Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jeśli myślałeś, że przetrwanie w tym miasteczku było trudne, przygotuj się – prawdziwe zło dopiero wychodzi z cienia.
Po katastrofie lotniczej zbiegli więźniowie, dowodzeni przez sadystycznego Nilsena, przejmują władzę w pensjonacie Starej Szkoły. Dotychczasowe zasady przestają obowiązywać. Zarówno za dnia, jak i nocą poluje najgroźniejszy drapieżnik – człowiek.
Kellerowie wraz z garstką seniorów, którym udało się przetrwać, uciekają do labiryntu tuneli pod miasteczkiem. W tym miejscu przeszłość i teraźniejszość splatają się w gęstą, duszącą mgłę strachu. Myśli o ucieczce czy odzyskaniu dawnego życia schodzą na dalszy plan. Teraz liczy się jedno: przetrwać każdą godzinę i odbić pensjonat z rąk tych, którzy uczynili z niego arenę brutalnej zabawy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 287
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
„Ten, który z demonami walczy, winien uważać, by samemu nie stać się jednym z nich. Kiedy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie”.
Friedrich Nietzsche
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1
Ziemia drżała.
Mgła była tak gęsta, że można było ją pokroić nożem. Ciężka, lepka, spływała po skórze niczym kropla gorącego mleka. Zniekształcała kontury świata i zacierała horyzont.
Rosanna biegła na oślep w tej białej zawiesinie. Ciągnęła za sobą Tylera. Jego zwykle ciepła dłoń po raz pierwszy była lodowata. Kurczowo ściskał jej nadgarstek, jakby jedynie to mogło go ocalić. Pozwalał, by prowadziła go nawet tam, gdzie nie było pewności, czy w ogóle istnieje świat.
Za nimi trzymali się Axel i Oskar. Milczący, zbyt skupieni, by zadawać jakiekolwiek pytania. Zostawili przyjaciela pod gruzami, wierząc, że tylko dotarcie do schronienia przed północą może uratować im życie i dać mu jakąkolwiek nadzieję.
Skąd ta wiara? Co sprawiło, że zaufali krótko ostrzyżonej kobiecie, o której wiedzieli tylko, jak ma na imię? Nie potrafili tego wyjaśnić. Po prostu to czuli.
Nadchodząca północ pulsowała w ich kościach.
– To już niedaleko! – zawołała Keller.
Chciała dodać otuchy innym, ale tak naprawdę mówiła to do siebie. Nie miała pewności, czy zmierza we właściwym kierunku. Nigdy przedtem nie schodziła do tuneli, w których więziono jej męża. Wolała trzymać się od niego z daleka; od niego i od wszystkiego, co kryło się pod powierzchnią ziemi.
Wiedziała na pewno, że nie mogą wrócić do pensjonatu. Tyler wspominał o roztrzaskanych oknach, a wizja, że Tigger i Nilsen mogli się tam już zadomowić, była zbyt prawdopodobna.
Rosa czuła instynktownie, tą irracjonalną, matczyną mocą, że Jannie i Sophia zaprowadziły jej dzieci do tuneli.
Miała tylko nadzieję, że Max wciąż jest w izolatce i że nikt nie wpadł na pomysł, by w chaosie tej nocy go uwolnić.
– A to co? – Axel zatrzymał się gwałtownie. Jego buty zaryły w wilgotną ziemię z głuchym plaśnięciem.
– Nie powinniśmy się zatrzymywać! – syknęła Keller, ale też zwolniła.
Mgła gęstniała.
Rosa nie była pewna kierunku. Jeśli się myliła, jeśli nie dotrą do tuneli przed wybiciem północy… wolała być przy nich i liczyć, że jej tam pomogą, niż błąkać się sama w mlecznej otchłani.
Axel zmrużył oczy i przesunął się o krok do przodu. Jego wąsy oblepiała wilgoć, a krtań się ścisnęła.
– Ciała – powiedział w końcu, kucnąwszy chwilę wcześniej. – Tam leżą związane ciała. – Skupił się, próbując zrozumieć, co widzi, i w jakikolwiek logiczny sposób to sobie wytłumaczyć.
Kiedy uniósł wzrok, dostrzegł na twarzy kobiety i chłopaka coś, co zmroziło mu krew w żyłach – uśmiechy.
Chciał już zapytać: „Dlaczego się cieszycie? Co jest z wami nie tak?” – ale nie zdążył.
– Idziemy w dobrą stronę! – zapewniła Rosanna, a w jej głosie pobrzmiewała dziwna, niemal histeryczna ekscytacja. Bez wątpliwości ruszyła w kierunku, gdzie we mgle majaczyły kontury trupów.
Axel się zawahał, a mimo to konsekwentnie podążył za nią. Wbił dłonie głęboko w kieszenie kombinezonu, gniotąc materiał palcami, żeby nie drżały.
– O co w tym wszystkim chodzi? – zapytał, zrównując krok z Rosanną.
– To pacjenci, którzy mieszkali w tunelach – odparła, nawet się nie zatrzymując. – Podejrzewam, że podczas eksplozji doznali zawału albo nagłego zatrzymania krążenia. Zmarli, zanim ktokolwiek zdołał im pomóc.
– I mówisz to z taką radością? – zauważył. – Dlaczego w ogóle trzymaliście ich w tunelach? I dlaczego ktoś wyrzucił ich ciała?!
– To… skomplikowane – powiedziała cicho, łapiąc powietrze między słowami. – Ale to dobry znak, musisz mi zaufać. Jeśli ciała są już wyciągnięte, to znaczy, że miałam rację i ktoś inny zdołał dotrzeć do tuneli. Musieli wynieść ich na zewnątrz, bo za chwilę się przemienią.
– Przemienią? – powtórzył drwiąco. – Niby w co? Wilkołaki? Jest dziś pełnia czy co? – Spojrzał w górę, ale niebo było czarne.
Keller odezwała się ponownie, dopiero kiedy minęli ciała i zza mgły niespodziewanie wyłonił się potężny właz:
– Lepiej mi pomóż.
Powierzchnia śluzy zalśniła jak mokra skóra węża.
– Co tam jest? – zapytał Axel wysokim głosem, który miał brzmieć pewnie, ale zdradził nieufność w stosunku do kobiety.
– Nasze schronienie – odpowiedziała krótko.
Uklęknął przy niej.
Oskar patrzył na nich z dystansu, z chłodną, oceniającą miną. Tyler wciąż stał, cofnięty o kilka kroków, i spoglądał przez ramię w kierunku miejsca katastrofy. W jego spojrzeniu czaiła się walka między rozsądkiem a nadzieją, że może jeszcze zdąży wrócić i wydostać ojca.
Mgła gęstniała. Czas przyspieszał, a ziemia pod ich stopami zadrżała po raz kolejny.
– Nawet o tym nie myśl. – Rosanna nagle znalazła się przy chłopaku i położyła mu dłoń na ramieniu. – Wchodzimy do środka.
– Panie przodem – rzucił Axel, obracając końcówkę wąsa na palcu z udawaną nonszalancją, która ledwie maskowała niepokój. W jego głosie pobrzmiewała nuta kpiny, ale oczy pozostawały czujne.
– Tyler… – Rosanna ponownie zwróciła się do chłopaka. – Obiecałam twojemu ojcu, że przeżyjesz – przypomniała mu cicho. – Zrób to dla niego.
Młody Hayes ostatni raz spojrzał w dal, drgnęła mu warga.
– Nie ma czasu – ponagliła Rosanna.
Skinął głową z rezygnacją. Wszedł pierwszy. Za nim Rosanna, potem Oskar.
Axel został na powierzchni najdłużej. Przez chwilę wpatrywał się w ciała. Były skrępowane, niektórym brakowało kończyn, innym oczu, lecz blizny nie wyglądały na świeże. Ich twarze zastygły jak groteskowe maski, a otwarte oczy błyszczały.
Pochylił się nieco, aby przyjrzeć się uważniej jednemu z ciał. W odpowiedzi ziemia zadrżała.
Z głębi dobiegło dudnienie.
Tik… Tak… Tik… Tak…
Axel czuł je w zębach, w klatce piersiowej, w kręgosłupie.
– Zamykaj właz! Zamykaj właz! – rozpaczliwy głos Rosanny przebił się przez bębnienie. Brzmiała tak, jakby od tego zależało ich życie.
Więzień natychmiast zeskoczył na drabinkę, a w tej samej chwili dwie pary rąk chwyciły go za nogawki i wciągnęły do środka.
– Ogarnijcie się! Przestańcie! – ryknął piskliwie, gdy z trudem udało mu się zatrzasnąć właz.
Rozdział 2
– O Boże… udało się. Udało… – powtarzała gorączkowo Rosanna. Nie zwracała uwagi na wściekłość skazańca, tylko rzuciła się w głąb korytarza, wołając jakieś imiona.
Axel domyślił się, że to imiona jej dzieci. Ruszył za nią powoli, nieufnie. Oskar szedł tuż obok, milczący, z kamienną twarzą.
Korytarz był niski. Obaj musieli się pochylić, by nie uderzać głowami o sklepienie. Axel tylko odrobinę. Oskar zaś musiał porządnie się wygiąć.
Powietrze było tu gęste, wilgotne i stęchłe. Pachniało grzybem i fekaliami. Ściany pokrywał zielonkawy nalot. Niektóre cegły były popękane, a w szczelinach błyszczały drobne krople wody, którą Axel miał ochotę zlizać, ale zdołał się powstrzymać. Przesunął tylko dłonią po powierzchni, a później przyłożył wilgotne palce do spierzchniętych ust.
Chłopak, który zostawił ojca pod gruzami, mamrotał coś pod nosem, idąc kilka kroków przed nimi. Nie miał w sobie tego entuzjazmu, co kobieta. Nie cieszył się, że znalazł schronienie.
Wkrótce Axel i Oskar stanęli na progu dużego pomieszczenia. Wreszcie mogli się wyprostować. Zrobili to z radością. Wyciągali się, aż strzelały im stawy barkowe, wskakując na odpowiednie miejsca.
Przed nimi rozciągała się przestrzeń przypominająca szpitalną salę sprzed dekad. Rzędy metalowych łóżek sięgały aż po koniec pomieszczenia. Do niektórych z nich wciąż przywiązani byli ludzie, ubrani jednakowo w szare, poplamione piżamy. Inne łóżka były puste, z pościelą ułożoną w zgrabny stos, a jeszcze inne ze zmiętą, jakby ktoś wstał z nich przed chwilą. Axel się domyślił, że leżeli na nich ci, których ciałom przyglądał się przed wejściem.
Pod ścianą tłoczyła się grupa osób. W większości starcy, wyniszczeni i bladzi prawie tak samo jak trupy, które Axel widział na zewnątrz. Tylko dwoje spośród nich było młodych: szczupły chłopak o rozczochranych włosach i dziewczyna o dziecięcej twarzy, której czarne włosy przecinały pasma siwizny. Ubrana w jaskrawą spódnicę i kolorowy sweter wyglądała jak plama życia w tym świecie wypłowiałych odcieni. Rosanna klęczała między nimi, przyciskając ich do siebie. Mówili chaotycznie, drżącymi głosami, chcąc w kilku minutach nadrobić całe dni milczenia.
Wilgoć i stęchlizna drażniły Axela. Przez chwilę wstrzymywał oddech, ale smród był nieustępliwy. Kichnął, nie mogąc się powstrzymać. W tej właśnie chwili wszystkie spojrzenia, nawet te puste oczy przywiązanych do łóżek pacjentów, skierowały się na niego i na Oskara.
Jego przyjaciel pozostał nieruchomy, z dłońmi schowanymi w kieszeniach. Obserwował wszystko w skupieniu. Prześlizgiwał spojrzeniem po ścianach, po twarzach, po detalach, których inni nie dostrzegali.
Axel natomiast czuł, jak rośnie w nim nerwowy śmiech. Nie lubił, gdy go oceniano, a czuł z niezaprzeczalną pewnością, że właśnie teraz oni patrzą nie na jego twarz, lecz na pomarańczowy kombinezon. I wydają wyrok.
– Kto to jest?! – krzyknęła nagle jedna ze staruszek, prostując się tak mocno, że wyglądała co najmniej niepokojąco. Skóra na jej dłoniach była cienka jak papier, pokryta siatką paskudnych blizn. – Przyprowadziłaś tu tych… – szukała słowa, którym mogłaby ich obrazić, ale skończyło się na tym, że na głos powiedziała: – …ludzi?!
– Spokojnie, Sophio! – Rosanna się podniosła, wciąż jeszcze oddychając ciężko. – Oni są z nami. Nic nam nie grozi.
Zrobiło mu się nawet miło, że go broni.
– To jest Axel – wskazała na niego.
Na dźwięk swojego imienia opuścił ręce wzdłuż ciała i teatralnie się skłonił.
– A to Oskar – dodała.
Oskar nawet nie drgnął.
– Buongiorno, przybywamy w pokoju – odezwał się Axel, decydując wreszcie, jaka forma przywitania z tą dziwną zbieraniną ludzi będzie najodpowiedniejsza.
Sophia ruszyła do przodu, ignorując powitanie Axela i złapała Rosannę za ramiona, niemal nią potrząsając.
– Blacha z samolotu walnęła cię w łeb, głupia kobieto?! Oni są niebezpieczni!
– Z całym szacunkiem – odezwał się Axel, czując się w obowiązku bronić Rosanny. – Nie jesteśmy niebezpieczni. – Jego ton był obojętny, ale oczy błyszczały mu rozbawieniem. – I nie podoba mi się, że ktoś z pani… życiową mądrością ocenia innego człowieka po ubraniu.
Teraz to on zrobił krok naprzód.
Grupa drgnęła, jakby spodziewając się, że za moment ich zaatakuje.
Axel pokręcił głową z dezaprobatą.
– Cześć – przywitał się raz jeszcze. – Jestem Axel. Pomarańczowy kombinezon mnie nie definiuje. – Wyciągnął rękę do jednego z mężczyzn, nie wiedząc jeszcze, że wybrał akurat najważniejszą dla Sophii osobę, jej brata.
– Widzisz? Wszystko jest w porządku. – Rosanna wciąż próbowała załagodzić sytuację.
Może gdyby wiedziała, przez jakie piekło przeszli Sophia i reszta w pensjonacie, napadnięci przez innych więźniów, obrałaby zupełnie inną taktykę.
– Charles – przedstawił się staruszek i ku zaskoczeniu wszystkich uścisnął dłoń Axela. Jego uścisk był słaby i suchy. – To jest moja siostra, Sophia – dodał, wskazując na starszą kobietę. – A to Ruby… – kobieta wciąż ściskała dłoń, z której siłą ściągnięto pierścionek, nie mogąc się pogodzić z jego brakiem – …pan Perrington… – Charles skinął głową w stronę starca o woskowej cerze – …i dzieci Rosanny: Lizi i Jazz.
– Co z pozostałymi? – spytała Rosanna z rosnącym niepokojem. – Gdzie są Jannie, Marghareta… – Chciała wymieniać dalej, jakby samo wypowiedzenie imion mogło sprowadzić tych, których tu nie było, ale Sophia przerwała jej stanowczym gestem.
– Nie puścili ich – powiedziała. – Nam cudem udało się uciec. Wykorzystaliśmy moment, w którym… – urwała, bo sama myśl o tym, co się stało, była zbyt ciężka.
– W którym co? – naciskała Rosanna.
– Ich koledzy nas napadli – wtrąciła Ruby, wskazując na przybyszy.
– To nie są nasi koledzy – warknął Axel, zerkając na Oskara. – Nikt, kto atakuje bezbronnych ludzi, nie jest naszym kolegą – mówił z ogniem w oczach, ale ze względu na więzienny strój jego słowa nie brzmiały wiarygodnie.
W pomieszczeniu zrobiło się jeszcze bardziej duszno.
– Chcieli dzielić się kobietami – dodała Ruby. – Byli jak zwierzęta…
– Niemal jak nocne istoty – mruknął Charles.
– Pozabijaliby nas – wycedziła Sophia z pełnym przekonaniem. – Ale zanim by to zrobili, to by nas torturowali. Gdyby nie…
– Gdyby nie co? – Rosanna czuła, jak napięcie ściska jej gardło. Wiedziała już, że w pensjonacie wydarzyło się coś strasznego. Wolała oderwać plaster natychmiast, nawet jeśli miało zaboleć.
– To Jannie – odezwał się cicho, prawie bezdźwięcznie Jazz. – To ona była tym mordercą grasującym w pensjonacie. I to ona nas ocaliła. Podcięła gardło jednemu z nich.
Rosanna zastygła. Nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
– Słucham? – wyszeptała, patrząc po kolei w oczy każdego seniora i szukając w nich zaprzeczenia.
Jazz się skulił, otulony ramionami jak kokonem. Lizi stała obok, zupełnie bez emocji, jakby jej dusza została gdzieś na powierzchni. Tyler, który znajdował się nieco dalej, teraz usiadł przy niej, ale nic do niej nie powiedział. Po tym, co się stało, nie potrafił.
– Mówi prawdę – potwierdziła wreszcie Sophia, choć przyszło jej to z trudem. – Jannie miała skalpel. Przyznała się, że najpierw zabiła własnego męża, a potem te trzy nieszczęśniczki.
– Ale… – Rosanna pokręciła głową, próbując odepchnąć od siebie myśl, która nie mieściła się w żadnym logicznym porządku. – Dlaczego to zrobiła? Nie… nie ona…
– To nie ma teraz znaczenia – ucięła Sophia. – Ważne, że tym samym skalpelem podcięła gardło jednemu z napastników. Tak jak powiedział twój syn. Wykorzystaliśmy moment, w którym Nilsen stracił czujność. Uciekliśmy.
– Jannie się nie udało – dokończył za Sophię jej brat. – Złapał ją. Zabrał jej broń. Byli tam też inni, tacy jak ten zabity, ten, który nazywał siebie Tiggerem. Oni schwytali resztę. Dlatego tylko nam udało się tutaj dotrzeć. Kiedy weszliśmy do środka, mieliśmy nadzieję, że znajdziemy kogokolwiek: pastora, Beatrice, ale zastaliśmy tylko pacjentów. – Zmarszczył brwi. – Kilkoro z nich już nie żyło. Ich serca nie wytrzymały.
Twarz Sophii stwardniała.
– Oczyściliśmy pomieszczenie. Z pewnością zauważyliście ciała, kiedy tu wchodziliście. No i zaskoczyło nas coś jeszcze… izolatka była otwarta. Pusta.
– Uff – wymknęło się Rosannie.
Sophia uniosła brwi. Ruby zmrużyła oczy, ale nikt nic nie powiedział. Każdy rozumiał, że czasem ulga i boleść mają ten sam ton.
– A Marghareta? – Rosanna poczuła, że musi szybko zmienić temat. – Sama zaprowadziłam ją do pensjonatu. Była ranna. Szukała pomocy…
Jazz nagle wybuchnął płaczem. Dźwięk był tak gwałtowny, że Axel drgnął i odwrócił głowę.
– Maggi żyje – odezwała się Sophia. – Musi żyć. Jest silna, dokładnie taka, jak ja kiedyś. Przetrwa wszystko.
– Twój syn załadował ją do windy – doprecyzowała Ruby, spuszczając wzrok. – Nie wiemy, gdzie wysiadła, ale na pewno nie opuściła budynku.
Sophia przyjrzała się Rosannie z chłodną podejrzliwością.
– A wy? Gdzie byliście, kiedy to metalowe ptaszysko spadło z nieba? Co z pastorem? Co z twoim ojcem? – Jej spojrzenie przeniosło się na Tylera, który od początku milczał. – Chłopcze. – Podeszła bliżej, stawiając ciężkie kroki. – Pytam, co z twoim ojcem?
Tyler uniósł na nią wzrok. Jego oczy były puste, zgasło w nich całe światło. Przez moment wydawało się, że zaraz coś odpowie, ale wtedy Axel zrobił krok naprzód, stając obok niego.
– Nie musi mówić – odezwał się taktownie. – Wystarczy na niego spojrzeć.
Rozdział 3
Klęczeli jedno przy drugim, niemal stykając się barkami: Thomas Hayes, Ezra Graham i Lena Crowley.
Z ciała Ezry wystawała gruba na dwa palce blacha, która poruszała się w rytm jego płytkich, urywanych oddechów. Twarz, oblepiona sadzą i skrzepłą krwią, lśniła w nikłym świetle płonącego wciąż wraku samolotu. Pomarańczowy kombinezon zdradzał, kim był, zanim tu trafił.
Ten widok wstrząsnął Hayesem, bo pojął coś, co wolałby wymazać z myśli: tak właśnie wyglądałaby jego własna przyszłość, gdyby nie został wchłonięty przez miejsce styku przed dwoma laty. Teraz zrozumiał, że każdy, kto dopuścił się tak niewybaczalnej zbrodni, prędzej czy później kończy tutaj. On trafił tu przed aresztowaniem. Ezra już po. Różnica była żadna. Koniec ten sam.
Obok Ezry klęczała kobieta. Powtarzała swoje nazwisko w kółko i w kółko, jak zaklęcie.
„Lena Crowley. Lena Crowley”. Jej głos drżał, był coraz cichszy, coraz bardziej pękający. Na spierzchniętych ustach błyszczały drobinki krwi, a zapadnięte policzki pulsowały od gorączki i strachu. Miała ostre rysy, które w świetle ognia wyglądały jak wyciosane z kamienia. Ale w oczach tliła się iskra, upór, który nie pozwalał jej upaść.
– Kim jesteście? Czym jesteście? Czego chcecie? – wyrzucała z siebie pytania, ale Thomas wiedział, że to tylko odruch. Że tak naprawdę nie chciałaby uzyskać odpowiedzi.
Przed nimi stała cała horda potworów. Śpiewały cicho, a ich początkowo melodyjne głosy przeradzały się w chrapliwe, niemiarowe dźwięki. Z ust ciekła im czarna ślina, spływała po podbródkach i spadała na ziemię. Na ich czele było coś, czego Thomas jeszcze nie rozumiał. Coś, co miało skrzydła. Nigdy wcześniej nie widział podobnego stworzenia.
Skrzydła nie przypominały ptasich, bo były cięższe, bardziej mięsiste, uformowane z brudnych, porowatych fałd skóry, które unosiły się i opadały. Gdy istota poruszyła nimi lekko, powietrze wypełnił lepki podmuch ciepła, a mgła wokół nich drgała jak żywa.
– Pozwól nam odejść… – wyrzucił z siebie z trudem Ezra. Każde słowo wprawiało w ruch blachę, która wbijała się w jego ciało jeszcze mocniej.
„To daremne” – chciał mu odpowiedzieć Hayes, ale zabrakło mu odwagi. Prośby nic nie zmienią. Weszli w interakcję z tymi potworami. Od tej chwili aż do świtu byli ich zabawkami. A świt był jeszcze bardzo daleko.
Nie było więc żadnego „jakoś uciekniemy”, „jakoś przetrwamy”. Było już po nich. Dla Hayesa było to jasne jak dwa plus dwa.
I może właśnie dlatego Thomas Hayes – człowiek, który stracił tu żonę, syna, dom, władzę w nodze i nadzieję na miłość Rosanny – roześmiał się. Śmiał się tak szczerze, tak rozpaczliwie, że nawet potwory zamilkły, zaintrygowane jego szaleństwem. I ten śmiech, choć brzmiał jak bluźnierstwo, dał Lenie i Ezrze kilka cennych sekund.
Lena nie zamierzała czekać na lepszą okazję. Poderwała się natychmiast, potykając o własne nogi, i ruszyła przed siebie, na oślep, byle dalej. Serce waliło jej jak młotem, każdy krok był bólem. Na języku wciąż czuła metaliczny posmak, a gęste, lepkie od dymu powietrze drażniło jej nozdrza.
Hayes śmiał się dalej, jeszcze głośniej. Ezra, obserwując to wszystko i doskonale wiedząc, że z tym cholerstwem w ciele nie ma szans na ucieczkę, też spróbował się roześmiać, ale w jego ustach ten dźwięk zabrzmiał jak charczenie człowieka, który właśnie się dusi.
– Towarzyszu… – wyszeptał po chwili z trudem. – Co one z nami zrobią?
– Zabiją nas – odparł Hayes, nie zamierzając niczego przed nim ukrywać. – I będzie bolało.
Wymienili spojrzenia. Patrzyli na siebie jak ludzie, którzy dobrze wiedzieli, że to już koniec.
Krzyk Leny przeciął noc jak brzytwa. Dwóch Śpiewaków o nienaturalnie naciągniętej na zbyt długie kości skórze dopadło ją bez wysiłku. Zanim zdołała krzyknąć po raz drugi, została pochwycona. Demony ciągnęły ją teraz po ziemi, a jej stopy, które wciąż stawiały opór, zostawiały głębokie ślady.
Po dwóch minutach było po wszystkim. Lena znowu klęczała obok Ezry. Krew oblepiająca jej dłonie zasychała w pajęczych nitkach. Mokre włosy przyklejały się do twarzy.
I kiedy cała trójka była znów na swoich pozycjach, a skrzydlata istota zyskała pewność, że żadne z nich nie będzie więcej próbowało uciekać, uniosła głowę i zaczęła cichutko odliczać…
Dziesięć uderzeń serca, tyle ci zostało,Dziewięć, już czujesz, jak słabnie twoje ciało.Już tylko osiem i siedem…
Thomas spojrzał prosto w jej twarz. Lily zamilkła, zaskoczona. Jego wzrok… nie był błagalny, przerażony czy choćby wściekły.
„No dalej” – mówiły jego oczy. „Na co czekasz?”
Lily zrobiła krok do przodu. Pochyliła głowę z ciekawością drapieżnika, który analizuje, czy ofiara jeszcze się ruszy. Jej pieśń stała się głośniejsza. Z mroku dołączyły do niej inne głosy, zlewające się w hipnotyczny kanon.
Sześć, coś pełza po karku jak cień,Pięć, to nie sen, oj, nie sen, nie sen.Już tylko cztery i trzy…
Hayes słyszał, jak ziemia pod nimi drży w rytm ich głosów. Czuł, jak ciepła krew Ezry paruje, jak chłód nocy wciska mu się w rany. Lily obserwowała go uważnie: jego popękane dłonie, zgrubiałą skórę, wygiętą nogę, puste oczy. Kąciki ust, które niby układał w uśmiechu, ale nie był w stanie nawet w ten sposób w pełni ukryć smutku.
Dwa, zamknij oczy, zaraz coś ci powiem,Jeden, już cicho, wszystko jest gotowe.Bliscy ci wybaczą, gdy stracisz swe serce,Zamknij już oczy i nie krzycz więcej.Smak śmierci z ust swych spij.Po prostu śpij.
„Zróbcie to szybko” – poleciła bez słów. Złożyła skrzydła, robiąc im miejsce. Potwory zareagowały natychmiast, jakby poruszyła nimi nić, która łączyła wszystkie martwe dusze.
Wrzaski Ezry i Leny wgryzły się w noc. Wśród śmiechu i pieśni słychać było rwanie mięsa i mokre mlaskanie. Krew Hayesa pachniała słodko. On jeden teraz nie krzyczał. Patrzył tylko w niebo, aż ostatni wdech uwiązł mu w gardle.
Zanim zgasł, wyszeptał:
– Dzień dobry, Evelyn. Dzień dobry, Darinie…
Zero, serce nie bije,Złamałam chwilę.
Rozdział 4
Lena kołysała się na kolanach, wciągając powietrze krótkimi, spazmatycznymi oddechami.
– To się nie dzieje naprawdę. To się nie dzieje naprawdę… – powtarzała jak mantrę.
Obok niej nocne istoty przekazywały sobie fragmenty ludzkiego ciała. Śmiały się, nucąc dalej. Uczestniczyły w jakiejś makabrycznej uczcie.
Przymknęła oczy, nie mogąc na to patrzeć. Żałowała w życiu wielu rzeczy, ale w tej chwili najbardziej miała sobie za złe jedno – że nie posłuchała Maksa. Że mimo jego błagań uparła się, by tu przyjść.
Jak właściwie do tego doszło? Jak się tu znalazła?
Przed oczami zaczęły jej przemykać obrazy – szybkie, poszarpane, jak kadry z filmu, którego nie da się zatrzymać. Wspomnienia wszystkiego, co doprowadziło ją do miejsca styku.
***
Lena uklękła obok Natalii Johnson, która chwilę wcześniej osunęła się na kolana. Wciskała swoją poparzoną twarz w dłonie i głośno płakała.
– Wstań, dziewczyno. Musisz odpocząć – powiedziała do niej i lekko pociągnęła ją, zmuszając tym samym, by się podniosła.
Poprowadziła ją przez korytarz kościoła do jednego z dwóch małych pomieszczeń, w którym znajdowała się niewygodna prycza, na której sama niejednokrotnie sypiała.
– No już, dalej. Połóż się – nakazała z niemal matczyną troską, pomagając dziewczynie wdrapać się na twarde posłanie.
Gładziła ją po włosach, obserwując, jak początkowo mocno drgające powieki zaczynają opadać coraz bardziej, ciężkie jak kamienie. Z twarzy zniknęło napięcie, mięśnie puściły, a w kącikach ust pozostał ledwie cień dawnego grymasu. Głaskała ją dalej, aż do chwili, w której w pomieszczeniu niósł się już tylko jej spokojny oddech.
Wychodząc, zamknęła za sobą drzwi. I choć nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego to zrobiła, przekręciła klucz i zabrała go ze sobą.
Wróciła do głównej nawy. Podniosła nóż, który wcześniej wypadł Natalii z dłoni. Schowała go do kieszeni i usiadła na tym samym krześle, na którym siedziała, gdy udało jej się skontaktować z Maksem, choć nie o Maksie teraz myślała.
Wzięła do ręki zwęgloną słuchawkę. Przyłożyła ją do ucha.
– Nie wiem, co się ze mną dzieje, synku – zaczęła drżącym szeptem. – Chyba coś złego. Nie chcę jej skrzywdzić, choć ona niemal mnie o to błaga. Pomóż mi, proszę. Powiedz, jak mam ściągnąć Maksa. Czy powinnam do niego dołączyć?
Dłuższą chwilę czekała na odpowiedź. Słuchawka była martwa, a mimo to nie potrafiła jej odłożyć.
Dopiero gdy pierwsze promienie słońca przebiły się przez kolorowe witraże, ogrzewając jej policzek, zrozumiała, że zapadła w sen. Nie wiedziała, kiedy i jak to się stało. Przysnęła w miejscu, w którym była pewna, że nigdy już nie zazna spokoju. Poza promieniami słońca było coś jeszcze, co przyczyniło się do tego, że Lena obudziła się akurat teraz.
Uporczywe dudnienie.
Zerwała się gwałtownie. Odruchowo strzepnęła z ubrania niewidzialny pył, potrącając przy tym leżący na podłodze aparat telefoniczny. Musiała go tam odłożyć przed snem.
Dudnienie narastało. Zanim jednak ruszyła w jego kierunku, uklękła i jeszcze raz przyłożyła słuchawkę do policzka.
Teraz, z jaśniejszym umysłem, wiedziała, że to, co widziała wczoraj, że te twarze wyłaniające się ze ściany nie mogły być prawdziwe. To musiał być sen. Halucynacja.
Prawdziwe było tylko to, że usłyszała Maksa. On naprawdę jej potrzebował.
I prawdziwe było coś jeszcze – to walenie.
– Idę już! No idę! – zawołała zirytowana, zbliżając się do drzwi, za którymi znajdowała się Natalia.
– Dlaczego mnie zamknęłaś?! – Dziewczyna niemal płakała. – Otwórz natychmiast! – dramatyzowała tak, jakby Lena trzymała ją od tygodnia w tonącej piwnicy, a nie przez jedną noc w suchej kościelnej zakrystii z łóżkiem, które, choć twarde, było czyste i ciepłe.
– Nie przesadzaj, dziewczyno. Już otwieram – mruknęła, przeszukując kieszenie w poszukiwaniu klucza, który kiedyś sama dorobiła.
– Ale dlaczego w ogóle mnie zamknęłaś!? – Natalia nie ustępowała.
Lena wsadziła klucz do zamka, ale go nie przekręciła.
To pytanie uderzyło w nią mocniej niż jakikolwiek hałas.
Natalia szarpnęła za klamkę.
– Otwórz natychmiast!
Klucz był w zamku. Wystarczyło go obrócić.
– Ja… – zaczęła, ale głos ugrzązł jej w gardle. Co niby miała powiedzieć?
„Bo chciałaś się zabić, a ja pomyślałam, że to byłoby marnotrawstwo? Bo gdybym to ja zabiła ciebie, mogłabym przejść przez miejsce styku i pomóc Maksowi?”
Przecież nie mogła tego wyznać. To brzmiało jak czyste szaleństwo. I było niebezpieczne – dla nich obu.
Więc Lena zrobiła to, co potrafiła najlepiej: zaimprowizowała. Wybrała półprawdę.
– Przyłożyłaś mi nóż do szyi – powiedziała spokojniej, niż się czuła. – Potem groziłaś, że się zabijesz. Ocaliłam cię. Otworzę tylko wtedy, jeśli mi przysięgniesz, że te pomysły już wyleciały ci z głowy.
Po drugiej stronie zapadła cisza przerwana tylko głośnym pociągnięciem nosa.
– Ty nic nie rozumiesz – wyszeptała w końcu Natalia. – Ja i tak jestem już martwa. Widziałaś, co mi zrobili. – W jej głosie zabrzmiało coś pomiędzy rozpaczą a obrzydzeniem.
Lena poczuła, jak żołądek zaciska się jej w supeł. Wspomnienie zmasakrowanej twarzy Natalii powróciło z całą ostrością: prawa strona jej policzka była wypalona do mięsa, ktoś przyłożył do niej rozżarzone żelazko i je przytrzymał. Mdłości poniosły się falą; raptownie zrobiło jej się słabo.
– Nadal mi nie powiedziałaś, kto ci to zrobił – zdołała wykrztusić.
– Mówiłam! – Natalia brzmiała, jakby znowu była w tym swoim chaotycznym transie. – To ci ludzie, dla których kiedyś robiłam paskudne rzeczy, żeby zebrać pieniądze na detektywów. Chciałam z tym skończyć, powiedziałam im o tym, a oni, by mnie ukarać, przypalili mnie! Nie pozwolą, żebym odeszła. Znajdą mnie wszędzie… – zająknęła się, jakby nagle zgubiła wątek.
– Dużo wczoraj wzięłaś? – przerwała jej Lena, zdumiona własną bezceremonialnością.
– Co? O czym ty mówisz?! – wrzasnęła Natalia. – Otwórz te cholerne drzwi!
– Wiem, że nie mówisz całej prawdy. – Lena obniżyła głos, próbując brzmieć stanowczo. – Kiedy wczoraj tu przyszłaś, byłaś kompletnie naćpana. Co dla nich robiłaś? Dilowałaś? Zranili cię, bo chciałaś z tym skończyć, czy dlatego, że ukradłaś im towar?
– Nie twój interes! – warknęła jak dzikie zwierzę w potrzasku. – Otwieraj, suko! Oni mnie znajdą, a jeśli mnie nie wypuścisz, to i ciebie dostaną! Pokażą ci, co potrafią!
– Natalio… – Lena przylgnęła do drzwi tak, by dziewczyna dobrze ją słyszała. – Masz problem. Jesteś uzależniona. Przyszłaś tu odurzona i słyszę, że nadal cię trzyma. Kiedy otworzę drzwi, będziesz chciała ode mnie pieniędzy. Znowu coś weźmiesz. Nie pozwolę na to.
– Nie jesteś moją matką! – wykrzyczała.
To zdanie przebiło powietrze jak strzała i Lena poczuła, że trafiła w sedno. Znała ten mechanizm: zastraszanie, wymuszanie, liczenie na to, że ktoś ulegnie.
– Połóż się jeszcze na chwilę. Odpocznij – zaproponowała łagodniej.
Wyjęła klucz z zamka i znów ruszyła ku głównej nawie. Za jej plecami Natalia wyła tak, jakby ktoś znowu przypalał jej twarz lub żywcem zdzierał z niej skórę.
Lena ciężko opadła na krzesło. Wiedziała, że postępuje słusznie, że nie tylko chroni chorą dziewczynę przed samą sobą, ale i kupuje sobie czas. Czas, by zdecydować, co dalej… Czy jednak jej nie zabić…
Spis treści
CZĘŚĆ PIERWSZA
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Redakcja: Magdalena Gonta-BiernatKorekta: Elżbieta RożkiewiczProjekt okładki: Tomasz BiernatSkład: Tomasz Biernat
Copyright by Catherine Reiss 2026Copyright for the Polish Edition by Wydawnictwo Nocą,Warszawa 2026
Druk i oprawa:Drukarnia Sowa
ISBN: 978-83-68657-29-6
WYDAWNICTWO NOCĄul. Filipiny Płaskowickiej 46/8902-778 WarszawaNIP: 9512496374www.wydawnictwonoca.ple-mail: [email protected]
