W krainie białych obłoków - Sarah Lark - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Barwna saga rodzinna rozgrywająca się na tle wspaniałych krajobrazów i mało znanej historii Nowej Zelandii. Rok 1852, Londyn. Dwie młode kobiety wyruszają w rejs na odległą i tajemniczą wyspę. Obie rozpoczynają w ten sposób nowe życie. Obie zostaną żonami mężczyzn, których nie znają. Lady Gwyneira jest zaręczona z synem bogatego „owczego barona”, natomiast Helen, młoda guwernantka, odpowiedziała na anons poszukującego żony farmera. Każda z nich związała swój los z krainą, którą wyobraża sobie jako raj. Czy tam, na drugim końcu świata, odnajdą miłość i szczęście?Fascynująca opowieść o miłości i nienawiści, zaufaniu i zdradzie i o dwóch rodzinach, których losy zostały ze sobą splątane na zawsze.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 990

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

IM LAND DER WEISSEN WOLKE

Copyright © 2007 by Verlagsgruppe Lübbe GmbH & Co. KG, Bergisch Gladbach

Copyright © 2009 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2009 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Marcin Grabski, Olga Rutkowska

Korekta: Magdalena Bargłowska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-451-9

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

POCZĄTEKLondyn – Powys – Christchurch 1852 rok

1

Kościół anglikański w Christchurch w Nowej Zelandii poszukuje przyzwoitych i obeznanych z prowadzeniem domu oraz wychowywaniem dzieci młodych kobiet, które są zainteresowane wstąpieniem w związek małżeński z dobrze sytuowanymi i cieszącymi się nienaganną opinią członkami naszej parafii.

Helen zatrzymała na chwilę wzrok na niepozornym ogłoszeniu zamieszczonym na ostatniej stronie gazetki parafialnej. Udało się jej przejrzeć ją pobieżnie, ponieważ uczniowie wciąż byli zajęci ćwiczeniami z gramatyki. Helen wolałaby poczytać jakąś książkę, ale pytania, które nieustannie zadawał William, nie pozwoliłyby skupić się na lekturze. Jedenastolatek ponownie podniósł swoją ciemną, potarganą czuprynę znad książek.

– Panno Davenport, w trzecim zdaniu ma być przecinek czy też nie?

Helen z westchnieniem odłożyła gazetkę i po raz kolejny w tym tygodniu wyjaśniła chłopcu zasady wyłączania zdań wtrąconych. William, młodszy syn jej pracodawcy, pana Roberta Greenwooda, był miłym dzieckiem, niezbyt jednak uzdolnionym. Potrzebował pomocy przy każdym ćwiczeniu, zapominał to, co objaśniała mu Helen, jeszcze zanim zdążyła skończyć, i tak naprawdę jedyne, co potrafił, to patrzeć wzruszająco bezradnym wzrokiem i czarować dorosłych swoim słodkim chłopięcym sopranem. Lucinda, jego matka, zawsze mu ulegała. Jak tylko się do niej przytulił i zaproponował wspólne spędzenie czasu, odwoływała wszelkie dodatkowe lekcje zaordynowane przez Helen. Z tego powodu William do tej pory nie potrafił płynnie czytać, a najprostsze ćwiczenia z ortografii zupełnie go przerastały. Było czymś nie do pomyślenia, żeby mógł, zgodnie z życzeniem ojca, uczęszczać do szkoły w Eton czy Oksfordzie.

Szesnastoletni George, starszy brat Williama, nawet nie starał się okazywać wyrozumiałości. Przewrócił oczami i wskazał w podręczniku miejsce, gdzie jako przykład podano zdanie, przy którym jego brat majstrował już od pół godziny. Wyrośnięty dryblas skończył już swoje ćwiczenie z tłumaczenia łaciny. Zawsze pracował szybko, choć czasem popełniał błędy. Klasyczne przedmioty nudziły go. George nie mógł doczekać się chwili, gdy pewnego dnia rozpocznie pracę w przedsiębiorstwie importowo-eksportowym swojego ojca. Marzyły mu się podróże do dalekich krajów i zdobywanie nowych rynków w koloniach, których niemal z godziny na godzinę przybywało w imperium królowej Wiktorii. George bez wątpienia był urodzonym handlowcem. Już teraz wykazywał się talentem jako negocjator i świetnie potrafił wykorzystać swój całkiem spory urok osobisty. Niekiedy udawało mu się nawet oczarować Helen i skłonić ją do skrócenia lekcji. Spróbował tego i tym razem, gdy William w końcu zrozumiał, o co chodzi, czy raczej zorientował się, skąd może przepisać rozwiązanie. Helen sięgnęła wówczas po zeszyt George’a, żeby sprawdzić jego pracę, ale chłopiec prowokacyjnie odsunął go na bok.

– Och, panno Davenport, naprawdę chce pani to jeszcze raz przerabiać? Dziś jest zbyt piękny dzień na naukę! Zagrajmy lepiej w krykieta… Powinna pani popracować nad techniką. Na festynie znowu będzie pani tylko stała i nie zauważy pani żaden z młodych dżentelmenów. I wtedy nigdy nie zazna pani szczęścia u boku jakiegoś hrabiego i do końca swoich dni będzie musiała uczyć takie beznadziejne przypadki jak Willy!

Helen odwróciła wzrok, spojrzała przez okno i zmarszczyła czoło, dostrzegając ciemne chmury.

– Niezły pomysł, George, ale nadciągają właśnie deszczowe chmury. Zanim tutaj posprzątamy i dotrzemy do ogrodu, rozpada się tuż nad naszymi głowami, co z pewnością nie doda mi atrakcyjności w oczach młodych dżentelmenów. Skąd właściwie przyszło ci do głowy, że noszę się z podobnymi zamiarami?

Helen postarała się, żeby jej twarz nie zdradzała większego zainteresowania. Potrafiła to robić doskonale. Ktoś, kto pracuje jako guwernantka w rodzinach należących do londyńskich wyższych sfer, w pierwszej kolejności musi nauczyć się panowania nad wyrazem swojej twarzy. Państwo Greenwoodowie nie traktowali Helen ani jako członka rodziny, ani jako zwykłego pracownika. Uczestniczyła we wspólnych posiłkach, a często także w rodzinnych rozrywkach, wystrzegała się jednak wyrażania swoich opinii niepytana czy zwracania na siebie uwagi w jakikolwiek inny sposób. Nie było więc też mowy o tym, żeby na festynie Helen mogła swobodnie wmieszać się w tłum młodych gości. Trzymała się na uboczu, prowadziła uprzejme rozmowy z paniami i jednocześnie dyskretnie pilnowała swoich wychowanków. Oczywiście przy okazji przebiegała wzrokiem po twarzach młodych gości płci męskiej, a czasami oddawała się na krótko romantycznym marzeniom na jawie, w których spacerowała po parku swoich państwa z jakimś przystojnym wicehrabią czy baronetem. Ale to przecież niemożliwe, żeby George cokolwiek zauważył!

Chłopiec wzruszył ramionami.

– Ciągle czyta pani ogłoszenia matrymonialne! – odpowiedział bezczelnie i z niewinną miną wskazał na gazetkę parafialną. Helen przypomniała sobie, że często kładzie ją obok swojego pulpitu. Znudzony George z pewnością na nią zerka, gdy ona pomaga Williamowi.

– A przecież pani jest bardzo piękna – stwierdził młody pochlebca. – Dlaczego nie miałaby pani wyjść za jakiegoś baroneta?

Helen odwróciła wzrok. Wiedziała, że powinna zganić George’a, była jednak zbyt rozbawiona. Jak tak dalej pójdzie, chłopak zrobi furorę wśród kobiet, a i w świecie kupieckim docenią jego zręczne pochlebstwa. Ale czy w Eton to wystarczy? Poza tym Helen uważała się za odporną na tego rodzaju niewyszukane komplementy. Zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest klasyczną pięknością. Miała co prawda regularne rysy, jednak nie idealne. Jej usta były odrobinę za wąskie, nos zbyt ostry, a pełne spokoju szare oczy przyglądały się światu z nadmiernym sceptycyzmem i uczonością, żeby móc wzbudzić zainteresowanie bogatego młodego lekkoducha. Najpiękniejszym atrybutem Helen były jej sięgające bioder włosy, gładkie i jedwabiste, a ich soczysty brąz miał miejscami rudawy odcień. Być może zwróciłaby na siebie uwagę, gdyby rozpuszczała je na wietrze, tak jak robiły to inne panny na piknikach i festynach, na których bywała w towarzystwie państwa Greenwoodów. Co odważniejsze młode damy wyjaśniały podczas spaceru z admiratorem, że jest im gorąco i zdejmowały kapelusz, albo pozwalały, żeby wiatr zerwał im go z głowy podczas przejażdżki łódką po stawie w Hyde Parku. Potem potrząsały głową, niby przypadkiem pozbywając się wstążek i spinek, i umożliwiały towarzyszowi podziwianie swoich wspaniałych loków.

Helen nie mogła się do tego przekonać. Jako córka pastora została wychowana surowo i już jako dziewczynka nosiła włosy zaplecione i upięte. Poza tym musiała wcześnie dorosnąć. Jej matka umarła, gdy Helen miała dwanaście lat, a ojciec bez ceregieli obarczył najstarszą córkę prowadzeniem domu i wychowywaniem trójki młodszego rodzeństwa. Wielebnego Davenporta nie interesowały sprawy dotyczące kuchni i opieki nad dziećmi, poświęcał się wyłącznie pracy na rzecz parafii oraz przekładowi i interpretacji pism religijnych. Helen obdarzał swoją uwagą jedynie wtedy, gdy mu w tym towarzyszyła, z kolei ona tylko uciekając do domowego gabinetu ojca, mogła na chwilę umknąć przed harmidrem rodzinnego życia. I tak jakoś samo wyszło, że Helen potrafiła już czytać Biblię po grecku, gdy jej bracia przerabiali dopiero pierwszy elementarz. Swoim pięknym strzelistym pismem przepisywała kazania ojca i kopiowała zalążki artykułów do biuletynu wydawanego w jego wielkiej parafii w Liverpoolu. Na inne rozrywki nie wystarczało już czasu. Podczas gdy Susan, jej młodsza siostra, traktowała kościelne pikniki i dobroczynne wyprzedaże głównie jako okazję do poznawania młodych kawalerów z parafii, Helen pomagała w sprzedaży, piekła torty i nalewała herbatę. Skutek był łatwy do przewidzenia. Siedemnastoletnia Susan wyszła za syna znanego lekarza, Helen zaś była zmuszona po śmierci ojca przyjąć posadę guwernantki. Ze swoich dochodów utrzymywała dodatkowo braci, którzy studiowali prawo i medycynę. Spadek po ojcu nie wystarczył na sfinansowanie odpowiedniego wykształcenia dla chłopców, a poza tym obaj niezbyt przykładali się do prędkiego ukończenia studiów. Helen ze złością pomyślała o tym, że jej brat Simon w zeszłym tygodniu znowu przepadł na jakimś egzaminie.

– Baroneci zwykle żenią się z córkami baronów – odpowiedziała dość obcesowo na pytanie George’a. – A jeśli o to chodzi… – Wskazała na gazetkę. – Czytałam artykuł, a nie ogłoszenie.

George nic nie odpowiedział, zrobił tylko wiele znaczącą minę. Artykuł opisywał zastosowanie ciepłych okładów u osób cierpiących na artretyzm. Temat z pewnością niezwykle interesujący dla starszych parafian, panna Davenport jednak raczej nie uskarżała się na bóle stawów.

Guwernantka spojrzała na zegar i postanowiła zakończyć dzisiejsze popołudniowe lekcje. Za niecałą godzinę zostanie podana kolacja. I o ile George potrzebował najwyżej pięciu minut, żeby przebrać się i uczesać przed jedzeniem, a Helen niewiele więcej, o tyle w wypadku Williama procedura zmiany poplamionego atramentem fartucha w przyzwoite ubranie zawsze trwała bardzo długo. Helen dziękowała niebiosom, że nie pokarały jej obowiązkiem dbania o wygląd Williama. Tym zajmowała się piastunka.

Młoda guwernantka zakończyła lekcję ogólnymi uwagami o znaczeniu gramatyki, których obaj chłopcy słuchali jednym uchem. Zaraz potem William zerwał się z miejsca, nie poświęcając swoim zeszytom i podręcznikom najmniejszej uwagi.

– Muszę jeszcze szybko pokazać mamie, co namalowałem! – obwieścił, tym samym skutecznie zrzucając na Helen obowiązek posprzątania po sobie. W końcu nie mogła ryzykować, że pobiegnie do matki z płaczem, skarżąc się na wołającą o pomstę do nieba niesprawiedliwość, jaka spotkała go ze strony guwernantki. George rzucił okiem na niewprawny rysunek Williama, którym matka z pewnością się zachwyci, i z rezygnacją wzruszył ramionami. Potem szybko poukładał swoje rzeczy i wyszedł za bratem. Helen zauważyła, że przy okazji rzucił jej niemal współczujące spojrzenie. Przyłapała się na tym, że myśli o tym, co powiedział wcześniej na temat jej zamążpójścia: „I wtedy nigdy nie zazna pani szczęścia u boku jakiegoś hrabiego i do końca swoich dni będzie pani musiała uczyć takie beznadziejne przypadki jak Willy”.

Helen sięgnęła po gazetkę parafialną. Właściwie miała zamiar ją wyrzucić, ale zmieniła zdanie. Niemal ukradkiem wsunęła ją do torby i zabrała do swojego pokoju.

Robert Greenwood nie mógł poświęcać swojej rodzinie zbyt dużo czasu, ale wspólne kolacje z żoną i dziećmi były dla niego świętością. A obecność młodej guwernantki w niczym mu nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, gdy udało mu się wciągnąć pannę Davenport do rozmowy, jej poglądy na temat światowych wydarzeń, literatury czy muzyki często okazywały się całkiem inspirujące. Panna Davenport zdecydowanie lepiej znała się na tym wszystkim niż jego żona, której klasyczne wykształcenie pozostawiało wiele do życzenia. Zainteresowania Lucindy ograniczały się do prowadzenia domu, ubóstwiania młodszego z synów oraz pracy w komitetach rozmaitych stowarzyszeń dobroczynnych.

Również tego wieczoru Robert Greenwood obdarzył wchodzącą Helen przyjaznym uśmiechem i oficjalnie ją powitawszy, przysunął jej krzesło. Helen odpowiedziała uśmiechem, starając się jednak, żeby skierować go jednocześnie do pani Greenwood. W żadnym wypadku nie powinna wzbudzać podejrzeń, że flirtuje ze swoim chlebodawcą, choć Robert Greenwood był bez wątpienia przystojnym mężczyzną. Był wysoki i szczupły, miał wąską i inteligentną twarz oraz brązowe oczy o badawczym spojrzeniu. Doskonale wyglądał w ciemnym surducie z kamizelką i złotym łańcuszkiem od zegarka, a jego maniery w niczym nie ustępowały manierom dżentelmenów z rodzin arystokratycznych, z którymi państwo Greenwood utrzymywali stosunki towarzyskie. W kręgach tych nie byli jednak w pełni akceptowani, ponieważ uważano ich za parweniuszy. Ojciec Roberta Greenwooda swoją doskonale prosperującą firmę zbudował właściwie od zera, a jego syn pomnożył majątek i zapragnął towarzyskiego uznania. Jego zdobyciu miało także służyć małżeństwo z Lucindą Raiford, która pochodziła ze zubożałej rodziny arystokratycznej. Małżeństwo to było możliwe przede wszystkim dzięki zamiłowaniu ojca Lucindy do hazardu i wyścigów konnych, jak przebąkiwano w wykwintnym towarzystwie. Lucindzie trudno było zadowolić się przynależnością do stanu mieszczańskiego, dlatego w reakcji na spadek na drabinie społecznej zaczęła obnosić się z przepychem. Przyjęcia i festyny u Greenwoodów zawsze były więc nieco bardziej wystawne niż te organizowane przez innych londyńskich notabli. Damy z towarzystwa z przyjemnością w nich uczestniczyły, co nie przeszkadzało im potem strzępić języków.

Dziś także Lucinda ubrała się zbyt odświętnie jak na zwykłą kolację w gronie rodziny. Miała na sobie elegancką suknię z liliowego jedwabiu, a jej fryzura musiała kosztować pokojówkę wiele godzin pracy. Lucinda opowiadała o spotkaniu dam z komitetu miejscowego sierocińca, w którym uczestniczyła tego popołudnia. Nie spotkała się jednak ze zbyt żywym odzewem, gdyż ani Helen, ani pan Greenwood nie byli tym tematem szczególnie zainteresowani.

– A jak wy spędziliście ten uroczy dzień? – pani Greenwood zwróciła się wreszcie do swojej rodziny. – Ciebie, Robercie, raczej nie muszę pytać, pewnie znowu zajmowały cię interesy, interesy, interesy. – Obdarzyła męża spojrzeniem, które miało prawdopodobnie wyrażać pobłażliwą tkliwość.

Pani Greenwood była zdania, że jej mąż zbyt małym zainteresowaniem obdarza ją samą oraz jej towarzyskie obowiązki. Teraz również Robert mimowolnie się skrzywił. Miał prawdopodobnie na końcu języka jakąś niemiłą ripostę, gdyż jego interesy zapewniały nie tylko utrzymanie całej rodzinie, ale także umożliwiały Lucindzie uczestniczenie w rozmaitych komitetach dobroczynnych. W każdym razie Helen wątpiła, żeby to wybitne talenty organizacyjne pani Greenwood zapewniały jej członkostwo w tych komitetach. Zawdzięczała je raczej hojności swojego męża.

– Odbyłem bardzo interesującą rozmowę z pewnym producentem wełny z Nowej Zelandii i… – Robert zaczął swoją wypowiedź, patrząc na starszego syna, Lucinda jednak nie skończyła mówić, tym razem swój pobłażliwy uśmiech kierując przede wszystkim do Williama.

– A wy, moi kochani synkowie? Pewnie bawiliście się w ogrodzie, prawda? Williamie, czy znowu pokonałeś George’a i pannę Davenport w krykieta, mój skarbie?

Helen z napięciem wpatrywała się w swój talerz, kątem oka spostrzegła jednak, że George spojrzał swoim zwyczajem w górę, jakby szukał poparcia u jakiegoś wyrozumiałego anioła. Tak naprawdę Williamowi tylko raz udało się zdobyć więcej punktów niż starszemu bratu, a było to wtedy, gdy George był mocno przeziębiony. Zazwyczaj nawet Helen posyłała piłki do bramki zgrabniej niż William, choć najczęściej udawała, że jest bardziej niezdarna niż w rzeczywistości, żeby umożliwić chłopcu zwycięstwo. Pani Greenwood doceniała jej starania, z kolei pan Greenwood zbeształ ją, kiedy zauważył oszustwo.

– Chłopak musi przyzwyczaić się do tego, że życie twardo obchodzi się z nieudacznikami! – powiedział ostrym tonem. – Musi nauczyć się przegrywać, bo tylko wtedy zacznie w końcu wygrywać!

Helen wątpiła, czy William kiedykolwiek zwycięży, i to w jakiejkolwiek dziedzinie, ale przelotny przypływ litości dla nieszczęsnego dziecka wyparował natychmiast po jego kolejnej wypowiedzi.

– Och, mamusiu, panna Davenport w ogóle nie pozwoliła nam się dzisiaj bawić! – powiedział William z zatroskaną miną. – Cały dzień siedzieliśmy w domu i tylko się uczyliśmy.

Pani Greenwood natychmiast rzuciła Helen pełne dezaprobaty spojrzenie.

– Czy to prawda, panno Davenport? Przecież wie pani, że dzieci potrzebują świeżego powietrza! W tym wieku nie mogą całymi dniami siedzieć tylko nad książkami!

W Helen zawrzało, nie mogła jednak wprost zarzucić Williamowi kłamstwa. Ku jej ogromnej uldze do rozmowy wtrącił się George.

– Przecież było zupełnie inaczej. William jak co dzień miał iść na spacer po obiedzie. Ale wtedy zaczęło już trochę padać i nie chciał wyjść. Niania obeszła z nim park dwa razy, ale na krykieta nie wystarczyło już czasu przed lekcjami.

– Za to William malował – Helen próbowała zmienić temat. Może pani Greenwood zacznie omawiać jego cudowny bohomaz i zapomni o wychodzeniu na zewnątrz. Przeliczyła się jednak.

– Mimo wszystko, panno Davenport, jeśli pogoda w południe nie sprzyja, musi pani zaplanować przerwę po południu. W kręgach, w których William będzie się obracać, tężyzna fizyczna jest równie istotna co rozwój umysłowy!

William zdawał się cieszyć z reprymendy, jaką otrzymała jego nauczycielka, a Helen po raz kolejny pomyślała o ogłoszeniu z gazetki parafialnej…

George jakby czytał w jej myślach. Uznając wątek rozmowy z Williamem i matką za niebyły, nawiązał do ostatniej uwagi swojego ojca. Helen już wielokrotnie zauważyła tę umiejętność u ojca i syna, i zwykle podziwiała te zręczne przejścia do innego tematu. Tym razem wypowiedź George’a sprawiła, że jej policzki się zaczerwieniły.

– Panna Davenport interesuje się Nową Zelandią, ojcze.

Helen z trudem przełknęła, gdy wszystkie spojrzenia skierowały się na nią.

– Och, doprawdy? – zapytał Robert Greenwood swobodnym tonem. – Myśli pani o emigracji? – Uśmiechnął się. – W takim razie Nowa Zelandia to bardzo dobry wybór. Nie jest tam nadmiernie gorąco i nie ma takich malarycznych bagien jak w Indiach. Ani żądnych krwi tubylców jak w Ameryce. Ani potomków kryminalistów jak w Australii…

– Naprawdę? – zapytała Helen i ucieszyła się, że rozmowa z powrotem przechodzi na neutralny grunt. – Na Nową Zelandię nie wysyłano więźniów?

Pan Greenwood potrząsnął głową.

– Ależ skąd. Tamtejsze osady zakładali prawie wyłącznie dzielni i uczciwi brytyjscy chrześcijanie, i tak zostało do dzisiaj. Oczywiście nie oznacza to, że nie ma tam podejrzanych typów. Zwłaszcza w obozach wielorybników na zachodnim wybrzeżu mogło się kilku takich zebrać, a i kolonie pasterzy owiec nie składają się z samych zacnych ludzi. Ale Nowa Zelandia z pewnością nie jest zbieraniną szumowin. Sama kolonia wciąż jest jeszcze młoda. Ma własny rząd dopiero od kilku lat…

– Ale tubylcy są przecież niebezpieczni! – wtrącił George. W oczywisty sposób chciał zabłysnąć swoją wiedzą. Helen wiedziała z lekcji, że chłopak pasjonuje się konfliktami wojennymi, a do tego ma doskonałą pamięć. – Jeszcze niedawno trwały tam walki, prawda tato? Czy nie opowiadałeś nam, że jednemu z twoich partnerów handlowych spalono cały zapas wełny?

Pan Greenwood z zadowoleniem przytaknął synowi.

– Masz rację, George. Ale to już minęło. Od dziesięciu lat panuje spokój, nawet jeśli od czasu do czasu dochodzi do jakichś utarczek. Zresztą nie chodziło wcale o samą obecność osadników. Jej tubylcy zawsze byli raczej przychylni. Kwestionowano zasady sprzedaży ziemi, a kto może wykluczyć, czy nasi najeźdźcy rzeczywiście nie oszukali wodza tego czy innego plemienia? Ale odkąd nasza królowa wysłała tam w randze generała porucznika naszego dobrego kapitana Hobsona, problemy znikły. Ten człowiek to doskonały strateg. W tysiąc osiemset czterdziestym roku kazał sześćdziesięciu czterem wodzom podpisać traktat, w którym uznali się za poddanych królowej. Od tej pory przy każdej sprzedaży ziemi Korona ma prawo pierwokupu. Niestety, nie wszyscy podpisali traktat, a i nie wszyscy osadnicy dotrzymują warunków pokoju. Dlatego ciągle dochodzi do drobnych utarczek. Ale ogólnie to bezpieczny kraj, proszę się więc nie obawiać, panno Davenport! – pan Greenwood mrugnął okiem do Helen.

Pani Greenwood zmarszczyła czoło.

– Chyba nie rozważa pani poważnie możliwości wyjazdu z Anglii, panno Davenport? – zapytała ponurym tonem. – Chyba nie zamierza pani odpowiedzieć na to oburzające ogłoszenie, które pastor zamieścił w gazetce parafialnej? I to przy wyraźnym sprzeciwie pań z komitetu, co chciałabym podkreślić!

Helen znów się zaczerwieniła.

– Jakie ogłoszenie? – zapytał Robert, zwracając się bezpośrednio do Helen. Ta jednak milczała zakłopotana.

– Ja… ja nie wiem dokładnie, o co chodzi. W gazetce była tylko krótka notka…

– Pewna nowozelandzka parafia szuka panien chętnych do zamążpójścia – wyjaśnił ojcu George. – Wygląda na to, że w tym południowym raju brakuje kobiet.

– George! – pani Greenwood była oburzona wypowiedzią syna.

Pan Greenwood się roześmiał.

– Południowy raj? Tamtejszy klimat przypomina raczej klimat Anglii – poprawił syna. – Ale to przecież żadna tajemnica, że w zamorskich krajach jest więcej mężczyzn niż kobiet. Może z wyjątkiem Australii, gdzie trafiają społeczne męty płci żeńskiej: oszustki, złodziejki, dziw… Oj, dziewczęta lekkich obyczajów. Ale jeśli chodzi o dobrowolną emigrację, to nasze damy ze swojej natury wykazują się mniejszą żądzą przygód niż panowie. Albo wyjeżdżają ze swoimi mężami, albo wcale. To charakterystyczne zachowanie słabszej płci.

– Właśnie! – pani Greenwood zgodziła się z mężem, Helen zaś musiała ugryźć się w język. Wcale nie była przekonana o męskiej wyższości. Wystarczyło jej popatrzeć na Williama albo pomyśleć o ciągnących się w nieskończoność studiach własnych braci. Helen trzymała nawet w swojej sypialni dobrze ukrytą książkę Mary Wollstonecraft, rzeczniczki praw kobiet, ale to nie mogło się wydać, bo pani Greenwood natychmiast by ją zwolniła. – Podróż brudnym statkiem pełnym emigrantów, bez męskiej ochrony, mieszkanie w obcych krajach i wykonywanie do tego prac, które Bóg przeznaczył mężczyznom, to sprzeczne z kobiecą naturą. A wysyłanie chrześcijanek za morze, żeby tam wychodziły za mąż, to jak handlowanie kobietami!

– Przecież nikt nie wysyła ich bez przygotowania – wtrąciła Helen. – W ogłoszeniu przewidziano wcześniejsze kontakty korespondencyjne. I wyraźnie pisano w nim, że chodzi o mężczyzn dobrze sytuowanych i cieszących się nienaganną opinią.

– A ponoć ledwie pani to ogłoszenie zauważyła – zadrwił pan Greenwood, ostrość jego słów łagodził jednak życzliwy uśmiech.

Helen ponownie spąsowiała.

– Ja… Cóż, możliwe, że je pobieżnie przeczytałam…

George się uśmiechnął.

Pani Greenwood zdawała się nie zauważyć tej krótkiej wymiany zdań. Od dłuższej chwili zajmował ją inny aspekt nowozelandzkiej problematyki.

– Znacznie gorszy od tak zwanego braku kobiet w koloniach wydaje mi się tamtejszy problem ze służbą – oświadczyła. – Omawiałyśmy tę kwestię szczegółowo na dzisiejszym zebraniu komitetu sierocińca. Wygląda na to, że rodziny w… Jak się nazywa ta miejscowość? Christchurch? W każdym razie nie mogą tam znaleźć odpowiedniej służby. Przede wszystkim trudno właśnie o służące.

– Co jak najbardziej potwierdza ogólny brak kobiet w tamtym rejonie – zauważył pan Greenwood. Helen musiała powstrzymać uśmiech.

– W każdym razie nasz komitet wyśle tam kilka sierot – kontynuowała Lucinda. – Mamy cztery dzielne małe stworzenia, może pięć, w wieku około dwunastu lat, które są wystarczająco duże, żeby zarobić na swoje utrzymanie. Tutaj, w kraju, trudno znaleźć dla nich posadę. Ludzie wolą trochę starsze dziewczęta. Ale tam będą się po nie ustawiać kolejki…

– To chyba bardziej przypomina handel kobietami niż parafialne pośrednictwo matrymonialne – wtrącił mąż.

Lucinda rzuciła mu jadowite spojrzenie.

– Działamy wyłącznie dla dobra tych dziewcząt! – stwierdziła i afektowanym gestem złożyła swoją serwetę.

Helen miała co do tego pewne wątpliwości. Najprawdopodobniej nawet nie zadano sobie trudu, żeby nauczyć te dzieci podstawowych umiejętności wymaganych w porządnych domach. Te biedne stworzenia mogą zostać najwyżej pomocami kuchennymi, a przecież kucharki wolą na swoje pomocnice silne dziewczyny ze wsi, nie zaś źle odżywione dwunastolatki z przytułku dla ubogich.

– W Christchurch dziewczęta mają szansę na dobrą posadę. A my wyślemy je oczywiście tylko do rodzin cieszących się dobrą opinią…

– Oczywiście – zauważył Robert z ironią. – Jestem pewien, że z przyszłymi chlebodawcami dziewcząt będziecie prowadzić co najmniej tak obfitą korespondencję, jak chętne panny ze swoimi przyszłymi małżonkami.

Oburzona pani Greenwood zmarszczyła czoło.

– Nie traktujesz mnie poważnie, Robercie! – upomniała męża.

– Ależ jak najbardziej, moja droga! – Pan Greenwood się uśmiechnął. – Czy mógłbym komitetowi sierocińca przypisywać cokolwiek innego niż najlepsze i najczystsze intencje? Poza tym na pewno nie wyślecie swoich małych wychowanic w podróż za morze bez żadnej opieki. Być może wśród chętnych do zamążpójścia młodych dam znajdzie się jakaś godna zaufania osoba, która w zamian za pokrycie wydatków jej podróży przez komitet zatroszczy się o dziewczęta…

Pani Greenwood nie odpowiedziała, a Helen znów wpatrywała się w swój talerz. Ledwie tknęła pyszną pieczeń, której przygotowanie zajęło kucharce co najmniej pół dnia. Zauważyła natomiast badawcze i pełne rozbawienia spojrzenie pana Greenwooda, które rzucił jej, wypowiadając ostatnią kwestię. W jej głowie rodziły się nowe pytania. Helen zupełnie nie uświadamiała sobie do tej pory, że trzeba mieć pieniądze na podróż statkiem do Nowej Zelandii. Czy można z czystym sumieniem się spodziewać, że pokryje je przyszły małżonek? Czy w ten sposób uzyskiwałby on prawa do kobiety, która powinna do niego należeć dopiero po tym, jak patrząc sobie w oczy, powiedzą „tak”?

Nie, ten cały pomysł z Nową Zelandią to czyste szaleństwo. Helen musi go sobie wybić z głowy. Posiadanie własnej rodziny nie było jej przeznaczone. Chociaż może?

Nie, nie powinna już o tym więcej myśleć!

Ale przez następne dni Helen Davenport tak naprawdę nie myślała o niczym innym.

2

– Chce pan od razu zobaczyć stada, czy najpierw się czegoś napijemy?

Lord Terence Silkham powitał swojego gościa mocnym uściskiem dłoni, który Gerald Warden odwzajemnił z jednakową siłą. Lord Silkham nie bardzo wiedział, jak powinien sobie wyobrażać człowieka, którego zrzeszenie hodowców z Cardiff przedstawiało mu jako „owczego barona” zza oceanu. Ale mężczyzna, który teraz przed nim stał, całkiem mu się spodobał. Był ubrany odpowiednio na walijską pogodę, jednocześnie zaś zgodnie z najnowszą modą. Uszyte z dobrego materiału bryczesy miały elegancki krój, a płaszcz przeciwdeszczowy był uszyty przez angielskiego krawca. Jasnoniebieskie oczy błyszczały w dużej, nieco kanciastej twarzy, częściowo osłoniętej szerokim rondem kapelusza typowego dla mieszkańców tej okolicy. Wystawały spod niego gęste i ciemne włosy, przycięte zgodnie z panującym w Anglii zwyczajem. Krótko mówiąc, Gerald Warden w najmniejszym stopniu nie przypominał kowbojów przedstawianych w tanich powieściach, w których zaczytywała się służba jego lordowskiej mości i – ku przerażeniu jego małżonki – również ich niesforna córka Gwyneira! Autorzy literatury straganowej opisywali krwawe walki amerykańskich osadników z ziejącymi nienawiścią tubylcami, a niewprawne rysunki przedstawiały zuchwałych młodzieńców z długimi potarganymi włosami, w stetsonach, skórzanych spodniach i butach o dziwnym kształcie, do których były przymocowane przesadnie długie ostrogi. Kowboje ci szybko chwytali za rewolwery, zwane coltami, które nosili w olstrach luźno opuszczonych pasów.

Dzisiejszy gość lorda Silkhama zamiast broni nosił przy sobie piersiówkę z whisky, którą właśnie odkręcił i podsunął gospodarzowi.

– Myślę, że to wystarczy na pierwsze wzmocnienie – powiedział Gerald Warden głębokim i przyjemnym głosem człowieka nawykłego do posłuchu. – Resztę toastów zostawmy sobie na czas negocjacji, jak już obejrzę owce. A jeśli o tym mowa, to lepiej się pośpieszmy, zanim znowu się rozpada. Proszę się częstować.

Silkham skinął głową i pociągnął z zaoferowanej piersiówki spory łyk. Pierwszorzędna szkocka! Żadna tania siwucha. Wysokiemu rudowłosemu lordowi coraz bardziej podobał się jego gość. Skinął w jego stronę głową, sięgnął po kapelusz i palcat i cicho zagwizdał. Trzy energiczne, czarno-brązowo-białe owczarki jakby tylko na to czekały i zbiegły się z narożników stajni, w której znalazły schronienie przed zmienną aurą. Było widać, że nie mogą się doczekać, aby dołączyć do jeźdźców.

– Pan nie jest przyzwyczajony do deszczów? – zapytał lord Terence Silkham, wsiadając na konia. Stajenny przyprowadził jego silnego huntera, gdy lord witał się z Geraldem Wardenem. Koń Geralda nie wyglądał na zmęczonego, choć tego ranka pokonał już dystans z Cardiff do Powys. Z pewnością był to wynajęty koń, bez wątpienia jednak pochodził z jednej z najlepszych stajni w mieście. Kolejna wskazówka potwierdzająca przydomek „owczego barona”. Warden z pewnością nie był arystokratą, wyglądał za to na prawdziwego bogacza.

Teraz się roześmiał, zgrabnie wsiadając na swojego eleganckiego gniadosza.

– Wręcz przeciwnie, Silkham, wręcz przeciwnie…

Lord Terence przełknął ślinę, postanowił jednak nie brać za złe bezczelnej odzywki gościa. Widocznie tam, skąd pochodzi, nie wszyscy wiedzą, jak zwracać się do milordów.

– Pada u nas średnio przez trzysta dni w roku. Właściwie pogoda na nizinie Canterbury Plains przypomina tutejszą, zwłaszcza latem. Zimy są łagodniejsze, ale wystarczająco zimne, żeby zapewnić pierwszorzędną jakość wełny. A trawy, Silkham, to mamy aż nadto! Hektar za hektarem! Canterbury Plains to raj dla hodowców.

O tej porze roku także w Walii nie można było narzekać na brak trawy. Bujna zieleń niczym aksamitny dywan pokrywała wzgórza, sięgając aż po górskie zbocza. Cieszyły się nią również dzikie kuce, które nie musiały schodzić w doliny, żeby łasować na pastwiskach lorda Silkhama. Jego jeszcze nieostrzyżone owce objadały się nią, nabierając okrągłych kształtów. Mężczyźni z przyjemnością obserwowali stado maciorek matek, które trzymano w pobliżu domu ze względu na kocenie się.

– Wspaniałe zwierzęta! – Gerald Warden nie krył zachwytu. – Potężniejsze niż te rasy romney i cheviot. A przy tym dadzą wełnę o przynajmniej takiej samej jakości.

Silkham skinął głową.

– To rasa welsh mountain. Zimą wypuszczamy je w góry. Nic ich nie zmoże. A gdzie leży ten pański raj? Pan raczy wybaczyć, ale lord Bayliff wspomniał tylko o zamorskim kraju…

Lord Bayliff był przewodniczącym zrzeszenia hodowców owiec, który umożliwił Wardenowi nawiązanie kontaktu z Silkhamem. W swoim liście stwierdził, że „owczy baron” zamierza kupić trochę owiec wpisanych do ksiąg hodowlanych, żeby uszlachetnić swoją własną zamorską hodowlę.

Warden roześmiał się gromko.

– Niech zgadnę… Pewnie wyobraża już pan sobie swoje owce gdzieś na Dzikim Zachodzie, podziurawione indiańskimi strzałami! Proszę się nie niepokoić. Owce pozostaną bezpieczne na terytorium brytyjskiego imperium. Mój majątek znajduje się w Nowej Zelandii, na nizinie Canterbury Plains na Wyspie Południowej. Same pastwiska, aż po horyzont! Trochę jak tutaj, Silkham, tylko więcej, bez porównania więcej!

– Cóż, to też nie jest małe gospodarstwo – zauważył z lekkim oburzeniem lord Terence. „Co ten człowiek sobie myśli, mówiąc o posiadłościach rodziny Silkham jak o jakieś nędznej farmie!” – Mam ponad trzydzieści hektarów pastwisk.

Gerald Warden ponownie się uśmiechnął.

– W Kiward Station mam ponad czterysta – zatriumfował. – Ale jeszcze nie wszystko wykarczowane, tak że czeka nas trochę pracy. Mimo wszystko to wspaniała posiadłość. A jak do tego dojdzie jeszcze stado hodowlane najlepszych owiec, to powstanie prawdziwa kopalnia złota. Owce rasy romney i cheviot skrzyżowane z welsh mountain – to nasza przyszłość, proszę mi wierzyć!

Silkham nie miał zamiaru się sprzeciwiać. Był jednym z najlepszych hodowców owiec w Walii, jeśli nie w całej Wielkiej Brytanii. Bez wątpienia owce z jego hodowli uszlachetnią każde stado. Tymczasem dostrzegł pierwsze sztuki ze stada, które planował zaproponować Wardenowi. Były to młode maciorki, które jeszcze się nie kociły. A do tego dwa młode tryki o doskonałym pochodzeniu.

Lord Terence zagwizdał na psy, które natychmiast zaczęły spędzać rozproszone owce pasące się na ogromnej łące. Otoczyły je, zachowując spory odstęp i niemal niepostrzeżenie popędzały je tak, żeby szły prosto w kierunku obu mężczyzn. Nie pozwalały przy tym, by owce zaczęły biec – gdy tylko zaczynały iść w odpowiednią stronę, psy przypadały do ziemi i zastygały nieruchomo, obserwując, czy któraś z owiec nie wyłamie się z grupy. Gdy tak się działo, owczarek znajdujący się najbliżej reagował natychmiast.

Gerald Warden zafascynowany obserwował, jak psy radzą sobie zupełnie samodzielnie.

– Niewiarygodne. Co to za rasa? To owczarki?

Silkham przytaknął.

– Border collie. Zapędzanie stada mają we krwi i niemal nie potrzebują tresury. Ale te tutaj to nic. Powinien pan kiedyś zobaczyć Cleo. Doskonała suka, wygrywa wszystkie zawody! – Silkham rozejrzał się wokół. – Ale gdzie ona się podziała? Miałem ją ze sobą zabrać. W każdym razie obiecałem to mojej żonie. Żeby Gwyneira znowu nie… Och, nie! – Lord rozglądał się za suką, jego wzrok jednak spoczął na jeźdźcu, który wraz z koniem w szybkim tempie zbliżał się do nich od strony domu. Nie zadawał sobie trudu, żeby jechać drogą między okólnikami czy otwierać sobie bramy. Mocno zbudowany gniady koń bez wahania przeskakiwał wszystkie płoty i murki, które oddzielały okólniki Silkhama. Gdy koń i jeździec się zbliżyli, Warden zauważył mały ciemny cień, który ze wszystkich sił starał się dotrzymać im kroku. Pies albo przeskakiwał przeszkody, albo wspinał się po murkach jak po schodkach, albo prześlizgiwał się pod najniższym drągiem. W każdym razie to prędkie, machające ogonem stworzenie dobiegło do okólnika pierwsze i od razu przejęło dowodzenie. Owce jakby czytały mu w myślach. Jak na komendę uformowały zamkniętą grupę i grzecznie zatrzymały się tuż przed mężczyznami. Przy tym w ogóle się nie zdenerwowały. Spokojnie opuściły głowy w trawę i zaczęły się paść pod czujnym okiem trzech owczarków lorda Silkhama. Nowy psi przybysz, oczekując pochwały, podszedł do lorda, a jego pysk promieniał radością. Suka jednak nie patrzyła na mężczyzn. Skierowała swój wzrok na jeźdźca na gniadym koniu, który za ich plecami przeszedł w stęp i się zatrzymał.

– Dzień dobry, ojcze! – powiedział pogodny głos. – Przyprowadziłam ci Cleo. Pewnie się przyda.

Gerald Warden spojrzał na młodego człowieka, chcąc pochwalić jego elegancką jazdę par force. Zająknął się jednak, gdy dostrzegł damskie siodło, zniszczoną ciemnoszarą suknię oraz gęste, niedbale spięte na karku ognistorude włosy. Być może dziewczyna przed jazdą upięła je skromnie, zgodnie z obyczajem, ale nie bardzo się do tego przyłożyła. Zresztą przy tak szalonej jeździe nie utrzymałby się żaden kok.

Lord Silkham wyglądał na mniej zdumionego. W każdym razie pomyślał o tym, żeby przedstawić przybyłą pannę.

– Panie Warden, to moja córka Gwyneira. I jej suka Cleopatra, czyli rzekomy powód jej przybycia. Co ty tu robisz, Gwyneiro? O ile dobrze sobie przypominam, matka mówiła, że masz dziś po południu lekcję francuskiego…

Zwykle lord Terence nie znał planu lekcji swojej córki, lecz madame Fabian, francuska guwernantka Gwyneiry, cierpiała na silną alergię na psią sierść. Lady Silkham przypominała więc stale swojemu mężowi, żeby przed lekcją trzymał Cleo z dala od Gwyneiry, co nie było łatwe. Suka nie odstępowała swojej pani na krok i można ją było od niej odciągnąć, tylko proponując szczególnie interesujące zadania pasterskie.

Gwyneira z wdziękiem wzruszyła ramionami. Siedziała w siodle idealnie wyprostowana, a jednocześnie odprężona i pewna swojej silnej, małej klaczy, której popuściła wodze.

– To prawda. Ale biedna madame dostała strasznego ataku astmy. Musiałyśmy zaprowadzić ją do łóżka, nie mogła wykrztusić słowa. Skąd to się u niej bierze! Mama tak przecież dba, żeby nie zbliżyło się do niej żadne zwierzę…

Gwyneira starała się, żeby jej wzrok odzwierciedlał współczucie i rezygnację, na jej pełnej wyrazu twarzy odbijał się jednak rodzaj triumfu. Warden miał teraz okazję, żeby przyjrzeć się jej bliżej. Miała bardzo jasną cerę z tendencją do piegów, twarz w kształcie serca, która wydawałaby się niewinnie słodka, gdyby nie pełne i szerokie usta, nadające rysom dziewczyny pewnej zmysłowości. Ale najważniejsze w jej twarzy były wielkie niebieskie oczy. „To indygo” – przypomniał sobie Gerald Warden. Zapamiętał tę nazwę z pudełka z farbami, którymi jego syn zabawiał się przez większą część czasu.

– A czy Cleo przypadkiem nie przebiegła przez salon po tym, jak pokojówki wyzbierały stamtąd każdy psi włos, zanim madame wyszła ze swoich pokoi? – zapytał Silkham surowym tonem.

– Och, to niemożliwe – odpowiedziała Gwyneira z miękkim uśmiechem, który nadał barwie jej oczu cieplejszy ton. – Przed godziną osobiście zaprowadziłam ją do stajni i przywiązałam, bo miała tam na ciebie czekać. Ale jak wróciłam, wciąż siedziała przed boksem Igraine. Czyżby coś przeczuwała? Psy potrafią być takie wrażliwe…

Lord Silkham przypomniał sobie ciemnoniebieską aksamitną suknię, którą Gwyneira miała na sobie podczas obiadu. Jeśli właśnie w niej zaprowadziła Celo do stajni i kucnęła przy niej, żeby wydać polecenie, to na materiale zostało wystarczająco dużo psiej sierści, aby unieszkodliwić biedną madame na trzy tygodnie.

– Porozmawiamy o tym później – stwierdził lord Silkham, mając nadzieję, że rolę oskarżyciela i sędziego przejmie jego żona. Nie chciał już besztać Gwyneiry w obecności swojego gościa. – Jak się panu podobają owce, panie Warden? Czy odpowiadają pańskim oczekiwaniom?

Gerald Warden zdawał sobie sprawę z tego, że powinien teraz przynajmniej pro forma przejść się od jednego zwierzęcia do drugiego i ocenić jakość ich wełny, budowę i wykorzystanie paszy. Ale tak naprawdę nie miał żadnych wątpliwości co do tego, że są to pierwszorzędne maciorki matki. Wszystkie były duże i wyglądały na zdrowe i dobrze odżywione. Było również widać, że wełna odrasta im od razu po strzyżeniu. Przede wszystkim jednak honor w żadnym wypadku nie pozwoliłby lordowi Silkhamowi oszukać zamorskiego kupca. Już prędzej oddałby mu swoje najlepsze zwierzęta, aby jego sława znakomitego hodowcy dotarła aż do Nowej Zelandii. Gerald zatrzymał więc swój wzrok na niezwykłej córce lorda Silkhama. Wydała mu się bardziej interesująca niż jego zwierzęta hodowlane.

Gwyneira bez niczyjej pomocy zsunęła się z siodła. Tak dzielna amazonka prawdopodobnie potrafiła też samodzielnie w nim usiąść. Gerald zdziwił się nawet, dlaczego używała siodła damskiego, bo najprawdopodobniej wolała jeździć po męsku. Być może jednak wtedy miarka by się przebrała. Lord Silkham nie wyglądał na zachwyconego jej widokiem, a i jej stosunek do francuskiej guwernantki nie stanowił wzoru zachowania młodej damy.

Geraldowi jednak dziewczyna się spodobała. Z przyjemnością przyglądał się jej drobnej, ale we właściwych miejscach odpowiednio zaokrąglonej figurze. Gwyneira była bardzo młoda, z pewnością nie miała więcej niż siedemnaście lat, jej ciało było już jednak dojrzałe. Poza tym sprawiała wrażenie bardzo dziecinnej, w końcu dorosłe panny nie wykazują aż takiego zainteresowania psami i końmi. Sposób, w jaki traktowała zwierzęta, zdecydowanie różnił się od typowo kobiecego pieszczotliwego podejścia. Ze śmiechem odpędziła konia, który właśnie spróbował otrzeć swój pysk o jej ramię. Klacz była zdecydowanie mniejsza od huntera lorda Silkhama, bardzo przysadzista, a mimo wszystko pełna gracji. Wygięta szyja i spadzisty zad kojarzyły się Geraldowi z końmi hiszpańskimi i neapolitańskimi, które oferowano mu podczas jego podróży po kontynencie. Wszystkie one wydały mu się jednak zbyt duże, a jednocześnie zbyt delikatne jak na warunki w Kiward Station. Prawdopodobnie nie dałyby rady pokonać nawet Bridle Path z wybrzeża do Christchurch. Ale ta klacz…

– Ma pani pięknego konia, milady – zauważył Gerald Warden. – Podziwiałem sposób, w jaki skacze. Czy bierze pani na nim udział w polowaniach?

Gwyneira skinęła głową. Na uwagę o swojej klaczy zareagowała podobnym błyskiem w oku, jak na wzmiankę o swojej suce.

– To Igraine – powiedziała swobodnym tonem. – Rasa cob. Typowy koń z tej okolicy, ma bardzo pewny chód i jest równie dobry pod siodło, jak i do zaprzęgu. Dorastają w stadach w górach. – Gwyneira wskazała na poprzerzynane rozpadlinami góry wznoszące się w dali za pastwiskami. Z pewnością było to surowe otoczenie, które kształtowało silne charaktery.

– To chyba nietypowy koń dla dam, prawda? – zapytał Gerald z uśmiechem. Widział już w Anglii inne młode damy w siodłach. Większość z nich preferowała lekkie konie pełnej krwi.

– To zależy, czy dama potrafi jeździć – poinformowała go Gwyneira. – Ja nie narzekam… Cleo, odczep się od moich stóp – krzyknęła na małą sukę, o którą niemal się potknęła. – Dobrze się spisałaś, przyprowadziłaś wszystkie owce. Ale to przecież nie było nic trudnego – zwróciła się do lorda Silkhama. – Czy Cleo może przyprowadzić tryki? Nudzi się.

Lord Silkham wolał najpierw podprowadzić swoje maciorki matki. Gerald zmusił się, żeby dokładniej im się przyjrzeć. Gwyneira w tym czasie pozwoliła swojej klaczy się popaść, a sama lekko drapała Cleo. W końcu ojciec skinął na nie.

– Dobrze, Gwyneiro. Pokaż panu Wardenowi, co potrafi twój pies. Na pewno nie możesz się doczekać, żeby móc się popisać. Zapraszam, panie Warden, musimy kawałek podjechać. Młode tryki są tam, na wzgórzach.

Tak jak Gerald się spodziewał, ojciec nawet nie próbował pomóc córce wsiąść na konia. Gwyneira pewnie i z wdziękiem poradziła sobie z trudnym zadaniem, polegającym na włożeniu najpierw lewej stopy w strzemię, a następnie zręcznym przerzuceniu prawej nogi ponad wystającą kulą siodła. W tym czasie jej klacz stała niczym posąg w całkowitym bezruchu. Gdy potem ruszyły, Gerald dostrzegł, jak elegancko się poruszają. Dziewczyna i koń podobały mu się w równym stopniu, a mała trójkolorowa suka także go zafascynowała. Podczas przejażdżki do stada tryków dowiedział się, że Gwyneira sama wyszkoliła Cleo i wygrała z nią już rozmaite konkursy dla psów pasterskich.

– Pasterze mają mnie już dość – wyjaśniła mu Gwyneira z niewinnym uśmiechem. – A stowarzyszenie pań wysunęło pytanie, czy to w ogóle przystoi, żeby panna prezentowała psa. Lecz cóż w tym nieprzystojnego? Stoję tylko, a czasem najwyżej otwieram czy zamykam bramę.

I rzeczywiście wystarczyło kilka gestów dłonią i wypowiedziane szeptem polecenie, żeby dobrze wyszkolona lordowska suka wyruszyła wykonać zadanie. Gerald Warden nie widział z początku żadnych owiec na wielkiej łące, której bramy Gwyneira tym razem nie przeskoczyła, lecz zręcznie otworzyła z siodła. Niewielki koń i pod tym względem okazał się użyteczny, Silkhamowi i Wardenowi trudno byłoby pochylić się tak nisko ze swoich wysokich rumaków.

Cleo i pozostałe psy potrzebowały zaledwie kilku minut, żeby zgromadzić stado, mimo że młode tryki były bardziej niezdyscyplinowane niż spokojne maciorki matki. Podczas zapędzania kilka tryków wyłamywało się z szyku, a nawet w wojowniczej pozie ustawiało się naprzeciwko psów, które jednak wcale nie traciły rezonu. Cleo z dumą machała ogonem, gdy na krótkie zawołanie z powrotem zjawiła się u boku swojej pani. Tryki stały teraz w niewielkich odległościach od siebie. Silkham pokazał Gwyneirze dwa z nich, a Cleo natychmiast pobiegła z wielką prędkością, żeby oddzielić je od innych.

– Wybrałem dla pana te dwa – oznajmił lord Silkham swojemu gościowi. – Najlepsze tryki z księgi hodowlanej, mają pierwszorzędne pochodzenie. Mogę panu później pokazać ich ojców. Zostałyby u mnie w hodowli i pewnie zdobyłyby wiele nagród. Ale… mam nadzieję, że wspomni pan w koloniach o mnie jako hodowcy. To dla mnie ważniejsze niż zdobycie kolejnych wyróżnień w Cardiff.

Gerald Warden z powagą skinął głową.

– Może pan być tego pewien. Wspaniałe zwierzęta! Nie mogę się doczekać ich potomstwa z moimi owcami rasy cheviot. Powinniśmy jednak porozmawiać także o psach. W Nowej Zelandii również mamy owczarki. Ale za taką sukę i odpowiedniego samca do pary byłbym skłonny sporo zapłacić.

Gwyneira, która z zadowoleniem głaskała swoją sukę, usłyszała słowa Wardena. Gwałtownym ruchem zawróciła konia i z gniewem zwróciła się do Nowozelandczyka. – Jeśli chce pan kupić mojego psa, to proszę rozmawiać ze mną, panie Warden! Ale od razu panu powiem, że nie sprzedam panu Cleo nawet za cały pański majątek. Ona jest moja! I beze mnie nigdzie nie pójdzie. W ogóle nie wykonywałaby pańskich poleceń, ona nie każdego słucha.

Lord Silkham pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Gwyneiro, jak ty się zachowujesz? – zapytał ostrym tonem. – Oczywiście, że możemy sprzedać panu Wardenowi parę psów. Przecież to nie musi być twoja ulubienica. – Silkham spojrzał na Wardena. – Doradziłbym panu parę młodych z ostatniego miotu, panie Warden. Cleo to nie jedyny nasz pies, który zdobywa nagrody.

„Ale najlepszy – pomyślał Gerald. – A Kiward Station należy się właśnie to, co najlepsze. I do stajni, i do domu. Gdyby tę błękitnooką dziewczynę można było zdobyć równie łatwo co rasowe owce!”. Kiedy cała trójka jechała z powrotem do domu Silkhamów, Gerald Warden przemyśliwał już pewien plan.

Gwyneira starannie ubrała się do kolacji. Po awanturze z madame nie chciała ponownie podpaść, choć matka i tak ciągle robiła jej wymówki. Gwyneira znała zarzuty lady Silkham na pamięć: jeśli dalej będzie się zachowywać jak dzikuska i więcej czasu spędzać w stajni i w siodle niż na lekcjach, nigdy nie znajdzie męża. Nie można zaprzeczyć, że francuski Gwyneiry pozostawiał wiele do życzenia. Podobnie jak jej umiejętności w zakresie prowadzenia domu. Robótki ręczne Gwyneiry zdecydowanie nie nadawały się na ozdobę domu. Pastor zawsze przypadkiem gdzieś je zapodziewał tuż przed kościelnym kiermaszem dobroczynnym i w ogóle nie wystawiał na sprzedaż. Dziewczyna nie miała również pojęcia o planowaniu uroczystych obiadów czy gruntownym omawianiu z kucharką kwestii typu „podać sandacza czy łososia?”. Gwyneira jadła wszystko, co pojawiało się na stole. Wiedziała co prawda, których łyżek i widelców używa się do której potrawy, ale wszystko to uważała za głupstwa. Po cóż godzinami przystrajać stół, skoro potem wszystko zostaje zjedzone w kilka minut? A jeszcze to układanie kwiatów! Od kilku miesięcy do obowiązków Gwyneiry należało ozdabianie salonu i jadalni kwiatami. Niestety, jej starania zwykle nie spełniały oczekiwań, zwłaszcza gdy zrywała polne kwiaty i wtykała je do wazonów według własnego uznania. Jej się takie bukiety podobały, ale matka na ich widok niemal mdlała. Szczególnie gdy na jednym z liści dostrzegła sporego pająka. Od tamtej pory Gwyneira cięła kwiaty pod okiem ogrodnika w ogrodzie różanym Silkham Manor i układała je, korzystając z pomocy madame. Tego dnia jednak ominął ją ten uciążliwy obowiązek. W gości do Silkhamów przybył bowiem nie tylko Gerald Warden, lecz także najstarsza siostra Gwyneiry, Diana, wraz z mężem. Diana uwielbiała kwiaty i od ślubu zajmowała się niemal wyłącznie swoim ogrodem różanym – jednym z najpiękniejszych i najbardziej zadbanych ogrodów różanych w całej Anglii. Przywiozła ze sobą piękne bukiety róż w pąkach dla matki i od razu elegancko je poukładała w wazonach i koszach. Gwyneira aż westchnęła. Nigdy nie potrafiłaby tego tak pięknie zrobić. Jeśli mężczyźni naprawdę kierują się w wyborze małżonki takimi wymaganiami, to rzeczywiście umrze jako stara panna. Gwyneira odniosła jednak wrażenie, że wazony z kwiatami są jej ojcu i szwagrowi całkowicie obojętne. Na hafty Gwyneiry też dotąd nie rzucił okiem ani jeden mężczyzna, nie licząc niezbyt nimi zachwyconego pastora. Dlaczego nie mogłaby zaimponować młodym dżentelmenom swoimi prawdziwymi umiejętnościami? Mogłaby wzbudzić podziw na przykład na polowaniu. Zwykle goniła lisa szybciej i skuteczniej niż reszta towarzystwa. Ale tym wcale nie zjednywała sobie sympatii panów, podobnie jak sprawnym prowadzeniem owczarków. Choć z uznaniem wyrażali się o jej umiejętnościach, w ich oczach odczytywała rodzaj przygany, a na wieczornym balu prosili do tańca inne panny.

To jednak mogło się równie dobrze wiązać z nader skromnym posagiem panny Silkham. Gwyneira nie miała złudzeń i wiedziała, że jako ostatnia z trzech córek nie może oczekiwać zbyt dużo. Zwłaszcza że na utrzymaniu ojca był jeszcze jej brat. John Henry „studiował” w Londynie. Gwyneira ciągle się zastanawiała, co on tam studiuje. Gdy mieszkał jeszcze w Silkham Manor, nauka interesowała go mniej niż jego młodszą siostrę, a rachunki, które przysyłał z Londynu, były o wiele za wysokie jak na zakup podręczników. Ojciec jednak zawsze płacił je bez wahania, najwyżej mruczał pod nosem coś o „przycieraniu rogów”. Gwyneira była pewna, że wydawane w ten sposób kwoty pomniejszają jej posag.

Mimo tych przeciwności nie trapiła się zanadto swoją przyszłością. Na razie było jej dobrze, a przecież obrotna matka w końcu znajdzie dla niej jakiegoś męża. Już teraz rodzice Gwyneiry zapraszali do siebie na herbatę niemal wyłącznie te zaprzyjaźnione małżeństwa, które jak się zupełnie przypadkowo składało, miały synów w odpowiednim wieku. Czasem nawet ich ze sobą przyprowadzali, częściej jednak rodzice przychodzili sami, a jeszcze częściej zjawiały się same matki. Takich wizyt Gwyneira nie znosiła najbardziej, ponieważ w ich trakcie sprawdzano wszystkie umiejętności, jakie panna rzekomo koniecznie powinna posiadać, żeby móc prowadzić elegancki dom. Gwyneira miała wykazać się umiejętnością odpowiedniego podawania herbaty, przy czym pewnego razu, niestety, niemal nie oparzyła lady Bronsworth. Była na dodatek zdumiona, gdy podczas tego właśnie niełatwego spotkania jej matka wierutnie skłamała, twierdząc, że Gwyneira sama upiekła podane ciasteczka.

Po herbacie damy sięgnęły po tamborki. Lady Silkham dla pewności podała Gwyneirze własny, z niemal ukończonym kunsztownym haftem petitpoint. Tocząca się rozmowa dotyczyła ostatniej powieści pana Bulwera-Lyttona. Jego książki działały na Gwyneirę jak środek nasenny – jeszcze nie udało jej się dokończyć żadnego z opasłych tomisk. Ale mogła posłużyć się którymś z często pojawiających się w takim kontekście wyrażeń, jak „budujący” czy „niezwykła siła wyrazu”. Poza tym panie rozmawiały oczywiście o siostrach Gwyneiry i ich wspaniałych mężach, wyrażając przy okazji nadzieję, że wkrótce także Gwyneirze trafi się równie dobra partia. Gwyneira nie była pewna, czy tego właśnie chce. Uważała, że jej szwagrowie są nudni, a mąż Diany był na dodatek o tyle od niej starszy, że niemal mógłby być jej ojcem. Przebąkiwano, że być może właśnie dlatego ich małżeństwo nie doczekało się jeszcze potomstwa, ale Gwyneira nie do końca rozumiała, o co chodzi. Przecież stare tryki wyklucza się z hodowli… Zachichotała, gdy porównała w myślach srogiego męża Diany, Jeffreya, z trykiem Cesarem, którego ojciec niedawno z niechęcią musiał usunąć z hodowli.

A Julius, mąż Larissy? Mimo że pochodził z jednego z najznamienitszych rodów arystokratycznych, był koszmarnie bezbarwny i anemiczny. Gwyneira przypomniała sobie, że gdy ojciec zobaczył go po raz pierwszy, ukradkiem wymamrotał coś o „chowie wsobnym”. Choć Julius i Larissa mieli już jednego syna, to chłopiec także wyglądał jak zjawa. Nie, nie o takich mężczyznach marzyła Gwyneira. Ale czy za morzem oferta była lepsza? Gerald Warden sprawiał co prawda wrażenie człowieka energicznego, dla niej jednak był oczywiście za stary. Chociaż znał się na koniach i nie próbował pomagać jej przy wsiadaniu w siodło. Czy to możliwe, żeby damy w Nowej Zelandii jeździły po męsku? Gwyneira przyłapywała się nieraz na marzeniach po lekturze tanich powieści pożyczanych od służących. Jak by to było, ścigać się z jednym z tych odważnych amerykańskich kowbojów? Albo z biciem serca przyglądać się pojedynkowi na rewolwery? A przecież kobiety na Dzikim Zachodzie same chwytają za broń! Gwyneira z pewnością wolałaby otoczony przez Indian fort od różanego ogrodu Diany.

Teraz jednak ścisnęła się nowym gorsetem, który zasznurowała jeszcze mocniej niż stary, który miała na sobie podczas jazdy. Nie znosiła gorsetów, ale gdy ujrzała w lustrze swoje odbicie, ucieszyła się, że jej talia wygląda tak szczupło. Żadna z sióstr nie miała tak zgrabnej figury. A w jasnobłękitnej jedwabnej sukni było jej wyjątkowo do twarzy. Suknia sprawiała, że oczy Gwyneiry promieniały jeszcze mocniej i podkreślała intensywną barwę jej rudych włosów. Szkoda, że musi je związać. I ile to pracy dla pokojówki, która stoi już obok z grzebieniami i spinkami! Włosy Gwyneiry były naturalnie poskręcane, a gdy w powietrzu była wilgoć, co w Walii zdarzało się niemal codziennie, kręciły się jeszcze mocniej i trudno było je poskromić. Gwyneira często musiała godzinami siedzieć, aż pokojówce uda się je porządnie upiąć. A spokojnego siedzenia nie znosiła najbardziej ze wszystkiego.

Z westchnieniem opadła na fotel i nastawiła się na pół godziny nudy. Jej wzrok padł jednak na niepozorny zeszyt leżący na stoliku tuż obok fryzjerskich utensyliów. Krzykliwy tytuł brzmiał W rękach Czerwonoskórych.

– Pomyślałam, że przyda się panience odrobina rozrywki – powiedziała młoda pokojówka i uśmiechnęła się w lustrze do Gwyneiry. – Ale to straszna opowieść! Jak ją sobie czytałyśmy na głos na zmianę z Sophie, to potem całą noc nie mogłyśmy spać!

Gwyneira już trzymała zeszyt w rękach. Nie tak łatwo było ją przestraszyć.

Gerald Warden nudził się tymczasem w salonie. Panowie zebrali się tam na drinka przed kolacją. Lord Silkham przed chwilą przedstawił mu swojego zięcia, Jeffreya Riddlewortha. Wyjaśnił panu Wardenowi, że lord Riddleworth służył w indyjskich koloniach i wrócił stamtąd z wysokimi odznaczeniami dopiero dwa lata temu. Diana Silkham była jego drugą żoną, pierwsza zmarła w Indiach. Warden nie odważył się zapytać, na co umarła, był jednak przekonany, że nie była to ani malaria, ani ukąszenie węża, bo musiałaby mieć więcej odwagi i chęci poznawania świata niż jej małżonek. Riddleworth wyglądał na takiego, który przez cały swój pobyt w Indiach nie opuścił murów pułkowego garnizonu. O Indiach był w stanie powiedzieć tylko to, że poza angielskimi enklawami jest tam hałaśliwie i brudno. Wszystkich tubylców uważał za hołotę, zwłaszcza maharadżów, poza granicami miast zaś wszędzie aż roiło się od tygrysów i węży.

– Raz nawet mieliśmy żmiję w naszej kwaterze – Riddleworth opowiadał ze wstrętem, muskając swoją wypielęgnowaną bródkę. – Oczywiście natychmiast zastrzeliłem bestię, choć kulis twierdził, że nie jest jadowita. Ale czy do tych ludzi można mieć zaufanie? A jak to jest u pana, panie Warden? Czy pańscy służący trzymają tę wstrętną zgraję pod nadzorem?

Gerald z rozbawieniem pomyślał, że strzały lorda Riddlewortha prawdopodobnie wyrządziły więcej szkód, niż uczyniłby to nawet tygrys. Nie sądził, żeby niewysoki i dobrze odżywiony pułkownik potrafił jednym strzałem trafić w głowę żmii. W każdym razie lord Riddleworth najwyraźniej wybrał sobie nieodpowiedni kraj na obszar swoich działań.

– Nasi służący czasem sami potrzebują… Hm… Przyuczenia – odpowiedział. – Zwykle zatrudniamy tubylców, dla których angielski styl życia jest czymś zupełnie obcym. Za to nie ma u nas tygrysów ani węży. W całej Nowej Zelandii nie ma ani jednego węża. Kiedyś nie było też tam prawie żadnych ssaków. Dopiero misjonarze i osadnicy przywieźli na wyspy bydło, psy i konie.

– Nie ma tam żadnych dzikich zwierząt? – zapytał Riddleworth, marszcząc czoło. – Panie Warden, chyba nie chce pan nam powiedzieć, że przed zasiedleniem było tam jak czwartego dnia stworzenia?

– Są ptaki – wyjaśnił Gerald – Duże, małe, grube, chude, latające, biegające… Ach tak, jeszcze kilka gatunków nietoperzy. A poza tym oczywiście owady, ale one zwykle nie są groźne. W Nowej Zelandii, milordzie, naprawdę trudno stracić życie. Chyba że uwzględni się niebezpieczeństwo grożące ze strony dwunożnych drapieżników z bronią palną.

– Albo i takich z maczetami, sztyletami czy szablami, prawda? – zapytał, śmiejąc się, Riddleworth. – Ale dla mnie to jednak zagadka, co może skłonić człowieka, żeby dobrowolnie udał się do takiej dziczy? Ucieszyłem się, gdy mogłem wreszcie opuścić kolonie.

– Nasi Maorysi mają w większości pokojowe nastawienie – odparł swobodnie Warden. – To niezwykły lud… Panuje wśród nich fatalizm, a jednocześnie tak łatwo ich zadowolić. Śpiewają, tańczą, rzeźbią w drewnie i nie uprawiają żadnego godnego wzmianki rzemiosła. Nie, milordzie, jestem pewien, że na Nowej Zelandii prędzej by się pan nudził, niż czegokolwiek obawiał…

Riddleworth chciał natychmiast wyjaśnić, że podczas pobytu w Indiach ani przez chwilę nie ogarnął go strach. Ale w tym momencie rozmowę dżentelmenów przerwało nadejście Gwyneiry. Weszła do salonu i speszyła się, gdy dostrzegła, że wśród obecnych nie ma jej matki ani siostry.

– Przyszłam za wcześnie? – zapytała, zamiast najpierw odpowiednio przywitać się ze szwagrem.

Lord Riddleworth wyglądał więc na odpowiednio urażonego, z kolei Gerald Warden nie mógł się napatrzyć na Gwyneirę. Już wcześniej wydała mu się ładna, ale teraz, widząc ją w odświętnym stroju, uznał, że jest prawdziwą pięknością. Błękitny jedwab podkreślał jasność jej karnacji i blask gęstych rudych włosów, które zostały gładko upięte. Taka fryzura wydobywała szlachetne rysy jej twarzy. A do tego te pełne usta i promieniejące błękitem oczy o czujnym, wręcz wyzywającym spojrzeniu! Gerald był zachwycony.

Ale ta piękność zupełnie tutaj nie pasowała. Nie mógł sobie jej wyobrazić u boku takiego mężczyzny, jak Jeffrey Riddleworth. Gwyneira była raczej typem kobiety, która potrafiłaby założyć sobie węża na szyję czy poskromić tygrysa.

– Nie, nie, jesteś akurat na czas, moje dziecko – stwierdził lord Terence Silkham, spoglądając na zegarek. – Twoja matka i siostra się spóźniają. Pewnie znowu zasiedziały się w ogrodzie…

– A pani nie była w ogrodzie? – Gerald zwrócił się do Gwyneiry. Prędzej ją wyobrażał sobie na świeżym powietrzu niż jej matkę, która przy pierwszym poznaniu zrobiła na nim wrażenie osoby sztywnej i znudzonej.

Gwyneira wzruszyła ramionami.

– Nie przepadam za różami – oznajmiła, pogłębiając tym samym niechęć Jeffreya i budząc niezadowolenie ojca. – Gdyby to były warzywa albo coś innego, co nie kłuje…

Gerald Warden roześmiał się, ignorując kwaśne miny Silkhama i Riddlewortha. „Owczy baron” uważał, że córka lorda jest czarująca. Nie była oczywiście pierwszą panną, którą niepostrzeżenie oceniał podczas swojej podróży do dawnej ojczyzny, ale do tej pory żadna z angielskich młodych dam nie wydała mu się tak naturalna i szczera.

– Ależ, moja panno! – przekomarzał się z nią. – Czyżby chciała mi pani ujawnić ciemne strony angielskiej róży? Czy mlecznobiała cera i złotorude włosy skrywają jakieś kolce?

Jak widać, wyrażenie „angielska róża”, stanowiące określenie popularnego na Wyspach Brytyjskich typu dziewcząt o jasnej skórze i rudych włosach, znano również w Nowej Zelandii.

Gwyneira, która powinna była zaczerwienić się na te słowa, uśmiechnęła się tylko.

– Na pewno bezpieczniej jest nosić rękawiczki – zauważyła, kątem oka dostrzegając, że jej matce aż brakło tchu.

Lady Silkham i jej najstarsza córka, lady Riddleworth, weszły właśnie do salonu i usłyszały krótką wymianę zdań między Gwyneirą a Geraldem. Same nie wiedziały, co powinno je bardziej oburzyć: bezczelność Wardena czy błyskotliwa riposta Gwyneiry.

– Panie Warden, to moja córka Diana, lady Riddleworth. – Lady Silkham ostatecznie postanowiła pominąć ten incydent milczeniem. Gość jej męża nie miał co prawda obycia towarzyskiego, obiecał jednak zapłacić mu sporą sumę za stado owiec i miot owczarków. Kwota ta zapewniłaby Gwyneirze posag, a lady Silkham mogłaby wreszcie jak najspieszniej wydać ją za mąż, zanim wszędzie rozniesie się wieść o jej niewyparzonym języku.

Diana z godnością powitała zamorskiego gościa. Posadzono ją przy stole obok Geralda Wardena, czego ten szybko pożałował. Kolacja w towarzystwie państwa Riddleworth przebiegała wyjątkowo nudno. Gerald odpowiadał krótkimi zdaniami i udawał, że słucha wywodów Diany na temat hodowli róż, ale tak naprawdę wciąż obserwował Gwyneirę. Poza niewyparzonym językiem jej zachowanie było nienaganne. Wiedziała, jak należy zachować się w towarzystwie i zręcznie konwersowała, choć było widać, że sąsiad przy stole, Jeffrey, bardzo ją nudzi. Grzecznie odpowiadała na pytania siostry dotyczące jej postępów w nauce francuskiego czy samopoczucia szacownej madame Fabian. Guwernantce było niezmiernie przykro, że ze względów zdrowotnych nie może brać udziału w dzisiejszej kolacji. Tak chętnie porozmawiałaby ze swoją dawną ulubioną uczennicą, Dianą.

Dopiero gdy podano deser, lord Riddleworth powrócił do swojego wcześniejszego pytania. Widocznie rozmowa przy stole zaczęła nudzić nawet jego. Diana i jej matka zaczęły wymieniać się nowinkami o wspólnych znajomych, których uważały za „uroczych” i których równie „uroczych” synów należało uwzględnić w planowaniu przyszłości Gwyneiry.

– Panie Warden, wciąż nie opowiedział nam pan o tym, co zawiodło pana do Nowej Zelandii. Czy udał się pan tam z polecenia Korony? Może razem z naszym wspaniałym kapitanem Hobsonem?

Gerald Warden z uśmiechem pokręcił głową i pozwolił, żeby służący ponownie napełnił mu kieliszek winem. Do tej pory wspaniałym trunkiem raczył się z umiarem. Później będzie miał okazję skosztować doskonałej szkockiej lorda Silkhama, a jeśli ma mieć choć cień szansy na realizację swojego planu, musi zachować trzeźwy umysł. Pusty kieliszek zwróciłby jednak uwagę. Gerald skinął więc głową służącemu, ale najpierw napił się wody ze szklanki.

– Popłynąłem tam dwadzieścia lat przed Hobsonem – odpowiedział. – W tamtych czasach warunki na wyspach były jeszcze bardziej surowe. Szczególnie w obozach wielorybników i myśliwych polujących na foki…

– Ale pan jest przecież hodowcą owiec! – wtrąciła z zainteresowaniem Gwyneira. „Wreszcie jakiś ciekawy temat rozmowy!”. – Chyba nie łowił pan wielorybów?

Gerald roześmiał się gromko.

– Jeśli chodzi o połowy wielorybów, moja panno, spędziłem trzy lata na „Molly Malone”…

Pan Warden nie chciał nic więcej powiedzieć na ten temat, odezwał się natomiast lord Silkham, marszcząc czoło.

– Ależ, panie Warden, za dobrze zna się pan na owcach, żebym uwierzył w te pańskie opowieści o rozbójnikach! Przecież nie nauczył się pan tego wszystkiego na statku wielorybniczym!

– Oczywiście, że nie – odpowiedział lekkim tonem Gerald. Nie był łasy na komplementy. – Pochodzę z Yorkshire Dales, a mój ojciec był pasterzem…

– I wyruszył pan na poszukiwanie przygód! – Oczy Gwyneiry błyszczały z podekscytowania. – Wymknął się pan pewnej mglistej nocy, opuścił kraj i…

Gerald Warden ponownie był jednocześnie zdumiony i rozbawiony. To z pewnością jest ta właściwa dziewczyna, nawet jeśli jest rozpieszczona i ma o pewnych sprawach zupełnie fałszywe wyobrażenia.

– Przede wszystkim byłem dziesiątym z jedenaściorga dzieci – sprostował. – I nie chciałem spędzić swojego życia, pasąc cudze owce. Gdy miałem trzynaście lat, ojciec chciał mnie oddać na służbę. Ale ja zaokrętowałem się na statek jako junga. Zobaczyłem prawie cały świat. Wybrzeża Afryki, Ameryki, Przylądek… Żeglowaliśmy też po Morzu Północnym. A w końcu trafiłem do Nowej Zelandii. Tam spodobało mi się najbardziej. Żadnych tygrysów, żadnych węży… – Gerald mrugnął okiem do lorda Riddlewortha. – Kraj w dużej mierze jeszcze nieodkryty i o klimacie przypominającym moją ojczyznę. W końcu człowiek zawsze tęskni za swoimi korzeniami.

– I wtedy zaczął pan polować na wieloryby i foki? – zapytała Gwyneira, wciąż nie dowierzając. – Zamiast zająć się od razu owcami?

– Owiec nikt nie rozdaje za darmo, droga panno – Gerald Warden odpowiedział z uśmiechem. – O czym mogłem się przekonać również dzisiaj. Żeby kupić stado pani ojca, trzeba by oprawić niejednego wieloryba! A choć ziemia na Nowej Zelandii była tania, to wodzowie Maorysów nie oddawali jej tak całkiem za darmo…

– Maorysi to tubylcy? – zapytała zaintrygowana Gwyneira.

Gerald Warden skinął głową.

– Nazwa oznacza „polujący na moa”. Moa to były olbrzymie ptaki, ale myśliwi okazali się zbyt gorliwi. W każdym razie stworzenia te wymarły. A my, przybysze, określamy się mianem „kiwi”. Kiwi to też ptaki. Ciekawskie, natrętne i niezwykle żywotne stworzenia. Przed kiwi nie można uciec. W Nowej Zelandii są wszędzie. Tylko proszę mnie teraz nie pytać, kto wpadł na pomysł, żeby tak właśnie nazywać osiedleńców….

Część siedzącego przy stole towarzystwa się roześmiała – byli to przede wszystkim lord Silkham i Gwyneira. Natomiast lady Silkham i państwo Riddleworth byli raczej oburzeni tym, że stołują się z byłym pastuchem i wielorybnikiem, nawet takim, który z czasem został „owczym baronem”.

Lady Silkham wkrótce wstała od stołu i wraz z córką przeniosła się do salonu. Gwyneira z niechęcią rozstała się z męskim gronem. W końcu rozmowa toczyła się wokół interesujących spraw, a nie wciąż tego samego towarzystwa i niewypowiedzianie nudnych róż Diany. Gwyneira żałowała, że nie może udać się do swojego pokoju, gdzie czekała na nią do połowy przeczytana powieść W rękach Czerwonoskórych. Indianie właśnie porwali główną bohaterkę, córkę oficera kawalerii. Teraz jednak czekały ją przynajmniej dwie filiżanki herbaty w towarzystwie matki i siostry. Gwyneira z westchnieniem poddała się swojemu losowi.

W tym samym czasie lord Terence Silkham częstował w swoim gabinecie gości cygarami. Gerald Warden po raz kolejny udowodnił, że jest prawdziwym znawcą, wybierając najlepszy rodzaj kubańskich cygar. Lord Riddleworth sięgnął do pudełka, nawet do niego nie zaglądając. Potem panowie spędzili pół godziny, które zdawało się nie mieć końca, dyskutując na temat ostatnich decyzji królowej dotyczących brytyjskiej gospodarki. Zarówno Silkham, jak i Riddleworth uważali za pożałowania godne, że królowa wyraźnie stawia na uprzemysłowienie i handel zagraniczny, zamiast wzmacniać tradycyjną gospodarkę. Gerald Warden nie zajął w tej sprawie określonego stanowiska. Po pierwsze, nie bardzo się na tym znał, po drugie, sprawa ta była mu obojętna. Nowozelandczyk ożywił się dopiero wtedy, gdy Riddleworth rzucił pełne żalu spojrzenie na szachy ustawione na bocznym stoliku.

– Szkoda, że nie możemy zagrać dzisiaj partyjki, ale oczywiście nie chcielibyśmy znudzić naszego gościa – zauważył.

Gerald Warden zrozumiał aluzję. Lord Riddleworth próbował mu zasugerować, że gdyby był prawdziwym dżentelmenem, pod dowolnym pozorem udałby się teraz do swojego pokoju. Ale Gerald nie był dżentelmenem. Tę rolę odgrywał już wystarczająco długo. Musiał zacząć powoli przechodzić do rzeczy.

– A może rozegramy małą partyjkę w karty? – zaproponował z niewinnym uśmiechem. – Z pewnością na salonach w brytyjskich koloniach gra się w oczko, prawda, lordzie Riddleworth? Czy woli pan inną grę? Może poker?

Riddleworth spojrzał na Wardena z oburzeniem.

– Ależ, proszę pana. Oczko? Poker? W to gra się w portowych spelunkach, a nie w gronie dżentelmenów.

– A ja bardzo chętnie zagram partyjkę – stwierdził lord Silkham. Wyglądało na to, że podjął taką decyzję nie tylko z grzeczności wobec Wardena, ponieważ na karciany stolik spoglądał z prawdziwą pożądliwością. – Gdy służyłem w armii, często grałem w karty, ale tutaj trudno zebrać wesołe towarzystwo, które nie rozmawiałoby tylko o owcach i koniach. Dalej, Jeffrey! Możesz rozdawać pierwszy. Tylko nie bądź skąpy. Wiem, że otrzymujesz wysoki żołd. Zobaczymy, czy uda mi się dzisiaj dostać z powrotem choć część posagu Diany!

Lord Silkham mówił bez ogródek. Podczas kolacji nie żałował sobie wina, później zaś szybko wypił pierwszą szklankę szkockiej. Teraz bez wahania zaprosił swoich gości do stolika. Gerald Warden zajął miejsce z zadowoleniem, natomiast lord Riddleworth wciąż się ociągał. Niechętnie sięgnął po karty i zaczął je niewprawnie tasować.

Gerald odstawił swoją szklankę na bok. Musiał zachować teraz trzeźwość umysłu. Z radością zauważył, że lekko pijany lord Terence Silkham rozpoczął grę od wysokiej stawki. Gerald pozwolił mu wygrać. Pół godziny później przed lordem Silkhamem i Riddleworthem leżały kupki monet i banknotów o pokaźnej wartości. Jeffreya nieco to rozruszało, choć wciąż nie wyglądał na zachwyconego. Silkham radośnie nalał im whisky.

– Proszę nie przegrać pieniędzy na moje owce! – ostrzegł Geralda. – Właśnie przegrał pan kolejny miot owczarków!

Gerald Warden się uśmiechnął.

– Kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa – powiedział i ponownie podniósł stawkę. – Co z panem, lordzie Riddleworth, wchodzi pan?

Choć pułkownik też nie był już zbyt trzeźwy, był jednak z natury nieufny. Gerald Warden wiedział, że powinien się go szybko pozbyć, najlepiej nie tracąc przy okazji zbyt wielu pieniędzy. Gdy Riddleworth po raz kolejny postawił swoją wygraną na jedną kartę, Gerald uderzył.

– Oczko, mój przyjacielu! – powiedział niemal z żalem, wykładając na stół drugiego asa. – W końcu pech musiał mnie opuścić! Od nowa! Zapraszam, lordzie Riddleworth, jeszcze odegra się pan podwójnie!

Zirytowany Riddleworth wstał od stolika.

– Nie, ja już dziękuję. Już wcześniej powinienem był skończyć. Tak, łatwo przyszło, łatwo poszło. Nie dam panu więcej wygrać. A ty, drogi teściu, też powinieneś skończyć grę. Zachowałbyś przynajmniej tę niewielką wygraną.

– Mówisz jak moja żona – zauważył lord Silkham, choć w jego głosie było słychać niepewność. – I cóż znaczy „niewielka wygrana”? Jeszcze tak naprawdę nie zaryzykowałem i wciąż mam wszystkie swoje pieniądze. I dopisuje mi szczęście! W ogóle dziś jest mój szczęśliwy dzień, prawda, panie Warden? Dzisiaj naprawdę mam szczęście!

– Życzę więc miłej zabawy – odpowiedział chłodno Riddleworth.

Gerald Warden odetchnął, gdy Jeffrey opuścił gabinet. Miał teraz wolną drogę.

– Niech pan podwoi swoją wygraną, lordzie Silkham! – zachęcił gospodarza. – Ile pan tam teraz ma? W sumie piętnaście tysięcy? Do diaska, do tej pory oskubał mnie pan na dziesięć tysięcy funtów! Wystarczy podwoić, a będzie pan mieć podwójną cenę za swoje owce!

– Ale… jeśli przegram, stracę wszystko – lorda Silkhama ogarnęły wątpliwości.

Gerald Warden wzruszył ramionami.

– Na tym polega ryzyko. Ale możemy je znacznie zmniejszyć. Proszę, dam teraz jedną kartę panu i jedną sobie. Pan zajrzy do swojej, ja swoją wyłożę i wtedy pan zdecyduje. Jeśli nie będzie pan chciał dalej grać, w porządku. Ale ja oczywiście też będę mógł się wycofać, gdy zobaczę swoją pierwszą kartę. – Uśmiechnął się.

Silkham niepewnie wziął od niego kartę. Czy takie rozdanie nie jest niezgodne z zasadami? Prawdziwy dżentelmen nie szuka wymówek i nie boi się żadnego ryzyka. Lord Terence Silkham niemal ukradkiem rzucił okiem na swoją kartę.

Dziesiątka! Tylko as byłby lepszy.

Gerald, który trzymał bank, odkrył swoją kartę. Dama. Czyli trzy punkty. Nie najlepszy początek. Nowozelandczyk zmarszczył czoło, jakby miał wątpliwości.

– Szczęście niedługo mi sprzyjało – westchnął. – A jak u pana? Gramy czy kończymy?

Silkhamowi nagle zaczęło bardzo zależeć na dalszej grze.

– Chętnie wezmę jeszcze jedną kartę – oznajmił.

Gerald Warden z rezygnacją popatrzył na swoją damę. Sprawiał wrażenie, jakby ze sobą walczył, ale w końcu podał lordowi jeszcze jedną kartę.

Ósemka pik. Czyli razem osiemnaście punktów. Czy to wystarczy? Czoło Silkhama pokryło się kropelkami potu. Dobierając jeszcze jedną kartę, ryzykuje przegraną. Trzeba więc blefować. Lord starał się, żeby jego twarz niczego nie wyrażała.

– Skończyłem dobierać – oznajmił krótko.

Gerald odkrył kolejną kartę dla siebie. Ósemka. Czyli razem jedenaście punktów. Nowozelandczyk znów sięgnął po kartę.

Silkham liczył na to, że Gerald dostanie asa. Wtedy gra zakończyłaby się jego wygraną. Ale i tak miał niezłe szanse. „Owczego barona” mogła uratować tylko ósemka lub dziesiątka.

Gerald odkrył kartę. Był to król.

Głośno wciągnął powietrze.

– Gdybym