Unhinged - Steph Macca - ebook
NOWOŚĆ

Unhinged ebook

Steph Macca

4,0

118 osób interesuje się tą książką

Opis

Witajcie w Lilydale Foundation Center – miejscu drugich szans.

A przynajmniej tak się nam tutaj wmawia, chociaż tak naprawdę znajdujemy się w szpitalu psychiatrycznym, który jest więzieniem.

 

Kiedy policja wyciągnęła mnie z płonącego rodzinnego domu, wraz ze zwłokami ojca, uznano, że się załamałam chociaż przecież to ja wznieciłam ten pożar.

 

A więc teraz mieszkam w moim nowym „domu”. Tu myślą, że dzięki tej luksusowej placówce uda się im nas uratować. Ale jaki szaleniec w ogóle zdecydował, że dobrym pomysłem okaże się zamknięcie całej gromady młodych, szurniętych ludzi w jednym miejscu? To jak proszenie się o kłopoty.

 

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 279

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (4 oceny)
2
1
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Piramida40

Dobrze spędzony czas

Polecam.
00
Agata-Akasha

Nie oderwiesz się od lektury

Knock, knock! Dark czytelniczki to jest początek gorącej przygody w Lilydale Fundation Center! Why choose? Zakład psychiatryczny, skorumpowani opiekunowie, tajemnicze ututanie, on zrobi dla niej wszystko, KOSTNICA, bo najgorsze dopiero nadchodzi!
00



Tytuł oryginału: Unhinged

Copyright © Steph Macca 2024

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka

Korekta: Joanna Błakita, Martyna Góralewska, Dominika Kalisz-Sosnowska

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Projekt okładki: Jaqueline Kropmanns

ISBN 978-83-8418-933-7 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Ostrzeżenie

• Choroby psychiczne (w tym cPTSD, PTSD, BPD, schizofrenia, problemy z panowaniem nad gniewem, OCD, depresja, lęk, myśli samobójcze, choroba dwubiegunowa),

• morderstwo,

• samobójstwo,

• śmierć rodzica,

• śmierć przyjaciela,

• uzależnienie od narkotyków,

• przemoc,

• wulgarny język,

• napaść na tle seksualnym,

• usuwanie części ciała,

• tatuowanie,

• igły,

• krew,

• penetracja przedmiotami,

• kostnica / komory chłodnicze w kostnicy,

• nieetyczne nadużycia ze strony specjalistów,

• problemy z płodnością,

• przemoc i zaniedbywanie.

Rozdział 1

Anonim

Czasami musisz się odciąć od pewnych ludzi…

I tak się czasem zdarza, że to niczym przecięcie prawdziwych arterii.

Ze wstydem i niechęcią przyznaję, że czas się nauczyć czegoś więcej o życiu, bo od kilku dobrych lat jestem już na tej ziemi. Ale przecież ono nigdy nie przebiega tak, jak powinno.

Wiem jednak, że świat nie jest czarno-biały, mimo że istnieją ignoranckie, naiwne dupki, wyznające tę zasadę. Świat ma wiele odcieni spierdolenia i ja już od długiego czasu przebywam w tonacjach szarości.

Ludzie zawsze będą wierzyć w to, co chcą. Kilku, znających pełną historię, postrzega mnie jako bohatera – męczennika upadłych.

Ale żaden ze mnie bohater. Nie udaję kogoś, kim tak naprawdę nie jestem. Do tego nie odczuwam potrzeby i nie czerpię przyjemności z szeregowania siebie.

Dużo osób widzi we mnie złoczyńcę. Mogę skwitować to tylko tym – niech tak będzie, w takim razie stanę się pieprzonym złoczyńcą.

Rozdział 2

Avery

Lilydale Foundation Center…

Z zewnątrz wygląda prawie normalnie. Nieskazitelne białe kolumny z marmuru, ładnie przycięte krzewy i winorośl, a do tego przesadna liczba róż dookoła. Naprawdę, tu wszędzie są róże. Z nazwą taką jak Lilydale mogli spożytkować te niedorzeczne sumy, które zarabiają, na posadzenie w ogrodzie pieprzonych prawdziwych lilii. Może te róże to metafora – ostre kolce, tak niebezpieczne pomimo pięknego wyglądu tych małych, pozornie niegroźnych kwiatów.

Gdyby nie wielka, metalowa, czarna brama i ogrodzenie dookoła terenu, a do tego strażnicy z bronią, można byłoby uwierzyć, że to przyjemne miejsce. Może właśnie chcą, by inni w to wierzyli. Lub przynajmniej… żebyśmy my uwierzyli.

– Avery, pięknie to wygląda. Prawda?

Spoglądam na Margaret, przydzieloną mi pracownicę opieki społecznej. Jej idealnie przystrzyżone na boba brązowe włosy sprawiają, że wydaje się starsza, niż tak naprawdę jest. Ale jestem pewna, że to wszystko maskarada. Nie podejmujesz się pracy, w której zajmujesz się spieprzonymi dzieciakami, kiedy wyglądasz na dwudziestopięciolatkę. Szczególnie że między nami jest tylko pięć lat różnicy. Margaret chce, żebyśmy uwierzyli, że nie jesteśmy aż tak popieprzeni, jak myślimy.

Lecz ona się myli. Jeśli już, jej dopasowany komplet garniturowy i droga fryzura przypominają mi o tym, jaka jest uprzywilejowana. Brawa dla niej za to, że podjęła się takiej pracy, ale jestem pewna, że sama nigdy nie zaznała problemów w swoim życiu. Pewnie dostała się na uczelnię z Ligii Bluszczowej i ani przez chwilę nie musiała się martwić o pieniądze czy jedzenie. Do cholery, jej rodzice pewnie nadal są razem i żeglują teraz jachtem gdzieś po Karaibach.

– Wygląda jak samo piekło – odpowiadam bezemocjonalnym głosem.

Margaret uśmiecha się ciepło i zachęcająco.

– To naprawdę najlepsze, co mogło ci się trafić. Jestem pewna, że ci się tu spodoba.

Prycham.

– Margie, to wysławiany przez ludzi poprawczak, a nie żadna szkoła, po której ukończeniu moja przyszłość będzie się jawić jako istny raj. Nie udawajmy, że to coś więcej, niż tak naprawdę widzimy.

– Ale dzięki temu ośrodkowi może i zyskasz przyszłość – bąka pod nosem. – Mieliśmy szczęście, że udało się nam uzyskać tu miejsca. Ta druga opcja… – nie kończy, przełyka słowa i nerwowo przestępuje z nogi na nogę.

Nie musi mówić, co miała na myśli. Wiem przecież, jaka była moja alternatywa.

Więzienie.

W końcu czy to nie tam lądujesz, kiedy kogoś zabijasz?

Nadal pamiętam głos sędziego. Mężczyzna brzmiał, jakby mnie strofował, kiedy w sądzie odczytywał mój wyrok. Ledwo co zwracałam na to uwagę – byłam zbyt oszołomiona, nie dowierzałam, że wylądowałam w takim syfie. Od chwili gdy usłyszałam „winna”, padające z ust przewodniczącego ławy sędziów, jedyne, co rejestrowałam, to buczenie w mojej głowie. Wszystko dookoła zeszło na drugi plan.

Znalazłam się tu, w tym niemal nieosiągalnym dla zwykłego śmiertelnika Lilydale Foundation Center, tylko dlatego, że pojawiło się wolne miejsce i jakiś młody prawnik chciał wykorzystać tę szansę, by zaznaczyć swoją pozycję w zawodzie, więc walczył o to, by mnie przyjęto. Tak czy siak, kogo obchodziła moja sytuacja? Już i tak stałam się problemem i nieważne, gdzie bym wylądowała, w tej kwestii nic by się nie zmieniło.

Minusem mojego przybycia tutaj jest to, że spróbują zrobić ze mnie dobrze funkcjonującego w społeczeństwie człowieka, i to przy pełnym pokryciu kosztów przez tajemniczych darczyńców. Więzienie powinno spełniać podobne zadanie – oczywiście, jeśli masz szansę je opuścić. Wydaje mi się, że jeśli jesteś mordercą, to na zawsze będziesz nosić w sobie to piętno i nieważne, jak bardzo się zmienisz, pozostaniesz znany z tego, co zrobiłeś i kim jesteś.

Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie chcą wpłacać pieniądze na taki ośrodek jak ten tutaj. Pewnie jeśli jesteś bogaczem, który może szastać pieniędzmi na prawo i lewo, nie obchodzi cię, gdzie trafiają twoje darowizny. Wizerunkowo to dla ciebie dobre posunięcie, a do tego możesz odpisać sobie tę pomoc od podatku. Idealnie.

Prawnik powiedział, że jestem szczęściarą, że w ogóle rozpatrzyli moją prośbę o przyjęcie, biorąc pod uwagę zarzuty, które mi postawiono. Nie wspominając już o tym, że podobno niezmiernie trudno zdobyć tu miejsce.

Co za szczęście.

Ale nie uważam siebie za szczęściarę. Chcą wykorzystać moją tkliwą historię dla własnych celów i podtrzymania fałszywego przekonania, że ta instytucja pomoże mi się zmienić – stanę się feniksem powstającym z popiołów cierpienia. Wystarczy wyobrazić sobie tylko nagłówki w gazetach za pięć lat, kiedy nagle się okaże, że po wszystkim, co mnie spotkało, zacznę się zachowywać jak odpowiedzialna obywatelka. Potentaci medialni będą zacierać ręce i zarabiać na mojej historii. Nikogo tak naprawdę nie interesują ludzie, my. Chodzi jedynie o wykorzystanie naszego bólu dla własnych korzyści.

Wygląda jednak na to, że zespół prawników wiązał ze mną wielkie nadzieje. Powtarzali mi w kółko, że pobyt tutaj zmieni moje życie. Dostanę drugą szansę i pewnego dnia wszystko okaże się już tylko odległym wspomnieniem. Ja za to trzymałam się tej małej nadziei, że kiedyś moje życie się skończy i spróbuję na nowo w kolejnym wcieleniu, jeśli będę miała wystarczająco dużo szczęścia i nie wyląduję w samym piekle.

– Miejmy to już za sobą – wybąkuję do Margie.

Przyglądam się temu, jak drzwi wejściowe się otwierają i w progu staje mężczyzna w garniturze. Schodzi w miarowych krokach po schodach i uśmiecha się do Margaret.

– To musi być Avery White – zwraca się do niej i ignoruje to, że stoję tuż obok.

Kobieta kładzie mi dłoń na ramieniu.

– Tak! Bardzo się cieszy, że tu przybyła.

Przewracam oczami i poruszam ramieniem, by zrzucić z siebie jej rękę. Mężczyzna przenosi uwagę na mnie. Jego powitalna mina znika, a fasada, którą tworzył, przestaje istnieć.

– Panno White, wierzę, że jest pani przygotowana na swój czas w tej placówce.

Powoli unoszę na niego wzrok i przyglądam się jego ostrej minie.

– Proszę mi powiedzieć: jak można się do tego „przygotować”?

Margaret nieruchomieje na mój ton głosu. Nerwowo zakłada sobie włosy za ucho.

– Przywiozłyśmy ze sobą wszystkie dokumenty, panie Whittingham. Na końcu akt dołączono postanowienia sądu, nakreślają one proponowany plan leczenia Avery i warunki przyjęcia do placówki.

Podaje mężczyźnie czarny folder z moim imieniem wypisanym ładnym pismem u góry okładki. Whittingham odbiera dokumenty i wciska je sobie pod pachę.

– Tak. Dziękuję za przywiezienie jej. Panno White, prosiłbym o pójście za mną. Zacznę panią oprowadzać.

Margie sięga po moją rękę, ale szybko rezygnuje.

– Powodzenia ze wszystkim, Avery. Liczę, że to ci pomoże i odnajdziesz tu to, czego potrzebujesz.

Ignoruję ją i wchodzę za tym palantem do środka. O wiele łatwiej będzie mi poradzić sobie z nim niż z Margaret i jej emocjami oraz litością. Nie obdarzam kobiety nawet jednym spojrzeniem przez ramię. Wkrótce drzwi zamykają się za mną i już jestem w środku budynku.

Wejście jest takie, jak się tego spodziewałam po wyglądzie zewnętrznym budynku. Jest tu zbyt wiele bieli, a także – nad wyraz czysto i pusto. Wszystkie drzwi do pomieszczeń są pozamykane, a pośrodku przestrzeni znajduje się biurko. Zostało ono udekorowane wieloma kwiatami.

– Avery White – zaczyna Whittingham, podając jednocześnie mój folder kobiecie za biurkiem.

Pracownica jest starsza. Ma pomarszczoną twarz. I tak jak jej współpracownik prawie w ogóle nie pokazuje po sobie emocji. Pewnie codzienne zajmowanie się wariatami skutkuje właśnie takim stanem.

Wręcza mężczyźnie kopertę, przy okazji lustrując mnie wzrokiem.

Czarne włosy mam zaplecione w dobierany warkocz. To dzięki Margaret – nalegała dzisiaj rano, że zabawi się we fryzjerkę. Muszę ją pochwalić, bo naprawdę zależy jej na klientach. Jest prawdopodobnie jedyną osobą, która się o mnie zatroszczyła. Ale za to właśnie ma płacone. Pewnego dnia ten entuzjazm zmaleje i kiedy społeczeństwo zacznie zawodzić oczekiwania kobiety, ona skupi się już tylko na kasie.

Pracownica ośrodka nadal wbija we mnie brązowe oczy. Moje szare tylko dowodzą temu, że nie mogłabym się już bardziej różnić od tych uprzywilejowanych ludzi.

– Lekarz otrzymał kopię dokumentacji medycznej i chciałby się jutro spotkać na rozmowę.

Tym razem kobieta zatrzymuje wzrok na bandażu owijającym moją lewą rękę. Już wiem, że zdążyła przeczytać całą tę dokumentację. Co za wścibska suka.

– Ale ze mnie szczęściara – odpowiadam obojętnie.

Wzdycha cicho pod nosem i zwraca spojrzenie na Whittinghama.

– W kopercie znajdują się informacje o dostępie, grafiku przydzielonych spotkań ze specjalistami oraz zajęć. Wysłałam już potwierdzenie, że otrzymaliśmy transkrypcje z liceum Lake St. Louis.

– Cudownie – odpowiada mężczyzna. Jednocześnie wskazuje mi, żebym przeszła przez drzwi po naszej lewej. – Dziękuję, Teddy.

Whittingham zamyka za mną drzwi, a ja zauważam, że każde jedno wejście wyposażone jest w panel dostępu z klawiaturą. Przyłapuje mnie na tym, że spoglądam na urządzenie, i wskazuje ruchem głowy na jedno z nich.

– Każde drzwi na terenie ośrodka mają dwustopniowy system dostępu. Aby je otworzyć, potrzeba karty pracowniczej oraz kodu.

– Niech zgadnę – zaczynam. – Mówi mi pan to w ramach ostrzeżenia, że nie powinnam próbować stąd uciec. Tak na wszelki wypadek, gdyby strażnicy z bronią jeszcze mnie nie przekonali.

Whittingham przesuwa kartą przy urządzeniu i wprowadza kod do następnego przejścia. Ukrywa klawiaturę przed moim wzrokiem, a następnie przytrzymuje mi drzwi.

– Nie byłabyś pierwsza. Co zadziwiające, nie każdego człowieka broń jest w stanie odwieść od podjęcia próby ucieczki.

– No kto by pomyślał – odpowiadam z sarkazmem. – Wszyscy jesteśmy obłąkani, prawda?

Mężczyzna idzie swobodnym krokiem obok mnie. Jego przylizane blond włosy i niebieskie oczy kontrastują z czarnym garniturem, który włożył.

– Możesz określać to tak, jak ci pasuje. Przypominam jednak, że Lilydale Foundation Center to placówka akademicka specjalizująca się w dziedzinie rehabilitacji młodych osób. Pierwsza w swoim rodzaju.

– Och – jęczę – proszę sobie darować tę gadkę. To gloryfikowane miejsce, w które wpycha się fundusze. Stworzono je po to, by niektórzy poprawili swój wizerunek. Nas nie da się ocalić i sam pan o tym wie. Ale misja miejsca pewnie wygląda dla niektórych szlachetnie i założę się, że pańska pensja robi wrażenie.

Usta mężczyzny drgają. Próbuje powstrzymać uśmiech.

– Już to wszystko słyszałem, panno White. Proszę zaufać procesowi. Zdziwi się pani, co może zdziałać Lilydale.

– W areszcie czytałam waszą broszurę. Lily Emerson-Dale zabiła się z racji choroby psychicznej, lecz podobno była świetnie się zapowiadającą, inteligentną osobą – recytuję. – Jej rodzina miała za dużo pieniędzy, więc na cześć dziewczyny stworzyła tę placówkę, by pomóc innym. Ale przecież wy tu trzymacie więźniów, i to pod płaszczykiem placówki uprzywilejowanej.

– Mieliśmy tu wiele osób w podobnej sytuacji jak ta pani. Przeszli oni proces rehabilitacji i zakończyli go z imponującym rezultatem. Duża część z nich zaczęła nowe życie i odnosi teraz sukcesy. Czy nie to chciałaby pani osiągnąć?

Śmieję się ozięble.

– Wszyscy marzymy, by być szczęśliwi i odnosić sukcesy, ale życie nie zawsze idzie zgodnie z planem. Nie da się uratować każdego. Mnie nie możecie.

Whittingham otwiera ostatnie drzwi.

– Tak czy siak, postaramy się najlepiej, jak potrafimy. To pani bursa, skrzydło Eastwood. W tej części, oczywiście, są tylko kobiety. Mężczyźni zamieszkują skrzydło Westwood.

– Oczywiście – powtarzam z sarkazmem. – Nie można ryzykować, że dziewczyny i chłopaki będą się integrować.

Whittingham ignoruje mój komentarz i mówi dalej:

– Chodzi tylko o zakwaterowanie. Wszyscy członkowie fundacji przebywają wspólnie w trakcie zajęć oraz przerwy.

– Przerwa, czyli czas wolny. Brzmi cudownie.

– Pracownicy pomogą pani z planem dnia. Rano będzie pani odbywać sesje ze specjalistami, po południu uczęszczać na kilka lekcji, a potem spędzać dowolnie dwie godziny przed kolacją. Później, zgodnie z grafikiem, jest czas na prysznic, po którym powróci pani do swojego pokoju na spoczynek.

Krzywię się na widok panelu dostępu przy drzwiach.

– Do pokoju, w którym zamyka się nas na noc. Proszę mi powiedzieć: czy macie tu plan ewakuacyjny w przypadku, gdyby wybuchł pożar? Czy po prostu zostawiacie nas pozamykanych jak w klatkach i zgarniacie kasę z odszkodowania?

– Ośrodek przestrzega wszystkich procedur i regulacji odnoszących się do sytuacji nieprzewidzianych. Kopię szczegółów znajdzie pani w książeczce w swoim pokoju. Jestem pewien, że będzie pani mieć bardzo dużo czasu, żeby się z nią zapoznać.

Przewracam oczami i wchodzę do pomieszczenia. Tak naprawdę to miejsce do złudzenia przypomina więzienie. Każdy pokój ma swój numer – mój to dwieście trzynaście – i jest ledwo co większy od celi. Od razu zauważam pojedyncze łóżko w rogu, z ramą przykręconą do ściany. W kącie naprzeciwko ustawiono biurko i krzesełko. Te także są przytwierdzone. Po mojej lewej, przy końcu łóżka, znajdują się drzwi. Whittingham je otwiera.

– Co takiego? Żadnego kodu dostępu? – żartuję sobie.

– Mamy tu toaletę oraz umywalkę. – Wskazuje na sprzęt, a potem zamyka drzwi. – Prysznice znajdują się na końcu korytarza. Pokażę pani to miejsce później.

Przesuwam spojrzeniem po białych ścianach. Robi mi się niedobrze na widok wymalowanych kwiatów.

– Proszę przeczytać wszystkie dokumenty z koperty. – Whittingham kładzie ją na biurku i odwraca się w moją stronę. – Znajdują się tam informacje, których pani potrzebuje. Obok leży książeczka z instrukcjami. Za godzinę ma pani umówione spotkanie z psychiatrą. Ktoś po panią przyjdzie i zaprowadzi na miejsce – informuje, a ja przyglądam się temu, jak zatrzymuje się w progu i dotyka dłonią framugi. – Mam nadzieję, że spodoba się pani czas spędzony z nami, panno White. Wydaje mi się, że z czasem polubi pani to miejsce.

– Mało prawdopodobne – mruczę.

– Życie jest pełne niespodzianek. Proszę być wdzięczną za to, że ktoś wystarczająco się o panią troszczył, by dać pani szansę. Większość nie dostaje takiej możliwości. Witamy w Lilydale, Avery.

Rozdział 3

Avery

– Widzę, że sędzia zlecił ewaluację psychiatryczną, którą wykonano kilka tygodni temu. Czy psychiatra omawiała z tobą te wyniki?

Mrugam powoli, wpatrując się w mężczyznę. Jego śnieżnobiałe zęby wyglądają tak nienaturalnie. Ale pal licho tę kwestię, bo chcę wiedzieć jedno – kto wkłada garnitur na spotkanie z pacjentem? Przypomina mi Margaret – jakby próbował nadmiernie rekompensować swój wiek elegantszym ubiorem. Może powinni się bzyknąć i spłodzić małe, słodkie i idealne dzieci w smokingach i z krótkimi włosami obciętymi na boba.

– Ta, omówiła – odpowiadam krótko.

Mężczyzna potakuje.

– I jak się z tym czujesz?

Przysięgam, jeśli jeszcze jedna osoba zapyta mnie, jak się mam, to oszaleję – o ile to już się nie stało.

Przesuwam spojrzenie na stojącą na biurku tabliczkę z nazwiskiem. Litery lśnią. Widać, że facet dopiero zaczyna w tym fachu – doktor Christopher Smith, psychiatra.

– Takie życie.

Zakłada jedną nogę na drugą i postukuje palcem w szczękę.

– Pojawiły się tam obszerne informacje na temat twojego dzieciństwa. W każdym razie nie dziwi, że zdiagnozowano u ciebie osobowość borderline, a także PTSD. Czy te zaburzenia doprowadziły do wydarzeń, z racji których się tu znalazłaś?

Nie odpowiadam mu. Wiem, że próbuje wykonać swoją pracę, ale pytano mnie o to już setki razy – pytali policjanci, pracownicy społeczni, interesował się prawnik. Nikt nie zna pełnej historii, i tak właśnie pozostanie.

– Jakie wydarzenia? – odbijam piłeczkę. – Śmierć mojego ojca? Mój areszt? Moje uwięzienie w tej prestiżowej placówce? – wyliczam z sarkazmem.

Lekarz w ogóle nie zwraca na to uwagi. Spogląda w dół, na dokumenty, i postukuje palcami.

– A co z twoją matką? Czy chcesz o niej porozmawiać?

Wzdycham.

– Jak często wymaga się ode mnie brania udziału w tych sesjach w trakcie mojego pobytu?

Doktor Smith uśmiecha się miło.

– Trzy razy w tygodniu, do czasu wypuszczenia.

Zakładam nogę na nogę i odchylam się na krześle.

– Cóż, w takim razie najlepiej, żebyśmy się nie spieszyli. Wygląda na to, że przed nami długa droga. Muszę się upewnić, że będziemy mieli o czym rozmawiać na kolejnych spotkaniach, ponieważ na razie nigdzie się nie wybieram.

***

– To sala, w której będziesz jadła posiłki. Godziny znajdziesz w książeczce. Jeśli nie zjesz, czekasz do kolejnego posiłku. Mamy zakaz trzymania przekąsek w pokojach.

Przymrużam oczy i patrzę na blondynkę. Wydaje się w podobnym wieku do mnie. Jest znudzona, recytuje wszystko tak idealnie, jakby robiła to już wielokrotnie.

– Czy ty tu pracujesz? – pytam oskarżycielsko.

Dziewczyna parska.

– Nie, jestem taka jak ty. Przydzielono mi tę fuchę sześć miesięcy temu. Wspieram adaptację nowo przybyłych, a przynajmniej tak to określają.

– Brzmi jak stek bzdur – mruczę.

Przygląda mi się przez chwilę niezwykłymi, zielonymi oczami, jakby próbowała mnie rozgryźć. No to życzę jej powodzenia.

– Bo tak jest – potwierdza. – Ale zyskuje się tym dobre zachowanie. Może dzięki temu wypuszczą mnie stąd w przyszłym roku.

– Jupi.

Dziewczyna przewraca oczami. Wskazuje na kolejne drzwi po drugiej stronie sali głównej.

– Tam jest biblioteka. Otwiera się w trakcie przerwy, chociaż nie potrafię sobie wyobrazić niczego gorszego niż siedzenie w tamtym miejscu. Śmierdzi tak, jakby coś tam umarło z pięć lat temu.

– Pewnie tak się stało. Wyobrażam sobie, że to ktoś z nas – komentuję.

Widzę, jak usta dziewczyny podrygują. Rozbawiłam ją.

– Jedyni ludzie, którzy tam w ogóle przesiadują, to kilka dziewczyn próbujących się uczyć, żeby zyskać bonusowe punkty, i grupa chłopaków.

– I opiekunowie pozwalają chłopakom i dziewczynom się integrować?

W jej oczach pojawia się niegrzeczny błysk. Dociera do mnie, że może nie jest tu tak poprawnie i elegancko, jak to się przedstawia osobom z zewnątrz.

– Jasne. Przynajmniej dopóki jakoś się zachowujemy. W zeszłym roku dwójka studentów została przyłapana na seksie w bibliotece. W ramach kary na cały tydzień odebrano nam wolne godziny. Jeśli ktoś nawali, wszyscy jesteśmy karani. W ten sposób trzymają nas w ryzach.

– Nic dziwnego. Wydają się mieć pretensje do całego świata…

– Vivian! Widzę, że oprowadzasz Avery.

Obie odwracamy się i widzimy Whittinghama. Stoi za nami. Wnioskując po jego niezbyt zadowolonej minie, musiał słyszeć naszą rozmowę.

– Tak – potwierdza mu Vivian. – Nie to, żebym miała jakiś wybór.

Mężczyzna ignoruje ją i podchodzi do mnie.

– Liczę, że twoje spotkanie z doktorem Smithem przebiegło w porządku.

Marszczę się na te słowa, zanim mogę się nawet powstrzymać.

– Jasne.

– Dobrze – odpowiada szybko. – Jutro rozpoczniesz zajęcia. Kontynuujcie oprowadzanie.

Obie przyglądamy się temu, jak odchodzi. Kiedy znika nam z oczu, zaczynamy się śmiać.

– Boże, zawsze jest taki wkurzający?

Vivian potakuje.

– Przyzwyczaisz się do tego. Tutaj wszystko jest czarno-białe, jak ying i yang. Pracownicy mają kije w dupach, a uczniowie… więźniowie… jakkolwiek chcesz nas nazywać, zachowują się nierozważnie. Większość ludzi ma tutaj jakiś rodzaj choroby psychicznej, stąd psychiatrzy i strażnicy na podorędziu.

– Domyśliłam się. – Podążam za dziewczyną do wnętrza sali. – Wygląda na to, że właśnie choroba psychiczna to jedyne, co uchroniło mnie przed pójściem do prawdziwego więzienia. Chociaż ława przysięgłych nadal nie była przekonana i zastanawiała się, czy to nie byłaby dla mnie lepsza opcja.

Vivian zatrzymuje się przy pustych bufetach.

– Nie jest tu tak źle. Przysługują nam pewne korzyści, których nie mielibyśmy w więzieniu. Do tego, jeśli dostaniemy pozwolenie na opuszczenie tego miejsca, nasze przestępstwa zostają utajnione. Przynajmniej tak nam mówią.

Słyszę kroki za sobą. Gdy się odwracam, widzę dziewczynę o płomiennie rudych włosach. Wpatruje się we mnie. Jest mniej więcej mojego wzrostu, metr siedemdziesiąt pięć, ma ciemnoniebieskie oczy i krągłe kształty.

– Kim jesteś? – pyta nagle.

Unoszę brew na nieprzystępność pobrzmiewającą w jej tonie. Zastanawiam się, dlaczego w ogóle ktoś może postrzegać pojawienie się nowego ucznia jako niespodziankę.

– To Avery – odpowiada za mnie Vivian. – Właśnie przyjechała. Avery, to Siobhan. Mieszka w pokoju obok mnie.

Dziewczyna się krzywi i mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu. Wydaje się jednak powoli dochodzić do wniosku, że nie jestem żadnym zagrożeniem, bo w końcu wyciąga w moją stronę dłoń. Wymieniam się z nią szybkim uściskiem. Nie chcę od razu sprawiać problemów. Zaraz zabieram rękę i opuszczam ją wzdłuż ciała.