Szepty gwiazd - Aleksandra Broda - ebook

Szepty gwiazd ebook

Aleksandra Broda

0,0

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Przeszłość nigdy nie przestaje szeptać

Aniela Okszańska i Georg von Strasberg zakochują się pewnego wiosennego dnia pod mazowieckim niebem. Nie przeczuwają jeszcze, że świat wokół nich już wkrótce zacznie się zmieniać i wystawi ich uczucie na najtrudniejszą próbę. Kiedy wybucha wojna, ich miłość musi przetrwać w rzeczywistości pełnej strachu, nienawiści i zdrady. Pewnego dnia Georg znika bez śladu.

Ponad osiemdziesiąt lat później Piotr Okszański odnajduje w rodzinnym albumie zdjęcie mężczyzny w mundurze SS, kogoś, kto wygląda niemal dokładnie jak on. Wraz z narzeczoną Barbarą wyrusza tropem rodzinnej tajemnicy prowadzącej przez mazowieckie wsie, Berlin i Londyn. Pragnie bowiem odkryć, co naprawdę wydarzyło się w Ludwikowie i dlaczego przeszłość jego rodziny przez tyle lat pozostawała skrywana w milczeniu.

„Szepty gwiazd" to poruszająca opowieść o miłości silniejszej od czasu oraz o sekretach przeszłości, która nigdy nie przestaje szeptać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aleksandra Broda

Szepty gwiazd

Dla Taty

Każdy może być ojcem,

ale trzeba być kimś wyjątkowym,

żeby być tatą.

Anne Geddes

Prolog

JAN

1926

Jan Okszański odwrócił głowę i spojrzał na koronę starego dębu. Widział tylko jej część. Początkowo ciemnozielona, im bliżej była nieba, tym bardziej stawała się rozmyta, aż w końcu zniknęła całkowicie we mgle spowijającej tego dnia niebo i okoliczne pola.

W istocie, ranek był mglisty i dżdżysty. Jan nie mógł jednak usiedzieć w domu. Dzień bez wyjścia na pole uważał za stracony. I choćby z powodu pogody nie mógł wykonać żadnej pracy, musiał wyjść na zewnątrz.

Patrzył na dąb i po raz kolejny zastanawiał się, co z nim zrobić. A może nie robić nic?

Liczył, że w końcu coś postanowi. Łudził się, że odpowiedź nadejdzie, gdy po raz kolejny spojrzy na gruby sękaty pień. Myślał, że nawet jeśli olśnienie nie spłynie w tamtym momencie, to może gdy będzie zadzierał głowę, aby spróbować pośród mgieł dostrzec wierzchołek drzewa, podejmie decyzję. Nadal jednak nie wiedział, co zrobić.

Dąb nie dawał odpowiedzi.

„Głupiś” – pomyślał Jan. „Jak drzewo ma ci odpowiedzieć?”

Sam był zaskoczony swoim podejściem.

Nigdy nie wierzył w gusła, tak przynajmniej chciał sądzić. Czuł dziwny niepokój, gdy padały stare ludowe porzekadła czy przesądy. Szczególnie budziły obawę te, które mówiły, czego robić nie należy, żeby nie przysporzyć sobie pecha. Czy była w nich prawda, czy nie, tego Jan nie wiedział. Wolał jednak z pokorą dmuchać na zimne, żeby przypadkowo nie ściągnąć nieszczęścia na siebie, rodzinę czy gospodarstwo.

Ale to tyle. W żadne bajki nigdy nie wierzył i nie miał zamiaru uwierzyć.

Musiał jednak przyznać, że gdy stał przed potężnym drzewem, na środku spowitego gęstą mgłą pola, czuł się mały. Nie chodziło tylko o rozmiar drzewa. Mógłby wtedy pomyśleć, że czuje się mały wobec wieków i nieskończoności, lecz do racjonalnego umysłu Jana takie refleksje nie miały wstępu. Tłumił je, jak tylko mógł, dlatego też nie wiedział, czym wytłumaczyć swój niepokój i kołatanie serca, gdy spoglądał na znikającą we mgle koronę starego dębu.

Miał niejasne wrażenie, że stoi przed wielowiekowym dziedzictwem, drzewem, które rosło tu jeszcze na długo przed jego narodzinami. On tymczasem planował, jak zniszczyć je za pomocą siekiery. Towarzyszyło mu mgliste poczucie, że wycięcie dębu byłoby niewłaściwe.

Dąb rósł w tym miejscu nie tylko na długo przed Janem, ale i przed jego ojcem, jednak dokładnego wieku drzewa żaden z nich nie był w stanie oszacować.

Pierwszym z ich rodziny, który zamieszkał na tej ziemi, był dziadek Jana.

Gdy Władysław Okszański postanowił się osiedlić w tym miejscu, stał tu tylko wielki las, w którym rosły klony, dęby i brzozy. Nie było ani jednej chaty czy niezajętego przez rozłożyste drzewa skrawka pola, tylko jeden potężny i przerażający las.

Kiedy Władysław oznajmił swoją decyzję, ludzie tylko wymownie pukali palcem w czoło. Rodzina Władysława zamarła z przerażenia, a jego ojciec o mało się go nie wyrzekł. Bo kto to słyszał przenosić się gdzieś, gdzie rósł tylko rozległy las? Nie znano nikogo, kto by przez niego przebrnął. Jego głębia była tajemnicza i nieprzenikniona. Ludzie bali się zapuszczać daleko. Gdy szukali opału albo owoców leśnych, trzymali się skraju i nie zapędzali w mroczną otchłań. Splątane ze sobą gałęzie i liście były tak gęste, że do wnętrza niemal nie docierały promienie słoneczne.

Ludzie pytali Władysława, jak sobie to wyobraża, kiedy na tamtej ziemi nie ma ani jednego wolnego skrawka, na którym mógłby postawić chałupę, a jego żona spodziewa się pierwszego dziecka.

Władysław zaś wyobrażał sobie to wszystko i widział ogrom pracy i determinacji, jaką będzie musiał się wykazać, aby wykarczować część lasu i postawić chatę. Chciał zbudować tam swoje życie od nowa.

Ciężarna żona wcale mu w tym nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie. W Rzeczniowie, skąd pochodził Władysław, mieszkał on i większość jego rodzeństwa. Było ich siedmioro. Gdy rodzice wydzielili każdemu przynależną im część ziemi, okazało się, że jest jej zbyt mało i każde żyło w biedzie. Kto mógł, wyprowadzał się z chałupy rodziców. Głównie znikały siostry Władysława – jedna po drugiej wychodziły za mąż. Braciom oraz jemu pozostawało wybudować domy na polach, które otrzymali, i tym samym jeszcze bardziej ograniczyć miejsce na uprawy albo pozostać pod strzechą z rodzicami. Małe pola rodziły małe plony, a przecież musieli coś jeść. Najgorzej było jednak, gdy rok okazał się nieurodzajny.

Do rodzinnego domu Okszańskich dołączały żony tych z braci, którzy nie wyprowadzili się od rodziców. Wkrótce pojawiały się także pierwsze dzieci. Niebawem w chałupie zrobiło się zbyt ciasno dla wszystkich, co powodowało waśnie. Życie stało się nie do zniesienia.

Władysław nie widział więc perspektyw do pozostania w rodzinnym domu, w którym coraz częściej dochodziło do niesnasek. Szczególnie wówczas, gdy bratowe, jego żona oraz matka toczyły między sobą podstępne walki o to, która z nich zostanie gospodynią i będzie wydawać polecenia pozostałym.

Ojciec Władysława, Wacław Okszański, odebrał jednak odejście syna jako obrazę. Nie mógł mu wybaczyć, że porzuca dom i nieznaczną ojcowiznę, którą wydzierżawił od niego jeden z braci, i chce szukać szczęścia gdzie indziej. Chociaż bezimienny las znajdował się rzut kamieniem od Rzeczniowa – dzielił je tylko Janów i zamieszkana przez niemieckich protestantów Gozdawa – ludzie patrzyli na Władysława, jakby wybierał się co najmniej za ocean albo na drugi koniec świata, a nie dwie wsie dalej, do miejsca, które nie miało jeszcze swojej nazwy.

Nie rozumieli, w jaki sposób zamierzał się osiedlić na terenie lasu, skoro wiadomo było, że należy on do dziedzica. Wyrąbywanie z niego drzew zawsze było surowo karane.

Kiedy Władysław powiedział prawdę najpierw rodzinie, a potem pozostałym mieszkańcom Rzeczniowa, nikt mu nie uwierzył.

Jakiś czas wcześniej zmarł stary dziedzic, uprzednio podzieliwszy swój majątek między synów. Jednemu z nich przypadł w udziale między innymi właśnie las położony w pobliżu Kadłubka i Gozdawy.

Szczęśliwie dla Władysława zdarzyło się, że znał syna dziedzica jeszcze z czasów oddawania plonów z pól, bo to on, w imieniu ojca, zajmował się ich odbiorem. Kiedy więc nowy właściciel objął okoliczne tereny, od razu zaproponował jemu oraz innym zaufanym chłopom, że jeśli wykarczują część lasu, dostaną za to kawałek obrobionej ziemi. Dziedzic zamierzał bowiem wybudować tartak i postanowił, że na budowę oraz zdobycie pierwszych materiałów poświęci część lasu przy Gozdawie. Ponieważ znał sytuację Władysława i pozostałych mężczyzn, wiedział, że nie odmówią.

Ludzie twierdzili, że dziedzic najpierw wykorzysta chłopów do ciężkiej pracy, a potem nie dostaną obiecanej ziemi. Uważali tak nie tylko mieszkańcy Rzeczniowa, ale także innych wsi. Zadanie wydawało się zbyt trudne.

Taką historię Jan usłyszał od ojca. Nie mógł wiedzieć, czy Władysław naprawdę otrzymał od dziedzica przyrzeczenie. Wydawało mu się bardziej prawdopodobne, że jego przodek dostał ziemię na skutek carskiego ukazu znoszącego pańszczyznę. Wiedział na pewno, że zanim zaczęto używać nazwy „Ludwików”, na miejscowość mawiano Mały Kadłubek, zapewne ze względu na sąsiadujące położenie „właściwego” Kadłubka. Nazwa Ludwików upowszechniła się jeszcze przed wielką wojną. Jan nie miał jednak pojęcia, skąd się wzięła. Starcy z wioski powiadali, że to od imienia syna dziedzica, który objął we władanie tę ziemię. Czy była to prawda, czy jedynie legenda, tego Jan nie wiedział.

Patrzył więc z zadartą głową na dąb i myślał nad dawnymi wydarzeniami. Ten na jego polu i kilka innych pojedynczych, podobnych drzew na pozostałych polach były jedynym śladem po gęstym lesie.

„Gdy ich nie będzie – myślał Jan – a ludzie zapomną, że był tu las, naprawdę nic nie pozostanie po naszych przodkach”.

Mieszkańcy wsi w większości dawno już usunęli stare dęby ze swoich pól. Jan przypuszczał, że mógł być ostatnim z mieszkańców Ludwikowa, który nadal się ich nie pozbył.

Nie dziwił się, że ludzie karczują stare dęby. Przeszkadzały w pracach na polu, często obawiano się, że podczas burzy drzewo przewróci się i zniszczy uprawy albo że uderzy w nie piorun i powstanie z tego pożar. Jan również się tego wszystkiego lękał.

Coś go jednak powstrzymywało przed wycięciem staruszka.

Patrzył w górę, jak we mgle rozmywa się korona dębu. Wpatrywał się w nią i nie mógł się nadziwić, jaka była ogromna.

Jak mógł ściąć drzewo, które jego przodek celowo zostawił?

Jan nie był sentymentalny, jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dąb mógł pozostać na polu jako pamiątka sprowadzenia ich rodziny na te ziemie przez Władysława. A może się mylił i drzewo stało tu przypadkowo? Lecz nawet jeśli, to jego ojciec i dziadek również go nie wycięli, tylko pozostawili na środku pola.

Jan ostatni raz spojrzał w górę na potężny dąb i westchnął. Tego dnia na pewno nie uda mu się podjąć decyzji. Zarzucił siekierę na ramię. Zabrał ją nie wiadomo po co. Przecież człowiek w pojedynkę i z jedną siekierą nie dałby rady wyciąć tak potężnego drzewa. Wbił wzrok w rozmokłą od wilgoci ziemię i ruszył w stronę domu.

Na miedzy minął się z Kowalskim, zmierzającym na swoje pole.

– I co, sąsiedzie? Dąb na swoim miejscu, jak widzę. – Na ustach Kowalskiego zabłąkał się złośliwy uśmieszek. Wszyscy we wsi wiedzieli o dylematach Jana dotyczących starego drzewa.

Jan mimowolnie poczuł, jak krew w nim pulsuje z wściekłości. Gdyby nie mroźny poranek, z pewnością jego twarz stałaby się czerwona, a tego już by chyba nie zniósł.

– Pogoda dzisiaj nieodpowiednia – wykręcił się Jan.

– Codziennie chyba nieodpowiednia. – Kowalski się zaśmiał, podkręcając wąsa, po czym uchylił czapki i ruszył w swoją stronę. – Uszanowanie sąsiadowi.

Jan wpatrywał się w plecy oddajającego się, wesoło pogwizdującego Kowalskiego. Stał przez pewien czas w tym samym miejscu i czuł, jak krew w nim buzuje.

Obejrzał się przez ramię. Kowalski właśnie spoglądał na jego dąb.

Jan ze złością wciągnął powietrze i powoli ruszył w stronę domu. Nadal jednak nie mógł się uspokoić. Kowalski naśmiewał się z niego i miał czelność przyglądać się jego drzewu! W dodatku od razu rozpoznał kłamstwo Jana na temat pogody.

Nie mógł się dziwić, że sąsiedzi urządzali sobie z niego żarty. Sam do tego doprowadził. Ilekroć ktoś pytał o samotny dąb pośrodku jego pola, Jan odpowiadał, że zetnie go, gdy tylko będzie miał wolną chwilę i zorganizuje ludzi do tego przedsięwzięcia albo kiedy pogoda będzie odpowiednia, tak jak to rzekł tego dnia do sąsiada. A dąb jak stał pośrodku pola, tak stał. Gdyby od razu powiedział, że dąb nie przeszkadza mu tak bardzo, żeby go ścinać, zamknąłby ludziom usta.

Dotarł wreszcie do swojego obejścia, po którym dreptały kaczki, gęsi i kury, a wszystkim przewodził kroczący dumnie kogut.

Otworzył drewnianą furtkę na podwórko. Natychmiast obok niego znalazł się mały, jasnobrązowy, kudłaty kundelek w ciemne łaty, którego kupił swojej córce Anielce z okazji urodzin na targu w Siennie. Do dziś pamiętał, jak trzymał za pazuchą małego, trzęsącego się szczeniaka. Przytrzymywał go jedną ręką, a drugą powoził wozem z końmi. Pamiętał też, ile było uciechy, kiedy wniósł tę przelęknioną psinę do chaty, a Anielka aż zapiszczała z radości, widząc swojego nowego przyjaciela. Tym piskiem przeraziła już i tak mocno wystraszonego zwierzaka. Przez następne kilka dni niemal bez przerwy nosiła Ciapka na rękach.

Czasem Jan miał wrażenie, że pies tak wchłonął radość, którą wywołał w ich domu, że do tej pory nią emanuje. Nie było bowiem w całym Ludwikowie bardziej wesołego psa niż Ciapek.

„Wyrąbię ten dąb” – przemknęło Janowi przez głowę. „Ostatecznie. Nie będą się śmiać z pierwszego gospodarza”.

Nie uchodziło bowiem, żeby sąsiedzi kpili z najbogatszego gospodarza we wsi, który kupuje psa tylko dla przyjemności córki i pozwala dziecku uczyć się w szkole, zamiast zmuszać do pracy w gospodarstwie. Stać go było na takie kaprysy, nie mógł więc pozwolić, aby się z niego naśmiewano.

Zadowolony, że wreszcie podjął decyzję i sąsiedzi w końcu zamilkną, odłożył siekierę do szopy. Podszedł do drzwi chaty i wszedł do środka.

Z sieni skierował się w stronę izby, która pełniła rolę kuchni. Nie w każdej chałupie było tyle miejsca co u niego. Mógł się poszczycić, że miał go tyle, by rodzice i córka nie musieli spać w jednym pomieszczeniu, jak to bywało w innych chatach. Nieraz sypiano nawet w kuchni na ławach.

A może – musiał to przed sobą z żalem przyznać – wynikało to z faktu, że sąsiedzi i inni mieszkańcy wsi mieli po kilkoro dzieci, podczas gdy Jan miał tylko jedną córkę.

Wiedział, że za jego plecami, prawie niesłyszalnym szeptem, ludzie plotkowali o jego żonie, nazywając ją żydowską czarownicą, głównie z uwagi na jej pochodzenie, milczenie, znajomość ziół oraz wiarę, której się wyrzekła wychodząc za Jana i zmieniając wyznanie na katolicyzm. O ile rozwścieczało go to ludzkie gadanie, o tyle musiał przyznać, że w temacie dzieci coś jednak musiało być na rzeczy. Jego żona, jakimiś tylko sobie znanymi sposobami, musiała sprawić, że poza Anielką nigdy więcej nie była przy nadziei. Za nic miała sobie marzenia Jana o synu, który stałby się dziedzicem jego morg.

Gdy otworzył drzwi prowadzące do kuchni, już w progu uderzył go zapach ziół.

Jego żona podniosła wzrok znad garnka, w którym gotowała coś na piecu. Ich spojrzenia spotkały się na sekundę. Sara patrzyła na niego przenikliwie swoimi ogromnymi, ciemnymi, niemal czarnymi oczami, jakby potrafiła przeszyć go wzrokiem. Jan ledwie powstrzymał się od wzdrygnięcia. Mimo że już od wielu lat byli małżeństwem, nadal nie mógł się przyzwyczaić do spojrzeń, które mu rzucała. Miał wrażenie, że wystarczyło jej jedno, by wszystko wiedzieć. A najgorsze było to, że czasem widział to samo spojrzenie u Anielki, która miała oczy swojej matki.

Sara odwróciła wzrok. Znów zapatrzyła się w gar, z którego unosiła się para.

– Byłem na polu – powiedział, wiedząc, że jego żona zapewne się nie odezwie, dopóki on tego nie zrobi.

Cisza.

Usiadł przy stole naprzeciwko Anieli, która z zapałem gryzmoliła coś ołówkiem na kartce. Nie zwróciła na niego uwagi, nadal pracowicie rysując.

Tym także mógł się poszczycić. Stać go było na papier i przybory do pisania, i to na tyle, że pozwalali ich używać dziecku.

– Byłem pod dębem – rzucił w stronę Sary z nadzieją, że to ośmieli ją do odezwania się.

Prawie się udało. Ponownie na niego popatrzyła, a on natychmiast rozpoznał to samo spojrzenie, którym obdarzyła go chwilę wcześniej, gdy wszedł do kuchni.

– Wiem – odpowiedziała mu Anielka zamiast żony.

Miał szczęście, że przynajmniej jego córka była bardziej rozgadana.

– A skąd?

– Po prostu. – Dziewczynka wzruszyła ramionami i z powrotem zajęła się rysunkiem.

„Po prostu” – pomyślał Jan.

Z trudem stłumił irytację. Nie przeszkadzała mu nadzwyczajna bystrość zarówno córki, jak i żony. W końcu gdyby było inaczej, nie ożeniłby się z Sarą, choć dużą rolę w tym odgrywał także jej posag. Przeszkadzała mu jedynie ich powściągliwość w mowie, choć być może małomówność dotyczyła jedynie Sary. Aniela była zdecydowanie bardziej rozmowna. Wolałby jednak nie widzieć u córki tak wielu cech Sary. Martwił się, że będzie miała ciężkie życie, jeśli o niej ludzie również zaczną plotkować, że jest dziwna, albo będą przezywać ją czarownicą, jak jej matkę.

– To znaczy skąd wiedziałaś? – zagadnął dziewczynkę. – Mama ci mówiła? – zapytał, chociaż dobrze wiedział, że wcześniej nie mówił żonie, dokąd wychodzi.

Rzucił szybkie spojrzenie w stronę pieca, gdzie stała Sara. Ta uśmiechnęła się delikatnie, lecz nie mógł stwierdzić, czy uśmiech skierowany był do niego, czy do Anieli. Po chwili znów zajęła się gotowaniem.

Aniela pokręciła głową w odpowiedzi na pytanie zadane przez ojca.

– Nie. Widziałam, że idziesz.

– Anielko, przecież nie wiesz, dokąd szedłem. Mogłem pójść gdziekolwiek. Nie mówiłem, że idę pod dąb.

– Ale każdego dnia masz ze sobą siekierę.

– Hm, no tak – mruknął Jan, uciekając wzrokiem w bok.

Postanowił podroczyć się z Anielką. Pewnego dnia, kiedy oznajmił, że na poważnie rozważa wyrąbanie starego dębu, Anielka wpadła w taki płacz, że potem przez kilka dni, zanim o poranku wyszedł z domu, niemal uwieszała się na ojcu i błagała, żeby nie ścinał drzewa.

– I ani trochę nie obchodzi cię, czy zetnę dąb? Może przestał cię obchodzić?

– Nie przestał.

– No to o co chodzi?

– Oj, tato. Gdybyś go ściął, to od razu byś nam powiedział. Chociaż – dodała po chwili zastanowienia – wolałabym, żebyś tego nie robił.

I Jan znów miał dylemat.

Część I

Brzask

Kochasz ty dom, rodzinny dom,

Co w letnią noc, skroś srebrnej mgły,

Szumem swych lip wtórzy twym snom,

A ciszą swą koi twe łzy?

Kochasz ty dom, ten stary dach,

Co prawi baśń o dawnych dniach,

Omszałych wrót rodzinny próg,

Co wita cię z cierniowych dróg?[1]

Maria Konopnicka, Pieśń o domu

ANIELA

1935

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Maria Konopnicka, Pieśń o domu, [w]: A czy wiesz, dziecino miła… Wybór poezji patriotycznej dla dzieci, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Warszawa 2011, s. 66.

Nakładem wydawnictwa Novae Res ukazała się również:

DRZEWA SĄ ŚWIADKAMI HISTORII – I UCZUĆ, SILNIEJSZYCH NIŻ PRZEMIJANIE

Czas odcisnął piętno na malowniczym dworku Bogdanowiczów w Łaziskach. To właśnie tutaj, w cieniu modrzewiowej alei, rozkwitło zakazane uczucie córki miejscowego stolarza – Wandy Tarkowiak – i młodego hrabiego Michała Bogdanowicza.

Ich nieśmiałe marzenia o wspólnej przyszłości przerwał jednak wybuch II wojny światowej. Michał został uznany za zaginionego, a Wandą zainteresował się niemiecki kapitan, Jurgen Kloss. Dziewczyna nie przeczuwała, że ta relacja stanie się początkiem drogi pełnej niebezpiecznych wyzwań, walk i dotkliwych strat…

Wiele lat później utalentowana i zadziorna prawniczka Barbara Makowska przypadkiem odnajduje pamiętnik tajemniczej Wandy. Zafascynowana jej historią, postanawia poznać prawdę o przeszłości swojej rodziny.

Śledztwo prowadzi ją do dworku Bogdanowiczów – miejsca, gdzie wciąż rozbrzmiewają echa dawnych namiętności, inspirujące do odkrywania miłości na nowo…

Szepty gwiazd

ISBN: 978-83-8423-653-6

© Aleksandra Broda i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Weronika May

KOREKTA: Tatiana Sas-Matuszczyk

OKŁADKA: Magdalena Czmochowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek