Tutto Mio - Pippa Nixon - ebook
NOWOŚĆ

Tutto Mio ebook

Pippa Nixon

0,0

Opis

Niektóre serca potrzebują czasu, by znów zacząć bić… a niektóre zasady istnieją tylko po to, by je łamać.

Po rozstaniu z mężem Isabella Tucci opuszcza Londyn i wyjeżdża tam, gdzie czas płynie wolniej, by spełnić odwieczne marzenie – otworzyć własną restaurację. Obiecuje sobie, że to będzie nowy początek. Tylko ona i życie, które chce poskładać na nowo. Sama, bo z mężczyznami daje sobie spokój na cały rok.

Po drugiej stronie ulicy swoją restaurację prowadzi Etienne. Przyzwyczajony do lekkich, przelotnych znajomości, nikogo nie zatrzymuje przy sobie na dłużej. Bliskość? Owszem. Ale bez zobowiązań i obietnic.

A jednak Isabella od pierwszego spotkania wymyka się wszystkim jego zasadom. Nigdy wcześniej nie spotkał kogoś takiego jak ona, kobiety pełnej pasji i zaangażowania.

Wśród zapachu przygotowywanych potraw, dźwięku talerzy i ciepłych wieczorów Isabella próbuje trzymać się swoich postanowień. Etienne – swoich. Ale w miejscu takim jak to coraz trudniej uwierzyć, że niektóre uczucia są tylko na chwilę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 402

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: All Mine

Copyright © 2025 Pippa Nixon

The moral right of Pippa Nixon to be identified as the author of this work has been asserted in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act, 1988.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Dobromiła Jankowska, 2026

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca i prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz

Marketing i promocja: Judyta Kąkol

Redakcja: Marta Chelińska

Korekta: Magdalena Białek, Agnieszka Śliz

Projekt okładki i strony tytułowe: Ewa Popławska

Fotografia autorki na skrzydełku: © Nicola Light photography

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68889-51-2

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Rozdział 1Isabella

Oto klucze, pani Tucci.

Agent nieruchomości podał jej pęk kluczy w różnych kształtach i rozmiarach zawieszonych na dużym metalowym kółku. Isabella nie poznała wcześniej tego mężczyzny, ale obsługujący ją uprzednio pracownik się rozchorował. Ten, który w ostatniej chwili go zastąpił, miał czterdzieści kilka lat i kiepsko dopasowany garnitur.

– Panno – poprawiła go instynktownie i odrobinę się cofnęła, patrząc na budynek, przed którym stali.

Nie żeby było co podziwiać. Okna zabite deskami. Łuszcząca się farba. Ale Isabella widziała, co się za nimi kryje. Widziała przyszłość tego miejsca oraz własną. Odetchnęła głęboko i jej twarz rozjaśnił uśmiech.

– Tucci… Niezwykłe nazwisko – ciągnął niezrażony i przy okazji wścibski mężczyzna. – Włoskie?

– Moja rodzina pochodzi z Włoch – odparła. – Może pan mówić do mnie po imieniu, Isabella.

– To ogromny projekt. – Agent zakołysał się na piętach i wydął policzki. – Z pewnością zajmie trochę czasu.

Zrozumiałe, że tak sądził, ale Isabella nie miała luksusu, jakim był czas. Zostały jej ledwie trzy miesiące, by odmienić ten budynek i w ciągu roku zrealizować swój cel: nowe życie. Dziewięć długich miesięcy zajęło znalezienie odpowiedniej nieruchomości, wygranie przetargu i załatwienie niekończącej się papierkowej roboty. A teraz w końcu ściskała w dłoni klucze i zostało jej dziewięćdziesiąt dni.

– Finansowo to też może być studnia bez dna… – mówił dalej mężczyzna, serwując rady, o które nie prosiła. – Bo kiedy trzeba tyle…

Powtrzymała ten mansplaining, unosząc dłoń.

– Przegląd wyszedł dobrze. Strukturalnie budynek jest w porządku. Potrzebuje wielu kosmetycznych poprawek i pewnie nowych instalacji.

Już kiedy wypowiadała te słowa, poczuła ucisk w żołądku. Milion razy analizowała liczby, ponieważ stawiała wszystko, co miała, by zacząć od nowa. Pieniądze z ugody rozwodowej, ze sprzedaży domu, z życia, które – jak sądziła – miała prowadzić już zawsze. Wielokrotnie sprawdzała opłaty i podatki, bo teraz nie było już nikogo, kto mógłby ją wesprzeć. Nikogo, z kim dzieliłaby koszty. Na samą myśl czuła mdłości.

Po raz kolejny spojrzała na budynek w ciepłym, przyjemnym słońcu późnego sierpnia. Niewielki, bielony, wychodził na wyłączony z ruchu miejski plac. Nic ciekawego, o czym mogłaby napisać do bliskich – jeszcze. Ale już wyobrażała sobie odmalowaną fasadę i doniczki z kwiatami w oknach. Słyszała dobiegającą ze środka muzykę. Zerknęła nad drzwi, gdzie jeszcze wisiał dawny szyld, i myśl o tym, że wkrótce powiesi tu swój własny, na powrót zmieniła niepokój w podekscytowanie. To miejsce należało do niej i zamierzała odnieść sukces.

– Pomóc pani wejść? – zapytał agent i wyciągnął rękę, by z powrotem wziąć od niej klucze.

– Dam sobie radę, panie Reynolds. Niedługo powinni się pojawić ludzie od przeprowadzek. Ale dziękuję za wszystko. – Chciała to zrobić sama.

– Mąż też przyjedzie? Pomoże? – dociekał agent, rozglądając się.

Isabella zmusiła się do uśmiechu, choć pytanie ją zirytowało. Dlaczego ludzie myślą, że gdy kobieta chce coś w życiu osiągnąć, potrzebuje mężczyzny?

– Nie, jestem sama.

„I tak jest zdecydowanie lepiej”, przypominała sobie, odrzucając włosy, choć bolesne ukłucie sprawiło, że zacisnęła usta. Wspomnienia były zbyt świeże. Te dobre trzymała gdzieś głęboko ukryte. Zauroczenie, podekscytowanie, poranki, wakacje, pierścionek zaręczynowy, biała suknia i pierwszy wspólny dom – obrazy przemknęły jej przez głowę jednocześnie, jakby oglądała nagrania. Śmiechy przy kuchennym stole. Oglądanie filmu i przytulanie na kanapie. Ale od niedawna po tych wspomnieniach pojawiały się nowe i bolesne, o których w ogóle nie chciała pamiętać. Kto by pomyślał, że weźmie ślub i rozwiedzie się przed ukończeniem trzydziestu trzech lat?

– Jaki ma pani plan na to miejsce? – nie odpuszczał Reynolds. Włożył ręce do kieszeni spodni i podzwaniał kluczami podejrzanie blisko swoich jąder. – Salon kosmetyczny? Salon manikiuru?

Zdusiła irytację. Kolejny stereotyp. Ludzie patrzyli na nią i widzieli opadające na plecy długie fale brązowych włosów. Oliwkową cerę, wysokie kości policzkowe i równe, białe zęby. Widzieli, że jest szczupła, wysportowana i umięśniona, zaokrąglona tam, gdzie trzeba. Nie próbowali więc nawet szukać intelektu. Po prostu zakładali, że ma wygląd i tyle. Oczywiście w salonach kosmetycznych czy manikiuru nie było nic złego, jedno i drugie to usługi pierwszej potrzeby. Isabella jednak miała inne plany.

– Restauracja – odparła zdecydowanie.

Podniósł brwi niemal do linii przedwcześnie przerzedzonych włosów.

– Wow, trudna robota.

Wzruszyła ramionami. Nie bała się trudności. Ale facet nie kończył:

– Siedzenie do późna… No i problemy z personelem…

Normalnie chodząca Wikipedia zagłady. Zignorowała to paplanie, ponieważ jej wzrok przykuł miedziany błysk na chodniku, tuż u jej stóp. Jednopensówka. Dobry znak. Schyliła się, by podnieść monetę, szybko na nią chuchnęła i włożyła do kieszeni.

– Zatem niezamężna? – nie odpuszczał agent zza pleców Isabelli, która przewróciła oczami i się wyprostowała.

Obróciwszy się, dostrzegła zadowolony wzrok mężczyzny, który przyglądał się jej od stóp do głów i zatrzymał na biuście. Odchrząknęła, a on gwałtownie uniósł głowę, równając się z nią spojrzeniem.

– Nie – odparła niewzruszenie. – Bardzo szczęśliwa singielka.

Wypiął po męsku pierś, a Isabella dodała szybko, by powstrzymać kolejne pytania:

– Nie mam czasu na rozpraszacze. Nie, dopóki to miejsce nie odniesie sukcesu.

„Zostały trzy miesiące”, przypomniała sobie. A właściwie niecałe trzy. Do początku nowego życia i końca rocznego szlabanu na mężczyzn, który sama na siebie nałożyła. Po rozstaniu z Danielem przysięgła, że przez rok będzie singielką i powstrzyma się od seksu. Komu potrzebni faceci, całe to zamieszanie i kłamstwa? A w bonusie złamane serce, niepokój i utrata pewności siebie? Zamierzała wydobrzeć i skupić się na sobie, zanim pozwoli kolejnemu mężczyźnie wejść w swoje życie. Nawet na jedną noc.

Na początku było łatwiej, niż zakładała. Chociaż od czasu studiów prowadziła regularne i zdrowe życie intymne, nie od razu zaczęło jej brakować seksu. Wieść, że znów jest singielką, szybko się rozeszła, nawet jeśli Isabella bynajmniej nie miała ochoty się tym chwalić. Tak naprawdę to chyba szok po rozwodzie sprawił, że czuła się odrętwiała i zdecydowanie odrzucała propozycje randek. Na siłowni specjalnie się nie wychylała i unikała kącika dla mięśniaków. Skoncentrowała się na pracy w agencji reklamowej, a potem złożyła wypowiedzenie i udało jej się uniknąć pijackich zaczepek na pożegnalnej imprezie. Za wszelką cenę pragnęła o siebie zadbać. Po traumatycznych przeżyciach poprzedniego roku uznała, że „rok dla Isabelli” jest właśnie tym, czego potrzebuje. Czasem wystarczająco długim, aby znów poczuć się silniejszą i udowodnić wszystkim, zwłaszcza Danielowi, że się mylili.

Ale ostatnio pojawiło się dziwne, znajome kłucie w dolnej części brzucha. Czuła, że zmysły budzą się na nowo, a pragnienia spychają traumy na dalszy plan. Kupiła kilka pikantnych romansów i dwa razy w ciągu miesiąca musiała wymienić baterie w wibratorze. Kiedy ten rok dobiegnie końca, zdecydowanie nie zamierza odpoczywać. Zostały trzy miesiące. Czas płynął.

– Sprawdzała pani konkurencję w okolicy? – Agent nieruchomości skinął głową, wskazując przeciwną stronę placu.

Isabella podążyła za jego spojrzeniem. Ołowiane okna, ceglana fasada, niski dach. Potrafiła sobie wyobrazić, jaka atmosfera panuje w środku – mnóstwo przytulnych zakamarków, zakątki oświetlone blaskiem świec, drewniane belki sufitowe. Wcześniej zerknęła na ich menu w sieci: stek z frytkami, coq au vin. Restauracja, ale niestanowiąca bezpośredniej konkurencji dla miejsca, które wymyśliła Isabella.

To miała być tradycyjna włoska knajpka, w której zamierzała podawać potrawy od pokoleń gotowane przez jej bliskich. Z przepisów spisanych ręką babci oraz tych z trudem wklepanych w komputer i wydrukowanych przez matkę. Kuchnia jej dzieciństwa – jej rodziny, jej przeszłości – miała stać się drogą do przyszłości.

Kiedy patrzyła w stronę Bistro, w jego drzwiach pojawił się jakiś mężczyzna i obserwował ich oparty o framugę. Nawet z daleka Isabella widziała idealnie opięte na udach dżinsy i jasnoniebieską koszulę dopasowaną tam, gdzie trzeba. Ściereczka zatknięta za pasek zwisała przy jego biodrze. Kelner? Właściciel? Instynktownie się wyprostowała i uniosła podbródek. Świadoma bycia obserwowaną, zastanawiała się, czy jemu również podoba się to, co widzi.

– Ekhm. – Agent nieruchomości głośno odchrząknął, ale Isabella go zignorowała.

Mężczyzna naprzeciwko skinął na przechodzącą blondynkę i zawołał coś, co najwyraźniej ją rozśmieszyło. Potem oparł się ponownie i dalej patrzył. Nawet nie próbował się z tym kryć. Chwilę później zawołał go ktoś ze środka i facet się wyprostował. Zanim zniknął, machnął jeszcze na przywitanie, a Isabella odpowiedziała tym samym, lekko się uśmiechając. No dobra, co prawda nie wolno dotykać, ale zawsze miło popatrzeć na coś ładnego.

– Cóż, w takim razie będę już leciał, jeśli jest pani pewna, że nie mogę w niczym pomóc.

Trzeba przyznać, że koleś był uparty, nie odpuszczał. Ale to zupełnie nie jej typ. Ponownie zerknęła na puste drzwi po drugiej stronie placu. Tamten zdecydowanie bardziej by jej pasował. Szybko się otrząsnęła. Co to w ogóle za rozmyślania? W końcu miała w ręku klucze do swojej przyszłości, to nie pora na rzucanie pożądliwych spojrzeń w stronę przystojnego nieznajomego.

– Poradzę sobie, panie Reynolds, dziękuję.

Podeszła do drzwi. Największy klucz z łatwością wszedł w zamek i obrócił się z przyjemnym kliknięciem. Sekundę później agent zawołał raz jeszcze:

– Jak się będzie nazywało to miejsce, Isabello? Ta restauracja?

Uśmiechnęła się, tym razem szczerze i oszałamiająco.

– Tutto Mio – odparła.

Zmarszczył czoło.

– Tutti…?

– Tutto Mio – powtórzyła. – Czyli „tylko moje, całe moje”, panie Reynolds. Tylko moje.

Weszła do środka.

Po czasie spędzonym na placu w blasku słońca późnego lata ciemność wewnątrz restauracji zdawała się nieprzenikniona. Zabite deskami okna prawie w ogóle nie przepuszczały światła, a Isabella bardzo chciała zobaczyć w całości miejsce, które z taką pewnością sobie wybrała. Przesuwała dłonią po ścianie, aż znalazła włącznik i wcisnęła go, czując, jak serce zaczyna szaleć z ekscytacji.

Oto ona. Oświetlona kilkoma punktowymi reflektorkami i zwisającą jarzeniówką, której dni były policzone. W całej swojej brudnej i podupadłej chwale: jej restauracja.

W głównej sali jadalnej mogło swobodnie usiąść nawet sześćdziesiąt osób. A może i więcej, jeśli na wyjątkowe uroczystości zmieni układ miejsc, ale biznesplan opracowała właśnie na sześćdziesiąt. Przy przeciwległej ścianie znajdował się stos najróżniejszych plastikowych stolików i krzeseł – wszystkie wkrótce znikną. Laminowane blaty i szkolne siedziska zdecydowanie nie pasowały do projektu, który miała w głowie Isabella.

Intensywna tapeta z kwiatowym wzorem odklejała się łukiem od jednej ze ścian, odsłaniając łuszczący się tynk. Linoleum zaskrzypiało, kiedy Isabella powoli się obracała, próbując sobie wyobrazić, jak to miejsce będzie wyglądać za kilka miesięcy.

Pragnęła ładnego eklektyzmu. Czegoś, co przypominałoby domową kuchnię – znajomą, bez napinki. Chciała zachęcić gości, by dłużej posiedzieli przy stoliku, nie zmuszać ich do wyjścia, obserwować, jak zamawiają kolejną butelkę wina i rozmawiają przy kawie. Wyobrażała sobie drewniane stoły żywcem wyjęte z matczynej kuchni. Żadnych wydumanych obrusów i podkładek. Krzesła z poduszkami, kolorowe solniczki i pieprzniczki. Na każdym stole wazoniki z roślinami z okolicznych pól lub sezonowymi bukiecikami żonkili i przebiśniegów. Półka z książkami, świeża gazeta i zestaw lektur, które można przeglądać, jedząc w pojedynkę. Szafka z grami dla rodzin z dziećmi, by między daniami mogły grać w Węże i drabiny lub Czwórki. Na chwilę przymknęła powieki i usłyszała cichy śmiech oraz rozmowy ludzi, którzy mieli się tu pojawić. Otworzyła oczy, wracając do jeszcze smutnej rzeczywistości, ale uśmiech nie zniknął.

Przeszła do kuchni. Ostatnio prowadzono tutaj kawiarnię; była zamknięta od jakichś dwóch lat. Wyposażenie zapewne nadawałoby się do użytku, ale Isabella wiedziała, że w Tutto Mio musi mieć to, co najlepsze. Zamówiła już profesjonalny piec gastronomiczny, który powinni dostarczyć za miesiąc – miał stanąć w nowym, czystym i higienicznym miejscu przygotowywania posiłków, obok dużej przestrzeni na lodówki i zamrażarki.

Wszystko już zabudżetowała i rozpisała, wielokrotnie przeanalizowała, ale skala inwestycji wciąż przyprawiała ją o ból brzucha. Co gorsza, przypominała jej również minę Daniela – uniesione w powątpiewaniu brwi, czoło zmarszczone pod burzą jasnych włosów. Odgoniła od siebie ten obraz, ale dobrze wiedziała, co by teraz powiedział były mąż – lekko protekcjonalnym tonem osoby uważającej, że Isabella nie może i nie powinna tego robić. Słyszała w głowie: „gastronomia to taki trudny biznes” i „bezpieczniej byłoby w coś zainwestować”, a także „musimy skupić się na jednym pomyśle i oczywiście mój ma większy sens” oraz niewypowiedziane wprost „ponieważ za kilka lat, kiedy pojawią się dzieci, nie będziesz już mogła prowadzić restauracji”. Pieprzyć go. I tak nigdy nie wierzył w to marzenie. Ono należało tylko do niej.

Pragnęła tego od zawsze. Kiedy poznali się z Danielem na uczelni, jedną z pierwszych ważnych rozmów była właśnie ta o ambicjach i planach na przyszłość, prowadzona przy nocnej wódce z Colą. Isabella studiowała zarządzanie, by wiedzieć, jak poprowadzić kiedyś własną restaurację. Wcześniej ukończyła letnie kursy gotowania i zdobyła wymagane certyfikaty. Wiedziała już, jakie potrawy chciałaby podawać – te same, które lubiła jeść jako dziecko, nastolatka i młoda kobieta przy matczynym stole. Opowiadała o tym Danielowi, a on otwierał szeroko oczy i powtarzał, że będzie wspaniale. „Ponieważ ty jesteś wspaniała”, mówił.

Jednak gdzieś po drodze to marzenie zostało zastąpione przez plany Daniela. Jego uniwersytecki staż zmienił się w ofertę pełnego etatu, a po ukończeniu studiów przeprowadzili się do Londynu, by mieszkać bliżej jego eleganckiego biura w szklanym wieżowcu z widokiem na Tamizę. Isabella zaczęła pracę w marketingu – mogła w niej wykorzystać wykształcenie, ale nie zbliżała się ani trochę do miejsca, w którym pragnęła się znaleźć. Daniel dużo pracował i dużo zarabiał, dzięki czemu mogli wpłacić zaliczkę na pierwszy wspólny dom i spędzić miesiąc miodowy na Saint Lucii. Za każdym razem, gdy powracał temat restauracji, mąż zmieniał go na inny. Oprócz tego powtarzał, że uwielbia po pracy wracać do domu, wiedząc, że ona na niego czeka. Nie zamierzała zaprzeczać – również to uwielbiała. Daniel przychodził, rzucał płaszcz na poręcz schodów i wołał ją po imieniu. Całował w kark, kiedy ona siekała warzywa albo marynowała mięso na kolację. Pachniał miastem, metrem oraz nocnym powietrzem i mówił, że Isabella pachnie domem. Westchnęła. Dalej bolało.

Oczyściła z bałaganu blat i podskoczyła, by usiąść na nim po turecku. Dobry moment, by powiedzieć światu, co się wydarzyło. Od kilku miesięcy Isabella nie udzielała się towarzysko, nie publikowała nic na Instagramie i nie kontaktowała się ze starymi przyjaciółmi. Rozwód z zasady dzielił grupę znajomych na pół – ale dla niej liczyli się tylko Jesse, kolega z uczelni, i kuzynka Gabriella. Wiedziała, że jej nie opuszczą, bez względu na wszystko.

Nie wychylała się, zraniona i zawstydzona po tym, co się wydarzyło. Miała wrażenie, że wszyscy na nią patrzą, mówią o niej – zresztą oczywiście tak było. Bo tak właśnie się dzieje, kiedy odkrywasz, że twój mąż ma romans. Który, nawiasem mówiąc, trwa od kilku lat. Niemal przez połowę małżeństwa. Jak mogła być tak ślepa?

Wciąż pamiętała, jak wzięła do ręki jego telefon, by zarezerwować na wieczór stolik w restauracji, i zobaczyła powiadomienie o wiadomości. Dość oczywistej wiadomości, której nadawczyni zwracała się do niego zdrobnieniem „Danny”, choć Isabelli zdawało się, że tylko ona nazywa tak swojego męża. Okazało się, że wieczorne spotkanie równie dobrze może sobie darować, ponieważ Daniel zamierzał i mieć ciastko, i zjeść ciastko. Ogarnęło ją potworne rozczarowanie i czuła się upokorzona, uświadomiwszy sobie, że jej małżeństwo zaraz zakończy się w tak banalny sposób. Żona znajdująca dowód zdrady na telefonie męża. Bo oczywiście przejrzała też pozostałe wiadomości. Znalazła zarówno takie o treści seksualnej, jak i – co gorsza – pełne miłości.

Kiedy się rozstali, Isabella wpadła w dół tak potężny, że ledwie dawała radę zwlec się z łóżka. Przyjechała Gabi, która bez pytania wprowadziła się do pokoju gościnnego. Dawała kuzynce przestrzeń, gdy ta jej potrzebowała, i przytulała ją, gdy to było lepsze rozwiązanie. Zmuszała Isabellę do niedzielnych spotkań z rodzicami, by martwili się trochę mniej. Towarzyszyła jej podczas podróży metrem do biura trzy razy w tygodniu. Kiedy mogła pracować zdalnie, Isabella właściwie nie zdejmowała piżamy, ale Gabi przygotowywała różne dziwne dania, które podejrzała na TikToku, i wspólnie zjadały je, siedząc przed telewizorem. Oprócz kuzynki Isabella widywała się wyłącznie z Jessem, który co wieczór dzwonił i przypominał, że faceci są gówno warci. A sam wiedział to najlepiej. Wiadomości od innych znajomych pozostawały bez odpowiedzi. Isabella płakała w łóżku, w wannie i w salonie, w pustym domu i z pustym sercem. Gabi dokładała chusteczki.

Po jakimś czasie emocje zaczęły się zmieniać. Czuła wstyd, że Dan ją zdradził, i złość, że to ona straciła całe życie, które zbudowała. W uczelnianej grupie znajomych stanowili przecież modelową parę: zakochali się w sobie na pierwszym roku i pobrali zaraz po ukończeniu studiów. Jesse upił się kiedyś szampanem i oznajmił, że chciałby „mieć kogoś takiego jak Daniel”. To oni kupili dom, ciężko pracowali i oszczędzali. To oni planowali rodzinę, przyszłość. Jak śmiał jej to wszystko odbierać? Jeszcze przez wiele następnych miesięcy pragnęła i tego, i jego samego. Nawet jeśli był dupkiem. Nie mogła powstrzymać tych uczuć. Bo był dupkiem, ale jej dupkiem.

W ciągu dziewięciu miesięcy od podpisania papierów rozwodowych Isabella przeszła długą drogę i teraz, tutaj, w swojej restauracji, w końcu poczuła się wystarczająco silna, żeby o tym opowiedzieć. Wróciła. Wyjęła telefon i odpaliła Instagrama. Nowy profil.

Kilka chwil później opublikowała pierwsze zdjęcie z Tutto Mio, choć na razie tylko z podpisem „Nowa włoska restauracja – już wkrótce”. W nadchodzących miesiącach zamierzała dodawać materiały na profil, a jej plany były poważne. Chciała wykorzystać swoje zawodowe doświadczenie w mediach społecznościowych, by wywołać zainteresowanie oraz przyciągnąć mieszkańców okolicy, a także tych gotowych przejechać kawałek drogi, by zjeść dobry posiłek.

Trzymała telefon w dłoni i przez chwilę wpatrywała się w ekran, czując przypływ nostalgii. Pokusa dawnego życia. Nie mogła się oprzeć i kliknęła na swoje stare zdjęcie profilowe: radosny okrąg rozpromienionej twarzy, z tyłu błękitne niebo, słońce odbijające się od ciemnych okularów. Przewinęła kilka postów. Zdjęcia z plaży, tęcze, odbicia w kałużach podczas deszczowych spacerów. Dwie pary kaloszy przy tylnym wyjściu. Choinka rozświetlająca okno. Drinki w knajpianym ogródku – jedno piwo, jedno Pinot Grigio. Wszystko krzyczało: „szczęście!”. Poczuła kolejne bolesne ukłucie. I pomyśleć, że uwierzyła, iż to Daniel będzie jej „i żyli długo i szczęśliwie”. Pewnie powinna być teraz wdzięczna, bo zrozumiała, że coś takiego nie istnieje.

Dochodzący z ulicy odgłos klaksonu przywrócił Isabellę do rzeczywistości i zapowiedział przybycie facetów od przeprowadzek. Zeskoczyła z blatu i odłożyła telefon ekranem do dołu.

Mężczyźni. Nic dziwnego, że nie chciała mieć z nimi do czynienia.

Rozdział 2Etienne

Etienne stał w wejściu do Bistro i obserwował plac, jak robił to każdego ranka. Odbył już zwyczajową przebieżkę, czyli szybkie pięć kilometrów po miasteczku. Na początku zawsze czuł się fatalnie, ale pod koniec treningu, kiedy przebiegł przez park i dotarł nad rzekę, robiło się sto razy lepiej. Szczególnie o tej porze roku, kiedy już minęła koszmarna fala upałów. Zdążył wziąć prysznic i się przebrać, choć miał jeszcze wilgotne włosy i czuł przyspieszone tętno pod błękitną koszulą. Dobry moment, by odetchnąć, zanim zacznie się pracowity dzień. Lubił też patrzeć stąd na życie toczące się w okolicy.

Dostrzegł Millie, drobną blondynkę, która prowadziła miejscową firmę PR-ową i szła właśnie do biura. Machnął jej na przywitanie. Odpowiedziała tym samym i lekko się zarumieniła, a Etienne przypomniał sobie tę samą przyjemną falę czerwieni, która rozlała się na jej policzkach, gdy kilka tygodni wcześniej Millie rozpinała przed nim bluzkę. Fajnie było. A teraz, patrząc, jak kobieta odchodzi, kołysząc odzianymi w kostium biodrami, rozważał powtórkę. Przez moment. Odepchnął od siebie tę myśl. Nie. Żadnych takich. Powinien pozostać przy niezobowiązującym spotkaniu. Przygoda na jedną noc. To zawsze lepsze wyjście.

Wzdłuż południowej strony placu rozstawiono kilka straganów. Warzywniak, stoisko rybne, rodzina sprzedająca rzemieślniczy gin, sklepik z serami i oliwkami w wiaderkach.

Po przeciwnej stronie placu stali kobieta i mężczyzna, odwróceni do niego plecami. Patrzyli na dawną Keeper’s Café, zamkniętą od chyba dwóch lat. Słyszał plotki, że ktoś kupił lokal. Może to nowi właściciele.

Coś jednak mówiło Etienne’owi, że nie są parą. Za bardzo się różnili. Ona miała długie, opadające na plecy włosy i czarne dżinsy dobrze leżące na krągłych biodrach. On był ubrany w wymięty garnitur, a spod rzadkich włosów prześwitywała skóra głowy. On raczej krępy, ona smukła. Przez chwilę Etienne przyglądał się, jak rozmawiają, po czym zauważył u mężczyzny podkładkę z klipsem i klucze, które podał kobiecie. Aha. Agent nieruchomości.

A więc to ona przejmowała kawiarnię. Etienne rozejrzał się po placu, szukając jakiegoś jej partnera – biznesowego albo życiowego. Ale zauważył tylko okolicznych mieszkańców. Większość znał z imienia, niektóre kobiety także z łóżka. Zatem była sama.

I wtedy odwróciła się, by na niego spojrzeć. Zacmokał z zadowoleniem. Nawet z oddali dostrzegał, jaka była piękna. Patrzyła odważnie prosto na niego. Lekko przechyliła głowę, włosy opadły jej na ramię.

Zastanawiał się, czy podejść i się przedstawić, ale wtedy ktoś zawołał go z restauracji. Patrzył jeszcze przez chwilę na nieznajomą i uniósł dłoń w geście powitania. „Witamy na dzielni, mała”. Odpowiedziała tym samym i Etienne od razu się zainteresował.

Ale musiał iść do roboty. Zresztą dreszczyk tajemnicy czasami się przydawał. Choć – spójrzmy prawdzie w oczy – zwykle nie musiał czekać zbyt długo, zanim dostał to, na co miał ochotę.

Wyjął telefon i wszedł na pierwszy grupowy czat – Brothers from Another Mother. Etienne tak blisko przyjaźnił się z Foxem, srebrnowłosym projektantem gier, i Walkerem, miejscowym strażakiem, że w mieście często mówiono o nich „trzej amigos”.

Etienne: Nowa laska w mieście, panowie. Przejmuje dawną Keeper’s Cafe.

Ptaszki w sekundę zrobiły się niebieskie.

Walker: Zdążyłeś się już przedstawić i zaproponować boskie doznania?

Etienne: Nie, tylko widziałem, jak odbiera klucze.

Walker: Może wpadnę sprawdzić jej alarm przeciwpożarowy?

Etienne: Dobry pomysł. Gorący towar.

Etienne się skrzywił, widząc swój kiepski żart.

Fox: Ta informacja mogłaby mnie zainteresować, gdybym miał czas albo siłę. Ale mam tylko deadline na nową grę…

Fox przez chwilę pisał kolejną wiadomość.

Fox: Reggie ma w poniedziałek oddać szkolny projekt, czyli musimy zrobić cholernego dinozaura.

Pauza, znów kropki.

Fox: A George od rana już dwa razy rzygał jak kot.

Etienne znów się skrzywił. Synowie Foxa byli super. Zwariowani, śmieszni, piegowaci bracia, nieustająco w ruchu, chyba że spali. Jednak od śmierci żony Fox zajmował się nimi w pojedynkę i było to spore wyzwanie.

Etienne: Pomóc ci w czymś, Fox?

Wiedział, że Walker także będzie czekał na odpowiedź. Bo choć lubili sobie pożartować, zrobiliby dla siebie wszystko. Już zresztą robili. I zrobiliby znowu.

Fox: Daję radę. Chyba że masz ochotę pomóc Reggiemu w weekend i zrobić T-Rexa?

Etienne przez ułamek sekundy analizował obsadę restauracji.

Etienne: Sobota po południu? Koło 15?

Fox: Ratujesz mi życie.

Walker: Kończę zmianę o 16. Dołączę do was.

Fox: Jesteście the best, chłopaki.

Etienne zamknął czat i idąc do kuchni, guglował, jak zrobić dinozaura.

Rozdział 3Isabella

Kilka dni później w Tutto Mio pojawiło się tylu robotników, że Isabelli cudem udało się znaleźć dziesięć minut dla siebie od momentu, kiedy przyszli rano, do chwili, kiedy skończyli. Miała problem nawet z wyjściem do toalety, bo co pięć sekund musiała odpowiadać na jakieś pytanie. A zazwyczaj – jak teraz – dopiero na sedesie mogła odpisać mamie, która błagała o wieści.

Grupa Mia Famiglia

Mamma: Jak idzie?

Isabella: Idzie! Dzisiaj mam dziesięć osób.

Papà: Pokaż im, kto tu rządzi, Isabella!

Isabella: Oni to wiedzą, papà!

Mamma: Wyślesz zdjęcie?

Isabella: Wieczorem wyślę raport z postępów.

Mamma: Jadłaś coś?

Isabella: Pewnie, mamma. Nie martw się!

Skrzywiła się, że musi kłamać, schowała telefon do kieszeni i zeszła na dół, zgarniając po drodze ciabattę.

Przez pierwszych kilka dni puszczała muzykę z głośnika na full i sprzątała znajdujące się nad restauracją mieszkanie, każdy jego centymetr. To był jej nowy dom. Umyła ściany, kilka nawet pomalowała, parownicą wyczyściła wykładziny. Przyjechały też meble i choć nie było ich zbyt wiele, sama je wybrała – tylko te, które lubiła. Nie chciała przywozić starej kanapy, na której przytulali się kiedyś z Danielem, ani małżeńskiego łóżka, w którym spali, marzyli i się kochali. Kiedy już otrzeźwiała na tyle, by zrezygnować z jego podpalenia, sprzedała łóżko na lokalnym forum razem z pozostałymi rzeczami, które zostawił Daniel. Pojęła w końcu, że wcale nie jest emocjonalnie przywiązana do przedmiotów po tym, jak małżeństwo się zakończyło – nie miała już do nich serca. Nastrojowe zdjęcia kupione kiedyś na targu nad Tamizą teraz wydawały się nijakie. Szafka, którą kupili na złomowisku i odnowili tak, by wyglądała na starą, ale elegancką, teraz wyglądała już tylko na starą. Zniknęło wszystko poza ubraniami Isabelli, jej albumami ze zdjęciami, przyborami kuchennymi, telewizorem i przenośnym głośnikiem.

Pieniądze ze sprzedaży wystarczyły, by zacząć od nowa, a mieszkanie na piętrze od razu zrobiło się przytulne, choć skromnie urządzone. Zamierzała dokupić lampy, narzuty, poduszki i chodniki; pokój od frontu i sypialnia okazały się wygodne i przytulne. Wysyłała zdjęcia Jessemu, który natychmiast odpowiadał uniesionym kciukiem lub serduszkiem. Jeszcze oczywiście nie zdążyła nikogo tu zaprosić. Ale przynajmniej pod koniec długiego dnia, kiedy Isabellę bolały plecy, a energii miała tylko tyle, by starczyło jej – o ironio – na podgrzanie gotowego posiłku przed pójściem spać, wracała do miłego miejsca.

Dziś ekipa zajmowała się czyszczeniem szafek i montowaniem w kuchni nowych gniazdek elektrycznych. Isabella zamierzała w tym czasie zrywać tapety, co było klejącą i wilgotną robotą. Upięła włosy na czubku głowy w niedbały koczek i związała go jasnoniebieską chustką. Miała na sobie stary obcięty biały T-shirt i wyblakłe dżinsy, i tak już brudne od farby, idealne do takich zajęć. Zrobiła jeszcze selfie dla Gabi, na którym napinała biceps, unosząc w górę parownicę do tapet.

Gabi: Girl power!

Isabella: Wiadomo.

Nie mogła się doczekać, co znajdzie pod kwiecistą tapetą. A musiała zrobić to teraz, by w przyszłym tygodniu mógł przyjść tynkarz i odtłuścić ściany. Najpierw ściany, potem odzyskiwanie drewnianych podłóg, a następnie wystrój wnętrza. Lista nie miała końca. Isabella odpaliła parownicę, włączyła radio, podniosła nóż do tapet i zabrała się za robotę.

Po godzinie znalazła właściwy rytm. Było to zaskakująco satysfakcjonujące zajęcie. Kiedy muzyka zamilkła między piosenkami, Isabella usłyszała z kuchni jakiś krzyk. Potem drugi głos, przekleństwa i kolejne krzyki. Wyłączyła muzykę i pobiegła w stronę hałasu.

Otworzyła drzwi i trafiła w jeden wielki chaos. Z rury w ścianie, na wysokości pasa, tryskała woda. Jeden z budowlańców, już całkiem przemoczony, próbował usunąć z okolicy elektronarzędzia, a drugi facet w kombinezonie usiłował zablokować przeciek kciukiem, co tylko sprawiało, że woda leciała we wszystkich możliwych kierunkach. To on klął jak szewc. Zamilkł na widok Isabelli i kręcąc głową, oznajmił:

– Przy zdejmowaniu szafki trafiliśmy w rurę.

Trzeci robotnik siedział pod zlewem z głową schowaną w szafce, a znad paska jego opuszczonych dżinsów widać było górną część pośladków.

– Tu go nie ma…! – zawołał, po czym wysunął głowę i zauważył Isabellę. – O! Gdzie masz zawór odcinający, kochana?

Isabella zmarszczyła czoło, zastanawiając się, gdzie widziała kurek. Przeszła, rozchlapując wodę, po mokrych kafelkach prosto do schowka, w którym kiedyś stała pralka wykorzystywana w kawiarni. Otworzyła drzwi szafki w rogu i z triumfem oznajmiła:

– Tutaj.

Phil z wydatnym brzuchem wystającym spod koszulki i kluczem w dłoni doślizgał się bliżej i wsadził głowę do kolejnej szafki. Słyszeli, jak sapie z wysiłku, a potem rozległo się donośne:

– Kurwa!

Zawór pękł na pół. Woda zaczęła tryskać prosto na Isabellę, natychmiastowo mocząc jej T-shirt i twarz. Wspaniale.

– Co teraz? – zapytała w kierunku pośladków. Mężczyzna wychylił głowę i woda ponownie trysnęła gigastrumieniem. Fachowiec próbował zablokować odpływ ściereczką, ale bez efektu. Woda była wszędzie, kapała nawet z podbródka Isabelli.

– Trzeba wezwać hydraulika, kochana. I to w trybie pilnym. Chyba że wiesz, gdzie znajduje się główny zawór dla budynku.

Isabella przez ułamek sekundy patrzyła na niego z niedowierzaniem, a potem wróciła do restauracji.

Wzięła telefon i wyguglowała: „gdzie znaleźć główny zawór wody”. Pierwszych kilka dopasowań podpowiadało: „zwykle na zewnątrz”, „czasami wspólny z sąsiadem”, „może być na chodniku przed budynkiem, a nie w środku”. Warto spróbować.

Isabella wybiegła na plac. Poczuła na skórze chłód wrześniowego poranka i to, jak rozpalone ma policzki od parownicy do tapet. Od razu sprawdziła chodnik przed restauracją, ale tak naprawdę nie wiedziała, czego właściwie szuka. Kurka? Nie. Klapki w ziemi z zaworem w środku? Chyba tak.

Na prawo od drzwi, pod oknami, nic nie znalazła, pobiegła więc na drugą stronę. Okazała się cała porośnięta chwastami i Isabella musiała wyrwać kilka garści strzępiastej trawy, żeby w ogóle coś zobaczyć. Tak, to mogło być to. Kwadratowa metalowa pokrywa, coś jakby mały właz. Zahaczyła palce o bok, ale nie dała rady go podnieść. Potrzebowała jakiegoś narzędzia. Cholera jasna.

Świadomość, że im dłużej trwa rozwiązywanie tego problemu, tym więcej szkód powstanie w restauracji, zmusiła ją do szybszego działania. Krzyknęła przez frontowe drzwi:

– Macie tam łom?! Lewarek?!

Pomruki, kolejne pomruki, potem usłyszała, jak ktoś grzebie w skrzynce z narzędziami, ale odkrzyknęli, że nie, nic nie mają. Sfrustrowana odwróciła się ponownie, szukając pomocy. Kątem oka dostrzegła jakiś ruch.

Facet z restauracji naprzeciwko znowu stał w drzwiach i obserwował. Isabella postanowiła, że pora poznać nowego sąsiada, ale bynajmniej nie zamierzała pożyczać szklanki cukru. Pobiegła przez plac i dostrzegła, jak facet szeroko otwiera oczy na jej widok.

– Cześć. Masz może pod ręką łom, lewarek albo coś podobnego? – Zamrugał zdziwiony i lekko się wzdrygnął, jakby próbował się skoncentrować. – Muszę zakręcić główny zawór wody, zanim wszystko mi zaleje!

Uśmiechnęła się przelotnie, próbując okazać przyjacielskie nastawienie, ale była naprawdę zdesperowana, a on wkroczył do akcji.

– Poczekaj – rzucił, odwrócił się i wszedł do środka, by chwilę później pojawić się z różnymi przydatnymi narzędziami. Pokazał jej zestaw, a Isabella odpowiedziała kolejnym uśmiechem.

– Dzięki.

– Chodź – rzucił, naciągając kaptur na głowę. – Pomogę.

Zdziwiła ją propozycja, ale nie zdążyła odmówić, bo mężczyzna ruszył przez plac. Faceci! Uwielbiają przejmować kontrolę.

Uklęknęli obok siebie na ziemi, ale Isabella lekko się odsunęła i wyciągnęła dłoń po narzędzie. To była jej robota. Pokrywa od razu się uniosła, a pod spodem rzeczywiście znajdował się główny zawór. Mężczyzna podał jej klucz, którym chwyciła i zamknęła dopływ wody. Upewniwszy się, że zrobiła to do końca, pobiegła do frontowych drzwi i zawołała:

– Przestało lecieć?

Przez ułamek sekundy nikt nie odpowiadał, a potem rozległy się wiwaty. Isabella opuściła ramiona i z ulgą odetchnęła. Odwróciła się i wyszczerzyła do faceta z restauracji.

– Załatwione! – oznajmiła z zadowoleniem, ruszając w jego stronę. – Bardzo dziękuję za pomoc.

– Nic przecież nie zrobiłem – odparł. – Sama to załatwiłaś.

Wstał i otrzepał dżinsy na kolanach. Kiedy stanął naprzeciwko, znów otworzył szerzej oczy – tak jak wtedy, gdy chwilę wcześniej biegła w jego stronę przez plac. To było zadowolone spojrzenie. Poczuła się, jakby była naga. Ale w miły sposób.

– Bez twoich narzędzi byłabym teraz zalana. – Wyciągnęła dłoń. – Isabella.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech, a w kącikach oczu – zmarszczki. Cholera. Wyjątkowo przystojny facet. Zielone oczy i ciemnobrązowe włosy tworzyły interesującą kombinację. Niedużo starszy, pewnie koło czterdziestki, bardzo męski.

– Etienne – przedstawił się. – Jestem właścicielem Bistro.

Kiedy ściskali sobie dłonie, schował jej mniejszą w swojej i chwilę przytrzymał. „Wyluzuj, dziewczyno”, pomyślała Isabella i schowała rękę do kieszeni.

– Od dawna tu jesteś? – zapytała.

– Jakieś cztery lata – odparł. – To dobre miejsce. Niedaleko teatru i w samym środku miasta. Widziałem pozwolenie na budowę. A zatem nowa restauracja?

– Martwi cię konkurencja? – zaryzykowała.

– Nie. – Etienne zachichotał, a ona odpowiedziała kolejnym uśmiechem. – Dla okolicy to dobra rzecz. Ściągnie wieczorami więcej ludzi. Otwierasz lokal z rodziną?

– Nie, jestem sama.

Tym razem pytanie jej nie zdenerwowało, bo jakaś jej część chciała, by Etienne dowiedział się, że jest singielką. Że nie ma nikogo innego. Mężczyzna uniósł brew i znów poczuła ciepło na karku.

– Cóż, w Honeybridge kwitnie życie towarzyskie, jeśli cię to interesuje. Zależy od tego, co lubisz.

Isabelle przez chwilę się zastanawiała. Oferta towarzyska dla singielek. To było dla niej coś nowego. Rany, nie powinna myśleć o zabawie, kiedy ten boski facet stał tuż przed nią. I mówił dalej:

– Bolthole to najlepszy bar w mieście, urządzają wieczorki tematyczne. Fajne, jeśli chcesz się wyrwać z domu. W księgarni Lit Lounge mają klub książkowy, jeśli lubisz czytać. A siłownia często organizuje różne wydarzenia, o ile interesuje cię fitness. W klubie wioślarskim co miesiąc…

Dokładnie na to liczyła. Pełne życia, ciekawe miejsce zamieszkania. Tylko jeszcze nie teraz.

– Brzmi doskonale. Ale dopiero, kiedy będę miała trochę więcej czasu.

– Jak idzie? – zapytał, wskazując wejście. – Remoncik?

Zaśmiała się.

– Szedł całkiem nieźle… do teraz! Robotnicy niechcący rozwalili jakąś rurę, a potem pękł zawór w środku. Mam tam prawdziwą Niagarę.

Przesunęła dłonią po policzkach, czując, że wciąż są wilgotne. Dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, jak właściwie wygląda – połowa włosów utknęła w chaotycznym koczku, zero makijażu, rumieńce od parownicy, powódź całą ją przemoczyła. A Etienne wyglądał doskonale, jakby właśnie wyszedł spod prysznica. Z bliska musiał bosko pachnieć. Rany, ależ ją rozpraszał.

– Kuchnia zalana, spiżarnia zalana… Ja jestem zalana…

Spuścił wzrok i powoli pokiwał głową.

– Taaak, właśnie widzę – rzucił, lekko się uśmiechając i unosząc brew. Znowu to spojrzenie. Jakby ją rozbierał. Jakby zaglądał jej pod ubranie.

Zaciekawiona podążyła za jego wzrokiem i zerknęła na siebie. Nie tylko twarz – ciuchy również były mokre. Koszulka, dżinsy, wszystko. Wcześniej nie dotarła do niej powaga sytuacji. I zupełnie zapomniała, że ma na sobie tylko cienki, biały T-shirt, który stał się zupełnie przezroczysty. Dumne i ciemne sutki odbijały się na mokrym materiale w chłodnym powietrzu wczesnej jesieni i to one wywołały tajemniczy uśmiech Etienne’a. Isabella nerwowo zakryła piersi rękami. Czuła we wnętrzu dłoni twardość sterczących sutków.

Za plecami usłyszała nagłe poruszenie. To robotnicy wylegli na zewnątrz i oparci o front budynku zaczęli zwijać papierosy i popijać z kubków. Oczywiście – przerwa na herbatę.

– Mój Boże – powiedziała do siebie Isabella, świadoma, że jest niemal naga, więc nie może odwrócić się do nich przodem.

Zatem przód wciąż oglądał Etienne. Bardzo z siebie zadowolony pozwolił sobie na cichy śmiech, spoglądając to na nią, to na fachowców, to znów na nią. Potem – jakby zasmucony – pokręcił głową, niechętnie podjąwszy decyzję.

– Masz. – Ściągnął przez głowę bluzę z kapturem, na moment podnosząc także koszulkę i odsłaniając fragment płaskiego brzucha ze ścieżką ciemnych włosów biegnących w dół. Podał jej bluzę, Isabella zgarnęła ją i przytuliła do piersi. – Muszę przyznać, że podoba mi się ten widok, ale nie wydaje mi się, że powinien pozostawać publicznie dostępny.

Wiedziała, że się rumieni, kiedy wkładała ubranie przez głowę i zasłaniała niegrzeczne sutki, wyraźnie zadowolone z poświęcanej im uwagi. Poczuła, jak są tkliwe; niemal bolały, kiedy dotknął ich materiał.

– Dzięki – wydusiła, a potem zaśmiała się zażenowana, otulając się bluzą. Pachniała wodą kolońską, intensywnie i drzewnie.

– Za nic w świecie bym tego nie przegapił – odparł Etienne i pogwizdując, ruszył z powrotem przez plac. – Do zobaczenia.

Patrzyła, jak odchodzi, i nagle zdała sobie sprawę, że w dłoni wciąż trzyma należący do mężczyzny klucz. Pomyślała o aktualnej dacie. Zostało jeszcze tyle miesięcy…

Następnego wieczoru, koło szóstej, kiedy robotnicy w końcu poszli na piwo i chipsy, ktoś zadzwonił do drzwi. Isabella natychmiast pomyślała, że to może być on – Etienne. Nie zamierzała okazywać zainteresowania, ale i tak zatrzymała się, by w lusterku sprawdzić zęby, a potem odrzuciła loki na plecy i ruszyła do wejścia. Kiedy przez kamerkę zobaczyła na progu dwie kobiety, zaśmiała się z samej siebie.

– Cześć! – Uśmiechnęła się niższa, jasnowłosa kobieta o oczach lśniących zza szylkretowych oprawek okularów.

– Dzień dobry – powiedziała jednocześnie ta wyższa, bardziej wiotka i rudowłosa.

Obie wyciągnęły w stronę Isabelli torebki prezentowe.

– Witamy w Honeybridge – oznajmiła blondynka.

Isabella patrzyła na nie, nie wiedząc, czy to jakaś powitalna delegacja, czy może handel uliczny. Chciały, żeby coś kupiła? Podpisała jakąś petycję?

Rudowłosa dostrzegła jej konfuzję.

– Przepraszam. Jestem Wren.

– A ja Rosie. – Blondynka skinęła głową.

– Jesteśmy właścicielkami Lit Lounge.

– Księgarni.

– I chciałyśmy przywitać cię w miasteczku.

– Dlatego kupiłyśmy ci to. – Jasnowłosa Rosie pokazała przewodnik turystyczny po Honeybridge.

– Oraz to – dodała rudowłosa Wren i ze swojej torebki wyjęła butelkę białego wina, a potem drugą, różowego.

– Nie wiedziałyśmy, jakie lubisz! – zaśmiały się jednocześnie.

– Jedno i drugie! – Isabella szeroko otworzyła drzwi i zaprosiła je do środka.

Po dziesięciu minutach pierwsza butelka została napoczęta. Isabella znalazła duże opakowanie chipsów, a Wren i Rosie zasiadły na kanapie, podwinąwszy stopy, jakby bywały tu już setki razy wcześniej.

– Opowiesz nam swoją historię? – zapytała Rosie.

– Słucham? – zdziwiła się Isabella.

– Nie słuchaj jej – wtrąciła Wren. – Dla niej wszystko jest historią. Nikt nie ma większej obsesji na punkcie książek. Dlatego prowadzimy księgarnię.

– Nic na to nie poradzę – tłumaczyła Rosie. – Fascynują mnie historie ludzkiego życia. – Obie wyraźnie czekały na jej odpowiedź.

– Cóż… – Isabella nie wiedziała, od czego zacząć. Od podstawówki? Studiów? Jak daleko miała się cofnąć w czasie? Odchrząknęła, ale z gardła nie dobyło się ani jedno słowo.

– Co cię tutaj sprowadza? – zapytała Rosie. Za ogromnymi oprawkami okularów, które bardzo często poprawiała na nosie, miała szeroko otwarte oczy i zainteresowane spojrzenie.

– Rozwiodłam się – powiedziała w końcu Isabella, na co Wren wyprostowała się zaciekawiona, a Rosie wyglądała, jakby zamierzała zacząć notować.

– Przykro mi – powiedziała Wren.

– Wielka szkoda – dodała Rosie.

Isabella milczała przez chwilę, wzruszyła ramionami i westchnęła.

– Okazało się, że mój mąż od kilku lat miał romans.

– Drań! – powiedziały kobiety jednocześnie.

– Więc czuję się trochę jak idiotka.

– No weź. – Gościnie zgodnie przewróciły oczami.

– Niczego nie podejrzewałam – ciągnęła.

– Dobrze się ukrywał? – Rosie oparła łokcie na kolanach, jakby oglądała fascynujący film.

– Wydawało mi się, że jesteśmy szczęśliwi – mówiła dalej Isabella. – Dowiedziałam się niedługo przed wakacjami, na które mieliśmy razem jechać.

– Niewiarygodne! – wtrąciła Wren.

– I nawet po tym, jak znalazłam tamtą wiadomość, próbował się wszystkiego wyprzeć.

– Dupek – oznajmiły jednocześnie.

Isabella się zaśmiała. Miały rację. A w czasie, jaki zajęło im wspólne wypicie połowy kieliszka, zdążyła już poczuć, że znalazła nowe przyjaciółki.

– No ale jak znalazłaś się tutaj?

Isabella wzięła głęboki wdech, dolała wszystkim wina i zaczęła mówić. Opowiedziała skróconą wersję historii swojego małżeństwa, rozwodu, nadziei i marzeń. Kiedy mówiła, Rosie przytuliła się do Wren, która objęła ją ramieniem, a Isabella zdała sobie sprawę, że te gesty oznaczają coś więcej niż tylko relację zawodową. To, w jaki sposób się dotykały, dokańczały nawzajem swoje zdania i często wymieniały uśmiechy, przypominało jej relację z Danielem – tę sprzed miliona lat. Poczuła bolesne ukłucie. Ta myśl jednak sprowokowała też inną: ile razy mąż siedział koło niej na kanapie, trzymając telefon w kieszeni i czekając na ekscytujące wibracje oznaczające wiadomość od kochanki? Ile razy wracał do domu z kwiatami „tak po prostu”, co w rzeczywistości oznaczało „tak po prostu, bo przez cały wieczór bzykałem się na ksero z koleżanką z pracy”.

– Tak czy owak, teraz moim domem jest Honeybridge, a ta restauracja to moja przyszłość. – Dopiła jednym haustem wino i chciała sobie dolać, ale butelka białego była pusta. Podeszła do lodówki po różowe i pokazała je dziewczynom, pytając:

– Otwieramy?

– No raczej.

Isabelli spodobał się ich entuzjazm dla opowiadania historii, w dodatku najwyraźniej dzieliły też miłość do wina. Lepiej być nie mogło.

– Zwykle w tygodniu nie pijemy – przyznała Wren, wyciągając kieliszek po dolewkę.

– Ale dzisiaj mamy wolny wieczór – dokończyła Rosie, podając swoje szkło.

– W środę wieczorem Riley jedzie do taty.

– Riley to nasza córka. – Rosie pokazała ekran swojego telefonu, z którego uśmiechała się trzylatka o włosach tak samo rudych jak te Wren, w założonej daszkiem do tyłu czapce baseballowej i z ubrudzonym policzkiem.

– Wygląda na bardzo energiczną – zaśmiała się Isabella.

– Dobrze się domyślasz – potwierdziła Rosie, spojrzała na zdjęcie i odłożyła komórkę.

– Ma charakterek.

– Skorzystałyście z dawcy? – Isabella zapytała Wren. – Żeby zajść w ciążę? – Umościła się na krześle zaciekawiona ich historią.

– O nie, nie byłam w ciąży! – sprostowała Wren. – Wszyscy tak zakładają z powodu koloru włosów Riley. I się nie mylą, jest moim dzieckiem. Ale jej nie nosiłam.

Isabella zmarszczyła brwi, lekko skonfundowana, bo nie chciała powiedzieć czegoś niewłaściwego.

– Ja ją nosiłam – oznajmiła z dumą Rosie, a Wren przytuliła ją mocno i wyjaśniła:

– Moje jajeczko, zapłodnione przez Toby’ego, naszego przyjaciela, wszczepiono Rosie. Donosiła ciążę i urodziła Riley.

To miało sens. Para kończyła za siebie zdania, nic dziwnego, że dokończyła także ciążę.

– A więc ty jesteś jej matką biologiczną – zwróciła się do Wren – a ty rodzoną – powiedziała do Rosie.

Uśmiechnęły się szeroko.

– Bingo.

– A ojciec?

– To nasz stary kumpel, Toby, który przez cały ten czas zachowywał się naprawdę cudownie. Choć wydaje mi się, że jest nieco rozczarowany, ponieważ Riley nie pozwala mu się bawić we fryzjera na swoich włosach.

– Tak, nie ma czasu, żeby tak długo siedzieć nieruchomo. – Rosie ciepło się uśmiechnęła.

– Ale jest u niego w każdą środę wieczorem i co drugi weekend.

– Dzięki czemu my mamy wino i czas dla dorosłych, wiesz, o co chodzi. – Wren wyszczerzyła się w kierunku Isabelli, ale na Rosie spojrzała już zupełnie inaczej.

Błysk w jej oku powiedział Isabelli wszystko, co musiała wiedzieć o późniejszych planach tych dwóch. I nie obejmowały one partii Scrabble’a.

– Wiem, o co chodzi – potwierdziła z westchnieniem i upiła łyk wina. – Choć ja aktualnie nie mam na to szans. – Wyciągnęła ręce nad głową i pozwoliła, by opadły na boki.

Rosie i Wren się wyprostowały, pozostawiając flirtowanie na później.

– Dlaczego, na miłość boską?

– Jesteś przepiękna. Faceci na pewno się o ciebie zabijają.

– Nie chodzi o nich, tylko o mnie.

Isabella upiła kolejny łyk i opowiedziała o swojej dobrowolnej abstynencji od seksu. Rosie coraz szerzej otwierała oczy za szkłami okularów, aż zaczęła przypominać piękną, jasnowłosą sowę.

– Cały rok? – Wren nie wytrzymała. – To znaczy rozumiem zamysł, naprawdę, biorąc pod uwagę, że twój ostatni partner był kłamliwym zdrajcą. Ale rok bez seksu?

– Już udało mi się wytrzymać ponad dziewięć miesięcy… – odparła Isabella. – Zostały tylko dwa miesiące oraz dwadzieścia trzy dni.

– I widzę, że wcale ich nie odliczasz!

– To trochę jak oczyszczanie podniebienia pomiędzy daniami? – zapytała Rosie. – Trzeba dać sobie trochę czasu, żeby pozbyć się kiepskiego smaku, który pozostał po poprzednim?

Isabella się zaśmiała i wzruszyła ramionami.

– Tak. Chcę mu też udowodnić, że dam radę zrobić to sama. Mogę być singielką i odnieść sukces. Nie potrzebuję nikogo innego.

– Obyś chociaż miała porządny wibrator. – Wren nie pytała, tylko stwierdzała fakt.

– Kilka – odparła Isabella i wszystkie trzy pokiwały głowami.

– I naprawdę odkąd tu przyjechałaś, nie czułaś żadnej pokusy? – Wren wciąż nie dowierzała.

Isabella przypomniała sobie prześwietlające ją spojrzenie Etienne’a z poprzedniego dnia.

– Nie. – Pokręciła głową. – Ale nie widziałam wiele poza supermarketem i sklepem budowlanym.

– Cóż, nigdy nie wiadomo, może zaraz stwierdzisz, że niektórym mężczyznom z Honeybridge po prostu nie da się oprzeć.

– Nie, dzięki. Dopiero kiedy minie rok i uda mi się otworzyć restaurację.

– Jeszcze zobaczymy – oznajmiła Wren, podnosząc się z kanapy i pomagając wstać Rosie. – Musimy się zbierać.

– I to po tym, jak wypiłyśmy ci całe wino! Wybacz! – dodała Rosie, ale zdecydowanie nie było jej przykro. Wyglądała na szczęśliwą i lekko wstawioną.

Wren podała Isabelli swój telefon.

– Wpisz swój numer. Założę nam grupę na WhatsAppie.

Rosie czknęła.

– Poznamy cię z Amber, naszą przyjaciółką. Ona też przeprowadziła się tu dopiero rok temu. Co kilka tygodni chodzimy razem do Bolthole, może będziesz miała ochotę?

Isabella miała ochotę.

Kiedy zamknęły się frontowe drzwi, wzięła do ręki komórkę.

Grupa Mia Famiglia

Isabella: Mam nowe koleżanki!

Papà: Super! Kto to?

Isabella: Rosie i Wren. Prowadzą tu księgarnię.

Papà: Biznesmenki jak ty! Świetny początek.

Isabella: Wszyniosły pino.

Mamma: Przyniosły wino?

Isabella: Tak. Są cudowne!

Mamma: Napij się wody, Isabello. Jadłaś coś?

Isabella: Nie martw się, mamma.

Wylizała pustą torebkę po chipsach i poszła spać.