Vril - Hubert Kozieł - ebook
Opis

A gdyby pogłoski o tajnej broni, która może zmienić losy wojny, okazały się prawdą?

– Oj, czemu pan przywiązuję aż tak wielką wagę do tego utopijnego projektu! Himmler trwoni na to pieniądze i czas – z miernym rezultatem. Te całe gadanie o sile Vril, wewnętrznej ziemi i innych bzdetach...

Lang spojrzał na niego pełnym wyrzutu oraz pobłażania wzrokiem i odparł:

– Muszę zaprotestować! Pasteura wyśmiewano bo mówił, że istnieją jakieś „bakterie”! Istnienie Vrila udowodnione zostało naukowo i historycznie! Dostarczono mi ostatnio film z ćwiczeń Vrilkomando-SS. Tam są rzeczy, których fizyka nie może wytłumaczyć!

– Czemu chce pan dorwać tego Polaka? – opór podwładnego zaintrygował Ostera.

– Jego potencjał przewyższa wszystko co znamy... Z naszych danych wynika, że dokonał masakry na sowieckich żołnierzach – tam właśnie zaobserwowano aberrację wielkości 100 000 Rahnów. Warto by zbadać to zjawisko. Nie możemy być w tyle za SS!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 324

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział I. Przebudzenie

Polskie kresy południowo-wschodnie, 25 IX 1939

Major Franciszek Dowbor miał powód, by wpaść w depresję. Znajdował się w kolumnie jeńców pędzonej ulicami jakiegoś zapuszczonego miasteczka zamieszkałego niemal w całości przez nieprzychylnie usposobione do polskich oficerów mniejszości narodowe. Ręce miał związane z tyłu, szorstki sznur boleśnie ranił mu przeguby a każdy jego ruch obserwowali funkcjonariusze służb konwojowych NKWD. Z trudem zachowywał spokój słysząc chamskie docinki i aroganckie zachowania czekistów o zakazanych mordach. Co jakiś czas dochodziły do jego uszu drwiące okrzyki ze strony gromadzącej się przy drodze miejscowej hołoty noszącej czerwone opaski. Szlak którym podążał był w przenośni i dosłownie błotnistym ściekiem.

„Klęska, klęska, cholerna klęska!” Poczucie totalnej beznadziei z każdą chwilą miażdżyło jego wolę. Więc tak się zaczyna komunizm? Żałował, że nie „strzelił sobie w łeb”, gdy była jeszcze ku temu okazja. Po chwili jednak przezwyciężył samobójcze myśli uświadamiając sobie, że tam, gdzie się wybiera, o śmierć będzie bardzo łatwo. Wrócił do przemyśleń na temat klęski. Zastanawiał się jak to możliwe, że jeszcze kilka tygodni temu Polska była dynamicznie rozwijającym się krajem z obiecującymi perspektywami. Przez chwilę starał się pocieszyć dopuszczając do świadomości następujący fakt: mało które państwo wytrzymałby jednoczesne natarcie Niemiec i Związku Radzieckiego praktycznie ze wszystkich kierunków geograficznych. Nawet najgenialniejszy dowódca nic by nie poradził w takiej sytuacji. Niepokojące myśli jednak wracały. Klęska jest zawsze tym dotkliwsza, im silniejsze przekonanie, że skradziono nam zwycięstwo. Czasem w ogniu walk przeciwko Niemcom miał wrażenie, że on i jego rodacy zwyciężają. Widział spalone hitlerowskie czołgi i zestrzelone stukasy, widział żołnierzy Wehrmachtu uciekających przed jego oddziałem kawalerii, widział tyle rzeczy... Pytanie tylko jak to się stało, że przebył w ciągu trzech tygodni drogę z nad granicy pruskiej aż pod Lwów... „Czy warto było wchodzić w tę wojnę... Głupie pytanie... Przecież nie mieliśmy innego wyboru”. Starał się przeniknąć sens ostatnich wydarzeń. „A dlaczego Zachód mimo obietnic nam nie pomógł?” W jego umyśle zawitała niepokojąca myśl: „Czy wobec tego ta wojna była ustawiona?”

Trzask! Rozmyślania przerwało mu uderzenie grudy ziemi o skroń.

– Zdjąć te koguty z głowy! – krzyknął na niego jakiś czerwony milicjant.

Dowbor zauważył, że jego oficerska rogatywka potoczyła się po błocie. Spojrzał na czerwonego milicjanta. Komunistyczny bojówkarz wyglądał jak wyciągnięty z rynsztoka pijaczek. Dowbor dokładnie się mu przypatrzył i obiecał sobie, że przy najbliższej okazji poderżnie mu gardło od ucha do ucha.

Nagle enkawudziści zatrzymali konwój. Oddzielili zwykłych żołnierzy od oficerów. Miał złe przeczucia. Wrzucili go wraz z kilkoma innymi przedstawicielami wyższych szarż do jakiejś ciasnej i obskurnej ziemianki pachnącej stęchlizną. Po paru minutach przebywania w tym „pomieszczeniu” usłyszał z zewnątrz serię z karabinów maszynowych. Potem po kolei wyciągano oficerów. Żaden z nich nie wracał. Franek Dowbor był ostatni w kolejce. Z niepokojem odliczał kolejne minuty. Próbował się modlić. Roztrzęsione nerwy nie pozwalały mu na to jednak.

W końcu przyszli. Dwóch rosłych enkawudzistów chwyciło go za ramiona i gwałtownie szarpiąc zaciągnęło na podwórze jakiejś nędznej chłopskiej zagrody. Przed nim rozciągał się makabryczny widok. Aż pociemniało mu w oczach. Serce omal nie wyskoczyło z piersi. Widział leżące w błocie ciała kilkunastu polskich żołnierzy. Na ich twarzach malowało się przerażenie. Obok stał sowiecki wóz pancerny z lufą kaemu skierowaną w miejsce egzekucji. Enakwudzistów było ze trzydziestu. Aroganccy, roześmiani i spokojnie palący papierosy. Ta rzeźnia nie była dla nich pierwszyzną.

Następnie zauważył zmasakrowane ciała oficerów. Kilka z nich było pozbawionych głów. Błoto mieszało się z krwią. Nad wszystkim unosił się okropny zapach śmierci i zgnilizny. Poczuł wzbierający gniew. Wyparł on dominujący przed chwilą w jego sercu strach. Nie myślał już o tym, co może go za chwilę spotkać. Gdyby mógł, rozszarpałby Sowietów gołymi rękami a później zabrałby się za ich rodziny.

Wydał z siebie zwierzęcy okrzyk. Zaczął gwałtownie wyrywać się konwojentom. W odpowiedzi zadano mu silny cios kolbą w plecy. Upadł na kolana. Enkawudziści zawlekli go przez błoto i kałużę posoki pod zakrwawiony pieniek nie szczędząc mu przy tym kopniaków. Spojrzał w górę. Widział ubranego w skórzaną kurtkę czekistę z ociekającą krwią szablą w dłoni. Wyrywał im się coraz bardziej. Byli silniejsi. Zdołali przygnieść jego głowę do pieńka. Czekista podniósł szablę. Kap! Kropla krwi z ostrza spadła polskimi oficerowi na czoło. Jeszcze przed kilkoma chwilami pływała w żyłach jednego z jego kolegów. Dowbor ciężko dyszał. Tracił oddech i ludzkie uczucia.

– Ty sukinsynu!!! Nie zrobisz tego!!! – krzyknął, po czym poczuł, że traci panowanie nad swymi zmysłami. Czuł, że jest czystą nienawiścią, czystym gniewem, jakąś każącą boską siłą.

Nagle obezwładniający go enkawudziści odskoczyli, jakby złapał ich prąd. Bolszewicki kat wypuścił szablę z rąk z przerażeniem patrząc na swą niedoszłą ofiarę. Wokół przeznaczonego na egzekucję polskiego jeńca wytworzyła się jakaś dziwna złota poświata. Fala gorąca przetoczyła się przez powietrze. Czuć było wibracje. Metalowe przedmioty zaczęły iskrzyć. Snop jaskrawobiałego światła wystrzelił z miejsca, gdzie się znajdował Franciszek Dowbor, wysoko w niebo. Potężna siła przewróciła sowieckich żołdaków, rzucając niektórymi o pobliskie budynki. Bolszewik, który jeszcze niedawno chciał obciąć Dowborowi głowę poczuł ogromny ból przeszywający jego ciało. Nagle eksplodowały mu narządy wewnętrzne. Ciemnoczerwona posoka buchnęła z brzucha przesączając się przez palce, którymi trzymał się za podbrzusze.

Wkrótce ten efekt poczuło kilku innych enkawudzistów. Ich krew tryskała obficie. Tajemnicza siła łamała im ręce. Niektórzy próbowali strzelać do polskiego jeńca, jednakże karabiny odmawiały im posłuszeństwa zacinając się lub wypalając przedwcześnie. Nawet jeżeli zdołali wystrzelić, to kule miały jakąś dziwną trajektorię i godziły wyłącznie w bolszewików. Dowódca wozu pancernego próbował oddać serię z kaemu, jednakże wybuchł mu on prosto w twarz. Amunicja i paliwo w samochodzie pancernym eksplodowały, a leżące w pobliżu widły, siekiery i motyki, jak również sztachety wyrywane przez tajemniczą moc z płotu, zaczęły latać w powietrzu masakrując i tak już nieźle pokiereszowanych enkawudzistów.

Kiedy wszyscy oprawcy już byli martwi, snop światła zgasł, wszystkie przedmioty opadły z powrotem na ziemię a prawa fizyki wróciły do normy. Dowbor obudził się z dziwnego transu. Rozejrzał się z przerażeniem, jak i z satysfakcją, po pobojowisku. Zauważył, że jego rąk już nie krępują więzy. Podniósł z błota zakrwawioną szablę.

„Polska, oficerska...” – zauważył z satysfakcją. Na klindze było wygrawerowane: „Najświętsza Panienko broń mnie ode złego!”. Dostrzegł, że w przydrożnym rowie kryje się jakaś postać. To był ten czerwony milicjant., który rzucił wcześniej w niego grudą błota. Major Dowbor podszedł do niego wolnym, spokojnym krokiem...

* * *

Dr Eberhard Weber drżącymi z podniecenia palcami wykręcił numer telefonu. Poczekał chwilę na połączenie.

– Hallo, tu Otto! – usłyszał w słuchawce.

– 100 000 Rahnów, rejon Lemberga, południowo-wschodnia Polska...

– To niemożliwe! To fizycznie niemożliwe! – wykrzyknął jego rozmówca, po czym rzucił słuchawką.

* * *

Większość mieszkańców wioski uznała, że Franciszek Dowbor to „święty mąż”, który przyszedł ich ukarać za grzech bolszewizmu. Inni uważali, że to demon – polski demon. Ci z kolei, którzy uznawali religię za opium dla mas, nie potrafili wytłumaczyć całej sytuacji, jednakże rozumieli, że lepiej się mu nie narażać.

Dowbor wiedział tyle samo co oni o tajemniczej sile, która niedawno mu się objawiła w całej krasie. Nurtowała go ta zagadka, jednakże nie mógł znaleźć żadnego racjonalnego jej wytłumaczenia. Miał zresztą kilka innych problemów do rozwiązania. Siedział na ławie przed jedną z miejscowych chałup i zagryzał dobrą wiejską kiełbasę. Miał już na sobie cywilne ubranie. Niedaleko od niego leżały zwłoki pechowego milicjanta z gardłem poderżniętym od ucha do ucha. Mieszkańcy feralnej wioski spełniali teraz każdy jego rozkaz. Kazał im pogrzebać zmarłych niezależnie od tego, jaki mundur przyszło im nosić. Poinformował wszystkich, że wyrusza w dalszą drogę, ale wróci jeżeli zabiją jakiegokolwiek obywatela Rzeczpospolitej – chyba, że kolaboranta. Teraz nie będzie nikogo karał. Sowiecka okupacja i tak okaże się dla mieszkańców tej wioski karą najcięższą.

Połknął ostatni kawałek kiełbasy. Spojrzał na utłuszczone palce. „Przydałoby się więcej chleba” – pomyślał. „Jakiż paradoks. Omal mi dzisiaj głowy nie ucięli a ja się martwię brudnymi palcami.” Zaczął się zastanawiać gdzie się udać. „Na Węgry czy też do Warszawy? Byle najdalej od bolszewików!”

* * *

Warszawa, ul. Sandomierska 18, koniec października 1939

Konspiracyjny lokal był typowym mieszkaniem warszawskiego, sanacyjnego inteligenta. Pięknie wymodelowane meble z dobrej jakości ciemnobrązowego drewna, wiszące na ścianach ryciny Grottgera i uginające się pod ciężarem książek półki sekretarzyka. Dowbor z zaciekawieniem przyglądał się kolekcji dzieł Ferdynanda Goetla, gdy do pokoju wszedł pewnym krokiem inżynier Witkowski. Uśmiechając się przywitał swojego gościa:

– Miło cię znowu widzieć Franek.

– To samo mogę również powiedzieć o tobie Stefan– odparł major Dowbor – Co teraz robisz międzynarodowy wichrzycielu?

– Nie jestem międzynarodowym wichrzycielem tylko szalonym naukowcem, który próbuje wymyślić darmową energię – na ustach Witkowskiego pojawił się wiele mówiący uśmieszek. Wskazał gestem znajomemu, by usiadł na stylowym krześle. Gdy Dowbor już się usadził stwierdził złośliwie:

– Ostatnim razem jedno z twoich urządzeń omal nie eksplodowało Mościckiemu w twarz.

– Dlatego zaprezentuje je Hitlerowi – Witkowski wyraźnie nie tracił humoru.

– A skąd wytrzasnąłeś taką głupią nazwę jak „Muszkieterowie”? – spytał zmieniając temat Franek.

– We wrześniu daliśmy się nieźle we znaki Szwabom i Bolszewikom. Rozwalaliśmy mosty za linią frontu, niszczyliśmy pojedyncze czołgi, zabijaliśmy oficerów. Mieliśmy na wyposażeniu karabiny przeciwpancerne Ur – a mają one niezłe lufy. Więc pod Kockiem Kleeberg przypatrzył się nam targającym te giwery i wymyślił przezwisko „Muszkieterowie”. Przyjęło się.

– Fajnie. Teraz też coś wysadzacie?

– Nie, ale budujemy siatkę. Mamy ludzi od Gibraltaru po Ural – słowa te wyglądały na przechwałki, lecz Witkowski, człowiek nie skory do przesady, wypowiedział je z zadziwiająco naturalną lekkością.

– Czy to jest jakoś powiązane z nowym rządem w Paryżu? – zainteresował się Dowbor.

– Nie do końca. Formalnie im podlegamy, ale nie chcę by ci dyletanci się do nas mieszali. Nawiążemy niedługo kontakt ze Śmigłym-Rydzem, a Sikorski chciałby widzieć Rydza martwego...

– Nie tylko Rydza. Chciałby widzieć martwą naszą niezależność.

– Co masz na myśli? – inżynier wyczuł, że Franek posiada na ten temat informacje z pierwszej ręki.

– To zły premier. Znaleźliśmy dokumenty na to, że jest francuskim agentem. Jednakże z przyczyn politycznych zabroniono nam robić mu proces tuż przed wybuchem wojny.

– Sikorski i jego ludzie robią wiele złych rzeczy. Dorwali się do władzy tylko dzięki katastrofie państwa i zdradzie. Tępią ostro wszelkich piłsudczyków, trzymają się Francji i łypią okiem na Związek Sowiecki. Gdybyś dostał się do Francji wsadziliby cię do obozu... – twarz Witkowskiego przybrała wyraz zamyślenia. Po chwili wyszedł z transu i z uśmiechem na ustach spytał: – A tak właściwie, to co ty do cholery robiłeś w kawalerii?! Przecież jesteś z kontrwywiadu?!

– Wiem, wiem. Miałem misję na północy kraju. Zastał mnie 1 IX i musiałem się ewakuować. A że ewakuowałem się razem z brygadą Andersa... I po drodze wciągnąłem się i załatwiałem tych durnych Szwabów.

– Teraz będziesz robił coś o wiele bardziej konstruktywnego... Pojedziesz do Berlina. Damy ci papiery na nazwisko Danyło Diomko.

– Będę Ukraińcem?

– Jeżeli Niemcy będą chciały ruszyć przeciwko Sowietom, uaktywnią Ukraińców. Wkręcisz się w ich środowisko. Pomoże ci paru naszych agentów. Nie będziesz miał problemu – znasz ich środowisko jak własną kieszeń. Mówisz nawet z ruskim akcentem. No chyba, że klniesz, wtedy brzmisz jak prawdziwy warszawiak...

Dowbor uśmiechnął się na wspomnienie swego akcentu. Pierwsze 18 lat życia spędził na Syberii, wiele kolejnych na polskich kresach. Dopiero na początku lat 30. wyuczył się i opanował melodię oraz akcent literackiej, warszawskiej polszczyzny. Robiąc minę żoliborskiego, postępowego inteligenta zagaił:

– Widzę, że chcesz na tej wojnie nieźle zamieszać... – instynktownie wyczuł, że jego rozmówca ma stłumione piromańskie ciągotki.

– Na tamtą się nie załapałem– odpowiedział mu z wiele mówiącym uśmieszkiem na ustach inżynier Witkowski.

* * *

Major Asurbanipal Lang siedząc na fotelu w jednym z pomieszczeń administracyjnych siedziby wywiadu oczekiwał na audiencję o wiceszefa Abwehry pułkownika Ostera. Zabijał nudę czytając dossier jednego z polskich oficerów, z którym związana była jego nieudana misja.

„Franciszek Dowbor. Urodzony w Chabarowsku w roku 1902 – dokładna data niepewna. W rodzinie kolejarzy polskiego pochodzenia. Cała rodzina ginie w trakcie rewolucji bolszewickiej. Franciszkowi Dowborowi udaje się przedostać do Polski wraz resztkami białogwardyjskiej polskiej dywizji. W Wojsku Polskim od 1920 roku – dwukrotnie odznaczony, wyróżnia się skutecznością w zwalczaniu bolszewików. W roku 1921 postawiony przed sądem wojskowym za znęcanie się nad jeńcami z Armii Czerwonej.”

„Nie dziwie mu się...” – pomyślał Lang, po czym kontynuował lekturę.

„Zrehabilitował się ofiarną służbą w Korpusie Obrony Pogranicza na Podolu. Następnie od 1925 r. w kontrwywiadzie wojskowym – z sukcesem zwalcza komunistów i ukraińskich nacjonalistów.”

Lang przerwał przeglądanie dokumentów. Spojrzał na zegarek. Następnie na wiszący na ścianie tego skromnie wyposażonego pomieszczenia propagandowy plakat sławiący Wehrmacht. Później na żelazne biurko sekretarki i toporną maszynę do pisania na nim stojącą. Następnie przeniósł wzrok na samą sekretarkę. Blondynkę o średnio ciekawych (nawet jak na Niemcy) rysach twarzy ubraną w białą bluzkę podkreślającą krągłości biustu. Zauważył, że panienka dumnie nosi na piersi małą, czerwono-biało-czarną odznakę NSDAP. Zadzwonił telefon. Sekretarka podniosła słuchawkę. Wymieniła parę zdawkowych westchnień z rozmówcą i zwróciła się do Langa:

– Jest pan oczekiwany przez pułkownika Ostera

– Wchodzę w paszczę lwa– zażartował sobie major Abwehry.

Przez obite tłumiącą dźwięk, czarną okładziną drzwi wkroczył do przestronnego i stylowo urządzonego gabinetu zwierzchnika. Pułkownik Oster przywitał się z nim – bynajmniej nie po nazistowsku, następnie kazał mu usiąść i podziękował za zasługi oddane Rzeszy na wojnie z Polską:

– Opatrzność była dla nas łaskawa zsyłając tak zdolnych oficerów jak pan.

Lang uśmiechnął się po czym nie owijając w bawełnę odrzekł:

– Mimo to uważam swoją misję za klęskę. Nie udało mi się przechwycić „Druida”.

– Oj, czemu pan przywiązuję aż tak wielką wagę do tego utopijnego projektu! Himmler trwoni na to pieniądze i czas – z miernym rezultatem. Te całe gadanie o sile Vril, wewnętrznej ziemi i innych bzdetach...

Lang spojrzał na niego pełnym wyrzutu oraz pobłażania wzrokiem i odparł:

– Muszę zaprotestować! Pasteura wyśmiewano bo mówił, że istnieją jakieś „bakterie”! Istnienie Vrila udowodnione zostało naukowo i historycznie! Dostarczono mi ostatnio film z ćwiczeń Vrilkomando-SS. Tam są rzeczy, których fizyka nie może wytłumaczyć!

– Czemu chce pan dorwać tego Polaka? – opór podwładnego zaintrygował Ostera.

– Jego potencjał przewyższa wszystko co znamy... Z naszych danych wynika, że dokonał masakry na sowieckich żołnierzach – tam właśnie zaobserwowano aberrację wielkości 100 000 Rahnów. Warto by zbadać to zjawisko. Nie możemy być w tyle za SS! – Asurbanipal w celu przeforsowania swojego stanowiska wykorzystał starą jak świat psychologiczną sztuczkę. Argument o możliwości pokonania Abwehry przez SS na jakimkolwiek gruncie podziałał na Ostera, jednakże chciał się on jeszcze upewnić:

– Czemu wam tak zależy na grzebaniu w starych legendach?

– Te legendy dają się przetworzyć na całkiem realną technologię wojskową. Dowiodły już tego projekty „Chronos” i „Laternentrager”. Ta wojna dla Rzeszy będzie o wiele trudniejsza niż poprzednia. Nie jesteśmy do niej dostatecznie przygotowani. W Polsce omal nam nie zabrakło paliwa i bomb. Panzery I i II są bezużyteczne. Ich pancerz można kroić jak masło a siła ognia jest beznadziejna – a to większość naszych czołgów. Wojna z Anglią długo potrwa, bo Stany Zjednoczone tylko czekają na okazję by się do niej włączyć. Poprzez zniszczenie Polski stworzyliśmy sobie długą granicę z ZSRR – widziałem Sowietów, oni prędzej czy później na nas uderzą. Jeżeli Rzesza nie będzie stosować niekonwencjonalnych środków – zostaniemy pokonani przez koalicję Sowietów i kapitalistów.

* * *

Asurbanipal Lang nie uważał tego spotkania za pełen sukces. Środki, które zdołał wyżebrać były mizerne. Ważne wszak, że jego sekcji dano jakąś autonomię... Przechadzał się tak po Wilhelmstrasse bijąc się myślami, gdy usłyszał dźwięk samochodowego klaksonu. Spojrzał w stronę jezdni i zobaczył lśniącego w słońcu Opla Kapitaen z chorągiewkami ze swastyką i runami SS na masce. Tak luksusową maszyną mógł podróżować jedynie znaczący dygnitarz. Auto zatrzymało się przy krawężniku. W tylnych drzwiach powoli opuszczała się przyciemniana szyba. Asurbanipal dostrzegł pasażera – był nim jego brat Nauchudonozor Lang, generał SS.

– Podwieźć cię!? – zapytał go uchylając drzwi luksusowego Opla.

– Nie musisz.

– Gdybyś poszedł po rozum do głowy wstąpiłbyś do SS i sam jeździłbyś takim autkiem.

Asurbanipal zobaczył w oczach brata cwaniacki błysk typowy dla wielu nuworyszy z narodowosocjalistycznej elity. Złośliwie odparł:

– SS jest dla mnie zbyt pedalskie.

– Żałuj więc, że nie byłeś w SA – zaśmiali się obaj z tego dowcipu. Nabuchudonozor przeszedł do sedna sprawy:

– Mam dla ciebie propozycję. Dzisiaj spotkałem się z senatorem Hiramem Darskunem. Mówię ci, to niesamowicie łebski facet – dziwne jak na Amerykanina. Jego syn Gideon może kiedyś zostanie prezydentem...

– Do rzeczy bracie...

– Wsiadaj to ci opowiem. Chcę rozwiązać twoje problemy. Znalazłem właśnie nieograniczony dostęp do wielkiej kasy...

Major Abwehry rozejrzał się ostrożnie, po czym wsiadł do Opla. Przyciemniana szyba zasunęła się z powrotem.

* * *

Berlin, X 1940

Frank Dowbor pod osłoną wieczornych ciemności spowijających stolicę Rzeszy przyjmował w małym zapuszczonym mieszkanku, będącym lokalem kontaktowym, oficera ze sztabu generalnego. Oficer ten komunizował i myślał że Danyło Diomko, czyli Franciszek Dowbor, to agent NKWD. Siedział w starym w fotelu stojącym pod ścianą pokrytą na wpół zdartą tapetą i przy słabym świetle lampy stołowej, spowiadał się polskiemu agentowi ze wszystkiego co miał okazję usłyszeć:

– Mówi się, że rezultaty rozmów z Sowietami są niezadowalające. Oficerowie sztabu generalnego poważnie zaniepokojeni są wojną z Finlandią i zajęciem Besarabii. Zagrożeniem pól naftowych w Ploesti motywują wkroczenie do Rumunii. Mówi się, że będziemy musieli przygotować plan ataku przeciwko Krajowi Rad. Nie chcę tego... Tyle nas przecież łączy...

Nagle rozległo się donośne pukanie do drzwi.

– Otwierać! Wiemy, że tam jesteście! – ktoś wrzeszczał na korytarzu.

– Mein Gott! Już nas mają!!! – przerażony niemiecki oficer zerwał się z fotela.

– Siedź tam komuszy skurwysynu!!! – krzyknął po polsku Dowbor i odepchnął swe osobowe źródło informacji z powrotem na miejsce. Odsunął szufladę biurka. Wyjął z niej z niej Lugera i będący na uzbrojeniu Wehrmachtu granat trzonkowy wz 24.

– Oni mnie zabiją!!! – podbiegł do niego komunizujący oficer.

Trzask! Dowbor zdzielił go pistoletem po twarzy. Niemiec zatoczył się dotykając palcami krwawiącej rany i upadł na dywan.

– Na to właśnie zasługujesz czerwony sukinsynu! – rzucił mu na odchodnym polski oficer.

Zaczaił się na wroga przy wejściu do przedpokoju.

Bang! Brzdęk! Napastnicy zdołali sforsować zamki. Do pomieszczenia wkroczył dostojnym krokiem wysoki drab w czarnym mundurze SS oznajmiając przy tym:

– Herr Dowbor, proszę się nie obawiać! Nie jesteśmy z Gestapo!

„Jacy ci Niemcy niekonsekwentni. Najpierw rozwala drzwi, później mówi, żebym się nie obawiał”– ironicznie zauważył Dowbor.

Stuk! Rzucony przez Franka granat upadał na dywan w przedpokoju. Polski agent odskoczył w stronę okna. W oczach wysokiego esesmana pojawiło się przerażenie. W kilka sekund złapał jednego ze swoich kolegów i zasłonił się nim. Bum! Potężna siła omal nie rozsadziła mu bębenków w uszach i rzuciła nim w stronę korytarza. Powietrze przepełnił biały, gryzący w płuca pył. Oficer SS powoli podnosił się z podłogi. Palce oblepiała mu krwista maź. To były szczątki jego towarzysza.

Podczas gdy wysoki esesman dochodził do siebie, Dowbor wyskoczył przez okno z drugiego piętra na płócienne zadaszenie straganu. Spadając na ulicę trochę się obił.

– Halt! – krzyczał z okna jeden z esesmanów oddając przy tym niecelne strzały. Dowbor niewiele myśląc, co sił w nogach (obolałych po uderzeniu o berliński bruk) pognał ulicą. Nagle zaczął go gonić samochód – nie miał szans z autem jadącym na pełnym gazie. Potknął się i upadł. Widział szybko zbliżające się światła Mercedesa. Poczuł przypływ tej samej siły, która dała mu sobie znać tamtego pamiętnego dnia na Kresach... Powietrze przeszył podmuch eksplozji. Mercedes płonął i miał wyraźnie wgniecioną maskę. Dowbor leżał nieprzytomny wewnątrz krateru znajdującego się pośrodku jezdni.

* * *

Obudził się czując ból głowy. Miał jednakże wrażenie, że leży na poduszce... Po chwili uznał, że to nie była poduszka. Otworzył oczy. Zobaczył w mroku jakiś dziwny kształt nad sobą. Gdy uzyskał ostrość widzenia, odkrył, że to bardzo ładna kobieta. W jego typie. Ruda, z miłymi rysami twarzy, eleganckim biustem, gustownie ubrana. Uśmiechała się do niego. W jej oczach widział coś trudnego do opisania – jak później wielokrotnie zauważy, był w nich jakiś dziwny ogień przechodzący od ciepłego płomyka po elektryczne iskry. Nie to się spodziewał zobaczyć. Zdezorientowany odezwał się:

– Jesteś aniołem? – powiedział to po polsku, dziewczyna zareagowała na jego słowa, ale sądząc po jej minie nie zrozumiała o co mu chodzi. „Anioły znają polski. Nie jestem więc w Niebie” – ironiczna myśl odezwała się w głowie Dowbora. Odezwał się więc po niemiecku: – Spytałem się, czy jesteś aniołem.

Uśmiechnęła się do niego, po czym odpowiedziała:

– Niestety nie, ale bardzo się staram. Nieźle cię pokiereszowali – powiedziała to z wyraźnie nie niemieckim akcentem.

Rozejrzał się wokół siebie. Był w lochu! Najprawdziwszym lochu! Cela była dosyć przestronna. Jej mury zbudowane były z kamienia wskazującego na „stare budownictwo”. Nie miała okien. Jedynym wyjściem były okute stalą drzwi z wizjerem i małym otworem, przez który strażnik mógł podawać jedzenie. W kącie, obok pobrudzonej rdzawymi zaciekami umywalki stał porcelanowy klozet. Ściany pomieszczenia ozdobione były jakimiś dziwnymi symbolami – jakby namalowanymi krwią.

– Jesteśmy w więzieniu?! – zapytał nowo poznaną towarzyszkę.

– W więzieniu zrobionym tylko dla nas...

– Od kiedy to więzienia są koedukacyjne?

– Wiem tyle co ty... – odparła mu tajemnicza kobieta. Jej akcent nie dawał mu spokoju. – Nie jesteś Niemką. Mówisz jak Fryzyjka albo Holenderka...

– Jestem Afrykanerką.

– Możemy przejść na angielski? Niemieckiego nie lubię ze względów ideologicznych – zaproponował.

– Of course – odrzekła mu Afrykanerka – Ty też nie jesteś Niemcem. Mówiłeś chyba coś po rosyjsku...

– Po polsku. Jestem Polakiem. Oficerem zbiegłym z Oflagu.

– A ja jestem Rika Arenstaed. Prosta dziewczyna wmieszana w wielką politykę...

– Przepraszam że się nie przedstawiłem. Mam na imię Franciszek...

– Frantisek?– wymówiła ze śmiesznym akcentem jego imię.

– Frank. Tak chyba będzie po waszemu... – skorygował ją.

– Bardzo mi miło – odpowiedziała znacząco się uśmiechając.

* * *

Jeśli spotykasz miłą osobę obcej płci w nieprzyjaznym ci otoczeniu, w niedoli, to istnieje duże prawdopodobieństwo tego, że do niej coś poczujesz. Frank i Rika rozmawiali ze sobą godzinami, żartowali, droczyli się i dodawali wzajemnie otuchy. Przez kilka dni siedzieli razem w jednej celi 24 godziny na dobę. Od czasu do czasu strażnik dostarczał im jakieś kiepsko przyrządzone, choć bynajmniej nie więzienne jedzenie. Nikt ich nie niepokoił, lecz niewykluczone, że zostali poddani bacznej obserwacji. Loch nie był ogrzewany, przychodziły pierwsze przymrozki, w nocy w celi było zimno, musieli więc się do siebie przytulać we śnie. Ale do niczego więcej nie doszło...

* * *

Pewnego razu Frank zaczął analizować symbole, którymi była pokryta ściana.

– Dużo tu swastyk...

– Przecież to ich symbol państwowy... – stwierdziła ze znudzeniem w głosie Rika

– Tak, ale nie tylko... To starożytny symbol, odkryto go na murach Troi, szeroko stosowano i stosuje się w Indiach... Obok są jakieś napisy... Nie znam tego alfabetu...

– Podobny do sanskrytu, ale to nie sanskryt... – Afrykanerka starała przypomnieć sobie jak wyglądały symbole, które Hindusi malowali na swoich świątyniach w Pretorii.

– Zastanawiałaś się, dlaczego nikt do tej celi nie wchodzi? Nawet strażnik szybko odsuwa ten fragment drzwi, zostawia jedzenie i szybko się zmywa?

– Były tylko dwa przypadki, gdy ktoś wszedł tutaj z Niemców. Raz gdy mnie tu umieścili, potem gdy wrzucili ciebie... Zawsze był z nimi taki dziwny człowiek, który chodził z wahadełkiem i mówił coś w jakimś dziwnym języku. W dawnych czasach uznano by go za czarownika...

– Ta cela nie ma nas więzić... Ona ma chronić ich przed nami... Te symbole to rodzaj „magicznej zapory” – wyraził głośno myśl, która nie dawała mu już od jakiegoś czasu spokoju.

– Tylko przed czym... – Rika znała już odpowiedź, ale chciała się upewnić.

– Czy kiedykolwiek przydarzyło ci się coś czego nie można było wytłumaczyć prawami fizyki, np. w sytuacji skrajnego niebezpieczeństwa pojawiła się jakaś siła, która cię uratowała przed pewną śmiercią?

– Kiedy miałam 6 lat zaatakowali mnie bandyci z plemienia Khosa. Chcieli mi zrobić coś złego... Nagle pojawiło się dziwne światło, ziemia zaczęła wibrować i zginęli... Później ta siła wracała... – wyznawała mu starannie i powoli dobierając słowa Afrykanerka

– Mi się to przydarzyło z sowieckimi żołnierzami... – odparł polski oficer.

* * *

Dr. Eberhard Weber rozejrzał się po celi. Stary zbok zauważył z satysfakcją: „Śpią razem. To dobrze. Ale robią strasznie małe postępy.” Zbliżył się do śpiącej pary. Z daleka śmierdzieli. Wszak od ładnych paru dni nie mieli jak się umyć. Twarz Polaka pokryta była „frontowym” zarostem. Przyjrzał się im uważniej. Spali tak spokojnie. Mimo wszystko wyglądali trochę jak kochankowie z jakiejś romantycznej powieści. „Jaki piękny obrazek...” Rozmarzył się... Niewiele myśląc złapał śpiącego Franka Dowbora za rękę i przesunął mu dłoń na pośladki Riki Arenstaed. „Tak lepiej!” – pomyślał z satysfakcją. Dowbor przebudził się mamrocząc:

– Zabiję cię gnojku...

Po chwili poczuł jednak, że ma pod ręką coś miękkiego i odruchowo zacisnął dłoń, co spowodowało, że zerwał się ze snu zaczerwieniony i zakłopotany.

– Kim jesteś... – patrzył wściekłym wzrokiem na doktora Webera.

– Spokojnie, bo obudzisz damę... – uciszył go nocny przybysz.

Rika zbudziła się szepcząc:

– Idę się wykąpać...

– Świetnie! Idę z tobą! – odparł Eberhard.

– Kim ty do cholery jesteś!? – odrzekła mu okraszając tę wypowiedź dodatkowo bluzgami w afrikaans. Szykowała się już, by mu przyłożyć.

– Waszym przyjacielem. I jeśli chcecie to przeżyć, to zamknijcie się – odpowiedział rzeczowo Weber. Frank i Rika uspokoili się a tajemniczy przybysz kontynuował przemowę: – Jutro przyjeżdża tutaj wielka szycha, która chce się z wami spotkać... – udzielając im wyjaśnień wyjął brzytwę. – Majorze Dowbor wyciągnie pan to znienacka i weźmie go na zakładnika. Panna Arenstaed zabierze mu w tym czasie pistolet i załatwi strażnika, co zapewni wam pistolet maszynowy. Z tym zakładnikiem możecie jechać nawet do Szwajcarii, ale zabierzcie go tylko do samochodu, który będzie na was oczekiwał...

* * *

Następnego dnia do celi wkroczył zapowiedziany gość – bardzo „nie aryjsko” wyglądający esesman wielkiej rangi. Towarzyszył mu łysy człowiek z wielkim złotym monoklem, srebrnym pentagramem na szyi i wahadełkiem w ręku. Oficer SS spytał go:

– Czy jest tu bezpiecznie?

– Tak, neutralizuję całą siłę Vril! Ohmmmmm...... – odparł mu „mag”.

– To świetnie... –odrzekł esesman leciutko zaśmiewając się przy tym. Po chwili zagadał do Dowbora: – Zawsze chciałem się z panem spotkać, panie Dowbor. No i oczywiście z panią, panno Arenstaed.

– Dziękuję... Z kim mamy przyjemność?– spytał Frank uważnie lustrując przybysza i towarzyszącego mu maga.

– Moje nazwisko powinno być panu znane. Nazywam się Rahn. Otto Rahn. Oficjalnie nie żyję od jakiegoś roku, ale dla pana zrobiłem wyjątek...

– Napisał pan przed wojną dwie książki. Obie o św. Graalu, katarach... – Frank wyliczał odległość jaką miał do przebycia. Jedną rękę trzymał za plecami. Dzierżył w niej brzytwę.

– Tak, tak! Czytał pan? – zainteresował się Rahn.

– Tak, czytałem! Ciekawa fabuła a poza tym antykatolickie bzdury... – odpowiedział mu bez żenady Polak-katolik.

– Wy Polacy macie nieźle porąbane w głowach przez Kościół Katolicki – tego żydowskiego bękarta! Przy mnie pan się nauczy, że klechy prawią kłamstwa a cała historia Ziemi wymaga napisania od nowa... – twarz oficera SS na chwilę zrobiła się blada z oburzenia. Po chwili jednak się uspokoił. Wszak nie po raz pierwszy miał do czynienia z „profanami”.

– O czym pan konkretnie mówi? – spytała Rika siląc się na uśmiech. Dowbor powoli przybliżał się do swego celu.

– Jestem szefem programu badań nad Vril, wielką nieposkromioną siłą, która wielokrotnie objawiała się w waszym życiu! Dowiecie się u mnie o wspaniałej cywilizacji Shangri-La...

– Pozdrów Ernsta Roehma! – przerwał mu Frank.

– Słucham?! – Rahn stracił wątek.

Ciach! Dowbor ciął go brzytwą po twarzy. Okultysta zawył z bólu i zatoczył się trzymając się za ranę. Polak szybko obezwładnił rannego nazistowskiego mistyka i przyłożył mu ostrze do szyi. Rika w tym czasie wyjęła Rahnowi pistolet z kabury. Bang! Nawet nie celując strzeliła wbiegającemu akurat do celi strażnikowi prosto między oczy. Frank zdołał zauważyć w jej oczach dziki ogień. Poczuł, że zabicie człowieka sprawiło jej przyjemność. Profesjonalizm z jakim to zrobiła wskazywał, że nie był to jej pierwszy raz.

– Powstrzymuję siłę Vril, powstrzymuję siłę Vril... – mamrotał szarlatan z wahadełkiem powoli cofając się ku wyjściu z celi.

– Powstrzymaj to... – Rika zamierzyła się do strzału.

– Daj spokój... – Frank złapał ją za rękę.

– Dobrze... – odparła mu z wyraźnym wahaniem. Wzięła do rąk esesmańskiego schmeissera. Przybiegli inni strażnicy i zaczęli nawet strzelać, ale panna Arenstaed miała przewagę ogniową i szybko sobie z nimi poradziła.

– Niech żaden sukinsyn nie waży się otworzyć ognia!!!– wydzierał się Rahn.

Podwładni usłuchali jego rad. Frank i Rika zdołali wyprowadzić zakładnika na zewnątrz. Okazało się, że byli więzieni w piwnicy stylowego pruskiego dworku. Zaszli na jego podwórze. Niemcy tym razem okazali się wyjątkowo niezorganizowanym narodem. Uzbrojeni w broń maszynową esesmani bezradnie przyglądali się całemu zamieszaniu. Rahn wydzierał się cały czas, by nie ważyli się strzelać. Frank, Rika i ich zakładnik kierowali się w stronę bramy. Nagle Dowbor zauważył tego samego esesmana, który jakiś czas wcześniej próbował go aresztować.

– Herr Dowbor, niech pan się nie wygłupia! Marnuję pan wielką szansę! – przemawiał do niego oficer w czarnym mundurze.

– Milcz głupi sukinsynu!– odkrzyknął mu Polak.

W tej samej chwili pod bramę z piskiem opon zajechał samochód z przyciemnianymi szybami. Wysiadł z niego postawny blondyn, na którego widok Rika znieruchomiała.

– Braciszku... – wyszeptała w swym rodzimym języku.

– Tak, tak jestem, pakujcie się do środka – odpowiedział jej.

– Mamy się bać czy cieszyć? – spytał zdezorientowany Frank.

– To mój brat! Jesteśmy uratowani! – odparła mu panna Arenstaed.

Brat Riki bezceremonialnie ogłuszył Rahna swoimi pięściami i wrzucił na podłogę samochodu. Następnie wykonał rękami kilka dziwnych ruchów mamrocząc przy tym jakąś formułkę, co sprawiło, że uformował przed sobą wielką kulę energii, która następnie rozpędziła się, skierowała w stronę niemieckich pozycji i eksplodowała siejąc śmierć i zniszczenie. Frank i Rika usadowili się w samochodzie, który szybko odjechał z pola bitwy.

– Co to za człowiek? – rosły Afrykaner pytał się siostry.

– To dobry człowiek... – odpowiedziała mu.

– Nic ci nie zrobił?

– Nie nic mi nie zrobił! Rutger, na Boga, przecież jestem już dorosła i mam prawo... – jej spojrzenie wyrażało oburzenie i irytację.

– Spokojnie, widać że to dobry człowiek, ale chcę się upewnić... – uspokajał ją brat, po czym wyciągnął rękę do Dowbora w geście powitania:

– Rutger Arenstaed.

– Franciszek Dowbor – wymienili uściski.

Po jakiś 15 minutach jazdy wyrzucili wciąż nieprzytomnego Rahna na zewnątrz. Frank nie mógł się jeszcze pogodzić z nierealnością ostatnich zdarzeń, gdy usłyszał jak kierowca samochodu zwraca się do niego po polsku z lekkim niemieckim akcentem:

– Witam pana majorze Dowbor! Zawsze chciałem pana bliżej poznać.

– Czy my się znamy?– spytał Frank.

– Pan mnie zapewne nie pamięta... Spotkaliśmy się wcześniej bardzo przelotnie... Jestem mjr Asurbanipal Lang.

– Skąd zna pan polski?

– Pochodzę ze Schneidemuehl. Po waszemu Piła.

– Dlaczego pan myśli, że wam pomogę? – dopytywał się Dowbor.

– Bo jest pan już w to za bardzo uwikłany. I to na różne sposoby – odparł z cwaniackim uśmieszkiem niemiecki oficer – Poza tym chce pan poznać tajemnicę, która nie daje panu spokoju od pamiętnego dnia na Kresach.

– Co o tym wiesz?! – zainteresował się Frank.

– Niedługo się dowiesz

– Gdzie jedziemy? – zmieniła temat Rika.

– Na lotnisko. A później do sojuszniczych Włoch, później może do Turcji, a potem może do Iraku, Ameryki Południowej, Chin, Egiptu, Tybetu... – wyjaśniał Lang.

* * *

Otto Rahn poddawany był właśnie zabiegom ambulatoryjnym. Zdenerwowany koniecznością wdychania przepełnionego sterylnym zapachem powietrza z gabinetu lekarskiego, przyglądał się w lustrze jak zakładano mu jałowy opatrunek. Smutno skonstatował, że blizna, którą zostawił mu Dowbor zostanie na jego twarzy.

– Cholerny Polaczek! – syczał ze złości nazistowski mistyk.

– Radziłbym okazywać wrogom większy szacunek– zauważył esesman, który wcześniej próbował aresztować Dowbora.

– Herr Kessler, proszę nie chrzanić mi tutaj o szacunku! Doskonale wiem, co pan czuję wobec tego Polaka.

– Oj, to niesamowity sukinsyn... Chciałbym mieć takich u siebie.

– Jak na razie to jest pan winny rażących zaniedbań w obszarze bezpieczeństwa...

– Pan jest współodpowiedzialny. Przyjął pan tego szarlatana... – odrzekł Kessler, po czym po chwili zastanowienia dopowiedział: – A właśnie... Coś miałem zrobić...

Wyszedł z pomieszczenia. Na korytarzu czekał na niego wspomniany wcześniej szarlatan.

Oficer SS wyciągnął z kabury pistolet. Bang! Krew z głowy „maga” opryskała białe ściany korytarza. Herman Kessler uśmiechnął się i wycedził:

– Przeznaczeniem słabych jest ustąpić miejsca silniejszym.