100 osób interesuje się tą książką

Opis

Tajemnicze głosy z jeziora odzywają się po latach… Czy prokurator Halszka Hardy dowie się, o czym mówią?

W apartamencie na warszawskim Śródmieściu ginie sławny pisarz. W klubie na Bulwarach Wiślanych kelnerka odnajduje zwłoki barmana. Obie sprawy prowadzą młoda, rozpoczynająca karierę prokurator Halszka Hardy i doświadczony komisarz Vincent Lewicki. Wpadają oni na trop prasłowiańskiej sekty, która może mieć związek z zabójstwami oraz z tajemniczymi zatonięciami nastoletnich kobiet sprzed lat. Podążając za nieoczywistymi wskazówkami, próbują połączyć pozornie niezwiązane ze sobą wątki z pogranicza jawy i snu, które wiodą od Szwecji po Warszawę, Bieszczady i Augustów.

Czy klucz do rozwiązania obu zagadek znajduje się w przeszłości bohaterów?
Czy odkrycie tak zawiłej tajemnicy będzie wymagało nadzwyczajnych zdolności?

Umarli mają głos! „Topielice” to wielowątkowy kryminał z elementami słowiańskimi i domieszką parapsychologii, w którym główni bohaterowie, Halszka Hardy i Vincent Lewicki, tworzą niezrównany duet.

Autorka Sylvia Wilczyńska to absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Z wykształcenia projektantka mody, socjolog i magister zarządzania. Z pasji aktorka i pisarka. Twórczyni monologów scenicznych. Kryminał „Topielice” jest jej debiutem powieściowym.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 543

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2020

© Copyright by Sylvia Wilczyńska, 2020

Projekt okładki: Teresa Chylińska-Kur, KurkaStudio

Zdjęcia na okładce: © sky-blue images/stocksy.com

Zdjęcie Sylvii Wilczyńskiej: © Janek Mazur

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Joanna Rodkiewicz

Korekta: Marta Kozłowska

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2020

ISBN: 978-83-66503-50-2 (EPUB); 978-83-66503-51-9 (MOBI)

www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

PROLOG
1 GRUDNIA 2018

Nie mogła otworzyć powiek. Nawet lekkie uchylenie stanowiło nie lada wyczyn. Jakkolwiek się starała, wysiłek był ponad jej siły. Czuła w nozdrzach zapach starego mokrego drewna. Może to szopa? Leśniczówka? Stodoła? Coś w ten deseń. Niespodziewanie znowu powrócił. Tępy ból w okolicach potylicy. Musiała dostać tępym narzędziem. Ktoś ją uderzył. Tak. To jedyne, czego była pewna. Ktoś uderzył ją nagle w tył głowy. Starała się coś sobie przypomnieć. Znaleźć w pamięci jakiś punkt zaczepienia, aby wypełnić lukę. Przewertowała w myślach pobieżnie ostatnie dwa tygodnie, jak strony książki, do której wraca się po latach. Na nic. Wszystko na nic. Dopadło ją potworne znużenie. Zmęczenie i ból. Całe ciało krzyczało z bezsilności. Odmówiło posłuszeństwa. Nie była w stanie odebrać z zewnątrz żadnych bodźców. Słyszała jedynie rytmiczne, szybkie bicie swojego serca. Pam–pam, pam–pam, pam–pam. Skupiła się na nim w nadziei, że powtarzający się cichy dźwięk przywróci w jej głowie obrazy. Krew w żyłach krążyła rozpędzona, buzująca, jak kipiący na ogniu garnek. Chciała przetrzeć mokre od potu czoło. Zmusiła wszystkie swoje komórki w mięśniach do podniesienia ręki. Nie mogła. Wzięła głęboki wdech. Spróbowała raz jeszcze. To na nic. Nie potrafiła poruszyć ręką nawet w minimalnym stopniu, a co dopiero skierować ją do twarzy. A jeśli straciła czucie? Jeśli jest sparaliżowana? Boże! Co teraz? Przed oczami pojawiły się sceny najgorsze z możliwych.

Czuła, że zaraz zginie. Była tego pewna, tak pewna, że po trochu oswajała się z tą myślą. Zaprzyjaźniała się z wizją siebie leżącej gdzieś w dole, przysypanej ziemią. Wyobraziła sobie zwykłego spacerowicza z kijkami w rękach (co w obecnych czasach nazywa się dyscypliną sportową) natrafiającego na jej zwłoki. Czy odkryją, kim ona jest (a raczej była)? Na pewno. Nawet jeśli zostanie spożyta i przetrawiona przez najobrzydliwsze robale, to są metody, aby to sprawdzić. Przecież zostaną kości. Możliwa jest identyfikacja ciała na podstawie uzębienia denata. Podobno to jak linie papilarne. Kiedyś widziała program o komputerowym nakładaniu skóry na czaszkę. Taka wymodelowana twarz odzwierciedla wizerunek trupa. A raczej kogoś, kto stał się trupem. Jeżeli znajdą jej ciało za dwadzieścia lat, to rozwój techniki pozwoli na dojście do prawdy jeszcze przed lunchem.

Właśnie. Dojście do prawdy. Była gotowa na śmierć, ale zanim umrze, chciała poznać prawdę. Musiała ją poznać. Ta prawda ją tu przywiodła. Prawda, która nie pozwalała jej zasypiać miesiącami. Prawda, która podsuwała do głowy tysiące wersji, setki komunikatów, których ona, idiotka, nie potrafiła zrozumieć. W sumie dobrze jej tak. Za głupotę się płaci. Nie wykorzystała daru otrzymanego od losu. Gardzenie prezentami tak się kończy. Masz w dupie swoją wyjątkowość, to zdychasz w jakiejś wiosce, na jakimś odludziu, w jakiejś szopie. Wszystko jest jakieś. Nawet nie jest określone, sprecyzowane. Miała już dosyć. Swojej ambicji, tupetu, braku hamulców i przede wszystkim upartości, która kazała jej tu przyjechać.

Już powoli odzyskiwała pamięć. Pojawiały się jakieś głosy. To chyba w jej umyśle. Trudno stwierdzić. Powieki nadal ważyły tonę. Nie drgnęły. Co z moim dzieckiem? Zabiorą go pewnie do sierocińca. Znając go, to bardzo możliwe, że sprawdzi się wersja z poprawczakiem. Teraz niebywale żałowała, że macierzyństwo spadło na nią tak gwałtownie, jak burza w sierpniowe przedpołudnie. Zapewne gdyby los obdarzył ją potomkiem w późniejszym wieku, i ona byłaby lepszą matką, i on lepszym synem. Ale tak się nie stało, więc nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Zrobiło jej się przykro. Całe jej dotychczasowe życie przypominało pasmo porażek. Dziwne, że wcześniej nie domyśliła się takiego biegu wydarzeń. To było dla niej idealne zakończenie. Zakończenie życia, które jak miała w zwyczaju mawiać, nigdy się z nią w tańcu nie pierdoliło.

Dopadła ją senność. Najchętniej położyłaby się w łóżku i zasnęła. W nogach czuła mrowienie i odrętwienie, miała ochotę je rozprostować. Spróbowała się lekko poruszyć. Nie mogła nawet rozdzielić stóp. W końcu to do niej dotarło. Była skrępowana. Cała sylwetka oklejona została grubą taśmą klejącą. Od czubków butów aż po szyję. Jedynie ust nie miała zaklejonych. To nawet gorzej, pomyślała. Czyli jest na takim zadupiu, że nawet szatan jej tu nie usłyszy.

Wtedy pojawił się szelest. Powiew mroźnego oddolnego powietrza, otulający jej lewą stronę. Zrozumiała. Siedzi przy drzwiach. Wieje ze szczeliny między podłogą a skrzydłem. Coś chlapało. Dźwięk przypominający ubłocone kalosze odrywające się od linoleum. Ktoś idzie. A więc to koniec. Nie ma już nic. Jak w tej piosence... Zaśmiała się w myślach. Tyle że ona nie jest wolna i nigdzie nie może iść. Odgłos dźwigni. Skrzypnięcie. Nagle silny przypływ zimna zmroził jej twarz. Charakterystyczna plucha mlaskających podeszew skierowała się przodem do niej. Teraz już chyba byłaby w stanie otworzyć oczy. Pytanie, czy chce. To by oznaczało, że spojrzy śmierci w twarz. I to dosłownie. Wtedy już nie będzie zlituj się. Czarna ziemia trzymała dla niej miejsce. Co to zmieni? Przynajmniej sprawdzi, czy przez ten cały czas miał rację.

Policzyła do trzech. Obcy milczał w zawieszeniu. Chyba czekał na ten moment od dawna. Nabrała powietrza, jak dziecko przed otwieraniem urodzinowego prezentu. Tyle że ona nie miała w sobie tak pokaźniej dawki entuzjazmu. Prędzej lęk wymieszany z poczuciem beznadziei. Czyli standardowe uczucia towarzyszące jej w życiu. Gdyby poproszono ją o wskazanie dwóch określających ją emocji, to bezspornie i prosto z mostu podałaby te dwie. Lęk i beznadzieja. Właśnie sobie uświadomiła (po raz dwa tysiące pięćset osiemdziesiąty czwarty, odkąd odzyskała świadomość), że pora przerwać ten łańcuszek żałości.

Podniosła powieki. Pierwszy raz w życiu doznała prawdziwego szoku. Towarzyszący jej stan określiłaby mianem koktajlu przedzawałowego. Wrzucamy do szejkera wszystkie możliwe emocje. Złość, smutek, zawód, pogardę, żal, niedowierzanie, przerażenie, zmęczenie, wkurwienie, histerię, rozbawienie, błogość, spokój, spełnienie. I mieszamy na wysokich obrotach. Po chwili: Voilà. Wypijamy duszkiem. Rzyg pierwsza klasa. Przeszedł po niej zimny dreszcz, jakby ktoś wylał jej na głowę kubeł lodowatej wody.

– A więc to ty – powiedziała. W jej głosie nie zabrzmiało ani rozczarowanie, ani smutek. Ani żal, ani lęk. Po prostu. Zwykłe, chłodne stwierdzenie faktu.

WARSZAWA
7 LUTEGO 2018

„Szanowni Państwo, proszę pozostać na swoich miejscach i zapiąć pasy. Podchodzimy do lądowania. W Warszawie jest obecnie piętnaście minut po północy czasu lokalnego. Temperatura wynosi minus osiem stopni Celsjusza. Dziękujemy, że wybrali Państwo nasze linie lotnicze”.

– Nareszcie – powiedziała dosyć głośno krępa brunetka, spoglądając na pasażerkę obok.

Ta jakby nigdy nic nie skierowała nawet wzroku w jej stronę. Czuła, jak to się skończy. Najpierw jedno słowo, odpowiedź uśmiechem lub przytaknięciem, a to już uwolni całą lawinę niepotrzebnych słów dotyczących zapewne życiorysu wygadanej sąsiadki z miejsca obok.

O nie! Na pewno nie, pomyślała Valeria. Nie mam ochoty na wysłuchiwanie jakichś głupot. Zwłaszcza teraz, po dwugodzinnym locie, kiedy jestem sterana jak pies. Odwróciła głowę w przeciwnym kierunku. Jednak ta nie dawała za wygraną.

– Przepraszam, pani mieszka w Sztokholmie, prawda? Przepraszam, że tak pytam, ale czy pani nie jest przypadkiem tą aktorką? Chyba panią kojarzę z tego serialu, co leci na jednym kanale rozrywkowym... Hmm... jaki to kanał? Nie mogę sobie przypomnieć – zamyśliła się, robiąc przy tym taką minę, jakby musiała przerzucić tonę węgla.

Valeria nie była nigdy wygadana. Nie była też osobą otwartą. Rozmowy z obcymi sprawiały jej wiele trudności, zwłaszcza te zaczynające się zwrotem, że „ktoś” ją „skądś” kojarzy. Zawsze kiedy pytający uświadamiał sobie, że rozmówczyni to Alice z serialu komediowego Återgå tillgymnasiet (dla polskich widzów Powrót doliceum), zaczynał wypytywać o szczegóły relacji głównych bohaterów. Wszyscy koniecznie chcieli wiedzieć, czy postać grana przez aktorkę zejdzie się z najbardziej lubianym odtwórcą roli męskiej. Oczywiście takich sekretów Valeria nie mogła zdradzić, chociaż wiele razy miała ochotę powiedzieć im prosto w twarz, że możliwe stanie się to tylko wtedy, gdy jej kolega z planu weźmie się w garść i skończy z powodzeniem odwyk, na który trafiał już pięć razy w ciągu ostatnich dwóch lat. Chciała też dodać, że trzeba być wyjątkowym idiotą, żeby oglądać serial opowiadający o dorosłych ludziach, którzy po zażyciu LSD odbyli podróż w czasie i wrócili do lat szkolnych. Fakt, że przyszło jej tam grać, był dla niej niezwykle upokarzający. Problem polegał na tym, że od dłuższego czasu nie miała innych propozycji.

Żyła wystawnie, na wysokim poziomie, obok swojego męża milionera. Jednak jedyną prawdziwą radość dawało jej wykonywanie zawodu. Zawsze marzyła, że będzie występowała na scenie albo w filmach niszowych, ambitnym kinie. Czuła, że właśnie do tego jest stworzona. Wyobrażała sobie, jak otrzymuje nagrody dla najlepszej aktorki, zbiera laury od elity ze światka filmowego. Tak się już od dawna nie działo. Jedyną nagrodą, jaką przyszło jej dostać, była ta od grona napalonych nastolatków dla najseksowniejszej aktorki ostatniego roku.

Nie tak to miało wyglądać. Ale ja się nie poddam. Jeszcze powrócę na szczyt, powtarzała sobie za każdym razem, gdy przegrywała kolejny casting.

Ostatnio natomiast los się do niej uśmiechnął. I teraz, siedząc w tym samolocie, słysząc głosy dobiegające gdzieś z oddali, ogarniała ją wielka radość. Wróciła na stare śmieci. Dostała rolę, o której zawsze marzyła. Pokaże całemu światu, na co ją stać, i to w jej rodzinnym kraju, w Polsce. Zagra główną rolę, do tego ambitną, wymagającą wielu poświęceń, emocjonalnie wykańczającą. Ale Valeria była gotowa do poświęceń.

Więcej kosztuje mnie granie w tym gniocie, myślała. Pragnęła tylko jednego: zagrać jak najlepiej, dostać kolejne świetne propozycje, dokończyć obecny sezon serialu i odejść. Najlepiej jakby mnie uśmiercili, wtedy droga powrotna byłaby zamknięta – aktorka często narzekała na to, że przyszło jej grać w serialu Powrót do liceum. Prawda zaś była taka, że gdyby nie on, nie miałaby gdzie występować i przygoda z aktorstwem skończyłaby się na zawsze. Mało kto ją kojarzył w Szwecji. Znana stała się za sprawą filmu, którego nie znosiła. W Polsce już wszyscy o niej zapomnieli. Dawniej grała dobre role, lecz zbyt małe, by o nich pamiętać. Kilka filmów, jakieś seriale. W teatrze była gwiazdą, miała etat, ale szybko z niego zrezygnowała. Nikt nie wiedział dlaczego. Ona sama później bardzo żałowała, że podjęła decyzję o odejściu. Scena dawała jej możliwość rozwoju, pracy nad rolą, analizy postaci, a nie pustego wkuwania kilku zdawkowych zdań na pamięć, udając przy tym, że przeżywa jakieś istotne z punktu widzenia bohaterki głębokie emocje.

– Wiem! – Z zamyślenia wybiło ją donośne westchnienie krępej pasażerki. – Kanał siódmy, prawda? – Uśmiechnęła się szelmowsko, jakby przypomniała sobie odpowiedź na pytanie za milion euro w bezsensownym teleturnieju przeznaczonym dla ignorantów.

– Nie. Musiała mnie pani z kimś pomylić. Przepraszam najmocniej, ale muszę już iść. – Na całe szczęście samolot wylądował, więc problem z uciążliwą towarzyszką podróży zniknął.

Wystarczyło jak najszybciej skierować się do wyjścia, odebrać bagaż i złapać taksówkę. Później prosto do hotelu i spać. Valeria była bardzo zmęczona, a rano czekała ją poważna rozmowa dotycząca nowej produkcji. Na szczęście nie casting. Rolę miała w kieszeni. Reżyser szukał odtwórczyni znającej szwedzki, potrafiącej również śpiewać i tańczyć, a ona to wszystko miała w małym palcu. Pracując w teatrze, dużo śpiewała i tańczyła, a zaraz po ślubie zamieszkała w wielkiej rezydencji swojego męża, usytuowanej w jednej z najdroższych dzielnic Sztokholmu.

Podczas drogi z lotniska do hotelu, przyglądając się ciemnym ulicom oświetlonym jedynie blaskiem neonów i latarni, uświadomiła sobie, jakie jej ośmioletnia nieobecność odcisnęła piętno na relacji z krajem. Bardzo rzadko bywała w Polsce. Na początku małżeństwa z Arnem miała jeszcze jakieś zobowiązania. Kończyła jeden film, w serialu została uśmiercona, ale trzeba było dograć parę scen retrospektywnych. Później już takiej potrzeby nie było. Rodziny nie miała, nikt z jej najbliższego otoczenia nie żył, a znajomych zmieniała w zależności od położenia geograficznego. Nie podtrzymywała na siłę relacji. Uważała, że na świecie jest wystarczająco dużo ludzi do poznania. Kurczowe trzymanie się starych przyjaźni tylko ogranicza zawieranie nowych. Czasu dla nich wszystkich nie wystarczy, więc niezbędne jest podjęcie decyzji, kto zostaje, a kto przechodzi dalej. Po tych kilku latach wyszło na to, że stały pozostał jedynie mąż. Głównie dlatego, że stanowił dla Valerii pewien rodzaj oazy spokoju i stabilności. Był przy tym jej najlepszym przyjacielem i najwierniejszym fanem. To on załatwił żonie udział w serialu komediowym. Producenci szukali rodowitej Szwedki, ale Arne przekonał ich, że warto zaryzykować i postawić na imigrantkę mówiącą biegle po szwedzku.

Pani Magnusson miała nordycki typ urody. Bardzo jasna skóra, długie, naturalnie falowane blond włosy i niebieskie oczy nie wyróżniały jej spośród miejscowej ludności. Jedynie akcent zdradzał, że pochodzi z Europy Wschodniej. Pan Magnusson miał natomiast swoje metody do przekonywania innych ludzi. Głównie posługiwał się argumentem finansowym. Jako właściciel i prezes jednego z największych koncernów kosmetycznych w całej Europie stał się głównym sponsorem sitcomu. Rzecz jasna żona nic o tym nie wiedziała. Sądziła, że to jej talent wpłynął na zmianę koncepcji producentów. W związku tych dwojga niedopowiedzenia były na porządku dziennym. Valerii nie interesowało, co porabia w wolnym czasie mąż ani jakie obowiązki wiążą się z funkcją prezesa. Przed wścibskimi zasłaniała się brakiem zdolności do przyswajania trudnych informacji, jak zwykła mawiać. Arne zaś nie chciał wtrącać się w prywatne sprawy swojej ukochanej. Wiążąc się z aktorką, zaakceptował jej skrytość i niechęć do informowania o swojej przeszłości. Stąd też wiedzę na temat życia małżonki miał nikłą. Był typowym Skandynawem, jak w tych stereotypowych kawałach. Trochę oschły, na pierwszy rzut oka nieprzystępny. Wysoki blondyn zawsze noszący idealnie skrojony garnitur i wypastowane na błysk pantofle. On też niewiele zdradzał żonie. Zwłaszcza w kwestii zarządzania firmą. Obydwoje żyli nieświadomie obok siebie, uznając za niepotrzebne dotykanie tematów, które mogłyby przyczynić się do pojawienia się konfliktów. A nawet jeśli nie konfliktów, to wykańczającej obie strony atmosfery zmierzającej w kierunku rozstania. Na to ani on, ani ona nie mogli sobie pozwolić. Pasowała im ta pełna zagadek sytuacja. Ponadto łączyło ich głębokie uczucie, chociaż sami nie byli w stanie określić, jaki to odcień miłości. Bo że takowa istniała, brali za oczywistość.

Valeria otworzyła drzwi kartą magnetyczną i weszła do wielkiego apartamentu na najwyższym piętrze hotelu w centrum stolicy. Uwielbiała podziwiać widok miasta z wysokości. Zwłaszcza nocą, gdy ciemność rozjaśniają światła ulic. Wyobrażała sobie wtedy, że jest jak jakaś mistyczna postać nad nimi. Obserwuje życie ludzi, ale jedynie jako całej poruszającej się masy. Z tak wysoka nie była w stanie przyjrzeć się bezpośrednio każdemu z osobna. Czuła, że Bóg widzi podobnie, dlatego nie poświęca czasu na poszczególne jednostki. Ona, pomimo życia w luksusie i realizacji swoich pasji (z lepszym lub gorszym skutkiem), czuła się opuszczona przez wyższe moce.

Była skazana na siebie i swoje działania. Była sobie sterem, żeglarzem, okrętem, twierdziła. Chociaż nie zawsze było to zgodne z prawdą. W życiu oprócz talentu miała też ogromnego farta. Na jej drodze pojawił się Arne Magnusson i to w najmniej oczekiwanym momencie. Kiedy Valeria musiała uciekać. Przed sobą, przed swoimi demonami. Odczuwała wtedy silny lęk, nie była w stanie wyjść z domu. Napady furii przeplatały się objawami depresji. Narastały do tego stopnia, że Valeria wpadała na coraz to bardziej szalone pomysły. Pewnej nocy postanowiła wyrzucić z okna wszystkie lustra. Sąsiedzi zawiadomili policję, a kiedy ta przyjechała, stwierdziła, że niezbędna będzie pomoc psychiatry. Na kilka miesięcy artystka trafiła do centrum terapii odwykowej. Zdiagnozowano u niej silne uzależnienie od środków farmakologicznych, głównie od antydepresantów, tabletek nasennych i morfiny. Po opuszczeniu ośrodka postanowiła wyjechać na wakacje. Chciała odciąć się od tego zdarzenia, odpocząć i wrócić już z pełnym zapałem do dalszej pracy nad filmami. Wróciła natomiast z mężem. Ponadto nie do własnego kraju, gdzie jej kariera zawodowa nabierała tempa, a do Szwecji jako zupełnie anonimowa osoba. To jednak nie przeszkodziło jej w odniesieniu sukcesu, który z czasem niestety osłabł.

Podeszła do barku, nalała sobie kieliszek martini, wrzuciła dwie kostki lodu i włączyła laptopa. Nabrała powietrza i ponownie zaczęła czytać wiadomość od producentów. Tekst nie stanowił długiego wywodu dotyczącego roli, analizy scenariusza i głównych wątków, ani też nie opisywał fabuły filmu. Brzmiał krótko i zwięźle, ale jednak zawierał coś, co sprawiało, że Valeria musiała powtarzać go co jakiś czas, od kiedy pierwszy raz otrzymała tego e-maila. Jak piosenkę, którą się słucha od nowa. Zanim utwór się zakończy, ustawia się znowu początek, by nie było nawet minimalnej przerwy w ciągłości. Za każdym razem jednak, analizując tekst słowo po słowie, stawała się silniejsza. Napędzała ją samoistna siła, jak swojego rodzaju perpetuum mobile. Zamknęła oczy i obijając opróżniony do połowy kryształowy kieliszek o kościste kolana, odtworzyła w głowie ostatnie zdanie wiadomości. Znane na pamięć co do słowa.

„Mamy nadzieję, że czytała Pani książkę. Mało kto jej nie czytał, to przecież światowy bestseller. Twórcą jest geniusz kryminału, Gustav Kornelowski”.

Nagle poczuła w dłoni zimną, lepką ciecz. Kieliszek musiał być uszkodzony, bo pod wpływem uścisku popękał i poharatał jej palce. Krew wymieszana ze słodkim alkoholem stała się w tym momencie metaforą uczuć gwiazdy. Artystka patrzyła na zakrwawioną dłoń, szkło na dywanie i czerwone plamy na podłodze. W gęstej kałuży brodziły jeszcze dwie nie do końca rozpuszczone kostki lodu. Przyglądała się całej sytuacji zupełnie z boku. Jak gdyby patrzyła zza kurtyny na kogoś innego. Nie czuła bólu fizycznego. W głowie miała zupełnie inny ból. Psychiczny.

Gustav... Gustav Kornelowski. Tak... Kocham tego autora. Mój ulubiony, uśmiechała się do siebie zaciekle, szelmowsko. Wierzyła swoim słowom. Coś jednak budziło w niej niepokój. Znowu to uczucie. Z jednej strony radość, szczęście. Z drugiej wściekłość, lęk, chęć ucieczki.

– Nie wycofam się. Tym razem nie cofnę się przed niczym – powiedziała donośnym, stanowczym głosem. Zamknęła komputer i poszła po kolejnego drinka.

5 LISTOPADA 2018

Dwadzieścia po pierwszej, a zapowiada się kolejna bezsenna noc, pomyślał Vincent Lewicki, przerzucając spojrzenie z dopiero co otrzymanej wiadomości na zegarek w telefonie. Tydzień się zaczął pełną parą, westchnął. Czuł, że spożyty w weekend alkohol jeszcze z niego nie wyparował. W końcu miał powód do świętowania. Po trzech latach nieobecności w kraju wróciła jego żona i zażądała rozwodu. Mogła to zrobić od razu, zamiast uciekać z tym Latynosem w typie donżuana do Brazylii. Zmarnowała mi kilka lat życia, a teraz odwraca kota ogonem. Spakowała walizki i odleciała do Ameryki Południowej ze swoim nowo poznanym kochankiem, zostawiając na stole w salonie jedynie małą karteczkę o treści: „Musiałam zmienić swoje życie. Nie potrafię już dłużej udawać, że łączy nas coś więcej niż wspólny kredyt na mieszkanie, w którym przesiaduję godzinami sama, bo Ciebie ciągle nie ma. Poznałam kogoś, przy kim chce mi się wstawać rano. Mam nadzieję, że to rozumiesz. Kocham go tak, jak Ty kochasz swoją pracę. PS Jak tylko ułożę sobie życie, pomogę Ci w spłacaniu rat. Buziaki, Twoja Była Lila” – czytał ten liścik godzinami.

Nie był pewien, jakie uczucia w nim przeważają. Z jednej strony był wściekły na żonę. Nigdy się nie skarżyła na swój los. A może po prostu on tego nie słyszał lub nie chciał zauważyć. Z drugiej natomiast chciało mu się śmiać. Ta cała sytuacja była naprawdę komiczna. Vincent wiedział, że żona nie grzeszy inteligencją, ale to był szczyt głupoty. Lila nie miała wykształcenia. Pobrali się, gdy oboje mieli po dwadzieścia lat. Od tego czasu kobieta starała się o miano perfekcyjnej pani domu, z naciskiem na „starała się”. Głównie przesiadywała w domu, oglądała seriale i od czasu do czasu przetarła kurze lub upiekła babeczki. Obiad kupowała już gotowy w pobliskim supermarkecie. Tłumaczyła, że nie umie gotować, a najlepszymi kucharzami są mężczyźni i szkoda, że jej mąż nie może poświęcić chwili na zrobienie czegoś w domu. Na pewno wyszłoby mu to znacznie lepiej niż jej. Znajomym zaś powtarzała, że najważniejszy jest dom i to, by rodzina była szczęśliwa. Z tego też powodu poświęcała sto procent czasu na pełnienie funkcji gospodyni. Zapominała jednak dodać, że przed jakąkolwiek imprezą okolicznościową czy wizytą gości jedyna czynność, jaką podejmuje, to wykręcenie numeru telefonu do sprzątaczki i firmy cateringowej. Mąż o tym wiedział, ale przymykał oko.

Żonę poznał jeszcze w okresie wczesnej młodości, kiedy to od razu po maturze wyruszył z kolegą w podróż autostopem. Zatrzymali się wtedy, aby przenocować w jednej wsi na Lubelszczyźnie. Miejski pijaczyna zaproponował im nocleg w swoim domu. To była prawdziwa rudera, ale chłopcy kompletnie nie zwracali na to uwagi. Ważne, że był dach nad głową. Mężczyzna mieszkał ze swoją schorowaną żoną i nastoletnią córką Lilką, która marzyła o wyrwaniu się z tej dziury. Pragnęła życia w stolicy. Chciała coś osiągnąć, chociaż nie miała konkretnego pomysłu. Vincent był jej przepustką do lepszego świata. Przez tyle lat myślał, że połączyło go z żoną głębokie, prawdziwe uczucie.

Wpatrując się w kartkę zapisaną niezgrabnymi literami, dostrzegł drugie dno ich małżeństwa. Pomyślał, że w sumie to współczuje Brazylijczykowi. Trafił na prawdziwą hienę – materialną i emocjonalną. Można by rzec, że Lila go uwolniła. Ucieczka żony miała być dla niego karą za grzechy, jakich dopuszczał się, nie wracając prawie każdej nocy do domu. Często wówczas przesiadywał do rana w komisariacie lub odwiedzał bary w centrum miasta. Okazała się jednak wybawieniem. Miął w dłoniach skrawek wypocin swojej żony, komentując przy tym każdy fragment – łączy nas wspólny kredyt... Hmm... który ja spłacam, bo ty nie masz, z czego... Poznałam kogoś, przy kim chce mi się wstawać rano... Hmm... jak wstaniesz przed dwunastą, to rzeczywiście będzie sukces... Co tam dalej? Kocham go... Ta, dobra, co dalej? Ach, jak wydoję od niego hajs, to coś Ci wyślę... Akurat. Buziaki, Twoja Była... Pocałuj się w dupę. Idiotka.

Tamtego wieczoru śmiech go nie opuszczał. Nie chciał jednakowoż przyznać, że to śmiech przez łzy. Kochał Lilkę, chociaż ona mu życia nie ułatwiała. Teraz, gdy po tych trzech latach zdążył wyleczyć rany, zapomnieć, kobieta-zmora powróciła, a wraz z nią problemy. Czuł, że nie tylko o rozwód będzie się toczyła zaciekła walka. Skoro wraca, to ma powód. Ale jaki? Pewnie finansowy. Może ten koleś się jej oświadczył? A może właśnie ją porzucił, a ta została bez grosza, zastanawiał się. Wiedział, że małżonka coś kombinuje. Na pewno wytoczy ciężkie działa. Zawsze idzie do celu po trupach. Dla niej liczy się tylko zysk. On już to wiedział. Zdawał sobie natomiast sprawę, iż jako wielokrotnie odznaczany funkcjonariusz policji w stopniu komisarza, nie może pozwolić na zamieszanie wokół swojego życia prywatnego.

Lilka nie miała skrupułów, jeśli chodzi o wyciąganie jakichkolwiek brudów. Własne dobro stawiała na pierwszym miejscu, reszta nie miała dla niej żadnego znaczenia. Vincent wiedział, że też nie jest postacią kryształową, a Lila niby głupia, ale jak mawiają, każdy głupi swój rozum ma. Nie czas jednak myśleć teraz o ekscesach byłej partnerki. Wiadomość od przełożonego to priorytet, a po słowach: „Przyjedź, mamy tu, kurwa, niezłe bagno” oczywiste stało się, że sen idzie w odstawkę.

Ledwie Vincent wstał z łóżka, a już rozbrzmiał irytujący dźwięk wibrującej na szafce nocnej komórki. Komisarz w ostatniej chwili zdążył złapać telefon i uchronić go przed upadkiem z wypolerowanego blatu.

– Kurwa! Jedziesz czy nie?! Awans się dostało i ma się wszystko w dupie, tak? – Ze słuchawki dochodził poirytowany, ironiczny głos. – Prokurator już nam siedzi na karku... TFUUU... prokurator: jakąś gówniarę nam przysłali. – Jego głos był ściszony, chropowaty. Musiał przed rozmową wypalić chyba całą paczkę papierosów bez filtra. Vincent miał wrażenie, że czuje ulatniający się z aparatu zapach tytoniu. Rozmówca mówił z obrzydzeniem, rozdrażnieniem, ale tak, żeby nikt prócz adresata go nie usłyszał.

– Tak, już się zbieram. Muszę się tylko ubrać. Jest środek nocy, wybacz, ale nie byłem przygotowany na telefon. – Przytrzymując ramieniem aparat, wkładał stare, znoszone już doszczętnie dżinsy.

– Aaaa, środek nocy... No tak. To ja najmocniej przepraszam, że przeszkadzam. KURWA. TRUP MOŻE POCZEKAĆ DO RANA. PRZECIEŻ NIE UMRZE. KURWA. – Nadkomisarz Portowski słynął z ciętego języka. Sarkazmem i ironią posługiwał się równie sprawnie, co bronią. Trafną ripostą potrafił podsumować najbardziej zagmatwane i niedorzeczne sytuacje. Do tego klął z wyjątkową lekkością. Przekleństwa wstawiał w zdaniach jako przecinki. Prawdziwy służbista z krwi i kości. Widać było, że praca w kryminalnym to jego wielka pasja. Mogła to potwierdzić jego, od dwudziestu lat ta sama, żona. To ona zajmowała się domem, wychowywała ich trójkę dzieci i podtrzymywała ognisko domowe, kiedy mąż intensywnie pracował.

Tym razem także Portowskiemu nie uśmiechało się jechanie w środku nocy do sprawy. Po trzech latach wziął wreszcie zasłużony tydzień urlopu. Rano odlatuje jego samolot na Teneryfę. Obiecał żonie, że w końcu wyjadą gdzieś razem na wymarzone wakacje. Widział już oczami wyobraźni, jak stojąc nad ranem w drzwiach ich małego ciasnego mieszkanka, informuje małżonkę o konieczności przełożenia wyjazdu. Ona tylko obdarza go lekkim uśmiechem, w domyśle mówiąc: „Dobrze, nic nie szkodzi”, ale prawda jest zgoła odmienna. Świadomość, że zamiast wylegiwać się w słońcu na piaszczystej plaży, popijając drinki z palemką, będzie zmuszony do grzebania się w trupach, budziła jego wewnętrzny sprzeciw. Ponadto temat był dość poważny. Komendant poprosił o zachowanie szczególnej ostrożność w kontakcie z dziennikarzami.

– Media zawsze wyciągną od człowieka o jakieś słowo za dużo, a potem robią z tego nagłówek i problem – powtarzał Portowskiemu za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiała się jakaś głośna sprawa. Teraz nie dość, że z wypoczynku nici, to jeszcze trzeba myśleć, co i komu powiedzieć. Do tego ta prokurator. Ech. Tego już było za wiele.

– Już jadę. Siedzę w aucie – odparł, wzdychając, komisarz. Wiedział, że z przełożonym nie ma sensu dyskutować. Szybko wpadał w złość, ale też równie błyskawicznie wracał do normy.

– O, no to dobrze. Słuchaj, tylko tak, wyślę ci wiadomość z adresem, to sobie od razu GPS ustawisz.

– Nie trzeba, mów teraz. Znam Warszawę, będę wiedział gdzie to. – Lewicki już poczuł lekką irytację. Chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu.

– Dawaj na aleję Róż. Wierz mi, nie da się nas nie zauważyć. Tylko migiem – odrzekł w pośpiechu. – Bez odbioru. – Zanim zdołał skończyć, w słuchawce pojawił się sygnał rozłączenia.

– Zaraz będę – wyszeptał Vincent, jakby głównie do siebie, jedną ręką odkładając zamaszyście telefon do schowka w samochodzie.

Problemu z dotarciem na miejsce nie było. Portowski miał rację. Nie dało się tego przegapić. Pomimo późnej pory ciemność skutecznie rozjaśniały reflektory policyjnych aut, straży pożarnej oraz światła bijące z okien ciekawskich sąsiadów i latarek pracowników służb mundurowych. Wejście do kamienicy oraz pobliski teren zostały odgrodzone policyjną taśmą. Jak na złość zaczął padać deszcz. Nadkomisarz wypatrzył podjeżdżający na parking SUV. Wiedział, że to wóz Lewickiego.

– Kurde, niezły syf... – stwierdził ze zdumieniem, idąc w kierunku Portowskiego.

– Syf, to dopiero będzie, jak się hieny zjadą. Dopiero nam tu cyrk odpierdolą. – Objął Vincenta ramieniem, jakby chciał mu coś powiedzieć na ucho, nie spuszczał jednak wzroku z miejsca zdarzenia. Obrócił go w kierunku wejścia do budynku. – Tu mieszkała ofiara. A teraz popatrz w górę, trzecie piętro. Wypadł z okna.

– Samobójstwo czy ktoś mu pomógł?

– Tego dopiero się dowiemy, jak nam nasz patomistrz raport sporządzi – odparł żartobliwie, chociaż w żadnym razie nie było mu do śmiechu. Nagle nachylił się i wyszeptał: – Mnie to na samobója nie wygląda. – Twarz mu nagle pobladła.

– Dlaczego?

– Musisz to zobaczyć, chodź!

Obydwaj udali się do mieszkania ofiary. Na pozór wszystko wyglądało w porządku. Surowy, industrialny styl nijak się miał do eleganckiej, klasycznej kamienicy. Poza tym meble stały na swoich miejscach, było czysto, bez śladów bójki. Był tylko jeden szczegół. Droga z sypialni aż do okna w salonie była ubrudzona krwią. Na zasłonach widać było ślady szarpania.

– W łazience na podłodze leżą porozrzucane, potłuczone lustra. Chyba wisiały w całej łazience, bo jest tego naprawdę sporo – dodał jakby obojętnie Portowski. – Ej, Masny, pozwól tu na momencik – zawołał do szczupłego, łysego mężczyzny w średnim wieku.

Masny był patologiem. Jednym z lepszych i do tego porządnym gościem. Zawsze bardzo ułatwiał prowadzenie śledztwa. Sam wynajdywał dodatkowe informacje, pomagał znajdować sprawców jak glina z prawdziwego zdarzenia.

– Widziałem, że gościa już zabraliście. Czy możesz szanownie naszemu koledze powiedzieć, co się tu odjebało? – Masny westchnął. Nie chciał już komentować odzywek nadkomisarza. Był jedyną osobą, którą wyjątkowo raziło zachowanie przyjaciela, chociaż bardzo go lubił i szanował. Nie potrafił zaś przyzwyczaić się do wyszukanego słownictwa Portowskiego.

– Jasne. Ciało nie posiada śladów walki, natomiast ma liczne rany cięte. Podejrzewam, że poranił się po tym, jak zbił lustra w łazience, ale potwierdzę to jeszcze po sekcji. Dodatkowo, nie ma oczu. Zostały wykłute.

– Co? – Vincent się wzdrygnął. Wiele już rzeczy widział w swojej karierze, ale żeby ktoś sam sobie wykłuł oczy? Po co? Jeśli chciał się zabić, wystarczyło skoczyć, ale z trzeciego piętra? Mógł przecież wejść na dach, wtedy miałby pewność, że nie przeżyje. Ale skoro wykłuł sobie oczy, to jak trafił później do okna?

– Podsumowując: denat nie miał oczu, posiadał liczne rany cięte, a spadek z wysokości spowodował pęknięcie podstawy czaszki oraz złamanie kręgosłupa, a także czterech kończyn. Resztę powiem wam po sekcji.

– OK, to zobaczymy, co wykaże. Dzięki wielkie, nie będziemy cię już zatrzymywać, leć do pracy. Przed nami długa noc. – Portowski się uśmiechnął, poklepując patologa po plecach. Ten skinął głową, jakby zgadzał się ze wszystkim, co przed chwilą padło z ust kolegi, i powrócił do swoich zajęć. – I co o tym myślisz, Vini? – zapytał podejrzliwie nadkomisarz.

Nie mógł usłyszeć odpowiedzi, ponieważ w tym samym czasie podeszła do nich drobna brunetka. Wyglądała trochę jak zagubiona w latach osiemdziesiątych hip-hopowa nastolatka. Ciemne rozpuszczone włosy nachodziły na jej kruche ramiona. Na głowie miała bordową czapkę, lekko odstającą u góry, a spod niej wystawała równa grzywka. Za duże, dziurawe dżinsy ledwo trzymały się na biodrach. Do tego biała puchowa kurtka i brązowe buty na podwyższeniu typu sneakers. Lewicki nie mógł się powstrzymać od małej złośliwości w postaci komentarza: „Dziewczynko, zgubiłaś drogę do mieszkania, wracając z imprezy?”, ale zanim zdążył otworzyć usta, to nieznajoma odezwała się pierwsza:

– Właśnie, panie Lewicki, co pan sądzi? – Uśmiech nie schodził jej z twarzy, chociaż pod skórą czuła wściekłość, że została całkowicie zlekceważona. Portowski nawet ich sobie nie przedstawił, a przecież to ona będzie zajmowała się tą sprawą. Jej wielkie orzechowe oczy bacznie obserwowały każdy ruch przystojnego, aczkolwiek już starzejącego się mężczyzny. Dostrzegła w nim zmorę dnia poprzedniego. Nie czuła alkoholu, ale znała to spojrzenie, mimikę, spowolnioną reakcję. I to nie była kwestia wybudzenia w środku nocy. Raczej niedbała próba powrotu do świata żywych. Vincent natomiast nie mógł oderwać od niej wzroku. Na myśl przywodziła mu lalkę z porcelany, chociaż nie miała jasnej karnacji. Za to uwagę przykuwały ogromne usta i wyraźnie zarysowane kości policzkowe.

Komisarz przejechał palcami po delikatnie posiwiałych, aczkolwiek nadal jeszcze ciemnych włosach. Spojrzał na kolegę, dając do zrozumienia, że sytuacja jest co najmniej niekomfortowa. Portowski chyba zrozumiał przekaz, bo po chwili się zreflektował.

– TAK! No właśnie... To nasza nowa pani prokurator. Będzie odpowiadała za śledztwo. A to komisarz Lewicki. Ale to już pani wie – dodał nieco speszony.

– Halszka Hardy, miło mi. – Szeroko się uśmiechając, podała funkcjonariuszowi rękę na powitanie.

– To w prokuraturze zatrudniają licealistów? Niezłe cięcia budżetowe tam macie – odparł ironicznie, przyglądając się wyciągniętej dłoni.

Dziewczynie diametralnie zmienił się wyraz twarzy. Nie była już wesoła, natomiast widać było ewidentne zdenerwowanie. Schowała rękę do kieszeni w kurtce.

– Panowie są tu bardzo dowcipni widzę. To dobrze. Mam nadzieję, że z równie niezmiernym zapałem otrzymam jutro protokół na biurko. Przed czternastą. Jak na razie to wszystko z mojej strony. Do widzenia i miłej nocy. Proszę pamiętać o protokole. – Odwróciła się i udała w kierunku otwartych na oścież drzwi.

Portowski spojrzał z wyrzutem na kolegę. Nawet nie był zły. Był tylko ogromnie zmęczony. Marzył o powrocie do domu. Chciał chociaż chwilę się zdrzemnąć przed całodniowym sajgonem. Vincent doszczętnie zniweczył jego plany. Teraz spokojnym, stonowanym głosem powiedział:

– No to, kurwa, zajebiście. Będziemy teraz po nocy zapierdalać, bo tobie się żartów zachciało. Pomysłów na noc, kurwa, nie masz czy jak?

– Daj spokój. Laska chce pokazać swoją pozycję. Przecież to jeszcze dzieciak. – Bagatelizujący ton chyba z powrotem nakręcił nadkomisarza. Zaczął się cały gotować, aż kipiał ze złości.

– Słuchaj no! Dzieciak, nie dzieciak, ale plakietkę prokuratora ma. Ja jej w metrykę nie zaglądam, ale przez takie gadanie możesz nam narobić problemów. Jutro popierdalasz z protokołem i przeprosinami. Zrozumiano?

Zostali sami. Ekipa już się zwinęła. Portowski skierował swoje krępe ciało ku wyjściu. Vincent został jeszcze chwilę. Zmieszany całą tą sytuacją, nie mógł teraz tak po prostu opuścić lokalu. Postanowił się jeszcze rozejrzeć. Technicy na pewno wszystko dokładnie sprawdzili, ale nie dał rady oprzeć się pokusie przelecenia wzrokiem raz jeszcze miejsca zdarzenia.

Wszedł do łazienki. Cała podłoga błyszczała od zwierciadlanych fragmentów. Po włączeniu światła można było odnieść wrażenie, iż pomieszczenie wypełnia ogromna energia. Na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby wszystko zostało starannie przejrzane, a każdy ślad udokumentowany i zaznaczony. Coś jednak przykuło uwagę komisarza. Nachylił się w kierunku modernistycznej wanny. Pod nią, niezauważalnie, między metalową nogą a ścianą wystawał szklany element. Lewicki wyjął z kieszeni czarne lateksowe rękawiczki, które zawsze nosił przy sobie, i wciągnął je na duże, męskie dłonie. Przykucnął, wyciągnął rękę i spróbował wyjąć przedmiot. Wiedział, że takie zachowanie jest niedopuszczalne. Powinien zgłosić to specjalistom, ale w swoim mniemaniu nie miał czasu na takie głupoty. Uwolnienie przedmiotu z potrzasku nie należało do najłatwiejszych. Coś się zaklinowało, a przesunięcie ciężkiej wanny graniczyło z cudem. Ruszenie czegokolwiek mogłoby spowodować nie lada spustoszenie. Wtedy czekają go kłopoty. Podszedł do sprawy inaczej. Siłą tego nie załatwi. Namydlił ręce i zaczął pocierać szkło, lekko przesuwając metalową nóżkę od terakoty. W dotyku przypominało to butelkę alkoholu od jednego z wiodących producentów. Zwrócił uwagę, że została wypita do końca. Nie zostało ani kropli.

– A co to? – Zmarszczył krzaczaste, acz estetyczne brwi. Wiedział, że ten dowód będzie kluczowy dla rozwiązania zagadki.

Sen. Studnia i owoc

Teraz widziała już prawie wyraźnie. Nie rozmazywała się jej tak jak poprzednio. Była młodsza, niż ją pamiętała. Ubrana w długą welurową sukienkę w kolorze fuksji. Usta, zabarwione na malinowo wyglądały jak tego dnia, gdy po raz ostatni stanęła w drzwiach. Trzymała wtedy w ręku, koszyk z owocami. Wróciła z bazaru na Różyckiego. Zawsze tam kupowała. „Tylko na targu można dostać najlepsze produkty”, mawiała. Tym razem nie miała ze sobą kosza. Owoców też nie. Za to uśmiechała się szeroko. Machała dłonią, jak na przywitanie. A może to jednak pożegnanie? Trudno było jednoznacznie określić. Bił od niej blask. Światło. Jakaś forma energii.

Stała. Wpatrywała się w dal otępiałym wzrokiem. Gdyby postawić naprzeciw niej szybę, nawet by nie spostrzegła. Coś mówiła, ale nie można było usłyszeć, co. Może tylko ruszała ustami. A jeśli naprawdę stoi za jakąś szybą, a dźwięk odbija się od ścian? Nic nie wiadomo. Zaczęła gestykulować. Nadal wszystko niejasne. Idzie. Odwróciła się i odchodzi. Zaczekaj! Wróć, proszę! Ona nie słyszy. Albo udaje. Dopiero przyszłaś! Nie odchodź! Nie rób tego ponownie, nie teraz... Odwraca się. Uśmiecha. Siada na kamieniu. To jakaś polana. Chyba w górach. Dziwne. Nigdy nie były razem w górach. Może to jej marzenie? Lub wspomnienie z dzieciństwa? Kręci przecząco głową. Zrozumiała. Jednak słyszy. Wyjmuje zdjęcie. Pokazuje, jakby starała się coś wytłumaczyć. Liczy, że dotrze. Nic nie widać. Fotografia jest czarna. Niewyraźna. Zamazana. Stara. Za stara jak na te czasy. Musiała być zrobiona dawno temu. Czy to twoje zdjęcie? Kręci przecząco głową. Znów pokazuje na przedmiot. Wzrusza ramionami. Posmutniała. Straciła nadzieję. Wstaje. Znowu rusza przed siebie. Nie idź! Proszę! Czy to twoje wspomnienia? Uśmiecha się. Młodnieje. Teraz wygląda na góra osiemnaście lat.

Zaczyna biec. Trudno ją dogonić. Zatrzymuje się przed studnią. Wskazuje na jej wnętrze palcem. Strach podejść. Kręci zrezygnowana głową. Znika. Już jest ponownie. Nie młoda. Taka, jaką pamięta. Trzyma coś w rękach. Nie widać wyraźnie, co. Jakieś małe kulki. Jaki to kolor? Też nie sposób dostrzec. Wrzuca je do studni, jedna po drugiej. Odrywa każdą z osobna i patrzy, jak lecą w dół. Uśmiecha się. Nie słychać już dźwięku próżni. Całość zostaje wypełniona kulkami. Nadal ich nie widać. Coś wypływa. To gęsta czerwona maź. Zaczyna pochłaniać cały teren. Teraz zauważyła, że to krew. Widzi swoje odbicie. Niewyraźnie. Ciecz faluje tak, jakby powiew powietrza zmuszał ją do ruchu. Postać się zmienia. Już nie widzi swojej twarzy. Rozpoznaje inną. Tę, którą przez lata starała się zapomnieć. To chłopak. Zna go. Dlaczego mi go pokazujesz, babciu? Krzyczy. Płacze. Odwraca się. Podchodzi do niej starsza kobieta. Coś tłumaczy. Nie słychać. Nie rozumiem, co do mnie mówisz! Kobieta zamyka się w sobie. Odchodzi. Teraz mnie zostawiasz? Po tym wszystkim?! O co tu chodzi?! Cisza. Nie ma nic. Ani polany. Ani studni. Ani krwi. Jest tylko uciążliwa, męcząca głusza. Pusto. Nikogo i niczego nie widać. Biało dookoła. To chyba już koniec?

***

Na zegarach dochodziła już czternasta, a protokołu jeszcze nie było na biurku pani prokurator. Po nocnym zajściu Halszka nadal nie mogła przeboleć lekceważącej postawy funkcjonariuszy. Zdawała sobie sprawę z faktu, iż jest jeszcze bardzo młoda, a luźny styl ubierania działa na jej niekorzyść. Taka sytuacja natomiast nie powinna mieć miejsca. W końcu ważne jest, jak wywiązuje się z obowiązków, a nie jak wygląda.

Całą drogę powrotną do domu powtarzała sobie, że udowodni, na co ją stać. To jej pierwsza tak poważna sprawa. Wcześniej zajmowała się głównie papierkową robotą, ewentualnie jakimiś drobnymi przestępstwami. Teraz to będzie coś zupełnie innego. Od powodzenia tej sprawy uzależniona jest jej przyszła kariera w zawodzie prokuratora. Nie było miejsca na popełnienie jakiegokolwiek, nawet najdrobniejszego błędu. Od razu by ją cofnęli, a na jej miejsce wsadzili kogoś bardziej doświadczonego. Na pewno jakiegoś mężczyznę; oni mają łatwiej w życiu. Tym razem także przyszło jej zdać się na poczynania płci przeciwnej i to jeszcze nieprzychylnie do niej nastawionej. Ten zamykający się krąg budził w niej głęboki sprzeciw. Już była gotowa zadzwonić do komendanta policji z wyrzutami, gdy nagle usłyszała pukanie do drzwi. Ktoś nie czekał na pozwolenie, tylko od razu wpadł do pokoju prokurator Hardy.

– O! Pan Lewicki. Cudownie. Już planowałam wykonanie telefonu do pana przełożonych – odparła zgryźliwie z nieodpartą satysfakcją.

– Zawsze pani kabluje? Czy tylko w wyjątkowych przypadkach? – zapytał z szelmowskim uśmiechem, rozkładając się na stojącym przy drzwiach pożółkłym fotelu.

Halszka poczuła nagłą falę gorąca. Krew napłynęła jej do mózgu. Wiedziała, że zaraz zrobi się czerwona jak burak. Zawsze tak miała, gdy ktoś lub coś wyprowadzało ją z równowagi. Nie chciał jednak tracić rezonu i odwzajemniła uśmiech, odcinając się przy tym kąśliwie.

– Tylko w przypadkach wyjątkowego przejawu prostactwa.

– Czyli tym razem akurat niepotrzebnie – odbił piłeczkę Vincent. Pomimo nieprzespanej nocy był w bardzo dobrym humorze. Kobieta od razu wyczuła, że na kilku przytykach się nie zakończy, więc postanowiła uciąć niemiłą rozmowę.

– Poproszę protokół i może pan iść. – Mówiąc to, nawet nie spojrzała w stronę policjanta. Zasiadła przy biurku i zaczęła udawać, że przegląda papiery.

Vincent jednak nie dawał za wygraną. Siedział jakby nigdy nic, wpatrzony w zdarte do połowy z farby olejnej obskurne ściany. Remont tu pewnie robili w ubiegłej epoce, pomyślał. W gruncie rzeczy nie to zajmowało mu teraz głowę. Był ciekaw, jak zachowa się pani prokurator. Wystawił ją na próbę. Czekając cierpliwie, oglądał swoje buty i skrobał podeszwy. Hardy strasznie to irytowało. Nie mogła dać się wyprowadzić z równowagi, ale była już bliska gwałtownemu wyproszeniu gościa. Zamiast tego podniosła wzrok i powiedziała stanowczo:

– Protokół. Poproszę. – Nadal nic. – OK, o co chodzi? – Odłożyła papiery, które z wielką namiętnością przeglądała dla niepoznaki. Stare faktury i pisma z urzędów stanowiły zasłonę w kontakcie z nieustępliwym policjantem. Na nic się zdały. Halszka wiedziała, że mężczyzna tak łatwo nie zrezygnuje. – Wie pan coś, czego nie ma w protokole? – Wstała i oparła się o zewnętrzny blat biurka. Patrzyła na komisarza z przeszywającą podejrzliwością, wobec czego on nie pozostał obojętny.

– Możliwe. – Obserwowała, jak podnosi się z fotela i idzie w jej kierunku. Oboje nie spuszczali z siebie wzroku. Lewicki stał teraz naprzeciwko niej, w ręku dzierżąc zwinięty w rulon protokół.

– Panie komisarzu, bardzo nieładnie tak działać ponad prawem. Może mieć pan przez to kłopoty – odrzekła, patrząc mu prosto w czarne oczy. Fakt, działał na nią jak płachta na byka, ale było w nim coś intrygującego. Zastanawiała się, co teraz oznajmi jej ten męski, głęboki głos.

– Widać, że z pani świeżynka. – Pokręcił z niedowierzaniem głową.

Halszka poczuła się urażona.

– Chce pani znaleźć sprawcę czy bawić się w urzędasa? – Wpatrywał się w jej wielkie oczy, aż poczuła, jak przeszywa ją dreszcz. Zaskakujące. Nie mogła nawet ruszyć głową, ręką, czymkolwiek. Stała osłupiała. Uświadomiła sobie, że ma naprzeciwko mocnego zawodnika. Muszą współpracować, inaczej ta wojna poskutkuje ofiarami. Niekoniecznie w postaci ich samych.

– Dobrze. Co pan wie? – Wycofała się całkowicie. To on był górą. Teraz upewniła go w tym przekonaniu.

– A mogę pani zaufać? Z natury nie ufam kobietom – stwierdził, zanim zdołał usłyszeć odpowiedź.

– Ja z natury nie ufam mężczyznom – przyznała.

– To chyba się dogadamy. – Szeroki uśmiech zdradzał niebywałe uzębienie kolegi. Pomimo średniego wieku mógł w pełni pochwalić się pięknym, białym zgryzem. Halszce przeszło nawet przez myśl, że jeśli zrezygnuje z pracy w policji, to zawsze pozostaje mu opcja reklamowania pasty do zębów. Nie wypowiedziała tego jednak na głos. Zdążyła ugryźć się w język.

– Słucham, panie Lewicki. Zatem w posiadaniu jakich informacji pan jest? Co nie zostało zawarte w protokole?

– Narzędzie zbrodni, pani prokurator.

Halszka zamilkła. Zmroziła ją ta informacja. W nocy jeszcze nie mieli pewności, czy było to morderstwo. Istniała wersja z samobójstwem (mało prawdopodobna, ale jednak).

– Dlaczego technicy niczego tam nie znaleźli, a panu się udało?

– Zdarza się – zbagatelizował pytanie.

– OK. W takim razie bardzo proszę od początku. Niech pan sobie usiądzie. – Wskazała ręką znany już mężczyźnie fotel.

– Vini, a nie pan. Będzie nam łatwiej współpracować – stwierdził, rozkładając się wygodnie.

– Dobrze... Vini – zaakcentowała, jakby w międzyczasie rozszyfrowywała skrót.

– Halszka, sytuacja wygląda tak: w brutalny sposób zamordowano jednego z najpopularniejszych obecnie pisarzy. Prasa wariuje. Tempo zostało przyśpieszone do maksimum...

– Wiem – przerwała. – Udało się przenieść sekcję zwłok ze środy na dzisiaj rano. Patolog znalazł w żołądku denata pozostałości po czymś na kształt owoców. Szybko zleciliśmy badania toksykologiczne. Z jakieś dziesięć minut temu dostałam informację o wynikach. Ustalono, że ofiara przed śmiercią zażyła wilczą jagodę. Jej owoce zawierają alkaloidy paraliżujące układ obwodowy. Dawka śmiertelna dla dorosłego człowieka to około dziesięć, dwadzieścia owoców. W ciele Kornelowskiego znajdowała się dawka czterokrotnie większa. Zgon poprzedzają: silne pobudzenie i euforyczne halucynacje. To by tłumaczyło, dlaczego ofiara wykłuła sobie oczy i wyskoczyła przez okno – podsumowała wywód Halszka.

– Ofiara nie wyskoczyła przez okno. Wypadła z niego. Ślady na zasłonach wskazują, że Kornelowski w obłędzie się w nie zaplątał.

– A ten dowód? Skąd wiadomo, że sam, z własnej, nieprzymuszonej woli nie zażył tych jagód?

– Pod wanną znalazłem butelkę popularnego trunku. Ekspertyza wykazała, że na ściankach znajdowały się ślady substancji zawierającej wyciąg z wilczych jagód. A teraz najlepsze: stężenie alkoholu było najniższe, tak jakby ktoś wlał tylko parę kropel, aby zachować aromat. Powiesz teraz, że może sam sporządził miksturę. Dolał trochę wódki, by mu się lepiej piło. Zbyt skomplikowane jak na samobójstwo, ale nie niemożliwe. Tylko że przyjrzałem się tej butelce, Halszka. Tam były naklejone na siebie dwie banderole. Ktoś musiał otworzyć butelkę, podmienić płyn, a potem ponownie zakleić.

Prokurator Hardy zapadła w trans. Analizowała wszystkie dostarczone przed chwilą informacje. Wniosek był jeden. Komuś musiało bardzo zależeć, żeby śmierć pisarza przypominała samobójstwo.

– Jeśli to morderstwo, to bardzo wyszukane – zabrała głos po długiej przemowie komisarza.

– Bardzo możliwe, że z zemsty... – pomyślał na głos Vincent.

– Jaki ktoś mógłby mieć powód, aby się mścić? – drążyła Hardy. – Co o nim wiemy, oprócz tego, że był pisarzem i nazywał się Gustav Kornelowski?

– To obecnie jeden z bardziej poczytnych autorów. Rozgłos przyniosła mu seria powieści kryminalnych. Pod koniec roku ma się odbyć premiera filmu na podstawie jego książki.

– O, to już niedługo – przyznała z zaskoczeniem.

– Licząc od dziś, to za równe trzy tygodnie.

– W takim razie trzeba przesłuchać całą ekipę, może oni coś wiedzą. – Nagle zmieniła temat: – Jak z jego rodziną? Ktoś z nim mieszkał? Kto miał możliwość podmiany alkoholu? Morderca musiał wiedzieć, co pijał Kornelowski. Prawdopodobne, że go odwiedził przed śmiercią. Czy w kamienicy jest monitoring?

– Jest. Tylko, że to atrapa. Gadałem z cieciem. Podobno wariował od pół roku. Mieli oddać go do naprawy, ale jakoś im było nie po drodze. Nie chcieli martwić lokatorów.

– Cholera. Ktoś o tym wiedział albo miał farta – analizowała głośno Halszka. Sprawa okazała się trudniejsza, niż przypuszczała. – Zbrodnia doskonała?

– Halszka. Nie ma zbrodni doskonałej. Wcześniej czy później coś wyjdzie. To dopiero początek. Znajdziemy mordercę.

Dopiero go poznała. Mimo to jego głos działał na nią kojąco. Zwłaszcza kiedy zaczynał zdanie od wypowiedzenia jej imienia. Zauważyła, że przy nim czuje się bezpieczna. Może mu zaufać. On jej pomoże rozwikłać sprawę. Biły od niego silna energia, ambicja i upór. Prokurator Hardy miała ogromne zdolności do wyczuwania ludzi. Teraz intuicja podpowiadała jej, że się nie zawiedzie.

– À propos rodziny, to nikogo tu nie miał. Nie był z Warszawy. Rozwiódł się osiem lat temu. Była żona wyszła ponownie za mąż i mieszka z nowym partnerem w Bieszczadach.

– To czeka nas chyba objazdówka... – westchnęła. – A wracając do ekipy filmowej, kiedy można ich przesłuchać?

– Dziś jadę spotkać się z reżyserem i scenarzystą. Może uda się też pogadać z resztą aktorów, ale z nimi to... – przerwał nagle, bo w pokoju rozległ się dźwięk telefonu. Halszka spojrzała na wyświetlacz i pokręciła głową. Wyglądała na niezadowoloną i rozdrażnioną tym faktem.

– Przepraszam na chwilę – zwróciła się do policjanta, odbierając połączenie. – No, co tam? – zapytała do słuchawki. Rozmówca chyba nie był najmilszy, sądząc po minie kobiety. – Franek, nie mogę rozmawiać, jestem w pracy. Mam spotkanie. Omówimy to w domu, dobrze? Nie, nie wiem. Franek... – Ktoś musiał rozłączyć się bez pożegnania. Hardy głęboko westchnęła i popadła w zadumę.

– Problemy z facetem? – Uśmiechnął się Lewicki, jakby chciał rozładować atmosferę.

– Tak jakby. – Ewidentnie nie spodobało się jej pytanie kolegi, bo szybko wróciła do tematu sprzed telefonu. – To ja jadę z tobą. Chyba mogę?

– To dawaj. Zbieramy się. Nie ma czasu. – Wstał i otworzył kobiecie drzwi, obdarowując ją przy tym ciepłym spojrzeniem. Halszka miała wrażenie, że zaraz cała zapłonie. Vincent był tym typem mężczyzny, dla którego można stracić głowę. Robił na niej ogromne wrażenie.

***

Policja już jedzie. Będą zadawali pytania. Zrobi się szum wokół filmu. Może to i lepiej. Więcej widzów. Więcej pieniędzy. Tylko, cholera jasna, co z następnymi częściami? Scenarzysta sam to pewnie opracuje, ale ile zabawy z prawami autorskimi, rozważał w myślach Olaf Fabian. Po otrzymaniu rano telefonu od komisarza Lewickiego nie mógł sobie znaleźć miejsca w mieszkaniu. Krążył pomiędzy wielkim salonem, sypialnią a tarasem. Przestronne, surowo urządzone wnętrza jeszcze wzmagały poczucie grozy. Sytuacja była poważna. Zabito topowego pisarza. Media od rana o tym trąbią. Wziął do ręki pilota. Włączył nowiutki sześćdziesięciopięciocalowy telewizor. Blondynka w dopasowanym szmaragdowym płaszczu, stojąc pod kamienicą na alei Róż, relacjonowała nocne zdarzenie. Wskazując palcem, tłumaczyła, w którym miejscu spadło ciało autora bestsellera.

– Porażka! – krzyknął, rzucając pilotem w odbiornik. – Kurwa! – Spojrzał na uszkodzony sprzęt. – Tylko tego mi potrzeba – dodał, siadając na bordowo-szarym narożniku obłożonym stertą poduszek. Ze stresu skrobał sobie paznokcie na palcach dłoni. Zastanawiał się teraz, ile będzie musiał im powiedzieć. Jakie informacje przekazać, by nie stać się podejrzanym? A jeśli dowiedzą się o ich kłótni? O tym, że Gustav chciał zrezygnować? Nie chciał dopuścić filmu do emisji. Dzień przed jego śmiercią wysłał do reżysera wiadomość. Fabian sięgnął szybko po telefon, by sprawdzić, czy nadal ma SMS-a. Miał. Natychmiast usunął. A jeśli znajdą telefon Kornelowskiego? Kurwa mać! Na sto procent już go mają! Wiedzą o wszystkim. Dlatego tu jadą. Cholera, trzeba było od razu zgodzić się na warunki pisarza. A jeśli ktoś widział zajście przed studiem nagrań? Gustav przyszedł wtedy kompletnie pijany. Wydzierał się, że kolejne części nie powstaną. Rzucił się z rękoma na Olafa. Próbował go udusić. Nie. Nikt nie mógł tego widzieć. Przecież było po północy. Reżyser chciał jeszcze sobie wszystko dokładnie przemyśleć. Dźwięk domofonu. Już są. Nie ma czasu na opracowanie spójnej wersji. Trzeba iść na żywioł. Improwizacja. Teraz to mu pozostaje.

– Dzień dobry, tu komisarz Lewicki i prokurator Hardy. Chcieliśmy zająć chwilę. Dzwoniłem dziś do pana. – Rozległ się głos w słuchawce.

Fabian poczuł niepokój. Fala gorąca przeszła całe jego ciało. Owszem, rozmawiali. Nic jednak nie wspomniał o towarzyszce. Do tego jeszcze będącej prokuratorem.

– Tak, zapraszam. – Przycisnął guzik otwierający drzwi do klatki schodowej. Patrzył na swoje samoistnie trzęsące się dłonie. Nie mógł przejąć nad nimi kontroli. Cholera, wszystko wyjdzie na jaw przez pierdzieloną delirkę. Marzył teraz, by móc podejść do barku i zrobić sobie drinka. Jednego, drugiego, dziesiątego. Za dużo problemów naraz. Obiecał sobie, że już nigdy więcej nie zajrzy do kieliszka. Przez chorobę zawaliła się cała jego kariera. Dopiero ta produkcja miała sprawić, że powróci na szczyt. Ostatni film nakręcił kilka lat temu. Okazał się kompletną klapą. Zaszył się wówczas w małym domku letniskowym na Suwalszczyźnie i opijał swoją porażkę. Był już prawie na dnie, gdy niespodziewanie zadzwonił do niego scenarzysta Adam Bialski. Zaproponował mu nakręcenie adaptacji znanej powieści. Obiecywał sukces. Twierdził, że to świetny pomysł. Dogadał się z autorem bestsellera. Wszystkie prognozy świadczyły o powodzeniu projektu. Co się nagle stało, że Gustav postradał rozum? To niebywałe. Reżyser nie mógł pojąć zachowania pisarza. Przecież dostałby kupę kasy za kolejne części. Tfu! Za tę ile dostał, a chciał zwrócić... Teraz to nieważne, bo koleś nie żyje, a policja właśnie puka do drzwi. Olaf gwałtownie zerwał się do ich otwarcia. Wyglądało, jakby cały czas trzymał rękę na klamce i czekał na sygnał, by tylko nie pozwolić gościom stać na schodach sekundę dłużej.

– Jeszcze raz, dzień dobry. Jestem z policji kryminalnej. – Pokazał odznakę. Chowając ją do kieszeni spodni, kontynuował: – Lewicki, a to jest pani prokurator Hardy.

Kobieta skinęła głową.

– Witam. Proszę siadać. Tutaj, na tej kanapie. Zapraszam. – Wskazał palcem czarną prostokątną sofę ustawioną naprzeciwko narożnika. – Napijecie się państwo czegoś? Kawy, herbaty, wody?

– Nie, dziękujemy. Nie zabierzemy panu dużo czasu – odrzekł Vincent, wyjmując z wewnętrznej strony skórzanej kurtki mały wymięty notesik z przypiętym u boku długopisem. Pomijając pierwszą stronę, przeszedł do kolejnej. Na samej górze zaznaczył jakieś cyferki. Olaf i Halszka ukradkiem przyglądali się powstającym na papierze hieroglifom. Nic jednak nie dali rady dojrzeć. Widać, że komisarz miał wprawę, bo zwinnie przechodził od jednego słowa do drugiego, zasłaniając przy tym tekst dłonią. – Proszę nam powiedzieć, kiedy ostatni raz widział się pan bądź też kontaktował z Gustavem Kornelowskim.

– To było jakoś w ubiegłym tygodniu – przypominał sobie z wielkim trudem Fabian.

– A konkretniej? – wtrąciła się Halszka.

– Chyba zeszły poniedziałek. Tak! To na pewno był poniedziałek. Już sobie przypominam. Mieliśmy wybrać zdjęcia do plakatów. Ogólnie już dawno powinniśmy to zrobić, ale pojawiły się zawirowania i...

– Jakie zawirowania? – drążyła prokurator.

Reżyser wyraźnie się speszył, bo wzrokiem zaczął szukać ratunku u policjanta. Ten jednak ani drgnął. Olaf Fabian westchnął. Założył nogę na nogę, przetarł czarny materiał na obcisłych spodniach i odgarnął pukiel długich siwych włosów, które opadając na oko, zasłaniały mu twarz. Przypominał trochę podstarzałego gwiazdora rocka. Do tego jeszcze ten podkoszulek z trupią czaszką. Vincenta strasznie korciło, żeby zapytać, kiedy rozmówca rusza w trasę koncertową po sanatoriach, ale ugryzł się w język. Miał zdolność do rzucania nieodpowiednimi tekstami w niewłaściwych momentach rozmowy, a ta jednak była kluczowa dla sprawy. Zamiast tego usadowił się wygodnie, położył łokieć na bocznym oparciu sofy i zasłonił dłonią dolną część twarzy, tak aby nie było widać jego rozbrajającego uśmiechu. Mimo to reżyser nawet nie spojrzał w jego stronę. Przyglądał się migającej żarówce zwisającej nad metalowym stolikiem.

– Aktorka, grająca główną rolę, musiała wrócić do Szwecji, gdzie na stałe zamieszkuje. Nie wiem, czy czytali państwo powieść Kornelowskiego... Widzę, że raczej nie... Jest to historia...

– Może na razie darujmy sobie opowieści cudnej treści – przerwał stanowczo, aczkolwiek z wciąż niesłabnącym poczuciem humoru, komisarz. – Wróćmy do tematu aktorki. Dlaczego i kiedy musiała wrócić do Szwecji? Chyba mieliście w kontrakcie ustalone jakieś terminy realizacji poszczególnych elementów związanych z produkcją?

Reżyser zamknął na chwilę oczy i złapał się palcami za górną część nosa.

– Pan wie, jak ciężko pracuje się z takimi artystkami? – zapytał wyraźnie poirytowany. Kontynuował pokrótce: – To nie odpowiada, tamto nie odpowiada... Tu ma stan depresyjny, a tu nie ma weny... Za chwilę ma wenę. Na koniec kryzys, zmęczenie organizmu, bo się przecież nie jadło, tylko powietrzem żyło... Cholery idzie dostać. Musiała pojechać, podobno z przyczyn tzw. PRYWATNYCH. Państwo wiedzą, co to znaczy? CAŁE GÓWNO! Nic nie znaczy... Znaczy tyle, że coś ją powaliło. Kolejne załamanie może... A może nie? Może sobie chciała wrócić już do ciepłego domku i mieć wszystkich w dupie. Wielka mi gwiazda srazda. – Dłonie miał całe wilgotne od potu. Nie mógł nad nimi zapanować. Halszka i Vincent od razu wyczuli, że temat aktorki wyjątkowo stresuje świadka.

– Dlaczego w takim razie nie zmienił pan aktorki? Albo może zadam pytanie inaczej. Dlaczego zatrudnił pan tę właśnie aktorkę? – Vincent wpatrywał się w niego podejrzliwie.

– Po pierwsze – odparł, dużo spokojniejszy już, reżyser – to nie takie łatwe. Łączy nas kontrakt. Zerwanie go to ogromne kary finansowe.

– A po drugie? – dopytała ciekawa Halszka.

– Po drugie potrzebowaliśmy aktorki z płynnym szwedzkim, umiejącej tańczyć i śpiewać, a te wszystkie atuty posiada pani Magnusson. – Zawiesił wzrok w próżni. Zamilkł. Walczył ze sobą. Chciał coś powiedzieć, a z drugiej strony się powstrzymywał. Po chwili dodał jednak niepewnym, gasnącym głosem: – Jest jeszcze trzecie. Te dwa powyższe jakoś dałoby się obejść, ale... scenarzysta nalegał na jej udział w filmie. – Westchnął. Ciężki, ogromny kamień spadł mu przed momentem z serca i dało się to wyraźnie odczuć.

– Wie pan, co było podyktowane postawą scenarzysty? – dociekała prokurator.

– Nie – obruszył się. – Nie interesowało mnie to – dodał chłodno.

– Czy pani Magnusson przebywa obecnie w Polsce? Wie pan coś może na ten temat? – nie dawała za wygraną Hardy. Podejrzewała, że postać aktorki ma kluczowe znaczenie dla sprawy.

– Nie wiem. Nie jestem jej agentem, proszę się z nim kontaktować. – Zawiesił głos. – A nie, przepraszam. Nieaktualne. Gwiazda go zwolniła... Z tego co wiem, nie ma do tej pory nikogo na jego miejsce. – Spojrzał w stronę okna. Siedział teraz z założonymi rękami jak naburmuszone trzyletnie dziecko, które ma focha, bo rodzice nie kupili mu setnej zabawki. Zagryzł wargę i rzucił mimochodem, bujając nogą: – Będzie w środę. Musi być. W kontrakcie jest wizyta w programie promującym film.

– OK. – Vincent podniósł się z fotela, chowając kajet do wewnętrznej kieszeni kurtki. – Dziękujemy, że znalazł pan dla nas czas. A, i jeszcze jedno – zawiesił głos, kierując się ku wyjściu. – Czy pan Kornelowski zachowywał się może ostatnio jakoś podejrzanie? Skarżył się na jakieś problemy? Może miał wrogów?

– Panie komisarzu – reżyser podniósł się z fotela i patrząc Vincentowi prosto w oczy, dokończył: – w tym kraju każdy, kto odniósł sukces, ma wrogów.

– Hmm – zastanowił się przekornie policjant. Otworzył drzwi i przywołał spojrzeniem kobietę, która lekko poruszona całą rozmową jeszcze siedziała na kanapie. Zerwała się nagle. Stanęła naprzeciw Olafa. Przyglądała mu się chwilę, jakby zapomniała, że dla czekającego Lewickiego i zdenerwowanego Fabiana trwa to wieczność.

– Czyli nie ma pan takiej wiedzy, jakoby ofiara uskarżała się na coś przed śmiercią bądź zachowywała jakoś inaczej? – spróbowała ponownie potwierdzić. Tym razem chciała usłyszeć konkretną odpowiedź.

– Nie. Nie mam takiej wiedzy. Rozumiem, że to wszystko. – Tym razem ciśnienie sięgnęło zenitu. Twarz Fabiana zrobiła się cała czerwona. Halszka przestraszyła się, że świadek zaraz dostanie wylewu.

– Tak. Dziękujemy. Do widzenia – odparła, dołączając szybkim tempem do stojącego w przejściu Vincenta.

Ledwie zamknęły się drzwi, a reżyser sięgnął po komórkę. Cholerne gliny. Tylko czy nie powiedział za dużo? Coś strasznie drążyli temat tej suki Magnusson. Nie tak to miało wyglądać. Może lepiej było w ogóle o niej nie wspominać. Będą ją przesłuchiwać. Lepiej, jakby nie przylatywała. Chyba że dowiedziała się z Internetu. Wtedy raczej nie przyleci. A jak przyleci? Na pewno się wygada. Pójdą siedzieć. Kurwa mać. Same problemy. Czy on o wszystkim musi myśleć? Zaczął nerwowo wstukiwać wiadomość w telefonie: „GLINY CIĘ ODWIEDZĄ. PAMIĘTAJ, MIELIŚMY UMOWĘ”. Wysłał. Rzucił aparat na sofę. Podszedł do barku. Wyjął znany, markowy alkohol i nalał go sobie do stojącego obok kieliszka.

***

Adam Bialski, uznany w kraju scenarzysta, był wysokim blondynem o orzechowych oczach. Mimo młodego wieku, bo niespełna trzydziestu lat, miał na koncie liczne nagrody. Jak sam mawiał, inspiracje czerpał zewsząd. Wystarczył jeden bodziec, iskra boża, uderzenie serca, aby poznać, czy historia nada się do opowiedzenia. Podobnie było w przypadku książki Gustava Kornelowskiego. Otrzymał ją w prezencie od starego znajomego. Już w połowie lektury wiedział, że ta historia ma w sobie ogromny potencjał. Zwłaszcza, że to była cała seria książek. Szykował się kinowy hit, a potem sequel i kolejny. Co prawda ostatnia część serii jeszcze nie powstała, ale to nawet dobrze. Więcej widzów. Więcej zainteresowanych. Może w ogóle dogadają się z pisarzem i wypuszczą ostatnią część filmu w dzień premiery powieści? Pomysł genialny. Zarobią krocie. Rozbłysła przed nim perspektywa światowego sukcesu. Przecież polski bestseller został przetłumaczony na kilkanaście języków. Produkcja międzynarodowa? Czemu nie? Najlepiej zatrudnić do niej jakąś zagraniczną gwiazdę. No tak, ale to musi być aktorka polskiego pochodzenia. Zaraz, zaraz... Jest taka jedna.

Poznał ją na przyjęciu, po premierze filmu, przy którym pracował. Śliczna, drobna blondynka o hipnotyzującym spojrzeniu i uroczym uśmiechu. Mieli wówczas okazję do bliższego poznania się. Dokładnie dwie godziny spędzone w pokoju hotelu, w którym odbywała się impreza. Na szczęście paparazzi zostali wyproszeni po niespełna czterdziestu minutach. Jeśli któryś się gdzieś uchował, to z pewnością polował na celebrytów z pierwszych stron gazet tłumnie nadciągających na wszystkie medialne wydarzenia. Tak, ona będzie idealna. Ostatnio coś o niej ucichło... Na pewno się odwdzięczy za możliwość powrotu na szczyt. Wróci do obiegu. Poza tym prasa szwedzka coś napisze. Już jej mężulek o to zadba. Taaak... Ten wiking zajęty pomnażaniem milionów, który daje się robić w ciula przez swoją puszczalską żonkę...

Adam siedział przed ekranem swojego laptopa i przeglądał zdjęcia z miejsca zbrodni, które wyciekły do Internetu. Ktoś jakimś cudem przedostał się do mieszkania ofiary i sfotografował wszystkie zakamarki. Przeglądał teraz zdjęcie po zdjęciu, przypatrując się najdrobniejszym detalom, jakby chciał coś znaleźć. W głowie nagromadziła mu się sterta myśli. Czy policja znalazła nagranie? Czy o nim wie? Jeśli tak, to już po nich. Będą go przesłuchiwać, a jak o to zapytają? Kurwa mać, ale przecież specjalnie wysłali pendrive’a. Obawiali się, że udostępnienie tego w necie przysporzy im dodatkowych problemów. Tylko czy nie ma tam ich odcisków palców? Nie powinno być. Założyli przecież rękawiczki. Pierdolenie. Przecież tylko Gustav wiedział, co znajdowało się na filmie. Zawsze mogą się wyprzeć. Chyba że ta idiotka się wygada... Nieee. Nie ma opcji. Wie, że zrujnowałaby sobie i tak już ledwie zipiącą karierę. Może ekranizacja powieści okaże się hitem, zwłaszcza po śmierci autora kryminału, ale co z tego, skoro nie będzie kolejnych części? Informacje krążyły wokół niego jak po orbicie. Umysł już wariował. Nic się takiego nie dzieje. Koleś umarł, ale wszystkie portale piszą, że brak jest dowodów. Nie odnaleziono też żadnych śladów. Istnieje prawdopodobieństwo, iż było to samobójstwo. Oby tę wersję potwierdzono. W innym wypadku będą drążyć, aż w końcu się dokopią. O nie! Tego już nie zniesie. Musi wyjść z domu. Przejść się. Powinien odpocząć.

Założył sportową kurtkę i conversy. Schodząc, podszedł do okna na klatce schodowej. Ciemniało. Spojrzał na zegarek. Dochodziła piąta. Naciągnął kaptur i udał się przed siebie. Lekko kropiło. W powietrzu unosiła się gęsta mgła. Przerażające. Jeszcze te myśli.

– Adam Bialski?! – Usłyszał łagodny, kobiecy głos z tyłu.

Odwrócił się.

– A kto pyta? – odparł ponuro, widząc przed sobą szczupłą, niską brunetkę. Pomyślał, że to jedna z jego nastoletnich fanek. Za duże dziurawe dżinsy, puchowa kurtka z kapturem i sportowe buty przywodziły mu na myśl małego skejta z kreskówki. Zaraz za nią biegł postawny facet około czterdziestki.

– Prokurator Halszka Hardy, a to komisarz Vincent Lewicki.

Scenarzysta zmierzył ich wzrokiem, nie dowierzając. Szum wiatru zakłócał odbiór słów. Stał wpatrzony w ten komiczny duet i zaśmiał się półgębkiem.

– Przepraszam. Nie dosłyszałem. Kto? – zapytał ponownie z cynicznym uśmiechem.

Vincent, patrząc na rozweselonego Bialskiego, poczuł irytację. OK, Halszka ni w pięć, ni w dziewięć nie przypomina prokuratora z prawdziwego zdarzenia, co nie oznacza, że nie nadaje się do tej roboty. Zdążył ją trochę poznać. Od razu zauważył jej inteligencję, upór, ciekawość. Przy tym miała w sobie bliżej nieokreślony, rozbrajający urok małej dziewczynki. Poza tym Vini wiedział, że takie przestępstwa daje się najlepszym. Jeśli ją przydzielono do sprawy w tak młodym wieku, to musi być dobra lub na taką się zapowiadać. Wątpił, żeby miała układy. W ogóle kogoś takiego nie przypominała. Lewicki zbyt dużo czasu spędził w policji, by tego nie poznać. Wyjął odznakę, podszedł do Adama i, machając mu dokumentem przed oczami, powiedział:

– Policja kryminalna, panie Bialski. Chcemy pogadać.

– Coś się stało? – Udał głupiego, ale po chwili się zorientował, że to, co powiedział było bez sensu. Wszystkie media trąbiły o sprawie. Scenarzysta miałby nie wiedzieć o śmierci człowieka, z którym współtworzył dialogi do filmu? Dodał więc po sekundzie: – Dobra, już ogarniam. Chodzi o Kornelowskiego, tak?

– Tak, panie Bialski. My dokładnie w tej sprawie. – Lewicki się uśmiechnął. Halszka zaś spoglądała raz na jednego, raz na drugiego. W głębi duszy rozczuliła ją ta scena. Pomimo sceptycyzmu, dającego się wyczuć z kilometra, dostrzegła poirytowanie komisarza. Doskonale widziała, że nie odpowiadała mu prześmiewcza postawa scenarzysty w stosunku do koleżanki. To bardzo dobry znak. Możliwe, że ich współpraca się ułoży.

– Właśnie idę na umówione spotkanie – skłamał – i niestety...

– Nie zajmiemy panu dużo czasu – przerwała prokurator Hardy.

Trzydziestolatek westchnął. Spojrzał na Vincenta, potem na Halszkę, a następnie zawiesił wzrok na ławce stojącej po jego prawej stronie.

– Dobrze. Słucham. – W jego głosie dominowały znużenie i zniecierpliwienie. Chciał skończyć tę rozmowę jak najszybciej.

– Kiedy ostatni raz miał pan kontakt z Gustavem Kornelowskim? – wystrzelił nagle komisarz.

– Nie pamiętam... Odkąd skończyliśmy pracę nad scenariuszem, praktycznie w ogóle nie rozmawialiśmy.

– Dlaczego tak bardzo zależało panu na obsadzeniu pani Magnusson? – wyskoczyła jakby od rzeczy Hardy.

Pytanie kompletnie zbiło twórcę z tropu. Nie kontrolował swojej mimiki. Jego oczy stały się ogromne. Przełknął ślinę. Odchrząknął. Nerwowo poprawił włosy i pokręcił głową.

– Przepraszam, bo nie rozumiem? A co to ma do rzeczy?

– To my tu jesteśmy od zadawania pytań, panie Bialski. – Stanowczy tembr głosu Lewickiego zintensyfikował przerażenie świadka. Ręce w kieszeni nie zdołały ukryć nerwowego ścierania płytki paznokcia. Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Halszka i Vincent momentalnie zwrócili uwagę, iż przewijający się temat aktorki wzbudził nieoczekiwaną reakcję u kolejnego przesłuchiwanego. Nie dali jednak po sobie nic poznać.

– To rutynowe pytania. Proszę się nie martwić, tylko odpowiedzieć zgodnie z prawdą – dodała uspokajająco kobieta.

Twarz scenarzysty się rozjaśniła. Napięcie puszczało. Nerwy odeszły. Odetchnął.

– Magnusson jest dobrą aktorką. Kiedyś mieliśmy okazję porozmawiać. Spotkałem ją na premierze filmu, do którego robiłem dialogi. Bardzo miła, zdolna. Wierzyłem w owocną współpracę.

– A nie była taka? – zagaił podejrzliwie komisarz.

– Nie sądziłem, że Magnusson ma problemy psychiczne. Nikt o tym nie wiedział. Nikomu nie mówiła. W trakcie trwania zdjęć zaczęła się dziwnie zachowywać. Nie przychodziła, spóźniała się. Czasem to nawet potrafiła nafaszerować się psychotropami i w takim stanie przyjść na plan. O tekście na pamięć nawet nie wspomnę. – Utyskiwanie na gwiazdę przychodziło Adamowi niezwykle gładko. Słuchając zeznań świadka, przed oczami pojawiał się obraz starszych pań z blokowisk, przesiadujących całe dnie przy oknach swoich malutkich peerelowskich mieszkań, obserwujących okolicę i obgadujących sąsiadów. Jak na kogoś źle nastawionego do rozmowy o artystce, niebywale chętnie przekazywał masę informacji na temat jej życia prywatnego. – Jest pod opieką jakiegoś psychiatry w Szwecji. Dlatego wróciła do domu. Ma się pojawić na dniach... Podobno. Będziecie mogli z nią pogadać...

– Na pewno to zrobimy – skwitowała Halszka, nie spuszczając wzroku z rozmówcy.

Vincentowi widać pogawędka rodem z portalu plotkarskiego nie odpowiadała. Podchodził sceptycznie do wywodów dotyczących pani Magnusson. Nie spodobała mu się postawa reżysera i scenarzysty. Według niego obydwaj mieli coś na sumieniu i bardzo im zależało, aby podejrzenia padły na kobietę. Pytanie dlaczego?

– Panie Bialski, żeby była jasność. Śledztwo nie dotyczy pani Magnusson. Dotyczy morderstwa pana Gustava Kornelowskiego. Wróćmy więc do wątku pisarza. Czy posiada pan jakieś informacje, które mogłyby okazać się przydatne w wykryciu sprawcy zabójstwa? – Komisarz mówił opanowanym, aczkolwiek stanowczym tonem. Frustracja w jego głosie udzieliła się zarówno mężczyźnie, jak i prokurator Hardy.

– To było jednak zabójstwo? – Udał zaskoczonego. – No tak, inaczej by was tu nie było. Tak jak już mówiłem, nie mam żadnych informacji. Kornelowski i ja pisaliśmy scenariusz. Później współpraca dobiegła końca, a ja zająłem się innymi zleceniami. Chcę, aby to było jasne: Gustav i ja nie byliśmy przyjaciółmi, nie wysłuchiwałem jego zwierzeń, nie opowiadał o swoich problemach. Nie interesowało mnie to, co dzieje się u niego prywatnie – skwitował, wyraźnie już zdenerwowany. Przestępując z nogi na nogę, dawał do zrozumienia, że czas go goni.

– To ciekawe, panie Bialski. – Komisarz zwinnie operował ironią podszytą nutą podejrzliwości. Ten sposób prowadzenia rozmowy wprawiał w zakłopotanie rozmówców; często nie potrafiąc się obronić, wyznawali prawdę. – Nie interesowało pana życie prywatne Kornelowskiego, zaś o pani Magnusson wie pan naprawdę sporo.

– Ludzie widzieli jej zachowanie i gadali. Ona sama potrafiła zdradzać informacje na swój temat. O pisarzu natomiast mało kto coś wiedział. Był raczej skryty, małomówny... – Zawiesił się w swoim własnym świecie. W ułamku sekundy zapominając o dwójce stojących naprzeciwko niego ludzi.

– OK. Na razie to wszystko. Ale możliwe, że będziemy się jeszcze z panem kontaktować – odparł przez zęby komisarz, potrząsając przy tym z zimna barczystymi ramionami.

Dzień był pochmurny i nieprzyjemny. Słońce dawno zapodziało się w gęstwinie ciężkich, szaro-granatowych chmur. Vincent trzymał w ustach wymiętego papierosa, znalezionego gdzieś w otchłaniach tylnej kieszeni spodni. Teraz zaś jego dłonie fragmentarycznie wędrowały po częściach własnej garderoby w poszukiwaniu zapalniczki.

Halszka nie spuszczała wzroku z kolegi. Gdy scenarzysta odszedł, dyskretnie wyjęła z kieszeni zapałki i podała ogień. Lewicki lekko się uśmiechnął i skinął w podziękowaniu, wypuszczając ustami dym tytoniowy, który rozmył się całkowicie w spowijającej miasto mgle.

Obydwoje wsiedli do zaparkowanego na chodniku grafitowego volvo należącego do komisarza. SUV nie był pierwszej młodości. Widać było jednak po nim dobrą rękę właściciela. Czysty, zadbany. W powietrzu unosił się zapach o nazwie „Nowy samochód”. Halszka przez chwilę pomyślała, że to auto to wszystko, co Lewicki ma i czemu się poświęca. Intuicja jej mówiła, że ten z pozoru niedostępny człowiek posiada ukrytą gdzieś głęboko zadrę; nie mogącą się zabliźnić otwartą ranę, której codzienne, systematyczne ukłucia przypominają o wciąż żyjącej przeszłości. Vincent działał po swojemu. Miał gdzieś zasady, normy, wcześniejsze ustalenia. Był pełen sprzeczności. Z jednej strony chciał współpracować. Pragnął mieć przy sobie kogoś zaufanego, ale summa summarum i tak robił, jak chciał. Wyglądem i zachowaniem przywodził na myśl jednego z tych starych wyjadaczy w amerykańskich filmach z lat siedemdziesiątych, chodzących własnymi ścieżkami. Halszka miała do niego ambiwalentny stosunek. Starała się zobaczyć w nim sprzymierzeńca, chociaż czuła, że może być zdolny do wszystkiego. Taka tykająca bomba, która nie wiadomo, kiedy wybuchnie. Odbezpieczony granat rzucony gdzieś w dal, raniący wszystkich napotkanych na swojej drodze.

Siedzieli teraz, wpatrując się w widok zza przedniej szyby. Jeszcze nie ruszyli. Myśleli. Zastanawiali się, każde osobno, do czego ich ta sprawa doprowadzi. Nic konkretnego nie wyciągnęli ani od jednego, ani od drugiego świadka. Pustka. Trzeba przeanalizować, krok po kroku, ostatni dzień z życia pisarza. Ostatni tydzień, miesiąc, jeśli będzie trzeba. Sąsiadów przesłuchano od razu, w noc znalezienia ofiary. Nikt nic nie widział. Mieszkania obok są puste. Jedni wyjechali, inni się wyprowadzili, a kolejni dopiero wprowadzą za miesiąc, jak wynika z ustaleń policji. Czyli na piętrze był tylko Kornelowski. Do tego ta zepsuta kamera... Tyle okoliczności sprzyjających mordercy. Czyżby Gustav naprawdę nie miał żadnych znajomych czy przyjaciół? Jeśli tak, to czy tak było zawsze? Z pewnością więcej zdradzi jego była żona. Dobrze, że ustawili już wyjazd nad Solinę za dwa dni. Akurat po przesłuchaniu aktorki.

Właśnie... Valeria Magnusson przewija się w opowieściach zarówno reżysera, jak i scenarzysty. Może ona znała lepiej pisarza? Trwającą ciszę zakłócił dochodzący ze schowka dźwięk przychodzącej wiadomości. Vincent nachylił się, aby wyjąć telefon. Jego ramię przeszło obok siedzącej na fotelu pasażera dziewczyny. Prokurator Hardy odwróciła głowę w kierunku bocznej szyby. Komisarz zerknął na otrzymany przed sekundą SMS. „Sprawdziłem te odciski palców na butelce. Stary, żeś namotał z tym mydłem. Ciesz się, że nikt nic nie wie. Udało mi się jednak coś pobrać. Niestety należą tylko do denata. Jeśli uda mi się coś jeszcze znaleźć, to napiszę. Trzymaj się”.

– Kurwa mać! – wrzasnął Lewicki, spokojnie przy tym odpisując: „Dobra, i tak dzięki wielkie”.

Prokurator spojrzała w jego kierunku, przerażona niejasną sytuacją. Vincent zauważył, że jest jej winien słowo wyjaśnienia. Odłożył więc komórkę z powrotem do schowka.

– Na butelce są tylko odciski palców Kornelowskiego – odparł posępnie, spuszczając głowę, jakby chciał zakończyć temat i nie drążyć go dalej w obawie przed ujawnieniem kompromitującej go informacji. Jak mógł być tak głupi? Jeśli były tam odciski palców sprawcy, a on je skutecznie usunął? Nie darowałby sobie tego. Teraz jednak nie było czasu na wyrzuty. Należało działać. Brak postępów w śledztwie przemawiał tylko na korzyść sprawcy. Halszka milczała. Komentarz jedynie spotęgowałby frustrację, a jej i tak było wyjątkowo dużo w tym samochodzie.

Ruszyli. Vincent znał się świetnie na prowadzeniu auta. Jeździł dynamicznie. Gwałtownie hamował, ostro wchodził w zakręt, wyprzedzał na trzeciego, kiedy z naprzeciwka jechała ciężarówka. Idealnie, myślała Hardy. Jeszcze nas pozabija. Modliła się, by już dotarli do komisariatu. Następnym razem wezmą jej samochód. Co z tego, że mały? Że tico kupione na jednej z tych nielegalnych giełd samochodowych? Ale jeździ. Poza tym ona będzie prowadziła. Przynajmniej przeżyją. Ściskając dłonie zaciśnięte w pięść, oddaliła się gdzieś daleko myślami. Lewicki obserwował ją kątem oka. Nagle zebrało mu się na pogawędkę.

– I co, Halszka? Co o tym myślisz? Trochę chuja mamy, co? – To był typowy żarcik, jakich w swoim repertuarze Vincent miał sporo.

Dziewczyna musiała zebrać się chwilę w sobie, aby powrócić do rzeczywistości i zarejestrować pytanie.

– No, na razie średnio to wygląda. Liczę na pozostałych świadków. Może ta aktorka coś powie. – Nagle zboczyła z toru rozmowy. – Właśnie, jakoś tak dziwnie zareagowałeś, jak Bialski wsiadł na nią...

– Nie lubię, jak się z kogoś robi kozła ofiarnego. Już na pierwszy rzut oka widać, że ściemniają.

– Myślisz, że oni stoją za zabiciem Kornelowskiego, a chcą zwalić winę na aktorkę?

– Okaże się. Zamiast o nim, gadali o niej. Trochę to dziwne, że nie wiedzą nic o autorze książki, na podstawie której zrobili film. Rozmawiali z nim przecież wiele razy. Spotykali się. Może bywali u niego w mieszkaniu, czego się raczej nie dowiemy, bo pieprzona kamera to atrapa! – Uderzył pięścią gwałtownie w kierownicę. Ze złości przygryzł wyschnięte z zimna wargi.

Halszka odwróciła wzrok. Spojrzenie skierowała na zmieniający się za oknem krajobraz. Otulająca miasto ciemność ustępowała przed jasnym światłem latarni.

– Mam dla ciebie dobrą wiadomość. – Otworzyła w pół zdrętwiałe z chłodu usta.

Vincent skierował ku niej swoje wielkie ciemne oczy. Przyglądał się i czekał w milczeniu. Na twarzy nadal pozostawał wyraz zwątpienia i frustracji.

– Udało mi się namierzyć laskę, która u niego sprzątała – odparła jakby nigdy nic. Bezemocjonalnie. Wpatrując się w dal.

Komisarz nawet nie starał się ukryć zdziwienia.

– Skąd wiedziałaś, że ktoś u niego sprzątał? Poza tym... Jak...