Red Flag Story - Anya Lou - ebook
NOWOŚĆ

Red Flag Story ebook

Anya Lou

5,0

351 osób interesuje się tą książką

Opis

Oliwia, w sieci znana jako Bohema, prowadzi Red Flag Podcast - bezlitosną kronikę randkowych katastrof i galerii „Książąt zTindera”, których czerwone flagi widać z kosmosu. Kiedy jej chłopak zdradza ją na dwudziestosekundowym nagraniu, postanawia zamienić złamane serce w kontent i rzuca się w wir kolejnych randek.

Problem w tym, że jeden z jej „Książąt” okazuje się słuchaczempodcastu. Artur - niepoprawny ćpun adrenaliny, właściciel czerwonego Mustanga i specjalista od pakowania się w kłopoty - zna sekret, który mógłby zniszczyć najważniejsze przyjaźnie Oliwii. W zamian za milczenie stawia tylko jeden warunek: ma udawać jego dziewczynę, by wzbudzić zazdrość Lany - dawnej najlepszej przyjaciółki, a dziś największej rywalki.

Plan wydaje się prosty: trochę udawania, zero uczuć i maksimum dramy. Tyle że nikt nie uprzedził Oliwii, że najtrudniej oprzeć się tej jednej czerwonej fladze, która ma najładniejszy uśmiech.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 393

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Adasnatalka

Nie oderwiesz się od lektury

polecam lekka i przyjemna książka
10
natDra88

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemna i lekka książka. Bardzo ciekawie przedstawione współczesne randkowanie
10
dorisb_

Nie oderwiesz się od lektury

To było zabawne, momentami trochę smutne, ale generalnie bardzo przyjemny romans z motywem fake dating. Ja uwielbiam!
10
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia dzięki której wieczór staje się niezapomniany. Iloved❤️Polecam
00



Red Flag Story

Dla osób, które zamiast czerwonej flagi widzą zaproszenie.

Znalezione na Tinderze

Kajetan, 20

Enjoyer unikania wykładów, professional yapper, czasami jestem zabawny i zawsze mam dobre pomysły na imprezach. Lubię piwo, pochodzić bez celu albo do kawiarni/pubu, chętnie pogadam o niczym i o wszystkim, poszukam z kimś sensu istnienia, takie tam sprawy.

Mogę Cię też narysować na kartce samoprzylepnej* lub coś ugotować**. Umiem również wymienić żarówkę i dysk w laptopie.

Na górze róże

na dole piwo

piwo piwo

kocham piwo

– któryś mój znajomy

* nie umiem rysować

** tylko z przepisów aniagotuje

Rozdział 1 – Korona mi z głowy spadła

Kiedy przyjdzie wam kiedyś do głowy, że należy radykalnie zmienić swoje życie, jako pierwsze na myśl mogą przyjść włosy. Najstarszy mechanizm obronny świata: „nowe włosy, nowa ja”, jakby przedziałek na drugą stronę był wyznacznikiem nowej tożsamości.

Healthy reminder: zafarbowanie ich na różowo i ścięcie na boba przez waszą przyjaciółkę to niekoniecznie najlepszy pomysł. Szczególnie jeżeli ta przyjaciółka nazywa się Kornela i po chwili wyskakuje wam z wiadomością, że: „sorry, instrukcja była po niemiecku i Google Tłumacz źle ją zinterpretował”.

Chciałam radykalnie zmienić swoje życie na zmywalne dwa tygodnie. Tylko że, no cóż, najwyraźniej się okazało, że to zwykła farba, a nie szamponetka.

– Powinnaś mi dziękować – rzuca Kornela, poprawiając mi nożyczkami postrzępioną końcówkę, która wygląda, jakby zaatakował ją szalony wiewiór. – Mateusz kocha blondynki, więc to, co teraz robimy, to akt najwyższego poświęcenia dla twojego planu zerwania.

Patrzę w lustro z uniesioną brwią i twarzą niemalże zamrożoną w stuporze, jakbym była filmem z YouTube’a, który się zawiesił z wielkim kółkiem loading na twarzy. Zamiast minimalistycznej elegancji, na którą pracowałam latami, widzę w lustrze postać z kreskówki w białym, poplamionym T-shircie i z włosami w kolorze przybrudzonej różowej waty cukrowej.

Wyglądam jak Poppy z Trolli. Poppy po przejściach, z fryzurą zmiętoloną, a pewnie i przeżutą przez mojego trzyletniego brata Bobasa.

– Taaak… – mówię, próbując przyklepać włosy napuszone jak u pisklaka.

Gdybym nie była z Mateuszem, nagrałabym odcinek o tym, jak nudni faceci myślą, że taka manic pixie dream girl sprawi, że ich pozbawione wyrazu życie stanie się choć trochę intrygujące. Zresztą może i nawet nagram o tym odcinek, Mateusz i tak nie słucha „Red Flag Podcast”. No i nie połączyłby kropek, że to nawiązanie do niego.

– Jeszcze nie jestem na sto procent pewna, czy z nim zrywam. Ale nie wiem, dziwne jest to wszystko. Takie suche i bezbarwne. Wiesz, jakbym wytrenowała sobie chata GPT, żeby ze mną flirtował, to pewnie byłby lepszy. I nie wiem, czy tak było od początku i tego nie zauważyłam, czy jesteśmy starym małżeństwem i powinnam się pogodzić z bezbrzeżną nudą.

Kornela agresywnie tnie mi kolejny kosmyk włosów wedle jakiejś szalonej wizji twórczej.

– Ej! Czy to kara?

– Tak.

Odsuwam od niej głowę.

– Nie tnij mi włosów na sucho!

– A ty pamiętaj, że powiedział, że masz oczy jak gwiazdy, kiedy poprosiłaś, żeby powiedział ci wreszcie coś miłego, notorycznie nie kupuje ci kwiatów i… i ma martwego zęba!

– Przestań! Przestań! Wyjdź mi z głowy, demonie!

…i ogólnie rzecz biorąc, nie mamy żadnych wspólnych tematów. Szara jedynka zaczęła prześladować mnie jak wampir w tanim kostiumie. Taki, który zamiast przerażać, po prostu wisi w rogu pokoju, przypominając mi, że moje życie uczuciowe zdechło już dawno temu i teraz tylko żenuje mnie swoim nieżywym, szarym uśmiechem. Wzdycham, spostrzegając w lustrze babcię. Ja, Kornela i babcia. Trzy trolle z kolorowymi włosami w otoczeniu żab, które u babci są wszędzie – zasłona kabiny prysznicowej w żaby z wytrzeszczem, żaba na mydelniczce, żaba obejmująca szczotkę do kibla z wyrazem przerażenia na twarzy, żaby-haczyki, żaby-mydełka, żaby-szkatułki.

– Stanowczo za dużo narzekasz jak na ten wiek, Oliwio – rzuca babcia, nawet nie podnosząc wzroku znad tabletu, na którym prawdopodobnie właśnie flirtuje z Google Gemini.

– Babciu… – zaczynam, ale ona przerywa mi gestem dłoni. Na jej nadgarstku pobrzękują ciężkie, miedziane bransolety.

– Słuchaj mnie uważnie. Istnieje ścisła korelacja między wiekiem a prawem do utyskiwania na wszechświat. Narzekanie powinno być wprost proporcjonalne do liczby przeżytych wiosen. Ty masz osiemnastkę na karku, więc twój limit to dokładnie trzy słowa skargi na tydzień. Zużyłaś już dwa na kolor włosów i jedno na ząb tego tam twojego. Jesteś na debecie, dziecko.

– Z tym zębem to akurat wyskoczyła Kornela! – protestuję, przekręcając się na taborecie w jej stronę. – A poza tym ty narzekasz na rząd, pogodę, NFZ, Amerykanów, więc…

Babcia uśmiecha się z wyższością, poprawiając swój szal w żaby.

– Ale ile ja mam lat? Ze sto trzydzieści? A teraz, jeśli łaska, zrób coś z tymi włosami, bo wyglądasz, jakby eksplodowała na tobie wata cukrowa.

Jęczę, a babcia się śmieje.

– Żartuję! Uwiedziesz nowego faceta bez względu na to, jaki masz kolor włosów. Zresztą oni i tak są ślepi na takie rzeczy.

Kącik ust podjeżdża mi do góry. No cóż, babcia ma dość specyficzne poglądy na temat uwodzenia. Weźmy samo jej imię, podejrzanie do tych poglądów dopasowane. W skrócie: w mitologii greckiej Dejanira potężnie wkurwiła się na Heraklesa i wysłała mu zatrutą szatę, co doprowadziło do ogromnych katuszy. Nie mógł jej zdjąć, czy coś. No a potem umarł.

Babcia opowiedziała tę historię mi i mojemu bratu, kiedy miałam osiem lat, a Kamil siedem.

– Babciu, ale ja mam chłopaka! – Co prawda nie wiem, jak długo jeszcze, ale zasady zasadami. Babcia wzdycha. – Nawet tu był!

Babcia tylko macha ręką, a potem odchodzi, mamrocząc do siebie, że „życie i faceci to pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, czy nie trafisz akurat na ten feralny marcepan”. I że „skoro go nie pamięta, to najwyraźniej nie był wart zapamiętania”.

Zakładam włosy za ucho, kładę rękę na biodrze i przeglądam się w lustrze. Naprawdę czasami chciałabym mieć podejście do życia à la babcia Dejanira. Ona nie miałaby takich dylematów rozstaniowych jak ja. Może właśnie tak trzeba żyć, bez większych skrupułów i bez płakania nad życiowymi przegrywami.

– Myślisz, że faceci na to polecą? – mówię do Korneli, przeczesując włosy palcami. – Nie pytam dla siebie. Dla koleżanki.

– Aha.

– Większość facetów raczej nie spojrzy na alternatywkę, co nie?

Kornela wzrusza ramionami.

– Brak mężczyzn? Jeden problem z głowy. – Wychodzi z łazienki za babcią i wchodzi do jej schludnego saloniku, wyglądającego jak miniatura salonu z Bridgertonów.

– No tak, ale co z „Książętami”? – Doganiam ją, bo Kornela podświadomie wyznaje zasadę Forresta Gumpa: „Odtąd zawsze, kiedy gdzieś szedłem, biegłem”. Zwykle drepczę za nią jak niezdarny przedszkolak.

– Chyba że przerzucisz się na księżne. – Kornela uśmiecha się krzywo, a ja przewracam oczami. – Nie no, ale tak na poważnie, to jesteś śliczna, a idiotom, na których ty polujesz, nie będzie przeszkadzał kolor włosów, bo i tak zależy im tylko na seksie. Albo po prostu są narcyzami i nawet nie zauważą, że istniejesz.

Racja. Jakby nie patrzeć.

Long story short, o co chodzi z „Książętami z Tindera”.

Od końca podstawówki prowadzę „Red Flag Podcast”, który przechodził więcej metamorfoz niż Kim Kardashian i nie ze wszystkich jestem dumna. Przez większość czasu w liceum skupiałam się w nim głównie na hejtowaniu konsumpcyjnej wizji miłości, a całkiem niezłą popularność zyskałam w okresie przed Mateuszem, kiedy to wpadłam w kilkumiesięczną tinderową psychozę. Aha, no i jechałam po facetach, których tam poznałam. Cudownych książętach.

Siadamy na szezlongu, a mój palec odruchowo śledzi wypukły kontur róży wyhaftowanej na obiciu. Mieszkanie babci Dejaniry to wizualna pułapka: mieszanka stylu dark academia z obsesyjnym maksymalizmem rodem z horrorów klasy B. Plaga żab, róży i mebli na złotych, lwich łapach, które wyglądają, jakby zaraz miały pognać w stronę wyjścia. Mama nie bez powodu latami wpajała mi jedną zasadę: „nigdy nie zabieraj babci do Memento Mori & Co.”.

Zrozumiałam to, gdy kilka lat temu w tym antykwariacie babcia urządziła prawdziwą gorączkę złota. Podczas gdy ja skończyłam z ukulele i szkatułką, ona wykupiła pół sklepu, w tym najbardziej kuriozalne przedmioty, jak solniczki z koronami czy uchwyty na papier toaletowy zwieńczone pąkiem róży.

Babcia stawia przed nami miskę z surowym selerem i jarmużem – w jej świecie pudełko czekoladek istnieje tylko jako metafora mężczyzn, zazwyczaj tych „feralnych”. Kornela klepie się w udo.

– Zadzwońmy po Kamila!

Czasami mam wrażenie, że Kamil to jedyny powód, dla którego ta dziewczyna w ogóle ze mną wytrzymuje. I nie chodzi o chemię – Kornela woli dziewczyny – ale o nabożny podziw. Traktuje Kamila jak półboga, a siebie w tej sekcie widzi co najmniej jako Najwyższą Kapłankę.

Kamil ma w sobie ten irytujący rodzaj charyzmy, który sprawia, że wystarczy, by pstryknął palcami, a tłumy zaczynają wiwatować. Albo ewentualnie kompulsywnie lajkować wszystkie jego filmy, w których analizuje każdy ruch bohaterów BoJacka Horsemana, jakby to były traktaty filozoficzne. Podczas gdy ja męczę się z moim podcastem, próbując sklecić sensowne zdanie o fastfoodowej miłości, on zgarnia miliony wyświetleń, wytykając palcami egzystencjalny ból animowanego konia.

Zagryzam komentarz Korneli selerem, który jak dla mnie wybitnie dobrze podkreśla smak wzniosłej idei zadzwonienia po Kamila.

Kornela jednak nie czeka na moją aprobatę, tylko natychmiast wydzwania do mojego brata, który mówi, że zaraz przyjdzie, przy czym jego „zaraz” oznacza:

a) za pięć godzin, bo akurat gra, nagrywa rapsy z kumplem lub pracuje nad kolejnym filmem

albo

b) za pięć sekund, bo tak się składa, że mieszkamy z babcią w jednej kamienicy. Ona zajmuje pierwsze piętro, a my trzecie. My, czyli ja, Kamil, rodzice i Bobas.

Szybko okazuje się, że jakimś cudem wygrywa opcja „b” i wkrótce cała trójka – Kamil, Kornela i babcia – każe mi paradować jak modelka na wybiegu i obracać głowę w jedną i w drugą stronę. Siedzą w trójkę na szezlongu jak modowe jury i mną dyrygują („Obróć się, honey!”), a mnie z trudem udaje się zachować kamienną, modelingową twarz. Lekko drży mi kącik ust, ale się opanowuję.

– Wyglądasz gorgeous, moja droga. Pokaż się from your left side. – Kornela parodiuje Joannę Krupę. – To właśnie, my darlings, jest tap madl. Teraz wreszcie możesz break up with Mateusz.

– Zrywasz z Mateuszem? – Kamil chrupie rzodkiewkę, a potem wrzuca do ust ze trzy pomidorki koktajlowe naraz.

Piorunuję Kornelę spojrzeniem. Jasne, niech od razu weźmie megafon i ogłosi to w naszej szkole.

Słyszę dźwięk powiadomienia na telefonie.

– To nie tak… – Krzyżuję ramiona. – Rzeczywiście ostatnio się zastanawiałam, czy… Czy to, co kiedyś wydawało mi się, że mieliśmy, no wiesz, czy sobie tego nie wymyśliłam.

Kolejne powiadomienie. I kolejne.

– Ale jeszcze nie wiem, co zrobię – ciągnę. – Myślę, że musimy porozmawiać. I tyle. I może coś się rozwiąże.

Kornela prycha, ale – szczerze? – to najmądrzejsza myśl, jaką dzisiaj wypowiedziałam na głos. Może jeśli powiem Mateuszowi, czego mi brakuje, uda nam się razem nad tym związkiem popracować. Zamiast rzucać się od razu w świat „Książąt” na „Red Flag Podcast”, na co Kornela tak bardzo zaciera rączki. W końcu nie mogę prowadzić podcastu, w którym jadę po fastfoodowej miłości, i traktować przy tym Mateusza jak odgrzewanego hamburgera, którego trzymam tylko dlatego, że w lodówce jest pusto. Ułożę sobie wszystko na spokojnie w głowie i jutro porozmawiamy. Tak jak dojrzali ludzie.

Powiadomienia ciągle przychodzą.

– Weź to sprawdź. – Kornela podaje mi telefon.

Czytam wiadomości, które wyświetlają się na moim ekranie.

Och. Cofam to, co powiedziałam. Wygląda na to, że nie będzie żadnej rozmowy.

Znalezione na Tinderze

Jakub, 22

Szukam tej, z którą po kilku latach będę mógł się ożenić, wziąć kredyt na dom i spłodzić bombelki, po czym zacząć nienawidzić sąsiadów i siebie nawzajem. Ty zaczniesz mnie kontrolować, czasami będziemy kłócić się jak wściekłe wilki. Pewnego dnia podczas kolejnej kłótni o pierdołę uderzysz mnie ciężkim wazonem w głowę, a ja, umierając, zacznę się dusić, szepcząc, że trzeba było przewijać dalej.

#1 Red Flag Podcast: Wznowienie Książąt & Poradnik Dla Dupków

[Dynamiczny, lekko brudny beat. Głęboki oddech, słychać kliknięcie mikrofonu]

Hej, kochani i kochane. Tutaj Bohema. Z tej strony wasza ulubiona popierdolona suka, przynajmniej według najnowszych badań przeprowadzonych przez mojego byłego.

[Śmiech, ale trochę gorzki]

Boże, przepraszam za to bezpardonowe otwarcie, chociaż trochę nie przepraszam również. Zanim wam powiem, co takiego zrobił były, że stał się byłym, ogłoszenie parafialne: wznawiam „Książąt z Tindera”. Wiem, wiem, mówiłam ostatnio, że będzie tu bardziej dojrzale, że będzie więcej self-love, ale spójrzmy prawdzie w oczy – życie pisze lepsze scenariusze niż jakikolwiek autor tanich romansideł. No więc mój były… nazwijmy go Dupkiem. Przez duże D. Dla zachowania anonimowości. Boże, mógłby być chociaż oryginalny. Mógłby chociaż wymyślić wyrafinowane kłamstwo, a nie… wylądować w pokoju z jakąś laską i dać się nagrać.

[Śmiech, lekko histeryczny]

Słuchajcie, zamiast dramatycznego wyznania dostałam dwudziestosekundowy filmik od koleżanki, na którym mój cichy, ułożony mizantrop – który, cytując: „nienawidzi tłumów” – całuje się z jakąś laską w pokoju, z dala od ludzi. Tak bardzo pochłaniało go to odosobnienie, że nawet nie zwrócił uwagi, że ktoś otworzył drzwi i ich nagrywał przez dwadzieścia sekund. Przepraszam, łyk kawki, bo inaczej dostanę drgawek.

[Ciche siorbnięcie]

Ale do sedna. No więc ja, oczywiście z żyłką na czole pulsującą, jakby była na granicy pęknięcia, dzwonię do niego. Przytoczę wam tę rozmowę, bo to jest czyste złoto. Zrobiłam z tego poradnik. Słuchajcie i uczcie się, jak NIE przepraszać, jeśli chcecie zachować resztki godności (choć on już dawno je stracił).

[Odchrząknięcie]

Jak przeprosić za zdradę w taki sposób, żeby wyszło, że to tak naprawdę nie twoja wina? Pięć porad prosto od naszego grona ekspertów!

Porada numer jeden: Nawiąż do czegoś, co ostatnio zdenerwowało cię w partnerze. Może uda się wam wyrównać skalę grzechów? Pozwólcie, że przytoczę wam naszą konwersację jako ilustrację.

[Bohema na przemian naśladuje niski głos chłopaka, wracając zaraz do swojego]

Dupek:Jezu… Przepraszam cię, Bohema, przepraszam, okej? Spierdoliłem, po prostu… Ostatnio wydawałaś się taka… Zdystansowana.

Ja: Zdystansowana.

Dupek: Tak… Wiesz, jak wtedy, kiedy powiedziałem, że masz piękne oczy, a ty się odsunęłaś i powiedziałaś, że to takie oklepane. Nie każdy musi być przecież jebanym Szekspirem!

Ja: Nie każdy musi być jebanym Martyniukiem!

[Bohema wraca do swojego naturalnego tonu, w głosie słychać drżenie]

Teraz wiem, że popełniłam w tym momencie największy błąd. Nie powinnam była w ogóle wdawać się w tę dyskusję. I tak, moi drodzy, przechodzimy do porady numer dwa.

Porada druga: Nie kończ na jednym argumencie! Wylej całe wiadro szamba, które nagromadziło się przez ostatnie miesiące, tak żeby twój partner poczuł się jak gówno.

Twój cel: Niech partner poczuje, że twoja zdrada jest niczym w porównaniu do tego, co sam odwala na co dzień.

Dupek: Widzisz! Nawet do takiej bzdury się przyczepiasz i w ogóle wszystko, mam wrażenie, że wszystko ci we mnie przeszkadza! Przy tobie nigdy nie mogłem być sobą! Ciągle chodziłem spięty, bo nigdy nie byłem dla ciebie wystarczający! Jesteś obsesyjna, kontrolująca i masz ludzi za przedmioty, które można raz użyć i wyrzucić! Wszystko musi być zawsze tak, jak ty chcesz, bo inaczej człowiek idzie do wyrzucenia!

Ja: …

No nie powiem, zatkało mnie. Poczułam się tak, jakby uderzył mnie w klatkę piersiową. Jakby uszło ze mnie całe powietrze. Przez chwilę oboje się nie odzywaliśmy, a ciężar jego słów zawisł jak ohydne wióry w niewymieszanym soku marchewkowym. Nienawidzę soku marchewkowego. Tak jak selera. A może nawet bardziej.

[Śmiech, który przechodzi w lekki szloch, szybko wyciszony]

Przejdźmy do kolejnego punktu. Może wam się kiedyś przyda, jeżeli macie zakusy na bycie dupkiem w związku.

Porada trzecia: Porycz się. Jesteś na dobrej drodze do zrobienia z siebie ofiary.

Ewidentnie był pijany. Dupek płacze tylko wtedy, kiedy jest pijany.

Dupek (płacząc): Jezu, Bohema. Przepraszam. Przepraszam, ja nie wiem, co we mnie wstąpiło. Wiesz, że nie jestem taki, wiesz, prawda? Możemy jeszcze oboje to wszystko naprawić.

Ja: …

Czy płakałam? Można tak powiedzieć. Drżała mi broda i bałam się, że jeżeli się odezwę, rozpadnę się na kawałki. A bardzo nie chciałam, żeby usłyszał, że płaczę, że to, co powiedział, jakkolwiek mnie dotknęło. Bo dlaczego miałoby? Przecież nic z tego, co mówił, nie było prawdą. Chociaż… Jakby się zastanowić…

Wiecie co, tego dnia myślałam o tym, że chcę z nim zerwać. Przez „oczy jak gwiazdy”, a raczej przez wszystko to, co pod tym sformułowaniem było, czy też przez to, czego pod nim nie było. Bo tak, niedawno, kiedy obserwowaliśmy gwiazdy, porównał do nich moje oczy. I to chyba nieironicznie, chociaż przez chwilę miałam nadzieję, że tak. Tylko że nadal nie potrafiłam zdefiniować, czego tak naprawdę mi brakowało, więc w tym momencie rozmowy na poważnie miałam wrażenie, że jestem zupełnie płytka.

Porada numer cztery: Pierwszy wyciągnij rękę na zgodę. Teraz z ofiary zamienisz się w wybawcę.

Twój partner będzie dzięki temu myślał, że to on zachował się jak idiota, i z wielką wdzięcznością przyjmie twoją propozycję rozejmu.

Dupek: Hej… Przepraszam, że byłem taki ostry. Nie powinienem był… Robić tego dzisiaj. Myślę, że oboje popełniliśmy błędy, ale… To nie znaczy, że nie możemy zacząć od nowa.

Zaczęłam się śmiać. Siedziałam wtedy na podłodze w miniaturowej łazience mojej babci i śmiałam się jak szalona.

Dupek: Halo? Bohema? Czy to znaczy, że się zgadzasz?

Śmiałam się nadal, bo jak inaczej zareagować na absurd tego pokroju? Czy on naprawdę myślał, że odwrócił moją uwagę na tyle, żebym zapomniała o jego zdradzie i sama poczuła się jak czarownica, która powinna zaraz pójść na stos?

Porada piąta: Jeżeli twoja ręka na zgodę została odrzucona, zastosuj taktykę podwójnego rzutu: (1) rzuć ostateczną, miażdżącą uwagę, a potem (2) rzuć słuchawką.

Dupek: Jezu, trzeba było posłuchać [tutaj Dupek wymienił imię swojego przyjaciela], kiedy mówił, żebym z tobą nie zaczynał, bo jesteś popierdolona.

I się rozłączył. On. On się rozłączył. A ja nadal się śmiałam. Na podłodze łazienki babci, plecami opierając się o miniaturowy kibel, bo było mi już wszystko jedno, naprawdę.

I dlatego wznawiam „Książąt”. Wznawiam „Książąt”, bo muszę. Potrzebuję tego balsamowania duszy, nawet jeśli ta dusza jest według niektórych obsesyjnym, manipulującym, kontrolującym katem. Prześladowczynią, bezbożnicą i czarownicą. Nie tknę żadnego faceta, który szuka „miłości życia”, obiecuję. Szukam tylko takich, którzy zapewnią mi dawkę zażenowania, którą będę mogła się z wami podzielić. A dla tego gościa na Discordzie, który prosi o zdjęcia stóp, a jak go blokuję, zakłada kolejne konto… Naprawdę, typie, wyjdź.

Rodzina nie daje mi spokoju. Muszę do niej lecieć i zgnoić przy niej jeszcze raz, oficjalnie, tego chuja. A wy w międzyczasie wpadajcie na #ścieki-bohemy na Discordzie. Zobaczymy, czy po tym odcinku wciąż uważacie, że jestem „obsesyjną manipulatorką”, czy może jednak uda się wam znaleźć w sobie odrobinę empatii dla waszej ulubionej czarownicy.

[Outro: dynamiczna muzyka, która stopniowo cichnie]

Najnowsze komentarze w wątku #ścieki-bohemy:

depressed-twink: O nie… Za przeproszeniem, a może nawet bez przeproszenia: what a manipulative dick! Nie słuchaj go. Te bzdury, które powiedział o Tobie, to ewidentnie jego projekcje

princess-k: Brzmi totalnie jak mój eks

deathnote: Wpisuję go do notatnika śmierci. Zaraz. Jak on się nazywał? Prześlij mi na priv jego zdjęcie oraz imię i nazwisko. Przy okazji adres zamieszkania.

anonim77: Ej! Mogą być w skarpetkach!

donut273: Boże, kochana, mam nadzieję, że się trzymasz! Przesyłam dużo miłości, jesteś cudowna! Czekam na Książąt z niecierpliwością!

r.u.lost.baby.girl: jaki chuj

Znalezione na Tinderze

Kamil, 27

nie mam w domu wgl żadnych kaktusów

Rozdział 2 – Książę Korytarza

Mateusz lubi tylko blondynki – słowa Korneli z wczoraj, sprzed zerwania, kiedy farbowała mi włosy na różowo, żebym odzyskała niezależność w naszym związku.

Moja przyjaciółka nie uroiła sobie tej informacji. To, że Mateusz lubi tylko blondynki, uchodziło w naszej szkole za wiedzę powszechną. W każdym razie na pewno była znacznie bardziej znana tegorocznym maturzystom niż daty kolejnych rozbiorów Polski czy wartościowość węgla i wodoru.

Chociaż nie wiem, czy to dobrze świadczy o naszych zasobach umysłowych.

W każdym razie przedstawiam dwa dotychczas niezbite, a jednak zbite aktualnie dowody:

a) wszystkie eks Mateusza miały blond włosy;

b) jego najlepszy przyjaciel Tytus często podsuwał mu pod nos zdjęcia mega hot lasek i prosił go o oceny atrakcyjności, a Mateusz drastycznie je zaniżał, argumentując, że nie lubi brunetek. Już ja dawałam im wyższe noty. No co? Były bardzo hot.

Taaa. Mateusz lubi tylko blondynki, a w tej chwili idzie za rękę z dziewczyną z burzą loków o tak głębokiej czerni, że mam wrażenie, że od czasu do czasu połyskują granatem. To te same loki, które widziałam wczoraj na filmie. Mhm, właściwie to widziałam tylko te czarne loki sięgające do jej talii i ręce Mateusza przemieszczające się po… No, po różnych częściach jej ciała. Wolę nie przywoływać w tej chwili tego obrazu do swojego umysłu. Uch.

– Nie! – Kornela patrzy szeroko otwartymi oczami to na mnie, to na Najbardziej Absurdalną Parę w Szkole (która wygląda zbyt dobrze, aż do porzygu). – Ten człowiek… No naprawdę, ten człowiek nie ma wstydu, sumienia ani jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. To jakiś moralny bezkręgowiec! Ślimak! Pędrak! Którego należy zgnieść ubłoconym buciorem! Przebić naostrzoną szpilą jak ćmę!

Ta Nowa Laska wygląda jak Wenus, a ja i Kornela w naszych włosach (kolejno: o odcieniu cotton candy pink i granatowe) prezentujemy się co najmniej jak postaci z Leniuchowa. Ja to ta wiecznie radosna dziewczyna w jaskraworóżowych włosach, a Kornela to ten stanowczo zbyt gibki facet, który nosił się na niebiesko i robił salta.

To tak jakby postawić rysunek karykatur nieudolnego ulicznego artysty obok Mony Lisy, Pocałunku Klimta czy tam innego dzieła grzejącego tyłek w Luwrze.

Marszczę usta i nos. Czy Kornela musi akurat teraz tak głośno chrupać te swoje walone cząstki selera?!

– Chcesz selerka na poprawę nastroju? – Potrząsa śniadaniówką, grzechocząc nędzną przekąską o statusie Najpaskudniejszego Warzywa Wszechczasów.

Odsuwam się. Och. Mam wrażenie, że czuję jego mdłą woń, chociaż to rzeczywiście musi być tylko wrażenie, bo seler to istna definicja braku wyrazu, pustki treściowej. Trudno mówić w tym przypadku o jakiejkolwiek woni.

Dlatego prawdopodobnie karma sprawi, że w następnym życiu Mateusz stanie się selerem. Albo bezkręgowcem, tak jak mówiła Kornela – rozjechanym przez ciężarówkę czy usmażonym na asfalcie podczas czterdziestostopniowego upału.

Ja, Kornela i Estera siedzimy na ławce przed salą od geografii, czekając na następną lekcję. Estera podaje mi PopTartsy ze skomponowanej dla mnie apteczki zerwaniowej pomocy.

Przynajmniej ktoś tutaj pamięta, jak powinien być skomponowany pakiet rozstaniowy. Błagam, tu trzeba cukru, a nie jakiegoś selera. Jakie to ścierwo ma niby właściwości odżywcze? Jak odzyskać energię dzięki czemuś takiemu jak seler? Zerwanie pochłania całą energię życiową. Lekarstwem na coś takiego na pewno nie jest seler!

Wczoraj to właśnie Estera wysłała mi nagranie z moim byłym. Po mojej tragicznej rozmowie z Mateuszem, zadzwoniła do mnie i zapytała, czy czegoś potrzebuję. Po czym, nie czekając długo na odpowiedź, pisnęła, że robimy Dziady.

– Dziady, na których spalimy rzeczy, które dostałaś od Mateusza! I wezwiemy ducha, który się na nim zemści! – Gdyby nie trzymała telefonu, pewnie zacierałaby ręce.

Okej?

– A Dziady nie są przypadkiem wtedy, kiedy jest Halloween? – Podrapałam się w brodę, bo szczerze mówiąc, daleko mi było do entuzjazmu Estery. Czego by o Mateuszu nie mówić, ma oko do kupowania ładnych rzeczy. Dostałam od niego czarną figurkę demonicznego kotka naznaczonego srebrnymi znakami okultystycznymi oraz jeden z tych epickich zeszytów z Empiku, które kosztują mniej więcej stówę i wyglądają, jakby zawierały wiedzę tajemną.

Jeszcze nic w nim nie zapisałam. Nie ma opcji, żebym go spaliła.

– Kogo to obchodzi? To są przecież Dziady Interwencyjne! Na pewno zjawi się jakiś dziad interwencyjny i pomoże nam ukatrupić Mateusza!

Więc ostatecznie stanęło na tym, że dzisiaj wieczorem robimy u mnie Dziady – bez palenia wszystkich przedmiotów po eksie. Na niektóre się zgodziłam, bo Esterze bardzo zależało na tym, żeby coś spalić, więc musiałam załagodzić jej piromańskie zapędy. Wybrałam list, rysunek i zdjęcia. Chociaż całkiem je sobie cenię, to dla mojej psychy lepiej, jeśli je spalę.

Babcia Dejanira już się zadeklarowała, że nam pomoże, pewnie po to, żeby polać wosk przez klucz na oczach mamy, czy coś. Z jakiegoś powodu babcia bardzo lubi denerwować mamę.

Mateusz idzie z tą laską jak gdyby nigdy nic. Wpatruje się w nią, dosłownie jak w pierdoloną Wenus wyłaniającą się z pierdolonego morza i wydaje się, że nawet mnie nie zauważa. Boże, czuję się jak idiotka. Czy wszyscy ludzie na korytarzu patrzą to na mnie, to na Mateusza i próbują rozkminić, co się między nami, do cholery, stało?

Oczywiście, że tak. Przecież jeszcze przed weekendem to my chodziliśmy za rękę przez korytarz. O, w tej chwili łapię wzrok dziewczyny z naszej klasy. A potem jakiegoś pierwszaka, który musiał iść wcześniej do szkoły, bo wygląda jak totalny bachor. Rozpuszczony bachor, taki, który w przyszłości pójdzie pewnie w ślady Mateusza, zawodowego łamacza serc. Bachor kuli się pod moim spojrzeniem.

– Oj! – Prawie podskakuję w miejscu, kiedy w mojej dłoni coś eksploduje.

– Oż ty! – mówi Estera, a ja patrzę na swoją rękę i na to, co zostało z PopTartsa, którego chwilę temu trzymałam. Otóż: wióry zostały. Wióry. A część z nich posypała się na posadzkę. – Jesteś jak ten złol z Jak ukraść księżyc, który zgniótł jabłko!

Czy ja w jej głosie słyszę nutę podziwu?

Wzdycham, a potem wrzucam do ust pokruszone resztki lukrowanego ciastka o smaku cynamonu. Zbieram w chusteczkę okruchy z ziemi. Policzki koszmarnie mnie palą, gdy to robię, bo coś mi się zdaje, że Wenus na mnie patrzy.

Zbyt wiele o niej nie wiem. Oprócz tego, że w tej chwili całuje się pod ścianą z moim chłopakiem, sorry, moim byłym chłopakiem, i że parę razy widziałam, jak gadała z Laną. Co nie świadczy o niej zbyt dobrze. Aaale przecież nic o niej nie wiem. Nie oceniam jej. Wcale. Nie żebym życzyła jej w tej chwili śmierci, czy coś.

– Boże, typiaro, czy ty chcesz jeszcze bardziej wgnieść te okruchy w posadzkę? – Kornela zsuwa się z ławki i zbiera kawałki ciastka na rękę, popychając mnie na bok.

– Hej!

– Weź idź na jakieś zajęcia z boksu albo na krav magę. Wyglądasz, jakbyś miała kogoś zamordować – ciągnie moja przyjaciółka.

Dobre! Zaplatam ramiona, ale odsuwam się od ciastkowego pobojowiska. Okruchy wyglądają, jakby układały się w kształt leżącego trupa. Jak ślad farby, której używa policja do oznaczenia ułożenia zwłok.

Zakochani bez pamięci (i kręgosłupa moralnego) stają pod ścianą. On jest odwrócony tyłem do mnie (nadal nie ma psychy na mnie spojrzeć!), a ona zwrócona twarzą do mnie, przez co nasze spojrzenia na moment się spotykają. Laska od razu spogląda w podłogę, a potem szepcze coś do Mateusza. Odchodzą.

Ja naprawdę nie życzę jej źle. Zupełnie. Może jest całkiem miłą osobą, ale tym gorzej dla niej. Jeśli należy do „tych miłych”, to dłużej zajmie jej pogodzenie się z myślą, że Mateusz to tylko jeden z wielu palantów, którzy chodzą po tym świecie.

– Chce ktoś razem ze mną zniszczyć podgatunek męski? – pytam, na co ręka Korneli wystrzeliwuje w górę.

Zaraz potem wyrzuca chusteczkę zwiniętą w kulkę do kosza stojącego kilka metrów od nas. I trafia.

– Damn, widziałyście to?!

– A możemy oszczędzić Kamila? – pyta Estera, bawiąc się nitką wystającą ze swetra.

– Naturalnie! – Zaangażowanie Korneli z wrzuconego papierka ponownie przenosi się na naszą misję. – On nie zalicza się do podgatunku mężczyzn. On jest nadczłowiekiem męskim!

Przez jakiś czas Kornela rozwodzi się jeszcze nad tym, jaki to mój brat nie jest genialny i że ma nadzieję, że kiedyś zaprosi ją na swój kanał o BoJacku Horsemanie, bo specjalnie po to obejrzała ostatnio BoJacka.

Dźwięk dzwonka przerywa jej mowę, która przypomina modlitwy wznoszone do starożytnych bóstw. I nie jest to żadna hiperbola, jako dowód przytoczę słowa delikwentki: „Baby, to nie jest żadna hiperbola, złożyłabym ofiarę całopalną, żeby tylko pozwolił mi pozdrowić parę osób i życzyć wszystkim smacznej kawusi!”.

Pod salę przychodzi Lana, kołysząc biodrami, które wyzierają spod jej nisko opuszczonych białych dżinsów. Refleks diamentowego kolczyka w jej pępku kłuje mnie w oko. Czy ona musi… Czy ona musi tak zawsze?! Zawsze wyglądać tak perfekcyjnie jak teraz, razem z tą swoją koleżaneczką wyglądam-jak-Wenus-a-przy-okazji-kradnę-chłopaków-na-imprezach?!

– Opanuj się! – Kornela odciąga mnie na bok, a potem patrzy mi prosto w oczy. – Nie pamiętasz, jakie było szóste przykazanie?

– Yyy… Nie cudzołóż? Ale co to ma do…

– Nie! To inne, nie zabijaj! – Przykłada palce do czoła, kręcąc głową. A potem wzdycha, wyjmuje mi telefon z tylnej kieszeni spodni i coś na nim majstruje.

– Ej! Co tam robisz?

– Zaraz zobaczysz. Uśmiechnij się.

Co? Po moim trupie! Dlatego Kornela robi mi zdjęcie, na którym prawdopodobnie wyglądam jak żywy trup. Wreszcie podaje mi telefon i moim oczom ukazuje się – jakżeby inaczej – świeżutki profil na Tinderze. Poprzedni oczywiście usunęłam na stałe, wmawiając sobie, że to już koniec z „Książętami z Tindera”, skoro mam swojego księcia w realu.

Okazuje się, że jest gorzej, niż myślałam, bo na focie zrobionej przez Kornelę wyglądam nie jak żywy trup, tylko jak klasyczny, martwy trup: podczas gdy robiła mi zdjęcie, przymrużyłam oczy i świecę białkami jak zombie z teledysku Michaela Jacksona. Wrzuciła na profil także inne zdjęcia, oczywiście najgorsze z możliwych, najmniej twarzowe jak się da. Takie zrobione od dołu, na którym widać mi drugi podbródek. Kichającą mnie w otoczeniu porcelanowych żab babci Dejaniry. Miss Tindera.

Opis: „Wczoraj zerwałam z idiotą i szukam partnera do zbrodni. Ty przynieś worek i nóż. Ewentualnie maszynkę do mięsa. Mam własną łopatę. Spotkajmy się na cmentarzu na Górczynie”.

Przewracam oczami. W znajdowaniu Książąt na Tinderze unikam tego rodzaju prowokacji. To znaczy dziwnych opisów profilu i zdjęć na odwal, bo wiadomo, że na to łapią się… specyficzni goście.

A nie o to chodzi w „Książętach”! Nie taka jest moja misja! Sedno „Książąt z Tindera” tkwi w tym, żeby zrobić najzwyklejszy profil z ładnymi fotami, uroczym opisem – nic, do czego ktokolwiek mógłby się przyczepić i tym samym udowodnić, że robactwo zejdzie się do najzwyklejszej laski. Nie do modelki 10/10, nie do zombie, która planuje zamordować swojego byłego, tylko właśnie do takiej zwykłej Bohemy.

A do takiego zjebanego profilu, w stanie połowicznego rozkładu, jaki tworzy teraz Kornela, to wiadomo, że się zlezie. To nie fair! Moja gra ma jakieś zasady.

Wchodzimy do sali i siadamy na naszych miejscach z tyłu.

– Dzisiaj ja wybieram – stwierdza Kornela (aha? Najwyraźniej nie mam już dzisiaj nic do powiedzenia), a potem okazuje się, że wszystkich przewija w prawo.

Opieram głowę na policzku, bo nie mam siły się z nią kłócić. Okej, niech jej będzie, raz przymknę oko na zasady. Przynajmniej będzie dobry content na podcast.

– Och, masz już matcha! Jeny, czy naprawdę ten typ zapytał właśnie, czy lubisz role-playe, udając martwą? Ohyda.

Wzruszam ramionami. Przecież czytała opisy z moich poprzednich randek z różnymi typami i nie takie rzeczy się zdarzały.

– Kolejny pyta o to, jak duży ma być ten worek i czy scyzoryk wystarczy – mówi Kornela, a ja prawie uderzam czołem o blat biurka.

– Ych. Mam na to odpowiedzieć?

– Taki. Żeby. Zmieściło się. Ciało. – Kornela mówi słowo po słowie z tego, co aktualnie pisze. – Metr. Dziewięćdziesiąt. I nie. Weź kuchenny. Albo tasak.

Geografka rozdaje nam arkusze maturalne, bo najwyraźniej stwierdziła, że to jest idealny moment, żeby nam przypomnieć, jak dużo jeszcze nie wiemy. Naprawdę nie musi, w końcu przez lekcje polskiego w mózg wryła nam się już dawno maksyma Sokratesa. Ja tam dobrze wiem, że nic nie wiem.

Bardzo mnie kusi, żeby napisać to w maju na prawdziwym arkuszu. To takie nierealne, że to już zaraz i że na tę chwilę nie byłabym w stanie wydusić z siebie więcej na egzaminie maturalnym.

– Ha! – Kornela uderza mnie w ramię. – Załatwiłam ci randkę z Księciem, moja droga! – Następnie w bark obrywa Estera, przez co aż się wzdryga. – Sorry, laska, ale Dziady przekładamy na inny dzień, bo dzisiaj nasza ślicznotka ma randkę na cmentarzu!

I jak w takich okolicznościach mam się skoncentrować na tym, żeby „na podstawie mapy szczegółowej i planu przedstawić przyrodnicze ograniczenie w zagospodarowaniu obszaru otoczonego czarną linią…” i bla, bla, bla innych takich z mapy? No jak?!

– Wyżyjesz się na nim, mówię ci. – Podsuwa mi telefon, na którym widnieje zdjęcie typa, który skacze z klifu.

Przeglądam jego dalsze dokonania. Windsurfing. Nurkowanie. Tricki na snowboardzie. Aha, więcej skakania – nie tylko z klifu. Występuje u niego w bardzo różnych konfiguracjach: typ skacze na bungee, ze spadochronem, trampoliny na basenie. Naprawdę, jak kogoś może jarać coś takiego, jak chroniczne, nałogowe spadanie?

Znam ten typ gości na Tinderze: pomylony fan rozrywek ekstremalnych, który nie gada o niczym innym, jak o swoich nieziemskich wyczynach.

– Nie mów, że to ten nekrofil, który zapytał, czy lubię wcielać się w trupa w łóżku.

– Nie, to ten drugi – uspokaja mnie Kornela, zaraz potem jednak na jej usta wypływa uśmiech, który bardzo przypomina mi mimikę Bobasa, kiedy coś zmajstrował, ale udaje, że wszystko jest w porządku. – Ale z tamtym też cię umówiłam, spokojnie. Na pojutrze, bo jutro, rzecz jasna, robimy Dziady.

List polecony priorytetowy (spalony w imię bóstw po lekcji w trybie natychmiastowym zapalniczką z Żabki):

Bogowie!

(i nie mam tu na myśli Kamila, bo – w przeciwieństwie do niektórych – nie należę do jego wyznawców)

Któremu z Was złożyć ofiarę całopalną, żeby przeżyć dzisiejszy wieczór?

Z poważaniem

Oliwia Boruta (tudzież: Bohema)

Znalezione na Tinderze

James, 24

I’m trash. Please take me out.

I can play the guitar or your heart.

186

Rozdział 3 – Książę Adrenaliny

Nie żałuję wielu rzeczy w moim życiu, mimo że mam na swoim koncie wiele aktów o wątpliwym fundamencie moralnym.

Można by wymienić tutaj chociażby wspomniane wcześniej wzięcie babci Dejaniry do antykwariatu (mimo że przed wejściem uraczyła mnie słowami: „Dziecko, otwierasz właśnie wrota do piekieł!”) czy urządzanie najgorszych prima aprilis, jakie możecie sobie wyobrazić.

Wystarczy powiedzieć, że moi rodzice do dzisiaj zamykają się na klucz w sypialni w noc poprzedzającą prima aprilis oraz następną, co najmniej jakby się bali, że jeżeli nie odbębnią stosownego rytuału, to wstąpi w nich zły demon.

Co właściwie nie było dalekie od prawdy. Przez wiele lat w tę noc do pokoju rodziców wpraszał się taki niezrównoważony demon. Ze złapanymi w demoniczne łapska konikami polnymi czy ćmami albo tubą czerwonej farby, którą mazał potem po ścianach, pościeli czy twarzach niczego nieświadomych ofiar. Lub potem już świadomych, budzących się z krzykiem po to, żeby zobaczyć nad sobą małą banshee.

Cóż, byłam wkurzającym dzieckiem.

Inne akty świadczące o moich moralnych upadkach:

1) Wybuchnęłam śmiechem w kościele na pogrzebie kuzyna mojej mamy, bo miałam wrażenie, że prezentujemy się jak zlot rodziny Addamsów w wersji rozszerzonej.

2) Pyskowałam nauczycielom, kiedy tylko mogłam.

3) Nie mówiłam sąsiadom „dzień dobry” – tak, to niewątpliwie największe moje przewinienie. Gdybym kogoś zamordowała, pokiwaliby głowami i powiedzieli: „Nigdy nie mówiła nam «dzień dobry» na klatce schodowej. Można się było spodziewać, że tak naprawdę hoduj farmę trupów w ogrodzie”.

Niczego z tego nie żałuję.

Za to teraz, kiedy stoję przed żelazną bramą cmentarza, wychodząc na spotkanie z Adrenalinowym Ćpunem, żałuję, tak bardzo żałuję, że tuż przed wyjściem obejrzałam z Kornelą i Esterą Love, Rosie.

Żeby było jasne: kocham Love, Rosie. To najlepsza komedia romantyczna, jaką kiedykolwiek widziałam. Koncepcja, że laska schodzi się w wieku pięćdziesięciu lat (w wersji książkowej) ze swoim najlepszym przyjacielem, sprawia, że od razu zaczynam analizować wszystkich swoich kolegów z dzieciństwa i zastanawiać się, gdzie są teraz.

No ej, bo kto wie, może któryś z nich będzie niedługo studiował na Harvardzie i wyspecjalizuje się w kardiologii? A potem wróci po mnie, żeby wyznać, że już w dzieciństwie zapałał do mnie niewinnym, czystym uczuciem, które kiełkowało aż do teraz i nie mógłby umrzeć z myślą, że mi tego nie powiedział?

Tylko że trudno trwać w takiej fantazji:

a) tuż po zerwaniu (połączonym z wiązką wyrzutów, co do których podejrzewasz, że mogły być odrobinkę prawdziwe);

b) stojąc przed bramą cmentarza ze świadomością, że kopiesz sobie własny grób. Czyli idziesz na randkę nie z najlepszym przyjacielem z dzieciństwa o najczystszych możliwych intencjach, tylko z jego przeciwieństwem: z adrenalinowym pojebem z Tindera.

Szczerze mówiąc, nie przyszłabym tu, gdyby nie Kornela, która cieszy się za nas dwie. Aktualnie stoi jakieś dziesięć metrów ode mnie i udaje, że ogląda sztuczne chryzantemy i znicze w kształcie karłowatych serduszek. Estera też wprosiła się na tę imprezę, być może dlatego, że tak bardzo jara się tym, co wiąże się ze śmiercią.

Wcale nie wyglądają podejrzanie, patrząc co pięć sekund w moją stronę. Wcale.

Wzdycham i przekraczam bramę cmentarza, drapiąc się po łokciu i czując się co najmniej, jakbym przechodziła przez wrota do Piekła Dantego albo wchodziła z babcią do antykwariatu. Naprawdę dziwne, że na żelaznej bramie nie wywiesili tabliczki z napisem: „Strzeżcie się wy wszyscy, którzy tu wchodzicie”, czy jak to tam leciało.

Z Adrenalinowym Ćpunem umówiliśmy się pod kościółkiem stojącym w centrum cmentarza. Mijam kobietę grającą na skrzypcach pod murem otulonym bluszczem, którego liście nabrały już purpurowej barwy.

Chłopaka jeszcze nie ma. Zajebiście, punkt dla niego. Spóźnia się. Już dziesięć minut. I nic mi nie napisał.

Chodzę w kółko, co chwilę sprawdzając telefon. Aż wreszcie się zatrzymuję, bo ktoś wchodzi na teren cmentarza i… No nie mam żadnych wątpliwości, że to właśnie on. Ten wyraz samozadowolenia na twarzy, chód z gatunku: „Całujcie me stopy, kmiecie”. Książę jak się patrzy.

W rękach trzyma najbrzydsze kwiaty, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam – cmentarny, jaskrawy, obrzydliwy stroik. Podchodzi do mnie i od razu wręcza mi to straszydło, a ja bez zastanowienia je odbieram. Aha. Dotykam żółtego płatka. Sztuczny, jeszcze lepiej.

– To dla twojego faceta – mówi chłopak. – Takie są zasady. Inaczej jego dusza nie przejdzie do krainy umarłych.

Unoszę brwi.

– Myślisz, że z czymś takim go przepuszczą? Przecież to wygląda jak wymioty klauna. – Kocham, że tak często mówię randomowe zdania, a dopiero potem zastanawiam się, czy miały sens albo nie były obraźliwe.

Ale on tylko się śmieje, a ja nie mogę się oprzeć, żeby mu nie zawtórować.

Mimo że to, co powiedziałam, nie było ani trochę zabawne.

Jego śmiech brzmi całkiem przyjemnie, jakby się zastanowić. Ma vibe chłopaka, w którym zakochujesz się w okresie wakacji i oczywiście nic z tego nie ma, ale i tak rozpamiętujesz to do końca życia.

Wspomnienia na jakiś czas cichną, gdy wychodzisz za innego typa za mąż. Ale po dziesięciu latach, kiedy się rozwodzisz, pojawiają się ze zdwojoną siłą i znowu słyszysz ten szczery śmiech w każdym swoim śnie. Śmiech Alexa z Love, Rosie. Ktoś mi przypomni, dlaczego ja to, do cholery, obejrzałam przed wyjściem?!

Przestaję się śmiać.

– Jesteś zupełnie taka, jak sobie wyobrażałem – mówi, a ja nie mam pojęcia, jak się do tego odnieść. To znaczy: czy to był komplement, biorąc pod uwagę zrytość profilu stworzonego przez Kornelę? Śmiem wątpić.

Adrenalinowy Ćpun zdejmuje plecak i wyciąga z niego po kolei worek, latarkę, gaz pieprzowy, sznur. Tasak?

Zabijcie mnie. Chociaż nie, nie będę sobie tego życzyć nawet w głowie, bo taka fantazja mogłaby się dosłownie zaraz ziścić. Rzucam spojrzenie w stronę skrzypaczki, która nagle zaczyna brzmieć fałszywie. Wysyłam w jej stronę uśmiech o nucie przypominającej kojący głos guru sekty: „Spokojnie – typ, na którego polujemy, na to zasłużył! Nie ma co się martwić!”.

Najwyraźniej odbiera moją mentalną sugestię albo wypiera to, co widzi, bo w następnym takcie nie ma już śladu po fałszu. Nie takie rzeczy się pewnie widziało na cmentarzu, co?

– No a gdzie ta twoja łopata? – pyta chłopak.

Boże, jak dobrze, że dziewczyny są w pobliżu, bo bym tu chyba zeszła zaraz na zawał. Nie wiem, czy bardziej wynikający z zażenowania, czy lekkiego zaniepokojenia całą sytuacją.

Nie żeby coś, ale ktoś, kto z własnej woli przechodzi po kołyszącym się nad przepaścią moście i jeszcze bardziej nim buja, tak dla fanu, musi być psychopatą – a on zamieścił takie wideo na profilu. Mam nadzieję, że nie obudziłam w nim właśnie instynktu mordercy.

No bo jasne, chłopak ma błysk w oku, który świadczy o tym, że żartuje, i jestem tego pewna na dziewięćdziesiąt procent. Ale to nadal, cholera, dziesięć procent wątpliwości, czy nie mam do czynienia z drugim Dahmerem.

– Tasak? – Podnoszę z ziemi kuchenne narzędzie. Trudno uwierzyć, żeby chciało mu się dźwigać cały ten bagaż tak dla jaj. – Naprawdę?

– Przecież sama tak napisałaś. Worek jest, wszystko jest, tasak też. Tylko ty zawiodłaś z tą łopatą.

Oglądam się na ludzi, którzy wchodzą na cmentarz. Na ulicy staje samochód policyjny, skrzypce znowu fałszują, brzmią jak z horroru, a Kornela i Estera starają się przekazać mi na migi gorączkowy komunikat. Co?

Adrenalinowy Ćpun patrzy tam, gdzie ja. Och! Dziewczyny uciekają za mur, ale nie dość szybko, na pewno je zauważył.

– Boże – mamroczę, a potem wrzucam tasak do plecaka. – Weź to wszystko schowaj.

– Co? Dlaczego? – Uśmiecha się krzywo. Uff, chyba udało mi się odwrócić jego uwagę od dziewczyn. – Co takiego sprawiło, że nagle chcesz zrezygnować ze swojego misternego planu?

Wóz policyjny podjeżdża pod bramę. Chyba wszechświat sobie ze mnie żartuje!

Wkładam do torby chłopaka wszystkie rzeczy, które przed chwilą wyjął i dopycham morderczy starter pack jaskrawym stroikiem.

– No wiesz? – Kręci głową, krzyżując ramiona. – A tak się starałem! Można stanąć na głowie, a i tak nie zadowoli się kobiety. Czekaj… Mam stanąć na głowie?

Jeszcze tego brakowało! Wiem, że byłby do tego zdolny, nawet na środku cmentarza pod kościołem.

Wzdycham, zerkając na samochód, z którego wychodzi dwoje funkcjonariuszy. Ja wiem, że nic nie zrobiliśmy i nie powinnam się bać, ale jak wytłumaczyć to wszystko, co typ ma w plecaku?

„Panie władzo, to tylko zestaw na randkę z Tindera”.

Mhm, jak już to na zjazd miłośników hardcore BDSM, ale nie mam zamiaru się przekonywać, co by powiedzieli.

Chociaż muszę przyznać, że walczą we mnie dwa wilki: Bohema, która chce dramy na podcast i przesiedziałaby dobę w areszcie dla dobrej historii, i Oliwia, która pragnie jedynie świętego spokoju. Oby nie kwalifikowało się to jeszcze jako rozszczepienie osobowości.

– Chodźmy stąd – rzucam do Adrenalinowego Ćpuna, dźwigając z ziemi plecak i zarzucając go na ramię. Ile to bydle waży! Ruszam za kościół, byle dalej od policji. Bark zaraz mi odpadnie.

Chłopak sięga po plecak, ale się wykręcam. Pewnie znowu wyjąłby narzędzia zbrodni. Najchętniej wystawiłby je na stoisku i patrzył na reakcje przechodniów.

Mówiłam, znam ten typ ludzi. Ma chorą potrzebę ekshibicjonizmu i szokowania ludzi tylko po to, żeby na niego spojrzeli. Inaczej nie nagrywałby filmów ze skakania z czego popadnie. Gdyby cieszyła go sama ta aktywność, waliłby jakiekolwiek uwiecznianie siebie, po prostu cieszyłby się chwilą, a nie szpanował w internecie.

Spoglądam na dziewczyny przyczajone za murem. Łapię wzrok Korneli i pokazuję głową, żeby szła za nami.

– Hej? Gdzie tak pędzisz? – pyta chłopak, gdy ponownie się odsuwam, żeby nie wziął swojego bagażu.

Drugi powód, żeby plecak nie trafił w jego ręce: mam mu umożliwić dostęp do tasaka, liny, gazu pieprzowego i worka na trupa? Skąd on wziął, do cholery, worek na trupa?!

– Do mauzoleum.

Zachodzi słońce, niedługo będzie ciemno, a ja jestem z nieobliczalnym facetem na cmentarzu, który śmieje się jak chłopak z letniego obozu, owszem, ale tacy są, do cholery, najgorsi.

To Wyzwalacz Daltonizmu, kiedyś właśnie tak nazwałam pewnego chłopaka w podcaście: taki to może przez dziesięć minut zbombardować cię kilkunastoma red flagami, a ty i tak weźmiesz je za zielone. Opowiada o swojej rodzinie („ale ma świetne relacje!”), a potem się okazuje, że tkwi w związku symbiotycznym z matką. Opowiada o tym, że coś mu się udało („no człowiek sukcesu!”), a później wychodzi na to, że o niczym innym nie mówi. Komplementuje, daje ci prezenty („co za romantyk!”), ale niedługo wyjdzie, że robi to wtedy, kiedy coś zjebał. Żartuje („jaki zabawny!”), bo nie potrafi rozmawiać na poważne tematy.

– Jakiego mauzoleum?

– Zobaczysz.

Wyzwalacze Daltonizmu sprawiają, że na początku czujesz się jak bogini, a na końcu jak anioł z wyrwanymi skrzydłami. Na początku przypominają Alexa z Love, Rosie, ale potem się wydaje, że są jak Greg, który zdradza cię w jednym z ośrodków sieci hotelarskiej, w której pracujesz. Na luzie mogą na pierwszą randkę przyjść z plecakiem pełnym narzędzi tortur – och, green flag, totalnie. Bo prawda jest taka, że o Adrenalinowym Ćpunie wiem tyle, że niebywale mnie denerwuje swoją postawą – tą wypiętą pewnie piersią jak u olimpijczyka po otrzymaniu złotego medalu.

Ale z jakiegoś powodu nie mogę oderwać od niego wzroku i to jest najgorsze. Jego kolczyki w wardze i uchu mnie hipnotyzują.

Mauzoleum, podobnie jak ceglany kościółek, oplata bluszcz, tylko że tutejsze pnącza przyjmują odcień ciemnej czerwieni. Grobowiec wygląda jak starogrecka altana – to marmurowy kolos z kolumnami korynckimi podpierającymi okrągły dach. Sklepienie chroni przed opadami spoczywający pośrodku potężny, prostopadłościenny blok, w którym mieści się chyba cała arystokratyczna rodzina Popielewiczów.

Mauzoleum trochę podupadło, od kiedy odwiedziłam je po raz ostatni. Na jasnoszarym, potężnym kamieniu w centrum rozpościera się siatka pęknięć. Nigdy nie widziałam tutaj żadnego znicza ani kwiatów. Ciekawe, czy ktokolwiek jeszcze ten grób opłaca i jeżeli nie, to czy niedługo będzie zburzony. Boże, to jest w sumie fascynujące: termin ważności twojego istnienia na tym świecie kończy się wraz z wygaśnięciem dzierżawy dwóch metrów kwadratowych ziemi. Jesteś tak długo, jak długo twój wnuczek pamięta o przelewie dla biura cmentarza. Potem przychodzi koparka, wywozi cię na śmietnik historii, a w miejscu, gdzie leżałeś, jakiś inny koleś buduje sobie apartament z granitu.

Kładę plecak obok marmurowej mogiły, a Adrenalinowy Ćpun przybliża do niej twarz. Śledzi palcami kontury płaskorzeźb zdobiących ściany grobu.

– Wow – mówi.

– Ta. – Siadam na posadzce po turecku i oplatam się ramionami. Robi się trochę zimno. – To ich twarze. Tych hrabiów, Popielewiczów znaczy się.

– Serio?

– No. Są nawet podpisane. – Wskazuję na mieszczącą się pod jednym z kamiennych obliczy wstęgę. W środku widać lekko starty napis. – Janina Popielewicz. Widzisz? Wojciech. I tak dalej.

Mruży oczy, masując sobie brodę. Patrzy na mnie co najmniej, jakbym była uwikłana w potajemne porachunki z mafią.

– Nie pytam, dlaczego ty to wiesz.

Wzruszam ramionami.

– A ja nie pytam, skąd wziąłeś worek na trupa.

Znowu się śmieje, przez co nie mogę powstrzymać podjeżdżającego automatycznie do góry kącika ust. Naprawdę, dlaczego on musi śmiać się w ten sposób?!

– A ja – zaczyna, więc przekrzywiam głowę. Ciekawe, jakim tekstem zamierza mnie przebić (mnie? Pokonać mnie? Pfff… Chłopak może se pomarzyć!) – nie pytam, jak nazwiesz mnie w swoim podcaście. „Książę Ciemności?” Nie… To zbyt utarte, jak „masz oczy jak gwiazdy”, co nie?

Zaraz… Że co, przepraszam!?

Znalezione na Tinderze

Leo, 23

dzień dobry szukam jakiegoś pojeba

pls zróbmy razem film dokumentalny o podobieństwach genetycznych szczupaka z femboyem

posiadam na specjalną okazję leżakowane kilka lat prestiżowe wytrawne wino amarena

szukam ludzi do wspólnego spędzania czasu – piwo/związki/granie/gadanie/spanie/kręcenie biznesów/odwalanie rzeczy na mieście/jedzenie ostrych chrupków/inne (niepotrzebne skreślić)

zdjęć stóp nie wysyłam

po więcej info zapraszam na pv bo tu jest limit zna

Rozdział 4 – Książę by Machiavelli

Wiele osób wie, że umawiam się z randomami z Tindera tylko dla świeżych dram do opowiadania: babcia Dejanira, Kamil, Estera, a nawet moi rodzice. Chociaż nie mogę powiedzieć, żeby moje chroniczne randkowanie napawało tych ostatnich jakąś szczególną dumą.

Nie sądzę, żeby mówienie znajomym, że twoja córka nałogowo umawia się z facetami tylko po to, żeby mieć się z kogo śmiać przy rodzinnej kolacji, cieszyło się dużym uznaniem.

POV: Reunion Licealne Absolwentów 2002-2004 (inaczej znane jako Walne Zgromadzenie Snobów)

*moja mama stoi z paroma znajomymi przy stoliku, na którym piętrzą się krewetki, ostrygi i waza z ponczem*

Znajomy 1: A moja Kasiunia dostała się właśnie na Oksford!

Znajoma 2: Och, jak pięknie! Mój syn założył fundację wspierającą dzieci z niepełnosprawnościami. I trafił na okładkę „Forbesa”, jest w pierwszej setce ludzi sukcesu przed dwudziestką piątką. Ale nie lubi o tym mówić. Jest bardzo skromny.

Znajomy 1: Dorota, a co u ciebie? Jak tam dzieciaki?

[cykanie świerszczy]

Moja mama: Świetnie, mój syn prowadzi kanał na YouTubie o BoJacku Horsemanie, a córka znakomicie uwodzi mężczyzn.