44,00 zł
„W" to zarazem thriller polityczny – w którym nic nie jest tym, czym się wydaje, a prawda wychodzi na jaw dopiero na ostatniej stronie – jak i refleksja nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością ruchów lewicowych w Europie.
Młody pisarz i działacz lewicowy, uchodźca z Sarajewa mieszkający w Paryżu, zostaje nieoczekiwanie wezwany na dalmatyńską wyspę, by poznać ostatnią wolę tragicznie zmarłego Waltera Stiklera. Ten słynny krytyk ideologii komunistycznej pozostawił tajemniczy testament, który zmusza bohatera do współpracy z radykalną aktywistką Tessą Simon. Ich spotkanie jest początkiem podróży w przeszłość naznaczoną wojną, dylematami moralnymi, intrygami, pasją, zdradzonymi przyjaźniami oraz rozczarowaniami ideologią, która miała doprowadzić do powszechnej wolności i równości. Muszą wspólnie odtworzyć historię. Dowiedzieć się, co łączyło Waltera i nieuchwytnego terrorystę Wladimira.
Dlaczego to właśnie Igor i Tessa zostali wyznaczeni do rozwiązania zagadki dwóch panów W? Jaką cenę będą musieli zapłacić za poznanie prawdy? Czy historia po raz kolejny okaże się najlepszą nauczycielką życia?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 366
Tytuł oryginału:W
Copyright © Igor Štiks and Fraktura, 2019 All rights are represented by Fraktura, Croatia For the Polish edition Copyright © 2026, Noir sur Blanc, Warszawa
ISBN 978-83-8403-085-1
Opieka redakcyjnaMonika Szewczyk
Opracowanie redakcyjneLidia Kośka
KorektaBeata Wyrzykowska, Hanna Kociołek
Projekt okładkiUrszula Gireń
Na okładce wykorzystanoVintage notebook – Macondoso / Envato
Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.
Czy komunista może napisać powieść? Nie jestem
co do tego przekonany: on nie ma prawa stać się
wspólnikiem swoich postaci.
Jean-Paul Sartre, Situations I
Kapitan zarządził lądowanie. Wpadłem w panikę. Zaciągnąłem pas, zamknąłem oczy i zgrzytałem zębami. Nie chciałem spojrzeć w okno. Wiedziałem, że właśnie lecimy nad archipelagiem, gdzie w morzu ostatni raz kąpałem się jako chłopiec, przed dwudziestu pięciu laty, kiedy wojna już się zaczynała w bezpośredniej bliskości, tuż za plecami. Teraz na moich kolanach leżał rękopis powieści W, kilka rozdziałów, notatki i fragmenty opisujące historię, którą opowiedział mi Walter Stikler. Niedawno znaleziono go martwego, nafaszerowanego pociskami, w morzu znajdującym się teraz pode mną. Nie spodziewałem się zaproszenia na Wyspę. Nie miałem nadziei na powrót.
Jego zwłoki, może przez wiele dni uwięzione w jakiejś podwodnej jaskini, w końcu wypłynęły, rozkładając się na oczach wystraszonych rybaków. Nikt wcześniej nie zgłosił zaginięcia. Zresztą kto miałby to zrobić? Walter żył w odosobnieniu, sam, w głębi Wyspy. Kupno domu w Dalmacji pod koniec lat dziewięćdziesiątych nie było kaprysem podstarzałego mieszkańca Zachodu spragnionego gorącego, ale taniego słońca. Nie. Wiedziałem – może ja jedyny – dlaczego wybrał akurat tę wyspę.
Z każdym metrem przybliżającym nas do lądu nasilały się wspomnienia minionego życia, dzieciństwa, które nagle dotarło do kresu, bez możliwości negocjacji, odroczenia albo przebaczenia. Pozostało skryte w pamięci, wykoślawione, zniekształcone późniejszymi zdarzeniami. Wracają wspomnienia nawet tego, co jako czternastolatek wyobrażałem sobie, że życie jeszcze skrywa, a czas z pewnością przyniesie jak coś, co mi należne, czas, który można było wyraźnie zobaczyć z tego punktu, gdzie nic nie zapowiadało, że wkrótce przepadnie wszystko, co tworzyło wczorajszy świat. Ten krajobraz wyłaniał się wciąż taki sam, nietknięty tym, co ludzie z nim wyczyniali, niewinny i taki bliski, że w mojej głowie pojawiały się dalmatyńskie słowa, którymi z łatwością posługiwałem się kiedyś, w dziecinnej utopii, którą tworzył archipelag ze wszystkimi rafami, wyspami, kanałami, twierdzami i zatokami.
Miałem wrażenie, że się zapadam, jak samolot, który szybko traci wysokość, w to wszystko, co z premedytacją zostawiłem za sobą, uważając, że zasługuję na życie bez straty albo życie, na które ta strata nie będzie miała wpływu, życie, które sam stworzę, nie pozwalając innym, by mi je kroili na swoją miarę. I myślałem, że mi się udało. Nawet niespecjalnie często oddawałem się wspomnieniom. Niekiedy wyciągałem jakiś szczegół albo sam się pojawiał, przywołany nie wiadomo czym. Cała reszta wydawała się na zawsze zatopiona w odmętach. To mi umożliwiło życie na ziemi, w nowym języku, w nowej ojczyźnie. Myślałem, że w Paryżu odnalazłem dom; nie ten, który inni nam zgotowali, tylko przez nas samych wybrany, którego zarys szkicujemy, a potem budujemy go własnymi rękami. Ten dom miał specjalną warstwę ochronną przed korozją powodowaną przez wspomnienia. I wydawało się, że tak już będzie, aż do niedawna, do spotkania z Walterem Stiklerem.
W czasie wojny opuściłem Sarajewo, stałem się uchodźcą w Zagrzebiu, u rodziny. Potem wyjechałem na studia do Francji i już nie wróciłem. Zamknąłem czas nauki, wydałem krótką, niezauważoną powieść, czasami kochałem i przynajmniej wierzyłem, że byłem kochany. Zrobiłem doktorat z nauk politycznych i zacząłem pracować jako fachowiec od ideologii lewicowych oraz ruchów społecznych przy Narodowym Centrum Badań Naukowych. Co więcej, sam też należałem do organizacji lewicowych, chodziłem na demonstracje i planowałem akcje protestacyjne, redagowałem czasopismo i niekiedy wraz z kolegami pisałem i publikowałem pamflety wzywające do buntu. Ale od tego dnia, kiedy Walter Stikler nieproszony wszedł do mojego domu, nie mogłem go już z niego wyrzucić. Opowieści Waltera odsunęły na bok polityczne akcje z wiosny 2016 roku w Paryżu. Może dlatego, że w porównaniu z życiem Waltera wydawały się nieskuteczne i bez znaczenia. A może dlatego, że przeszłość chwyciła mnie za gardło i raptem nie byłem już tu, teraz i w tym miejscu.
Kim był Walter Stikler? Nawet ci, którzy go nie znali z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego wieku, kiedy na fali medialnego zainteresowania „nowymi filozofiami” zaistniał na publicznej arenie jako ostry krytyk ideologii komunistycznej i ówczesnych reżimów realnego socjalizmu, nawet oni prawdopodobnie usłyszeli o nim właśnie wtedy, gdy w listopadzie 2015 został porwany, a potem po spektakularnej akcji policyjnej znaleziony żywy w piwnicy domu zniszczonego przez eksplozję. Plan porwania przypisano znanemu kiedyś lewicowemu terroryście Wladimirowi, który, jak twierdził ocalały Stikler, uprowadził go, przetrzymywał uwięzionego w piwnicy, a później, znalazłszy się w sytuacji bez wyjścia, wysadził pomieszczenie za pomocą ogromnego ładunku dynamitu.
Porwanie Waltera Stiklera było pierwszą akcją terrorystyczną, którą Wladimir przeprowadził od wczesnych lat osiemdziesiątych. Mimo że się wycofał, fachowcy śledzący bezpieczeństwo państwa, byli członkowie służb specjalnych i dziennikarze zafascynowani rewolucyjnym terroryzmem uważali, że Wladimir nigdy nie przestał działać, i to właśnie on albo ktoś bardzo do niego podobny stoi, jako inspirator i organizator, za działaniami wielu radykalnych grup, które gwałtownie się rozwijały na początku nowego stulecia. Twierdzono, że jest tajnym gościem lewicowych rządów latynoamerykańskich, zwłaszcza braci Castro i Joségo Mujicy, jak też brazylijskiego prezydenta Luli, i że to Wladimir oraz subcomandante Marcos razem wzniecili powstanie zapatystów w 1994 roku. Krążyły plotki, że wpływ Wladimira na Marcosa jest tak wielki, iż to właśnie on pisze słynne przemówienia subcomandante. Jednak – co do tego zgodne były wszystkie gazety, od konserwatywnych, przez liberalne, na postępowych kończąc – w słynnych akcjach w Europie Zachodniej w okresie bezpośrednio po ’68 i na początku lat siedemdziesiątych akt porwania jednego intelektualisty swobodnie można było uznać za ruch jakiegoś rozpaczliwca, będący w absolutnej niezgodzie z duchem nowych czasów.
W tamtych dniach media wykorzystały okazję, rozpisując się na temat krótkiej pamięci opinii publicznej i nie dość rozwiniętej świadomości, by udowodnić, jak zgubny jest lewicowy terroryzm i zaburzenia psychiczne jego głównych aktorów, a te zaburzenia miały być skutkiem obsesji na punkcie islamskich fundamentalistów, których – tak twierdzili również podstarzali „nowi filozofowie” – łączy z lewicowcami skłonność do totalitaryzmu i nienawiść wobec wartości zachodnio-liberalnych. Porwanie Waltera Stiklera tłumaczono też jako możliwą i groźną strategię: przeprowadzanie ukierunkowanych likwidacji albo porwań nie tylko urzędników państwowych albo potężnych kapitalistów, lecz także intelektualistów, którzy zdaniem lewicowych terrorystów stworzyli i podtrzymywali hegemonię panującej ideologii. Kryzys finansowy, który wybuchł na jesieni 2008 roku, zachwiał porządkiem kapitalistycznym, ale go nie obalił. Należało więc uderzyć – tak tłumaczono motywację nowych radykałów – bezpośrednio w mózg. Po cudownym ocaleniu Waltera Stiklera i ostatecznym zniknięciu Wladimira w płomieniach ogarniających nafaszerowany dynamitem budynek wielu z pełnym przekonaniem doszło do wniosku, że cała ta bezmyślna przemoc, na którą są narażone demokracje ze strony skrajnych odłamów politycznego spektrum, po prostu nie ma przed sobą przyszłości.
Waltera Stiklera poznałem na początku kwietnia 2016 roku. W nocy 31 marca grupa aktywistów postanowiła zatrzymać kalendarz i spędzić noc na Place de la République. Nuit debout! Nie spać całą noc! Zaczęła się długa noc stania na nogach, podczas gdy kalendarz reformowany odmierzał 32 marca, potem 33, 34. Miejskie zgromadzenia, koncerty, graffiti, zaimprowizowana biblioteka, rozprawy, publiczne przemówienia, szanowane osobistości, nieuniknione konflikty... Wkrótce wybuchł karnawał, do wtóru trąb, bębnów i pieśni o walce, wolności i zwycięstwie uciśnionych, o tym, co wywalczyliśmy kiedyś, i o zwycięstwie, które dopiero nadejdzie wbrew wszystkim przeciwnościom losu i wszystkim grobom pozostawionym przy drodze. Umawialiśmy się wtedy zawsze tak samo: wieczorem na Place de la République, w którego sąsiedztwie, na Rue du Château, mieszkałem.
Spotykałem tam wielu ludzi, których nazywamy przyjaciółmi, mieszankę artystów prekariuszy obdarzonych większym bądź mniejszym talentem, muzyków, dziennikarzy, doktorantów, międzynarodowych rezydentów na dobrych amerykańskich stypendiach, kuratorki w apogeum wzlotu, kelnerów w potrzebie, bojowników rozmaitych associations, legalnych i nielegalnych migrantów, freelancerów rozmaitej proweniencji, synów i córki dobrze umocowanych polityków i ekstatycznych aktywistów najnowszej radykalno-lewicowej partii. Przemieszczaliśmy się pod czarno-czerwonymi sztandarami anarchistycznych związków zawodowych, ze zjeżonym czarnym kotem, podtrzymywaliśmy kontakt z rozmaitymi frakcjami komunistycznymi, przebijaliśmy się przez propalestyńskie grupy aż do nieuniknionych spotkań z rozczarowanymi członkami masowych związków zawodowych, socjalistów bądź zielonych, byli tu także, jakżeby nie, lewicowi katolicy, feministki, aktywiści antyrasistowskich grup, a także, osłabionej wskutek postępującego wieku swoich członków, Ligi Ochrony Własności Prywatnej i Praw Człowieka.
To właśnie była jedna z tych rzeczy, jak wierzyłem, które sprawiły, że Paryż stał się naszym domem, ta gotowość ludzi, by wyjść na ulice, ich determinacja, często też naiwność, entuzjazm dysput politycznych podczas niekończących się wieczorów; nawet jeśli te dysputy były powierzchowne, cała namiętność wdzierająca się w zażarte rozprawy nad stołami knajp, na uniwerku, w metrze – to było coś. Perspektywa, że każdego dnia możecie spotkać kogoś, kogo trzeba, sny albo miłość sprowadziły was do tego miasta. Miałem poczucie, że jestem wśród swoich i że tu, w Paryżu, moja przeszłość nie może być ważniejsza od teraźniejszości, nie mogę po prostu uznać, że uniknąłem klątwy geografii dzięki decyzji o pozostaniu tutaj. Paryż dał mi szansę bycia bliżej tego, kim, jak myślałem, jestem. Stworzyłem swoje życie. Narodziłem się.
Któregoś z tych wieczorów umówiłem się na spotkanie z członkami redakcji pisma, żeby omówić akcje, którymi wspomożemy potężniejący ruch. Do naszego ulubionego bistro przyszedłem trochę wcześniej. Nie musiałem mówić, co zamawiam, bo kelner Momo już mi przyniósł kieliszek wina. Rozkoszowałem się tą krótką ucieczką od świata, nim zjawią się przyjaciele, spowity gwarem głosów i brzękiem szkła, dając odpocząć oczom od pośpiesznych zdarzeń na ulicy, którą młodzieńcy i dziewczyny tłumnie zmierzali w stronę Place de la République.
– Ja też byłem taki jak pan – usłyszałem kogoś, kto właśnie usiadł na sąsiednim stołku przy barze. Nie było jasne, do kogo kieruje te słowa. Odwróciłem się na chwilę, ale nie chciałem zbyt wiele uwagi poświęcać temu człowiekowi zbliżającemu się już do sześćdziesiątki, takie odniosłem wrażenie, póki nie powtórzył: – Tak, taki jak pan, młody człowieku.
– Pardon – odparłem – pan do mnie mówi?
– Tak, właśnie do pana – odpowiedział, patrząc na mnie przenikliwie. – Właśnie do pana.
Pomyślałem, że mam do czynienia z pijaczyną albo dziwakiem, który tylko czeka na okazję, by z kimś pogadać. Odwróciłem się do niego plecami, mając nadzieję, że sobie pójdzie. Już zdołał mi zakłócić rozkosz samotności. Wyjąłem komórkę, jako wyraźny dowód, że między nami nie ma mowy o jakiejkolwiek komunikacji.
– Tak, byłem taki jak pan, wtedy, jeszcze przed ’68, w czasie naszego Maja i trochę później. Il est interdit d’interdire... Vivre au présent... Soyez realiste, demandez l’impossible1 – ironicznie wypowiadał hasła z ’68 – albo, dajmy na to, jeszcze ta zgrabna koniugacja, która każdemu cudzoziemcowi takiemu jak pan przydałaby się na pierwszych lekcjach francuskiego. Jak to było... je participe, tu participes, il participe, nous participons, vous participez – ils profitent!2
Głośno się zaśmiał. Teraz już naprawdę uznałem, że mam do czynienia z wariatem, który wyżywa się w knajpianych prowokacjach. Nie wiem, czy zdołał mnie wciągnąć na cienki lód swoimi drwinami, czy podkreślaniem faktu, że jestem cudzoziemcem (ten charmant petit accent, uroczy lekki akcent, zawsze jednak jakoś słychać, chociaż powiedziałem zaledwie kilka słów).
– A potem zrozumiał pan, że to tylko kolejna faza dojrzewania...
Zareagowałem ostro na ten aż nazbyt znany cynizm niegdysiejszych buntowników.
– ...i znalazł miejsce w systemie, którego nie da się albo nie należy zmieniać.
– Proszę, niech mi pan zaoszczędzi tych banałów!
– O-pa! Proszę wybaczyć, jeśli pana rozgniewałem. Może jest już pan wyczerpany po tylu nocach spędzonych... na nogach.
Cicho się zaśmiał, świszcząc przez zęby. Odwróciłem się do niego.
– Rozszyfrował mnie pan. Przyznaję! – powiedział, unosząc ręce, jakby się poddawał.
Zauważyłem blizny na jego nadgarstkach.
– Pan mnie w ogóle nie interesuje. Proszę mnie zostawić w spokoju!
Raptem spoważniał.
– Przepraszam, jeśli zakłóciłem pański spokój.
– W porządku – powiedziałem ugodowo. – Jeśli mogę dopić swoje wino w spokoju, byłbym bardzo wdzięczny.
– Oczywiście, oczywiście – pochylił się ku mnie. – Z pewnością ubodło pana, że wyrecytowałem krótką koniugację. Niech mi pan wybaczy. Wiem, że pański francuski jest dobry. Aż za dobry. Za dużo chęci, by pokazać, że jest pan lepszy, nawet od tubylców.
– Przeinacza pan sens moich słów! – krzyknąłem zdenerwowany.
– Ciekawe, że tutaj, we Francji, szybko przyłączył się pan do radykalnych lewicowców. Skąd ta siła przyciągania? O ile mi wiadomo, tam u was dawno już skończyli z socjalizmem. I nic szczególnie nowego nie dzieje się w tej materii. Jacyś studenci niekiedy podnoszą głowy. To dobrze. Naród się zbiera, odbywa się tak zwane zgromadzenie. To dobrze. I wszystko szybko mija. Tam, jak się wydaje, lewica już nie istnieje, prawda?
Patrzył na mnie, udając brak zainteresowania, jakby wiedział coś o mnie, i to więcej, znacznie więcej niż dociekliwy człowiek przy barze mógłby zauważyć. Odrzuciłem tę myśl jako zbyt szaloną. A może czytał jakiś mój tekst, przy którym było zdjęcie, i mnie rozpoznał? Próbowałem odegnać te paranoiczne domysły.
– Czekam na przyjaciół i chętnie bym odpowiedział na nieodebraną wiadomość. Życzę panu miłego wieczoru.
Odwróciłem się do niego plecami i stukałem nerwowo w telefon. Czułem, że nadal stoi obok mnie i wpatruje się w mój kark.
– Ja panu też – powiedział spokojnie.
Tylko machnąłem ręką, nawet się nie odwracając. Nudny nieznajomy, po kilku chwilach niezdecydowania, jakby chciał jeszcze coś dodać, w końcu się oddalił.
Nazajutrz umówiłem się na obiad z Emilią w Café Le Basile, na rogu Rue de Grennelle i Rue Saint-Guillaume, obok Sciences Po, Instytutu Nauk Politycznych, gdzie oboje się doktoryzowaliśmy. Chcieliśmy napisać analizę wydarzeń na Place de la République, próbując raz jeszcze odpowiedzieć na zawsze to samo pytanie: Co robić? Usiadłem przy stoliku pod ekspresyjną fotografią z angielskiego tournée Boba Dylana w 1965 roku, on z mikrofonem, w czarnych okularach i z papierosem w ustach. Po chwili ktoś stanął obok stolika i głośno westchnął, patrząc na Dylana.
– A potem, zaledwie kilka miesięcy później, zagrał na gitarze elektrycznej i zmienił bieg historii. Słuchałem go na żywo w Olympii w 1966. Co to były za czasy! Mógłbym panu o tym opowiadać dniami i nocami.
Zdumiałem się, kiedy dotarło do mnie, że to ten sam nieznajomy z wczoraj, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, on znów się odezwał. Tym razem w moim starym języku.
– Może nie zrozumieliśmy się najlepiej – powiedział, patrząc mi w oczy. – Może tak będzie łatwiej.
Instynktownie się cofnąłem. Łagodnie się uśmiechnął, jakby próbował mnie uspokoić.
– Widzi pan, ja też tu jestem cudzoziemcem, chociaż kto wie, może krócej niż pan, jeśli wziąć pod uwagę czas, jaki spędziłem w starym kraju. Ponad pół wieku! Pan jest tu jednak, ile, zaledwie dwadzieścia lat?
Nie odpowiedziałem.
– I wciąż jeszcze można, mając dobre ucho, usłyszeć pana bałkański akcent. Proszę go nie zgubić, jak ja.
– Czego pan chce?! – krzyknąłem wściekły, wręcz przerażony. – Kim pan w ogóle jest?
Schylił się i wykonując teatralny gest, wyciągnął rękę. Odmówiłem uścisku, a on niezaproszony usiadł przy moim stoliku, pochylił się, jakby w obawie, że ktoś go usłyszy, i szepnął:
– Walter.
– Pańskie imię nic mi nie mówi – oparłem się o poręcz krzesła, by być jak najdalej od jego twarzy. – Najpierw to wczoraj, teraz znowu... Proszę posłuchać, chcę tylko, by zostawił mnie pan w spokoju.
– Stikler – powiedział znów szeptem, jakby tylko czekał na ów moment, wiedząc, jakie wrażenie to na mnie zrobi. Wydawało się, że czyta w moich myślach, widzi konfuzję wywołaną jego nazwiskiem.
– Jak?
– Właśnie tak.
Oniemiałem.
– Proszę wybaczyć, podałem panu swoje imię w sposób, w jaki tu jest wymawiane. U nas, w moim rodzinnym mieście, niekiedy zapisywano mnie w księgach jako, co zrozumiałe... – i znowu się pochylił do mnie, szepcząc: – Valter Štikler.
Ten człowiek nie tylko twierdził, że jest Walterem Stiklerem, niedawno porwanym, a potem wydobytym z ruin budynku, w którym zginął Wladimir, ale też wspomniał, przemknęło mi to przez głowę, jeśli dobrze słyszałem...
– Gdzie „u nas”?
– No przecież w Sarajewie! – odparł w sposób najbardziej naturalny, napawając się moim zakłopotaniem. Poczułem, jak górna warga zaczyna mi drżeć. Najwyraźniej też pobladłem.
– Proszę się uspokoić – powiedział, wciąż się uśmiechając. – Nie ma powodu do paniki. Czy to takie dziwne natknąć się na rodaka?
Siedziałem jak skamieniały. Z jego twarzy zniknął uśmieszek.
– Wiem, że to wszystko wydaje się panu trochę dziwne, niejasne, a nawet niebezpieczne. Ale nasze spotkanie nie mogło się wydarzyć w inny sposób.
Odwrócił się ode mnie i oparł o stół. Poprosił kelnera, by przyniósł mu kieliszek Brouilly.
– Wladimir... – westchnął, upiwszy łyk. – Jestem pewien, że zna pan całą historię i ma niezachwiany sąd o wszystkim. Znam pańskie poglądy, wiem też, co pan myśli o mnie, o mojej pracy i moich przekonaniach. Nie jest pan w tym oryginalny, tak myśli wielu ludzi, nawet tu, wokół nas, a zwłaszcza na wieczornych nasiadówkach. Niektórzy spośród nich, jak słyszę, myślą też, że to ja właśnie jestem winien śmierci Wladimira i muszę za to zapłacić. Głową oczywiście. Zostałem o tym uprzedzony.
– To mnie nie dziwi.
– No właśnie, jak przypuszczałem, pan też tak myśli. Nie spodziewałem się oczywiście, że będziemy zgodni w kwestiach politycznych. A jednak dla pana, jako pisarza, może mogłoby być ciekawe usłyszeć, że Wladimir i ja znaliśmy się od dawna.
– Nie jestem pisarzem.
– Doprawdy? Dziwne. Może coś źle zrozumiałem.
Później, po kilku spotkaniach z Walterem, przyzwyczaiłem się do tych zdań, które rzucał mimochodem, a one w tej samej chwili eksplodowały w wielu newralgicznych punktach.
– Czego pan chce, człowieku...? – powiedziałem ze złością po francusku, wystarczająco głośno, by kilkoro gości odwróciło się w naszą stronę. – Pytam, czego pan chce ode mnie?!
Walter nawet nie mrugnął. Spokojnie na mnie patrzył i pił swoje wino. Potem w stronę kelnera i ludzi przy sąsiednich stolikach zrobił uspokajający gest, że niby jesteśmy starymi znajomymi, którzy tylko trochę się pokłócili.
– Widzi pan, co pan narobił. Ludzie się wystraszyli. Rozmawiajmy.
– Niech pan sobie idzie! – powiedziałem teraz nieco ciszej.
– W porządku, w porządku... – poprawił swój płaszcz przeciwdeszczowy i dokończył wino. Był elegancko ubrany, w garniturze, ale bez krawata, miał turkusowy jedwabny szalik na szyi, doskonale ogoloną twarz, starannie zaczesane włosy, które najwyraźniej mu nie wypadały. Później dowiedziałem się, że miał wtedy siedemdziesiątkę na karku. Był to typowy mężczyzna, materialnie zabezpieczony, który dobrze się starzeje w zgodzie z samym sobą.
– Nigdy nie widziałem, żeby ktoś tak gwałtownie reagował, kiedy mu się powie, że jest pisarzem. Nie jest to obraźliwe ani nie jest tajemnicą, chociaż pan się tym nie chwali. Przecież sam pan opublikował to swoje romanzo, jaki to miało tytuł... Castello! Kupiłem w księgarni Morpurgo w Splicie. Niezłe. Porzucił pan nasz sławny język małego kraju i patrzcie no tylko, nic więcej pan już nie napisał. Nie idzie łatwo z tym francuskim, co? Bo też nie może. Zaczął pan się zajmować pracą akademicką. Godne pochwały, ale trochę mało ekscytujące, n’est-ce pas3?
Przerwał, jakby czekał na moją odpowiedź. Kiedy ta nie padła, stwierdził:
– W porządku. Widzę, że dziś też nie jest pan skłonny do rozmowy. Powiem zatem panu tylko jedno. Mam dla pana opowieść. Gorący temat – mrugnął do mnie.
– Nie interesuje mnie ani pańska opowieść, ani pan, kimkolwiek pan jest! – odpowiedziałem z trudem. – Mam wystarczająco dużo swojej pracy – wskazałem na laptop na stole.
– No tak, la lutte continue4! – drwiąco podniósł prawą pięść.
W tym momencie zjawiła się Emilia.
– Wybacz mi spóźnienie. – Spojrzała na Waltera. – Jesteś sam?
– Nie. Ten pan dosiadł się do mojego stolika.
– Hej, hej. Dobrze się czujesz?
Nie odrywałem wzroku od Waltera, który zdążył już wstać i włożył kapelusz.
– Coś się stało? – spytała Emilia.
– Wszystko w porządku. Tak, jak powinno być – rzucił Walter, odchodząc.
– Kto to był?
– Nie wiem – odparłem, odetchnąwszy. – Ale cieszę się, że cię widzę.
– Štiks! – rozniosło się wtedy po całej knajpce.
Walter stał w otwartych drzwiach. Wszyscy odwrócili się w jego stronę.
– Może chciałby pan wiedzieć, że w czasie wojny – dodał, zanim zniknął – poznałem pańskiego ojca.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Cytat za Jean-Pierre’em Le Goffem: Zakazuje się zakazywać... Żyj teraźniejszością... Bądź realistą, żądaj niemożliwego (franc.). Przypisy, jeśli nie oznaczono inaczej, pochodzą od tłumaczki. ↩
2 Ja uczestniczę, ty uczestniczysz, my uczestniczymy, wy uczestniczycie, oni korzystają! (franc.) ↩
3 Prawda? (franc.) ↩
4 Walka trwa (franc.). Słynne hasło z Maja ’68. ↩
