Randki w wielkim mieście - Aga Szymańska - ebook
Opis

Ponoć łatwiej  jest zginąć w ataku terrorystycznym niż wyjść za mąż po czterdziestce. Pomyślałam – co szkodzi spróbować? Zarejestrowałam się na portalu randkowym i tak zaczęła się moja przygoda z układaniem sobie życia...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Aga Szymańska

Randki w Wielkim Mieście

czyli moje perypetie na portalu randkowym

wydawnictwo Nowy świat

warszawa

Wszelkie podobieństwo osób i zdarzeń jest oczywiście przypadkowe ;)

© Copyright by Aga Szymańska, 2015

© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2015

Projekt okładki: Studio Nowy Świat

Zdjęcia: Fotolia

ISBN (druk) 978-83-7386-573-0

ISBN (ebook) 978-83-7386-842-7

Wydanie I

Warszawa 2015

Wydawnictwo Nowy Świat

ul. Kopernika 30, 00-336 Warszawa

tel. 22 826 25 43 faks 22 826 25 47

www.nowy-swiat.pl

Wspomnień… niekoniecznie czar, czyli jak trafiłam na portal

Przebiegło to bardzo spokojnie, nie walczyliśmy ze sobą, nie kłóciliśmy się, nie oskarżaliśmy wzajemnie. Uznaliśmy zwyczajnie, że nie chcemy, a więc i nie możemy być razem. Moja przyjaciółka, która była świadkiem robiła nam zdjęcia w oczekiwaniu na wejście na salę. I naprawdę uważam, że były to najfajniejsze zdjęcia z naszych wspólnych piętnastu lat życia.

Do tej pory pokazuję je koleżankom i zawsze słyszę zdziwione pytania, dlaczego się rozwiedliśmy. Po wyjściu z sądu mąż zaproponował pożegnalną kawę. Przyjęłam zaproszenie i to było nasze pożegnanie. A więc zrobiłam pierwszy krok w stronę wolności i poszukiwań. Zanim to drugie nastąpiło, musiało upłynąć sporo czasu.

Po rozwodzie zostałam sama z pięcioletnią córeczką. Czas miałam wypełniony pracą zawodową i opieką nad dzieckiem. Najgorsze były wieczory. Gdy Lenka zasypiała, wchodziłam do łóżka i oglądałam filmy, jeden dwa trzy. Oglądaniu towarzyszył słoik nutelli i butelka ajerkoniaku. Padałam dopiero wtedy, gdy zżarłam całą zawartość słoika i wysączyłam butelczynę. Wieczory z czekoladą i advocaatem bardzo szybko odbiły się niekorzystnie na mojej figurze.

Marazm, w którym tkwiłam został przerwany dokładnie 13 lipca w dniu moich urodzin. Koleżanki z pracy ofiarowały mi figurkę feng shui z życzeniami, by przyciągnęła do mnie miłość. Zgodnie z zaleceniami sztuki feng shui figurkę umieściłam w prawym rogu swojego pokoju.

No i zadziałało! Najpierw jednak złapałam jako taki balans. Lenka poszła do szkoły, znalazłam dwie sąsiadki z których jedna odprowadzała dziecko do szkoły, druga odbierała je i opiekowała się do mojego powrotu z pracy. Wszystko się jakoś ułożyło, żyłam bez wstrząsów, ale spokój widocznie nie był mi sądzony. Pewnego ponurego dnia wezwała mnie moja szefowa i zleciła przejęcie projektu prowadzonego dotychczas przez moją koleżankę Krysię. Niestety zachorowała, a projekt trzeba było zrealizować. Mimo że protestowałam głośno przeciw zlecaniu go mnie, nie miałam szans i polecenie szefowej było jak zawsze tylko do wykonania. Gdybym wtedy wiedziała, czym to się dla mnie skończy, broniłabym się przed tym projektem energiczniej, choć nie mam złudzeń pewnie z takim samym skutkiem.

Do realizacji zadania musiałam znaleźć specjalistę-terapeutę i znalazłam, niestety. Był to młody facet, wysoki brunet z lekką nadwagą. Skończył japonistykę, psychologię, kurs na terapeutę dziecięcego, stworzył przyszpitalną przychodnię. Facet o szerokich horyzontach i szalenie interesujący. Któregoś dnia zadzwonił do mnie z propozycją spotkania, wieczorem chciał mi przekazać rachunki za wykonaną pracę. Zdenerwowałam się, że chce mi zająć prywatny czas poświęcany dziecku. W związku z tym, że nie mogłam zostawić małej samej, zaproponowałam mu, żeby przyjechał do mnie. Zgodził się i wtedy wszystko się zaczęło. Wyglądało to tak, jakbym wsiadła na rollercoaster. Nastąpiło to, gdy pan wszedł do mieszkania, wręczył mi faktury i wyszedłby spokojnie, gdyby moja córcia nie wystąpiła w roli przeznaczenia. Gdy chciałam zamknąć drzwi za terapeutą, zaszczebiotała:

– Mamo zapomniałam ci powiedzieć, że na jutro muszę zrobić maskę kota.

No nie, jest godzina 21.00, okoliczne sklepy są zamknięte. Zaczynają mi się w głowie kotłować myśli, skąd wziąć materiały i jak to zrobić. Nienawidziłam zajęć plastycznych. Pamiętam, jak w czwartej klasie narysowałam park, to mój ojciec się załamał. Zresztą załamałby się każdy ojciec. Wszystkie ławki przy alejce oraz drzewa leżały na trawnikach. Od tamtej pory to tata mi przygotowywał wszystkie prace plastyczne. Dlatego jak usłyszałam hasło „maska kota” wpadłam w panikę. Terapeuta, na ogół milczek, zastrzelił mnie:

– OK – mówi – damy sobie radę. Na pewno w domu macie kawałek kartonu, gumki, kredki albo farby.

Jaka ulga! Gdy kobieta sama musi podejmować wszystkie decyzje i radzić sobie, a tu nagle ktoś ją w czymś wyręcza. Jak się czuje??? ZAOPIEKOWANA. Wrócił. Usiedli z Lenką do pracy. Ja krzątam się przy swoich sprawach, zmywam, wstawiam pranie. Znienacka w progu łazienki wyrasta terapeuta.

– Słuchaj, jestem potwornie głodny, więc gdybyś dała mi coś do zjedzenia, najlepiej bezmięsnego, bo jestem wegetarianinem, to będzie super – rzuca i wraca do maski.

To klęska. Ja jestem mięsożerna, Lenka też. W lodówce było masło, parówki oraz gulasz pozostały z obiadu. Wpadłam więc na szatański pomysł. Ugotowałam makaron i postanowiłam go polać sosem warzywnym z gulaszu. Odwróciłam się tyłem, bo oba pomieszczenia są połączone. Odłowiłam mięso i wykorzystałam sam sos. Dumna z siebie podałam danie wegetariańskie.

Obiad został zjedzony, maska zrobiona, dziecko uspokojone. Pożegnaliśmy się i już mogłoby się wydawać, że figurka da mi spokój, bo ja od razu tę sytuację skojarzyłam z działaniem feng shui.

Na drugi dzień okazało się, że maska Lenki wygrała w konkursie. Poprosiła, żebym podziękowała współwykonawcy w jej imieniu. Nie miałam ochoty na kontakt z facetem i zastanawiałam się, czy nie wychowałam dziecka zbyt dobrze.

Napisałam zdawkowe podziękowanie ble ble ble, dziękuję.

Figurka nie odpuszczała. Nigdy bym nie podejrzewała, że to feng shui tak działa!

Dosłownie trzy dni później odebrałam Lenkę ze szkoły i poszłyśmy do McDonalda.

Siedzimy sobie spokojnie, pochłaniamy kalorie, a tu dziecko informuje mnie:

– Mama, na jutro trzeba zrobić makietę naszej ulicy. Może zadzwonisz do tego swojego kolegi, żeby mi pomógł?

O matulu! Nie.

Żadnych terapeutów-wegetarian. Dzwonię do byłego męża i przedstawiam sprawę. Niestety nie ma czasu. Stoję pod ścianą. Dzwonię więc do terapeuty i co słyszę. Może przyjechać, ale pod warunkiem, że przygotuję coś naprawdę bezmięsnego. Kurczę, poznał się na moim podstępie. Dobra, przygotuję jedzenie i materiały. Zrobiłam zapiekankę z kalafiora. Po obiedzie oboje poszli zobaczyć, którą część ulicy wezmą pod uwagę i przystąpili do pracy. Po czym była wspólna kolacja, później Lenka poszła spać. A my siedzieliśmy na moim materacu i gadaliśmy. No cóż, było ciekawie. Powtarzałam sobie, że nic z tego nie będzie, żeby nie wiem jak ciekawie było, bo człowiek jest młodszy ode mnie. Okazało się jednak, że jak w wasze życie wkroczą siły feng shui, jesteście bezbronni.

Następnego dnia sprawdziłam dokumenty pana i okazało się, że różnica wieku jest duża – 9 lat. Napisałam więc do niego SMS-a, że wydaje mi się, że nasze dalsze spotkania nie mają sensu, ponieważ dzieli nas duża różnica wieku. I wysłałam wiadomość z ulgą, licząc, na to że, to kres dalszego rozwoju sytuacji. Kres był chwilowy, bo za moment dostałam zwrotną wiadomość, że to nie jest dużo i że jego eks była starsza o 15 lat. Jeszcze kilka SMS-ów, a okazałoby się, że jestem za młoda.

...No i poszłoooooo...

Telefony, spotkania, SMS-y. Bardzo się polubili z Leną, przy każdej okazji wychodzili na sanki lub na łyżwy. Powoli... powoli..., a jednak zdecydowanie za szybko... zaczął Lenę odbierać ze szkoły, razem robili zakupy, czasem coś upichcili.

Mniej więcej po trzech miesiącach jego książki stanęły na moich półkach. Cała nasza trójka była szczęśliwa. Mając takie wsparcie, mogłam zrezygnować z sąsiadek-opiekunek. Lena była odprowadzana i przyprowadzana ze szkoły, dom ogarnięty, zakupy zrobione, zwykle razem robiliśmy obiad.

Później zajmowaliśmy się Lenką, czyli lekcje i wyjście na sanki, a później jak mała spała, mieliśmy czas dla siebie. Byłam szczęśliwa, czułam się jak na wiecznej randce. Ponieważ po rozwodzie, podczas wieczorów z nutellą i advocaatem nieźle się utuczyłam, mój nowy narzeczony postanowił mnie odchudzić. Odniosłam się do tego sceptycznie, ponieważ nikomu to się nie udało wcześniej. Przyszła wiosna. Zaczęliśmy codziennie jeździć na rowerze ichodzić na basen. I faktycznie, efekty zaczęły być widoczne. Plus późnowieczorne zajęcia integracyjne.

W sumie wszystko to dało taki efekt, że któregoś dnia wezwała mnie dyrekcja na rozmowę, czy przypadkiem nie jestem chora, bo chudnę w oczach. Oczywiście zaprzeczyłam. Po prostu, powiedziałam, wzięłam się za siebie wreszcie. W ciągu dwóch miesięcy z rozmiaru 44 zeszłam na 38.

Nadeszło lato. Oczywiście na wakacje wyjechaliśmy razem do zapadłej, cichej i niesamowicie urokliwej miejscowości nadmorskiej. Pod namiot. Zabraliśmy rowery na wycieczki po okolicy. Było super. Każdy dzień wydawał się cudowniejszy od poprzedniego. Wróciliśmy z wakacji w znakomitej formie. I jeszcze przez chwilę było dobrze... aż tu nagle: trrrrrach.

Wyobraźcie sobie późny letni wieczór, gorąco w mieszkaniu jak diabli, bo mieszkanie nagrzane słońcem po całym dniu. Sama zaproponowałam, żebyśmy wyszli kupić coś chłodnego do picia. Idziemy więc do sklepu... Krzysztof czeka w kolejce do kasy, a ja stoję przy stojaku z gazetami i przysięgam, nie wiem, jak to się stało...

Moja ręka samowolnie wyciąga gazetę „Praca za granicą”. Nie umiem powiedzieć, dlaczego to zrobiłam, temat mnie nie interesował wcale. Gazeta jednak wylądowała w koszyku.

Podobno nic nie dzieje się przypadkiem.

Skoro więc to nie był przypadek, to znaczy, że tak miało być.

Zaczęliśmy przeglądać gazetę. I Krzyś trafił na ogłoszenie, które bardzo go zainteresowało. Było tam ogłoszenie o pracy dla terapeuty, specjalisty do osób starszych w Domu Pomocy Społecznej. Od razu zapowiedział, że następnego dnia zadzwoni do tej firmy.

Na drugi dzień poinformował mnie, że wybiera się na spotkanie kwalifikacyjne i jeśli go zaakceptują, jest zdecydowany wyjechać.

Tak więc skutkiem wrzucenia do koszyka gazety z ogłoszeniami pracy za granicą był mój pobyt na Okęciu 2 listopada, kiedy o niesamowitym zachodzie słońca mój całkiem świeży narzeczony wsiadał do samolotu i poleciał otworzyć nowy rozdział swojego życia w UK.

Już dawno tak nie płakałam, jak przy tym kiczowatym zachodzie słońca. Lenka też. Nasz ósmy cud świata zniknął w chmurach.

Wróciłyśmy do domu. PUSTKA. Nawet, jeśli człowiek jest już nieco doświadczony przez życie, to i tak w tak ciężkich chwilach słowa, że czas leczy rany i inne dupersznyty, zupełnie nie działają.

Nie chciało mi się rano wstawać z łóżka, wieczorem wracać do domu, nic mi się nie chciało, żadnej aktywności. Czekałam tylko na późny wieczór, żebyśmy mogli chwilę porozmawiać przez Skype’a. Tęskniłam niesamowicie. Każdą komórką.

Krzysztof, jak tylko tam wylądował, rozpakował się, otrzepał skrzydełka i jakoś się urządził, zapisał się na studia podyplomowe i zaczął mnie namawiać, żebym do niego przyjechała, najpierw na rekonesans, a później na stałe. Z Lenką oczywiście. Dla mnie to była trudna decyzja. Nie znałam języka. Nie wiedziałam, co ja bym tam miała robić? Tu mam stałą pracę, którą lubię, przyjaciół, umiem się w tym poruszać. A tam???

Nastał grudzień. Radosny czas zakupów, poszukiwania prezentów i oczekiwania na święta Bożego Narodzenia. Wieczorem włączam Skype’a i co słyszę od Krzysia??? Że kupił bilety na samolot i zaprasza nas na Święta i Sylwestra. Trochę byłam przerażona samotną podróżą, ale co tam, najważniejsze, że się spotkamy.

Ponieważ jest to temat na oddzielną opowieść, powiem tylko, że pojechałyśmy z Leną nie tylko na święta, ale na długo. I dobrze zrobiłam decydując się na wyjazd za moim ukochanym, bo jak się finalnie okazało, mój narzeczony nie okazał się żadnym cudem świata, wręcz przeciwnie.

Po kilku latach pobytu w Anglii wróciłam. Odzyskałam wolność. I radość. Nie zauważyłam w sobie żadnych symptomów opisywanej w gazetach depresji dopadającej emigrantów po powrocie. Cieszyłam się jak dziecko. Podobało mi się moje maleńkie mieszkanko. Nowa praca. Koleżanki. Popołudniami umawiałam się z różnymi znajomymi, z którymi nie miałam od wyjazdu kontaktu. Było lato, było cudownie, codziennie popołudniami spotkania w ogródkach kawiarnianych na Starówce, gorąco, kolorowo, bezstresowo i wreszcie wesoło. Już myślałam, że straciłam tę umiejętność. Umiejętność cieszenia się.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka z liceum z propozycją spotkania. Co to było za spotkanie!!! Po tylu latach. Wiele przeżyłyśmy, a w ogóle się nie zmieniłyśmy. Okazało się, że Jola najpierw była w nieudanym związku zakończonym rozwodem i samotnym macierzyństwem z dwoma synami.

Zachorowała także na raka. Na szczęście to wszystko było już poza nią. Aktualnie mieszka w Hiszpanii, wyszła szczęśliwie za mąż i mieszka tam z synami. Opowiedziała mi romantyczną historię o poznaniu nowego męża Adama. Okazało się, że spotkali się na jednym z portali randkowych.

Kiedy tylko podczas rozmowy wracałam do wspomnień z Anglii, zaoferowała mi, żebym tego nie rozpamiętywała, tylko żyła dniem dzisiejszym i zaproponowała, żebym też się zarejestrowała na portalu. I żeby przejść od słów do czynów, pojechałyśmy do mnie do domu dokonać rejestracji.

Miałam nick Nina 10.

Wstawiłyśmy zdjęcia, zrobiłyśmy fajny opis i należało teraz czekać, co się wydarzy. Z całą pewnością to był przełomowy moment w moim życiu.

Tak oto jestem na portalu randkowym „Twoje serduszko”.