Tylko nie Mazury - Skuza Sylwia - ebook + audiobook + książka

Tylko nie Mazury ebook i audiobook

Skuza Sylwia

4,0

Opis

 

Świetnie rozwijająca się kariera młodego policjanta zostaje niespodziewanie zastopowana przez wpływowego polityka za podjęcie interwencji przeciwko jego córce. Komisarz Gromosław Sidorowicz zostaje czasowo przeniesiony z Warszawy na mały komisariat na Mazurach. Pierwszy dzień pobytu w nowym miejscu jest jednocześnie początkiem śledztwa w sprawie zabójstwa.

 

Sidorowicz musi wyjaśnić zagadkowe morderstwo rolnika, którego ciało, z historyczną zapinką wbitą w szyję, znaleziono porzucone na bagnach. Policjant musi jak najszybciej ustalić, czy mieli z tym coś wspólnego amerykańscy żołnierze kręcący się w pobliżu miejsca morderstwa, czy też może powinien szukać zabójcy wśród licznych wrogów zabitego rolnika. Od tego momentu przeszłość stale będzie się splatać z teraźniejszością, nie tylko w wymiarze historycznym, ale także i duchowym. Duchowość jest w powieści drugim, prawie równoległym do zabójstwa, wątkiem. Oprócz spotkania z przyjacielem z dawnych lat, Sidorowicz poznaje osoby i miejsca, które nie tylko nieodwracalnie wpłyną na jego dalsze życie, ale też stanie się to w taki sposób, jakiego niekoniecznie by sobie życzył.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 311

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 53 min

Lektor: Czyta: Aleksander Bromberek

Popularność




Gdzie ty święta przeszłości macierzystej ziemi Z twojemi bohatery, z bogami twojemi. Z pieśnią dzielnych lirników, synów twego łona? Przeminęłaś na świecie, jakby snem prześniona. (…) Któż zdoła wypowiedzieć los całej krainy? Kto wyssać świętą prawdę z podaniowych baśni, Kto w literze zamknięte życie nam objaśni? Kto mrok zapadłych czasów odświetli choć trocha? Chyba serce pobożne co praojców kocha.

Prolog

– O żesz kurr… – Przekleństwo zamarło mu na ustach. Nie śmiał go dokończyć, bo przez korytarz sunęła posuwiście Nasza Jola. Nasz Jola była szefową kancelarii tajnej od bez mała trzydziestu lat. Kiedyś piękna i smukła jak italski cyprys uwodziła każdego. I każdy uwodził ją. Jednak lata mijały, a Nasza Jola wraz z ich upływem przybierała na wadze, co wpłynęło znacznie na niekorzyść ilości wysoko postawionych kochanków. Jednak wygląd wyglądem, a kompetencje i wiedza zawodowa pozostawały bezdyskusyjne.

Nasza Jola mogła bardzo pomóc, ale mogła i zaszkodzić. Dlatego siarczyste przekleństwo cofnął do gardła i przeczekał, aż sto dwadzieścia kilogramów żywej wagi płynnie przesunie się przez długi hol budynku. Niestety, wiadomość o przeniesieniu dopadła go właśnie tutaj, nie gdzie indziej. Przez ułamek sekundy miał jeszcze ochotę walnąć głową w ścianę, ale się powstrzymał. Z drugiej strony, wciąż go korciło, aby przywalić samemu sobie. Co go podkusiło, żeby interweniować?! Nie był na służbie, nie musiał, jednak nie mógł znieść, że mundurowi boją się zgarnąć agresywną szczeniarę, córkę prominentnego polityka. Żeby tylko szarpała za krzesła i wywracała stoliki! Kiedy rzuciła się z rozbitą butelką na Bogu ducha winną koleżankę, która próbowała ją uspokoić – nie wytrzymał. Pijana i otumaniona prochami nastolatka znieruchomiała po tym, jak fachowo, ale i boleśnie, wykręcił jej obie ręce. Nie mógł tylko powstrzymać bluzgów, jakie wydobywały się z jej umazanych szminką i własną treścią żołądkową ust. Przez chwilę nawet słuchał z pewnym zainteresowaniem dość urozmaiconego ciągu wyzwisk, ale kiedy zaczęła obiecywać, co tatuś mu zrobi, jak się dowie, że została niewinnie zatrzymana, jej wykręcone ręce zmieniły kąt i potem było już słychać tylko nieludzkie wycie nastolatki. Nie lubił gróźb.

Potem sprawy potoczyły się szybko i przewidywalnie. Nastolatka trafiła do aresztu, nad ranem jej tatuś urządził pokazową konferencję prasową, przedstawiając siebie i córeczkę jako ofiary politycznej prowokacji i bestialstwa policji. O narkotykach, alkoholu i agresji nie padło nawet jedno słowo. Policja broniła się dość nieporadnie, a po tym, jak okazało się, że świadkowie nie chcą zeznawać, a zapisy z kamer dziwnym trafem stały się nieczytelne, finał sprawy stał się oczywisty. To on przekroczył swoje kompetencje i naraził dobre imię Policji, reagując w sposób nieadekwatny do sytuacji. Komendant pocieszył go jednak, że nastolatka i jej ojciec nie wniosą skargi na jego nieprofesjonalne i nieuzasadnione działanie. Oczywiście, dla dobra wszystkich, a już szczególnie jego samego. No i że najlepiej będzie, gdyby czasowo zmienił miejsce pracy na jakieś inne, optymalnie mocno oddalone od Warszawy.

Rozdział I

Wiedział, że Ludmiła na pewno się nie ucieszy, ale takiego finału rozmowy nie przewidział. Ich perfekcyjny związek opierał się nie tylko na dobrym seksie, ale też zrozumieniu potrzeb partnera i wyrozumiałości dla jego wad. On dodatkowo cenił Ludmiłę za to, że po pierwsze nie chciała ślubu, a po drugie, i to chyba ważniejsze, nie śliniła się nad każdym bobasem, którego mijała, nie całowała go po rączkach, sugerując, że „jest już gotowa na dziecko”. Ta kwestia, choć byli bliżej czterdziestki niż trzydziestki, nigdy nie pojawiała się w ich rozmowach, dla nich obojga posiadanie potomstwa nie miało żadnego znaczenia. Byli perfekcyjną parą. Policjant i prawniczka. Wiecznie zajęci, wiecznie zapracowani i może dlatego tak bardzo wyrozumiali dla pracy drugiego, bo własna stanowiła centrum życia każdego z nich. Praca nienormowana, nielimitowana, ale dająca obojgu ogromną satysfakcję. Oczekiwał, że Ludmiła powie, że to w sumie nic takiego, że jakoś sobie jego dojazdy poukładają z jej terminarzem, ale ona milczała, wpatrując się w okno. Wreszcie, początkowo przeciągając wyrazy, powiedziała:

– Noo… Wiesz… Tylko nie Mazury! Przecież poza sezonem to kompletne zadupie! Nie bardzo to widzę… To chyba koniec naszego związku?

– Słucham? – Nie da się ukryć, że kompletnie go zaskoczyła. – Dlaczego?! Przecież… wszystko można jakoś…

Zmarszczyła brwi i przerwała mu stanowczym tonem:

– Nie. Nie można. Znam to. Najpierw myśli się, że spokojnie damy radę, a potem… Zawsze coś wypadnie, mnie lub tobie. Potem będzie odkładanie, przekładanie, a w końcu i tak wszystko się rozpadnie. Nie, związki na odległość nie mają przyszłości.

Był oszołomiony jej słowami. Tego się nie spodziewał. Objęła go i pocałowała.

– Kochany, przemyśl to na spokojnie. Zobaczysz, że mam rację.

– Oczywiście, pani mecenas. I tę sprawę pani wygrała. Co za argumentacja!

Roześmiała się i patrząc na niego zalotnie, zaczęła rozpinać guziki bluzki.

– Kiedy wyjeżdżasz? Może weźmiemy wspólny prysznic?

Zaklął pod nosem i przeszedł obok, nie patrząc na nią. W łazience słychać było jeszcze szum wody, kiedy spakował najpotrzebniejsze rzeczy i zamknął za sobą drzwi. Resztę zabierze następnym razem.

Mógł zostać w Warszawie jeszcze dwa dni, ale po tym co usłyszał, nie miał najmniejszej ochoty. Myślał, był nawet przekonany, że jest jej bliski, że nie zrezygnuje z niego tak po prostu, a już nie z powodu, że wysłali go do innego województwa.

W samochodzie obejrzał mapę, włączył GPS. Postanowił przenocować w Ostródzie, tam gdzie się urodził, a dopiero następnego dnia zameldować się na nowym komisariacie. W Mławie zatrzymał się na kawę i włączył laptop. Żeby tylko zesłali go do samego Orzysza… ale nie. Miał zająć się tzw. rejonem II. Wyjął dokumenty i zaczął czytać nazwy wiosek, które wchodziły w zasięg jego działań:

Rejon II: Aleksandrowo, Chmielewo, Cierzpięty, Czarna, Dąbrówka, Drozdowo, Dziubiele, Dziubiele Małe, Gałdynki, Gorzykały, Góra, Grądy, Grądy Podmiejskie, Grzegorze, Kamińskie, Kępa, Klusy, Mikosze, Mikosze Osada, Nowa Wieś, Nowe Guty, Odoje, Ogródek, Okartowo, Okartowo Przystanek, Okartowo Tartak, Osiki, Pianki, Rostki Skomackie, Rząśniki Leśniczówka, Strzelniki, Suchy Róg, Sumki, Szwejkówko, Tuchlin, Tuchlin Gajówka, Ublik, Wężewo, Wierzbiny, Zastróżne.

Obejrzał zasięg terenu na Google Maps i westchnął. Dni będzie spędzał w samochodzie, kursując między wioskami i roztrząsając spory o zabitą przez sąsiada kurę lub spisując zeznania w sprawie obitych ryjów uczestników wiejskich zabaw. No, może jeszcze dojdą groźby karalne albo mandaty za spożywanie alkoholu w miejscu publicznym. Do takich wniosków upoważnił go przegląd prasy z Orzysza: „Groził nożem, bo nie chciała mu pożyczyć dwóch złotych”, „Ukradł sąsiadce elektryczny bojler”, „Pijany kierowca chciał przechytrzyć policję. Za kierownicą posadził 13-latkę”. Będzie atrakcyjnie jak w Ranczu, jego ulubionym serialu. Uśmiechnął się do siebie. Sam jestem sobie winny, pomyślał, chciałem być szlachetnym szeryfem, to mam.

Dopił kawę, zamknął laptop i ruszył do Ostródy. Mieszkała tam jeszcze jego dalsza rodzina, ale miał z nią słaby kontakt. Zaparkował przy Cmentarzu Komunalnym. Ze ściśniętym sercem szukał grobu babci. Kiedy już przy nim stanął, zorientował się, że przyszedł z pustymi rękami, bez kwiatów czy zniczy. Przyklęknął na jedno kolano i dotknął dłonią krawędzi płyty.

– Babciu – wyszeptał – gdybym tylko wiedział… – Czuł, że zaraz się rozpłacze, ale wziął się w garść. – Gdybym tylko mógł wiedzieć na pewno, czy cię zabiłem czy nie… – Niechciane łzy popłynęły nie tamowane już siłą woli. Kiedy po jakimś czasie się uspokoił, ruszył prosto do samochodu, jednak po chwili przypomniał sobie, że powinien zapalić na grobie świeczkę. Wybrał duży, ale skromny znicz. Umarli nie mówią, wiedział, że na zadane nad grobem pytanie będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. Dobrze, że wreszcie odważył się je postawić, że wypowiedziane przestało być koszmarną myślą, która od lat kołatała się boleśnie po zakamarkach jego umysłu.

– Wrócę tu, babciu, kiedy będę wiedział.

Pozostałe dwieście kilometrów do Orzysza pokonał nie całkiem przepisowo, czuł jednak lekkość i ulgę, które dodatkowo napędzały jego auto. Najpierw postanowił odwiedzić komisariat w Orzyszu, potem poszukać jakiegoś mieszkania czy choćby pokoju do wynajęcia.

Budynek policji odnalazł bez trudu. Wiedział, że komendantem jest jakaś kobieta, nie kojarzył jej nazwiska, musiała być od niego sporo młodsza, albo sporo starsza, bo nie pamiętał jej ani z pracy, ani ze szkoły w Szczytnie. Szczytno… Uśmiechnął się na samą myśl o tamtych latach i omal nie potknął, wchodząc do pokoju, na którego drzwiach tabliczka informowała sucho: komendant. Za biurkiem nie siedziała jednak kobieta, a rosły mężczyzna. Rosły, to było za mało powiedziane. Potężny, co najmniej dwumetrowy olbrzym ledwo mieścił się za zgrabnym biureczkiem. Zupełnie nie zwracał uwagi na wchodzącego, tylko z napięciem wpatrywał się w monitor komputera, mrucząc coś pod nosem.

– Dzień dobry.

– Zaraz, zaraz… – Olbrzym, nie odrywając wzroku od monitora, gestem dłoni nakazał mu usiąść. Usiadł więc i przyjrzał mu się uważniej. Ta miodowa bujna czupryna, ten wzrost, tembr głosu, który, nawet przyciszony, przenikał przez mury. Mistras. Marek Mistras. Jak mógł nie rozpoznać go od razu! Wzruszył się nieco i zawstydził… Miał się do Mistrasa odezwać z Warszawy, a wcześniej jeszcze z Lyonu, bo przecież zaraz po szkole zaczął pracować w Interpolu, ale… się nie odezwał. Tak po prostu, bez powodu. A teraz stary kumpel ze Szczytna siedział przed nim i jak na razie nie zamierzał zaszczycić nawet spojrzeniem. Nie miał wyboru. Chrząknął i zanucił czysto:

 – Hen na polu za dąbrową dopadł zając zającową i nie pytał, i nie prosił, lecz miłośnie wytarmosił.

Wzrok Mistrasa, początkowo nieco ociężale, ale wraz z narastaniem pieśni ludowej, którą najwyraźniej słyszał ostatni raz lata świetlne temu, oderwał się od komputera.

– O! Proszę – widać Mistras rozpoznał go natychmiast – kogo oczy moje widzą! Grom! Więc to ty jesteś ten zesłaniec z Warszawy! Ha! Nie czytałem akt ani rozkazu, bo tak w ogóle to ja jeszcze miesiąc jestem na urlopie, tacierzyńskim… Ale że pani komendant wyjechała na praktyki do USA, to sam rozumiesz… Witaj! – Uścisk Mistrasa odebrał mu dech w piersiach. Zanim zdążył coś odpowiedzieć, obawiając się jednocześnie, czy przypadkiem dawny przyjaciel nie zamierza pozbawić go życia poprzez odcięcie tlenu, zadzwonił telefon. Mistras wypuścił go więc z objęć, a to z kolei pozwoliło na przywrócenie funkcji oddechowych i opadnięcie z ulgą na krzesło.

– Zaraz, zaraz, spokojnie. Czyli twierdzisz, że to zabójstwo i trzeba wezwać całą ekipę. Jasne. Przyjąłem. Wysyłam wam nowego. Właśnie przyjechał – Mistras uśmiechnął się szeroko do gościa i kontynuował – przecież już jutro to będzie jego rejon. Niech od razu zapozna się z tematem. Nadkomisarz Gromosław Sidorowicz. Dojedzie za jakieś dwadzieścia minut.

– No to pojawiłeś się, można powiedzieć, w samą porę. Godzinę temu zgłoszenie wysłali Strażnicy Nietlickiego Bagna. Podejrzenie zabójstwa. Jedź tam. Nie ma co tracić czasu. Miejscowość Zastróżne, to akurat twój rejon. Będą czekać koło kapliczki.

– Strażnicy czego?!

– Nietlickiego Bagna – Mistras spojrzał na niego z ironią – o, pan z Warszawy przyjechał, to trzeba tłumaczyć jak Abel krowie. To Mazurska Straż Ochrony Przyrody. Poniał?

– Poniał. Zastróżne, koło kapliczki.

– Jedź, pogadamy potem. – Na zachętę Mistras odprowadził go do progu drzwi i klepnął w ramię, jak za starych dobrych czasów.

Ustawił GPS, Orzysz–Zastróżne 14 km, Mistras miał rację – dwadzieścia minut jazdy. Wybrał trasę nr 16 przez Okartowo, po lewej mijał potężne Śniardwy, po prawej niewielkie jezioro Tyrkło. Zatrzymał się w miejscu, w którym oba jeziora odcina od siebie jedynie asfaltowa droga. „Boże, jak tu pięknie!” – pomyślał, zatrzymując się między wodami. Wdychał zapach jeziora i lasu, chłonął wzrokiem krajobraz i lekceważył klaksony wściekłych kierowców, którym utrudniał ruch. Zarówno oni, jak i trup, do którego jechał, mogli trochę poczekać.

Po chwili już wjeżdżał do miasteczka, po lewej stronie zauważył urokliwy kościół z drewnianą dzwonnicą. Zawrócił, zatrzymał się. Drzwi świątyni były otwarte. Jego uwagę od razu przykuły niezwykłe malowidła z licznymi motywami roślinnymi. Rozejrzał się, czy nie ma kogoś, kto mógłby udzielić mu informacji na temat kościoła, ale budynek wydawał się pusty. Przyklęknął na jedno kolano i przeżegnał się, a jego wzrok znad drewnianego ołtarza powędrował wyżej, gdzie umieszczono obraz Matki Boskiej. „Życz mi powodzenia, Panienko” – powiedział do Niej w myślach i puścił oko. Był przekonany, że tak Jezus, jak i Jego Matka mieli duże poczucie humoru.

Dalszą część drogi pokonał szybko, im bardziej zbliżał się do celu, tym mniej widział ludzi, a więcej drzew. Gdyby nie dwaj mężczyźni machający w kierunku jego samochodu, przeoczyłby kapliczkę. Zatrzymał się. „To już dzisiaj drugie spotkanie z Matką Boską” – pomyślał. W zadbanej, białej kapliczce znajdowała się figura Maryi w tradycyjnych, biało-niebieskich szatach. Miał wrażenie, że teraz Ona puszcza do niego oko.

Strażnicy Nietlickich Bagien byli młodzi i bardzo przejęci tym, co zaszło. Jeden przez drugiego starali mu się opowiedzieć o zwłokach, które znaleźli, pełniąc służbę. Niewiele zrozumiał, więc przerwał i spytał, gdzie może bezpiecznie zostawić samochód. Wiedział, że resztę drogi odbędą pieszo.

Idąc, przyglądał się dyskretnie twarzom strażników, po których widać było, jak bardzo wstrząsnęło nimi znalezienie zwłok. Kilkuletnie doświadczenie podpowiadało mu, aby nie pytać bezpośrednio o to, co zobaczyli.

– Panowie – zagaił – powiedzcie mi coś o tych bagnach.

Spojrzeli na niego z wyraźnym zdziwieniem, dlatego dodał natychmiast:

– Jestem tu nowy. Przyjechałem z Warszawy.

O mało się głośno nie roześmiał, bo wyraz twarzy strażników po jego słowach był bezcenny. Nie dziwił się. Facet z Warszawy. Na bagnach. Wprawdzie policjant, ale wciąż facet ze stolicy, miasta z betonu i drzew w donicach, będzie prowadził śledztwo na ich terenie, na ich ziemi…

Starszy ze strażników rozpoczął z ociąganiem:

– Rezerwat przyrody Nietlickie Bagno, nie bagna – poprawił nieco zirytowany – to 3107,6 hektara, obszar chroniony, jeden z nielicznych dużych obszarów bagiennych na Warmii i Mazurach, który przetrwał do naszych czasów. Jest to obecnie największe i najlepiej zachowane torfowisko niskie na tych terenach.

Grom obiecał sobie poczytać o torfowiskach niskich, podczas gdy strażnik kontynuował:

– W przeszłości obszar bagien był znacznie większy i rozciągał się między jeziorami Buwełno na wschodzie aż niemal po Jezioro Jagodne na zachodzie. W części wschodniej bagien znajdowało się wówczas rozległe jezioro Wąż. Bardzo piękne i ważne dla tutejszych… – Zawiesił na chwilę głos, chciał coś dodać, ale ostre spojrzenie młodszego strażnika powstrzymało go. Po chwili kontynuował oficjalnym tonem:

 – W połowie dziewiętnastego wieku przeprowadzono tu duże prace melioracyjne w ramach powiększania terenów rolniczych. Przez dziewiętnasty i dwudziesty wiek kontynuowano je, a poziom wody stale się obniżał… Mimo to do dziś w formie bardzo naturalnej i mało zmienionej przetrwało około 550 hektarów torfowisk niskich.

Znowu te torfowiska niskie. Grom poprzysiągł sobie, że nie zaśnie, póki o nich nie poczyta.

– Mamy tu wiele rzadkich gatunków zwierząt, ptaków i roślin… Sam pan zobaczy, jeśli tylko będzie potrafił odróżnić łosia od jelenia.

– A jenota od szopa pracza – roześmiał się drugi.

„Tak, kpijcie sobie chłopcy, kpijcie” – pomyślał i odwzajemnił ich uśmiech. Grunt był gotowy, strażnicy skupili się na tym, co wyraźnie stanowiło ich pasję, teraz nadszedł czas, by zapytać o szczegóły znalezienia zwłok.

– Bo to, panie komisarzu, myśmy nie do końca tego trupa znaleźli.

– Jak „nie do końca”?

– To rozległy teren, mówiłem panu, dlatego od jakichś dwóch lat nie tylko robimy obchody, ale i używamy drona. Mam uprawnienia i tak co dzień sobie latam, szczególnie w miejscach, gdzie nie mogą wchodzić turyści. Tak naprawdę zwiedzanie rezerwatu jest bardzo ograniczone, więc prawie nigdzie nie mogą – chrząknął – natura lubi spokój… Puszczamy ich tylko na mostek, na północ od Cierzpięt, wzdłuż jeziora Buwełno.

– No a ciało? Gdzie było ciało?

– Puszczałem więc jak co dzień drona, właśnie tam gdzie turystów nie ma, i wtedy zobaczyłem coś dziwnego.

– A precyzyjniej?

– W centralnej części bagien znajduje się jezioro Wąż, co to mówiłem przed chwilą, że jest zarośnięte, ale w jednym miejscu mniej, w innym więcej, bo to musi pan wiedzieć, że trzcinowiska i szuwary poprzeplatane są oczkami otwartej wody. No i tam go zobaczyłem właśnie. Leżał twarzą w wodzie, ręce i nogi rozrzucone po bokach i taki był napompowany cały…

– Spuchnięty?

– Tak, dokładnie.

– Co dalej?

– Zadzwoniłem po chłopaków, żeby sprawdzili, czy mi się coś nie przywidziało. To poszli, a dostać się tam niełatwo.

Zanim zadał kolejne pytanie, zobaczyli policyjny radiowóz i karetkę. Podbiegł do niego młody mundurowy i prawie na bezdechu zameldował:

– Młodszy aspirant Wessels Jarosław, pan komisarz pozwoli zameldować, ciało już w karetce i właśnie mieliśmy ruszyć.

Grom uścisnął mu rękę i bez zbędnych pytań kazał od razu prowadzić się do zwłok. Po drodze przedstawił mu się też drugi policjant, sierżant Makowski. Ciało wyglądało nieszczególnie. Rzeczywiście było mocno opuchnięte. Wzdrygnął się na myśl o sekcji, współczuł temu, kto będzie musiał ją przeprowadzić. Ubranie denata, a szczególnie charakterystyczne gumiaki z gumofilcem, wskazywały na rolnika.

– Miejscowy?

– Tak jest. Nie miał przy sobie dokumentów, ale znamy go. Nazywa się, nazywał się – sam siebie poprawił Wessels – Jerzy Enda, lat 62, syn Jana, rolnik. Mieszkał sam w Cierzpiętach.

– Przyczyna zgonu? – To pytanie Grom skierował do stojącego obok lekarza, który nic nie robiąc sobie z zakazów, wypalał spokojnie papierosa.

– Trudno powiedzieć… Poleżał sobie w wilgoci co najmniej dwie doby, to mogę powiedzieć na pewno.

– Nieszczęśliwy wypadek? Alkohol? – usiłował delikatnie zasugerować potencjalne przyczyny zgonu. Lekarz roześmiał się nieco ironicznie i starannie zgasił papierosa, następnie wyjął mały plastikowy woreczek i tam go włożył. Wyglądało, że chyba jednak potrafi uszanować rezerwat przyrody.

– Fakt, Enda lubił wypić. Kojarzę go, bo zdaje się, że dwa razy wylądował u nas na nocnym dyżurze. Zapaść alkoholowa. Ale tym razem to raczej nie. Może i był pijany, testy wykażą, ale przyczyna wydaje mi się inna. Proszę podejść. – Zbliżył się do trupa i rozsunął worek do wysokości klatki piersiowej. Wszystko było umazane błotem, ale lekarz delikatnie odwrócił na bok głowę denata i wtedy Grom zobaczył. W szyi tkwiło bardzo głęboko, na ile mógł ocenić coś, co przypominało miedziany gwóźdź albo gruby fragment drutu zakończonego palczaście.

– Proszę do mnie dzwonić, jak tylko będziecie mieli jakieś konkretne informacje – powiedział do lekarza i podał swoją wizytówkę.

Tymczasem powoli zaczął zapadać zmrok. Grom upewnił się, że co można było zabezpieczyć, zostało zabezpieczone. Samochód policyjny podwiózł jego i strażników z powrotem pod Kapliczkę w Zastóżnem. Postanowił wrócić do Orzysza i znaleźć nocleg. Jadąc, zatrzymał się w Okartowie, by chwilę popodziwiać resztę tarczy słonecznej topiącej się w Śniardwach. Spektakl był urzekający, ale jako że niewątpliwie odbywał się każdego wieczoru, rozsądek zwyciężył. Wciąż nie wiedział, gdzie przyjdzie mu spać, więc przyspieszył, jadąc przez las.

Hamował w ostatniej chwili. Miał szczęście, że samochód obróciło dookoła własnej osi i że nie dachował. Kobieta, której omal nie zabił, przystanęła na poboczu. Madonna po raz trzeci. Długa biała lniana suknia, a na ramionach błękitna peleryna, zapewne te maryjne barwy uratowały jej życie, bo była dość dobrze widoczna w szybko zapadających ciemnościach. Ciemnoblond włosy owinęła jasną chustką, najwyraźniej też lnianą.

– Czy pani – zaczął wściekły – powinna pani… – Nie mógł skończyć. Kobieta podeszła do niego. Nigdy nie doświadczył podobnego spojrzenia, przeszywało go z taką siłą, że wprost nie mógł odetchnąć.

– Oboje zawiniliśmy – usłyszał jej cichy głos, spojrzenie wciąż przykuwało.

– Tak, rzeczywiście. – Odważył się nabrać głęboko powietrza w płuca.

– To nie Warszawa, ale tu też trzeba uważać. Baltan, chodź. – Tuż przed nim przemknął bezszelestnie ogromny długowłosy owczarek niemiecki. Kobieta przeszła na drugą stronę drogi i zniknęła w ciemnościach, które nadeszły w ciągu zaledwie kilku minut od ich spotkania.

– Mnie też miło było panią spotkać – mruknął cicho do siebie. Wsiadł do samochodu i ruszył. Powoli, zgodnie z przepisami.

Rozdział II

Było jeszcze poza sezonem, więc bez problemu znalazł pokój z łazienką w malutkim pensjonacie. Nie pamiętał, kiedy zasnął, ale na pewno obudził się za wcześnie. A właściwie obudzono go, bo komórka rozdzwoniła się o 6.30. To był Wessels. Mówił dość nieskładnie, najwyraźniej był bardzo zdenerwowany, z kolei Grom, niedobudzony, więc niewiele mógł zrozumieć. W końcu ustalili, że jak najszybciej przyjedzie na miejsce zbrodni.

Samochód policyjny stał na poboczu, obok niego zobaczył regulaminowo umundurowanego Wesselsa, który żywo rozmawiał z dwoma młodymi mężczyznami, jeden z nich był czarnoskóry. Wessels odbiegł od nich na widok Groma i zaczął mu cicho tłumaczyć drżącym z przejęcia głosem:

– Panie komisarzu, ja mieszkam tu niedaleko, chciałem się jeszcze raz przyjrzeć miejscu na ile to możliwe… świtało… i wtedy zobaczyłem właśnie ich… szukali czegoś… strasznie podenerwowani byli… Jak mnie zobaczyli, zaczęli uciekać, więc krzyknąłem, że będę strzelać, ale uciekali dalej, tyle że wpadli na Baltana.

– Na co?!

– Na Baltana, to pies naszej… – Wessels chrząknął nerwowo – takiej naszej zielarki, powiedzmy.

– Duże kudłate bydlę w typie owczarka niemieckiego?

– Dokładnie! Widzę, że pan komisarz miał już przyjemność…

– Tak bym tego nie nazwał, ale psa widziałem. Do brzegu, Wessels…

– Baltan ich zatrzymał. Nie lubi, jak ktoś biega po jego lesie.

– Jasne. I co dalej?

– Wylegitymowałem ich. I…

– Mówżesz, Wessels, bo mnie szlag jasny zaraz trafi. – Grom czuł, że ogarnia go wściekłość. Nie zjadł nawet śniadania, a opowieść aspiranta zdawała się nie mieć końca. Królestwo za kawę.

– No przecież mówię, panie komisarzu. Zresztą – to ich dokumenty – proszę samemu zobaczyć. Mamy kłopot. Żałuję, że tu przyjechałem, żałuję, że Baltan ich zatrzymał – powiedział i zrezygnowanym gestem podał je Gromowi.

„Kurwa!” – to było jedyne słowo, które mu przyszło do głowy po ich przeczytaniu.

Zatrzymani o świcie mężczyźni kręcący się w okolicy miejsca zbrodni byli amerykańskimi żołnierzami. Dobrze rozumiał zdenerwowanie Wesselsa. Zatrzymanie Amerykanów, choćby na krótkie i niezobowiązujące przesłuchanie, mogło oznaczać tylko kłopoty.

– Powiedzieli, czego szukali nad ranem w rezerwacie?

– Nie.

– A dlaczego uciekali?

– Nie.

– Dobra. Puść ich.

– Ale, panie komisarzu…

– Puść ich i zapomnij o wszystkim. Ty wiesz, co i kogo byśmy mieli na głowie, gdybyśmy bezpodstawnie niepokoili żołnierzy bratniej armii?

– Tak jest.

Wessels podszedł do mężczyzn i oddał im dokumenty. Grom miał wrażenie, że odchodzą z niechęcią, powoli, jakby się ociągając.

Śniadanie zjadł na komisariacie. Przeglądał na zmianę z Wesselsem i Makowskim nagrania z drona puszczanego przez Strażników Bagien Nietlickich nad terenem rezerwatu dwa dni, dzień i w dniu zabójstwa. Nie zobaczyli jednak niczego dziwnego ani niepokojącego. Z godziny na godzinę przybywało dokumentacji dotyczących miejsca zbrodni. Niecierpliwie czekał na jakiekolwiek wyniki sekcji, kiedy zadzwonił telefon. To był jeden ze strażników.

– Panie komisarzu, znaleźliśmy drona…

– Nie rozumiem, jak to znaleźliście drona?

– Kręcimy się teraz częściej blisko tego miejsca, no wie pan, tam gdzie Enda leżał i niedaleko znaleźliśmy drona. I to jakiś dziwny dron jest.

– Jak dziwny?

– Jakby wojskowy.

Groma ścisnęło coś w żołądku. Trudno było nie powiązać porannego spotkania Wesselsa z dwójką amerykańskich żołnierzy ze znalezieniem wojskowego drona w miejscu, gdzie się kręcili. Powiedział strażnikom, że już wyjeżdża i kiwnął dyskretnie na Wesselsa. W samochodzie wyjaśnił mu, co się stało i zapytał:

– Masz na nich jakieś namiary?

– Tak. Do jednego. Tego czarnego, mniej wystraszonego.

– Dzwoń i zaproponuj spotkanie. Dziś wieczorem. Gdzie ci Amerykanie zwykle piją piwo?

Obydwaj wiedzieli, że oficjalnie nie pili nigdzie, jednak nieoficjalnie wszystko dawało się ustalić. Wessels te kwestie wziął na siebie.

Już pierwszy rzut okiem na drona upewnił go, że mają do czynienia z wojskowym sprzętem. Podczas gdy Wessels zagadywał strażników, Grom ostrożnie spakował urządzenie do bagażnika i zaczął się zastanawiać, co z tym wszystkim zrobić. Według procedur powinien natychmiast zawiadomić żandarmerię wojskową i na tym zakończyć sprawę znaleziska. Lecz jeżeliby to zrobił, zapewne już nigdy nie dowiedziałby się, co zarejestrował dron i dlaczego tak dyskretnie szukali go dwaj żołnierze obcej armii. Okazja do zadania drugiego pytania nadarzyła się pięć minut później. Zobaczyli ich na leśnym trakcie, gdy akurat wchodzili na asfaltową drogę. Na ich twarzach widać było ogromne zmęczenie i zniechęcenie.

– Wessels, zgarniaj ich, mamy mało czasu.

Młodzi Amerykanie wsiedli bez protestów, jakby zrozumieli, że przyszedł czas na poważną rozmowę. Tymczasem Grom postanowił zadzwonić do Mistrasa.

– Marek, wszystko ci wyjaśnię później, ale teraz potrzebuję pomocy. Specyficznej.

– No dawaj – usłyszał pełen zachęty głos dawnego przyjaciela.

– Potrzebuję miejsca, chaty na odludziu, stodoły w lesie… Miejsca, gdzie oczy i uszy nie sięgają.

– Zadzwonię za kwadrans – usłyszał w odpowiedzi i Mistras się rozłączył.

– Dokąd jechać? – spytał Wessels.

– Na razie przed siebie, powoli.

Amerykanie usiłowali zagaić rozmowę, więc mało uprzejmie zasugerował im w odpowiedzi:

– Shut up![1]

Tymczasem zadzwonił Mistras i kazał podać telefon Wesselsowi, jako miejscowemu znającemu teren. Ten nie powiedział ani słowa, tylko słuchał, Grom zauważył, że poczerwieniał z wrażenia, a na czole pojawiła mu się gruba pulsująca żyłka. Samochód po kilku kilometrach wjechał do lasu, po kolejnych kilku zatrzymał się, bo skończyła się droga.

– Follow me[2] – powiedział do Amerykanów i ruszył w las, podczas gdy Grom miał czas, aby wyjąć drona, owinąć go i zabrać ze sobą.

Szli, a właściwie przedzierali się przez gęstwinę dobre pół godziny, kiedy wreszcie drzewa przerzedziły się, zobaczyli duży drewniany dom. Stary, ale w doskonałym stanie. Wyszła z niego kobieta, której omal nie przejechał poprzedniego dnia, u jej boku sunął, cicho powarkując, Baltan.

– Witaj – zwróciła się do Wesselsa, wyciągając dłoń. Grom zastygł w zdumieniu, kiedy zobaczył, że policjant, zamiast zwyczajnie uścisnąć i puścić rękę kobiety, pochylił się i dotknął nią swego czoła.

– Chciałbym przedstawić: pani Anna Trintawini, komisarz Gromosław Sidorowicz. A to… nasi koledzy z NATO.

Wszyscy wymienili krótkie uściski. Grom chciał coś powiedzieć, ale jedyne, co przychodziło mu do głowy, to komentarz do dziwacznego nazwiska kobiety. Tymczasem ona wskazała głową na mały przydomowy ogródek.

– Tam będę, gdybyście mnie szukali.

Nie zdążyła skończyć, kiedy drzwi chaty otworzyły się ponownie i ukazał się w nich potężny odyniec.

– Boar! Boar![3] – słyszał podnieconych Amerykanów i patrzył z nie mniejszym niż oni zdumieniem, bo za dzikiem wybiegł dorodny ryś, a za nim dwa lisy. Amerykanie usiłowali robić zdjęcia, ale Wessels przywołał ich do porządku, a potem zajrzał ostrożnie do chaty i po chwili zaprosił wszystkich do środka.

Przeszli przez małą sień do pokoju pachnącego ziołami. Na okrągłym stole przykrytym czerwonym lnianym obrusem stał szklany dzbanek z jakimś napojem, kubki były drewniane. Usiedli do stołu. Amerykanie ciągle jeszcze podekscytowani usiłowali dowiedzieć się czegoś o kobiecie i miejscu, w którym się znajdowali. Dopiero po chwili zauważyli, że przygląda im się ze zdziwieniem przepiękny puchacz usadowiony na długiej drewnianej żerdzi zaledwie metr nad nimi. Grom zaczął się zastanawiać, czy słowo amazing[4] nie jest przypadkiem jedynym przymiotnikiem wartościującym pozytywnie, jaki opanowali Amerykanie. Postanowił, że jeżeli jeszcze kiedykolwiek ich spotka, podaruje im album o Simonie Kossak. Wtedy może przestaną się dziwić. Sam chciał zapytać Wesselsa o tę dziwną Annę Trinta jakoś tam, ale na razie nie było na to czasu. Zdjął ze stołu naczynia i ostrożnie położył na nim drona. Amerykanie jednomyślnie wydobyli z siebie westchnięcie i rzucili się do sprzętu, oglądając go uważnie i wymieniając uwagi co do jego sprawności. Dał im chwilę, a potem zapytał:

– Tell me now what’s going on?[5]

Sierżant Reyes i plutonowy Johns, przeszczęśliwi z powodu odnalezienia drona, którego szukali od przeszło trzydziestu sześciu godzin, jak najchętniej opowiedzieli całą historię. Słuchając jej, Grom nie wiedział, czy się śmiać, czy po ludzku współczuć im utraty rozumu.

Przebywający w Polsce żołnierze nie mieli wielu okazji do kontaktów z okoliczną ludnością, kiedy jednak się tak stało, podczas pierwszego wiosennego festynu obydwaj zakochali się w tej samej dziewczynie. Niewysoka, ale smukła i kształtna, jasne włosy, niebieskie oczy. Twarz anioła. Po prostu miłość od pierwszego wejrzenia. Zanim zdążyli zebrać się na odwagę, podejść i przedstawić się, dziewczyna zniknęła im z oczu. Jedyne, co udało się im potem ustalić, to to, że musiała być miejscowa. Reyes dodał też, że wracając ze swoją kolumną kilka dni potem, widział ją właśnie w okolicy Bagna Nietlickiego. Bazy za często opuszczać nie mogli, a że twarz anioła śniła się im po nocach, postanowili znaleźć ją za pomocą drona. Puścili go więc ukradkiem tam, gdzie dziewczynę widział Reyes. Z dronem coś się jednak stało i zaginął. Od tego momentu zaczęły się ich kłopoty. Gdyby dowódca dowiedział się o takiej samowolce na terenie obcego państwa, groziłyby im surowe konsekwencje. Grom sięgnął po napój w dzbanku, rozlał wszystkim i skinął na Wesselsa. Wyszli razem przed dom, gdzie akurat tarzał się w ciepłym piachu zadowolony dzik.

– Co o tym myślisz? – jakoś tak automatycznie zaczął mówić do niego na ty.

– Idiotyczne to, panie komisarzu, ale wydaje się prawdziwe. Ja im wierzę.

– Najwięcej witaminy… – zanucił Grom i dodał – ja chyba też. No to wiemy już, co zrobimy.

Kiedy Wessels dobijał targu z Amerykanami, Grom poszedł w kierunku ogródka. Anna stała przy białym bzie, u jej stóp rozciągał się zadowolony, poziewujący ryś, który zjeżył się na jego widok, a potem przeskoczył płotek i zniknął w zieleni.

– Chciałem podziękować za gościnę.

– Nie ma za co. Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśniło.

– Chyba tak… – Spojrzał jej w oczy i znowu zabrakło mu tchu. Nigdy nie widział takich oczu. Jasnych prawie jak kryształ i o takim przeszywającym spojrzeniu. Wzdrygnął się.

– Jeszcze raz dziękuję.

Na komendę wrócili w porze obiadowej. Makowski podzielił się z nimi pizzą i zrobił kawę, tymczasem Grom przejrzał nowe dane, które napłynęły w sprawie śmierci Endy. Denat rzeczywiście lubił popić. Ostatni raz widziano go dwa dni przed znalezieniem ciała na bagnie. Skonfliktowany był ze wszystkimi, tak że trudno było policzyć potencjalnych wrogów.

– Świetnie! Nic nie mamy. Trzeba przesłuchać okoliczne wioski. Roboty na miesiąc.

– Spokojnie, panie komisarzu, pracujemy nad tym. O! – Wessels kliknął na pulpit. – Akurat technicy przesłali nam najnowsze zdjęcia i ustalenia.

– Dawaj!

Wessels drukował zdjęcia i czytał ich opisy, następnie podawał je Gromowi.

– Niech pan zobaczy. To jest ten metalowy przedmiot wyciągnięty z szyi denata. Oczyszczony. Zdaje się z mosiądzu, ale laboratorium bało się ingerować zbyt mocno. Zawsze to przedmiot historyczny.

Grom spojrzał na zdjęcie i oniemiał.

– Wessels, przecież to jest… – Nabrał powietrza.

– Fibula. Pruska fibula palczasta. Piszą, że datowana na około… – przewrócił kartkę z opisem przedmiotu – tak, datowana jest na V–VI wiek naszej ery.

– I to ona tkwiła w szyi denata?

– Właśnie tak.

– Mamy coś jeszcze?

– Na razie nic. Ciągle czekamy na wyniki sekcji zwłok.

– Wessels, ja na dziś kończę robotę. Muszę to sobie wszystko poukładać, bo nic tu ze sobą nie gra. Kiedy widzisz się z sojusznikami?

– Reyes będzie za godzinę w Biedronce. Do mojego kosza włoży USB z nagraniem z ich drona. Może tam coś będzie.

USB z nagraniami przelotu wojskowego drona było ceną, jaką mieli zapłacić amerykańscy donżuani za niesubordynację i brak wyobraźni. Grom miał nadzieję, że ich historia, a szczególnie udział w niej policji, nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ale, że strzeżonego pan Bóg strzeże, postanowił przy pierwszej nadarzającej się okazji nieoficjalnie poinformować o tym kolegów z SKW.

– Dobra. Jak tylko przejmiesz plik, daj mi znać. Podzielimy się i będziemy oglądać partiami. Sprzęt mają znacznie lepszy, no i nastawili go na szukanie osoby, a to może nam bardzo pomóc. Teraz spadam.

Nie zdążył wsiąść do samochodu, już zadzwonił telefon. Mistras. Zapraszał go na obiad do siebie do domu.

– Ewa świetnie gotuje, sam zobaczysz. Poznasz i ją i eee… – Głos Mistrasa zawibrował. – Hanię, naszą córeczkę.

Zanotował adres i poszukał sklepu monopolowego. Dla pani domu wybrał francuskie wino, dziwiąc się jednocześnie, że znalazło się w asortymencie bądź co bądź małomiasteczkowego sklepu, a dla dziewczynki największą mleczną czekoladę.

[1] (ang.) – zamknąć się

[2] (ang.) – za mną

[3] (ang.) – dzik

[4] (ang.) niesamowite

[5] (ang.) teraz mi powiedzcie, o co chodzi

Rozdział III

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Rozdział I
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Rozdział VII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział X
Rozdział XI
Rozdział XII
Rozdział XIII
Rozdział XIV
Rozdział XV
Rozdział XVI
Rozdział XVII
Rozdział XVIII
Rozdział XIX
Rozdział XX
Rozdział XXI
Rozdział XXII
Rozdział XXIII
Rozdział XXIV
Rozdział XXV
Rozdział XXVI
Rozdział XXVII

Copyright © 2020, Sylwia Skuza

Copyright © 2020, Wydawnictwo MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-628-3

Redaktor prowadzący: MR

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Zdjęcie użyte na okładce: Shutterstock (©Bogdan Sonjachnyj)

Korekta: Dorota Ring

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek