Sezon Róż i Skandali - Edyta Rejek - ebook

Sezon Róż i Skandali ebook

Edyta Rejek

0,0

Opis

Miała odziedziczyć nazwisko.
Nie miała odziedziczyć sekretów.
 
Aleksandra nauczyła się żyć według zasad, których nigdy sama nie ustalała.
 
Dobre nazwisko.
Dobre decyzje.
Żadnych skandali.
Żadnych pytań.
 
Zwłaszcza tych dotyczących przeszłości.
 
Dopóki pewnego dnia nie odkrywa, że historia jej rodziny została zbudowana na kłamstwie.
 
Jeden stary dokument wystarcza, żeby podważyć wszystko, co do tej pory uważała za prawdę.
 
A potem pojawia się Adam.
 
Mężczyzna, którego nie powinna potrzebować.
 
Zbyt pewny siebie. Zbyt spostrzegawczy. Zbyt bliski.
 
Jest jedyną osobą, przy której Aleksandra przestaje udawać, że niczego się nie boi.
 
Problem w tym, że im bardziej mu ufa, tym więcej pytań zaczyna pojawiać się między nimi.
 
Bo Adam również ma swoje sekrety.
 
A niektóre z nich dotyczą jej.
 
Ich relacja miała być przypadkiem.
 
Kilka rozmów.
 
Kilka spotkań.
 
Nic więcej.
 
Zamiast tego staje się czymś, przed czym żadne z nich nie potrafi już uciec.
 
Pocałunki, których nie powinno być.
 
Dotyk, który mówi więcej niż słowa.
 
Noce, po których nic nie jest już takie samo.
 
I uczucie, które pojawia się dokładnie wtedy, kiedy Aleksandra najbardziej potrzebuje zachować rozsądek.
 
Kiedy kolejne fragmenty przeszłości zaczynają wychodzić na jaw, Aleksandra odkrywa, że najniebezpieczniejsze tajemnice nie zawsze są zapisane w starych listach.
 
Czasem kryją się w ludziach, którym ufamy.
 
Czasem w rodzinie.
 
A czasem…
 
w sercu człowieka, którego pokochaliśmy.
 
Ale kiedy prawda wreszcie wyjdzie na jaw, Aleksandra będzie musiała dokonać najtrudniejszego wyboru w swoim życiu.
 
Pozostać tą, którą wszyscy chcieli, żeby była?
 
Czy po raz pierwszy wybrać siebie?
 
Bo są tajemnice, które mogą zniszczyć rodzinę.
Są uczucia, które mogą zniszczyć rozsądek.
I jest jedna prawda, od której nie da się już uciec.
 
Czasami, żeby znaleźć własne życie, trzeba najpierw odważyć się stracić to, które ktoś dla nas zaplanował.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 256

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Warszawa, jesień 1862 roku.

Noc była chłodna i niespokojna. Nad miastem wisiały ciężkie chmury, które tłumiły blask księżyca, a wąskie uliczki spowijała wilgotna mgła. Z oddali słychać było stukot końskich kopyt i pospieszne kroki ludzi wracających do domów przed godziną policyjną.

W jednym z pałaców przy spokojnej, niemal pustej ulicy światła wciąż paliły się w gabinecie hrabiego Morawskiego.

Pomieszczenie było obszerne, lecz panował w nim półmrok. Na ciężkim dębowym biurku leżały rozrzucone dokumenty, listy opatrzone pieczęciami i kilka niedopalonych świec.

Starszy mężczyzna o posiwiałych skroniach stał przy oknie, patrząc w ciemność.

Hrabia Stanisław Morawski wiedział, że tej nocy nic już nie będzie takie jak dawniej.

Za jego plecami drzwi skrzypnęły cicho.

— Ojcze...

Młody mężczyzna stojący w progu miał może dwadzieścia lat. Wysoki, o ciemnych włosach i poważnym spojrzeniu, wyglądał na starszego, niż wskazywał jego wiek.

To był jego syn — Adam.

— Podejdź — powiedział hrabia cicho.

Adam zrobił kilka kroków w głąb gabinetu. W powietrzu czuł napięcie, którego nie potrafił

jeszcze nazwać, lecz instynkt podpowiadał mu, że wydarzy się coś ważnego.

Ojciec położył dłoń na biurku i przez chwilę milczał.

— Jeśli coś mi się stanie... — zaczął powoli — musisz opuścić Warszawę.

Adam zmarszczył brwi.

— O czym ojciec mówi?

Hrabia Morawski odwrócił się wreszcie w jego stronę.

— O rzeczach, o których nie wolno mówić głośno. O wrogach, którzy potrafią zniszczyć człowieka jednym podpisem... albo jednym kłamstwem.

Z kieszeni kamizelki wyjął mały, zapieczętowany list.

— Zachowaj to — powiedział, podając go synowi. — I pamiętaj jedno: nie ufaj nikomu z warszawskich salonów.

Adam wziął list, czując nagłe, niepokojące ukłucie w piersi.

— Ojcze, co się dzieje?

Hrabia Morawski przez moment wyglądał na zmęczonego, jakby dźwigał ciężar wielu lat.

— Pewnego dnia wrócisz tutaj — powiedział cicho. — I wtedy zrozumiesz wszystko.

Na zewnątrz rozległo się nagłe uderzenie drzwi i odgłos podniesionych głosów.

Adam odwrócił głowę w stronę korytarza.

— Ojcze—

Ale hrabia Morawski tylko pokręcił głową.

— Idź tylnym wyjściem.

To był ostatni raz, kiedy się widzieli.

***

Dziesięć lat później.

Warszawa znów mówiła o nazwisku Morawskich.

Bo młody hrabia Adam Morawski wrócił do miasta.

I nie przyjechał tylko po to, by bywać na balach.

Rozdział 1

Spotkanie w cieniu alei

Warszawa wiosną 1872 roku tętniła cichym życiem. Poranne słońce odbijało się od mokrego bruku, a powietrze pachniało bzami i świeżym, wilgotnym liściem drzew. Pałac Różyckich skrywał się za wysokim murem, ale młoda hrabianka Aleksandra postanowiła wybrać się na krótki spacer po pobliskim parku, by uciec od zgiełku przygotowań do sezonu balowego.

Szła powoli, obserwując budzące się do życia alejki. Każdy krok po miękkim, wiosennym dywanie liści wydawał się donośniejszy niż powinien. Cisza była pełna zapowiedzi — jakby nawet same drzewa wiedziały, że ten dzień nie będzie zwyczajny.

Aleksandra zatrzymała się przy ławce. Usiadła, złożyła dłonie na kolanach i zamyśliła się.

Myśli krążyły wokół nadchodzącego balu, konwenansów i oczekiwań matki. Ale jej umysł

nieustannie wracał do pytania, którego nie potrafiła sobie do końca uświadomić: Czy spotka kogoś, kto nie patrzy na nią tylko przez pryzmat jej nazwiska i majątku?

Wtedy poczuła lekki powiew wiatru i usłyszała kroki na żwirowej alejce. Spojrzała w stronę źródła dźwięku i niemal natychmiast jej oddech przyspieszył.

Na końcu alei stał wysoki mężczyzna, ubrany w ciemny frak. Wysoko podniósł głowę, a jego ruchy były pewne, spokojne, jakby znał każdą ścieżkę w parku. Na pierwszy rzut oka nic w nim nie zdradzało emocji, a jednak coś w spojrzeniu przyciągnęło Aleksandrę, nie pozwalając jej odwrócić wzroku.

Mężczyzna zatrzymał się kilka kroków dalej i spojrzał w jej stronę. Ich oczy spotkały się tylko na ułamek sekundy, ale chwila była na tyle intensywna, że Aleksandra poczuła dziwne ciepło w piersi i mrowienie na karku.

Nie znała go. Nie wiedziała, kim jest. A jednak w jej umyśle pojawiła się niepokojąca myśl: ten człowiek zmieni coś w moim życiu.

Mężczyzna skinął jej ledwie zauważalnym ruchem głowy i odwrócił się, kontynuując spacer alejką. Aleksandra przez chwilę patrzyła za nim, zaskoczona, że serce bije jej szybciej, niż kiedykolwiek podczas codziennych spacerów w parku.

Zamknęła oczy, próbując uspokoić myśli, ale nie mogła zapomnieć o jego spojrzeniu. Kim był? Dlaczego miał w sobie coś, co wydawało się jednocześnie obce i znajome?

Nieświadoma jeszcze, że los przygotował dla niej nieoczekiwane spotkanie, powoli wstała z ławki i ruszyła w stronę pałacu. Ale w jej głowie wciąż krążył obraz tajemniczego mężczyzny w ciemnym fraku — przelotnego dżentelmena, którego nie mogła przestać sobie wyobrażać.

Aleksandra ruszyła alejką w stronę pałacu, ale krok za krokiem nie mogła pozbyć się obrazu mężczyzny w ciemnym fraku. Jego spojrzenie zdawało się śledzić ją jeszcze długo po tym, jak odszedł. W głowie krążyło jedno pytanie: Kim on jest?

Przystanęła przy fontannie, obserwując jak woda migocze w porannym słońcu. Nie mogła uwierzyć, że tak krótka chwila może wywołać w niej tyle emocji. Serce biło jej szybciej, a lekki dreszcz przebiegał wzdłuż kręgosłupa.

„To tylko przelotne spotkanie", pomyślała. „Nie znam go, nie wiem nic o nim. I jednak... coś w nim jest, co przyciąga mnie jak magnes".

W tym samym czasie w pałacu, hrabina Różycka przygotowywała Aleksandrę do nadchodzącego balu. Pokój wypełniał zapach świeżych kwiatów, szelest jedwabnych sukien i ciche szepty pokojówek. Matka, choć troskliwa, nie kryła swojego oczekiwania: młoda hrabianka powinna zachwycić towarzystwo, przyciągnąć uwagę odpowiedniego mężczyzny i... pilnować swojej reputacji.

Aleksandra przyglądała się własnemu odbiciu w lustrze. Jej ciemne włosy były starannie upięte, oczy lśniły nieco melancholijnie, a lekki uśmiech starał się ukryć mieszankę ciekawości i niepokoju, która wciąż pulsowała w jej wnętrzu.

— Pamiętaj, moja droga — szepnęła hrabina, poprawiając jej wachlarz — w balach liczy się pierwsze wrażenie. Jeden taniec, jedno spojrzenie... i całe miasto może mówić o tobie tygodniami.

Aleksandra skinęła głową, ale myślami wciąż była w parku, przy tajemniczym nieznajomym.

Nie mogła pozbyć się wrażenia, że ich spotkanie nie było zwykłym przypadkiem.

Postanowiła zachować spokój. Nie znam go, ale coś mi mówi, że ten sezon balowy będzie inny niż wszystkie poprzednie.

Słońce wzeszło wyżej, a w pałacowych ogrodach zaczęły pojawiać się pierwsze gołębie i lokaje. Każdy ruch był przemyślany, każdy uśmiech — obserwowany. A Aleksandra poczuła, że jej świat powoli wypełnia się oczekiwaniem i tajemnicą, której nie da się już zignorować.

Jej serce wciąż biło szybciej, gdy wracała do pokoju, a w myślach powtarzała: Ten mężczyzna

— kimkolwiek jest — zmieni coś w moim życiu.

Nie wiedziała jeszcze, że los nie pozwoli jej długo czekać. Ten sam mężczyzna wkrótce pojawi się w salonie balowym, gdzie każdy krok, każdy taniec i każde spojrzenie mogą sprowokować skandal... i obudzić w niej uczucia, których nie potrafi zignorować.

Rozdział 2

Bal w pałacu Radziwiłłów

Jesienne wieczory w Warszawie miały w sobie szczególną elegancję.

Powietrze było chłodne i przejrzyste, niosło zapach wilgotnych liści, dymu z kominków i pierwszych chłodów zapowiadających zbliżającą się zimę. Brukowane ulice połyskiwały po popołudniowym deszczu, a światło latarni gazowych odbijało się w nich jak w ciemnym zwierciadle.

Przed pałacem Radziwiłłów panował jednak ruch i gwar.

Powozy jeden po drugim zatrzymywały się przed szerokimi schodami prowadzącymi do głównego wejścia. Konie parskały cicho, a lokaje w granatowych liberiach pomagali wysiadać damom w długich sukniach i panom w eleganckich frakach.

Z wnętrza pałacu płynęło światło setek świec.

Dla warszawskiej arystokracji był to jeden z najważniejszych balów sezonu jesiennego.

Aleksandra siedziała w powozie, obserwując przez okno rozświetloną fasadę pałacu.

Przez chwilę nie ruszała się z miejsca.

Nie była osobą, która łatwo ulegała nerwom.

A jednak tego wieczoru czuła coś dziwnego — subtelne napięcie, którego nie potrafiła nazwać.

Może to była jesień.

A może przeczucie, że coś się zmieni.

— Jesteśmy na miejscu, pani hrabianko — odezwał się woźnica.

Aleksandra skinęła lekko głową.

Lokaj otworzył drzwi powozu.

Chłodne powietrze natychmiast otuliło jej twarz.

Zebrała fałdy sukni i wysiadła.

---

Schody prowadzące do pałacu były szerokie i wykonane z jasnego kamienia.

Po obu stronach ustawiono wysokie latarnie ozdobione jesiennymi kompozycjami z liści klonu, gałązek jarzębiny i ciemnoczerwonych róż.

Aleksandra przez chwilę zatrzymała się u ich podnóża.

Z wnętrza pałacu dobiegała muzyka.

Skrzypce prowadziły spokojną melodię, którą Aleksandra rozpoznała dopiero po chwili.

Był to współczesny utwór, lecz grany w klasycznej aranżacji.

„A Thousand Years" – Christina Perri, wykonany przez kwartet smyczkowy i fortepian.

W tej formie brzmiał jak romantyczny walc z poprzedniego stulecia.

Aleksandra uśmiechnęła się lekko.

— Pani hrabianko — odezwał się lokaj przy drzwiach — państwa rodzice są już w sali balowej.

— Dziękuję.

Gdy przekroczyła próg pałacu, natychmiast otoczyło ją ciepło i światło.

---

Hol wejściowy był ogromny.

Marmurowa posadzka odbijała blask żyrandoli, a wysokie kolumny prowadziły wzrok ku schodom wznoszącym się na piętro.

Ściany ozdobiono gobelinami przedstawiającymi sceny myśliwskie, a przy balustradach ustawiono wysokie wazony z jesiennymi kwiatami.

Zapach róż, dalii i świec mieszał się z aromatem perfum.

Z sali balowej dobiegał lekki gwar rozmów.

Aleksandra ruszyła w tamtą stronę.

Gdy tylko przekroczyła próg sali, zrozumiała, dlaczego bal Radziwiłłów był uważany za najwspanialszy w całym sezonie.

---

Sala była ogromna.

Wysoki sufit zdobiły freski przedstawiające sceny mitologiczne, a ogromne kryształowe żyrandole rzucały miękkie światło na parkiet.

Ściany udekorowano kompozycjami z ciemnoczerwonych róż, białych dalii i gałązek złocistego berberysu. Przy kolumnach ustawiono również wysokie wazony z hortensjami i suszonymi trawami.

Kwiaty pachniały subtelnie, nie przytłaczając zapachu świec.

Parkiet z jasnego drewna połyskiwał w świetle żyrandoli.

Wzdłuż ścian ustawiono stoły przykryte śnieżnobiałymi obrusami.

Na srebrnych paterach znajdowały się:

miniaturowe tartaletki z kremem cytrynowym, małe kanapeczki z wędzonym łososiem i koperkiem,

czekoladowe praliny,

oraz drobne makaroniki w pastelowych kolorach.

Służba poruszała się niemal bezszelestnie między gośćmi.

Aleksandra ruszyła powoli w głąb sali.

Jej suknia była wykonana z jedwabiu w głębokim odcieniu zieleni, który zmieniał się w świetle świec — raz przypominał kolor mchu, innym razem ciemnych jesiennych liści.

Materiał miękko opływał jej sylwetkę, a delikatne hafty srebrnej nici połyskiwały przy każdym kroku.

— Aleksandro.

Głos matki sprawił, że się odwróciła.

— Wreszcie jesteś.

— Czy coś mnie ominęło?

Matka uśmiechnęła się lekko.

— Owszem.

Nachyliła się bliżej.

— Nowy arystokrata.

Aleksandra uniosła brwi.

— Warszawa ma ich wielu.

— Ten jest... interesujący.

— W jakim sensie?

Matka spojrzała w stronę drugiego końca sali.

— Morawski.

Aleksandra podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem.

I wtedy zobaczyła go po raz pierwszy tego wieczoru.

---

Stał przy jednej z kolumn.

Rozmawiał z kilkoma mężczyznami, lecz jego obecność przyciągała uwagę nawet z tej odległości.

Był wysoki i poruszał się z naturalną pewnością siebie.

Jego frak był idealnie skrojony, a grafitowa kamizelka zapinana na drobne srebrne guziki.

Nie gestykulował przesadnie.

Nie starał się przyciągać uwagi.

A jednak trudno było go nie zauważyć.

W pewnym momencie odwrócił głowę.

Ich spojrzenia spotkały się.

Zaledwie na sekundę.

Ale coś w tym krótkim spojrzeniu sprawiło, że Aleksandra poczuła dziwne ukłucie ciekawości.

Jakby właśnie zaczęła się historia, której jeszcze nie rozumiała.

Muzyka zmieniła się płynnie.

Orkiestra rozpoczęła nowy utwór.

„Wildest Dreams" – Taylor Swift w aranżacji smyczkowej.

Parkiet powoli zaczął się zapełniać.

Aleksandra odwróciła wzrok.

Nie wiedziała jeszcze, że zanim skończy się ten wieczór...

będzie tańczyć właśnie z nim.

I że ten taniec stanie się początkiem historii, która zmieni życie ich obojga.

——-

Aleksandra stała przy jednym z marmurowych filarów, obserwując powoli wirujący parkiet.

Damy sunęły po nim w lekkich sukniach z jedwabiu i organzy, których kolory przypominały paletę jesieni — głębokie bordo, złamane złoto, butelkową zieleń i odcienie kości słoniowej.

Mężczyźni w ciemnych frakach tworzyli kontrast dla tej barwnej mozaiki.

Światło świec odbijało się w kryształach żyrandoli i w wysokich lustrach oprawionych w złocone ramy, przez co sala wydawała się niemal dwa razy większa.

— Słyszałaś już?

Aleksandra odwróciła się.

Za nią stała Helena Czartoryska, jej przyjaciółka z dzieciństwa, trzymająca kieliszek szampana.

— O czym?

Helena nachyliła się bliżej.

— O nim.

— To mało precyzyjne określenie.

Helena dyskretnie wskazała wachlarzem w stronę przeciwległej części sali.

— Morawski.

Aleksandra spojrzała w tamtą stronę.

Adam właśnie kończył rozmowę z grupą starszych arystokratów. Jeden z nich klepnął go po ramieniu w przyjaznym geście, a drugi nachylił się, jakby mówił coś półgłosem.

— Podobno spędził ostatnie lata w Paryżu — kontynuowała Helena.

— Wiele osób spędza czas w Paryżu.

— Ale niewielu wraca z taką... reputacją.

Aleksandra uniosła lekko brwi.

— Jaką?

Helena uśmiechnęła się tajemniczo.

— Niebezpiecznie interesującą.

— To brzmi jak opinia znudzonych dam.

— Możliwe.

Helena napiła się szampana.

— Podobno ma majątek większy niż większość naszych arystokratów.

— To jeszcze nie czyni go interesującym.

— A to, że prawie nikt nie wie, skąd dokładnie pochodzi jego fortuna?

Aleksandra nie odpowiedziała.

W tym samym momencie Adam odwrócił głowę.

Ich spojrzenia znów się spotkały.

Tym razem trwało to nieco dłużej.

Jakby przez chwilę oboje zapomnieli o całym świecie wokół.

Helena zauważyła to natychmiast.

— Och.

— Co?

— Wygląda na to, że już cię zauważył.

— To bal, Heleno. Wszyscy się tu nawzajem zauważają.

— Nie w ten sposób.

Aleksandra chciała odpowiedzieć, lecz w tej chwili orkiestra rozpoczęła nowy utwór.

Pierwsze dźwięki fortepianu popłynęły przez salę.

Chwilę później dołączyły skrzypce.

„Love Story" – Taylor Swift, lecz w subtelnej aranżacji smyczkowej.

Kilka młodszych dam zachichotało, rozpoznając melodię.

Helena odsunęła się o krok.

— Myślę, że zaraz zostaniesz poproszona do tańca.

— Przez kogo?

Ale Helena już patrzyła w inną stronę.

Aleksandra podążyła za jej spojrzeniem.

Adam Morawski właśnie ruszył w jej stronę.

Nie spieszył się.

Szedł spokojnym krokiem, jak ktoś, kto nie ma powodu do pośpiechu.

Kilku gości odsunęło się nieznacznie, robiąc mu miejsce.

Gdy zatrzymał się przed Aleksandrą, skłonił się lekko.

Gest był elegancki, lecz naturalny.

— Pani hrabianko.

Jego głos był spokojny i niski.

Aleksandra odpowiedziała lekkim skinieniem głowy.

— Panie Morawski.

— Czy pozwoli mi pani na ten taniec?

Przez chwilę panowała cisza.

Wokół nich muzyka płynęła dalej, a pary zaczynały ustawiać się na parkiecie.

Helena uśmiechnęła się znacząco i oddaliła, zostawiając ich samych.

Aleksandra przez moment patrzyła na wyciągniętą dłoń Adama.

Nie było w niej nachalności.

Jedynie spokojna pewność.

Położyła swoją dłoń na jego dłoni.

— Oczywiście.

——-

Gdy weszli na parkiet, orkiestra grała już pełną melodię.

Skrzypce prowadziły temat, a wiolonczele nadawały mu miękkości.

Adam ułożył dłoń na jej talii.

Gest był pewny, lecz delikatny.

Aleksandra poczuła przez materiał sukni ciepło jego dłoni.

— Warszawa wydaje się dziś wyjątkowo ciekawa — powiedział spokojnie.

— Warszawa zawsze jest ciekawa.

— Nie dla wszystkich.

— Dla pana również nie?

Adam lekko się uśmiechnął.

— Zaczynam zmieniać zdanie.

Muzyka uniosła ich w ruch.

Adam prowadził pewnie, ale bez ostentacji.

Nie wykonywał przesadnych figur.

Raczej pozwalał muzyce prowadzić ich kroki.

Aleksandra zauważyła, że tańczy bardzo dobrze.

— Nie wygląda pan na człowieka, który spędzał ostatnie lata na balach.

— Bo nie spędzałem.

— Więc gdzie?

Adam obrócił ją lekko.

Suknia Aleksandry rozsunęła się miękko wokół jej nóg.

— W wielu miejscach.

— To nadal nie jest odpowiedź.

Adam spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem.

— A pani zawsze oczekuje odpowiedzi?

— Zwykle.

— To musi być męczące dla ludzi wokół pani.

— A dla pana?

Adam przez chwilę milczał.

— Dla mnie... interesujące.

Ich spojrzenia spotkały się na moment.

Aleksandra nagle uświadomiła sobie coś dziwnego.

Nie był to zwykły taniec.

Nie była to zwykła rozmowa.

Było w tym coś więcej.

Coś, co sprawiało, że reszta sali powoli zaczynała znikać w tle.

Po zakończeniu tańca Adam skłonił się lekko.

— Czy pozwoli mi pani na chwilę rozmowy?

Aleksandra spojrzała na parkiet, na wirujące pary i śmiech gości.

— Tutaj?

Adam wskazał dyskretnie w stronę przeszklonych drzwi.

— W oranżerii jest ciszej.

Przez moment się zawahała.

Potem skinęła głową.

Oranżeria była oświetlona miękkim światłem lamp.

Wysokie rośliny rzucały długie cienie na marmurową posadzkę.

Zapach cytrusowych drzew i jaśminu wypełniał powietrze.

Z oddali dochodziła przytłumiona muzyka.

Adam zatrzymał się przy jednym z wysokich okien.

— Czy zawsze jest pani tak odważna?

— To zależy.

— Od czego?

Aleksandra spojrzała na niego.

— Od tego, czy warto.

Adam przez chwilę nic nie powiedział.

A potem uśmiechnął się lekko.

— Mam nadzieję, że okażę się wart tej odwagi.

Oranżeria Radziwiłłów była jednym z najpiękniejszych miejsc w całym pałacu.

Wysokie szklane ściany sięgały niemal do sufitu, a za nimi widać było ogród pogrążony w jesiennym półmroku. Lampy ustawione między roślinami rzucały ciepłe światło na liście cytrusowych drzew, palm i wysokich paproci.

Powietrze pachniało jaśminem i wilgotną ziemią.

Aleksandra przez chwilę stała przy oknie, patrząc na ogród.

Za szkłem powoli opadały liście klonu.

— Warszawa nie ma wielu takich miejsc — powiedziała cicho.

Adam stanął obok niej.

— Paryż ma ich więcej.

— Paryż zawsze ma wszystkiego więcej.

— Nie zawsze.

Aleksandra odwróciła głowę w jego stronę.

— Co w takim razie ma Warszawa?

Adam przez chwilę milczał.

— Spokój.

— Naprawdę?

— Taki, który bywa złudny.

Te słowa sprawiły, że Aleksandra przyjrzała mu się uważniej.

— Brzmi pan tak, jakby widział coś zupełnie innego.

Adam uśmiechnął się lekko.

— Widziałem wiele miast.

— I wiele tajemnic?

— To zależy od tego, co nazywamy tajemnicą.

Aleksandra chciała odpowiedzieć, lecz w tej chwili drzwi oranżerii otworzyły się nagle.

Do środka wszedł młody mężczyzna w eleganckim fraku.

Aleksandra rozpoznała go od razu.

— Hrabia Ostrowski.

Adam spojrzał na niego spokojnie.

Ostrowski zatrzymał się kilka kroków od nich.

— Nie wiedziałem, że oranżeria jest już zajęta.

W jego głosie brzmiała uprzejmość, lecz spojrzenie było chłodne.

Aleksandra wyczuła napięcie natychmiast.

— Panie hrabio — powiedziała spokojnie — czy coś się stało?

— Nie.

Ostrowski spojrzał na Adama.

— Po prostu szukałem pani.

— Doprawdy?

— Miałem nadzieję prosić panią o następny taniec.

Aleksandra zawahała się przez moment.

Adam jednak cofnął się o krok.

— W takim razie nie będę przeszkadzał.

Jego ton był uprzejmy.

Ale Aleksandra zauważyła coś w jego spojrzeniu.

Cień rozbawienia.

Jakby ta sytuacja była dla niego bardziej interesująca niż niewygodna.

— Dziękuję za rozmowę, pani hrabianko — powiedział.

Skłonił się lekko i ruszył w stronę drzwi.

Aleksandra patrzyła za nim przez chwilę.

Dopiero gdy zniknął w korytarzu, Ostrowski odezwał się ponownie.

— Nie radziłbym pani spędzać z nim zbyt wiele czasu.

Aleksandra spojrzała na niego chłodno.

— Dlaczego?

— Bo nie wiemy o nim zbyt wiele.

— Warszawa zawsze uwielbia plotki.

— To nie plotki.

Ostrowski zawahał się przez chwilę.

— Podobno jego interesy w Paryżu były... dość niejasne.

Aleksandra poczuła lekkie ukłucie ciekawości.

— To chyba nie jest powód do osądzania człowieka.

— Być może.

Ostrowski spojrzał na nią uważnie.

— Ale proszę pamiętać, że nie wszyscy przyjeżdżają do Warszawy z dobrymi zamiarami.

---

Tymczasem Adam wrócił na salę balową.

Muzyka znów wypełniała przestrzeń.

Orkiestra zaczynała nowy utwór.

Pierwsze dźwięki skrzypiec były subtelne, niemal melancholijne.

„Shallow" – Lady Gaga & Bradley Cooper w aranżacji smyczkowej.

Adam zatrzymał się przy jednym z filarów.

— Morawski.

Głos za jego plecami był niski.

Adam odwrócił się powoli.

Stał tam starszy mężczyzna w ciemnym fraku.

— Nie spodziewałem się pana tutaj — powiedział Adam spokojnie.

— Warszawa jest małym miastem.

— Zwłaszcza dla ludzi z Paryża.

Mężczyzna uśmiechnął się krótko.

— Widzę, że już pan poznał hrabiankę Różycką.

Adam spojrzał w stronę drzwi oranżerii.

— Tak.

— Radziłbym uważać.

— Dlaczego?

— Bo niektóre historie mają więcej rozdziałów, niż się wydaje.

Adam przez chwilę patrzył na niego w milczeniu.

— To ostrzeżenie?

— Raczej przypomnienie.

Mężczyzna poprawił rękawiczki.

— Nie wszystko z Paryża zostaje w Paryżu.

Po tych słowach odszedł.

Adam przez moment stał nieruchomo.

Potem jego wzrok powędrował w stronę drzwi oranżerii.

Jakby wiedział, że ta historia dopiero się zaczyna.

---

Aleksandra wróciła na salę kilka minut później.

Muzyka wciąż grała.

Goście śmiali się i rozmawiali, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.

Jednak gdy jej wzrok znów spotkał wzrok Adama...

zrozumiała coś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać.

Ten wieczór nie był zwykłym balem.

Był początkiem historii.

Historii, która — choć jeszcze o tym nie wiedzieli — miała wkrótce odmienić życie ich obojga.

Rozdział 3

Szepty po balu

Poranek po balu u Radziwiłłów przyszedł z cichym, jesiennym chłodem.

Warszawa budziła się powoli pod srebrzystą mgłą, która snuła się nad ogrodami i brukowanymi ulicami niczym delikatna zasłona.

W ogrodzie rezydencji Różyckich liście kasztanowców opadały leniwie na wilgotną trawę, tworząc miękki, złoto-miedziany dywan. Powietrze pachniało mokrą ziemią, różami i ostatnimi kwiatami późnej jesieni.

Aleksandra siedziała przy wysokim oknie swojej sypialni.

Miała na sobie jasną, poranną suknię z lekkiej bawełny, a jej ciemne włosy opadały luźno na ramiona. Promienie bladego słońca wpadały do pokoju i odbijały się w lustrze nad toaletką.

Jednak Aleksandra nie patrzyła ani na ogród, ani na światło poranka.

Myślała o wczorajszym wieczorze.

O balu.

O muzyce.

I o spojrzeniu Adama Morawskiego.

Wspomnienie rozmowy w oranżerii wracało do niej z niepokojącą wyrazistością — zapach cytrusowych drzew, miękkie światło lamp i jego spokojny głos.

— Warszawa bywa złudnie spokojna.

Te słowa brzmiały teraz w jej pamięci inaczej.

Jak ostrzeżenie.

— Ależ oczywiście, że jeszcze marzysz o balu.

Głos wyrwał ją z zamyślenia.

Aleksandra odwróciła się.

W drzwiach stała jej kuzynka Konstancja Różycka.

Konstancja była od niej o dwa lata młodsza i miała w sobie więcej lekkości niż Aleksandra.

Jej jasne włosy były splecione w luźny warkocz, a oczy błyszczały ciekawością.

— Nie marzyłam o balu — powiedziała Aleksandra spokojnie.

— Oczywiście, że nie.

Konstancja usiadła na brzegu łóżka.

— Myślałaś o nim.

Aleksandra uniosła brew.

— Warszawa jest zadziwiająco szybka w tworzeniu plotek.

— To nie plotki.

Konstancja uśmiechnęła się szeroko.

— Cała sala widziała wasz taniec.

— Cała sala widziała wiele tańców.

— Ale tylko jeden wzbudził takie zainteresowanie.

Aleksandra wstała powoli i podeszła do okna.

— Morawski jest nowy w Warszawie.

— Właśnie dlatego wszyscy go obserwują.

Konstancja nachyliła się konspiracyjnie.

— I wszyscy zastanawiają się, dlaczego patrzył tylko na ciebie.

Aleksandra nie odpowiedziała.

Ale w jej zielonych oczach pojawił się cień zamyślenia.

---

Kilka godzin później Aleksandra spacerowała po ogrodzie.

Jesienne powietrze było chłodne, lecz świeże.

Długie alejki wysadzane lipami prowadziły przez starannie przycięte krzewy róż, które mimo pory roku wciąż miały pojedyncze kwiaty.

Aleksandra przesunęła dłonią po jednym z nich.

Płatki były chłodne od rosy.

— Hrabianko.

Odwróciła się.

To był Stanisław, stary ogrodnik, który pracował w rezydencji od wielu lat.

— Przyniosłem coś dla pani.

Wyjął z kieszeni małą kopertę.

Aleksandra zmarszczyła brwi.

— Dla mnie?

— Tak, hrabino. Przyniósł ją chłopiec z miasta.

Aleksandra przyjęła kopertę.

Papier był gruby i elegancki.

Pieczęć nie miała herbu.

To było dziwne.

Otworzyła list.

W środku znajdowało się tylko jedno zdanie.

„Nie wszystko, co wydarzyło się w Paryżu, zostało zapomniane."

Serce Aleksandry zabiło szybciej.

To nie był list do niej.

To był list dla niego.

Ale dlaczego trafił do niej?

---

Tego samego dnia po południu Adam Morawski siedział w jednym z warszawskich klubów dżentelmenów.

Pokój był wypełniony zapachem tytoniu i drewna.

Ciężkie zasłony tłumiły światło dnia, a na ścianach wisiały portrety dawnych właścicieli.

Adam siedział przy małym stoliku, powoli obracając w dłoni kieliszek koniaku.

Jego stalowoniebieskie oczy były spokojne, ale czujne.

— Warszawa już mówi o wczorajszym balu.

Adam podniósł wzrok.

Naprzeciw niego siedział mężczyzna, którego spotkał poprzedniego wieczoru.

— Warszawa zawsze mówi.

— Ale rzadko tak szybko.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

— Różycka jest bardziej interesująca, niż przypuszczałem.

Adam odstawił kieliszek.

— Radzę nie interesować się nią zbyt mocno.

— Czyżby?

— To uprzejma rada.

Mężczyzna nachylił się bliżej.

— Paryż również zaczyna się interesować.

Na twarzy Adama pojawił się cień chłodu.

— Paryż powinien zostać w Paryżu.

— Niestety...

mężczyzna uśmiechnął się.

— niektóre historie lubią podróżować.

---

Wieczorem Aleksandra znów siedziała przy oknie.

List leżał na stole.

Patrzyła na niego długo.

Nie wiedziała, czy powinna go oddać Adamowi.

Nie wiedziała też, czy w ogóle powinna się w to mieszać.

Jedno jednak było pewne.

Morawski nie był zwykłym arystokratą.

A historia, która przywiodła go do Warszawy...

dopiero zaczynała wychodzić na światło dzienne.

I Aleksandra czuła z niepokojącą pewnością, że wkrótce stanie się jej częścią.

Następnego popołudnia Aleksandra i jej kuzynka Konstancja wyjechały powozem do miasta.

Warszawa o tej porze roku miała w sobie szczególny urok. Ulice były wilgotne po porannej mgle, a liście wirujące na wietrze zbierały się przy krawężnikach w złotych i brunatnych stosach.

Powóz Różyckich sunął powoli wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia.

Eleganckie kamienice o jasnych fasadach odbijały miękkie światło jesiennego słońca. Na chodnikach spacerowały damy w kapeluszach ozdobionych piórami, a dżentelmeni w długich płaszczach prowadzili spokojne rozmowy.

— Warszawa jest dziś wyjątkowo piękna — powiedziała Konstancja, wyglądając przez okno powozu.

— Warszawa zawsze jest piękna jesienią.

Aleksandra mówiła spokojnie, lecz jej myśli były daleko.

List wciąż spoczywał w jej torebce.

Czuła jego obecność tak wyraźnie, jakby był cięższy niż zwykły kawałek papieru.

— Zatrzymamy się u modystki — oznajmiła Konstancja.

— Matka powiedziała, że powinnam odebrać nowy kapelusz.

Powóz zatrzymał się przy eleganckim sklepie.

Woźnica otworzył drzwi.

Aleksandra wysiadła pierwsza.

I wtedy zobaczyła go.

Po drugiej stronie ulicy.

Adam Morawski stał przy czarnym powozie.

Rozmawiał z mężczyzną, którego Aleksandra nigdy wcześniej nie widziała. Był wysoki i ubrany w ciemny płaszcz, a jego twarz częściowo zasłaniał cień kapelusza.

Rozmowa wyglądała poważnie.

Zbyt poważnie jak na zwykłą towarzyską wymianę uprzejmości.

Adam stał nieruchomo, słuchając.

Jego sylwetka była prosta, niemal napięta.

W pewnym momencie mężczyzna powiedział coś półgłosem.

Aleksandra nie mogła usłyszeć słów.

Jednak zauważyła zmianę w wyrazie twarzy Adama.

Jego stalowoniebieskie oczy stały się chłodne.

Jakby nagle ktoś przypomniał mu o czymś, o czym wolał zapomnieć.

— Aleksandro?

Głos Konstancji wyrwał ją z zamyślenia.

— Wchodzimy?

Aleksandra spojrzała jeszcze raz przez ulicę.

Adam właśnie odwrócił się w stronę powozu.

Przez krótką chwilę ich spojrzenia znów się spotkały.

Tym razem nie było w nim uprzejmego spokoju z balu.

Było w nim coś bardziej złożonego.

Ostrożność.

Może nawet cień ostrzeżenia.

Po chwili Adam odwrócił wzrok i wsiadł do powozu.

Konie ruszyły.

Powóz zniknął w tłumie ulicy.

Aleksandra przez moment stała nieruchomo.

— Aleksandro? — powtórzyła Konstancja. — Czy wszystko w porządku?

Aleksandra skinęła głową.

— Tak.

Jednak kiedy weszły do sklepu modystki, jej myśli wciąż krążyły wokół jednego pytania.

Kim naprawdę był Adam Morawski?

I dlaczego człowiek z Paryża przyniósł list właśnie do niej?

Rozdział 4

Między ciszą a szeptem miasta

Wieczór po dniu pełnym niepokojących myśli nadszedł szybciej, niż Aleksandra się spodziewała.

Biblioteka w rezydencji Różyckich była jednym z jej ulubionych miejsc. Wysokie regały z ciemnego drewna sięgały niemal do sufitu, a między nimi ustawiono wygodne fotele obite zielonym aksamitem. Zapach starych książek mieszał się z aromatem palonego drewna z kominka.

Na małym stoliku obok Aleksandry leżał list.

Ten sam, który otrzymała tego popołudnia w ogrodzie.

Papier był gruby, a atrament zapisany zdecydowaną ręką.

„Nie wszystko, co wydarzyło się w Paryżu, zostało zapomniane."

Aleksandra czytała te słowa już po raz trzeci.

I za każdym razem miała wrażenie, że znaczą więcej, niż sugerowało jedno zdanie.

Odłożyła list i oparła się wygodniej w fotelu.

W kominku trzaskało drewno.

Za oknami zapadał powoli jesienny zmierzch.

W pewnej chwili drzwi biblioteki otworzyły się cicho.

— Wiedziałam, że cię tu znajdę.

Konstancja weszła do środka z energią, której Aleksandra czasem jej zazdrościła. Jej jasny płaszcz był jeszcze lekko wilgotny od chłodnego powietrza.

— Spacerowałaś? — zapytała Aleksandra.

— Po połowie Warszawy — odpowiedziała z uśmiechem. — I mam dla ciebie wiadomości.

Aleksandra spojrzała na nią z lekkim rozbawieniem.

— Czy powinnam się ich obawiać?

— Zdecydowanie.

Konstancja usiadła naprzeciwko niej.

— Morawski znów był dziś widziany w mieście.

Aleksandra starała się zachować obojętny wyraz twarzy.

— Warszawa jest mała.

— Ale nie aż tak, żeby przypadkiem pojawiać się w tych samych miejscach.

Konstancja nachyliła się lekko.

— I podobno nie był sam.

To zdanie sprawiło, że Aleksandra poczuła lekkie napięcie w dłoniach.

— Z kim?

— Tego nikt dokładnie nie wie.

Konstancja wzruszyła ramionami.

— Jakiś mężczyzna. Ciemny płaszcz, kapelusz nisko opuszczony. Wyglądał bardziej jak ktoś z Paryża niż z Warszawy.

Aleksandra przez chwilę milczała.

Myśl o scenie, którą widziała wcześniej na ulicy, wróciła nagle z wyraźną ostrością.

— Plotki bywają przesadzone — powiedziała w końcu.

— Oczywiście.

Konstancja uśmiechnęła się lekko.

— Ale czasem są początkiem bardzo ciekawych historii.

---

Dwa dni później Warszawa znów wypełniła się światłem i rozmowami.

Tym razem jednak nie był to bal.

Teatr Narodowy przyciągał tego wieczoru niemal całe towarzystwo. Powóz za powozem zatrzymywał się przed budynkiem, a elegancko ubrani goście wchodzili po szerokich schodach.

Aleksandra wysiadła z powozu razem z Konstancją.

Jej suknia była w kolorze głębokiej zieleni, a delikatna peleryna chroniła ramiona przed chłodem jesiennego powietrza.

Wnętrze teatru lśniło światłem świec.

Złocenia balkonów odbijały blask lamp, a rozmowy gości tworzyły miękki szum.

— Cała Warszawa tu dziś jest — szepnęła Konstancja.

— To nic niezwykłego.

— Ale dziś wszyscy będą Cię obserwować.

Aleksandra spojrzała na nią pytająco.

Konstancja tylko się uśmiechnęła.

— Morawski również tu jest.

Aleksandra nie zapytała skąd to wie.

Nie zdążyła zresztą, bo w tej samej chwili orkiestra zaczęła stroić instrumenty.

Na scenie pojawili się muzycy.

Pierwsze dźwięki były delikatne.

Melodia była znajoma, choć zagrana w klasycznej aranżacji.

„A Sky Full of Stars" – Coldplay w aranżacji smyczkowej.

Muzyka wypełniła salę miękkim brzmieniem skrzypiec.

Aleksandra zajęła swoje miejsce w loży.

Zanim jednak usiadła, jej spojrzenie przesunęło się po widowni.

I wtedy zobaczyła go.

Adam stał kilka rzędów niżej.

Miał na sobie czarny frak, którego prosty krój podkreślał jego wysoką sylwetkę. Włosy miał

lekko potargane, jakby dopiero co zdjął kapelusz.

Rozmawiał z jakimś mężczyzną.

Jednak w pewnej chwili przerwał rozmowę.

I spojrzał w górę.

Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę.

Adam uniósł lekko głowę w powitalnym geście.

Aleksandra odwzajemniła ten gest.

Potem orkiestra zaczęła grać głośniej, a światło w sali przygasło.

Spektakl się rozpoczął.

---

Podczas przerwy w przedstawieniu korytarze teatru wypełniły się rozmowami.

Damy spacerowały powoli, a dżentelmeni zatrzymywali się przy kolumnach, prowadząc ciche dyskusje.

Aleksandra wyszła z loży, aby zaczerpnąć powietrza.

Korytarz prowadzący do foyer był spokojniejszy.

Światło lamp odbijało się w marmurowej posadzce.

— Hrabiano.

Zatrzymała się.

Adam Morawski stał kilka kroków dalej.

Bez fraka wyglądał nieco inaczej — bardziej swobodnie, choć wciąż z tą samą spokojną pewnością w ruchach.

— Panie Morawski.

— Czy przedstawienie pani się podoba?

— Jeszcze się nie skończyło.

Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.

— Ma pani rację.

Przez chwilę szli obok siebie wzdłuż korytarza.

— Warszawa jest piękna jesienią — powiedział Adam.

— Zwłaszcza gdy ogląda się ją z dala od sal balowych.

— Właśnie dlatego dziś wybrałem teatr.

Aleksandra spojrzała na niego z ciekawością.

— Czy często zmienia pan swoje plany?

— Tylko wtedy, gdy spotykam kogoś, kto potrafi je zmienić.

Na moment zapadła cisza.

W oddali słychać było śmiech gości i odgłosy orkiestry przygotowującej się do drugiego aktu.

— Morawski!

Głos był ostry.

Oboje odwrócili się.

Na końcu korytarza stał mężczyzna w ciemnym płaszczu.

Ten sam, którego Aleksandra widziała na ulicy.

Jego twarz była poważna.

Adam przez moment patrzył na niego w milczeniu.

Potem powiedział spokojnie:

— Proszę wybaczyć.

Aleksandra skinęła głową.

Adam odszedł w stronę mężczyzny.

Rozmowa między nimi była krótka, lecz napięta.

Nie słyszała słów.

Ale widziała sposób, w jaki Adam zacisnął dłonie.

Jakby powstrzymywał gniew.

Po chwili wrócił.

— Czy wszystko w porządku? — zapytała.

Adam przez moment milczał.

— Tak.

Jednak w jego głosie było coś, co mówiło zupełnie co innego.

W tej chwili zabrzmiał dzwonek oznaczający koniec przerwy.

Goście zaczęli wracać na swoje miejsca.

— Do zobaczenia, hrabino — powiedział Adam spokojnie.

Aleksandra skinęła głową.

Patrzyła za nim przez chwilę.

I miała wrażenie, że właśnie znalazła się w środku historii, której jeszcze nie rozumiała.

Historii, która dopiero zaczynała odsłaniać swoje tajemnice.

Rozdział 5

Jesienne aleje

Poranek był chłodny, lecz jasny.

Jesień rozpostarła się nad ogrodami niczym cichy, złocisty welon. Liście kasztanowców i lip spadały powoli na wilgotne ścieżki, tworząc miękki dywan w odcieniach miedzi, bursztynu i przygaszonej czerwieni. Powietrze pachniało ziemią i rosą, a w oddali można było usłyszeć cichy śpiew ptaków, które jeszcze nie odleciały na południe.

Aleksandra nie spała już od dłuższego czasu.

Stała przy wysokim oknie swojej sypialni, opierając dłonie o chłodny parapet. Z tej strony rezydencji widziała ogród w całej jego jesiennej okazałości — krzewy róż przycięte na zimę, aleje obsadzone drzewami oraz niewielką fontannę, której woda połyskiwała w pierwszych promieniach słońca.

Był to obraz spokoju.

A jednak w jej myślach panował niepokój.

Wciąż wracała pamięcią do poprzedniego wieczoru.

Do rozmowy w teatrze.

Do napięcia, które pojawiło się nagle, gdy w korytarzu pojawił się nieznajomy mężczyzna.

I do tego, jak zmieniło się wówczas zachowanie Adama Morawskiego.

Nie wyglądał na zaskoczonego.

Wyglądał raczej na kogoś, kto spodziewał się spotkania — lecz wolałby, aby nigdy do niego nie doszło.

— Jeśli jeszcze chwilę będziesz tak patrzeć przez okno, uznam, że ogród nagle stał się bardziej interesujący niż ludzie.

Aleksandra odwróciła się.

Konstancja stała w drzwiach z lekko uniesioną brwią.

Jej jasna suknia spacerowa była starannie dopasowana do figury, a w dłoni trzymała kapelusz ozdobiony niewielkim piórem.

— Myślę — powiedziała Aleksandra spokojnie — że ogród jest dziś znacznie bardziej przewidywalny niż ludzie.

Konstancja weszła do środka i usiadła na brzegu łóżka.

— A jednak ludzie są ciekawsi.

— Nie zawsze.

— Wczoraj w teatrze byli bardzo ciekawi.

Aleksandra sięgnęła po rękawiczki.

— Plotki rozchodzą się szybko.

— Zwłaszcza gdy dotyczą przystojnego dżentelmena.

Aleksandra nie odpowiedziała.

Konstancja przyglądała się jej przez chwilę.

— Dokąd się wybierasz?

— Na przejażdżkę.

— Sama?

— Tak.

— Jesienne powietrze potrafi być zdradliwe.

Aleksandra spojrzała na nią pytająco.

Konstancja uśmiechnęła się lekko.

— Czasem sprawia, że ludzie mówią rzeczy, których później nie potrafią już cofnąć.

---

Aleje parku były niemal puste.

Żwir na ścieżkach skrzypiał cicho pod krokami, a powietrze miało w sobie chłód, który szczypał lekko w policzki. Drzewa tworzyły nad ścieżkami łuki z nagich gałęzi, a ich liście spoczywały teraz na ziemi w nieregularnych wzorach.

Aleksandra prowadziła konia powoli wzdłuż jednej z bocznych alei.

Koń szedł spokojnie obok niej, od czasu do czasu potrząsając grzywą.

Zatrzymała się przy niewielkim mostku nad stawem.

Woda była spokojna, a na jej powierzchni unosiły się liście, które wiatr przesuwał powoli w stronę brzegu.

W tej ciszy można było usłyszeć niemal wszystko.

Szelest trzciny.

Plusk wody.

Stukot kopyt.

Ten ostatni dźwięk sprawił, że Aleksandra odwróciła głowę.

Między drzewami pojawiła się znajoma sylwetka jeźdźca.

Adam Morawski zbliżał się spokojnie, prowadząc konia równym krokiem.

Gdy ją dostrzegł, zatrzymał się kilka kroków dalej i zeskoczył z siodła.

Podszedł, prowadząc konia za uzdę.

— Nie spodziewałem się pani tutaj — powiedział.

— Park jest duży — odpowiedziała.

— A jednak nasze drogi znów się spotykają.

Stanął obok mostku.

Jesienne światło podkreślało linię jego ramion, a wiatr poruszał lekko połami płaszcza.

Przez chwilę patrzyli na wodę.

— To dobre miejsce na spokój — powiedział w końcu.

— Dlatego tu przychodzę.

— By odpocząć od rozmów?

— Od spojrzeń.

Adam uśmiechnął się lekko.

— Spojrzenia bywają bardziej wymowne niż słowa.

---

Wiatr poruszył gałęziami drzew, a kilka liści opadło na mostek.

Aleksandra poczuła nagle, że Adam stoi bliżej, niż chwilę wcześniej.

Nie dotykał jej.

Ale jego obecność była wyraźna.

— Wczoraj w teatrze — powiedziała spokojnie — wyglądał pan na człowieka, który spotkał

kogoś, kogo wolałby nie widzieć.

Adam nie odpowiedział od razu.

— Czasem przeszłość potrafi pojawić się bez zapowiedzi.

— I nie zawsze jest mile widziana.

— Nie zawsze.

Aleksandra odwróciła się w jego stronę.

— Czy powinnam się nią przejmować?

Adam spojrzał na nią uważnie.

— Nie chciałbym, aby cokolwiek z mojej przeszłości miało wpływ na pani spokój.

— To brzmi jak ostrzeżenie.

— Być może nim jest.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

Aleksandra poczuła nagle przyspieszone bicie serca.

Adam zrobił krok bliżej.

Tak blisko, że mogła dostrzec drobne szczegóły jego twarzy — linię szczęki, cień zarostu, który pojawił się od wczorajszego wieczoru.

— Aleksandro — powiedział cicho.

Sposób, w jaki wypowiedział jej imię, sprawił, że przez jej plecy przebiegł lekki dreszcz.

— Tak?

— Czy ufa mi pani choć odrobinę?

Zanim zdążyła odpowiedzieć...

z pobliskiej alei dobiegł nagły hałas.

---

Z krzaków wybiegł mężczyzna.

Jego ruch był szybki i gwałtowny.

Aleksandra cofnęła się instynktownie.

Adam zareagował natychmiast.

Zasłonił ją ramieniem i zrobił krok naprzód.

Napastnik próbował wyrwać torebkę przypiętą do jej pasa.

Adam chwycił go za rękę.

Szarpnięcie było brutalne.

Mężczyzna próbował się wyrwać, lecz Adam był silniejszy.

Uderzenie było szybkie.

Napastnik zachwiał się i cofnął.

Po chwili rzucił się do ucieczki między drzewami.

Cisza, która zapadła po jego zniknięciu, była niemal ogłuszająca.

Aleksandra oddychała szybciej.

Adam odwrócił się w jej stronę.

— Czy nic się pani nie stało?

Pokręciła głową.

— Nie.

Przez chwilę stali bardzo blisko siebie.

Adam położył dłoń na jej ramieniu.

— Proszę więcej nie spacerować tutaj sama.

Aleksandra spojrzała na niego.

— A jeśli nie lubię rozkazów?

W jego oczach pojawił się cień uśmiechu.

— W takim razie proszę uznać to za prośbę.

---

Wiatr poruszył gałęziami drzew.

Aleksandra uświadomiła sobie nagle, jak blisko stoją.

Dłoń Adama wciąż spoczywała na jej ramieniu.

Powoli uniosła wzrok.

Ich spojrzenia spotkały się.

Czas zdawał się zwolnić.

Adam przesunął dłonią lekko po jej rękawie, jakby chciał upewnić się, że naprawdę nic jej się nie stało.

Ale ten gest był bardziej osobisty, niż powinien.

— Aleksandro...

Jej imię zabrzmiało cicho.

Zrobił pół kroku bliżej.

Ich twarze dzieliło już tylko kilka centymetrów.

Aleksandra poczuła jego oddech.

I wtedy...

---

Z alei dobiegł głos.

— Widzę, że spotkanie jest bardzo... interesujące.

Oboje odwrócili się.

Na ścieżce stał hrabia Ostrowski.

Jego spojrzenie było chłodne.

— Morawski — powiedział powoli.

— Hrabio.

Między mężczyznami zapadła napięta cisza.

Ostrowski spojrzał na Aleksandrę.

— Proszę uważać na towarzystwo, hrabino.

Potem odwrócił się i odszedł.

---

Aleksandra spojrzała na Adama.

— Wygląda na to, że nie wszyscy pana lubią.

Adam westchnął cicho.

— To nie jest nic nowego.

— Powinnam się tym przejmować?

Adam spojrzał na nią poważnie.

— Powinna pani uważać.

— Na kogo?

Adam zawahał się przez chwilę.

— Na ludzi, którzy zaczynają interesować się panią bardziej, niż powinni.

Aleksandra poczuła, jak chłód jesiennego powietrza nagle wydaje się znacznie bardziej przenikliwy.

I po raz pierwszy od wielu dni pomyślała, że historia, która zaczęła się niewinnie na balu...

może prowadzić do czegoś znacznie bardziej niebezpiecznego.

Rozdział 6

List, który nie powinien istnieć

Powrót z parku odbył się w ciszy.

Powóz zatrzymał się przed rezydencją, a koła zgrzytnęły lekko na wilgotnym żwirze dziedzińca. Jesienne powietrze było chłodniejsze niż rano, lecz słońce wciąż przebijało się przez chmury, rozświetlając kamienne mury budynku miękkim, złotym światłem.

Aleksandra wysiadła powoli.

Jej dłonie wciąż były chłodne, choć nie była pewna, czy to wina powietrza, czy wydarzeń sprzed kilkudziesięciu minut.

Napastnik.

Nagły ruch.

I Adam, który pojawił się dokładnie w chwili, gdy go potrzebowała.

Służący podszedł odebrać konia.

— Czy wszystko w porządku, hrabino?

— Tak — odpowiedziała spokojnie.

Ale gdy przekroczyła próg domu, echo jej kroków w marmurowym holu zabrzmiało głośniej niż zwykle.

W powietrzu unosił się zapach palonego drewna z kominka i świeżo zaparzonej herbaty.

To był zapach bezpieczeństwa.

A jednak Aleksandra nie potrafiła pozbyć się napięcia.

— Nareszcie wróciłaś.

Konstancja pojawiła się w drzwiach salonu.

Trzymała w dłoni książkę, lecz widząc twarz Aleksandry natychmiast ją zamknęła.

— Wyglądasz... inaczej.

Aleksandra zdjęła rękawiczki i położyła je na stoliku.

— Ktoś próbował mnie napaść.

Konstancja zamarła.

— Co powiedziałaś?

— W parku.

— Czy nic ci się nie stało?

— Nie.

Aleksandra usiadła powoli w fotelu.

— Adam Morawski był w pobliżu.

Konstancja uniosła brwi.

— Oczywiście że był.

Aleksandra spojrzała na nią ostrzej.

— To nie jest zabawne.

— Wcale się nie śmieję.

Konstancja podeszła bliżej.

— Jak wyglądał ten człowiek?

— Pojawił się zbyt nagle, żebym mogła go dobrze zobaczyć.

— Może to zwykły złodziej.

Aleksandra pokręciła głową.

— Nie.

— Skąd ta pewność?

Aleksandra zawahała się.

— Bo miał wrażenie, jakby wiedział, gdzie będę.

Te słowa zawisły w powietrzu.

Konstancja zmarszczyła lekko brwi.

— To nie brzmi dobrze.

---

Kilka ulic dalej Adam Morawski zamknął drzwi swojego gabinetu.

Pomieszczenie było przestronne, lecz pozbawione zbędnych ozdób. Ciężkie zasłony tłumiły światło popołudnia, a na ścianach wisiały mapy i szkice różnych miejsc.

Na biurku leżały listy opieczętowane czerwonym lakierem.

Adam zdjął płaszcz i rzucił go na oparcie krzesła.

Napastnik w parku nie był przypadkiem.

Był tego pewien.

Podszedł do biurka i otworzył jedną z szuflad.

W środku znajdował się list.

Złożony starannie, lecz wyraźnie już czytany wielokrotnie.

Adam rozłożył papier.

Kilka krótkich zdań wystarczyło, by jego spojrzenie stwardniało.

„Wracają stare długi.

Jeśli chcesz uniknąć skandalu, opuść miasto."

Adam złożył list powoli.

— Za późno — powiedział cicho.

---

Późnym popołudniem Aleksandra spacerowała po ogrodzie.

Powietrze było chłodniejsze niż rano. Niebo przybrało jasnoszarą barwę, a wiatr poruszał

gałęziami drzew.

Liście opadały powoli, wirując w powietrzu.

Aleksandra szła wzdłuż ścieżki wysypanej żwirem.

Wciąż myślała o wydarzeniach z parku.

I o Adamie.

— Hrabiano.

Odwróciła się.

Przy bramie ogrodu stał posłaniec.

— Przyniesiono to dla pani.

Podał jej niewielką kopertę.

Nie było na niej podpisu.

Aleksandra otworzyła ją powoli.

W środku znajdowała się krótka wiadomość.

„Powinna pani uważać na ludzi, którym pani ufa."

Serce Aleksandry zabiło szybciej.

---

Wieczorem Aleksandra wyszła z domu.

Potrzebowała chwili spokoju — miejsca, w którym mogłaby zebrać myśli.

Dlatego skierowała się do niewielkiej księgarni przy jednej z bocznych ulic.

Było to miejsce, które lubiła.

W powietrzu unosił się zapach papieru i starego drewna, a półki pełne były tomów oprawionych w skórę i płótno.

Wnętrze oświetlało kilka lamp.

Ich światło tworzyło na podłodze złote plamy.

Aleksandra przesuwała palcami po grzbietach książek.

Wtedy usłyszała za sobą znajomy głos.

— Zaczynam podejrzewać, że los ma bardzo osobliwe poczucie humoru.

Odwróciła się.

Adam stał kilka kroków dalej.

— A ja zaczynam podejrzewać, że pan mnie śledzi — odpowiedziała.

Adam uśmiechnął się lekko.

— Gdybym chciał panią śledzić, wybrałbym bardziej oczywiste miejsca.

— A to nie jest oczywiste?

— Nie dla większości ludzi.

Podszedł bliżej.

Między półkami panował półmrok.

— Czy wszystko w porządku? — zapytał.

Aleksandra podała mu kopertę.

Adam przeczytał wiadomość.

Jego twarz spoważniała.

— Ktoś próbuje panią przestraszyć.

— Dlaczego?

Adam milczał przez chwilę.

— Być może dlatego, że ktoś uważa panią za mój słaby punkt.

Powietrze między nimi zgęstniało.

Aleksandra zrobiła krok bliżej.

— Czy nim jestem?

Adam spojrzał na nią.

— Obawiam się, że tak.

---

Cisza między półkami była niemal namacalna.

Adam podszedł jeszcze bliżej.

Teraz dzieliła ich niewielka odległość.

Aleksandra mogła dostrzec drobne szczegóły jego twarzy — cień zarostu, napięcie w linii szczęki, sposób w jaki jego oddech lekko przyspieszył.

— Aleksandro — powiedział cicho.

Jej imię zabrzmiało inaczej niż zwykle.

Bardziej osobiście.

Adam uniósł dłoń.

Na moment zawahał się.

Potem delikatnie ujął jej dłoń.

Ciepło jego palców było zaskakujące.

Aleksandra nie cofnęła ręki.

Wręcz przeciwnie — zrobiła pół kroku bliżej.

Teraz stali niemal naprzeciw siebie.

Adam przesunął dłonią po jej rękawie, aż zatrzymała się na jej talii.

Gest był powolny.

Ostrożny.

Jakby wciąż dawał jej możliwość cofnięcia się.

— Powinienem panią teraz odesłać do domu — powiedział cicho.

— A zrobi pan to?

Adam spojrzał na nią.

W jego spojrzeniu pojawiło się napięcie, które narastało między nimi od pierwszego spotkania.

— Nie wiem, czy potrafię.

Aleksandra poczuła, jak jej serce bije szybciej.

— W takim razie proszę nie próbować.

Adam przyciągnął ją bliżej.

Ich twarze dzieliło już tylko kilka centymetrów.

Aleksandra poczuła ciepło jego oddechu.

Potem Adam nachylił się i pocałował ją.

Pocałunek był krótki.

Lecz pełen napięcia.

Przez chwilę Aleksandra zapomniała o wszystkim — o liście, o napastniku, o świecie poza tą małą księgarnią.

Gdy Adam odsunął się o kilka centymetrów, oboje oddychali szybciej.

— To był błąd — powiedział cicho.

Aleksandra uniosła lekko brew.

— Czy na pewno?

Adam uśmiechnął się niemal niezauważalnie.

— Jeśli tak... to jeden z tych, których człowiek nie chce naprawiać.

Za oknem wiatr poruszył gałęziami drzew.

Liście zaszeleściły na kamiennej ulicy.

A w ciszy księgarni oboje wiedzieli, że właśnie przekroczyli granicę, po której nic nie będzie już tak proste jak wcześniej.

——

Przyszedł czas na kolejny bal ....

Muzyka w oranżerii zmieniła się niemal niezauważalnie.

Skrzypce przejęły melodię nowego utworu — tym razem była to klasyczna aranżacja „Miłość w Zakopanem" Sławomira, zagrana lekko, elegancko, niemal żartobliwie, lecz w wersji smyczkowej nabierająca zupełnie innego charakteru. Melodia płynęła miękko między wysokimi palmami, odbijała się od szklanych ścian oranżerii i mieszała z rozmowami gości.

Aleksandra stała przy jednym z marmurowych stolików, trzymając w dłoni kieliszek wina.

Nie słuchała jednak rozmowy Konstancji.

Jej uwaga wciąż wracała do miejsca po drugiej stronie sali, gdzie Adam rozmawiał z Elizą Wierzbicką.

Nie stali blisko siebie.

Ale w ich postawie było coś, co zdradzało, że ich rozmowa nie była zwyczajną uprzejmością.

Adam mówił coś cicho.

Eliza słuchała z lekkim uśmiechem.

Ten uśmiech nie był jednak przyjazny.

Raczej... pewny siebie.

— Jeśli jeszcze chwilę będziesz patrzeć w tamtą stronę — powiedziała Konstancja półgłosem

— ktoś pomyśli, że jesteś zazdrosna.

Aleksandra spojrzała na nią chłodno.

— Nie jestem.

— Oczywiście, że nie.

Konstancja uniosła kieliszek.

— Po prostu analizujesz sytuację.

Aleksandra westchnęła cicho.

— Po prostu próbuję zrozumieć, kim jest ta kobieta.

— Kobietą, która najwyraźniej zna Morawskiego bardzo dobrze.

Konstancja nachyliła się lekko.

— A to zawsze oznacza historię.

---

Adam wrócił kilka minut później.

Na jego twarzy pojawił się cień napięcia, który natychmiast zauważyła Aleksandra.

— Czy wszystko w porządku? — zapytała spokojnie.

Adam przez chwilę milczał.

— Tak.

— Nie wygląda pan na przekonanego.

Adam spojrzał na nią uważnie.

— Eliza potrafi komplikować rzeczy, które wcześniej były proste.

— A były?

Na moment w jego spojrzeniu pojawił się cień uśmiechu.

— Do czasu, gdy pojawiła się pani.

Te słowa zawisły między nimi.

Aleksandra poczuła, że jej serce znowu przyspiesza.

Muzyka zmieniła się ponownie.

Tym razem kwartet rozpoczął klasyczną aranżację „Z tobą chcę oglądać świat" Zbigniewa Wodeckiego.

Melodia była ciepła, nostalgiczna.

Adam wyciągnął rękę.

— Czy zatańczy pani jeszcze raz?

Aleksandra zawahała się tylko przez chwilę.

— Tak.

---

Parkiet był teraz bardziej zatłoczony.

Świece w kandelabrach paliły się spokojnym, złotym płomieniem.

Adam objął ją lekko.

Ich kroki były płynne, spokojne.

Aleksandra czuła ciepło jego dłoni na swojej talii.

— Czy ona była dla pana kimś ważnym? — zapytała nagle.

Adam spojrzał na nią.

— Eliza?

— Tak.

Przez chwilę milczał.

— Była częścią mojego życia.

— To bardzo ogólna odpowiedź.

Adam uśmiechnął się lekko.

— Czasami ogólne odpowiedzi są najbezpieczniejsze.

Aleksandra zmrużyła oczy.

— Nie lubię bezpiecznych odpowiedzi.

Adam pochylił się trochę bliżej.

— W takim razie powiem pani coś bardziej niebezpiecznego.

Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów.

— Eliza zna część mojej przeszłości, której nie chciałbym, aby pani odkryła w nieodpowiedni sposób.

— Czy powinnam się bać?

Adam pokręcił głową.

— Nie.

— Więc czego?

Adam spojrzał na nią dłużej.

— Tego, że kiedy pani ją pozna... może pani zmienić zdanie o mnie.

---

Po kilku kolejnych utworach Aleksandra wyszła na zewnątrz.

Za oranżerią znajdował się niewielki ogród.

Jesienne powietrze było chłodniejsze, ale przyjemnie świeże po ciepłej atmosferze sali.

Lampiony zawieszone na gałęziach drzew rzucały miękkie światło na ścieżki.

Aleksandra przeszła kilka kroków między krzewami róż, które mimo jesieni wciąż miały pojedyncze kwiaty.

Usłyszała za sobą kroki.

— Ucieczka z przyjęcia?

Odwróciła się.

Adam.

— Potrzebowałam chwili ciszy.

Adam podszedł bliżej.

— Czy to przeze mnie?

— Nie wiem jeszcze.

Przez moment stali w milczeniu.

Jesienny wiatr poruszył gałęziami drzew.

— Aleksandro — powiedział Adam cicho.

To był pierwszy raz, gdy wypowiedział jej imię w taki sposób.

Spokojnie.

Blisko.

Aleksandra poczuła, że jej oddech staje się płytszy.

— Nie wszystko w moim życiu było proste — powiedział Adam.

— Czyje było?

Adam uśmiechnął się lekko.

— Prawda.

Zrobił jeszcze krok.

Teraz stali bardzo blisko.

— Ale jedno wiem na pewno.

— Co takiego?

Adam uniósł dłoń i bardzo delikatnie poprawił kosmyk włosów przy jej skroni.

Gest był niemal nieśmiały.

— Że od chwili, gdy spotkałem panią w parku... wszystko zaczęło się komplikować w sposób, który bardzo mi odpowiada.

Aleksandra poczuła ciepło rozchodzące się w piersi.

— To nie brzmi jak rozsądna decyzja.

Adam uśmiechnął się cicho.

— Nigdy nie twierdziłem, że jestem rozsądny.

Na chwilę zapadła cisza.

I wtedy Adam pochylił się bliżej.

Ich usta dzielił zaledwie oddech.

Aleksandra zamknęła oczy.

Ich pocałunek był tym razem wolniejszy.

Głębszy.

Nie był impulsem.

Był decyzją.

---

Kilka metrów dalej, w cieniu drzew, ktoś obserwował tę scenę.

Eliza Wierzbicka stała nieruchomo.

Jej uśmiech był spokojny.

Ale w jej spojrzeniu pojawił się cień czegoś znacznie chłodniejszego.

— Więc jednak — powiedziała cicho do siebie.

Potem odwróciła się powoli.

I odeszła w stronę oranżerii.

Jej kroki były spokojne.

Ale w jej myślach pojawiła się decyzja.

Jeśli Aleksandra zamierzała wejść w życie Adama Morawskiego...

to bardzo szybko pozna prawdę.

A prawda — jak dobrze wiedziała Eliza — potrafiła zniszczyć nawet najpiękniejsze uczucia.

Oranżeria wciąż tętniła muzyką.

Gdy Aleksandra i Adam wrócili z ogrodu, kwartet rozpoczął nowy utwór — klasyczną aranżację „Dni, których jeszcze nie znamy" Marka Grechuty. Skrzypce prowadziły melodię miękko i melancholijnie, a wiolonczela dodawała jej głębi.

Światło świec odbijało się w szklanym sklepieniu oranżerii jak drobne gwiazdy.

Aleksandra czuła jednak, że coś się zmieniło.

Nie tylko w niej.

Także w spojrzeniu Adama.

— Nie powinniśmy byli tego robić — powiedziała cicho.

Adam zatrzymał się przy jednym z filarów porośniętych bluszczem.

— Dlaczego?

— Bo wszystko staje się... bardziej skomplikowane.

Adam uśmiechnął się lekko.

— Aleksandro, od chwili gdy panią poznałem, nie ma w moim życiu nic prostego.

Przez moment milczeli.

Muzyka płynęła dalej, a goście tańczyli, śmiali się, rozmawiali.

Jakby świat był dokładnie taki, jakim powinien być.

Aleksandra poczuła, że Adam delikatnie ujmuje jej dłoń.

— Jeśli to panią przeraża — powiedział spokojnie — powinna pani odejść teraz.

Podniosła na niego wzrok.

— A pan?

Adam przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.

— Ja już nie potrafię.

---

W sali zrobiło się nieco tłoczniej, więc Adam poprowadził Aleksandrę w stronę jednej z bocznych galerii oranżerii.

Było tam ciszej.

Światło lamp było przytłumione.

Na stolikach stały niewielkie kompozycje z jesiennych kwiatów — dalie, astry i drobne gałązki jarzębiny.

Zapach był subtelny, lekko słodki.

Aleksandra zatrzymała się przy jednym z okien.

Adam stanął tuż obok niej.

— Powinien pan przestać patrzeć na mnie w ten sposób — powiedziała półgłosem.

— W jaki?

— Jakby...

Zawahała się.

Adam pochylił się trochę bliżej.

— Jakbym miał zamiar zrobić coś nierozsądnego?

Aleksandra poczuła, jak jej serce przyspiesza.

— Właśnie.

Adam uśmiechnął się cicho.

— Aleksandro, obawiam się, że jest już za późno na rozsądek.

Jego dłoń powoli przesunęła się po jej ramieniu.

Ciepło jego dotyku sprawiło, że przez ciało Aleksandry przebiegł lekki dreszcz.

— Adamie...

To był pierwszy raz, gdy wypowiedziała jego imię.

Cicho.

Naturalnie.

Adam zatrzymał się na moment.

Jakby to jedno słowo było dla niego ważniejsze niż wszystko inne.

Potem uniósł jej podbródek.

Ich spojrzenia spotkały się.

I tym razem pocałunek był zupełnie inny.

Nie był niepewny.

Nie był też krótki.

Był powolny.

Głębszy.

Aleksandra poczuła, jak jego dłoń obejmuje ją mocniej w talii, przyciągając bliżej.

Serce biło jej tak szybko, że była pewna, iż Adam to słyszy.

Przez chwilę zapomniała o całym świecie.

O muzyce.

O gościach.

O zasadach.

Istniał tylko ten moment.

I on.

---

— Hrabino Aleksandro.

Głos był spokojny.

Ale zimny.

Aleksandra odsunęła się gwałtownie.

Kilka kroków dalej stała Eliza Wierzbicka.

Jej twarz była spokojna.

Ale w jej oczach pojawił się cień ironii.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

Adam wyprostował się powoli.

— Elizo.

— Adamie.

Spojrzała na nich oboje.

— Oranżeria ma wiele pięknych zakątków, ale ten wydaje się wyjątkowo... popularny.

Aleksandra poczuła, że policzki lekko jej płoną.

— Czy czegoś pani potrzebuje?

Eliza uśmiechnęła się lekko.

— Nie ode mnie.

Wyciągnęła z torebki niewielką kopertę.

— To przyszło do mnie kilka dni temu.

Adam zmarszczył lekko brwi.

— Dlaczego pokazujesz to teraz?

Eliza spojrzała na Aleksandrę.

— Bo myślę, że powinna pani to zobaczyć.

Podała jej kopertę.

Papier był kremowy.

Na odwrocie nie było pieczęci.

Aleksandra otworzyła ją powoli.

W środku znajdowała się kartka z kilkoma zdaniami.

Jej dłonie lekko zadrżały, gdy przeczytała:

„Jeśli hrabina Aleksandra Różycka ceni swoje nazwisko, powinna natychmiast zakończyć znajomość z Adamem Morawskim. Jego przeszłość jest znacznie mroczniejsza niż pani przypuszcza."

Aleksandra podniosła wzrok.

— Co to znaczy?

Adam wyglądał na spiętego.

— Nic, czym powinna się pani martwić.

Eliza zaśmiała się cicho.

— Och, Adamie.

— Elizo.

— Naprawdę zamierzasz udawać, że to drobiazg?

Adam spojrzał na nią ostrzej.

— Nie teraz.

Eliza wzruszyła ramionami.

— Jak sobie życzysz.

Potem spojrzała na Aleksandrę.

— Proszę tylko pamiętać jedno.

Zbliżyła się odrobinę.

Jej głos był spokojny.

— Adam Morawski już raz zniszczył życie człowieka.

Zapadła cisza.

— I jeśli pani nie będzie ostrożna... historia może się powtórzyć.

Po tych słowach odwróciła się i odeszła.

---

Aleksandra stała nieruchomo.

List w jej dłoni nagle wydawał się znacznie cięższy.

Adam milczał przez chwilę.

— To nie jest tak, jak ona to przedstawia.

— Więc jak?

Adam odwrócił wzrok.

— To długa historia.

— W takim razie może nadszedł czas, żebym ją usłyszała.

Adam spojrzał na nią.

W jego oczach pojawiło się coś, czego wcześniej nie widziała.

Niepokój.

— Jeśli ją poznasz — powiedział cicho — możesz już nigdy nie spojrzeć na mnie w ten sam sposób.

Aleksandra ścisnęła list.

— To chyba powinnam zdecydować sama.

Adam milczał.

Muzyka w oranżerii zmieniła się ponownie.

Tym razem kwartet rozpoczął klasyczną aranżację „Niech żyje bal" Maryli Rodowicz.

Melodia była lekka.

Radosna.

Ale między Aleksandrą i Adamem powietrze nagle stało się ciężkie od pytań.

Na które nie było jeszcze odpowiedzi.

A jedno z nich brzmiało najgłośniej.

Kim naprawdę był Adam Morawski?

Rozdział 7

Pojedynek

Noc nad ogrodami Radziwiłłów była chłodna i przejrzysta.

Jesień pachniała wilgotną ziemią, opadłymi liśćmi i dymem z kominków rozpalonych w pałacowych salonach. Światło oranżerii rozlewało się na trawniki ciepłą, złotą poświatą, która łagodnie odbijała się w mokrych kamieniach ścieżki.

Z wnętrza dobiegała muzyka.

Kwartet smyczkowy rozpoczął właśnie klasyczną aranżację utworu „Sen o Warszawie"

Czesława Niemena. Melodia była spokojna, niemal nostalgiczna — jakby ktoś opowiadał

historię dawnych lat.

Aleksandra jednak jej nie słyszała.

List w jej dłoni drżał lekko, choć nie była pewna, czy to z zimna.

Stała naprzeciw Adama.

Między nimi była cisza cięższa niż wszystkie rozmowy, które odbyli do tej pory.

— Powiedz mi prawdę — powiedziała w końcu.

Jej głos był spokojny.

Ale w oczach pojawiło się napięcie.

Adam wziął powoli oddech.

— Prawda rzadko bywa tak prosta, jak ludzie chcieliby w nią wierzyć.

— A jednak istnieje.

— Tak.

— Więc chcę ją usłyszeć.

Wiatr poruszył gałęziami starych lip rosnących przy ogrodowej balustradzie.

Adam odwrócił się na chwilę w stronę oranżerii.

Światło świec odbijało się w szkle, a sylwetki gości poruszały się powoli jak w teatrze cieni.

Potem znów spojrzał na Aleksandrę.

— Kilka lat temu brałem udział w pojedynku.

Aleksandra poczuła, jak jej serce uderza mocniej.

— Z kim?

Adam przez chwilę milczał.

— Z Michałem Wierzbickim.

Nazwisko zawisło w powietrzu jak ciężki dźwięk.

Aleksandra zmarszczyła brwi.

— Bratem Elizy.

Adam skinął głową.

---

— Dlaczego doszło do pojedynku? — zapytała.

Adam oparł dłonie o kamienną balustradę.

— Oficjalnie... chodziło o honor.

— A nieoficjalnie?

Adam spojrzał na nią.

— O kobietę.

Aleksandra poczuła nagłe napięcie w piersi.

— Elizę?

— Nie.

Adam potrząsnął głową.

— Kobietę, która była już wtedy zaręczona z kimś innym.

— A jednak doszło do pojedynku.

— Bo jej brat uznał, że zniszczyłem jej reputację.

Aleksandra zmarszczyła brwi.

— Czy to była prawda?

Adam odpowiedział bez wahania.

— Nie.

— Więc dlaczego nie broniłeś się publicznie?

Adam uśmiechnął się gorzko.

— Bo prawda w takich sprawach rzadko ma znaczenie.

Przez chwilę milczeli.

Jesienny wiatr poruszał gałęziami drzew, a z oddali dochodziły fragmenty muzyki i śmiechu gości.

Jakby świat w oranżerii wciąż był lekki i beztroski.

— Co wydarzyło się podczas pojedynku? — zapytała Aleksandra.

Adam zamknął oczy na moment.

— Spotkaliśmy się o świcie, poza miastem.

— Pistolety?

— Tak.

— Strzeliłeś pierwszy?

Adam skinął głową.

— Tak.

— Trafiłeś?

— Nie.

Aleksandra zmarszczyła lekko brwi.

— Więc dlaczego on zginął?

Adam otworzył oczy.

W jego spojrzeniu pojawił się cień czegoś cięższego.

— Bo kiedy przyszła jego kolej... nie strzelił.

— Co to znaczy?

Adam powiedział cicho:

— Opuścił broń.

— Dlaczego?

Adam przez chwilę milczał.

— Bo zrozumiał, że cała ta sprawa była kłamstwem.

Aleksandra poczuła chłód wzdłuż kręgosłupa.

— Więc pojedynek się zakończył?

Adam potrząsnął głową.

— Nie zdążył.

— Dlaczego?

Adam spojrzał jej w oczy.

— Bo jego pistolet wystrzelił przypadkiem.

---

Zapadła długa cisza.

Aleksandra próbowała wyobrazić sobie tę scenę.

Poranek.

Dwóch mężczyzn.

I jeden strzał, który nigdy nie powinien paść.

— Zginął od razu?

Adam skinął głową.

— Na miejscu.

Wiatr przesunął kilka liści po kamiennej ścieżce.

Aleksandra poczuła, że musi zadać jeszcze jedno pytanie.

— A Eliza?

Adam odwrócił wzrok.

— Była wtedy moją narzeczoną.

Te słowa uderzyły Aleksandrę mocniej niż wszystko, co powiedział wcześniej.

— Była?

— Tak.

— I po śmierci jej brata...

— Wszystko się skończyło.

Aleksandra poczuła nagłe ukłucie zazdrości.

Nie chciała tego.

Ale nie potrafiła tego powstrzymać.

— Więc ostrzega mnie nie tylko jako siostra zmarłego.

Adam spojrzał na nią.

— Tak.

— Ale także jako kobieta, którą kiedyś kochałeś.

Adam milczał.

I to milczenie było odpowiedzią.

---

W tym momencie drzwi oranżerii otworzyły się gwałtownie.

Na ścieżkę wyszedł młody mężczyzna.

Elegancki, lecz wyraźnie zdenerwowany.

— Panie Morawski.

Adam spojrzał na niego chłodno.

— Tak?

— Obawiam się, że powinien pan wrócić do środka.

— Dlaczego?

Mężczyzna zawahał się.

— Bo... pańska rozmowa z hrabiną stała się tematem rozmów.

Aleksandra poczuła, jak serce przyspiesza.

— Jak to możliwe?

Mężczyzna spojrzał na nią z zakłopotaniem.

— Ktoś widział państwa wcześniej... w galerii.

Adam zacisnął szczękę.

— Kto?

— Nie wiem.

Aleksandra poczuła nagły chłód.

Plotki w takim towarzystwie rozprzestrzeniały się szybciej niż ogień.

Adam spojrzał na nią poważnie.

— Powinna pani wrócić do domu.

— A pan?

Adam uśmiechnął się lekko.

Ale w jego oczach pojawiło się napięcie.

— Ja mam jeszcze jedną rozmowę do odbycia.

— Z kim?

Adam odpowiedział cicho:

— Z kimś, kto najwyraźniej próbuje zniszczyć pani reputację.

---

W tym samym czasie w oranżerii Eliza Wierzbicka stała przy jednym z wysokich okien.

Czerwona suknia spływała miękko po marmurowej posadzce.

W dłoni trzymała kieliszek wina.

— Czy naprawdę sądzisz, że to wystarczy? — zapytał stojący obok niej mężczyzna.

Eliza uśmiechnęła się lekko.

— Nie.

— Więc dlaczego zaczęłaś tak subtelnie?

Eliza spojrzała przez okno w stronę ogrodu.

W oddali widziała sylwetki Aleksandry i Adama.

— Bo prawdziwe dramaty potrzebują czasu.

Mężczyzna uniósł brew.

— A Morawski?

Eliza upiła łyk wina.

— Adam zawsze był słaby tylko w jednej kwestii.

— Jakiej?

Eliza odstawiła kieliszek.

Jej oczy błysnęły chłodno.

— Gdy zaczyna naprawdę coś czuć.

Potem odwróciła się powoli.

— A wtedy bardzo łatwo go zniszczyć.

Oranżeria Radziwiłłów wciąż rozbrzmiewała muzyką.

Gdy Aleksandra wróciła do środka, kwartet rozpoczął nowy utwór — klasyczną aranżację

„Krakowski spleen" zespołu Maanam. Skrzypce prowadziły melodię w sposób niemal melancholijny, a wiolonczela nadawała jej głębokiego, jesiennego charakteru.

Ale atmosfera w sali zmieniła się niemal natychmiast.

Aleksandra poczuła to jeszcze zanim zdążyła zrobić kilka kroków.

Rozmowy ucichły.

Nie całkiem.

Ale wystarczająco, by zauważyć szepty.

Kilka osób odwróciło wzrok.

Kilka innych przeciwnie — przyglądało się jej z wyraźnym zainteresowaniem.

— Ach, wreszcie jesteś.

Konstancja pojawiła się przy niej niemal natychmiast.

— Co się dzieje? — zapytała Aleksandra.

Konstancja zawahała się przez moment.

— Wygląda na to, że ktoś postanowił urozmaicić dzisiejszy wieczór.

— Konstancjo.

— Plotki.

Aleksandra poczuła, jak jej serce przyspiesza.

— Jakie plotki?

Konstancja nachyliła się bliżej.

— Że widziano cię w bardzo... intymnej rozmowie z Adamem Morawskim.

Aleksandra zacisnęła palce na wachlarzu.

— To absurd.

— Oczywiście.

Konstancja spojrzała znacząco w stronę kilku dam stojących przy oknie.

— Problem w tym, że absurd rzadko przeszkadza ludziom w plotkowaniu.

---

— Hrabina Aleksandra Różycka.

Głos za jej plecami był spokojny i elegancki.

Aleksandra odwróciła się.

Przed nią stał wysoki mężczyzna o jasnych włosach i nienagannej postawie.

Jego frak był idealnie skrojony, a spojrzenie spokojne i pewne siebie.

— Hrabia Jan Ostrowski — przedstawił się.

Lekko się skłonił.

— Słyszałem wiele o pani.

Konstancja uniosła brew.

— Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

Ostrowski uśmiechnął się uprzejmie.

— Wyłącznie.

Ale jego wzrok na chwilę przesunął się po sali.

W stronę Adama.

— Czy mogę prosić panią do tańca?

Aleksandra zawahała się przez moment.

Wiedziała, że odmowa w tej chwili tylko podsyciłaby plotki.

— Oczywiście.

---

Muzyka zmieniła się ponownie.

Tym razem kwartet rozpoczął instrumentalną aranżację „Jeszcze w zielone gramy" Wojciecha Młynarskiego.

Melodia była lekka, niemal ironiczna.

Ostrowski prowadził pewnie.

Był dobrym tancerzem.

— Obawiam się, że trafiłem w sam środek bardzo interesującego wieczoru — powiedział

spokojnie.

— Nie jestem pewna, czy rozumiem.

— Och, ależ rozumie pani doskonale.

Jego spojrzenie było uważne.

— Plotki rozchodzą się dziś szybciej niż muzyka.

Aleksandra poczuła, jak jej policzki lekko się rumienią.

— Ludzie często mówią o rzeczach, których nie rozumieją.

— To prawda.

Ostrowski uśmiechnął się lekko.

— Ale czasem mówią także o rzeczach, które widzieli.

Aleksandra spojrzała na niego chłodno.

— Czy pan również coś widział?

— Nie.

Ostrowski zawahał się.

— Ale znam Morawskiego.

Te słowa sprawiły, że Aleksandra natychmiast zwróciła na niego uwagę.

— Doprawdy?

— Owszem.

— I co pan o nim sądzi?

Ostrowski uśmiechnął się bardzo delikatnie.

— Że jest człowiekiem, który zawsze przyciąga kłopoty.

---

Po drugiej stronie sali Adam obserwował ich taniec.

Jego twarz pozostawała spokojna.

Ale dłonie zacisnęły się lekko za plecami.

Eliza pojawiła się obok niego niemal bezszelestnie.

— Zazdrość nigdy nie była twoją mocną stroną — powiedziała cicho.

Adam nie spojrzał na nią.

— Czego chcesz?

— Niczego.

Eliza uśmiechnęła się lekko.

— Po prostu obserwuję.

— Więc obserwuj z daleka.

— Ach, Adamie...

Jej głos był niemal czuły.

— Czy naprawdę sądzisz, że ta historia skończy się dobrze?

Adam w końcu spojrzał na nią.

— Jeśli spróbujesz ją skrzywdzić—

Eliza przerwała mu spokojnie.

— Nie ja ją skrzywdzę.

Jej spojrzenie powędrowało w stronę parkietu.

— Ty to zrobisz.

---

Taniec dobiegł końca.

Ostrowski odprowadził Aleksandrę kilka kroków dalej.

— Mam nadzieję, że jeszcze zatańczymy — powiedział.

— Być może.

Aleksandra odwróciła się.

I zobaczyła Adama.

Stał kilka kroków dalej.

Jego spojrzenie było spokojne.

Ale coś w nim było inne niż wcześniej.

— Czy dobrze się pani bawiła? — zapytał.

— To tylko taniec.

— Oczywiście.

Adam spojrzał na Ostrowskiego.

— Ostrowski.

— Morawski.

Między nimi zapadła cisza.