Modrzewiowa aleja - Aleksandra Broda - ebook

Modrzewiowa aleja ebook

Aleksandra Broda

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Drzewa są świadkami historii – i uczuć, silniejszych niż przemijanie

Czas odcisnął piętno na malowniczym dworku Bogdanowiczów w Łaziskach. To właśnie tutaj, w cieniu modrzewiowej alei, rozkwitło zakazane uczucie córki miejscowego stolarza – Wandy Tarkowiak – i młodego hrabiego Michała Bogdanowicza.

Ich nieśmiałe marzenia o wspólnej przyszłości przerwał jednak wybuch II wojny światowej. Michał został uznany za zaginionego, a Wandą zainteresował się niemiecki kapitan, Jurgen Kloss. Dziewczyna nie przeczuwała, że ta relacja stanie się początkiem drogi pełnej niebezpiecznych wyzwań, walk i dotkliwych strat…

Wiele lat później utalentowana i zadziorna prawniczka Barbara Makowska przypadkiem odnajduje pamiętnik tajemniczej Wandy. Zafascynowana jej historią, postanawia poznać prawdę o przeszłości swojej rodziny.

Śledztwo prowadzi ją do dworku Bogdanowiczów – miejsca, gdzie wciąż rozbrzmiewają echa dawnych namiętności, inspirujące do odkrywania miłości na nowo…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 334

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aleksandra Broda

Modrzewiowa aleja

Rodzicom, Bartkowi, Kubie, Babciom i Dziadkowi.

Przed burzą

Jak kłos rzucony na puste pole

Tak zwiędnę, umrę bez ciebie

Włodzimierz Wolski, Halka

WANDA

1926

Pod stopami Wandy, obutymi w nowe trzewiki, wznosiły się kłęby pyłu z piaszczystej drogi, na której koła wozów państwa Bogdanowiczów wyżłobiły dwa pasy. Nad jej jasnowłosą głową wznosiły się rozłożyste korony modrzewi, pomiędzy którymi przebijały skrawki mlecznobiałych chmur, płynących powoli po błękicie letniego nieba.

Wanda wiele razy widziała modrzewiową aleję. Za każdym razem ten widok zapierał jej dech w piersi. Wydawało jej się, że nie było nic piękniejszego na świecie niż aleja, mimo że w okolicy rozciągały się też inne wspaniałe widoki. Pola usiane zbożami ciągnęły się aż po horyzont, a wśród nich tysiące kłosów kołysało się w równym rytmie, jak tancerze, którym przygrywał wiatr. Kłosy błyskały w promieniach słońca jak złoto, które Wanda widywała tylko na ołtarzu w kościele albo na pierścionku pani dziedziczki. Zboża falowały też czerwienią maków i błękitem chabrów, spomiędzy których wychylały się białe główki rumianków. Pośrodku zbóż i kolorowych wysp kwiatów rosło samotne drzewo z powykręcanymi ze starości gałęziami, na których rozkładała się korona. Drzewo niepodzielnie królowało nad zbożami i dworską łąką.

We wsi był także las, który podobał się Wandzie równie mocno, co pola i łąki. Gęsty, ciemnozielony bór zamykał Łaziska od strony Leszczyn. Wandzie podobała się ta naturalna granica, dająca opał zimą, a jagody latem, choć jednocześnie ogrom lasu i tajemnice, które z pewnością skrywały się w jego gęstwinie, przyprawiały ją o dreszcze.

Nic jednak nie było w stanie przyćmić uroku modrzewiowej alei. Wandzie wydawało się, że prosta droga z obu stron porośnięta modrzewiami ciągnie się w nieskończoność. Zagłębiała się coraz dalej w ciąg drzew wzdłuż podjazdu do dworu. Kiedyś próbowała policzyć, ile modrzewi rośnie po obu stronach alei, ale nigdy jej się to nie udało. Gubiła się w rachunkach i tym bardziej miała wrażenie, że ciąg drzew nie ma końca. I gdy już tak tonęła w modrzewiowym tunelu, na jego końcu zauważała nieduży kwadrat z przybudówką. Wpatrywała się w te kształty tak długo, aż z każdym kolejnym krokiem przybierały bardziej realny wygląd. Wreszcie na końcu modrzewiowej alei wyłaniał się dwór.

Tego dnia było tak samo. Wanda usilnie wpatrywała się przed siebie i czekała na moment, gdy daleki kształt przemieni się w uroczy dworek.

Dzielnie szła obok ojca trzymającego ją za rękę, kiedy mijali kolejne modrzewie. W drugiej dłoni Stanisław niósł drewnianą skrzynię z narzędziami. Jako że był stolarzem, często posyłano po niego, aby dokonał drobnych napraw w dworze albo w innych częściach majątku. Ilekroć mógł, zabierał ze sobą córkę. Wanda lubiła chodzić z ojcem do dworu, a Stanisław lubił, gdy towarzyszyła mu jedyna córka. Właściwie – jedyne jego dziecko.

Stanisław widział, jak Wandę ciekawi dwór i życie państwa Bogdanowiczów. Nie był to jednak jedyny powód, dla którego zabierał ją ze sobą. Liczył, że córka z czasem zdobędzie zaufanie zarówno państwa, jak i ich dzieci, dzięki czemu w przyszłości mogłaby zostać zatrudniona jako służąca czy podkuchenna. Stanisława znali i cenili za jego uczciwość i staranność, co mogłoby kiedyś pomóc Wandzie. Państwo nie izolowali swoich dzieci od dzieci chłopskich, dlatego stolarz korzystał z tego i kiedy tylko mógł, zabierał córkę ze sobą. Marzył, jak by to było, gdyby kiedyś Wandzia dostała tu pracę. Wtedy i mężczyzna porządny by się dla niej znalazł, bo nie dość, że była jedynym dzieckiem bogatego gospodarza i do tego wziętego stolarza, to jeszcze jako jedna z nielicznych dziewcząt ze wsi miałaby posadę w dworze. Może wtedy też żaden nie podniósłby na nią ręki, gdyby przynosiła do chałupy trochę zarobionego grosza.

Stanisław zerknął na córkę i widząc, że włożyła palce do ust, puścił na chwilę jej rękę i stanowczo wyciągnął piąstkę z buzi. Nie raz widział, jak opiekunka dworskich dzieci próbuje je oduczyć podobnych nawyków. Co prawda państwo nie bronili swoim dzieciom kontaktu z dziećmi z wioski, Stanisław chciał jednak, aby widzieli, że Wanda, mimo że z chłopskiego domu, potrafi się odpowiednio zachowywać.

Nim się obejrzał, byli już pod dworem. Zerknął na Wandę, która jak urzeczona wpatrywała się w jasny jednopiętrowy budynek z wysuniętym do przodu gankiem o dwustronnie spadzistym dachu. Pod drzwi znajdujące się u frontu dworu Stanisławowi nigdy nie przyszłoby do głowy podejść. Mimo że państwo mieli dość liberalne poglądy i pomagali chłopom, a nawet pomimo że cenili Stanisława i byli zadowoleni z jego pracy, stolarz znał swoje miejsce. Lekko pociągnął małą Wandzię za rękę. Nadal zapatrzona była w fasadę dworu. Skierował kroki na tyły domostwa do wejścia dla służby. Wanda posłusznie podreptała za nim.

Stanisław zapukał do podniszczonych kuchennych drzwi, zerkając czujnie na córkę. Po chwili otworzyły się. Stanęła w nich Irenka Smolnikowa, pulchna kucharka państwa Bogdanowiczów, wycierająca jednocześnie ręce w czystą ścierkę. W dworze nie można było sobie pozwolić na używanie brudnych, jak nieraz zdarzało się to w chłopskich chatach.

– A niech będzie pochwalony! Pan Stanisław, jak dobrze, że jesteście. Te krzesła to całkiem się porozpadały, sam zaraz Stanisław zobaczy. Jużeśmy myśleli, że po nich, no ale jeszcze Stanisław może co pomoże. No, wchodźta. – Otworzyła szerzej drzwi.

Kucharka była słusznej postury i musiała się przesunąć, żeby wpuścić ich do środka. Mimo tęgości i siły w rękach wszyscy nazywali ją Irenką, bo rumiana pulchna twarz Smolnikowej zawsze była uśmiechnięta.

– Pani Smolnikowo – zwrócił się do niej Stanisław. – Wandzia to może by, za pozwoleniem jaśnie państwa, do dzieci poszła?

Rumiana twarz Smolnikowej rozpromieniła się jeszcze bardziej.

– Pewnie, zaraz zaprowadzimy Wandzię. Stanisław wie, że pani hrabina postępowa, dzieci w szkółce uczy, to i czemu by przeciwko miała co mieć? A bo to raz już Wandzia z dziećmi państwa się bawiła? Sama nie raz, nie dwa słyszałam, jak jaśnie pani mówiła do pana hrabiego przy wieczerzy, że i panicz, i panienka powinny dzieciaki nasze chłopskie poznać, bo tak znowu państwa innych dużo to w okolicy nie ma, Stanisław przecie sam wie. A to pomiędzy ludźmi się żyje, powiada pani hrabina, a pan hrabia na to, że tak, tak, że syn jego przecie dziedzicem po nim będzie, to i ludzi musi znać, i dogadać się z każdym. Pomyślałby kiedy Stanisław, że dojdzie do tego? Że się dziedzice będą chcieli z nami spoufalać? O, pamiętam, jak mała jak Wandzia byłam, dawno temu to było, to na państwo popatrzeć można było tylko tyle, co na mszy w niedzielę albo jak bryczką odkrytą w lato gdzie jechali, a przecież moja mateczka, świeć Panie nad jej duszą, też kucharką u wielmożnych państwa była, to ja od maleńkości w dworze bywałam i przyuczałam się do pracy, a i tak państwa czasem aby widziałam. A mnie się zdaje, że to dobrze, że czasy się zmieniają, nowe idzie. Zobaczy jeszcze Stanisław, jak świat nie raz go zaskoczy, mówię Stanisławowi.

Stanisław, nienawykły do tak długich rozmów, stał jak słup soli i myślał gorączkowo, co by tu Irence odpowiedzieć. Nic mu jednak nie przychodziło do głowy. Stał więc bezradnie u progu dworskiej kuchni, w której niepodzielne rządy sprawowała Smolnikowa. Miął kaszkiet w dłoniach, odstawiwszy uprzednio na podłogę skrzynkę z narzędziami.

– Ano – wydukał wreszcie powoli. – I mnie się tak zdaje. Może lżej jej trochę będzie niż nam. – Spojrzał mimowolnie na Wandę, która stała przy nim grzecznie, tak jak jej to przykazał jeszcze w chałupie.

Smolnikowa też utkwiła spojrzenie w dziewczynce.

– Ale córka to się Stanisławowi udała. Jeszcze ksiądz dobrodziej gotów ją przy ołtarzu przy Najświętszej Panience postawić, taka ona śliczna. Tylko matka jej potrzebna. – Mina jej zrzedła i spojrzała na Stanisława karcąco.

Stanisław zerknął na kaszkiet, który nadal ściskał w spracowanych dłoniach. Przez chwilę milczał, ważąc, co odpowiedzieć, po czym zduszonym głosem, unikając wzroku kucharki, zdołał wydusić tylko jedno zdanie:

– Ona już nie będzie miała matki, Smolnikowo.

Kucharka westchnęła.

– Straszna tragedia – przyznała, zaraz jednak odzyskała rezon. – Ale Stanisław to powinien się wziąć w garść, życie biegnie dalej, a małej matki potrzeba. Wasza matka, Stanisławie, już stara, nie dla niej bieganie za dzieciakiem. A i wam baba by się przydała. Jeszcze by Wandzia mogła mieć gromadkę braci i sióstr, a ty gospodarstwo i fach miałbyś komu zostawić. Syn ci potrzebny. Wandzia dorośnie, za mąż pójdzie, a skąd wiesz, czy ślubny na wasze gospodarstwo zechce przyjść? Albo gorzej! – wykrzyknęła naraz. – Połasi się taki, pomyśli: córka gospodarza, warsztat stolarski, wżenię się, i wszystko, coście wypracowali, Stanisławie, a wcześniej wasz ojciec, na zatracenie przez lenia jakiego pójdzie.

Stanisław machnął ręką. Dawno już postanowił, że nie będzie żenił się ponownie, a wszystko, co ma, odda Wandzie. Pierwszą gospodynią będzie, a może sprzeda kiedyś wszystko i do miasta wyjedzie. Wszystko jedno. Stanisław już postanowił, że ani obcej kobiety, co by macochą Wandy miała być, nie chce, ani syna nie chce. Jednego już miał, a los mu go odebrał. Stanisław postanowił, że zrobi wszystko, aby przychylić córce nieba. Gdyby nie ona, nie miałby już dla kogo ani po co żyć, a tak po żonie została mu Wanda. Była tak podobna do zmarłej matki, że gdy Stanisław na nią patrzył, żal rozrywał mu serce na drobne strzępy.

Tego wszystkiego nie zamierzał jednak tłumaczyć Irence Smolnikowej.

– Gdzie ja drugą taką znajdę, jak Hanka była? – zapytał zamiast tego. – Nie ma, to i szukać nie będę.

Smolnikowa ponownie westchnęła i załamała ręce, w których nadal dzierżyła kuchenną ścierkę, po czym podparła się pod boki tuż przy zawiązanym na tęgim brzuchu fartuchu.

– Przymusu nie ma, ale niech się Stanisław zastanowi jeszcze, to pojmie, że dobrze mu radzę. A teraz chodź no tu, dziecino. – Wyciągnęła pulchną dłoń o krótkich serdelkowatych palcach w stronę Wandy. – Dam ja tobie co dobrego.

Kiedy szła już z dziewczynką przez kuchnię, odwróciła się jeszcze.

– Stanisław lepiej niech idzie te krzesła naprawić, co to się połamały, jak jedna para przypadkiem je przewróciła, tańcując, jak ostatnio goście u jaśnie państwa byli. Z samej Warszawy – dodała przejęta. – Takie było przyjęcie, tak tańcowali, że teraz Stanisław musi krzesła naprawiać – zaśmiała się i zniknęła z Wandą w kuchni.

Smolnikowa wprowadziła Wandę do dworskiej kuchni, która zdominowana była przez wielki piec. W całym pomieszczeniu na stołach, blatach i w kredensie piętrzyły się garnki, garnuszki, talerze i misy. Jedynie ogromny drewniany stół pośrodku pomieszczenia nie był niczym zastawiony, stanowił bowiem miejsce pracy dla kucharek i podkuchennych. Z pieca zwisały sznury suszonych ziół, grzybów i cebuli. Wanda rozglądała się dookoła. To był zupełnie inny świat, takiej kuchni do tej pory nie widziała w żadnym z domów na wsi. Po raz kolejny nie pożałowała, że przyszła z ojcem do dworu. Zawsze było tu coś niezwykłego do zobaczenia. W dodatku w tej kuchni z innego świata obłędnie pachniało. W powietrzu unosiło się tyle zapachów, że Wanda nie potrafiła wszystkich rozróżnić. Czuła suszone grzyby, świeże pieczywo, suszony rumianek i miętę, bo także jej babka trzymała w chałupie zioła i parzyła we wrzątku, gdy zaszła potrzeba.

Smolnikowa dała Wandzie wielką pajdę chleba, grubo posmarowaną masłem i miodem.

– Masz, dziecko, na zdrowie!

Wanda wzięła od kucharki poczęstunek, pisnęła nieśmiało podziękowanie, gdyż ojciec zawsze przykazywał jej, by podziękowała, ilekroć coś dostanie.

Kiedy jadła, Smolnikowa przyglądała jej się uważnie. Lubiła tę małą, chociaż różniła się od pozostałych chłopskich dzieci. Jadła powoli, chociaż inne dzieciaki, gdyby znalazły się na jej miejscu, gwałtownie rzuciłyby się na jedzenie.

Może – miarkowała Smolnikowa. – Nie ma się co dziwić.

W domu Stanisława niczego bowiem nie brakowało, jedzenia także. Wanda nie chodziła więc głodna, jak inne dzieci z wioski. Zresztą, w całych Łaziskach gadali już, chociaż Wanda wciąż była mała, że Stanisław córkę na panią szykuje. Gadali, że umyślił dla niej zamążpójście za nie byle kogo.

Może i prawda w tym gadaniu ludzkim, że ją Stanisław na panią szykuje – rozmyślała Smolnikowa. – Może się Stanisławowi zamarzyło, że wyda kiedy córkę za jakiego urzędnika z Ciepielowa. To by dopiero było! Może i to Stanisławowi roi się. Wtedy, rzecz zrozumiała, potrzebne obycie i kultura, nie może żona urzędnika miejskiego zachowywać się jak dziewka ze wsi, nawet jak dziewką ze wsi jest. Może to dlatego Stanisław ją tutaj do dworu ze sobą zabiera i stara się jej wpoić część zasad wychowania pańskich dzieci. Irenka westchnęła głęboko.

Prawdę powiadali ludzie, że po śmierci żony Stanisław lekko zdziwaczał. Córkę chował odmiennie od ziomków. Wanda już się od nich odróżniała i nie była z nimi zżyta. Wyglądało więc na to, że Stanisławowi marzył się awans społeczny córki, kolejnej żony nie chciał, gospodarkę przez to na zatracenie oddaje, bo kto się ziemią zajmie, skoro Wandę na panienkę szykuje?

Co pierwsze rzucało się w niej w oczy na tle pozostałych dzieci, to jej dość blada skóra. Wanda była nieco bardziej opalona od potomstwa hrabiostwa Bogdanowiczów, czego nie dało się uniknąć na wsi nikomu, była jednak zdecydowanie bledsza od dzieci z wioski. Nic dziwnego, cała wieś huczała od plotek, że Stanisław przestrzegał córkę, aby nie spędzała zbyt dużo czasu w ostrym słońcu i aby zakrywała twarz, bo zrobią jej się piegi. Mieszkańcy Łazisk ryczeli ze śmiechu, bo choć Stanisław jako zdolny stolarz i bogaty gospodarz miał wśród ludzi poważanie, nie mogli podarować sobie drwin za jego plecami, że panienkę w chałupie trzyma.

Wandę od pozostałych dzieci odróżniało także to, że prawie zawsze chodziła w butach, była czysta i nosiła niepodarte ubrania. O to Smolnikowa jednak nie śmiała mieć żalu do Stanisława. Sama będąc kucharką i mając matkę pracującą w dworze, bardzo szybko nauczyła się czystości i higieny. W przeciwnym razie nigdy nie zostałaby kucharką. Nawet na służki do dworu jaśnie pani nie zezwalała przyjmować, jeżeli o posadę ubiegała się dziewczyna niechlujna i z brudem za paznokciami.

Wanda, jak pozostałe dzieci, była chuda i drobna. I to właśnie zaniepokoiło Smolnikową. Dom bogaty, ojciec dba, jedzenia w bród, to może Wanda chora była, skoro jadła i nadal pozostawała chuda? Kucharka zaczęła się zastanawiać, czy nie powiedzieć o tym Stanisławowi. Może powinien zabrać małą do babki zielarki albo i do lekarza miastowego?

Naraz jednak Smolnikowa opamiętała się i z bólem serca uznała, że się starzeje. Przypomniała sobie bowiem, że nie kto inny, ale babka Wandy, matka Stanisława, znała się na ziołach i chorobach. Ludzie często woleli pójść do niej niż do szeptuchy z sąsiedniej wsi. Tym bardziej że zarówno pani dziedziczka, jak i prasa, jeśli ktoś umiał czytać, ostrzegali przed znachorami. A matka Stanisława? Jaka tam była z niej znachorka czy tym bardziej szeptucha? Wszyscy znali ją od urodzenia i wiedzieli, że czytać nauczyła się sama, jako dziecko siedząc ojcu na kolanach, kiedy czytał na głos gazety. Do tej pory dużo czytała, co nadal wśród mieszkańców wsi, a szczególnie wśród jej mieszkanek, było rzadko spotykane. W chałupie Stanisława wobec tego książek nie brakowało. Poza tym miał pieniądze na takie zbytki, jak książki dla starej matki.

Janina, matka Stanisława, często potrafiła dobrze doradzić na różne dolegliwości. W czasie wielkiej wojny pomagała nawet dziedziczce i pielęgniarkom w szpitalu polowym. Od tamtej pory jej zainteresowania ludzkimi dolegliwościami i ich uśmierzaniem zwiększyły się jeszcze bardziej.

Nie tylko ludziom zresztą potrafiła pomóc. Trzymała na półce podręcznik weterynarii i gdy potrzebowano pomocy przy chorej czy rodzącej krowie, posyłano po matkę stolarza.

Smolnikowa westchnęła ponownie. Nic dziwnego, że z takim ojcem i babką dziewczynka odróżniała się od reszty. Wanda była dzieckiem bardzo spokojnym i cichym. Właściwie w niczym nie przypominała swoich rozbrykanych rówieśników. Kucharka podejrzewała, że zachowanie Wandy spowodowane było także brakiem matki, a co za tym idzie, brakiem rodzeństwa.

Odkąd zmarła Hanka, a tuż po niej także nowo narodzony synek, u Tarkowiaków życie też jakby odeszło. Stanisław, od zawsze małomówny i zamyślony, od śmierci żony i syna jeszcze bardziej zamknął się w sobie.

Z urodzonych bliźniąt przeżyła tylko dziewczynka, której Stanisław nadał imię Wanda, jak życzyła sobie żona, a syn odszedł na zawsze zaraz po matce.

Przez pewien czas Stanisław zatapiał smutki w butelce gorzałki. Jego matka, choć bardzo się starała, nie mogła uciągnąć sama dbania o wszystkie Stanisławowe morgi. Nawet gdy najęła parobków, brakowało gospodarskiego oka, które mogłoby nadzorować prace, kiedy babka zajęta była opieką nad noworodkiem. Dopiero gdy ludzie przestali przychodzić ze zleceniami stolarskimi, na Stanisława przyszło opamiętanie. Zajął się swoimi gospodarskimi obowiązkami i wrócił do warsztatu stolarskiego. Życie powoli wracało do normy, a zlecenia zaczęły ponownie napływać. Tyle tylko, że Stanisław był jeszcze bardziej milczący niż wcześniej.

Uwagi Smolnikowej nie umknęło i to, że Wanda, podobnie jak jej ojciec, zwykle była nieobecna myślami. Zdawało się, że pozostawała w swoim świecie. Wiecznie zamyślona, wiecznie gdzieś zapatrzona. Nawet teraz, gdy w kuchni państwa Bogdanowiczów jadła pajdę chleba, rozglądała się ciekawie dookoła i przyglądała dłużej poszczególnym sprzętom.

Smolnikowa zachodziła w głowę, o czym może tak rozmyślać nieduże dziecko.

To na pewno przez Stanisława – stwierdziła w duchu. – Zanim się odezwie, z dziesięć razy w głowie obróci, nim na język trafi u niego jaka myśl, a niegłupi przecie.

– No, pojadła? – zagadnęła dziewczynkę, gdy ta skończyła jeść. Widząc kiwnięcie głową i nieśmiały uśmiech, wstała i wyciągnęła rękę do Wandy. – To chodź, zapytamy, czy jaśnie pani pozwoli się pobawić z panienką albo z paniczem.

Wanda posłusznie ruszyła za Smolnikową w głąb dworu. Przez jakiś czas szły wąskim korytarzem o szarych ścianach z wieloma drzwiami po obu stronach. W końcu Smolnikowa otworzyła jedne z nich.

Przeszły nimi i znalazły się na kolejnym korytarzu, lecz całkowicie odmiennym od poprzedniego. Tutaj ściany były jasne, a na jasnobrązowym parkiecie przeplatanym w ciemnobrązowe romby przez całą długość korytarza ciągnął się purpurowy dywan. Na ścianach wzdłuż korytarza wisiały obrazy, najczęściej olejne pejzaże albo portrety rodzinne Bogdanowiczów. Spośród szerokich, zdobionych w misterne esy-floresy złotych ram na Wandę surowo spoglądali wąsaci przodkowie rodu. Niektórzy zostali uwiecznieni w gronostajach, inni dumnie prężący się na rumakach.

Wanda zadrżała. Miała wrażenie, jakby srogie oblicza przodków dziedziców śledziły każdy jej krok. Odetchnęła dopiero po chwili. Poprzedni Bogdanowicze utknęli na wyblakłych płótnach i mieli tam pozostać na wieczność.

Smolnikowa zatrzymała się przed jednymi z drzwi z ozdobnym drewnianym portalem. W tym momencie zauważyła idącą z przeciwnej strony korytarza służącą Stefankę i wytłumaczyła, w czym rzecz.

Stefanka w popielatej sukience i białym fartuszku cicho zastukała do drzwi. Gdy dobiegło zza nich stanowcze „Proszę”, służąca otworzyła jedno ze skrzydeł i wsunęła się do środka.

Przez otwarte drzwi Wanda ujrzała buduar dziedziczki, pośrodku którego znajdowały się sofa i fotele obite pudroworóżowym materiałem w delikatne drobne kwiaty. Za meblami wypoczynkowymi, tuż pod oknem, stało dębowe biurko.

Służąca właśnie przy nim zastała panią dziedziczkę, pochyloną nad papeterią i z piórem w ręce.

Hrabina Bogdanowiczowa uniosła wzrok znad pisanych listów i utkwiła go w Stefance, która dygnęła, po czym wyprostowała się jak struna.

Wanda zza drzwi pochwyciła spojrzenie dziedziczki i coś w jej dziecięcym sercu zadrżało. Dziedziczka cieszyła się szacunkiem i sympatią mieszkańców wsi, ale potrafiła też być surowa. Teraz Wanda poczuła, że tak jest w istocie. A może tylko tak jej się wydawało, bo była to hrabina?

Stefanka dygnęła ponownie.

– Najmocniej przepraszam, jaśnie pani. Smolnikowa zapytuje, czy pozwoli jaśnie pani, aby córka stolarza ze wsi towarzyszyła w zabawie panience.

Wanda zastygła w oczekiwaniu. Tak wiele zależało od tego, czy hrabina wyrazi zgodę. Czy będzie to dla Wandy cudowny dzień, gdy będzie mogła podziwiać dwór i park rozpościerający się wokół niego, czy też zostanie odesłana z kwitkiem i będzie musiała czekać okazji, gdy państwo znowu będą potrzebować stolarza. Wszystko to zależało od jednego słowa dziedziczki.

Wanda drętwiała z napięcia. Wiele razy była już w dworze, wiele też razy tak jak teraz oczekiwała na polecenie Róży Bogdanowiczowej. Za każdym razem jednak denerwowała się tak samo. Wiedziała, że dziedziczka często pozwala niektórym wiejskim dzieciom bawić się ze swoją córką i synem. Wanda drżała, że nadejdzie dzień, jaki niekiedy się zdarzał, gdy hrabina nie wyrażała zgody. Obawiała się także, że nadejdzie dzień, w którym utraci względy dziedziczki i nie odwiedzi więcej dworu, a modrzewiową aleję będzie mogła obserwować jedynie z daleka. Pomimo że Wanda pamiętała, jak podczas zeszłorocznego odpustu w Wielgiem pani rozdawała dzieciom ze wsi słodycze, obawiała się, że tym razem hrabina nie zgodzi się na towarzyszenie jej dzieciom. Wobec tego Wanda starała się spełniać wszystkie polecenia ojca i Irenki Smolnikowej oraz zachowywać się odpowiednio, tak by nadal być dopuszczaną do dzieci dziedziców i nie stracić możliwości bywania w dworze.

W tym momencie hrabina przekrzywiła głowę i spojrzała w szparę w drzwiach za służącą, prosto na Wandę.

Dziewczynka struchlała. Nie na tyle jednak, by zapomnieć o przykazaniach ojca i sympatycznej kucharki. Dygnęła, spuszczając wzrok na purpurowy dywan i ciemne romby na jasnym parkiecie.

Kiedy podniosła oczy, hrabina nadal się jej przyglądała. Nie odrywając spojrzenia od Wandy, w końcu niemal niezauważalnie skinęła głową.

– Dobrze. Agnieszka jest z panną Wronkowską na zewnątrz.

Dziedziczka nie poświęciła im więcej uwagi. Powróciła do przerwanego listu i po chwili rozległo się ledwie słyszalne drapanie stalówki pióra po papierze.

– Możesz odejść.

Stefanka dygnęła i opuściła buduar. Cicho zamknęła drzwi.

Smolnikowa zostawiła Wandę pod opieką służącej, która miała zaprowadzić ją do panienki Agnieszki, a sama powróciła do kuchni.

Wanda podreptała za Stefanką, choć podejrzewała, że służąca nie jest zadowolona z przydzielonego jej zadania. Wiedziała, że jest ona dziewczyną pochodzącą ze wsi, ale nie znała jej bliżej. Wiedziała jedynie, że udało jej się dostać na służbę do dworu.

Stefanka zaś istotnie czuła się urażona, będąc zmuszoną do zaprowadzenia Wandy. Dzięki posadzie służącej dostąpiła awansu społecznego i niezbyt lubiła, gdy okoliczności przypominały jej o pochodzeniu.

*

Agnieszka zauważyła je, gdy wychodziły z dworu i zbliżały się do ławki, na której siedziały z panną Wronkowską.

Panna Wronkowska była kobietą około czterdziestoletnią, ubraną mimo letniego upału w czarną suknię, której długość powoli wychodziła z mody. Na jej głowie pysznił się starannie ułożony, acz już dość staromodny kok, w którym mieszały się płowe włosy i siwe pasma.

Dziewczynka razem z guwernantką czytała książkę na głos, siedząc na ławce w parku otaczającym dwór, pod rozłożystym dębem, który dawał im cień i chronił skórę przed zdradliwymi promieniami słonecznymi.

Agnieszka uniosła głowę, na której obowiązkowo musiał być kapelusik. Inaczej bowiem ani matka, ani panna Wronkowska nie pozwalały jej wychodzić na zewnątrz w obawie przed opalenizną i piegami.

Panienka skrzywiła się, widząc zbliżającą się służącą Stefankę razem z jakąś małą wiejską dziewczynką. Znała już ją, wiedziała, że wołają na nią Wandzia i że jest córką stolarza. Przychodziła z ojcem za każdym razem, gdy w dworze potrzebowano Stanisława. Agnieszka nienawidziła tych dni. W ogóle nienawidziła dni, kiedy musiała spędzać czas z dziećmi ze wsi.

W tej chwili nienawidziła też gości z Warszawy, którzy tańczyli tak wartko, że wpadli z impetem na krzesła, które w efekcie się połamały. Śmiechu z tego było, ale i skandal niemały, gdy wieści się rozniosły. Nieszczęsna panna i młodzieniec, którzy tak się zapamiętali w tańcu, podnosząc się bowiem z podłogi spomiędzy połamanych krzeseł, płonęli purpurą i unikali się jak ognia do końca pobytu w gościnie u państwa Bogdanowiczów.

Teraz zaś z tego wszystkiego kłopot miała jeszcze Agnieszka. Wolałaby posiedzieć w spokoju i kontynuować lekturę z panną Wronkowską. Wiedziała jednak, że będzie musiała znieść obecność tej małej Wandzi i poświęcić jej trochę uwagi.

Raz już próbowała wyperswadować matce pomysł spędzania czasu z chłopskimi dziećmi, gdy spędzały razem popołudnie w salonie, haftując. Na nic się to zdało. Róża Bogdanowiczowa była nieugięta. Westchnęła tylko i z ciężkim sercem odmówiła córce.

– Wiesz, Agnieszko, że nie masz wyboru, tak jak i ja go nie mam. Rozmawiałyśmy już o tym nie raz. Gdyby to ode mnie zależało, oczywiście pozwoliłabym ci zaprzestać tego przykrego obowiązku. Oboje z ojcem uważamy jednak, że taka jest konieczność. Sytuacja na świecie jest taka, że musimy być sprytniejsi niż ciemna masa, a to dlatego, że jest ich więcej. Ostatnimi czasy nawet ich partie polityczne mają coraz większe wpływy, a i oni sami pozwalają sobie na coraz więcej. Jeśli nie będziemy im sprzyjać, mogą nas wywieźć, jak cara przed wielką wojną. Co prawda to nasz dawny zaborca i nie powinnyśmy mu współczuć, niemniej przyznaj, Agnieszko, czy chcesz, aby spotkał nas los cara i jego rodziny albo chociaż podobny? Czy chcesz, żeby pozbawili nas domu i naszych ziem, uznając, że mają do nich prawo? Czy chcesz, abyśmy błąkali się po rodzinie i byli u nich gośćmi z konieczności, bo nie będziemy mieli gdzie się podziać?

Agnieszka pokręciła wówczas głową. O carze Mikołaju II słyszała już od matki tak wiele razy, że nie chciała słuchać tej historii ponownie.

– Więc niech myślą – kontynuowała dziedziczka, powracając do haftu – że jesteśmy tacy dobrzy i nowocześni. – Pani Bogdanowiczowa odłożyła robótkę, spojrzała ciepło na córkę, co nie zdarzało jej się często, i ujęła jej dłonie. – Po tym, co spotkało Romanowów lata temu, nie wiadomo, w którą stronę pójdzie świat. Wygląda jednak, że idzie przeciwko arystokracji. Układnością musimy trzymać ich w ryzach, co by drugi raz powstania Jakuba Szeli nie było. – Przeżegnała się pośpiesznie, po czym skierowała na córkę chłodne spojrzenie. – A tobie, Agnieszko, nie wolno powiedzieć służbie ani chłopom czy któremuś z ich dzieci ani słowa, o czym przed chwilą mówiłyśmy. Rozumiemy się?

Agnieszka powstrzymała grymas cisnący się jej na usta.

– Tak, mamo.

– Dobrze wiesz, że tylko tak możemy przetrwać. – Hrabina westchnęła i powróciła do szycia.

My, czyli arystokracja – mogłaby dodać za matkę Agnieszka. Nie pierwszy i nie drugi raz rozmawiały na ten temat.

– W dzisiejszych czasach tylko sprytem i pozornym dobrym nastawieniem możemy pozostać tym, kim jesteśmy, i ocalić nasze dziedzictwo. – Wtem odrzuciła robótkę i złapała Agnieszkę za ramiona. Popatrzyła jej głęboko w oczy. – Pamiętaj, że jeden z twoich pradziadów walczył ze Szwedami, a inny razem z królem Sobieskim bił Turków pod Wiedniem.

W takich chwilach Agnieszka była gotowa pomyśleć, że zaraz jej matka wyciągnie jak czarodziej królika z kapelusza, tyle że nie będzie to wcale królik, ale kolejny szlachetny przodek, który, jak się okaże, bohatersko wsławił się walką z Krzyżakami pod Grunwaldem. Wolała jednak nie zadzierać z matką i nie drwić z historii rodzinnej, na której punkcie hrabina była bardzo wrażliwa. Nie bez znaczenia pozostawało również to, że gdyby ośmieliła się powiedzieć to, co myślała, matka za karę pozbawiłaby ją deseru.

Wobec tego Agnieszka, rada nierada, zmuszona była raz na jakiś czas spędzać czas z chłopskimi dziećmi. Wolała towarzystwo swoich rówieśników z innych dworów, szczególnie panienek Laury i Rozalii Wesołowskich z położonego w sąsiedztwie Łazisk Wielgiego, z którymi zawsze mogła porozmawiać o wspólnych sprawach i na bliskie im trzem tematy, jak nowe lalki, sukienki czy goście zjeżdżający do ich dworów. Majątki Leopolda Bogdanowicza oraz ojca Laury i Rozalii graniczyły ze sobą, więc panienki widywały się dość często, dzięki czemu zawiązała się między nimi przyjaźń.

Wolała nawet towarzystwo swojego nieznośnego starszego brata Michała niż dzieci z wioski.

Nie mogła jednak marudzić na swój obowiązek, bo wtedy nie dość, że musiała słuchać dynastycznych wywodów matki, to jeszcze ojciec był zły i to już była o wiele poważniejsza sprawa, gniewu ojca obawiała się bowiem nie na żarty. W tej kwestii – kwestii chłopskiej, jak mawiała Róża Bogdanowiczowa – rodzice Agnieszki zgadzali się całkowicie. Pomagali więc chłopom, również z tego powodu, by nie wyróżniać się na tle innych dziedziców, którzy udzielali wsparcia mieszkańcom wiosek, życzliwie rozmawiali z chłopami, przyjmowali w podzięce wieńce po żniwach. Przy tym wszystkim, jak mawiała matka, wśród arystokratycznie urodzonych pań panowała moda na pomoc chłopom. Czy inne panie robiły to z tych samych powodów, co matka, czy może rzeczywiście ich serca ujął los ludzi mających mniej szczęścia od nich, tego Agnieszka nie wiedziała. Podejrzewała jednak, że jej matka była w mniejszości. Gdyby większość tylko udawała, raczej nie narodziłaby się z tego moda. Przynajmniej tak Agnieszka sobie to tłumaczyła. Tym bardziej mając na uwadze to, co na ten temat miał do powiedzenia ojciec.

Dziedzic, Leopold Bogdanowicz, odpowiadał żonie, że nie jest to moda, ale znak czasów, i obowiązkiem urodzonych w lepszej sytuacji jest ująć się za biedniejszymi, bacząc przy okazji, aby chłopi się od nich nie odwrócili i nie podnieśli na nich ręki. Zdaniem ojca pomoc i odpowiedni dystans miały zapewnić im poważanie wśród mieszkańców wsi. Ojciec widział w tym ideologię i przymusił matkę do prowadzenia ochronki dla chłopskich dzieci oraz wymusił kontakty swoich dzieci z wioskowymi. Po pewnym czasie hrabina przyjęła postrzeganie męża i z godnością znosiła swoje obowiązki.

Gdy więc Agnieszka zobaczyła, jak Stefanka z Wandą zbliżają się do niej i panny Wronkowskiej, głęboko ukryła swoje urazy i uśmiechnęła się.

Kiedy były już przy ławce, na której siedziała panienka i jej guwernantka, Stefanka dygnęła.

– Czy nie ma panienka nic przeciwko, że przyprowadziłam Wandzię? Wielmożna pani pozwoliła.

Ależ oczywiście, że miała wiele przeciwko temu.

– Nie, oczywiście, że nie – odparła słodko. – Będzie mi bardzo miło.

Służąca zostawiła Wandę i po chwili zniknęła w dworze.

Wanda zaplątywała palce w dół swojej sukienki. W tym czasie Agnieszka zastanawiała się, co ma zrobić. Musiała być przecież miła. Poza tym powinny coś razem robić, skoro mają wspólnie spędzić czas.

– Czytałaś W pustyni i w puszczy? – Z opresji wybawiła ją panna Wronkowska, pochylając się lekko w stronę Wandy. – To piękna książka.

– Nie – pisnęła Wanda. – Nie umiem czytać.

– To nie szkodzi. Będziemy z Agnieszką czytać na głos, a ty posłuchasz i popatrzysz w tym czasie na literki. Co ty na to?

Wanda kiwnęła głową niepewnie.

Agnieszka miała wrażenie, że cokolwiek zaproponowałaby panna Wronkowska, Wanda zgodziłaby się bez wahania, nie wiedząc nawet, o co chodzi.

Panna Wronkowska zaprosiła Wandę, aby usiadła przy jej drugim boku. Siedziała pomiędzy dziewczynkami i pierwsza zaczęła czytać. Po pewnym czasie czytanie przejęła Agnieszka.

Wandzie rozbłysły oczy. Była myślami daleko od dworu i zalanego słonecznym blaskiem parku wokół niego. Zamiast tego była z Nel, głaskała psa o imieniu Saba i zadzierała głowę, żeby zobaczyć szczyty baobabów. Zrozumiała po krótkim wyjaśnieniu panny Wronkowskiej, że były to ogromne drzewa, większe nawet niż modrzewie wzdłuż alei i niż dąb, pod którym stała ławka, na której siedziały, rosnące w dalekich krajach, więc nie mogła ich zobaczyć w Łaziskach.

Agnieszka przewróciła stronę w książce i ich oczom ukazał się baobab. Choć odwzorowany na rysunku, zarówno Agnieszka, jak i Wanda mogłyby przysiąc, że w rzeczywistości również musiał być imponujący.

Wanda przysunęła się bliżej panny Wronkowskiej i długo przyglądała się rycinie z roziskrzonymi oczami i lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach.

Agnieszka wróciła do przerwanej lektury. Choć niechętnie, musiała przyznać sama przed sobą, że narzucona rola przestała jej aż tak bardzo przeszkadzać.

BARBARA

2024

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Modrzewiowa aleja

ISBN: 978-83-8423-206-4

© Aleksandra Broda i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Aleksandra Kacianowska-Wernik

KOREKTA: Emilia Kapłan

OKŁADKA: Agnieszka Wrycz-Szybowska

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek