Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Komisarz Gromosław Sidorowicz zapuścił korzenie na Mazurach. Ma wokół siebie grono bliskich osób: ukochaną żonę Suji, jej brata, a zarazem swojego najlepszego przyjaciela, Marka Mistrasa, oraz wrażliwą nastoletnią Damrawę – córkę Mistrasa. Krąg zamyka mazurska zielarka Trintawini, kultywująca tradycje dawnych Prusów.
Jednak los zaprowadzi Sidorowicza do Włoch, by poprowadził śledztwo dotyczące polskiego obywatela. Po jego zakończeniu ambasada prosi go jeszcze o pomoc w kolejnej sprawie. Nowe zadanie polega na dyskretnym czuwaniu nad bezpieczeństwem Polki i jej córki, uciekających z Włoch przed przemocowym mężem i ojcem.
Nad jeziorem Hańcza, skąd pochodzi kobieta, rozgrywa się nieoczekiwany dramat, który ponownie kieruje śledztwo Sidorowicza do Włoch.
Grom, jeszcze niedawno z radością przygotowujący się do roli ojca, wyjeżdża bez wahania, próbując uciec przed problemami, którym nie potrafił sprostać. Początkowo Neapol jawi mu się jako ostatnie miejsce na ziemi, w którym mógłby odnaleźć ukojenie; z czasem jednak miasto staje się jego sprzymierzeńcem, a jednocześnie niepostrzeżenie modyfikuje główny cel jego pobytu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 300
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału
Copyright © 2026, Sylwia Skuza
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-392-2
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Zdjęcie wykorzystane na okładce: adobe stock (©DYOLF)
Korekta: Dorota Ring
Skład i łamanie: Jacek Antoniuk
[email protected]@gmail.com
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Jest przecież w każdym pragnienie szybować w słońce jak Ikar,
A każde losy przesnuwa prastarych legend haft.
Z szarym żelazobetonem srebrzysty marmur się styka,
Gdy pokolenia budują świątynię wiecznych prawd.
Więc nie mów: „Tamto, to przecie pergamin, proch, starożytność”:
Minione, przeżyte wieki, to nie jest przepaść, lecz most;
Łacińskie, powiędłe słowa raz jeszcze kwieciem zakwitną,
Gdy przyjdzie do nas – skarlałych – piękna olbrzym i wzrost.
Zuzanna Ginczanka, Słoneczny mit
Cisza w pokoju przesłuchań gęstniała. Po pytaniu, które zadał mu oficer śledczy, zdawała się ciężko rozpościerać po całym pomieszczeniu, nie pozwalając na swobodne zaczerpnięcie powietrza. Zamrugał gwałtownie powiekami i usiłował przełknąć ślinę. Z trudem spływała do krtani.
Nie zdążył jednak niczego powiedzieć, bo niespodziewanie do pokoju wtargnął Marek Mistras, jego przyjaciel, który zrzucił go brutalnym ruchem z krzesła i przygwoździł do podłogi.
– Mów, gdzie jest moja córka, bydlaku, bo już nie żyjesz! – krzyczał Mistras, nie pozwalając oderwać się od zdobyczy pomimo dwóch krzepkich policjantów, którzy wbiegli tuż za nim i usiłowali ratować sytuację.
Kiedy Mistras był już za drzwiami, a on z trudem zebrał się z podłogi, wycierając krew z wargi wierzchem rękawa, prowadzący policjant zadał znów to samo pytanie.
– Panie Sidorowicz, proszę odpowiedzieć... Tutaj ważny jest czas! Jedna dziewczynka już nie żyje, ale jest nadzieja, że druga jeszcze tak. Proszę, proszę powiedzieć, co pan wie w tej sprawie. – Głos przesłuchującego stawał się kojący, wręcz serdeczny. – Przecież nikt tu nikogo nie oskarża o zabójstwo... My po prostu wiemy, możemy domniemywać, że miał pan związek z tym, co się wydarzyło. Sam jest pan przecież policjantem i chyba rozumie, że...
– Nie – nie pozwolił mu skończyć. – Nic nie powiem. – Zwiesił ponuro głowę i oświadczył: – Nic nie powiem bez adwokata.
Nie miał wyboru. To, co wiedział, powodowało, że powinien był milczeć.
Musiał mieć pewność, że nie zaszkodzi zaginionej Damrawie.
Chyba nie zaszkodzi.
Tamtej zabitej dziewczynce nikt i nic nie mogło już w żaden sposób pomóc.
Przynajmniej tak mu się wydawało.
A jednak...
Mylił się.
Ale wtedy jeszcze tego nie wiedział.
Adwokat, który pojawił się następnego dnia po zatrzymaniu, oświadczył, że uważnie przeczytał akta i że w świetle zdobytych informacji obrona będzie trudna, ale nie niemożliwa.
– Zacznijmy więc od początku, panie Gromosławie, krok po kroku, zdarzenie po zdarzeniu. Słucham.
Rozsiadł się wygodnie na krześle i włączył dyktafon.
Grom uśmiechnął się ironicznie i podał mu bez słowa kolorową gazetę.
– Co to jest? – adwokat nie krył zdumienia.
– Czasopismo dla kobiet. Głównie dla kobiet – poprawił się Grom i dodał: – Dostałem je dziś rano od strażnika z prośbą o autograf dla żony. Pewna dziennikarka miała napisać opowiadanie kryminalne oparte na faktach. Wie pan, dużo emocji, mało krwi, ale dla równowagi z pełnokrwistym policjantem jako głównym bohaterem. Przyjechała do mnie, bo znaliśmy się jeszcze z Warszawy, wysłuchała kilku opowieści i wybrała jedną, zresztą znacznie ją przerabiając. Ale – właśnie od niej rozpoczyna się pośrednio cała ta historia.
– Mam to przeczytać? – upewnił się adwokat, lekko dotykając dłonią gazety.
– Jeżeli chce pan wiedzieć wszystko od początku... To tylko kilkanaście stron.
Adwokat westchnął i otworzył gazetę.
Komisarz Gromosław Sidorowicz, zwany przez wszystkich Gromem, nie był zadowolony z rozkazu, który otrzymał niespodziewanie w trakcie letniego wypoczynku. Brzmiał on: przerwać natychmiast urlop i stawić się w Warszawie, w biurze Interpolu, a dokładnie w Biurze Międzynarodowej Współpracy Policji.
Nietrudno było się domyślić, że chodzi o ważną i niecierpiącą zwłoki sprawę, ale dlaczego padło akurat na niego? Rzeczywiście, kilka lat spędził za granicą jako członek międzynarodowej elitarnej grupy policyjnej sygnowanej przez Interpol, tyle że obecnie zatrudniony był na niewielkim mazurskim komisariacie. To wezwanie nie miało więc sensu. Ów sens zrozumiał dopiero wtedy, gdy wygodnie rozparty w fotelu warszawskiego gabinetu słuchał podinspektora Rawicza, który rzeczowo wyjaśniał mu cel wezwania.
Po dość długiej laudacji na temat wcześniejszych dokonań Groma w Interpolu, której ten wysłuchał z niewzruszoną miną, inspektor wreszcie przeszedł do sedna sprawy.
– Otóż, widzi pan, komisarzu, przerwaliśmy pana wypoczynek, bo mamy prośbę o pomoc ze strony włoskiej. Chodzi o zabójstwo pewnego mężczyzny.
– Polaka? – przerwał wyjaśnienia.
– Nie, Włocha.
– Czyli podejrzanym o zabójstwo jest nasz obywatel.
– Tak, właśnie tak. – Inspektor Rawicz najpierw pogodnie przytaknął jego słowom, ale potem zawiesił głos. – Niby nasz obywatel, ale bardziej taki niczyj.
– Nie rozumiem – odpowiedział Grom, czując jednocześnie przez skórę, że się z tej sprawy nie wywinie, a wizja żeglowania po mazurskich jeziorach oddala się na przyszły rok.
– To skomplikowana sprawa, proszę mi wierzyć i dlatego właśnie poprosiliśmy pana o pomoc. A będąc już zupełnie precyzyjnym, to imiennie wskazał nam pana commissario Francesco Riva.
Jasne! Grom omal nie zaklął na głos. Francesco! Niezawodny włoski przyjaciel. Człowiek, który kilka razy uratował mu życie, teraz, chyba w ramach jakiejś perwersyjnej satysfakcji, postanowił zepsuć mu letnie wakacje. Obiecał sobie, że jak tylko wyjdzie z gabinetu inspektora Rawicza, natychmiast do Francesca zadzwoni i powie mu kilka „ciepłych” słów.
Tymczasem inspektor wyjął z szafki biurka cienką białą teczkę i podał ją Gromowi.
– To wszystko, co otrzymaliśmy od strony włoskiej. Niewiele tego.
Grom przejrzał dokumenty. Obywatel polski (w notatce widniało słowo „rzekomy”, ponieważ nie posiadał PESEL-u), niejaki Lao Ryki, został oskarżony o zabójstwo syna.
Nerwowo przekładał kartki i wreszcie zobaczył skan dowodu osobistego podejrzanego. Lao Ryki. Boże, jaki Lao Ryki?! Trzeba być Włochem, żeby tak zmaltretować słowiańskie imię i nazwisko. Westchnął i po chwili uśmiechnął się triumfalnie.
Polak w rzeczywistości nazywał się Stanisław Krzycki. Potwierdzała to książeczka wojskowa wydana w 1941 roku ze zdjęciem młodego, jasnowłosego mężczyzny. Kolejne, włoskie już dokumenty dość brutalnie „modyfikowały” jego dane osobowe: na Stanislao Kryki, aż wreszcie na Lao Ryki. Grom znowu przewracał kartki w teczce. Zaraz, zaraz. Skoro był polskim żołnierzem podczas drugiej wojny światowej, to ile on teraz ma lat? Znalazł rok urodzenia. 1926. Stanisław Krzycki miał 100 lat!
– I to on jest oskarżony o zabójstwo syna? – upewnił się, oglądając jednocześnie zdjęcie zmasakrowanych zwłok ofiary i aktualne zdjęcie domniemanego zabójcy – drobnego, chudziutkiego staruszka z kręgosłupem wygiętym jak młode drzewko targane przez wichurę.
– On?! – Uniósł obie fotografie w kierunku twarzy inspektora. Przecież aby zrobić taką jatkę i skatować rosłego mężczyznę, jakim był jego syn, potrzeba siły i masy, a tu nie mamy ani jednego, ani drugiego! Wyniki obdukcji wskazują, że napadnięty stawiał opór. Uważa pan, że nie obroniłby się przed tym starcem ze zdjęcia?!
– To nieważne, co ja uważam – przerwał mu inspektor – ważne jest to, że nasz rodak przyznał się do winy. Mamy też pewność, że w czasie zabójstwa był na miejscu zbrodni.
Grom nie odpowiedział, bo chwilowo zabrakło mu słów, ale zaczynał rozumieć, dlaczego się tu znalazł. Jego przeczucia potwierdził inspektor Rawicz, mówiąc:
– Pański przyjaciel Francesco również twierdzi, że Stanisław Krzycki tego nie zrobił, jednak ten człowiek zamknął się w sobie i od chwili przyznania się milczy jak głaz. Francesco chce, żeby pan się do niego zbliżył, porozmawiał z nim w ojczystym języku i doszedł do prawdy.
Inspektor znowu podszedł do biurka i tym razem wyjął z niego delegację i bilet lotniczy.
– Wszystko przygotowane. Poleci pan wieczornym lotem do Mediolanu, niestety bezpośredni samolot do Bolonii jest dopiero pojutrze, a nam zależy na czasie. Powodzenia!
Francesco czekał już na niego niecierpliwie w Bolonii, o czym poinformowało go tuż po wylądowaniu w Mediolanie kilkanaście SMS-ów. Na dworcu kolejowym znalazł się szybko, a droga pociągiem miała mu zająć niecałe dwie godziny, postanowił więc odświeżyć swoją wiedzę i przeczytać o losach 2. Korpusu Polskiego. Z lektury wybijały go jednak co chwila nietypowe dźwięki. Przed nim siedziała jakaś zakochana para, która najwyraźniej po długim okresie rozłąki spotkała się dopiero właśnie tutaj. Zauważył ich od razu, bo nie mogli się od siebie oderwać, jednak oczekiwał, że po kilku, najwyżej kilkunastu minutach emocje opadną. Tymczasem para w dalszym ciągu okazywała sobie czułości i na dodatek tak głośno, że stało się to irytujące. Rozumiał, że Włosi wszystko robili głośniej: mówili, kłócili się i nawet całowali, ale Bożesz ty mój – pomyślał – no ileż można ciumkać, cmoktać, zasysać, cyckać, siorbać, a nawet mlaskać podczas niekończącego się pocałunku?! Wygrzebał z kieszeni bluzy zmaltretowane słuchawki, podłączył je do telefonu, wybrał muzykę relaksacyjną i zatopił się w lekturze.
Francesco wprawdzie stał na dworcu kolejowym dokładnie tam, gdzie miał stać, zgodnie z SMS-ową informacją, ale Grom musiał cierpliwie zaczekać, aż Włoch zakończy pełną żaru rozmowę z młodą kobietą w mundurze konduktorskim Trenitalia.
– Witaj, stary! – Po chwili Francesco ściskał go i klepał po łopatkach.
Grom zdążył już wybaczyć mu fakt, że to z jego inicjatywy stracił piękny słoneczny tydzień nad jeziorami. Wszystkie pretensje już wcześniej wyrzucił z siebie przez telefon, bezpośrednio po opuszczeniu gabinetu inspektora Rawicza. Teraz był skoncentrowany wyłącznie na tym, aby poprowadzić śledztwo i ocalić rodaka. Stanisław Krzycki, jego wojenne losy i życiowa postawa sprawiły, że chciał go poznać i mu pomóc. Wobec tego wszystkiego rezygnacja z tygodnia wakacji nie była żadnym poświęceniem, a wyłącznie gestem przyzwoitości wobec starego żołnierza, dla którego czuł podziw i szacunek.
Francesco miał już dodatkowe informacje i ekspertyzy dotyczące zabójstwa. Grom przeglądał je uważnie, kiedy jechali do hotelu, i tylko co jakiś czas zadawał pytania.
– Kto wezwał policję?
– Sam podejrzany. Lao Ryki.
– Francesco – Grom z irytacją przetarł czoło – ten człowiek nazywa się Stanisław Krzycki. Powtórz.
– Stanislau Kryki.
– Dobra, nad wymową popracujemy potem – poddał się i pytał dalej. – Co stwierdziła dochodzeniówka, badając miejsce zbrodni?
– Zimny trup. – Francesco skupiał się na jeździe, ale jednocześnie starał się zdać rzeczową relację z wydarzeń. – Istnieje hipoteza, że pan Lao, pan Stanislao – poprawił się – odczekał kilka godzin, zanim wezwał pomoc.
– Skąd te wnioski?
– Bo denat, to jest syn, Daniele, wystygł już nieco, a krew na rękawach ubrania jego ojca też zdążyła przyschnąć.
– No właśnie.
– Co „no właśnie”? – zirytował się Francesco.
– Pomyśl, facet masakruje syna jakimś tępym narzędziem i co? Jedyne krwawe ślady ma na dłoniach i rękawach?
– Spokojnie, nasi technicy kryminalni też to zauważyli. Gdyby to on zabił, rozbryzgi krwi miałby na ciele i ubraniu. Wszędzie. Byłoby jak na ścianach tego pokoju, zobacz sam zdjęcia...
– Więc? Wnioski? – nie odpuszczał Grom, oglądając fotografie z miejsca zbrodni.
– Pan Stanislao nie zabił, jedynie dotykał ciała syna, stąd zabrudzenia na rękawach ubrania.
– Dlaczego więc twierdzi, że to zrobił?
– Bo kogoś kryje? Bo się kogoś boi? Bo zwariował? Grom, nie mam pojęcia! Ten człowiek zamilkł po przyznaniu się do winy, a ty jesteś tu po to, żeby rozwiązać tę zagadkę. A! I jeszcze jedno. Pod ciałem znaleźliśmy album ze zdjęciami. Córka denata, czyli wnuczka oskarżonego, twierdzi, że zaginął kilka dni wcześniej i pan Stanislao obwiniał o to jej ojca.
– Co było w tym albumie?
– No właśnie nic specjalnego. Zwyczajne zdjęcia z kilkunastu ostatnich lat. Nie ma na nich nic, co by mogło nas zainteresować. Oglądaliśmy całość skrupulatnie: pojedynczo każdy śledczy, zespołowo jako ekipa. Nic ciekawego. Sam się przekonasz.
– Jakie były relacje pana Stanisława z synem?
– Wychowywał go samotnie i bardzo rozpieszczał. Daniele Kryki wyrósł na nieroba i pijaka.
– Nie za ostro?
– Akurat! – kontynuował niezrażony Francesco. – Daniele się staczał, nierzadko przepijał to, co miał, a kiedy ojciec nie dawał mu pieniędzy, wyprzedawał wszystko, co znalazł w ich domu i co dało się spieniężyć. Posunął się nawet do tego, że niedawno sprzedał medale ojca.
– Medale?!
Jak się okazało, Stanisław Krzycki posiadał znaczny zbiór medali, chociaż on nie traktował ich w kategorii kolekcji. Pochodził z rodziny o tradycjach wojskowych i jedyne pamiątki, jakie zostały mu po przodkach, to były właśnie te odznaczenia. Traktował je jak relikwie, nosił przy sobie przez całą wojnę, a później umieścił w gablocie w swojej sypialni. No, może oprócz jednego, który upodobała sobie jego mała wtedy wnuczka i który traktowała najpierw jako gryzak, a później świecidełko do podrzucania. Pan Stanisław przeszedł z medalami przodków cały szlak jako żołnierz 2. Korpusu Polskiego, a później sam także został trzykrotnie odznaczony: Gwiazdą Italii i Gwiazdą za wojnę 1939-1945, brytyjskimi odznaczeniami, a także Srebrnym Orderem Virtuti Militari. Wszystko pewnego dnia jego syn po prostu sprzedał, w dodatku za niewielką kwotę.
– Trudno to komentować bez przekleństw – przyznał Francesco, widząc, jak Grom złapał się za głowę – wziął kilkaset euro, a powinien znacznie więcej, nie mówiąc już o tym, że w ogóle nie należało tego robić... To takie podłe.
Grom się zamyślił.
– Wiesz, Francesco, w sumie tak się dzieje wszędzie. Sam byłem świadkiem, jak po śmierci wujka kuzyn chciał wyrzucić jego medale i odznaki. Uratowałem je w ostatniej chwili. Nie dał mi ich jednak, ale zachował, bo zaczął podejrzewać, że może jednak są coś warte, a mnie nie o to przecież chodziło, nie o wartość materialną, rozumiesz?
– Jasne, że rozumiem, ale chyba należę do mniejszości, tak jak ty...
Stanisław Krzycki z racji podeszłego wieku został umieszczony nie w areszcie śledczym, a na terenie męskiego zakonu nieopodal sądu. Weszli do małego pokoju przepełnionego ciepłym słonecznym światłem. W najciemniejszym kącie pomieszczenia stało krzesło, na którym siedział pan Stanisław. Francesco wszedł pierwszy i cicho się z nim przywitał. Mężczyzna nie zareagował na ich obecność ani na słowa Włocha. Grom podszedł bliżej i przykucnął przy krześle, starając się nawiązać kontakt wzrokowy z siedzącym. Staruszek był jeszcze drobniejszy niż na zdjęciu. Nie było możliwe, aby mógł zabić syna.
– Panie Stanisławie – powiedział po polsku – dzień dobry. Przyjechałem tutaj specjalnie dla pana, żeby porozmawiać i wszystko wyjaśnić. Jestem, żeby pomóc, tylko po to. Chciałbym...
Nie dokończył zdania, bo staruszek drgnął, spojrzał na niego oczami tak jasnymi jak górski potok, a po jego twarzy spłynęły łzy. Nie powiedział jednak ani słowa, tylko odwrócił się wraz z krzesłem w stronę ściany i znieruchomiał.
– Nie traćmy czasu – rzekł Grom do Francesca, wychodząc z pokoju. – Zawieź mnie na miejsce zbrodni, do sąsiadów, przyjaciół rodziny, do każdego, kto może nam coś powiedzieć.
– A album ze zdjęciami?
– Później. Najpierw ludzie, potem ich wspomnienia. W drogę!
Wioska, w której przez całe swoje dorosłe życie mieszkał Stanisław Krzycki, znajdowała się tuż pod Bolonią. Po drodze Francesco zabrał jeszcze emerytowanego księdza, który przez lata obdzielał swoją posługą nawet najmniejsze okoliczne osady. Pana Stanisława znał bardzo dobrze i można było nawet powiedzieć, że w pewien sposób się przyjaźnili. Don Enrico, usadowiwszy się wygodnie na tylnym siedzeniu auta, niepytany, zaczął opowiadać całą historię ze swojej perspektywy. Grom zauważył, że Francesco specjalnie jedzie wolno, aby już podczas podróży zmieścić opowiadanie rzekę, płynące leniwie, zahaczając o niezliczoną ilość szczegółów i dykteryjek. Bardzo go to cieszyło. Właśnie owe szczegóły mogły, nie wiedzieć kiedy, naprowadzić ich na jakiś konkretny ślad.
– Pan jest Polakiem, to zrozumie od razu, o czym mówię – entuzjazmował się ksiądz. – Kiedy wyzwalano Bolonię i okoliczne wioski, jak ta, do której jedziemy, to wtedy pierwszy raz zobaczyliśmy Polaków. Ja byłem jeszcze dzieckiem, ale pamiętam wszystko, jakby to było dziś. Dawali nam cukierki i czekoladę, taką amerykańską. Czy pan wie, że jej opakowanie trzymam do dziś? Noszę je ze sobą w brewiarzu, jako zakładkę. O, proszę. – Don Enrico pochylił się i tuż przed nosem Groma pojawiło się wyblakłe opakowanie po czekoladzie z napisem Supper. Grom uśmiechnął się i czekał na dalszy ciąg opowieści. – Wielu żołnierzy zostało wtedy rannych, wielu śpi snem wiecznym, o tam! – kontynuował ksiądz, wskazując dłonią w kierunku południowym.
– San Lazzaro di Savena – wyjaśnił szybko Francesco, nim don Enrico ponownie nabrał powietrza – tam jest wasz cmentarz wojskowy z drugiej wojny światowej.
– No właśnie – ksiądz wszedł mu bezpardonowo w słowo – Stanislao omal też się tam nie położył. Został ciężko ranny i wiele miesięcy spędził w szpitalu, potem nastąpiła długa rekonwalescencja, a tu wojna się skończyła i należało wracać do kraju, tylko że Stanislao stracił podczas wojny wszystkich bliskich i został sam. Jego rodziną była armia. Do Polski nie chciał wracać, pan wie czemu... Komuniści... Co było robić? Został więc tu z nami. Zdjął mundur, a nie mając żadnego wykształcenia, imał się każdej fizycznej pracy, no ale że nie miał zdrowia, bo wie pan, te rany...
– Tak, te wojenne...
– No właśnie, ciężko mu było, strasznie biedował, kraj przecież taki zniszczony, nikomu lekko nie było...
– Rozumiem. I co dalej ze Stanisławem?
– Ożenił się – oświadczył triumfalnie don Enrico. – Ożenił się z najbrzydszą i jednocześnie najbogatszą panną w okolicy, ale jak mówią: Ftéss una cuntadéñna la per una regéñna.
Grom nie zrozumiał powiedzenia w dialekcie bolońskim, więc don Enrico wyjaśnił mu je szybko po włosku: Ubierz wieśniaczkę, a wyda ci się królową.
– Urody i ogłady rzeczywiście Pan Bóg jej nieco poskąpił – kontynuował ksiądz – ale za to serce miała złote i elegancko się nosiła. Zakochała się bez pamięci w naszym Stanislao. Początkowo jej nie chciał, ale w końcu uległ jej dobroci, czułości i pobrali się. Od tej pory nie musiał pracować, bo rodzina żony posiadała dwie duże firmy. Z czasem pojawili się też jego polscy koledzy z armii. Okazało się, że w okolicy jest ich całkiem sporo, a on ich wspierał, zatrudniając w tych firmach. Przyjaźnili się przez całe lata, potem większość pomarła, Stanislao jest jednym z ostatnich... Jego żona także umarła, niedługo po porodzie. Lao został sam z dzieckiem, ale i z dobrze prosperującym biznesem. Nigdy się ponownie nie ożenił. Był religijny, właściwie nadal jest. Nie spowiadał się wprawdzie u mnie, ale zwierzał, więc po święceniach zostałem bardziej jego przyjacielem niż duchowym przewodnikiem. W ostatnich latach z powodu rozrzutności syna większość interesu została sprzedana, ale nadal żyło mu się dostatnio i wiem, że wnuczkę zabezpieczył, chociaż na razie niczego na nią nie przepisywał, bo...
Tu don Enrico przerwał i zażądał, aby Francesco zatrzymał samochód. Kapłan wysiadł i skierował się, po kilku kurtuazyjnych ukłonach, wprost do wznoszącej się na łagodnym wzgórzu winnicy.
– Ciągnie wilka do lasu – skomentował krótko Francesco, wyjaśniając, że don Enrico udał się na partyjkę pokera – stara się walczyć z nałogiem, ale wciąż ulega. No cóż – westchnął – szkoda, bo myślałem, że pomoże ci porozmawiać z najbliższymi znajomymi pana Stanislao.
Stanisław miał sześć przyjaciółek, które odwiedzał regularnie raz w tygodniu. Każda miała swój własny dedykowany dzień. W niedzielę zaś, jak chwilę wcześniej poinformował ich podczas wspólnej jazdy don Enrico, „kochany Lao odpoczywał tak, jak Pan Bóg przykazał, spędzając popołudnie na plebanii”. Wszystkie kobiety Stanisław traktował na równi, żadnej nie faworyzował. Grom szybko zrozumiał, że między starszymi osobami wytworzyło się poczucie wspólnoty, więź niezbędna i ratująca od samotnego życia w starszym wieku, na które zostali skazani przez los. Stanisław znajdował się w centrum uwagi kobiet i nierzadko bywał ofiarą ich emocji. Często była to zazdrość, jeżeli został u którejś dłużej niż u pozostałych, lub bardziej pochwalił obiad innej, często jednak bliska zażyłość, troska – bo sąsiadki w potrzebie pomagały nie tylko jemu, ale i sobie wzajemnie. Taki styl życia powodował, że trudno było, aby ktokolwiek miał przed sobą jakiekolwiek tajemnice. Żyli w swego rodzaju symbiozie starszych ludzi, którzy są sobie potrzebni, czasem się kłócą, ale przede wszystkim się lubią.
Grom dostał od uśmiechniętego Francesca sześć nazwisk starowinek. Wszystkie były wdowami. Jego włoski przyjaciel podsunął mu dodatkowo wyniki badań statystycznych okolicy, w której prowadzili śledztwo informujące, że umieralność mężczyzn w znaczący sposób przewyższała umieralność kobiet, co oznaczało, że między 75. a 95. rokiem życia pan Stanisław nie miał praktycznie żadnej konkurencji.
Rozmowy z paniami były jednymi z najtrudniejszych, jakie Grom przeprowadził w swojej karierze. Pomyślał ironicznie, że prościej byłoby mu rozmawiać z seryjnym mordercą, przynajmniej wiedziałby, kogo ma przed sobą i według jakiego klucza myśleć. Tymczasem, jak się później okazało, każda z wdów, oprócz jednej, odziana była w głęboką czerń i prezentowała silną osobowość, a tego konkretnego dnia także wyjątkowo żywiołową niechęć do znajomych sąsiadek. Rozmowę rozpoczął od Anny Azzecchi, choć właściwie precyzyjniejszym stwierdzeniem byłoby, że miał do czynienia z monologiem.
– Ze mną Lao spotykał się w czwartki. Tak, na herbacie. Polacy bardzo lubią herbatę, a ja ją dobrze parzę. Czy ostatnio wydarzyło się coś dziwnego? Wartego zapamiętania? Tak! Oczywiście. Ta wariatka Beppa zaczęła ubierać się na kolorowo i chyba z tego powodu tuż przed zabójstwem Daniele Stanislao przesiedział u niej godzinę dłużej niż normalnie. Daniele zginął dwa dni później. Jaki to ma związek z zabójstwem? Chyba żaden, ale pan pytał, czy stało się coś dziwnego, więc właśnie powiedziałam, że ta Beppa...
Wywołana do tablicy kolorowa wdowa otworzyła Gromowi drzwi, zanim w nie zapukał i wyrzuciła z siebie już w progu:
– Widziałam, że był już pan u tej zmurszałej Giny Lollobrigidy. Tak. Mam na myśli panią Azzecchi. Widziałam przez okno, jak pan od niej wychodził. Czy przed śmiercią Daniele wydarzyło się coś dziwnego, wartego zapamiętania? Nie, niczego takiego sobie nie przypominam, ale niech pan idzie od razu do pani Rossi, ona mieszka najbliżej Lao i cały czas go obserwuje. Jest starsza niż Pompeje i Herkulanum razem wzięte, ale ma sokole oczy. Jeśli coś się wtedy wydarzyło, ona to widziała.
Pani Rossi na początku również nie pozwalała mu dojść do słowa:
– No tak... Był już pan prawie u wszystkich i dopiero teraz do mnie zachodzi? Ale proszę, proszę wejść. U mnie Stanislao bywał zawsze w piątki, chociaż ze względu na sąsiedztwo widywałam go częściej niż inne. Proszę usiąść. Tak, tu pod oknem, żebym lepiej pana widziała. Och, jacy ci Polacy przystojni... Czy w przeddzień zabójstwa coś się zdarzyło? Niech pomyślę... Tak! Daniele i Lao odwiedziła wnuczka z chłopakiem. No, jaka wnuczka? Wnuczka Lao, a córka Daniele! Ta z ustami jak glonojad. A, nie wie pan... Zaraz, mam tu gdzieś zdjęcie z festynu z zeszłego lata, pokażę panu.
Grom obejrzał zdjęcie i skrzywił się. Młoda, ładna dziewczyna oszpeciła sobie twarz, pompując usta do rozmiarów oponek. Na zdjęciu pozowała zadowolona z dziadkiem i rosłym młodym mężczyzną.
– Kto to? – zapytał, wskazując na niego palcem.
– Marco, jej narzeczony. Może trochę groźnie wygląda, ale zawsze był miły dla nas i przede wszystkim dla Stanislao. Pomocny. Jak coś trzeba było odmalować czy naprawić – zawsze chętny... Nie brał pieniędzy. Może trochę zbyt ciekawski, ale... – Zawahała się.
– W jakim sensie? – podchwycił Grom.
– Jak robił naprawy, to zaglądał tu i tam bez pytania, jednak... ja tam w sumie nic nie wiem – staruszka nagle zmieniła front i zakończyła zwierzenia.
Kolejna wdowa dla odmiany udawała, że nic nie wie o jego obecności w wiosce i sama usiłowała go przesłuchać przy suto zastawionym stole.
– Pani się kogoś spodziewa? – zapytał uprzejmie.
– Nie, tak jakoś zgłodniałam, proszę siadać i się częstować.
W związku z tym, że Grom był oszczędny w słowach, nieco obrażona brakiem wylewności z jego strony powiedziała niespodziewanie:
– Niedawno Daniele i Stanislao pokłócili się.
– Wie pani o co?
– Skąd! Ja nie podsłuchuję.
– Ale może się pani domyśla, kobiety mają taką intuicję... – Grom zaryzykował nawijanie makaronu na uszy.
Poszło gładko, bo staruszka przegryzła ciasteczko, popiła je wodą i odpowiedziała:
– Pokłócili się o jakiś album ze zdjęciami.
– Co w nim było?
– Przecież mówię, że zdjęcia – prychnęła starowinka, patrząc na Groma z politowaniem. – Kilka starych, jeszcze czarno-białych, ale większość już z czasów, kiedy Stanislao opiekował się wnuczką. Uwielbiali spędzać razem czas. Lao pilnował tego albumu jak oka w głowie.
– Czemu się o niego kłócili?
– Bo ktoś go zabrał. Wyniósł z ich domu. Stanislao wybaczył sprzedanie jego rzeczy, medali, ale zabranie bez pytania tego albumu bardzo go zdenerwowało. Syn i wnuczka zarzekali się, że żadne z nich go nie ruszało. Przecież taki album to żadne pieniądze, nikt z nich by na nim nie zarobił.
Grom już chciał powiedzieć, że ów zaginiony album został odnaleziony pod zwłokami Daniele, ale się powstrzymał.
Adwokat Groma już od dłuższej chwili czytał opowiadanie i widać było, że jest nim autentycznie zainteresowany, jednak przerwał zdecydowanie lekturę, gdy w prawej kieszonce koszuli zawibrował telefon. Zapewne przypomniał właścicielowi, że czas to pieniądz. Grom był jednak niewzruszony i spojrzeniem nakazał dokończenie czytania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
