Recykling - Zofia Tarajło-Lipowska - ebook
Opis

Komisarz Cichosz, znany już z powieści Śmierć dziekana, podejmuje się rozwiązania zagadki kolejnego morderstwa na Uniwersytecie Kuropaskim. Tym razem ofiarą jest dyrektorka Instytutu Semikomunikacji Interkulturowej Hellada Słoneczny. Sprawy komplikują się, gdy do zespołu śledczych dołącza była pracownica Instytutu Andżela (Aniela)  Mentel. Interesujące portrety psychologiczne postaci, barwny język, przewrotny humor i akademickie realia sprawiają, że książka zainteresuje nie tylko miłośników kryminałów.



Nie została potwierdzona, ani też obalona teoria, że we wszystkich przypadkach zabójcą jest ten sam szaleniec, który w ten sposób próbuje wyrazić oburzenie z powodu różnych patologii środowiska. I żebyście się nie wygadali przed podejrzanymi ani świadkami! Cicho-sza! – ostrzegł Cichosz, nagle zdając sobie sprawę, że zabrzmiało to jakby przedstawiał sam siebie.

(fragment powieści)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Zofia Tarajło-Lipowska

Recykling

Policyjne zagadki Pasikurowic:

1. Śmierć dziekana

2. Recykling

© Copyright by Zofia Tarajło-Lipowska & e-bookowo

Redakcja: Anna Kurzyca

Korekta: Stanisława Trela

Projekt okładki: Monika Kowal

ISBN 978-83-7859-802-2

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Podobieństwo książkowych postaci, zdarzeń 
i odkryć naukowych do postaci, zdarzeń 
i odkryć rzeczywistych – jest przypadkowe.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2017

Konwersja do epub

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jarkowi

za wszystko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autorka dziękuje Wszystkim,

którzy przeczytali tę książkę przed publikacją i swymi uwagami przyczynili się do jej ulepszenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

– Dzień dobry ci, Królu-Lulu z kartoflanym noskiem!

– Dzień dobry wam, Dzieci-Śmieci!

Gdzieście były, coście robiły?

 

(Dziecięca zabawa podwórkowa)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział I Portret mężczyzny z rozterką w tle

 

Komisarz Jacek Cichosz z wojewódzkiej komendy policji Dolnego Kuropasia miewa czasem chwile mniej absorbujące zawodowo. Lubi wówczas poczytać sobie artykuły na tematy, które nurtują współczesną humanistykę. Takie, które odzwierciedlają dyskusje prowadzone w intelektualnych kręgach, a zwłaszcza tematy, które mają związek z codziennym życiem zwykłych ludzi. Ostatnio zajęła go dyskusja nad pojęciem „cywilizacji śmierci”, które dotyczy go specjalnie jako oficera dochodzeniowego w sekcji zabójstw.

Niektóre wypowiedzi zawężały termin do demografii i sugerowały, że przejawem „cywilizacji śmierci” jest wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu przyczynia się do tego, że ludzkość nie rozmnaża się szybko i systematycznie. W tej sprawie komisarz Cichosz nie czuł się winny. Rozmnożyli się z żoną, jak uważał, dostatecznie, dając światu dwie córki, na razie niedorosłe i nieczynne reprodukcyjnie (tutaj pojawiał się lekki niepokój, czy aby na pewno starsza córka nie wchodzi na drogę wiodącą w skutkach do reprodukcji). W pracy zawodowej on sam przecież temu mnożeniu się nie przeciwstawia. Nie jest lekarzem seksuologiem czy ginekologiem, nie jest nauczycielem czy wychowawcą młodzieży, nie zasiada też w żadnych komisjach namawiających do prokreacji lub jej broniących.

Inni intelektualiści „cywilizację śmierci” dostrzegali w fascynacji śmiercią we współczesnej kulturze. Tyle zjawisk udało się zrozumieć, ulepszyć, oswoić, ale śmierć – nie. Może stąd ta fascynacja? Było to komisarzowi i jego kolegom o wiele bliższe. Tkwili bowiem w samym ogniu czynności, które następują po czyjejś bezsensownej i przedwczesnej śmierci, nie wynikłej bynajmniej z nieszczęśliwego wypadku czy zgubnej choroby, nie wynikłej z przypadku, lecz z zabójstwa, które musi spotkać się z potępieniem i odpowiednio surową karą.

W takim sensie komisarz był częścią aparatu obracającego się wokół śmierci, choć, oczywiście, tylko częścią regulującą czy korygującą. Nie miał złudzeń, że jego praca może zapobiec czynom karalnym, tak jak bywa na przykład w przypadku drogówki czy obyczajówki. Wykrycie mordercy niewiele zmienia w mechanizmie spraw, które szarpią różnymi ludźmi, chyba że potencjalny morderca dostatecznie wcześnie poczuje lęk przed komisarzem Cichoszem. Komisarz odgrywałby wtedy rolę „czarnego luda” siejącego postrach, dzięki któremu teoretycznie ktoś mógłby się powstrzymać od zadania komuś innemu śmierci. Taka teza byłaby jednak trudna do udowodnienia. Raczej wygląda na to, że udział komisarza w „cywilizacji śmierci” jest podrzędny, choć być może większy niż przeciętnego czytelnika kryminałów. Jednocześnie zajmuje się on śmiercią w ramach obowiązków służbowych, a tymczasem czytelnik kryminałów robi sobie z tego tańszą czy droższą rozrywkę. A więc czytelnik jest bardziej winny, bo znajduje w tym upodobanie. Ale ten wniosek, choć niby dla niego korzystny, niewiele go pocieszył.

 

Lato się kończyło, ale pogoda dopisywała, choć wizja tęgiej zimy spędzała sen z powiek tym bardziej skłonnym do depresji mieszkańcom Pasikurowic, stolicy Dolnego Kuropasia, miasta dużego, ale słabo zaznaczającego się na mapie Europy. Co prawda w przyszłym roku Pasikurowice zostaną „europejską stolicą dobrego gustu”, ale nikt nie miał złudzeń, że będzie to oznaczało coś więcej niż większe tłumy na Rynku, głośniejszy ryk z megafonów oraz wyższe zyski restauratorów. No więc ciekawie się to zapowiada, jeśli, oczywiście, słowa „ciekawie” użyjemy z ironią.

Przedstawianie Pasikurowic jako ważnego składnika Europy było jednak poważnie zaniedbane, bo miasto leżało na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych po wielusetletnim okresie „obcego zniewolenia”. I nieważne, że nasze rdzenne ziemie wcale nie były siłą podbite, lecz trafiły do rąk obcych książąt na podstawie sukcesji, transakcji handlowych czy rozliczeń pobitewnych – w każdym razie odpadły od ciała najświętszej naszej ojczyzny, ale nie tak dawno, po kilkuset latach obcych rządów, znów nam wpadły do ojczystego podołka.

Wbrew entuzjazmowi, który ten fakt pozornie budził, przez kilkadziesiąt powojennych lat obchodzono się z nimi po macoszemu. Ostatnio zaczęto spiesznie odrabiać zapóźnienia, ale na prawdziwe odrobienie ich było już nieco późno. Dzielny prezydent miasta wprawdzie dawał przykłady zapobiegliwości, pomysłowości i gospodarności, ale wielu przeszkód nie zdołał pokonać, a poza tym nie zawsze udawało mu się przebić przez okopy warszawskiego centrum dowodzenia krajem. Prominentni działacze, osobistą siłą rażenia do Warszawy się przedarłszy, zapadali w stolicę naszą kochaną, jakby to był ich docelowy grajdołek na mocno nasłonecznionej plaży. Czasem też traktowali miasto jako dołek startowy do wyścigów, na przykład do Brukseli. Nawet aktorzy, skoro tylko wybili się w telewizyjnych serialach, zwiewali z Pasikurowic, jak tylko mogli. Działo się to z niejasnych i tajemniczych powodów, gdyż Pasikurowice są położone o wiele bardziej wygodnie i środkowoeuropejsko niż wymieniony wyżej symbol narodowej martyrologii.

Ostatni pomysł gorliwego prezydenta miasta i jego mądralińskich doradców zakładał, że Pasikurowice rozsławią… krasnoludki. Liczne pomniczki krasnoludków, stosownie do wzrostu tych istot nieokazałe, ustawiono na bruku śródmiejskich rejonów miasta, a one zaczęły natychmiast nad nim czuwać, choć – jak to już bywa z krasnoludkami – jednocześnie obrosły brudem i bywały obsiusiane przez psy.

Innym dziwnym posunięciem stał się pomnik ludzi wchodzących do metra. Otóż zamiast zbudować metro dla mieszkańców lub chociaż przejścia podziemne wydrążyć dla bezkolizyjnego przekraczania ulic, jakiś genialny artystyczny umysł stworzył ich atrapę, czyli na zatłoczonym chodniku – ot, tak sobie! – ustawił posągi ludzi niby schodzących w dół po schodach. Ileż to zabawy i radości sprawia starszym, słabiej widzącym turystom sytuacja, kiedy nie mogą znaleźć wejścia do rzekomego metra! Albo niechcący rozbijają sobie nos o metalową sylwetkę, którą kątem oka wzięli za idącego człowieka.

O tym wszystkim rozmyślał sobie posępnie komisarz Jacek Cichosz, tkwiąc w korku przed wjazdem na wiadukt, usytuowany ni stąd, ni zowąd w samym środku miasta i rozpychający w lewo i w prawo kilka zabytkowych dzielnic. Kilkaset metrów musiał komisarz przejechać jedną z krzyżujących się tu dróg przejazdowych: północ–południe i wschód–zachód. Dwupoziomowe skrzyżowanie nazywano Węzłem Warszawskim, ponieważ kierując się z tego miejsca przez rzekę, przejeżdżając ją dwukrotnie, a potem wbijając się w korek i uzbrajając się w cierpliwość, drogą nieprostą, niełatwą i zatłoczoną samochodami, można było w końcu dotrzeć do stolicy.

Komisarz nienawidził tego rozwiązania urbanistycznego. Przypominało mu ono złośliwego raka wyrosłego w samym środku miasta, który przeżera miejski organizm, wypuszczając betonowe macki na wszystkie strony, wgryzając się w inne narządy miejskiego ciała. Poza tym w razie awarii czy wypadku na krzyżujących się tutaj trasach przejazdowych niezmiernie trudno jest dotrzeć do uszkodzonych samochodów, projektanci bowiem beztrosko nie przewidzieli takiej możliwości. Po prostu cały przejazd przez Pasikurowice wtedy się zamyka i wokół robi się istny horror drogowy.

„Największy horror, jeśli w środku samochodu są ranni. Gdyby dodać do tego wampiry, to nawet filmowy horror można by tu nakręcić” – myślał sarkastycznie Cichosz, czując drobną satysfakcję, że sam wprawdzie też pracuje w policji, ale nie w drogówce, tylko w sekcji kryminalnej, gdzie sprawcą przestępstwa jest konkretny człowiek, a nie fatalny zbieg okoliczności czy mylna decyzja niewinnego skądinąd kierowcy. „No i te ogromne bryły betonu zawieszone nad jezdnią… brrr!”. Wstrząśnięty tymi wizjami komisarz po raz kolejny zatęsknił do życia gdzieś daleko stąd, wśród nieskażonej przyrody.

„Rzucę to wszystko w diabły – planował sobie. – Wyprowadzimy się z żoną na wieś, kupimy domek pod lasem, będziemy hodować barany i wdychać czyste powietrze. Raz na tydzień samochodem terenowym, który, oczywiście, też sobie kupię, pojedziemy do supermarketu w miasteczku. W tym miasteczku będzie komenda policji, w której na pewno mnie zatrudnią, niechby nawet na podrzędnym stanowisku, wszystko jedno. Ola będzie uczyć angielskiego w miejscowej szkole, może też przekładać wiersze na polski, a córki wyrosną na miłośniczki przyrody. Nie wchłoną tego brudu miejskiego, fizycznego i moralnego”.

Rozważania kończyły się znakiem zapytania, bo w podświadomości Cichosza narastało coraz silniejsze przekonanie, że tak proste to nie będzie, że idylla okaże się pozorna. Czuł, że zrobiłby błędny krok, nawet gdyby wszystkie jego trzy dziewczyny to zaakceptowały.

Korek zmniejszył się, komisarz przejechał przez stary, zabytkowy most wiszący, który do pseudonowoczesnego Węzła Warszawskiego z dziwnym systemem wjazdów i podjazdów pasował jak pięść do nosa, czyli do szacownego zabytku nie pasował. Skręcił w jedną z wąskich uliczek do komendy.

 

– Komendant o pana pytał, panie komisarzu – zaczepiła go pani Agnieszka.

– Niech pan od razu idzie do jego gabinetu.

Na kanapie u komendanta siedziała pani w szarej sukience nad kolana, w krótkim żakieciku tego samego koloru i z kolorowym wisiorkiem na szyi. Pani raczej niebrzydka, lekko zarumieniona i konwencjonalnie uśmiechnięta.

– Pozwól, że ci przedstawię naszą nową koleżankę. Pani doktor Andżela Mentel jest u nas na rocznym stażu. Praktykowała trochę w policji krakowskiej, a teraz przerzucono ją do nas, bo tak się składa, że pani doktor jest naszą krajanką, pochodzi z Pasikurowic, mieszka tu na stałe. Jeśli staż zakończy się pomyślnie, a na to się właśnie zanosi, pozostanie u nas.

Skoro koleżanka, to Cichosz darował sobie całowanie w rękę, uścisnął ją tylko i uśmiechnął się przyjaźnie.

– Pani jest Polką? – upewnił się.

– Jak najbardziej Polką, moje imię pisze się przez „dż”, tak jak słowo „dżungla” albo „dżem”. Jeśli panu chodzi o nazwisko, to wyjaśnię, że jeden z moich dziadków pochodził z Austrii, ale to dawne dzieje – powiedziała pani.

Miała ładne niebieskie oczy, które podkreślały łuki jaskółczych brwi. Na szczęście nie była blondynką, raczej szatynką z półdługimi włosami. Cichosz nie cierpiał blondynek, nie cierpiał ich nawet jako koleżanek, choć niepolitycznie byłoby się do tego przyznać. „Blondynki nie są generalnie głupie, ale z drugiej strony bywają kobiety beznadziejnie niemądre, wiele z nich to blondynki. Jacyś faceci im wmawiają, że bycie głupią dodaje im urody, ale ja do takich nie należę. No więc skąd to moje uprzedzenie do blondynek, może z dzieciństwa?” – komisarz nie potrafił sensownie tego uzasadnić. Pomyślał, że skoro komendant Gawlikowski zaprosił ich oboje do gabinetu, to szykuje się współpraca.

– Pani doktor praw, jak sądzę? – uściślił jeszcze. – A może pani psycholog?

– Nie, pani Mentel jest filologiem, dokładniej mówiąc polonistką. Pracowała na Uniwersytecie Kuropaskim, zrobiła tam doktorat, ale wskutek różnych zawirowań, musiała uczelnię opuścić. Nie zdecydowała się na habilitację, choć pewne kroki w tym kierunku poczyniła, prawda? – komendant popatrzył w oczy pani doktor, szukając w nich potwierdzenia. – Potem skończyła nasz roczny kurs dla absolwentów wyższych uczelni i policja przyjęła ją na okres próbny. Pani doktor dostała stopień aspiranta-stażysty w wydziale zabójstw, mam jej przydzielić pierwszą sprawę, ale już pewne doświadczenia ma, bo stażowała w Krakowie.

– W Krakowie zajmowałam się prewencją kryminalną w Wydziale Nieletnich i Patologii Społecznych, zwłaszcza rodzinami dysfunkcyjnymi. Mam na koncie wyjaśnienie kilkunastu drobnych kradzieży i paru poważnych czynów przeciw życiu i mieniu, w które wplątani byli nieletni – wtrąciła pani.

– No właśnie, kobietom tradycyjnie przydziela się sprawy rodzinne i nieletnich, ale my tu nie chcemy być tradycyjni, chcemy wykorzystać pani znajomość środowiska uniwersyteckiego. Mamy tu bowiem coś takiego, że znów trzeba delikatnie, w rękawiczkach i tak dalej, ale nie wiadomo, czy tych rękawiczek w gównie się nie umoczy. Przepraszam panią za słowo, ale tutaj pasuje w sam raz. W zeszłym roku mieliśmy podobną sprawę, pan komisarz Cichosz sprawdził się wtedy znakomicie, sam rektor mi gratulował, że dzięki nam pozbył się ludzi, którzy mogliby go skompromitować, gdyby nadal byli „w jego ekipie”, tak się wyraził. Nie wiem, skąd ta liczba mnoga, bo morderca był jeden. Chyba że rektor Bajorek miał również na myśli ofiarę, czyli dziekana Wydziału Humanistycznego, a może myślał o innych niewygodnych osobach? W tego typu przypadkach zawsze chodzi o to, żeby nie było skandalu, bo pojawiają się różne hieny dziennikarskie, które piszą jakieś artykuły w „Nie” czy w Agorze. Łatwo o niepożądane uproszczenia, w których ktoś może zostać skrzywdzony, nawet sam rektor.

– Widzę, że pan komendant przekonał się trochę do rektora – wtrącił Cichosz. – Chyba wciąż ten sam rektor króluje, nie minęła jeszcze jego kolejna kadencja. Nie chcę być drobiazgowy, ale kiedyś inaczej pan o nim mówił, bardziej sceptycznie, prawda?

– No tak, ale dostałem za to nieźle po głowie, cicho-sza! – zaśmiał się komendant. – I to z dwóch stron, z ministerstwa, oczywiście, ale pisał też do mnie, wyobraźcie sobie, biskup diecezji dolnokuropaskiej! Wypowiedziałem się dla prasy dość szeroko i dostałem od kurii list, że założeniem każdej władzy jest zaufanie, jakie się w niej pokłada. W podtekście chodzi o to, że władza pochodzi od Boga, nawet jeśli jest wybieralna, wtedy nawet bardziej, bo w ten sposób jeszcze dokładniej i dobitniej przejawia się Boża wola. Władców krytykować nie wolno, trzeba cierpliwie czekać, aż władcy sami się skompromitują, poślizgną się na swoich posunięciach, rozwalą w drzazgi parę dobrych inicjatyw, podejmą jakieś głupie decyzje. Ironizuję, oczywiście. Słowem chodzi o opatrzność demokracji, bo opatrzność czuwa i w razie czego jasny grom z nieba ześle albo przynajmniej podeśle kogoś, kto zrzuci dziekana z czwartego piętra. Ale ja to wam, oczywiście, mówię w zaufaniu – zmitygował się Gawlikowski, z pewną obawą patrząc na doktor Mentel, której jeszcze nie znał. Pani jednak z zapałem potakiwała, aż na jej policzkach pojawiły się kolory.

– A co tym razem mamy na uniwersytecie? – spytał Cichosz, trochę obcesowo, ale ciekawość go ponosiła. „W tym wyśnionym domku na skraju lasu nie miałbym takich ekscytujących przeżyć” – pomyślał przelotnie.

– Mamy trupa płci żeńskiej w składzie makulatury – powiedział komendant.

– Czytaliście w gazetach? Pisze się o tym już od kilku dni, ale z początku nie zidentyfikowano tej kobiety. Były spekulacje, że to prostytutka z Rosji czy Ukrainy, ze względu na miejsce znalezienia zwłok, a ona sama rozebrana do bielizny, typ urody wschodniosłowiański. Niemłoda już i niezbyt ładna, ale kręcą się tutaj różne, a poza tym dużo kobiet ze wschodu przyjeżdża tutaj handlować, sprzątać czy opiekować się po domach niedołężnymi ludźmi. Mieszkają nielegalnie albo twierdzą, że są tylko przejazdem. Próbujemy nad tym zapanować, ale wciąż zatrzymujemy osoby, które nie mają papierów w porządku. No, słowem wietrzyliśmy tutaj podobną sprawę, tragiczną, niestety. Takich informacji, bardzo zresztą ogólnych, nasza rzeczniczka Magdalena Zasada udzieliła prasie, która, oczywiście, rzuciła się na nie w nadziei, że będzie sensacja.

– A tymczasem… – podrzucił Cichosz, znający już dygresyjny sposób opowiadania swego szefa.

– Powiem coś, co absolutnie nie jest przeznaczone dla prasy. – Komendant ściszył głos. – Przynajmniej na razie. Mówię to wam obojgu jako ekipie dochodzeniowej. Ani mru-mru. – Popatrzył na doktor Andżelę, której oczy otworzyły się szerzej i jakby jeszcze bardziej zniebieszczały.

– Może być z tego sensacja, bo zgłoszono nam, że od kilku dni nie ma w pracy Hellady Słoneczny, dyrektor Instytutu Semikomunikacji Interkulturowej Uniwersytetu Kuropaskiego – przeczytał komendant z notatek. – Hellada pisze się przez dwa „l”, zapamiętajcie to sobie. Ta pani mieszkała sama i przez kilka dni nie przychodziła do pracy. Współpracownicy grzecznie odczekali, ale w końcu zaczęli się niepokoić, tym bardziej że komórka nie odpowiadała, mieszkanie było zamknięte i tak dalej… Przywieźliśmy do nas sekretarkę i ona zidentyfikowała zwłoki. W mojej ocenie jest to sprawa co najmniej dziwna, zważywszy na miejsce znalezienia zwłok, no i na środowisko, w którym ofiara się obracała, ale powtarzam, powoli zaczynamy przyzwyczajać się do tego środowiska.

– A czym zajmuje się ten instytut? – zapytał Cichosz. – Studiowałem tutaj, ale takiej jednostki nie pamiętam.

– To jest nowa jednostka – wtrąciła się doktor Mentel, w widoczny sposób szczęśliwa, że i ona może coś do sprawy dodać. – Semikomunikacja to znaczy tyle, co półkomunikacja. Może być półkomunikacja językowa, ale akurat tej się tutaj nie uprawia, nie bada się jej, to się robi w innym instytucie. Albo może być półkomunikacja kulturowa, to znaczy bada się, co dwie lub trzy kultury mają ze sobą wspólnego, a co je od siebie dzieli. Dawniej badało się różnice, ale teraz większy nacisk trzeba dać na podobieństwa, na kontakt. – Rozejrzała się po kolegach, ale miny mieli nie bardzo mądre. Ciągnęła więc: – W dawnym ujęciu, czyli ujęciu porównawczym, chodziło o wskazanie różnic i zależności. Że niby jedno bardziej rozwinięte niż drugie, jedno lepsze, a drugie gorsze. Takie podejście jest nieaktualne. Mamy Unię Europejską, chodzi nam o integrację, o wskazanie punktów wspólnych. Punkty wspólne pozwolą lepiej się porozumieć, komunikować ze sobą. I to nie tylko językowo.

– Czy to nie za szerokie pojęcie, taka półkomunikacja w Europie czy może na całym świecie? A w Pasikurowicach mają się zbiegać nitki tej komunikacji? – zapytał komendant, choć Cichoszowi wydało się, że powiedział to nieśmiało. – Czy pani uczestniczyła w tych badaniach?

– Nooo, trochę się o nie otarłam. Kiedyś zajmowałam się ponadjęzykowym aspektem kontaktów społecznych. – Pani rozejrzała się, ale napotkała dwa zdziwione spojrzenia. Powiedziała cierpliwie: – Wyjaśnię panom, na czym polega półkomunikacja, na przykładach skrajnych, żeby było bardziej zrozumiałe. Na przykład spotyka się człowiek z Pasikurowic i człowiek z plemienia Zulu. Uśmiechają się do siebie, podają ręce, Polak pokazuje na żołądek, że jest głodny, tamten go częstuje, Polak zajada. Klepie się po brzuchu, że było smaczne. A teraz weźmy zupełnie inny przypadek: Polak spotyka człowieka z Czeskich Budziejowic, wtedy ten zakres komunikacji bardzo się rozszerza, choć nie jest jeszcze komunikacją pełną. Dużo mają wspólnych albo podobnych wyrazów: mleko, chleb, piwo, marmolada albo marmeláda, kiełbasa albo klobása – komunikacja przebiega o wiele szybciej i precyzyjniej. Jeśli smakowało, mogą sobie powiedzieć: smakuje albo szmakuje… i jeden, i drugi to zrozumie. Oczywiście, mogą się porozumieć bez słów, klepiąc się po brzuchu, jak przy spotkaniu człowieka z plemienia Zulu. Ale w tym drugim przypadku klepanie po brzuchu jest redundantne, czyli prościej mówiąc, niekonieczne. I tu nagle pojawia się problem, czy nieklepanie się po brzuchu jest w tym przypadku obojętne, czy nie sygnalizuje, że na przykład wcale nie smakowało. A zatem wyznaczenie pola redundancji i wskazanie warunków, które muszą być spełnione, żeby z całą pewnością zaistniała, staje się szalenie ważne. Z tego widzimy, że semikomunikacja częściowo przebiega ponad językiem, częściowo w jego obrębie. Aha, zapomniałam o czymś. W części ponadjęzykowej wyznacznikiem byłby również kolor skóry, choć gdyby Zulus skończył studia w Czeskich Budziejowicach, to czynnik „kolor skóry” będzie redundantny, toteż można go pominąć.

– Więc pani pracowała w tym instytucie i zajmowała się połową tej półkomunikacji, pozajęzykową połową? – spytał Cichosz.

– Tak, oprócz wykładania półkomunikacji interkulturowej w aspekcie środkowoeuropejskim zajmowałam się badaniem, jak na językowe składniki kultury europejskiej, zwłaszcza składniki odróżniające kulturę słowiańską od innych kultur, reagują studenci przybyli z Afryki i Azji. Ale trzy lata temu odeszłam na własną prośbę – wyjaśniła Andżela.

– I znała pani dyrektor Słoneczny? – zapytał Gawlikowski z ożywieniem.

– Znałam, ale niezbyt blisko. Rzadko ją widywałam, bo na początku wzięłam urlop naukowy na habilitację, a potem dali mi urlop zdrowotny na poratowanie zdrowia, bo zostało nadwyrężone intensywną pracą na urlopie habilitacyjnym. Do Instytutu Semikomunikacji Interkulturowej przychodziłam, żeby załatwić formalności z tym związane, czasem z dyrektor Słoneczny wymieniłyśmy parę słów. Zbyt sympatyczna to ona nie była, nie zachęcała do zacieśniania kontaktów.

– Dobrze, dziękuję pani. Proszę zapoznać się z dotychczasową dokumentacją i podjąć czynności śledcze – rzucił Gawlikowski, wyraźnie zmęczony tymi wyjaśnieniami. – Dochodzeniem kieruje komisarz Cichosz, w ekipie jest aspirant Mentel i starszy sierżant Gąbka. Codziennie proszę meldować wyniki dochodzenia, dwa razy w tygodniu piszemy raporty.

 

– Ale pani mu dała z tą semikomunikacją! On spodziewał się prostszego wyjaśnienia, może myślał, że to coś w rodzaju semiotyki? Widziałem to po jego minie. Ja zresztą w pierwszej chwili też tak myślałem – powiedział Cichosz, ledwie zamknąwszy za sobą drzwi. – Poznała już pani Andrzeja Gąbkę? To będzie nasz chłopak do bicia, bo jest najmłodszym członkiem ekipy. Och, przepraszam. – Komisarz zorientował się, że strzelił gafę. – Dziewczyn się nie bije, więc panią pominąłem – próbował jeszcze ratować sytuację.

– Nic nie szkodzi – powiedziała sucho pani aspirant. – Oboje jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, prawda?

 

 

Rozdział IIBuszujący w zbożu – kłosów brak

 

Komisarz Cichosz spał tej nocy niespokojnie. Śniło mu się, że jest w centrum Pasikurowic, które przypomina zburzoną w czasie wojny Warszawę, znaną z dawnych, historycznych już zdjęć. A może to było inne miasto? W każdym razie jak żywcem wyjęte z filmów wojennych czy katastroficznych. Wokół gruzy, dziwne przejścia, przysypane wejścia do piwnic, a tymczasem on koniecznie musi jakoś się przedrzeć na drugą stronę tego gigantycznego stosu zniszczenia. Idzie chodnikiem, obok wyrwane i powywracane krawężniki. Nagle widzi, że chodnika już nie ma, a on wspina się, chcąc wdrapać się na szczyt rumowiska i pójść na przełaj tego stosu gruzów, lecz paraliżuje go strach. Ktoś woła go z dołu… i to woła, nie wydając dźwięku. Aha, to komendant Gawlikowski znacząco stuka się w głowę i pokazuje mu ręką, że ma zejść na dół, bo grozi mu niebezpieczeństwo. Lepiej siedzieć na dole, stwarzać pozory aktywności i czekać na rozwój sytuacji. Komisarz kręci głową niespokojnie, bo przecież ktoś, jeszcze wyżej stojący, wymaga od nich aktywności, muszą więc się wykazać, muszą krążyć nieustannie po tym rumowisku, choć nad głowami na prętach wiszą kawały betonu, sterczą roztrzaskane belki i sypie się gruz.

I tu Jacek się obudził, bo żona Ola potrząsała nim gwałtownie:

– Obudź się, obudź… Krzyczałeś! Usiadłeś, wyciągnąłeś ręce i krzyczałeś! Nic ci nie jest? Co ci się śniło?

– Już dobrze, śpij, śniło mi się jakieś zburzone miasto – uspokajał ją, zdenerwowany niejasnym snem i własnym zachowaniem, niechętny jednak do wciągnięcia Oli w świat swych zwidów i problemów.

Usnął powtórnie, znów spał mocno i znów śnił, choć tym razem bez budzenia żony. Przyśnił mu się sen, wydawałoby się, o wiele spokojniejszy, z początku nawet sielankowy, ale kiedy rano nad nim medytował, doszedł do wniosku, że ten sen też nie wróżył nic dobrego. We śnie brodził łanem dojrzałego zboża, raz łan wydawał się złoty, raz miał odcień świeżej zieleni, zmieniał kolor jak adamaszek zależnie od tego, w którą stronę pochylały się kłosy. W tym śnie wiedział, że wyszedł ze starego zamku i musi do niego wrócić. Kiedy jednak dostrzegł sylwetkę zamku z prawej strony i chciał skręcić, zamek się rozpłynął, sylwetka jakby zarysowała się z lewej strony, skręcił więc w lewo, ale znów zamek zniknął gdzieś w dalekiej mgle. Brodził wytrwale dalej, myśląc jednak, że będzie on zawsze uciekać i nigdy do niego nie dojdzie, bo zmylony widmem zatacza w zbożu coraz większe i większe kręgi. Jakby znaczył krąg dla pozaziemskiej cywilizacji, której statek kosmiczny za chwilę w tym miejscu wyląduje. Chciał się posilić, rozgryzając niedojrzałe ziarna pszenicy, przeczesał ręką kłosy, ale otaczająca go wysoka trawa nie miała ziaren, zakończona była tylko postrzępionymi czubkami. Przeraził się, że umrze z głodu wśród tej pustej trawy, coraz mocniej był przekonany, że do zamku nigdy nie uda mu się dojść.

Z wdzięcznością przyjął zatem dzwonek komórki o siódmej rano, sygnalizujący konieczność wstawania. Miał uczucie, że ranna rzeczywistość wybawiła go z czegoś tragicznego, uratowała go z tego snu. „Gdybym jeszcze trochę pospał, pewnie znów bym krzyczał i przeraził Olę” – pomyślał.

W czasie porannych czynności toaletowych wałkował w głowie treść obu snów i doszedł do wniosku, że sen o zburzonym mieście to skutek wczorajszych rozmyślań w korku na Węźle Warszawskim. Sen zaś o bezkłosym zbożu przypomniał mu urlop w Słowacji, kiedy wszyscy czworo łazili po górach zwanych Wielka Fatra. „Przegoniłem dziewczyny porządnie” – pomyślał z satysfakcją. Potem pojechali dalej wzdłuż południowej strony Tatr, trafili na wschodnią Słowację, obejrzeli wielkie jezioro Zemplin i zamki po węgierskich panach „Aha, zamki!” – skojarzył sobie. Zdarzyło im się raz, że zabłądzili w nieskończonym, wydawałoby się, łanie kukurydzy. Pomyliły im się kierunki i dopiero po dwóch godzinach znaleźli wyjście. Po drodze Ola i córki zerwały kilka kolb młodziutkiej kukurydzy i pogryzały sobie. W końcu wyszli na wielkie podwórze opuszczonego gospodarstwa rolnego, było tam wejście do małego miejscowego baru, pełnego robotników, którzy zamiast pracować popijali napoje. Do picia mieli tylko piwo, a pić im się chciało okrutnie. Oboje z Olą wypili po kuflu piwa, a potem znaleźli ubikację i z pustymi kuflami biegali do umywalki po kranówę, która wtedy wyjątkowo im smakowała.

„A może to sen proroczy? – myślał Jacek. – Wylągł się co prawda z miłych wspomnień wakacyjnych, ale prorokuje problemy, sytuację bez wyjścia albo z wyjściem kłopotliwym. Stąd to bezkłose zboże. W rzeczywistości jednak łany słowackiej kukurydzy miały pełne i smaczne kolby, a potem wszystko znalazło swój dobry finał”.

 

– Całkiem niezła ta nasza Anielka – przywitał go Andrzej Gąbka. – I dobrze wygląda jak na swój wiek. Ale słyszałem, że do ciebie serca jakoś nie nabrała.

– Ty ciągle masz jakieś poboczne uwagi, nic niewnoszące do sprawy – skarcił go zgryźliwie Cichosz.

– Proszę bardzo, jak mam być chłopakiem do bicia, to już podstawiam właściwą część ciała, panie komisarzu – odpowiedział Gąbka z obrażoną miną, a Cichosz nabrał pewności, że nowa koleżanka całą rozmowę mu powtórzyła.

„Trzeba dbać, żeby takie drobne intrygi nie wpłynęły na bieg śledztwa” – pomyślał, czując jednak pewien dyskomfort, że w ich dochodzeniowej trójce Andżela nie stanęła po jego stronie, jak zazwyczaj robił to Janusz Kwak.

– Wolałbym Janusza zamiast tej nowej, przyzwyczaiłem się do niego – odezwał się.

– Od kiedy Janusz ożenił się z Katarzyną, znalazł się zbyt blisko kuropaskiego profesorstwa, więc do tej sprawy go nie powołają, bądź co bądź siedzi w tym środowisku. A poza tym nasza sielska-anielska koleżanka też musi się na czymś uczyć – powiedział Gąbka.

– Wygadam jej, że przekręcasz jej imię – ostrzegł go złośliwie Jacek. – Mamy zresztą urodzaj na dziwne babskie imiona, i na dziwne nosicielki tych imion. Taka Hellada… W życiu bym córki tak nie nazwał. I podobno nikt jej nie lubił. Co jeszcze wiemy?

– Była zamknięta w sobie, samotna. I dosłownie zamknięta w mieszkaniu. W zasadzie nigdzie się stamtąd nie ruszała, tylko do pracy. Dawniej mieszkała z nią kuzynka, ale kilka miesięcy temu tamta się wyprowadziła – relacjonował Andrzej, zaglądając do notatek.

– Zbadasz jej sytuację osobistą, a ja popytam na uniwersytecie. Nasza pani aspirant niech tropi w magazynie makulatury i w okolicy. Ale dlaczego jej jeszcze nie ma? – zdziwił się Cichosz.

– Załatwia coś w kadrach – wyjaśnił Gąbka. – Czy nie powinno być odwrotnie, że ona na uniwersytecie, a ty na targu?

– Na targu? – zdziwił się Cichosz.

– Ten magazyn makulatury to taka prowizoryczna buda w rogu targu. Znasz ten targ na Ciecierzyńskiej, choćby ze słyszenia? Kiedyś robiliśmy tam obławę na kradziony towar. Skup makulatury prowadzi dwóch pijaczków, nazwiska masz w aktach. Kupują makulaturę po pięćdziesiąt groszy za kilo, wyjmują z tego chodliwe jeszcze książki i kolorowe czasopisma. Jak są jeszcze względnie trzeźwi, rozkładają to na ziemi czy na kocyku i oferują po złotówce czy po dwa złote.

– Nawet po pięć – wtrąciła się doktor Mentel, która właśnie pojawiła się w drzwiach. – Kupiłam u nich słownik terminów z historii sztuki, stare wydanie z pięknymi grafikami. Facet chwilę mi się przyglądał i kazał zapłacić pięć złotych.

– To dlatego, że pani jest tak ładnie i elegancko ubrana. – Tę uwagę, z lekka kąśliwą, wygłosił Cichosz. – On przystosowuje cenę do możliwości klienta. Wysoko klientkę ocenili, bo dla nich pięć złotych to już jest pieniądz.

Pani doktor nic nie odpowiedziała, tylko skrzywiła się w półuśmiechu, który od biedy można było wziąć za reakcję na komplement.

– Niech pani zbierze informacje w komisariacie, zresztą chyba akta kontrolne już nam przysłali. Trzeba zapytać na straganach, czy znali tę panią, i czy Słoneczny u nich kupowała. Mieszkała zdaje się niedaleko, jutro rano umawiamy się na przeszukanie mieszkania. Ja biorę na siebie uniwersytet, bo pani doktor chyba byłoby niezręcznie, prawda? Andrzej porozgląda się po krewnych, jakiś były mąż, dzieci i tak dalej.

– Trochę pytałem, ale bliższych krewnych brak. Zamężna nigdy nie była, o przeszłości niewiele wiadomo. Żadnych bliższych przyjaciół, czasem odwiedziny koleżanek z pracy – wyliczał sierżant.

– Pamiętaj, że równolegle musisz iść tropem już utartym w podobnych sprawach. Środowiska przestępcze, które żyją z przybyszów zza wschodniej granicy, handlują z nimi, wynajmują miejsca do spania, rekrutują prostytutki i tym podobne. Może to morderstwo przez pomyłkę? Widziałem jej zdjęcia. Wschodniosłowiański typ urody, można ją było wziąć za Białorusinkę czy Rosjankę, niewysoka, pulchna, przysadzista, krótki nos i niskie czoło.

– Ależ panie komisarzu – wtrąciła się pani Mentel – kobietę można zawsze zaklasyfikować po detalach. Brwi, paznokcie, fryzura, bielizna… Zadbana, ale nie wyzywająca. Któż by pomylił profesor uniwersytetu z bazarową handlarką czy prostytutką?

– Może była do kogoś podobna – upierał się Cichosz. – Poza tym dlaczego miała iść na targ w eleganckim kostiumie? Wrzuciła na siebie byle co, jakiś łach, może nawet specjalnie się przebrała, bo chciała być incognito. Ale zapoznajmy się z raportami, a jutro o ósmej rano zbiórka w mieszkaniu zamordowanej. Jest jeszcze jedna sprawa – zwrócił się wyraźnie do Andżeli. – Skąd to niespotykane imię Hellada i męska forma nazwiska Słoneczny? Przypuszczam, że pani się w tym orientuje.

– Rodzice poszukiwali dla niej jakiegoś wyjątkowego imienia. Ojciec znalazł gdzieś reklamę „Słoneczna Hellada”, a oni akurat nazywali się Słoneczni. No to zareagowali podobnie jak Mickiewiczowie, którzy nazwą syna Adam, czy Sienkiewiczowie, którzy wybiorą imię Henryk. Córka pokończyła szkoły i postanowiła osłabić to wyświechtane połączenie frazeologiczne. Nazwisko „Słoneczna” zmieniła na męską formę „Słoneczny”, która w przypadku jej nazwiska, oczywiście, się nie odmienia – wyjaśniła nowa koleżanka.

 

 

Mieszkanko było malutkie, ale położone w dobrym punkcie miasta, przy uliczce niedaleko centrum. Grube drzwi, kilka zamków, w środku przytulnie, idealny porządek… i cisza.

– Dziwne, że nie miała żadnych książek – powiedziała Mentel. – Mieszkania profesorów to na ogół graciarnie, do niemożliwości zawalone książkami, a tu nic takiego nie ma, jakby w swojej pracy mogła się obejść bez literatury naukowej. Jak byłam w Krakowie, raz miałam sprawę służbową u profesor Rozalii Bobrzęckiej. Przepraszała, że nawet krzesła nie ma, żeby mnie posadzić, bo wszędzie trzyma książki. Był jeden stołek, ale na nim też stos książek. Nie można było ich ruszyć, bo to materiały do artykułu. Gdyby coś się przełożyło czy zmieniło kolejność, to byłby koniec. Znów trzeba by było układać, kompletować, szukać cytatów i tak dalej. Musiałam z nią porozmawiać o jednym studencie, którego podejrzewano o rozprowadzanie narkotyków, no więc usiadłam sobie w kątku na podłodze, a ona na rozścielonym tapczanie.

– No tak, ale profesor Rozalia Bobrzęcka to jest ktoś, nawet ja o niej słyszałem. A tu jednak pięć książek jest. – Gąbka otworzył półkę nad komputerem. – W tym jeden kalendarz i dwa słowniki. I czyste papiery w szufladach. No i eleganckie pióro marki Pelikan.

– No właśnie, wszystko jest takie… eleganckie, że aż trudno uwierzyć, że ktoś żywy tu mieszkał. Ta kremowa skóra na wielkich fotelach, dywan z dziesięciocentymetrowym włosem… Dziwne. Może to było na pokaz, a naprawdę mieszkała gdzie indziej? Może tutaj prowadziła jakieś interesy albo przyjmowała klientów? – snuła domysły pani aspirant, pewnie chcąc się za wszelką cenę popisać.

– Jakich klientów! Popatrzcie sobie na jej zdjęcia w szufladzie. Żadna ekskluzywna panienka lekkich obyczajów, ale typ poczciwej gosposi. O, tutaj jest jeszcze tęższa, brak talii, ręce założone na brzuchu ledwie go obejmują. – Cichosz przerzucał album z fotografiami.

– Ale spojrzenie ma sprytne, takich dwoje złośliwych oczek – powiedziała pani Mentel, co komisarzowi przypomniało, że ona źle wspomina panią profesor Słoneczny. Nie znała jej. Urlopy prozdrowotne bez problemu dostawała, a tak źle ją wspomina. Dziwne! Nie uświadamia sobie nawet, że swoim zachowaniem tak wiele mówi. Mimo doktoratu stanowczo nie była przygotowana do prowadzenia samodzielnego dochodzenia.

Cichosz poszedł też popytać innych mieszkańców kamienicy, których dzielnicowy zawiadomił o nagłej śmierci sąsiadki, przezornie nie łącząc tej sprawy z głośnym w mieście „trupem w składzie makulatury”. Ot tak, policja pyta, bo zgłoszono zaginięcie. Okazało się, że okoliczni mieszkańcy nie zaobserwowali nic specjalnego. Oczywiście, znali panią Słoneczny z widzenia, kłaniali się, wymieniali uwagi o zawiadomieniach, które lokatorom wysyłała administracja, i o potrzebie segregacji śmieci. Pan mieszkający naprzeciwko spotykał ją czasem, jak szła na targ po zakupy. Nie zauważyli, żeby istniał ktoś, kto ją odwiedzał szczególnie często, z wyjątkiem tej kuzynki, której zresztą już od kilku miesięcy nie widzieli. Osoby, które czasem przychodziły, to mogli być koledzy z pracy – tak ich scharakteryzowali.

– Czy pamiętają państwo, kiedy pani Słoneczny ostatnio wymieniała meble? – spytał Cichosz. – Sąsiedzi na ogół wiedzą, bo schody bywają zatarasowane.

Z odpowiedzi wynikało, że chyba osiem lat temu. Cichosz wrócił z tą wieścią do kolegów, którzy przeszukiwali schowki i szuflady, kartkowali notesy i zaglądali pod równo ułożone stosiki ubrań i bielizny.

– Meble wyglądają jak nowe, prosto z magazynu – zauważyła Andżela. – Chyba bardzo drogie, mnie na takie meble nie stać. Akwarele na ścianach to oryginały, też musiały ją drogo kosztować, chyba że były to prezenty albo po kimś je odziedziczyła.

– Komputer bierzemy do sprawdzenia, trzeba będzie przejrzeć pliki, również te skasowane, korespondencję i strony internetowe, które otwierała. Pokaż mi swój komputer, a powiem ci, kim jesteś – zaśmiał się Gąbka.

 

– Wiecie, oczywiście, co tutaj jest podejrzane, prawda? – zwrócił się do kolegów Cichosz, kiedy wrócili do komendy. – Ona została kilkakrotnie uderzona w głowę prętem metalowym, ale w organizmie wykryto też ślady trucizny. Jakby ktoś ją podtruł, żeby nie broniła się przed uderzeniami. Albo może zrobił to z litości, jakieś takie „znieczulenie przedoperacyjne”? W zasadzie już wiemy, jak zginęła. Tylko motywów nie znamy, no i sprawcy też. Ciało znaleziono w składzie makulatury, zagrzebane pod górą papierów, jakby wcisnął je tam jakiś przypadkowy rabuś. Logiczne by było, gdyby ją otruto w mieszkaniu. Jakaś późna wizyta: ktoś znajomy, kuzynka, ktoś z półświatka. Gość wrzuca Słoneczny coś do kieliszka lub do szklanki z herbatą, a kiedy ona to wypija, truciciel ma nadzieję, że jest martwa. Na wszelki wypadek jakimś narzędziem rozbija jej podstawę czaszki. Potem on lub nawet ona zabiera naczynia w reklamówce i cichutko wymyka się z mieszkania. Inny wariant jest taki, że denatka wieczorem idzie na teren targowy, bo chce się z kimś spotkać, ale nie chce tego kogoś przyjąć w mieszkaniu. Skoro tak, to dlaczego przyjmuje od niego coś do jedzenia lub picia? Jeszcze inna wersja: idzie na spacer, niechcący wpada na rabusia lub mordercę. Wtedy sprawca od razu uderzyłby ją prętem lub wbił nóż w serce, a potem zaciągnął do tej szopy i przykrył makulaturą, żeby trupa zbyt szybko nie znaleziono. Jeśli najpierw ją otruł, to musiał z nią rozmawiać, czymś ją częstować. Zwłoki odkryto dopiero na drugi dzień po południu, jak obaj pijaczkowie trochę wytrzeźwieli i poczuli pragnienie. Poszli sprawdzić, czy nie uchowały się jeszcze jakieś książki, które można by za parę groszy spieniężyć. Każdy z tych scenariuszy byłby w pewnej mierze logiczny, ale razem to już na pewno nie. Przecież pani profesor nie poszła na targ, żeby napić się herbatki. Co pani o tym sądzi, pani doktor?

– Że Hellada Słoneczny poszła na targ, żeby spotkać się z kimś, kogo nie chciała wpuścić do swego wypucowanego mieszkanka. Z jakichś powodów przyjęła poczęstunek od tej osoby, nie wiemy dlaczego. W takim razie z tą osobą najpierw przyjaźnie rozmawiała. Chyba że kupiła coś nafaszerowanego trucizną na czynnym wieczorem stoisku. Niektórzy bardzo późno tam zamykają.

– Czyli otrułby ją straganiarz? Widzi, że zamożnie wyglądająca pani podchodzi do jego stoiska, więc sypie na bułkę trochę cyjanku, a dla pewności szykuje na nią żelazny pręt? – powiedział kpiąco Cichosz.

– Pan ironizuje, ale straganiarzy nie możemy wykluczyć z podejrzeń. Możliwości jest kilka, ktoś mógł wcześniej poczęstować ją zatrutą tabletką na gardło, a ona ją zażyła na spacerze, bo zrobiło się chłodniej i zaczęło ją drapać w gardle – powiedziała z wahaniem Andżela.

– Truciciel chodził za nią od tygodnia, a jak wzięła tabletkę i upadła, to wyskoczył z prętem zza zakrętu, przywalił parę razy w głowę i siup do tej makulatury? – Cichosz nie oszczędzał nowej koleżanki.

– Trzeba wyjść od motywów. Jak je ustalimy, to można wyobrazić sobie różne scenariusze – wtrącił pojednawczo Gąbka.

– Załóżmy, że tak – powiedział komisarz. – Rozdaliśmy już role, spotykamy się pojutrze. Na rano musi być raport, bo muszę to zreferować u komendanta. Pani doktor Mentel jest naszym elewem, zostanie jeszcze godzinkę i spisze wszystkie spostrzeżenia.

Pani doktor lekko się skrzywiła, ale nie protestowała, przynajmniej w sprawie raportu. – Najlepiej nazywajcie mnie Anielą, mili koledzy, czemu nie? – zaproponowała nagle.

– Zgadzam się, bo spojrzenie też ma pani takie anielskie – powiedział Gąbka. Cichosz zmarszczył brwi. „Jakoś zgrzyta ten początek dochodzenia, no i żadnych hipotez na razie nie mamy... Żeby czyjeś mieszkanie tak mało o kimś mówiło” – pomyślał. – Wygląda, jakby gdzieś się wybierała. Posprzątała, niepotrzebne rzeczy wyrzuciła do kubła i postanowiła na jakiś czas się ulotnić – zauważył Andrzej, ale Andżela kręciła głową, jakby miała na ten temat własne zdanie.

– Graciarą ani manelarą pani Słoneczny na pewno nie była. Niepotrzebnych rzeczy natychmiast się pozbywała. Trochę jej zazdroszczę, bo sama bardzo trudno rozstaję się z rzeczami, wszystkiego mi żal. Tyle że nie z materialnego punktu widzenia, tylko z sentymentalnego, łączą mnie z nimi wspomnienia – powiedziała.

– Była osobą praktyczną – podsumował Jacek. – Ale nie na tyle praktyczną, żeby porządnie zamknąć mieszkanie na wszystkie możliwe spusty. A co z torebką?

– Nie ma i przy zwłokach też jej nie znaleziono – powiedziała koleżanka. – Zostawiła jednak elegancką torbę podróżną, więc nigdzie dalej nie zamierzała jechać. Zresztą, o ile w ogóle coś o niej wiem, była domatorką i zazwyczaj nigdzie się nie ruszała.

 

Rozdział III W maseczce i bez maseczki

 

Aspirant Andżela Mentel wróciła do domu i stanęła przed lustrem w urządzonej na czarno łazience. Czarna ekstrawagancja wyraźnie mściła się na niej, bo owocowała równie czarnymi myślami. „Ale jakże do nowo urządzonej łazienki wpuścić hydraulików i kafelkarzy, żeby ją zburzyli i urządzili od nowa, na przykład na różowo czy kremowo? – pomyślała. Fuj! Po pierwsze szkoda pieniędzy, a po drugie czułabym się jak lody truskawkowe w zbyt słodkim waflu”.

Przejęzyczenie komisarza Cichosza, że nie jest najmłodsza w dochodzeniowej ekipie, zabolało ją trochę, bo wolała wierzyć, że nie jest to dostrzegalne na pierwszy rzut oka.

„Kremy – myślała sobie – nowe kremy… i co z tego?” W swej pierwszej młodości, którą przeżywała już po raz trzeci czy czwarty, ale wciąż inaczej, wypróbowywała różne kremy: mleczne, migdałowe, jabłkowe, truskawkowe… Nie poszłaby wtedy spać bez kremu. „Mama używała tylko kremu Nivea, twierdziła, że innych się brzydzi – przypomniała sobie. – Mówiłam jej, że jest nienowoczesna, bo w naszą postępową teraźniejszość wnosi przedwojenne przesądy, wpojone jej przez apodyktyczną babcię. A może nie miałam racji?” Andżela przypomniała sobie, jak na zjeździe naukowym w Warszawie zakwaterowano ją w Hotelu Nauczycielskim razem z jakąś językoznawczynią ze Szczecina. Współlokatorka była efektowna, twarz miała opaloną na kolor brzoskwiniowy, obłe kształty wyłaniały się z nocnej koszuli. Andżela nie mogła się powstrzymać i skomplementowała jej wygląd.

– Powiem pani, jak ja to robię. – Zadowolona z siebie językoznawczyni postanowiła zwierzyć się nowo poznanej koleżance. – Dużo kremu Nivea i raz w tygodniu na solarium. Codziennie rano grubo nakładam krem i tuż przed wyjściem z domu ścieram go ligniną.