację, aby przeprosić, że przedtem im nie pomógł. Właśnie wtedy Jazz pierwszy raz zobaczył Darina. W pustym oczodole chłopaka ziała ciemna, nieregularna dziura o ostrych, nierównych brzegach. Skóra wokół była czerwonawa, z bliznami. Sine żyłki oplatały miejsce, w którym kiedyś było oko, tworząc chaotyczny wzór. Ale to nie blizny chłopaka zrobiły na nim wówczas największe wrażenie.
Jazz od razu poczuł, że łączy go z Darinem wyjątkowa więź. Odnosił wrażenie, jakby znali się od lat i tylko na moment się zgubili, aby zaraz znów się odnaleźć. Tej samej nocy Darin zginął, powiedziawszy wcześniej Jazzowi o dręczącej go w ciemności wizji, o obrazie, w którym widzi mężczyznę, z którego ostre pazury wyrywają wnętrzności…
Skąd mógł mieć takie wspomnienie już wtedy, skoro to wszystko, o czym opowiadał przed wieloma tygodniami, wydarzyło się dopiero dziś. Tu i teraz.
Stali teraz naprzeciw siebie, a Max umierał między nimi.
Darin, tak jak przy pierwszym ich spotkaniu, miał tylko jedno oko, które teraz po przemianie tliło się intensywnie żółtym światłem, jak u kota.
– Czułem, jak „wyrywano” cię z grobu – zaryzykował Jazz. – Jesteśmy połączeni. Wiedziałem, że wrócisz, że się zmienisz. Ale nie sądziłem, że pozwolisz im się pokonać, że nie zostanie w tobie żadna cząstka człowieczeństwa – mówił, szlochając. Wiedział, że jego ojciec już nie żyje. Wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak kiedyś Darin mu opowiedział.
– Widzę, jak ten człowiek krzyczy. Doświadcza bólu i strachu, którego nie można opisać słowami.
Jazz przymknął oczy, próbując wyobrazić sobie tę scenę.
– A co się dzieje potem?
Darin wstrzymał oddech, jego dłonie zacisnęły się na materiale spodni.
– Ten człowiek… umiera. Obraz się zaciera, aż w końcu znika.
– Jazz! – Lizi wreszcie udało się wyrwać z macek obłąkańczego strachu. Ciężko powiedzieć, czy pchała ją teraz jej własna siła, czy siła lustrzanej istoty, którą wpuściła do swojego ciała. – Uciekaj! – kierowała do brata ten sam komunikat, który wcześniej Jazz wykrzykiwał do ich ojca. – Natychmiast uciekaj! – Nie mogła pojąć, dlaczego on próbuje rozmawiać z bestią, która zabiła ich tatę, dlaczego wciąż tam stoi. – To nie jest Darin! – krzyczała dalej, resztką sił biegnąc do brata.
Zdziwiła się, kiedy kątem oka zauważyła doganiającego ją Axela. Bała się, że znowu ją złapie i będzie chciał zabrać w bezpieczne miejsce, poświęcając tym samym jej brata. Ku jej zdziwieniu nie poczuła na ciele lodowatych palców mężczyzny. Axel pędził przed siebie i zrozumiała, że biegnie po Jazza, dlatego, nie mając już sił, pozwoliła, by jej ciało zaryło w twardą, zbitą mrozem ziemię i się zatrzymało.
Wrzask Lizi i szaleńczo zbliżające się kroki na moment przykuły uwagę Jazza. Dosłownie na sekundę zwrócił ku siostrze twarz, a kiedy znowu się wyprostował, Darin znajdował się tuż przed nim. Rażące światło płynące z jego jednego oka wypalało oko Jazza.
Chłopak wrzasnął. A Darin otworzył usta. Jazz, porażony światłem, nie był w stanie dostrzec, że w jamie ustnej dawnego przyjaciela znajduje się teraz oko, które przed laty stracił, a po śmierci w jakiś sposób odzyskał. Z tego oka również wylewał się blask, ale nie żółty, lecz mlecznobiały.
Axel, widzący to już z niedużej odległości, nagle również stanął, kompletnie nie rozumiejąc tego, czego właśnie jest świadkiem. Widział tylko leżące na ziemi nieruchome ciało z wyrwanymi wnętrznościami, a dalej plecy obrzydliwego potwora, którego naga sylwetka wyglądała jak zmielone mięso niezgrabnie posklejane na kształt czegoś, co tylko z postury miało przypominać człowieka, i stojącego przed nim Jazza, na którego twarzy wirowały dwa światła: żółte i białe.
Jazz krzyczał. Lizi płakała i trzęsła się, wychwytując szuranie charakterystyczne dla Śpiewaków, którzy zbliżali się teraz do nich od strony lasu, zaintrygowani wrzaskami najpierw jej ojca, a teraz brata. Axel wstrzymywał oddech. A Darin…
Darin przemówił do Jazza, nie używając do tego typowej dla tych istot pieśni, lecz białego światła, którym go ranił:
„Wkrótce zrozumiesz, że tak być musiało”.
Rozdział 2
– Co tu robisz?! Dlaczego nadal tu stoisz?! Musimy uciekać. Dlaczego nie jesteś w tunelach? – Axel, który dopadł do Jazza pierwszy, zasypywał go pytaniami.
Darin, kiedy tylko przekazał komunikat, natychmiast zniknął.
– Czy tam coś się stało? Czy tam nie jest bezpiecznie? Nie możemy tam wrócić?! – ciągnął przerażony więzień, nie zważając przy tym na to, że zadręcza dopytywaniem chłopaka, który przed momentem był świadkiem zamordowania własnego ojca.
Z oka Jazza, na które padał żółty blask, ciekła strużka krwi.
Lizi znalazła się przy nich chwilę później. Wykorzystując resztkę sił, ścisnęła brata, który wyraźnie nie dowierzał w to, co właśnie się dzieje.
– To ty? – dociekał.
– Tak, ja. Jestem przy tobie. – Dyszała ciężko z bólu i wysiłku. Jeszcze przez kilka sekund nie mogła złapać oddechu.
– Ale prawdziwa? – Jego ton niespodziewanie się zmienił i odsunął od siebie siostrę, kiedy dostrzegł jej odmienione oczy. Jedno niebieskie, drugie zielone. Zachwiał się, nie rozumiejąc jeszcze, co to właściwie znaczy.
– Na chwilę się zgubiłam – spróbowała mu wytłumaczyć. – Ale już… – Chciała dokończyć i powiedzieć, że już się odnalazła, ale jak mogłaby powiedzieć coś takiego, kiedy tuż obok… – Opadła na kolana przy ciele ojca. – Nie możemy tu zostać. One… – próbowała wykrztusić. – One nadchodzą. Inne potwory. Słyszałam, jak szurały łapami. A w pensjonacie… – Znowu zabrakło jej tchu. Opierała dłonie na kolanach, lekko pochylona. – Tam też jest potwór – dokończyła, mając przed oczyma obraz tańczącego przed nią prawie nagiego Nilsena.
– Pójdziemy do chaty. Zaniosę cię. Twoje stopy… – zadecydował szybko Axel, spoglądając przy tym na bose, poranione stopy dziewczyny. – Tam z waszym ojcem zostawiliśmy Zoe.
– To ona żyje?! – zapytała z zaskoczeniem Lizi, przestając na moment gładzić zastygłą w przerażeniu, zarośniętą twarz taty.
– Z tego, co wiem, była z waszym ojcem od momentu katastrofy – wyjaśnił zdawkowo. Teraz również wychwycił kroki zbliżających się stworów, przed którymi przestrzegła ich Lizi.
– Czyli był tu jeszcze przed nią?! Cały ten czas?! Czyli wtedy, kiedy wydawało mi się, że widzę go w telewizorze, on… – Nieskładnie mamrotał Jazz.
– Powiem wam wszystko, co on sam mi powiedział, ale nie tu i nie teraz. Zaraz tu będą. A zanim one nas dorwą, wasz ojciec może się przemienić. Ruszajmy natychmiast do Zoe – zadecydował i chwycił Jazza mocno za nadgarstek.
– Poczekaj – przerwał mu raptownie. – Tunele są bezpieczne. Możecie tam wrócić.
– Jeśli tak, to co ty tu robisz?
– Ja… Ja…
– Dobra, wierzę ci, mały. Wiem, że to dla was koszmar, ale wasz ojciec chciałby, żebyście zrobili wszystko, co się da, by przeżyć tę pieprzoną noc. Wiedział, jak wiele ryzykuje, próbując wyrwać cię z rąk Nilsena, dziewczyno. Pogadamy później. Ruszamy. Już! – Ściskał teraz nadgarstki obojga nastolatków. – Może jeśli was tam przyprowadzę, pozwolą mi zostać chociaż tę jedną noc. Później wrócę do Zoe. – Spróbował ich pociągnąć.
Kolejni Śpiewacy o zniekształconych, wydłużonych ciałach wyłaniali się powoli zza drzew.
– Nie możemy zostawić tu taty! – zaoponował Jazz. – Dopiero go odzyskaliśmy.
– Musimy. Nie mamy innego wyboru. On nie żyje. – Axel był stanowczy, a jego głos wyjątkowo niski i chrapliwy. Zupełnie do niego niepodobny. Mocniej szarpnął za ich nadgarstki, wiedział, że jeśli trzeba będzie, to przerzuci sobie dziewczynę przez bark i siłą zaciągnie ją do tych tuneli. Z chłopakiem będzie trudniej. Coś w niego wstąpiło. Jakieś szaleństwo.
– Muszę coś zrobić. Muszę spróbować – bełkotał i rzucił się do pensjonatu.
– Nie! Jazz, tam jest Nilsen! Tata go zranił, ale nie zabił! – krzyczała za nim zrozpaczona Lizi, której dopiero co, dzięki poświęceniu ojca, udało się wyrwać z rąk tego potwora.
– Trudno – stęknął Axel. – Nie ma innego wyjścia – powiedział to bardziej do siebie niż do niej.
Jazz biegł do pensjonatu. Potwory się zbliżały, a Axel przyłożył swoją szorstką, zgrubiałą dłoń do ust i nosa Lizi.
– Jeszcze mi za to podziękujesz.
Dziewczyna tylko przez chwilę usiłowała się bronić, ale była wyczerpana i prawie natychmiast zaczęła się osuwać. Axel ją podtrzymał, a potem bez większego wysiłku przerzucił przez żylaste ramię.
– Oddałeś życie, żeby ją wydostać – zwrócił się jeszcze do nieruchomego ciała Maksa. – Dokończę to, o co walczyłeś, profesorku. Twoja córka będzie żyła, choćbym i ja miał przez to umrzeć.
Rozdział 3
Jazz gnał przed siebie jak w jakimś transie. Wiedział, że w budynku są już nocne istoty, słyszał też ostrzeżenie Lizi, że kolejne zbliżają się z lasu, ale w tym momencie nic innego go nie obchodziło. Zmienić coś. Naprawić. Pozbyć się w jakikolwiek sposób tego pożerającego go od środka poczucia winy.
Zatrzymał się dopiero, kiedy jego oczom ukazał się leżący na posadzce zegar z roztrzaskaną szybą. Już nigdy nie wybije północy, nie ostrzeże ich, że nadszedł czas potworów.
Windy nie było na parterze, a on nie mógł tracić czasu na to, aby ją tu przywołać. Zaczął przeskakiwać kolejne schody, wciąż pochłonięty przez szaleńczy trans.
Na schodach dostrzegł strumień krwi, która nawet w ciemności wydawała się iskrzyć jakimś blaskiem. Nie mógł podejrzewać, że to krew Nilsena, która trysnęła z rany więźnia, gdy jego ojciec rozorał ranę na ramieniu, przypieczętowując wcześniejsze dzieło Lily.
Winda była na piętrze. Jazz na oślep wciskał wszystkie przyciski, mamrocząc przy tym:
– Dlaczego? Dlaczego?! Dlaczego on to zrobił? Powiedział, że wkrótce zrozumiem, że tak musiało być, ale ja nigdy tego nie zrozumiem. Czegoś takiego nie da się zrozumieć.
Drzwi zamykały się powoli, jeszcze wolniej niż zazwyczaj, i Jazz zaczął przypuszczać, że wciskanie przycisków na oślep uszkodziło jakiś mechanizm i przez to już się nie domkną.
Kroki nocnych istot, które czaiły się na wyższych piętrach pensjonatu, stawały się coraz głośniejsze, a on przestępował nerwowo z nogi na nogę. Nie odnajdując lepszego rozwiązania, dalej klikał we wszystko.
– Zabierz mnie. Zabierz mnie tam, gdzie będę mógł to naprawić. Wiem, że potrafisz. Szukałem siostry i zabrałaś mnie do niej. Szukałem odpowiedzi i pokazałaś mi je. Wiem, że jesteś w stanie mnie cofnąć, tak jak Margharetę, zrób to teraz ze mną. Cofnij mnie i pozwól uratować ojca. Błagam cię. Oddam za to wszystko. Wszystko.
Kiedy jego oczom na końcu korytarza ukazała się kobieta, Jazz natychmiast przestał mamrotać i płakać. Wstrzymał oddech. Początkowo wziął ją za Uwodzicielkę. Chociaż nie emanowała światłem, to niewątpliwie była piękna. Szybko wytarł nos i oczy, dzięki czemu jego wzrok się wyostrzył, i natychmiast pojął, że już ją gdzieś widział.
Stała nieruchomo, a na jej twarzy malował się… strach?
– Ona się mnie boi? – zdziwił się Jazz. – Ona jest prawdziwa?
Czy to możliwe, że ta dziewczyna była w samolocie i po katastrofie, podobnie jak jego siostra, była przetrzymywana przez Nilsena?
Zrobił krok do przodu, chciał wysiąść. Może to dlatego winda się nie zamknęła, czekała, aby i ona mogła do niej wejść i się uratować. Lecz zanim Jazz zrobił kolejny krok, poczuł, że podłoga windy zaczyna drgać, i przypomniał sobie, gdzie widział tę dziewczynę.
Jej twarz widniała na fotografii na ścianie pensjonatu.
Teraz stała przed nim na końcu korytarza, a w oczach miała czyste przerażenie. Jazz się cofnął i znów zaczął klikać, tym razem tylko jeden konkretny przycisk – zamykający drzwi.
Zdjęcie było bardzo stare, a ona nic się nie zmieniła. Nie mogła być prawdziwa.
Drzwi znów powoli zaczęły się zamykać, a Jazz cały czas wpatrywał się w nieruchomą postać.
– Lily – przypomniał sobie.
Usłyszał jej imię po raz pierwszy, kiedy po śmierci Lenny’ego został utworzony pokój bezpieczeństwa, mający być schronieniem, w razie gdyby któryś z mieszkańców z jakiegoś powodu musiał nocą opuścić swój pokój. Jeden z seniorów próbował z niego skorzystać, jednak znaleziono go rankiem martwego pod drzwiami, bo Beatrice zdecydowała się wbrew ustaleniom zamknąć to pomieszczenie.
Plotki, które w tym miasteczku rozchodzą się szybciej niż kromki chleba upieczonego przez panią Peterson, a Jazz chłonął je wszystkie, wskazywały, że Bea nie chciała, aby ten pokój został użyty, ponieważ należał do jej córki. Do Lily. Dzienny pokój Lily, tak go nazwała.
Uświadomiwszy sobie to wszystko, Jazz nie miał już złudzeń. Wiedział, że jeśli winda nie ruszy w ciągu najbliższych sekund, to będzie zmuszony z niej wysiąść, uciekać o własnych siłach i walczyć o życie.
Rzucił jeszcze jedno przerażone spojrzenie w kierunku nieruchomego potwora i dojrzał to samo, co przedtem – ona też się bała. Bała się nawet wtedy, gdy jej ręce i nogi zaczęły strzelać i się wydłużać. Z każdą chwilą jej twarz traciła ludzkie rysy, coraz mniej przypominała dziewczynę z fotografii, ale nawet w takiej formie strach nie znikał z jej oblicza.
„Czego się boisz?!” – miał ochotę wykrzyczeć, aby zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Z pleców istoty, tuż pod łopatkami, coś zaczęło się wyłaniać. Skóra pękała cicho, a spomiędzy poszarpanych krawędzi wyślizgiwało się coś długiego, cienkiego, pokrytego błoną.
Brakowało już dosłownie kilku centymetrów, aby drzwi windy się zamknęły, ale mimo to właśnie w tym momencie, w którym Lily przyjęła swoją pełną nocną formę, winda ruszyła w dół. Jazz, pomimo szoku, mocno złapał się poręczy.
Z głośnym trzeszczeniem kabina pędziła w dół.
Chłopak z całych sił przygryzał dolną wargę. Adrenalina uderzyła mu do głowy, rozmazując rzeczywistość. Palce ślizgały mu się po poręczy, a wkrótce zaczął dostrzegać coś, co znajdowało się za tą kilkucentymetrową szparą niedomkniętych drzwi.
Przestrzeń zaczęła się wyostrzać i przybierać konkretne kształty. Spadając, miał wrażenie, jakby przez tę szczelinę obserwował skrócone wydarzenia z całego życia, ale nie swojego…
Podłoga zniknęła spod jego stóp. Winda spadała z taką prędkością, że odnosił wrażenie, że jego ciało nie nadąża i nie może dogonić podłoża.
Obraz w szczelinie się zmieniał, ale główny bohater pozostawał ten sam – dziewczyna z fotografii na korytarzu. Córka Beatrice.
Jazz dopiero teraz zaczął wszystko rozumieć i wiązać ze sobą kolejne fakty. Zacisnął powieki. Nie. Nie, to niemożliwe. Ten ranny więzień, Ezra! Jazz potrzebował kilku sekund, aby przypomnieć sobie jego imię. Mężczyzna majaczył w gorączce, ale ciągle mówił coś o uskrzydlonej królowej potworów. Jazz nigdy wcześniej nie widział, aby Śpiewak miał skrzydła, aż do dziś, kiedy to królowa sama mu się objawiła i pokazała w najstraszniejszej formie.
Może to o to w tym wszystkim chodziło… Jazz sądził, że Beatrice kontroluje potwory, że wydaje im polecenia, ale ona tylko przekazywała „sugestie”, a to Lily decydowała, czy je wykona.
No tak! Przecież on ją widział! Kiedy przyłapał Beatrice na wydawaniu poleceń, to ona też stała w tym tłumie, a jednak wówczas była tylko częściowo przemieniona, a Bea nie rozkazywała jej, tylko komuś zupełnie innemu – tamten był wysoki, niepokojąco smukły, a jego skóra miała odcień popiołu.
Langford wyprostowała się wtedy, wspięła na palce i nachyliła w stronę nieruchomej istoty, wypowiadając to pamiętne zdanie, które wszystko zapoczątkowało: „Tej nocy zaatakuj chatkę Hayesów”.
Gdyby wtedy tego nie zleciła, to Darin by nie umarł i nie skrzywdził dziś jego ojca.
Zimno przeszyło Jazza do szpiku kości. Nic nie miało sensu, a zarazem jasne było wszystko.
Lily jest królową, o której mówił Ezra, a skoro była królową potworów, to mogła powstrzymać rozkaz Beatrice, a tego nie zrobiła.
Winda wciąż spadała. Przeciążenie ścisnęło żołądek Jazza. Metaliczny posmak krwi z przegryzionej wargi rozlewał się po języku.
– Wiem już, co muszę zrobić. Wiem, jak to odkręcić. Wystarczy tylko…
Nagle, kiedy już zaczął sądzić, że to spadanie nie będzie miało końca, wszystko ucichło.
Drzwi z wolna zaczęły się otwierać, ale już przedtem promień zza szczeliny zwiastował, że Jazz się przeniósł.
Winda otworzyła się na parterze, zegar stał z nienaruszoną szybką i trwał dzień.
Chłopak skierował się do wyjścia, a kiedy miał już opuścić budynek, zza pleców dobiegły go słowa:
– Cześć. – Głos był niepewny, kobiecy i nieco piskliwy.
Jazz przez ułamek sekundy pozwolił sobie wierzyć, że to głos jego siostry, ale szybko musiał się opamiętać i wrócić do rzeczywistości.
Jakiś wewnętrzny podszept powstrzymywał go przed odwróceniem się. Jazz z nim walczył, ale i tak obracał się jak w zwolnionym tempie. A kiedy wreszcie stanął twarzą w twarz z osobą, która powitała go w tej rzeczywistości, desperacko zaczął się cofać, aż po chwili znów znajdował się w windzie.
– Ciebie nie może tu być! Jest dzień, a ty jesteś potworem! – zaczął łkać w panice.
Królowa potworów, przed którą ledwo uciekł, znów stała przed nim, tak jakby wcale się nie cofnął, a winda tylko zamknęła drzwi, aby znów je otworzyć w tym samym miejscu.
Upiorzyca znów miała łudząco ludzką formę. Wyglądała jak na zdjęciu wiszącym w korytarzu.
– Proszę, nie rób mi krzywdy – błagał, ze strachu nawet nie mogąc unieść dłoni.
W jej oczach pojawiło się teraz nie tyle przerażenie, które dostrzegł przedtem, ile wyraźny szok. Wydawała się szczerze zaskoczona jego reakcją. Otworzyła usta, a Jazz był pewien, że robi to tylko po to, aby zaraz skoczyć na niego, w locie znów się przemienić i pożreć za jednym kłapnięciem. Ze strachu zacisnął powieki, a wtedy…
– Mamo! – zawołała Lily.
Jazz przełknął ślinę. Mimo przypuszczeń, że to podstęp, kolejna z wymyślnych gier Śpiewaka, znalazł w sobie odwagę, aby otworzyć jedno, niezranione oko.
Dziewczyna wciąż stała przed nim, jednak już nie patrzyła na niego, lecz na szczyt schodów, po których schodziła zaalarmowana kobieta.
– Co się stało?! – Natychmiast chwyciła ją za drobne ramiona. – Gorzej się czujesz? Powinnaś usiąść, przyniosę ci wody. – Nie dała dojść dziewczynie do słowa. Jazza nawet nie zauważyła.
– Nie, nie, mamo, przestań. – Lily spróbowała ją odepchnąć, ale miała zbyt mało siły. – Jakiś chłopak jest w windzie, chyba przeszedł nocą. Zobacz! – Prawie to wykrzyczała, wiedząc, że inaczej do matki, jak zawsze zaniepokojonej jej zdrowiem, nie dotrze.
Dla podbicia komunikatu wycelowała w Jazza palcem – i choć to z całą pewnością nie była wydłużona, wykrzywiona łapa zakończona czarnymi jak smoła pazurami, to chłopaka i tak przeszedł dreszcz.
Kobieta powiodła wzrokiem wzdłuż ręki córki i dopiero teraz spojrzała prosto w twarz przybysza.
Jazz zrobił to samo i od razu się zachwiał. Poczuł, jak w ustach robi mu się sucho. Musiał złapać się drzwi windy, aby nie upaść.
– Beatrice – wydobyło się z jego warg.
Kobieta badawczo przekrzywiła głowę.
– Czy my się znamy, młody człowieku? – zapytała surowo, ale z realnym wyczekiwaniem na odpowiedź.
– Tak – wypalił, ale szybko się zreflektował: – To znaczy nie. Jeszcze nie.
Beatrice dłuższą chwilę analizowała to, co właśnie usłyszała, a wówczas i on miał czas, aby przyjrzeć się jej uważniej.
Beatrice Langford, ta sama, którą przez ostatnie miesiące tak dobrze poznał, a zarazem zupełnie inna… Bez laski, na której się podpierała, odkąd trafił do miasteczka, wyprostowana, silna i… taka młoda.
Może właśnie dobiegała czterdziestki, a może skończyła ją niedawno. Pierwsze zmarszczki dopiero zaczęły pojawiać się w okolicach oczu i między brwiami, poza nimi jej twarz była jędrna, promienna, a w oczach nie było tego bólu, który wgryzł się w nią po śmierci Lily, a później pogłębił po śmierci Edmunda. Zamiast tego była zaciętość, hardość, charakter, który miała od zawsze. Jej włosy błyszczały równie mocno jak włosy Lily, mimo że w miejscu styku nie było mowy o obecności odżywki czy nawet szamponu. Ten blask we włosach był czymś, co dla kobiet w rodzinie Langfordów było naturalne.
– Chyba nie rozumiem – odezwała się, kiedy po przeczesaniu dokładnie wszystkich zakamarków pamięci nie odnalazła w niej jego twarzy. – Co ty tu robisz? Kim jesteś?
– Ja też nie wiem – odpowiedział bez namysłu.
– To może inaczej… Jak długo tu jesteś?
Lily, kuląc się przy matce, bacznie przysłuchiwała się ich rozmowie.
– A który jest rok?
– Kpisz sobie ze mnie, chłopcze? – Uniosła brwi.
– Mamo, on jest zdezorientowany. Zobacz, boi się. Nie wie, co się dzieje. – Lily zdawała się przeciwwagą władczej matki.
Trafiła w punkt ze wszystkim.
Tak – Jazz z pewnością czuł się zdezorientowany. Tak – bał się. I wreszcie – tak! Na Boga, nie wiedział, co się dzieje. Nie wiedział nawet, do którego roku go przeniosło. Beatrice była może w wieku jego własnej matki, a może niewiele starsza, no i Lily! Żyła, choć wyraźnie coś jej dolegało, bo była wyjątkowo szczupła i blada, ale żyła, nie została królową, ba! Nie była jeszcze nawet potworem. Zatem…
Może winda wykonała swoje zadanie, może przywiodła go tutaj, aby to wszystko powstrzymał, aby Lily nie sięgnęła po koronę nocy i później nie zwerbowała Darina, wyciągając jego szczątki z grobu.
– Przepraszam. – Nerwowo podrapał się po karku. – Nie żartuję z pani. Po prostu wszystko jest takie dziwne. Czy mógłbym się dowiedzieć, który to jest rok?
Nagle ze szczytu schodów dotarła do niego odpowiedź, która go zaskoczyła.
– Co? Mógłbyś powtórzyć? – poprosił Jazz. Nie dowierzał w to, co widzi.
Przy Beatrice i jej córce stanął młody, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Miał długie włosy, mocno zarysowaną szczękę i znajomą twarz.
– Psia krew, przecież mówię. Mamy rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty.
– Zna moje imię – zwróciła się do swojego syna pani Langford.
– Ktoś musiał z nim rozmawiać, kiedy tu szedł. Tu go znaleźliście?
– Ja go znalazłam – odparła cicho Lily. – Wysiadał z windy.
– Czyli spędził w pensjonacie noc?
Rozmowa Langfordów toczyła się nadal, ale do Kellera docierały tylko jej zniekształcone fragmenty.
Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty – liczył uparcie w głowie. Zatem… cofnąłem się o trzydzieści trzy lata. Wszystko mogę zmienić. Naprawić. I wiem jak. Wystarczy tylko, że ochronię Lily. Ona nie umrze. Nie stanie się królową potworów. Nie przemieni Darina, a on nie zabije mojego ojca.
To takie proste. Wystarczy zrobić tę jedyną rzecz.
Ochronić Lily.
Redakcja: Magdalena Gonta-Biernat Korekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Catherine Reiss 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-50-0
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
Spis treści
Prolog
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
