Shout Out To My Ex - Barker Sandy - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Shout Out To My Ex ebook i audiobook

Barker Sandy

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

64 osoby interesują się tą książką

Opis

Z miłością jest jak z modą – czasem trzeba wrócić do starego projektu, żeby odkryć jego prawdziwą wartość. 

Elle, założycielka Bliss Designs, właśnie szykuje się na Fashion Week w Paryżu. Jej kariera szybuje, ale serce wciąż nie może zapomnieć o Leo – chłopaku ze studenckich lat, który zniknął bez słowa. Gdy Cassie, jej siostra, potajemnie zatrudnia agencję Ever After, do akcji wkracza Poppy – swatka od zadań specjalnych. 

Kiedy na horyzoncie pojawia się Lorenzo – słynny projektant butów o zaskakująco znajomym spojrzeniu – zaczyna się gra pozorów, sekretów i niedopowiedzeń. Czy za modową maską kryje się Leo? A jeśli tak – czy da się zszyć to, co kiedyś zostało rozerwane? 

Miłość, haute couture i ukryta tożsamość – ta historia pokazuje, że kiedy stawką jest serce, nawet Fashion Week może zejść na drugi plan. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 53 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Agata Skórska Aleksandra Skraba

Oceny
3,9 (104 oceny)
37
32
23
9
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
sandranowicka21

Nie polecam

Okropna historia. Skończyłam w połowie, bo jakikolwiek happy end jest zupełnie absurdalny. Nie. Nie ma opcji na happy end po 10 latach zupełnego urwania kontaktu bez wyjaśnienia.
41
Lisiczka1981

Całkiem niezła

Pierwsza część bardziej mi się podobała, w tej za dużo Poppy a za mało Leo.
10
alabomba

Dobrze spędzony czas

Sympatyczna
10
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomicie bawiłam się z bohaterami ♥️🙂Z nimi nie da się nudzić-polecam
10
Algatha

Całkiem niezła

Pierwsza część zdecydowanie lepsza, tutaj było niestety ta sobie, główna bohaterka antypatyczna
00

Popularność




SANDY BARKER

Shout Out to My Ex

Przełożyła Anna Lewicka

Dla Ciebie, Mamo.

Dziękuję Ci, że byłaś moją pierwszą czytelniczką

i moją mistrzynią

oraz że zachęcałaś mnie do pisania,

odkąd byłam mała.

Kocham Cię.

Rozdział 1

Elle

Wpadam przez drzwi wejściowe do naszego mieszkania, rzucam kopertówkę na szafkę w przedpokoju i idę prosto w kierunku sofy. Upadam na nią tyłem. Zasłaniając twarz przedramieniem, krzyczę „Uuuch!” w zgięcie łokcia.

Moja siostra Cassie chichocze.

– Ponad dwie godziny. To nowy rekord.

Podnoszę rękę i patrzę na nią złowrogo znad pufa służącego nam jako stolik kawowy.

– Mierzyłaś mi czas?

– Zawsze to robię – mówi, rzucając mi znaczące spojrzenie, po czym znów spogląda na ekran swojego laptopa.

Zdejmuję (niezwykle niewygodne) obcasy, a następnie pocieram stopy o siebie. Po co w ogóle skazujemy się na męczarnie i nosimy te narzędzia tortur? Przyglądam się porzuconym butom, które leżą krzywo na dywanie.

Och, racja, myślę. Bo są cholernie piękne.

– Więc co tym razem poszło nie tak? – mruczy rozkojarzona Cass.

Prostuję się.

– Pracujesz? – pytam, ignorując jej pytanie.

Jej spojrzenie znów się ode mnie oddala.

– Przecież zawsze pracuję.

– Jest sobota wieczór.

Wzrusza ramionami.

– Jeśli to odłożysz, opowiem ci wszystkie soczyste szczegóły.

Zamyka laptopa.

– No dalej. Właściwie to czekaj. Będę do tego potrzebować wina.

Zrywa się i idzie do kuchni, a ja opadam z powrotem na sofę i wpatruję się w nasz niesamowicie wysoki sufit, mój ulubiony element mieszkania w przebudowanej fabryce tkanin.

Cass otwiera drzwi lodówki.

– Różowe czy chardonnay?

– Mamy jakieś wino musujące? – pytam, zbyt leniwa, żeby wstać i poszukać sama.

– Nagroda pocieszenia?

– Jakbyś zgadła.

Znienacka ziewam. Pozwalam, by to uczucie mnie opłynęło, i rozciągam się, wyciągając ramiona w jedną stronę, a nogi w drugą.

Cass pojawia się ponownie z butelką taniego wina musującego z naszych zapasów (kupiłyśmy tuzin butelek w Aldi) i dwoma różnymi kieliszkami.

– Potrzebujemy nowych…

– …kieliszków – kończy. – Wiem. Mówisz to za każdym razem.

– Myślę o tym tylko wtedy, gdy akurat mamy się napić wina.

– Ja też.

Rozrywa sreberko, kręci korkiem, zgrabnie go wyjmuje i nalewa alkohol do kieliszków. Przysięgam, że potrafiłaby otworzyć butelkę wina musującego z zamkniętymi oczami. Cass jest mistrzynią świętowania nawet najmniejszych życiowych zwycięstw, co stanowi jedną z rzeczy, które w niej najbardziej kocham.

– Proszę. – Wyciąga kieliszek, a ja siadam i mrużę oczy sceptycznie. – Nalałam po równo, daję słowo.

To nasza odwieczna kość niezgody od czasu, gdy miałam cztery lata, a Cass siedem i dawała mi zawsze tę „mniejszą połówkę” batonika Mars.

Biorę kieliszek i unoszę go, by wznieść toast:

– Za Marcusa, nudnego głupka, który zamówił całe menu degustacyjne, zanim przyszłam, więc nie mogłam go zostawić aż do deseru.

Cass krztusi się winem i prycha:

– Oho, wybitnie zaawansowany manewr randkowy.

Uderza się w pierś i kaszle jeszcze gwałtowniej.

– Wiem. Częściowo byłam nawet pod wrażeniem, ale tylko odrobinkę.

– Gdzie go poznałaś?

– Na Flutterze.

– Na Flutterze? Wymyślasz.

– Nie. – Robię krzyż na piersi i podnoszę dwa palce w geście przysięgi. – Najnowsza aplikacja randkowa dla osób poniżej trzydziestego piątego roku życia.

– To mnie wyklucza – mówi, co mnie wyjątkowo rozśmiesza, bo nawet gdyby miała mniej niż trzydzieści pięć lat, to Cass nie jest fanką randkowania. – No co? Raz na jakiś czas się z kimś umawiam.

– Ostatnio byłaś na randce, kiedy Harry Styles był jeszcze w One Direction – odpowiadam.

Wzrusza ramionami, co w przypadku Cass stanowi potwierdzenie, że mam rację.

Popijam więcej wina. Nie jest złe, ale nie jest też dobre. Cass każe nam oszczędzać, przynajmniej do czasu, aż znajdziemy idealnego partnera dla Bliss Designs i będziemy mogły poszerzyć działalność. Cass jest za poszerzaniem, dopóki chodzi o nasz dom mody, a nie nasz domowy budżet.

Ona to mózg operacji (czyli ta inteligentna połówka), a ja odpowiadam za część kreatywną (czyli jestem tą utalentowaną). Zdaniem ludzi ze świata mody mam w sobie po trochu wszystkiego: od cudownego dziecka (to dość ironiczne, biorąc pod uwagę, że mam trzydzieści dwa lata, ha!), poprzez modową geniuszkę, aż po kolejną wielką gwiazdę. Pewien dziennikarz modowy opisał mnie nawet jako połączenie Karan i Chanel, co odebrałam jako komplement, nawet jeśli ten reporter miał na myśli tylko inspirację.

Ogólnie rzecz biorąc, pochlebne komentarze i komplementy na temat mojego rzekomego geniuszu jeszcze się nie przełożyły na realny sukces finansowy. Do tej pory nasze osiągnięcia ograniczają się do zarabiania pieniędzy wystarczających na zatrudnienie trzyosobowego zespołu, wynajęcie powierzchni dla naszego domu mody, utrzymanie stałej, choć niewielkiej klienteli i sfinansowanie okazjonalnego wsparcia marki przez celebrytów. Ale nasze długoterminowe cele są o wiele ambitniejsze. To właśnie tutaj wkracza magia Cass z jej smykałką do pieniędzy, marketingiem, kanałami dystrybucji i biznesowym żargonem typu „budujemy markę” i „umacniamy naszą pozycję na rynku”.

Cass świetnie radzi sobie również z syndromem oszusta, który pojawia się od czasu do czasu – we mnie, nie w niej. Nie sądzę, żeby Cass kiedykolwiek zwątpiła w siebie w całym swoim życiu. Rządziła naszymi lalkami Sindy, zanim jeszcze nauczyła się czytać.

Nadal nie mogę uwierzyć, że porzuciła obiecującą karierę dyrektorki do spraw marketingu, aby „przenieść Bliss Designs na wyższy poziom”. Cokolwiek to znaczy. W mojej głowie wszystko to jest dość mgliste poza dwoma celami: pokazaniem się na fashion week (każda z czterech wielkich imprez by się nadała, bez względu, czy to Mediolan, Paryż, Nowy Jork czy Londyn) i sprzedażą własnej kolekcji w którymś z najbardziej ekskluzywnych domów towarowych. Chociaż nie – zamieniłabym to drugie na własny butik w centrum Londynu.

Cassie uważa moje cele za osiągalne, ale dla mnie takie nie są. Nigdy nie wychodzimy na zero i nadal wyczerpujemy nasze wspólne oszczędności, a także hojny prezent od babci ze strony matki. „Nie zabiorę tego ze sobą do grobu, dziewczyny”, mówi za każdym razem, gdy o tym wspominamy.

I chociaż Cassie kocha arkusze kalkulacyjne i prognozy sprzedaży (przysięgam, powiedziałaby o sobie to samo), to ja wolę miejsca w pierwszym rzędzie na pokazach mody i torby z prezentami. I ubrania. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam ubrania. Uwielbiam je projektować. Uwielbiam je stylizować. Uwielbiam je nosić. Ubrania mogą odmienić lub zepsuć dzień, tydzień lub całe życie. Od kiedy zaczęłam się bawić w przebieranki – wykorzystywałam w tym celu ubrania z garderoby mamy (i jednocześnie walczyłam ze starszą siostrą o „większą połówkę” tabliczki czekolady) – wiedziałam, że zostanę projektantką mody. Kariera to główny aspekt mojego życia, przez co sfera miłosna blednie w porównaniu z nią.

Wpatruję się w przestrzeń, a kiedy dochodzę do siebie, Cass siedzi przy swoim laptopie.

– Hej, powiedziałaś, że go odłożysz.

– Tak zrobiłam, a potem zaczęłaś bujać w obłokach.

– Już wróciłam do rzeczywistości.

Znów zamyka laptopa i kładzie go na pufie.

– Zamieniam się w słuch. Więc w skali od jednego do dziesięciu, gdzie jeden to polityk, a dziesięć to ziemniak, jak nudny był Marcus?

Trzęsę się ze śmiechu. Z trudem wykrztuszam:

– Przynajmniej sześć. Dodaj do tego bezczelność związaną z zamówieniem złożonym przez niego z wyprzedzeniem, żeby przetrzymać mnie jak zakładniczkę.

– Więc o czym mówił?

– Możesz zgadywać trzy razy, ale pierwsze dwa się nie liczą – żartuję.

– Ach, czyli o sobie.

– Tak. – Zaczynam wyliczać jego cechy na palcach wolnej ręki. – Elitarne liceum… King ’s College…

– O Boże! Nie mów nic więcej – wtrąca Cass.

– Och, ale tego jest więcej. O. Wiele. Więcej.

– Dobra, daruj. Nie potrzebuję znać historii życia kogoś, kogo nigdy więcej nie zobaczysz. Och, chyba że…?

– O nie! Zdecydowanie więcej go nie zobaczę.

– Więc okazał się też nieatrakcyjny, co? – pyta z porozumiewawczym uśmiechem.

Czasami jestem w stanie znieść odrobinę nudy dla jakiejś aktywności fizycznej, ale tylko czasami i tylko wtedy, gdy facet jest superprzystojny. Kobieta ma przecież potrzeby, a nie wszystkie z nich są intelektualne.

Wzruszam ramionami.

– Nie jest nieatrakcyjny, po prostu nie w moim typie. To jeden z tych facetów, co to połowę czasu spędza na siłowni, a drugą połowę opowiada o tym dziewczynie, z którą się umówił. Nie obchodzi mnie, ile potrafisz podnieść w martwym ciągu, Marcusie!

– Podejrzewam, że wcześniej go nie doceniłaś – mówi z uś­mieszkiem.

– Nie doceniłam czy przeceniłam?

– Mam na myśli to, że bliżej mu do ziemniaka niż szóstki.

Jednym haustem wypijam resztę mojego musującego napoju i wyciągam pusty kieliszek.

– Więcej, proszę.

Cass cmoka na mnie, zanim spełnia prośbę. To jej niezbyt subtelny sposób dania mi do zrozumienia, żebym „popijała i się delektowała”, co w rzeczywistości stanowi kolejną metodę cięcia kosztów. Ignorując ją, biorę duży łyk, a następnie przytrzymuję kieliszek na kolanach.

– Po prostu chciałabym…

– Wiem. Chcesz kogoś takiego jak Leo – dokańcza zdanie.

To chyba nie pierwszy raz, kiedy do niego nawiązuję.

Leo. Moja pierwsza i jedyna miłość. Inteligentny, utalentowany, zabawny, miły, kochający, hojny i, och, tak seksowny Leo. Punkt odniesienia, do którego od tamtej pory porównywałam każdego mężczyznę. Żaden nie dorastał mu do pięt. Chciałabym tylko wiedzieć, gdzie jest lub jak się z nim skontaktować.

Poznaliśmy się pierwszego dnia w Kingston School of Art. Wydawał się zagubiony, więc się zatrzymałam, żeby wskazać mu drogę. Wtedy powiedziałam sobie, że to dlatego, że jestem dobrą osobą i byłam już wcześniej na drzwiach otwartych, więc wiedziałam, jak się poruszać. Ale tak naprawdę zrobiłam to dlatego, że był oszałamiająco przystojny. Słowa: „Zgubiłeś się?” wyskoczyły mi z ust, zanim zdążyłam się zastanowić, czy podejść do kogoś tak przystojnego.

Uśmiechnął się z wdzięcznością, a moje serce zabiło tak głośno, że byłam pewna, że je usłyszał. Potem odkryliśmy, że oboje studiujemy projektowanie mody i zmierzamy do tej samej sali wykładowej. Od tego dnia byliśmy nierozłączni, a nasza relacja przerodziła się z przyjaźni w romans pod koniec drugiego tygodnia, kiedy pocałował mnie w chwili, gdy akurat głośno się śmiałam. Powiedział coś zabawnego, czego za nic w świecie nie mogę sobie przypomnieć. W każdym razie tamten pocałunek przypieczętował sprawę – zostaliśmy parą.

Ale po czterech latach związku Leo wrócił do Teksasu. Przekazał mi tę nowinę noc przed wylotem i rozerwał mi serce na milion kawałków. Potem straciliśmy kontakt, a raczej to on ignorował wszystkie moje próby skontaktowania się z nim, aż w końcu się poddałam. Wtedy nie było jeszcze na to określenia, ale teraz nazwałabym to ghostingiem. Kilka lat temu, po wyjątkowo fatalnej pierwszej randce, zaczęłam na poważnie szukać Leo, ale mimo wielu długich starań nie byłam w stanie go za nic znaleźć w internecie.

Znów się oddaliłam myślami – często tak mam – i wracam do mieszkania. Nic dziwnego, że Cass znowu siedzi przy laptopie. Nie winię jej. Słyszała o Leo więcej niż o wszystkich mężczyznach, z którymi się umawiałam.

– Więc nad czym pracujesz? – pytam, wracając do niej wzrokiem.

– Och, to tylko mały projekt poboczny – mówi tajemniczo. – Nie jestem pewna, czy cokolwiek z tego wyjdzie, ale dam ci znać, jeśli coś się ruszy.

Posyła mi uśmiech, a w jej policzkach pojawiają się dołeczki. Cass ma urocze dołeczki, jest wysoka, a jej włosy układają się w kasztanowe fale. Ja z kolei jestem drobna (czyli niska) po mamie, mam chłopięcą sylwetkę (jestem płaska), mysie włosy, które farbuję na miodowy blond i noszę przystrzyżone w cieniowanego boba, i nie mam żadnych dołeczków. Poza tym jesteśmy jednak na tyle podobne, że ludzie zwykle od razu się domyślają, że jesteśmy siostrami.

Kolejne ziewnięcie.

– Jasne. – Wstaję i opróżniam kieliszek. – Łóżko.

– Naprawdę? A jesteś taką rozrywkową towarzyszką wieczoru.

– I kto to mówi? Siedzisz z nosem w laptopie.

Niosę puste kieliszki i w połowie pełną butelkę do kuchni, a potem mijam Cass w drodze do łazienki. Owijam ramię wokół jej ramion i ściskam ją, całując w policzek.

– Dobranoc.

– Dobranoc, Fasolko – odpowiada.

To moje dziecięce przezwisko. Albo je kocham, albo go nienawidzę – w zależności od tego, jak i dlaczego Cass je mówi.

Rozdział 2

Poppy

– Dzień dobry, Anito – witam się radośnie, przechodząc lekkim krokiem koło recepcji do naszego biura.

– Witamy ponownie – odpowiada z uśmiechem i machnięciem ręki.

– Dziękuję – mówię śpiewnie. – Cześć wszystkim!

Kilka głów się unosi, a po chwili moi współpracownicy z agencji rzucają się, by mnie powitać.

– Poppy! Tęskniliśmy za tobą – woła Freya i zarzuca mi na szyję swoje szczupłe ramiona.

Odwzajemniam uścisk, obejmując ją jedną ręką.

– Witamy ponownie, Poppy. – George się pochyla, by pocałować mnie w policzek. – W skrzynce odbiorczej na mailu znajdziesz zaproszenie. Drinki po pracy.

– Ja…

– Nie, nie przyjmuję odmowy. Nie było cię dwa tygodnie…

– Dziesięć dni – wtrącam.

– I mamy mnóstwo plotek do nadrobienia – mówi, ignorując mnie.

– George tak naprawdę chce posłuchać plotek o miesiącu miodowym – dodaje Freya żartobliwie.

George daje jej szturchańca.

– Nieprawda. To prywatne sprawy Poppy i jej przystojnego męża. Poza tym są już małżeństwem od miesięcy. Chyba już trochę ostygli?

Patrzy na mnie uważnie, wścibski drań.

– Bez komentarza – odpowiadam stanowczo.

Mruga do mnie i wydyma usta z niechętną zgodą.

– W każdym razie – mówi Nasrin – witamy z powrotem w prawdziwym świecie. Wyglądasz…

Przygląda mi się uważnie. Przez chwilę spodziewam się, że palnie coś w stylu: „Wyglądasz jak po bardzo intensywnej nocy” – George nie jest jedyną osobą w biurze, która potrafi przegiąć – ale zamiast tego dodaje:

– …na dość muśniętą słońcem.

– Och, dzięki – odpowiadam, biorąc to za komplement.

– Nie, serio. Masz czerwoną twarz. Spiekłaś się?

Nachyla się jeszcze bardziej, więc robię krok w bok.

– Tylko trochę się zaróżowiłam – mówię zirytowana. – Ostatniego dnia było pochmurno i nie zdawałam sobie sprawy, że za dużo czasu spędziłam na słońcu.

Zachowałam się idiotycznie, zupełnie jak jakaś nowicjuszka, a nie Australijka, dorastająca w pełnym słońcu… ale o tym nie wspominam.

Siadam przy biurku, odkładam torebkę i z zamkniętej dolnej szuflady wyjmuję laptopa. Na szczęście ktoś miał na tyle przytomności umysłu, żeby podczas mojej nieobecności podlewać moją roślinkę doniczkową, więc jej błyszczące liście witają mnie radośnie.

– Poppy?

– Tak, George?

– Drinki o piątej. – Podkreśla tę komendę wymownym machnięciem palca, po czym rusza w kierunku kuchni.

– Tak jest, George, zapamiętam. Punkt piąta. Przy okazji: wstawisz wodę na herbatę? – wołam za nim.

W odpowiedzi unosi kciuk w górę. Każdy dzień pracy zaczynam od idealnie zaparzonej herbaty w imbryku o pojemności idealnej dla jednej osoby.

Freya ściska mnie lekko za ramię.

– Dobrze, że wróciłaś – mówi z uśmiechem i wraca do swojego biurka.

Nasrin podchodzi bokiem i siada na brzegu mojego.

– W czym mogę pomóc? – pytam, zerkając na nią jednym okiem, podczas gdy po raz pierwszy od niemal dwóch tygodni uruchamiam laptopa.

Trudno mi uwierzyć, że zaledwie dwa dni temu byłam na Malediwach. W podróży poślubnej! Z Tristanem!

To były nasze pierwsze prawdziwe wakacje. Nie liczę szybkiego wypadu do Tasmanii na święta z moimi rodzicami, bo to była totalna gonitwa: Tristan miał poznać moją rodzinę, więc połowę czasu spędziłam na wysłuchiwaniu żenujących opowieści z dzieciństwa w wykonaniu mamy (opatrzonych zdjęciami, oczywiście), a przez resztę czasu ratowałam Tristana przed tatą, który z maniakalnym zapałem wdrażał go w tajniki uprawy jabłek. Było miło i zabawnie, ale na pewno nie nazwałabym tego wypoczynkiem, zwłaszcza że za każdym razem, gdy Tristan próbował mnie uwieść, odprawiałam go z kwitkiem. Seks, kiedy moi rodzice śpią za ścianą? Dzięki, ale nie.

– Odpłynęłaś – stwierdza Nasrin. – Wrócę za pięć minut.

Zostawiona sama sobie pozwalam myślom błądzić jeszcze dalej. Nawet teraz, po tylu miesiącach, wciąż wydaje mi się nierealne, że wyszłam za mąż za klienta, dla którego miałam znaleźć fikcyjną żonę.

Tristan miał do wyboru trzy kandydatki – jedną drapieżną, jedną z obsesją na punkcie macierzyństwa i jedną, która wydawała się w sam raz – a okazało się, że zakochał się we mnie! A ja – mimo że próbowałam zachować zawodowy dystans (na czym poległam) i każda cząstka mnie podpowiadała, żeby trzymać się z daleka (podczas gdy serce się rwało w jego stronę) – też się zakochałam. I trudno się dziwić. Tristan jest czuły, inteligentny, zabawny i nieprzyzwoicie przystojny. Samo wspomnienie, jak paradował nago w naszym domku na palach, a robił to co najmniej raz dziennie podczas podróży poślubnej, wywołuje u mnie westchnienie.

Nasrin znów zajmuje miejsce na brzegu mojego biurka.

– Skończyłaś już bujać w obłokach?

Odsuwam na bok nieprzyzwoite myśli o własnym mężu, opieram się w fotelu i uśmiecham pobłażliwie.

– Dawaj.

Nas potrafi być niecierpliwa (i czasem nieco irytująca), ale nadal płynę na fali poślubnego uniesienia i dziś naprawdę nic nie jest w stanie mnie ruszyć.

– Mam coś dla ciebie. Nową sprawę.

O. Liczyłam na dzień czy dwa na rozruch, ale coś w jej tonie przykuwa moją uwagę.

– Co to za sprawa?

– Stara miłość, która nie rdzewieje. Potencjalna klientka nie może o niej zapomnieć, nie potrafi się otrząsnąć, ale też nie umie człowieka odnaleźć.

– Ooo, brzmi ciekawie – mówię, pochylając się lekko do przodu. – Opowiadaj.

– Klientka przychodzi jutro i…

– Czekaj, chcesz, żebym ci towarzyszyła, czy…?

Wzdycha ze zniecierpliwieniem.

– Chciałabym. Naprawdę. Ale tonę po uszy w operacji „Zeswatać rodziców” i potrzebuję, żebyś to ty przejęła ten projekt. Nie chcę też odprawiać tej klientki, bo poleciła ją znajoma.

– Ach.

– Proszę – dodaje jeszcze po chwili namysłu.

– Chętnie rozważę.

Kiwa głową.

– Super. Dzięki, Poppy.

Mam wrażenie, że kompletnie zignorowała słowo „rozważę”, bo zachowuje się, jakbym już się zgodziła. Starannie dobieram kolejne słowa:

– A jeśli przyjmę tę sprawę, to może tym razem będziesz mi w niej towarzyszyć jako partnerka?

– O! Na pewno? Wiesz, nasze style są trochę…

– …różne – kończę za nią. – Wiem. Ale przecież uwielbiasz takie projekty – przypominam.

Mam na myśli jej słabość do historii o dawno utraconych miłościach, które wymknęły się z rąk. Przypuszczam, że sama ma taką w życiorysie.

– Uwielbiam, ale… – Zawiesza głos.

Z jej twarzy bije wewnętrzny dramat. Albo za chwilę wybuchnie tyradą o niesprawiedliwości świata, albo… nie. Opanowuje się.

– Byłoby super, Poppy. Zaraz wyślę ci zaproszenie.

Wstaje z mojego biurka, ale natychmiast się odwraca.

– A, i jeszcze jedno. Ta umówiona klientka… to siostra naszej faktycznej klientki, tej, którą mamy zeswatać.

– Och. Czyli taki zakulisowy układ?

– Właśnie tak – mówi, unosząc znacząco brwi.

Ooo, ta sprawa już mi się podoba.

***

– Tris, to ty? – wołam z mojego kącika w pokoju gościnnym.

Siedzę przy ukochanym, starym sekretarzyku. Nadrabiam zaległości w mailach i próbuję wyczyścić skrzynkę przed kolacją. I choć po pracy wyskoczyłam na szybkiego drinka – jak zarządził George – i tak wróciłam do domu godzinę przed Tristanem.

– Nie, kochanie, to twój kochanek Raoul.

Nie mogę powstrzymać uśmiechu. Ten żart to nasz wieczorny rytuał. Powstał parę tygodni po ślubie, kiedy jeszcze testowaliśmy granice przyzwoitości.

– W takim razie lepiej chodź tu i mnie uwiedź, zanim wróci mój mąż.

W drzwiach staje Tristan. Jest zmęczony, rozczochrany i nieprzyzwoicie przystojny po dniu żonglowania milionami funtów między globalnymi kontami inwestorów.

– Cześć, żono – mówi i wbija we mnie spojrzenie swoich oczu w kolorze whisky.

Jeszcze niedawno słowo „żona” wydawało mi się chłodne, pozbawione seksapilu. W jego ustach nabiera mocy. Od razu robi mi się gorąco.

Bez zastanowienia rzucam pracę w diabły i wpadam w jego ramiona. Jego usta odnajdują moje. Całuje mnie zachłannie. Chwytam za jego jedwabny krawat, luzuję go i pozbywam się jednym ruchem. Zaczyna się nasz pośpieszny taniec zdejmowania ubrań; guziki stawiają opór, suwaki się buntują. Odkąd pierwszy raz się kochaliśmy w noc poślubną, nie potrafimy się trzymać od siebie z daleka.

– Tutaj czy…

– Tutaj – szepczę mu w usta.

Nasza sypialnia co prawda znajduje się tuż za drzwiami salonu, ale w tej chwili wydaje się, że jest na końcu świata.

Tristan cofa mnie w kierunku łóżka i jednym płynnym ruchem kładzie mnie na nim, podpierając się drugą ręką. Pochyla się nade mną, patrzy z uwagą i nagle szeroko się uśmiecha.

– Tęskniłem dziś za tobą.

– Ja za tobą też – odpowiadam. Głos mam zachrypnięty od pożądania.

Przyciągam go do siebie niecierpliwie. Dotyk jego skóry niemal doprowadza mnie do granicy wytrzymałości. Niemal.

Mój świeżo upieczony mąż wie doskonale, jak grać w tę nieznośnie cudowną grę: doprowadza mnie do samej krawędzi i cofa w ostatnim momencie.

Chwilę później poddaję się przyjemności i jęczę, tracąc kontrolę. Leżymy potem obok siebie, rozgrzani, spoceni, bez tchu. No dobrze, ja jestem bez tchu. Tristan ze swoją znakomitą formą pewnie mógłby wstać i przebiec maraton.

– Jak minął pierwszy dzień po powrocie? – pyta.

Podpieram się na łokciu i drugą ręką leniwie sunę po jego cholernie seksownej klatce piersiowej.

– Dobrze. Fajnie było znów wszystkich zobaczyć. Ach! Sprawa Carruthersów wreszcie się zakończyła.

W zeszłym roku była pani Carruthers odkryła, że tylko ona wierzyła w idealne dopasowanie swojego małżeństwa, i zagroziła, że upubliczni całą prawdę o naszej agencji razem z nazwiskami klientów, których zachowanie tajemnicy kosztuje więcej niż samo dopasowanie. To były naprawdę nerwowe chwile dla firmy szczycącej się dyskrecją i poufnością. Pięć miesięcy później, po mistrzowskim dopasowaniu dla niej partnera przez Ursulę, pani Carruthers ponownie zmierza do ołtarza. Tym razem z kimś, kogo naprawdę kocha.

– To wspaniała wiadomość – mówi Tristan.

– Oj, tak. Wszyscy odetchnęli z ulgą, a najbardziej Saskia i Ursula.

Saskia Featherstone to była prawniczka, założycielka agencji i jedna z moich mentorek. Po cichu nazywamy ją Księżniczką Łabędzi za jej elegancję i niewzruszony spokój. Jednak nawet ona dała się wyprowadzić z równowagi przez sprawę Carruthersów. Ursula, starsza agentka i moja druga mentorka, również. To był jeden z jej nielicznych niewypałów w zawodzie swatki.

– Nic dziwnego – odpowiada Tristan.

Wie doskonale, jak blisko agencja była upadku (a ja utraty ukochanej pracy), bo to właśnie tego dnia, kiedy pani Carruthers wtargnęła do biura i zrobiła awanturę, przyszedł, żeby się mi oświadczyć.

Podnoszę dłoń z jego piersi i delikatnie kreślę palcem kontur jego kości policzkowej. Tristan naprawdę jest bardzo przystojny. Kiedyś opisałam go swojej przyjaciółce Shaz jako efekt połączenia genów Henry’ego Cavilla i Theo Jamesa.

– Masz na horyzoncie jakieś nowe sprawy? – pyta po chwili.

Na moment i on odpłynął myślami. Może rozważał, jaka jestem piękna. Ha! Nie jestem, ale on twierdzi, że tak, i mówi mi to wyjątkowo często.

– Właściwie to tak. Klientka z polecenia, od Nasrin. Stara, utracona miłość. Jutro spotykamy się z siostrą klientki, wtedy zdecyduję.

– Czyli naprawdę możesz wybierać sobie sprawy? – pyta.

To przypomina mi, że po kilku miesiącach małżeństwa wciąż się siebie uczymy.

Kiwam głową.

– Mhm. Muszę być zaangażowana na sto procent, żeby być skuteczną agentką.

– A jeśli to jedyna dostępna sprawa?

– Ha! – wybucham śmiechem, a na jego twarzy pojawia się lekko urażony grymas. – Przepraszam, Tris, nie chciałam, żeby to zabrzmiało protekcjonalnie. Po prostu myślałam, że żartujesz.

Wzrusza ramionami, a ja składam pojednawczy pocałunek na jego ustach.

– Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?

Kiwa głową, a kąciki jego ust unoszą się w uśmiechu.

– A to, jaki byłeś wtedy arogancki i niemożliwy?

Wybucha śmiechem i przeciera twarz dłonią, jakby chciał zetrzeć to wspomnienie.

– Czyli tak – ciągnę. – To może pamiętasz też, że wspominałam o liście oczekujących?

Opuszcza dłoń i spogląda mi w oczy.

– Coś mi świta. Ale byłem wtedy mocno skupiony na sobie.

Całuję go w policzek.

– Tylko trochę, kochanie.

Przez chwilę patrzymy sobie w oczy. Pochyla się, żeby mnie pocałować.

– W każdym razie – podejmuję temat – mam kilka zgłoszeń dotyczących potencjalnych klientów w skrzynce, a nawet nie zdążyłam ich jeszcze przejrzeć. Jutro mam spotkanie z siostrą klientki, wtedy podejmę decyzję.

Przez chwilę milczy, zamyślony.

– Dlaczego przyjęłaś moją? – pyta cicho.

Zarówno w tym pytaniu, jak i w jego tonie jest tyle czułości i wrażliwości, że aż ściska mnie w środku. Przesuwam palcem wzdłuż jego linii żuchwy.

– Bo lubię wyzwania – odpowiadam.

Chichocze i przyciąga mnie do siebie.

– I całe szczęście – szepcze i całuje moje włosy.

Rozdział 3

Elle

– Wygląda świetnie – mówię do Zary, mojej projektantki­-asystentki.

Okrążam manekin i z uznaniem przyglądam się lnianej marynarce zapinanej na jeden rząd guzików.

– Nie jestem tylko pewna tego miejsca – odpowiada, przesuwając palcem po surowym brzegu dekoltu.

Cofam się o krok, mrużąc oczy, by przyjrzeć się dokładniej.

– Mmm.

– A może…

Zagina brzeg materiału po jednej stronie linii dekoltu, przypina go szpilką i staje obok mnie, by ocenić efekt.

Obie wpatrujemy się w manekin, gdy do pracowni wpada Cassie.

– Nie uwierzycie, co się wydarzyło! Czekajcie, co oglądacie? – Zerka na nas i na stylizację.

– Dekolt – odpowiadam.

Cassie dołącza do nas i przechyla głowę.

– Podszywany – mówi w tym samym momencie, kiedy ja stwierdzam:

– Surowy.

Zara chichocze.

– Czyli surowy? – rzuca zadziornie, odpinając szpilki.

Zwracam wreszcie uwagę na Cassie akurat w chwili, gdy przewraca oczami.

– No, nie bądź taka.

– I tak nigdy nie bierzesz pod uwagę moich sugestii – kpi, udając focha.

– Ja: genialna projektantka. – Wskazuję siebie palcem. – Ty…

– Tak, tak, już dobrze – przerywa. – Tak czy inaczej, mam wieści – dodaje i momentalnie się rozpromienia.

– Zamieniam się w słuch, ale chodź ze mną, bo muszę sprawdzić bele tkanin, które przyszły w nocy.

Idziemy na drugi koniec pracowni, gdzie praca wre. Do premiery kolekcji jesień–zima został niespełna miesiąc, więc wszyscy działamy na pełnych obrotach: krojenie, szycie, przymiarki. Każdy jest zajęty, skupiony.

– Trzy słowa – mówi Cassie. – Paris. Fashion. Week.

Zatrzymuję się w miejscu.

– Słucham?

– Dobrze słyszałaś.

– Tak, ale… co to właściwie znaczy?

– To znaczy, moja droga siostro, że udało mi się zdziałać cuda i Bliss Designs pokaże się na Paris Fashion Week!

Cała pracownia zamiera. Czuję na sobie każde spojrzenie.

– Ja… Ty… Co?

– Wiem, że to na ostatnią chwilę, ale projektant z Islandii musiał się wycofać, więc przejęłam jego miejsce.

– Ale to już za kilka tygodni… a my jesteśmy tylko…

Ogarnia mnie fala zwątpienia. W głowie słyszę tylko jedno słowo: „Oszustka, oszustka, oszustka”.

– Hej. – Cassie ścisza głos i się rozgląda. Chwyta mnie za rękę i ciągnie do biura. – Chodź. – Gdy zamyka drzwi, patrzy na mnie z uwagą. – Wszystko w porządku? – pyta.

– Nie wiem. Czy ty właśnie ogłosiłaś całemu zespołowi, że jedziemy na Paris Fashion Week?

– Tak.

Wypuszczam powietrze, powoli kiwając głową. Próbuję ogarnąć, co to znaczy. Nagle przychodzi mi do głowy pewna myśl.

– To nie jak wtedy, gdy powiedziałaś, że będziemy sprzedawane w sklepach, i ja sądziłam, że to znaczy Harvey Nichols, a tobie chodziło o Primark?

– To była dobra promocja.

– Zrobiłyśmy T-shirt – przypominam, patrząc na nią wymownie.

– Na cele charytatywne – ripostuje.

– No dobrze, masz rację – przyznaję, bo to faktycznie było coś wartościowego. – Ale kiedy mówisz „Paris Fashion Week”…

– Mam na myśli twoją kolekcję na jesień i zimę. W Paryżu. W czasie fashion week.

– I nie chodzi ci o boczną uliczkę w piętnastej dzielnicy?

– Nie. W Carrousel du Louvre.

Jej słowa wywołują we mnie przypływ adrenaliny, ekscytujący i przerażający jednocześnie.

– I naprawdę nie żartujesz?

Chwyta mnie za ramiona i patrzy mi prosto w oczy tym swoim spojrzeniem, łączącym siostrzaną troskę z zawodową stanowczością.

– Posłuchaj. Wiem, że zabawnie się to ogląda, jak próbuję cię przekonać, że to wszystko na serio, ale teraz musisz mi uwierzyć. Od razu. Bo mamy mniej niż trzy tygodnie, żeby zaprezentować się w Paryżu. I to nie w bocznej uliczce. Jasne?

Na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech, zagłuszając wewnętrzny krzyk oszustki.

– Pokazujemy się w Paryżu! – wołam.

– Pokazujemy się w Paryżu.

Łapię ją za przedramiona i zaczynam podskakiwać.

– Pokazujemy się w Paryżu – powtarzam jak zaklęcie.

Cassie, ku mojej radości, daje się porwać tej ekscytacji i nagle jesteśmy dwiema trzydziestolatkami, które skaczą jak nastolatki, podekscytowane i rozbawione.

– Dobrze – mówi po chwili, gdy już pozwoliła mi się wyskakać. – Powiemy im?

Wskazuje głową na pracownię, a gdy się odwracam, widzę nasz mały, ale niesamowity zespół. Zamarli w miejscu, wpatrzeni w nas przez szklane ściany.

Wymykam się zza pleców Cassie i otwieram drzwi.

– To prawda? – pyta Zara, nasza najbardziej doświadczona projektantka.

– To prawda! – wołam, kręcąc biodrami i poruszając ramionami w tańcu radości.

W pokoju rozbrzmiewają okrzyki, a Zara i Gaz dołączają do tańca. Prue, najmłodsza w zespole, patrzy na nas z rozbawieniem, jakby nie mogła uwierzyć, co wyprawiają te dinozaury.

– A to oznacza – przerywa Cassie, przekrzykując poruszenie – że mamy dokładnie osiemnaście dni, by dokończyć kolekcję.

– Kurwa – rzuca bez ogródek Gaz, po czym zakrywa usta dłonią. – Ups, przepraszam – dodaje.

Osiemnaście dni na ukończenie kolekcji faktycznie zasługuje na jedno porządne „kurwa”, ale jako nieustraszona liderka muszę zamienić to w bojowe „damy radę”.

Przestaję tańczyć i zwracam się do zespołu.

– Tak, wiem, to o dziewięć dni mniej, niż zakładaliśmy. Ale jesteście jednym z najzdolniejszych, najbardziej kreatywnych i pracowitych zespołów, jaki mogłabym sobie wymarzyć, więc…

– Nieźle nam teraz słodzisz – śmieje się Prue.

– No dobra, przyłapaliście mnie – mówię. – Ale to wciąż prawda. – Patrzę kolejno na każde z nich. – Damy radę tylko jako zespół. Przed nami jeszcze intensywniejsza praca niż zwykle, dłuższe godziny… ale naprawdę będzie warto.

Wśród zespołu przechodzą spojrzenia, szeptane potwierdzenia, podekscytowanie rośnie.

– I co wy na to? – pytam.

Zara patrzy na Gaz i Prue, którzy entuzjastycznie kiwają głowami, po czym zwraca się do mnie i Cassie.

– Wchodzimy w to!

– Wspaniale! – odpowiadam i rzucam Cassie uśmiech, znów poruszając ramionami w tanecznym geście.

Cassie przejmuje stery.

– Dobra, wszyscy wracamy do pracy. Elle podejdzie do każdego z was, żeby sprawdzić, na jakim jesteście etapie.

Zespół się rozchodzi. Pracownia znów tętni życiem.

– A ty? – pytam ciszej Cassie.

– Opowiem ci w domu. Muszę teraz lecieć, mam coś ważnego do załatwienia. – Podchodzi do biurka i sięga po torebkę.

– Co?

– No wiesz, ten poboczny projekt, o którym wspominałam wczoraj. Dam znać, jeśli coś z tego wyjdzie.

– Czekaj, czyli to nie fashion week był tym pobocznym projektem?

– Eee… nie.

Uśmiecha się, lekko marszcząc nos, po czym wymyka się z pracowni i zostawia mnie kompletnie skonsternowaną.

***

Poppy

– Cześć, Cassie. Jestem Nasrin, a to moja koleżanka z agencji, Poppy.

Cassie to wysoka, szczupła kobieta z lśniącymi, kasztanowymi włosami, serdecznym uśmiechem i dołeczkami w policzkach. Gdy wchodzimy do sali konferencyjnej, wstaje i pochyla się nad stołem, by uścisnąć nam dłonie. Wymieniamy powitania, po czym siadamy.

– Dziękuję, że się ze mną spotkałyście – mówi do Nasrin.

– Jasne. Z Tovą znamy się od podstawówki, jesteśmy przyjaciółkami od lat.

– Zawsze spotykamy się z klientami poleconymi przez znajomych – wtrącam.

– Świetnie. – Na twarzy Cassie znów pojawia się ten uśmiech z dołeczkami. – Tova mówi, że to jedna z najlepszych agencji w Londynie.

– Nie „jedna z”, tylko po prostu najlepsza – rzuca Nasrin, unosząc brwi.

Cassie wyraźnie się peszy i wygląda, jakby chciała się wycofać, ale Nasrin macha ręką i uśmiecha się szeroko.

– Tylko żartuję. Choć, serio, jesteśmy w ścisłej czołówce. W takich zleceniach jak to wkracza nasza detektywka od spraw sercowych. Jest naprawdę niezawodna.

Cassie oddycha z wyraźną ulgą i opada na oparcie krzesła.

– Wspaniale.

– Ale żebyś wiedziała, jak wygląda sytuacja – kontynuuje Nasrin – po uszy siedzę teraz w innej sprawie, więc poprosiłam Poppy, żeby rozważyła przejęcie twojej.

– Ach tak – mówi Cassie.

– Ja byłabym jej wsparciem, taką… zastępczynią. Ale to Pop­py zdecyduje, czy podejmiemy się tego zlecenia.

– Rozumiem. Wydawało mi się, że to spotkanie jest początkiem współpracy.

– W pewnym sensie jest – wtrącam, zanim jej entuzjazm zupełnie zgaśnie – więc może zacznij od opowiedzenia nam o swojej siostrze i jej byłym partnerze?

Pytanie nieco ją uspokaja, przynajmniej na razie, i Cassie kieruje odpowiedź do mnie.

– No cóż… – wzdycha, po czym lekko się uśmiecha. – Teraz nie wiem, od czego zacząć.

– Może spróbuj powiedzieć, dlaczego chcesz odnaleźć – zerkam na notatki w tablecie – Leo.

– To akurat proste. Elle to nie tylko moja siostra, ale i najbliższa przyjaciółka. Nigdy nie widziałam jej szczęśliwszej niż wtedy, gdy była z Leo. Spędzili razem cztery lata, zanim on nagle wrócił do Teksasu. Elle bardzo mocno to przeżyła. I trudno się dziwić, bo tworzyli ten typ pary, która promienieje miłością, i pasowali do siebie jak nikt inny.

Nasrin zerka na mnie z ukosa, a na jej ustach igra uśmieszek.

– O tak, znam takie pary.

Na szczęście nie wymienia mnie i Tristana z imienia, ale nie odbiegajmy od tematu.

– Brzmi jak wielka miłość – mówię do Cassie.

– Tak bym to właśnie ujęła – odpowiada z delikatnym uśmiechem.

– I pewnie od tamtej pory nie znalazła sobie nikogo, kto by dorównał Leo?

– Właśnie. I to nie dlatego, że nie próbowała. Z życia randkowego Elle można by zrobić serial dla Netfliksa. Tylko że odcinki trwałyby po trzy minuty. Miała więcej pierwszych randek, niż ja zjadłam w życiu ciepłych obiadów.

Nas i ja chichoczemy.

– Ale mówię serio – rzuca Cassie, nagle poważniejąc. – Wystarczyło na nich spojrzeć, żeby wiedzieć, że to prawdziwa miłość. Mimo młodego wieku wyglądali na takich, którzy przetrwają wszystko. I wiem, że musiał istnieć jakiś ważny powód, którego jeszcze nie znamy, a dla którego Leo nagle wyjechał i całkowicie zerwał kontakt. Ale nie możemy go znaleźć, żeby o to zapytać. Szukałyśmy z Elle latami. Już prawie się poddałam, aż ostatnio przy okazji rozmowy z Tovą wspomniałam o tej sytuacji, a ona powiedziała mi o waszej agencji – zwraca się do Nasrin. – Zdradziła, że to ty zeswatałaś ją z Artym.

– Tak, nieoficjalnie, ale trafiłam za pierwszym razem – stwierdza Nasrin bez cienia skromności.

– Wróćmy do Elle – mówię, kierując rozmowę z powrotem na właściwy tor.

– Jasne. Elle to jedna z najlepszych osób, jakie znam: mądra, utalentowana, pełna empatii… ale od czasu odejścia Leo już nie jest sobą. I ja… – Głos Cassie się łamie, więc odchrząkuje. – Przepraszam…

Mam wrażenie, że rzadko okazuje emocje, zwłaszcza nieznajomym. Gdybym była jej terapeutką, jak kiedyś, zanim trafiłam do agencji, mogłabym się tym zainteresować. Ale Cassie nie jest moją pacjentką.

Z dzbanka stojącego na stole nalewam jej szklankę wody i podaję.

– Dziękuję. – Upija łyk, zbiera się w sobie, po czym patrzy mi prosto w oczy. – Proszę, pomóżcie mojej siostrze.

Jak miałabym odmówić? Zdarzało mi się przyjmować sprawy znacznie mniej romantyczne. A ta dwójka brzmi jak Westley i Buttercup z Narzeczonej dla księcia: stworzeni dla siebie, ale rozdzieleni przez tajemniczy zbieg okoliczności. Jeśli dobrze wykonam swoją robotę, może uda się ich znów połączyć – a nawet postawić na ślubnym kobiercu – zanim zdążą powiedzieć „książę Humperdinck”.

Oczywiście zakładając, że Leo nie jest już z kimś innym. Nasza agencja nie rozbija związków, by tworzyć nowe.

– Podejmiemy się tej sprawy – oświadczam.

Cassie oddycha z ulgą i się uśmiecha, a w jej policzkach pojawiają się dołeczki.

– Świetnie. Ale uprzedzam, że musimy ją chwilowo odłożyć.

– Słucham? – pytamy równocześnie z Nasrin.

Wymieniamy spojrzenia.

– Chodzi o naszą markę odzieżową, Bliss Designs. Dostałyśmy się na Paris Fashion Week. Totalnie z zaskoczenia, więc termin oddania nowej kolekcji wypadł nam wcześniej.

– Ach – mówi Nasrin.

Widzę, że ją to zirytowało. W sumie trudno się dziwić. To chyba pierwszy raz, kiedy klientka prosi nas o pomoc, a zaraz potem każe się wstrzymać.

– Może zróbmy tak. Podasz nam wszystkie dane o Leo, a my przekażemy je naszej śledczej i zaczniemy szukać. Wy w tym czasie szykujcie się na Paryż – proponuję. – Potem zobaczymy, co dalej. Co ty na to?

– Da się zrobić.

– Cudownie – mruczy Nasrin z przekąsem.

Kopię ją pod stołem w łydkę.

– Aua.

Nie powinnam być zaskoczona. Nasrin to świetna agentka – klienci uwielbiają jej szczerość i bezpośredniość – ale czasem się zachowuje, jakby emocjonalnie utknęła w przedszkolu.

Cassie porusza się niespokojnie na krześle.

– Przepraszam. Wiem, że to brzmi jak: „Pomóżcie, ale nie teraz”.

– Wcale nie – odpowiadam, choć czuję na sobie spojrzenie Nasrin.

Ignoruję je.

– Naprawdę bardzo doceniam, że się podejmujecie tej sprawy. Wyślę wszystko, co mam o Leo.

Da się wyczuć, że spotkanie dobiega końca, więc wszystkie trzy jednocześnie wstajemy.

– Zanim wyjdziesz – mówię – podejdź jeszcze do recepcji, Anita przekaże ci umowę o świadczenie usług i drugą, o zachowaniu poufności. Jak tylko je podpiszesz, możemy ruszać z tematem.

– Oczywiście.

– Tak jak mówiłam przez telefon – dodaje Nasrin – nie pobieramy opłaty.

– Dziękuję – odpowiada Cassie, a jej policzki lekko się rumienią.

To dobrze rokuje; widać, że korzystanie z darmowej pomocy nie przychodzi jej łatwo. Nie ma nic gorszego niż klient pro bono, który zaczyna to wykorzystywać. Od kiedy tu pracuję, taka sytuacja zdarzyła się tylko parę razy, ale nikt nie lubi zwalniać klienta.

– I jeszcze jedno – dodaje Cassie. – Elle nie może się nigdy dowiedzieć, że do was przyszłam. Jeśli uda się znaleźć Leo i ich połączyć, ona musi uwierzyć, że to…

Szuka odpowiedniego słowa.

– Przeznaczenie? – podpowiadam.

– Właśnie. Przeznaczenie.

Odnaleźć utraconą miłość i zaaranżować spotkanie tak, by wyglądało jak przypadek? Ta sprawa staje się coraz ciekawsza.

Rozdział 4

Elle

– Elle! No dalej, musimy już iść! – woła Cassie.

Otwiera drzwi do mojej sypialni i zastaje mnie na podłodze. Klęczę wśród trzech plastikowych pojemników, otoczona pamiątkami z ostatnich trzydziestu dwóch lat: zdjęciami, kartkami, świadectwami szkolnymi, dyplomami i wszystkimi szkicownikami, które zbierałam przez całe dzieciństwo i młodość. Znalazłam ten, który dostałam na szóste urodziny, zapełniony sukienkami w kształcie trójkąta, w różnych długościach i z wymyślonymi „tkaninami” – wykorzystałam w tym celu wszystkie sto dwadzieścia kredek Crayoli, łącznie z cielistymi odcieniami.

Zdezorientowana Cass mruga.

– Cześć. Wiem, że już dawno powinnyśmy były wyjść.

Obrzucam wzrokiem chaos wokół siebie. Gdzie to, do cholery, jest?

– Co ty robisz? Nawet się jeszcze nie ubrałaś.

Siadam na piętach.

– Wiem, ale już się wkręciłam w poszukiwania i nie mogę odpuścić, dopóki tego nie znajdę.

– Czego?

– Listy.

– Opóźniasz nas przez jakąś listę?

– To nie jest jakaś tam lista.

Cassie stoi w progu. Bije od niej zniecierpliwienie, więc przechodzę do rzeczy:

– Na pierwszym roku studiów jeden z wykładowców kazał nam zapisać nasze cele zawodowe, takie z serii: „Nie ogranicza cię nawet niebo”. No wiesz, szczyt kariery, spełnienie marzeń.

– I wpisałaś „pokaz na Paris Fashion Week”? – dopytuje. Wyraźnie chce mnie pospieszyć.

– No tak. I Mediolan, Londyn, Nowy Jork, wiadomo…

– Wiadomo. Elle, serio, musimy już iść. Spotkanie zespołu zaczyna się za dwadzieścia minut.

– Spóźnimy się trochę, nic się nie stanie – mówię, otwierając ostatni pojemnik. – Wróciłyśmy przecież po północy.

– Tak, ale to nie wygląda dobrze, jeśli cały zespół jest przed nami. Zawsze wychodzimy ostatnie i przychodzimy pierwsze. Taki był zawsze nasz…

– Chwila, a nie możesz napisać do Zary i poprosić ją, żeby otworzyła? Chcę im pokazać tę listę – odpowiadam, grzebiąc w pudle. – Na zachętę.

Cassie wzdycha, opiera się o framugę i wyciąga telefon.

– Dlaczego akurat teraz? Nigdy wcześniej o niej nie wspominałaś.

– Przyśniła mi się. Odbierałam nagrodę i wspomniałam o tej liście w przemowie.

– Jaką nagrodę?

– Wymyśloną. We śnie. – Zamykam oczy, próbując sobie przypomnieć moment, w którym ją pisałam. Coś mi świta i zaczynam szukać. Mam nowy trop. – Jest!

Na dnie trzeciego pudła znajduję cztery kalendarze akademickie, po jednym z każdego roku. Wyciągam ten z pierwszego roku i zaczynam kartkować. Cass podchodzi, staje za mną i zagląda mi przez ramię.

– Jest tam?

– Chyba tak. Pamiętam… O, patrz!

Na stronie z datą dwudziesty piąty września widnieje moja lista.

– Napisałaś, że chcesz zaprojektować kolekcję dla Topshopu? To był twój szczyt marzeń?

– Ej! Miałam osiemnaście lat, wtedy Topshop był szczytem aspiracji. Nie bądź taka mądralińska. Primark, pamiętasz?

– Pamiętam. To było na cele charytatywne – odpiera zarzut.

Ignoruję ją i czytam listę:

Kolekcja sygnowana dla Topshopu.Współpraca z projektantem butów/akcesoriów.Własne perfumy.Stylizacja na czerwony dywan dla Taylor Swift.Pokaz na Paris / New York / London / Milan Fashion Week.Okładka magazynu „Nouveau”.

– Taylor Swift? – droczy się Cassie. – A tu co? – Wskazuje na punkt piąty. – Za leniwa, żeby rozpisać każde marzenie osobno?

Zamykam kalendarz i próbuję wstać, ale drętwieją mi stopy. Kuśtykam do łóżka i siadam na jego brzegu.

– Aua, aua, aua – syczę, rozciągając stopy na dywaniku.

– Nienawidzę tego – mówi Cassie współczująco.

– Ale warto było. Znalazłam ją – odpowiadam z uśmiechem połączonym z grymasem bólu i unoszę kalendarz.

– To dobra lista, Elle. A za dwa tygodnie będziesz mogła odhaczyć punkt piąty. No, przynajmniej jego część.

– Chyba podmienię Topshop na Harvey Nichols – stwierdzam, poruszając palcami, aż uczucie mrowienia wreszcie znika.

– A Taylor Swift?

– Tay Tay zostaje.

– Mogłabyś chociaż dodać Florence Pugh albo Elle Fanning?

– Niech będzie. Dobra, daj mi pięć minut na prysznic i przebranie się. – Podnoszę wzrok, a Cassie patrzy na mnie z ironicznym uśmiechem. – Piętnaście – poprawiam się.

– Zrobię ci tosta z marmite’em na drogę.

Podchodzę i całuję ją w policzek.

– Jesteś najlepsza.

– I umyj zęby. Masz oddech zombie.

Ach, uroki mieszkania z siostrą.

***

– Powinnaś to oprawić – mówi Prue.

– Zdecydowanie – przytakuje Zara.

– Serio? – pytam. – Nie jestem pewna, czy chcę wyrywać tę stronę.

Tłoczymy się wokół jednego ze stołów krojczych, wszyscy skupieni na moim planerze z pierwszego roku.

– Można ją zeskanować – odzywa się Gaz, osoba odpowiedzialna za szablony i nasz technologiczny mózg. Pochyla się nad stołem, żeby się przyjrzeć planerowi z bliska. – No pewnie, zeskanować, wydrukować… Banalne.

W tym momencie z planera wysuwa się polaroid i spada na podłogę. Gaz go podnosi, a serce ląduje mi w żołądku. Doskonale wiem, co to za zdjęcie, mimo że zdążyłam zapomnieć, że tam było.

– Ooo, kto to taki słodziak? – pyta i podaje polaroida dalej.

Cały zespół zgodnie wydaje z siebie chóralne „oooch”.

– Elle, jaki dzieciaczek z ciebie! – wykrzykuje Prue. – Ile tu masz lat? Szesnaście?

– A ten gościu? – chce wiedzieć Zara. – Niezłe ciacho.

Daję znak, by Gaz oddało mi fotografię, choć i tak nie zamierzam na nią patrzeć.

– No dobrze, kochani. – Cass klaszcze kilka razy. – Bierzemy się do roboty, co?

Wiem, że chce mnie tylko ochronić, próbując złagodzić cios, ale nie ma takiego miękkiego lądowania, które sprawiłoby, że to zaboli mniej.

Zespół się rozchodzi, a ja chowam zdjęcie w dłoni i niemal biegnę do naszego biura. Opadam na jedno z krzeseł i zaciskam powieki. Biorę głęboki oddech i próbuję powstrzymać łzy.

Cass zamyka za sobą drzwi.

– Hej, wszystko w porządku?

Czuję, jak siada obok mnie. W rękach trzyma mój planer. W pośpiechu o nim zapomniałam.

– Coś ci się wymknęło, co?

– Co?! Jak możesz sobie tak żartować?

– Nie! Przepraszam. Nie chodziło mi o to, że miłość ci się wymknęła. Miałam na myśli zdjęcie. Przepraszam, Elle.

– W takim razie: tak, coś mi się wymknęło.

Cass klepie mnie lekko po ramieniu, jakby chciała mnie uspokoić.

Kilka lat temu, zaraz po mojej ostatniej poważnej próbie odnalezienia Leo, pozbyłam się wszystkiego, co miało z nim jakikolwiek związek. Zebrałam każdy bilet i każdą podkładkę pod piwo, każdy prezent, w tym bransoletkę z zawieszkami, którą dostałam na dwudzieste pierwsze urodziny, wspólne szkice, jedną z jego koszulek (spałam w niej miesiącami po tym, jak odszedł)… oraz wszystkie zdjęcia, które (głupia) wywołałam i którymi obwiesiłam kiedyś lodówkę. Wszystko, co mogło mi o nim przypominać. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Cass odwiodła mnie od pomysłu, żeby te rzeczy spalić, choć zbliżała się akurat jesienna noc palenia ognisk, co nadałoby oczyszczeniu niemal rytualny charakter. Zamiast tego spakowałam wszystko do kartonowego pudła, zużyłam pół rolki taśmy, by je zakleić, i wysłałam kurierem do rodziców. Nie ufałam sobie na tyle, by zabrać je do nich osobiście, choć i tak za kilka dni miał być rodzinny obiad, jak co drugi weekend. Podobno tata marudził, że nie ma gdzie tego wszystkiego trzymać, ale mama go uciszyła i schowała pudło na strychu. Od tamtej pory tam leży i pokrywa się kurzem.

Bywały momenty, kiedy miałam ochotę wsiąść w pociąg, pojechać do rodziców, wspiąć się na strych i zajrzeć do środka. To trochę jak z rozdrapywaniem strupa: niby boli, a człowiek i tak nie potrafi się powstrzymać. Na szczęście Cass za każdym razem skutecznie wybijała mi to z głowy. A zawsze kiedy jesteśmy u rodziców, nie spuszcza mnie z oka. Raz nawet weszła za mną do łazienki, żeby się upewnić, że naprawdę musiałam iść siku.

Wracam do teraźniejszości: krawędź polaroida kłuje mnie w dłoń. Mogłabym go zgnieść i wrzucić do kosza, ale nie potrafię się na to zdobyć.

Popycham zdjęcie w stronę Cass.

– Możesz…?

– Jasne. – Odbiera je ode mnie i podchodzi do swojego biurka. Wkłada zdjęcie i planer do górnej szuflady. – Zamknąć na klucz? – pyta, bo zna mnie lepiej niż ja samą siebie.

Kiwam głową i dopiero gdy słyszę szczęk zamka, wypuszczam powietrze z płuc.

Cass wraca i kuca przede mną.

– Już lepiej?

– Jak coś sprzed dekady może nadal mieć taką władzę nade mną? Spójrz tylko! – Macham rękami. – Spójrz na to żałosne stworzenie!

– Nie jesteś żałosna. I to nie „coś”. To symbol. Symbol tego, co straciłaś. Masz pełne prawo tak się czuć – mówi, ale jej ton nie do końca mnie przekonuje.

– Ty byś sobie na coś takiego nie pozwoliła.

– Przestań. To nie jest żadne użalanie się nad sobą, to normalna reakcja.

Złapane spojrzenie Cassie, pełne współczucia, niemal rozkłada mnie na łopatki. Ale się nie poddaję. Uspokajam oddech, zbieram się w sobie. Telefon Cass zaczyna dzwonić, ale ona wciąż przy mnie siedzi, co jest jeszcze bardziej krępujące.

– Nie odbierzesz? – pytam.

– Na pewno wszystko w porządku?

– Po prostu odbierz.

Niechętnie wstaje i odbiera w swoim ultra profesjonalnym stylu:

– Cassie Bliss, Bliss Designs.

Już mam wychodzić i wracać do pracy, gdy mówi:

– No proszę, już? – Po chwili dodaje: – To świetnie. Zaraz będę.

Odkłada telefon i promienieje.

– Co to za radosna mina? – pytam, zapominając o własnych troskach.

– Eee, ten… poboczny…

– …projekt. No tak. Czy powiesz mi w końcu, o co chodzi?

– Zobaczymy. – Chowa telefon do torebki i przerzuca pasek przez ramię. – Wrócę na spotkanie z koordynatorką pokazu, żeby dopiąć muzykę i światło.

Przesyła mi całusa w powietrzu i znika, zanim zdążę zadać kolejne pytanie. Ten cholerny poboczny projekt! Jeszcze się dowiem, o co chodzi.

Rozdział 5

Poppy

– Czeka na nas w środku – mówi Nasrin, kiwając głową w stronę sali projekcyjnej.

Odkładam torebkę na biurko, chwytam tablet i ruszam za swoją koleżanką.

– Musi wstawać o świcie – mruczę. – Ledwo minęła ósma.

– Myślę, że ona w ogóle nie sypia.

– Wszystko poszło znacznie szybciej, niż się spodziewałyśmy, prawda?

– Dlatego właśnie płacimy jej takie kokosy – rzuca Nasrin, gdy docieramy do drzwi.

– Komu płacicie takie kokosy? – odzywa się Marie, nasza agencyjna detektywka, która już się rozsiadła w pierwszym rzędzie miękkich, kinowych foteli.

– Tobie – odpowiada Nas, schodząc w dół krótkiego przejścia. – Bo jesteś szybka.

Siada obok Marie, a ja obok niej.

– Szybka, owszem. Ale też najlepsza.

Marie Maillot (czytaj: „Mari”, z akcentem na „ri” – w końcu jest Francuzką) mogłaby zagrać Lisbeth Salander w Dziewczynie z tatuażem, gdyby nie fakt, że zbliża się już do siedemdziesiątki. To może w Emerytce z tatuażem? Jest drobna, szczupła i żylasta, ma kruczoczarne, krótko ścięte włosy, tatuaże ciągnące się wzdłuż obu ramion i tyle czarnego eyelinera, że spokojnie mogłaby nim wymalować całą scenografię do czarnej mszy. Jak zawsze ubrana od stóp do głów na czarno, głównie w skórę.

W ustach ma papierosa – niezapalonego, oczywiście. To jej sposób na obejście „archaicznych” przepisów zakazujących palenia w pomieszczeniach. Kiedyś wyznała mi, że nie potrafi zerwać ani z nałogiem, ani z nawykiem trzymania papierosa w ustach, bo zaczęła palić w wieku jedenastu lat. Ale w jej przypadku chodzi o coś więcej niż tylko o nikotynę – Marie ma silne uzależnienie oralne. Zdiagnozowałam to dawno temu. Zresztą byle student pierwszego roku psychologii po trzecim tygodniu zajęć też by się połapał.

– Gdzie klientka? – pyta ze swoim wyraźnie francuskim akcentem, zerkając w stronę drzwi.

– Już w drodze – odpowiada Nasrin. – Dałaś nam całe trzy sekundy, żeby się przygotować.

Marie wzrusza ramionami i głośno wciąga powietrze przez papierosa.

– Zdradzisz nam najważniejsze rzeczy? – podpuszcza ją Nasrin.

– Non. Poczekamy.

Nasrin rzuca mi spojrzenie z przewróceniem oczami w stylu: „O co jej znowu chodzi?”, po czym odblokowuje telefon i zaczyna przewijać ekran palcem.

Tłumię uśmiech i włączam tablet, żeby przejrzeć notatki dotyczące sprawy. Od wyników pracy Marie zależy wszystko, co wydarzy się dalej: czy Elle spotka się z Leo (o ile to w ogóle możliwe), czy nie. Chociaż… mam już przygotowane scenariusze na pewne ewentualności.

Prawie trzydzieści minut później jestem tak pochłonięta notatkami, że dopiero głos Anity wyrywa mnie z zamyślenia, niczym dzwonek budzika z głębokiego snu.

– Poppy, Nasrin, pani Bliss już jest.

Cała nasza trójka równocześnie się odwraca. Wstaję, żeby należycie powitać Cassie.

– Dzięki, Anita. Cześć, Cassie, chodź dalej.