Protokół Oriona - Paul K. Martin - ebook

Protokół Oriona ebook

Paul K. Martin

0,0

Opis

Czytelników wydanej w 2018 roku powieści „Krawędź otchłani” z pewnością zainteresują dalsze losy jej bohaterów. Czy Agnieszka i Thomas stworzą w końcu trwały związek? Czy plany modulatora fal grawitacyjnych uda się jeszcze odzyskać? Czy odnajdzie się zaginiony dziadek Agnieszki? Czy jesteśmy jedynymi gospodarzami naszej planety, czy też może od dawna towarzyszą nam emisariusze obcych cywilizacji? Jakie siły rządzą naprawdę naszym światem? Czy może zagrażać nam kosmiczna katastrofa? Odpowiedzi na te pytania szukajcie w nowej powieści Paula Martina „Protokół Oriona”.
Autor, rocznik 1958, już w czasach licealnych tworzył opowiadania i uczestniczył w olimpiadach z języka i literatury, w głębi ducha marząc o reżyserii filmowej. Krótko przed maturą nieoczekiwanie zmienił zainteresowania i jako kierunek studiów wybrał architekturę. Jeszcze przed dyplomem zaliczył praktykę w Stanach Zjednoczonych, zostawiając na amerykańskiej ziemi swój ślad w postaci pierwszego zrealizowanego projektu. Potem przyszły następne. Zawód architekta otworzył mu wiele drzwi i umożliwił poznanie różnych krajów i kultur. I choć nadal aktywnie uprawia ten zawód, od swojej karmy całkiem uwolnić się nie zdołał. Przez większość życia pisał i pod własnym nazwiskiem publikował felietony i artykuły, zazwyczaj na tematy powiązane z architekturą. W roku 2018 – już pod pseudonimem – opublikował swoją pierwszą powieść sensacyjną „Krawędź otchłani”. Książka zebrała ogólnie dobre recenzje ze strony czytelników. „Protokół Oriona” jest opowieścią o dalszych losach jej bohaterów i ukłonem w stronę czytelników, którzy po lekturze „Krawędzi otchłani” odczuwali niedosyt.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 554

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



PROLOG

Grand Prix Monte Carlo, Monaco; 43°44′23″N,7°25′38″EZaimprowizowany uliczny tor Formuły 1Niedziela, 27 maja 2021, godzina 15.16 czasu CET

Lee Hammond, ciemnoskóry Brytyjczyk i pięciokrotny zdobywca tytułu mistrza świata kierowców Formuły 1, zajmujący na polu startowym wywalczoną z trudem pole position spojrzał kątem oka w prawe lusterko swojego czarno-srebrnego bolidu. Ostatnio widywał tam zazwyczaj czerwony nos samochodu Belga, Clementa Lemarque’a, „cudownego dziecka” podkupionego w tym sezonie do zespołu Ferrari albo dyfuzor auta flegmatycznego Fina Kenzo Ahola, swojego młodszego kolegi z zespołu Mercedesa. Dzisiaj było jednak inaczej. Pozycje drugą i trzecią na polach startowych, ku jego zdumieniu, okupowały bolidy zespołu „Bharat Power” pomalowane na kolor, który Hammondowi co najwyżej kojarzył się z plastikowym samochodzikiem lalki Barbie, jakim bawiła się przed laty jego młodsza siostra, Fiona.

– „Trzeba będzie szybko zrobić z tym porządek i zaraz po starcie zostawić te pedalskie rydwany daleko, daleko z tyłu.” – postanowił – „a potem jak zawsze, niech Kenzo je wyprzedzi i skutecznie zablokuje, podobnie jak chłopców z Ferrari i Red Bulla.”

„Perła w koronie” wyścigów Formuły Pierwszej uliczny tor w Monako, z uwagi na liczne zakręty i panującą tu ciasnotę uważany jest za największe w całym sezonie wyzwanie zarówno dla kierowców, jak i dla samochodów. To również najkrótsza pętla w całym kalendarzu F1, zaledwie 3337 metrów. Zawodnicy podczas wyścigu muszą ją okrążyć siedemdziesiąt osiem razy, nie popełniając przy tym najmniejszego błędu. W realnym świecie kolejność na starcie, ustalana na podstawie czasów wywalczonych w kwalifikacjach z reguły przesądza o końcowym wyniku. Chyba, że dojdzie do wypadku jak w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim, gdy zginął Luigi Fagioli albo w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym, kiedy trzykrotny mistrz świata Ayrton Senna da Silva doszczętnie rozbił swojego McLarrena, samemu cudem uchodząc z życiem. Prędkości bolidów na torze Monte Carlo wahają się od pięćdziesięciu kilometrów na godzinę na najciaśniejszym zakręcie Fairmont, do prawie trzystu na zaledwie trzystudwudziestometrowej prostej za tunelem. To zresztą jedyne miejsce, w którym co odważniejsi z kierowców podejmują niekiedy desperackie próby wyprzedzania. Może dlatego właśnie plan Hammonda nie wypalił. Od dziewięćdziesięciu pięciu minut jego kolega ze stajni Mercedesa bezskutecznie atakował bolid zespołu Bharat Power utrzymujący trzecią pozycję. Co gorsza, drugi różowy samochód znajdował się przed nim, siedząc twardo na ogonie mistrza świata.

Siedemdziesiąte siódme okrążenie. Prosta startowa na alei Boulevard. Gaz do dechy i290 kilometrów na godzinę. Gwałtowne dohamowanie przed zakrętem Sainte-Dévote, miejscem wielu pamiętnych wypadków. Znów pełen gaz aleją Ostende pod górę, do lewego łuku Massenet. Wrozedrganym lusterku Mercedesa przez cały czas uparcie tkwi różowa plama... Casino Square inajwyżej położona sekcja toru. Uwaga na muldę po lewej stronie, już niejeden tutaj zakończył wyścig! Znów ostre hamowanie na spadku przed wirażem Mirabeau. Po ciasnym prawym krótki zjazd do cholernego Fairmont. Redukcja do pierwszego biegu. 52 kilometry na godzinę, kierownica wlewo do oporu. Znowu wdół do podwójnego prawego łuku Portier iwlot do tunelu zgazem wpodłodze. Powietrze wtunelu jest rozrzedzone. Słaby docisk do asfaltu…

Przy dojeździe do szykany ustawionej na wyjściu z tunelu obydwa różowe bolidy, jak gdyby przyklejone do siebie, z dziecinną łatwością wyprzedziły Mercedesa.

– „To się kurwa nie dzieje” pomyślał Anglik, próbując za wszelką cenę dotrzymać im kroku. Odrobinę zbyt późno użył hamulca.

Przytomność odzyskał dopiero na pokładzie śmigłowca ratunkowego w drodze do szpitala po tym, jak lekarz zatopił igłę wenflonu w jego lewym przedramieniu. Lee Hammond od małego nienawidził zastrzyków.

 

200 Quai Charles De Gaulle, Lyon, Francja 45°46′56″N, 4°50′54″EGłówna siedziba InterpoluPiątek, 2 lipca 2021, godzina 14.25 czasu CET

Caroline Duval, apetyczna dwudziestosiedmioletnia blondynka poprawiała właśnie makijaż w podręcznym lusterku w chwili, gdy centralka telefoniczna na jej biurku przypomniała, że wciąż jeszcze trwają godziny pracy.

– Słucham, szefie!

Chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, to Goeffrey’a Stuarta kręcił południowo-francuski akcent jego sekretarki, wyraźnie przebijający przez jej starannie wyuczoną angielszczyznę.

– Pamiętasz może tego Amerykańca z NSA, który odwiedził nas dwa lata temu?

– Trudno byłoby zapomnieć tego buca. Gość bezczelnie się do mnie przystawiał i udawał, że nie rozumie słowa: NIE!

– Zostawmy to teraz, jeśli mogę cię prosić. Czy mamy do niego jakiś kontakt?

– Niestety obawiam się, że mamy. Wcisnął mi wizytówkę a ja zapomniałam spuścić ją w…

– Połącz mnie z nim. Najlepiej od razu. Która jest teraz godzina na Wschodnim Wybrzeżu?

– Spoko szefie, jest już prawie pół do dziewiątej. No chyba że nasz chłopiec akurat wczoraj ostro zabalował…

– Wystarczy tego, Caroline, dawaj mi go!

Położony nad samym brzegiem Rodanu, biało-błękitny neo-modernistyczny gmach głównej siedziby Interpolu powoli wyludniał się przed zbliżającym się weekendem. Trwał sezon urlopowy i większość urzędujących tu funkcjonariuszy myślami była w swoich maisons de campagne1lub na łodziach zacumowanych w którejś z niezliczonych marin na Lazurowym Wybrzeżu. Przeczucie podpowiadało jednak Goeffrey’owi, że kilka najbliższych dni może okazać się dla niego wyjątkowo pracowitymi. Chociaż formalnie nie służył w MI6 już od czterech lat, stare kontakty wciąż pozostawały żywe. Dawni koledzy z Secret Inteligence Service od czasu do czasu zasięgali jego porad i konsultowali się w niektórych, co bardziej delikatnych kwestiach, dzieląc się w zamian cennymi informacjami. Oficjalnie nie powinno mieć to nigdy miejsca, ale jest tajemnicą poliszynela, że takie praktyki w służbach są stare jak świat. Tym razem było nie inaczej. Wszystko zaczęło się w ubiegły poniedziałek późnym wieczorem, kiedy na jego prywatną, szyfrowaną komórkę zadzwonił Brian Thomson, jeden z byłych podwładnych.

Dzwonek! Podłączony do bezpiecznej linii telefon na biurku Goeffrey’a ożywił się. Caroline, jak zawsze okazała się niezawodna.

– Mam na drucie tego Nortona.

– Łącz! … Alan, tu Jeff Stuart z biura Interpolu w Lyonie. Pamiętasz mnie jeszcze, mam nadzieję.

– Jasne, a gdybym nawet zapomniał, to na pewno nie zapomnę tej twojej panny, jak jej tam, Caroline, prawda?

– Rozumiem, że możemy teraz chwilę porozmawiać?

– Twoja dziewczynka złapała mnie na schodach, właśnie wsiadam do auta i pędzę do Langley. Mam kilka spotkań. Mów więc krótko, o co chodzi!

– O niejakiego Varuna Mandal. To taki dość nieciekawy typ, Hindus. Macie może coś na jego temat?

– Jeff, to w żadnym wypadku nie jest rozmowa na telefon.

– Mamy chyba do cholery bezpieczną linię…

– Jaja sobie ze mnie robisz? I komu ty to mówisz? Chcesz o nim pogadać, OK, ale nie w ten sposób.

– To co, wpadniesz do nas? Caroline pewnie się niezbyt ucieszy, ale…

– Nie ma mowy. Na pewno nie teraz. Za dużo mam spraw na miejscu. Jeśli czegoś potrzebujesz, to niestety, ale to ty musisz się tu pofatygować.

– Do Waszyngtonu?

– Albo do Nowego Jorku. Jutro jadę, co najmniej natrzy dni. Macie tam przecież swoje biuro na Manhattanie…

– Przy ONZ, przecież wiesz.

– No właśnie. Mogę być u was w poniedziałek w południe, pasuje?

– A mam wybór?

– Nie w najbliższych dniach. Jeśli ci się z tym spieszy, to każ tej twojej blondyneczce od zaraz załatwiać bilet, może jeszcze znajdziesz miejsce. Pamiętaj, że w niedzielę mamy tu Święto Niepodległości!

– Dobra Alan, przylecę. Mam tylko prośbę.

– Słucham.

– Nie moglibyśmy się spotkać trochę później, bliżej czternastej?

– Miałem mieć wtedy inne spotkanie…

– Ale wówczas mógłbym przylecieć w poniedziałek i nie musiałbym tracić całego dnia.

– W takim razie zadzwoń do mnie w poniedziałek, jak już wylądujesz. Coś wykombinuję.

– Jesteśmy umówieni, dziękuję Alan!

Morze Karaibskie głębia Bartlett; 19°12’00”N, 80°15’10”WR/V Trident, statek badawczy Uniwersytetu GalvestonWtorek, 6 lipca 2021, godzina 19.09 czasu EST

Duma A&M Univeristy w Galveston, R/V Trident, siedemdziesięciostopowy, dwukadłubowy statek badawczo-treningowy, sunąc z prędkością szesnastu węzłów po gładkiej jak oliwa powierzchni Morza Karaibskiego od czterech godzin utrzymywał stabilny kurs na wschód. Za niecałą godzinę miał znaleźć się ponad sięgającą przeszło siedmiu i pół kilometra granatową głębią Rowu Kajmańskiego. Kapitan jednostki, Steve Brown przejął o osiemnastej wachtę na mostku od Michela Vonier. pierwszego oficera, Kanadyjczyka z Halifaxu.

– Wszystko gra, Michel? – spytał kapitan.

– Generalnie tak, kapitanie, – odpowiedział pierwszy oficer – tylko przez chwilę miałem wrażenie, że lewy diesel nierówno pracuje, ale już się to uspokoiło. Może coś było nie tak z paliwem, nie jestem pewien. To nie byłby zresztą pierwszy raz, kiedy po tankowaniu w Quintana Roo wyłażą jakieś problemy z silnikiem. Wolę nawet nie wiedzieć, czego ci cholerni Meksykanie dolewają do ropy!

– Może jednak tylko ci się wydawało?

Brown wsłuchał się uważnie w miarowy rytm pracy dwóch pięciusetkonnych, trzynastolitrowych diesli Scania, ale nie odnotował niczego, co mogłoby świadczyć o jakiejkolwiek anomalii.

– Walnij się na koję, Mike i trochę kimnij! Od północy znów ty przejmujesz mostek…

Trident wyszedł w morze z doku A&M Waterfront Operations na Pelican Island osiem dni temu i od tego czasu wykonywał zaplanowany na dwa tygodnie rejs naukowy w akwenie morza Karaibskiego. Oprócz rutynowych badań polegających na pobieraniu próbek wody oceanicznej z różnych głębokości oraz ich analizowaniu w pokładowym laboratorium, miano przeprowadzić jeszcze jeden, nie rutynowy eksperyment polegający na opuszczeniu na maksymalną możliwą głębokość dwóch detektorów promieniowania kosmicznego. Dlatego oprócz stałej, czteroosobowej załogi na pokładzie znalazło się ośmioro badaczy: trójka wykładowców, doktorantka i czworo studentów Wydziału Edukacji Morskiej.

Nadchodził zmierzch. Na bezchmurnym niebie Słońce osiadło na linii widnokręgu. Agnieszka Nałęczowska i Sara Ramirez, słuchaczka studium dyplomowego, stały oparte o reling na tylnym pokładzie obserwując, jak podwójny kilwater za rufą katamaranu zlewa się w jedno z jasnopomarańczowym refleksem, który spektakularny zachód Słońca narysował na powierzchni morza. Dziewczyny po ponad tygodniowym rejsie zdążyły się już opalić na złocisty brąz a ich kasztanowe włosy były naturalnie rozjaśnione pod wpływem operacji karaibskiego słońca. Obydwie miały na sobie T-shirty w kolorze burgunda z białym logo uczelni na piersiach i wytarte jasnoniebieskie jeansy. W innych okolicznościach można byłoby wziąć je za siostry, ale tutaj wszyscy dumnie paradowali w uniwersyteckich koszulkach.

– Ten był ostatni – powiedziała Agnieszka rzucając do morza niedopałek papierosa – najwyższy czas już z tym skończyć! Jutro mam urodziny – dodała.

– Nic nie wiedziałam Agnes! W takim razie gratuluję postanowienia i… happy birthday!

– Dzięki Sara, ale z góry uprzedzam, że żadnej imprezy z tej okazji tutaj nie planuję, mamy konkretną robotę do wykonania!

– Jasne, nie rozumiem tylko, dlaczego musimy to robić akurat po nocach?

– Jak się nad tym chwilę zastanowisz moja droga, to sama sobie odpowiesz. Pomyśl! – odparła Agnieszka z uśmiechem. Była w doskonałym nastroju. Jeszcze tylko kilka dni na statku i znów zobaczy się z Thomasem. Wtedy zaproszą kilkoro przyjaciół i urządzą jej dwudzieste ósme urodziny. Ostatnio nie mieli dla siebie zbyt wiele czasu. Ona tygodniami ślęczała nad tasiemcowymi obliczeniami, potrzebnymi do zakończenia pracy doktorskiej, jego wzywano na przemian do Pasadeny i Waszyngtonu. Nie mówił po co, a ona wolała nie pytać.

– Chodzi pewnie o oddziaływanie Słońca?

– No jasne! To przecież nasza najbliższa gwiazda, a nie o jej wpływ nam tym razem chodzi! Właśnie po to wysyłamy detektory sześć kilometrów pod wodę, żeby mieć absolutną pewność, że żadne przypadkowe źródło nie zakłóci nam wyników pomiaru.

– No tak, mogłam sama na to wpaść.

– Mogłaś. Ale czasem najciemniej jest pod latarnią, jak mawiamy w moim kraju…

– To twoja pierwsza wizyta na Karaibach, Agnes?

– W sumie to druga, ale tej pierwszej nie wspominam zbyt dobrze. Spędziłam tylko kilka dni na Kubie.

– Coś się stało? Mieliście jakieś przejścia z tymi komunistami?

– Ależ skąd! Miałam wziąć udział w rejsie marzeń, jachtem żaglowym po całych Karaibach. Niestety, nic z tego nie wyszło. Dolecieliśmy z rodzicami do Hawany i daremnie czekaliśmy na dziadka, który płynął z Nassau i po drodze gdzieś zaginął na morzu. Do dzisiaj nie wiadomo, co się wtedy właściwie wydarzyło… Lepiej porozmawiajmy o naszym zadaniu.

– OK, w takim razie, wyjaśnij mi proszę, o co naprawdę w tym wszystkim chodzi.

– Dotychczasowe wyniki projektu badawczego który robimy wspólnie z Pierre Auger Observatory w Argentynie wskazywały, że promieniowanie kosmiczne jest czymś o niebo bardziej złożonym, niż pierwotnie sądzono. Okazuje się, że oprócz cząstek elementarnych, w jego skład wchodzi również całe spektrum zjonizowanych pierwiastków o średniej masie atomowej.

– No dobra, ale w czym problem?

– Zgodnie z obowiązującą dotychczas teorią, wiązki cząstek rozpędzonych do energii miliony razy większych, niż możemy uzyskać w naszych największych akceleratorach zderzając się z atmosferą przekształcają się w kaskadowe strumienie energii, dosięgające powierzchni Ziemi. Dotąd przyjmowaliśmy, że to one odpowiadają za wyładowania elektryczne podczas burz.

– A teraz co, okazuje się, że jednak nie?

– To właśnie próbujemy ustalić. Najnowsze wyniki badań uzyskane za pomocą różnego typu detektorów postawiły tę teorię pod znakiem zapytania. Dlatego potrzebujemy dodatkowych pomiarów na ekstremalnych głębokościach, w otchłani Rowu Kajmańskiego. Tylko w taki sposób mamy szansę wyeliminować przypadkowe oddziaływania i potwierdzić zbieżność wyników doświadczalnych z numerycznym modelem widma promieniowania kosmicznego.

– To brzmi jak jakieś cholernie skomplikowane obliczenia. Będziesz się sama z tym męczyć?

– Kiedy uzyskamy wyniki pomiarów, poddamy je zaawansowanej analizie porównawczej z modelami matematycznymi opracowanymi przez Uniwersytet Chicagowski. Po prostu wyślemy im cały ten plik danych przez platformę internetową.

– I czego się po tym spodziewasz?

– Nie mam pojęcia, co ostatecznie nam wyjdzie ale tylko w ten sposób można albo dostarczyć ostatecznych dowodów na słuszność przyjętej hipotezy, albo będzie trzeba posłać całą robotę do kosza.

– I wtedy co, nici z twojego doktoratu?

– No właśnie…

Dostarczeniem kapsuły zawierającej niezwykle czułe detektory promieniowania kosmicznego na głębokość sześciu kilometrów miał zająć się autonomiczny brytyjski podwodny robot Autosub6000, w pokładowym slangu nazywany „bananem”. Zgodnie z planem dwie godziny po zachodzie słońca statek zatrzymał się nad siedmiokilometrową głębią Bartlett, a załoga użyła pokładowego żurawika i zwodowała batyskaf. Oprócz detektorów promieniowania wyposażono go w echosondy o wysokiej rozdzielczości oraz system kamer CCTV. Podwodny bezzałogowy wehikuł pokryty jaskrawożółtym lakierem miał pięć i pół metra długości i niespełna dwie tony wyporności. Jak informowała wielostronicowa instrukcja, znakomicie radził sobie w głębinach bez ingerencji człowieka, korzystając z wyrafinowanego systemu unikania kolizji. Agnieszka zaprogramowała już wcześniej całą sekwencję zejścia na maksymalną głębokość roboczą, dokonania pomiarów i powrotu całej aparatury na powierzchnię. Średnia prędkość zanurzenia robota wynosiła osiem i pół minuty na kilometr, co znaczyło, że zadaną głębokość zanurzenia powinien osiągnąć po niespełna godzinie. Pomiary promieniowania miały zająć trzy godziny a kolejną godzinę powrót urządzenia na powierzchnię. Ponieważ sygnał GPS zanika na głębokości poniżej dwustu metrów liczono się z tym, że robot, który mógł napotkać podwodne prądy znoszące wypłynie na powierzchnię w promieniu połowy mili morskiej od pozycji Tridenta. O dwudziestej pierwszej z minutami batyskaf zniknął w głębinie. Pomimo, że kontakt się urwał i należało tylko cierpliwie czekać na jego powrót, nikt na pokładzie nie kwapił się do spania. Steve Brown pomimo, że o północy zakończył wachtę i przekazał stery pierwszemu oficerowi pozostał na pokładzie. Cieszył się towarzystwem naukowców, a zwłaszcza dwóch atrakcyjnych młodych dziewczyn, którym zawsze można było trochę zaimponować. Kapitan zniknął na kilka chwil w swojej kajucie po czym powrócił z butelką dwunastoletniej whisky Chivas Regal i zestawem metalowych kubeczków w skórzanym etui.

– Słyszałem, że ktoś nam się tu dzisiaj postarzał? – Brown puścił oko do Agnieszki.

– Że też muszą panu wszystko zaraz wypaplać!

– Ale chyba jesteś już pełnoletnia, kochanie?

– Bez obaw, kapitanie. Skończyłam właśnie dwadzieścia osiem!

– Piękny wiek… – zadumał się kapitan. – Kiedy miałem tyle lat co ty, aniołku, służyłem na USSBaton Rouge. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym drugim wykonywaliśmy ściśle tajną misję nasłuchu korespondencji radiowej na wodach Morza Barentsa, na północ od Rosji w pobliżu wyspy Kildin, kiedy to niby przypadkiem wpieprzył się w nas sowiecki okręt „Kostroma”. Ale te Kacapy zrobili to specjalnie!

Kapitan ustawił rządek metalowych kubeczków na górnym kole kabestanu i z uwagą zaczął rozlewać szlachetny trunek.

– Niemożliwe, mogli przecież sami zatonąć po czymś takim! – Zaoponowała Sara.

– Nic z tych rzeczy, dziecino! – Roześmiał się kapitan. – Ci Ruscy dorwali się wtedy do jakichś większych złóż tytanu na Syberii i zaczęli używać go do budowy kadłubów swoich okrętów wojennych. To my wialiśmy stamtąd z podwiniętym ogonem! Nasza łajba wymagała kapitalnego remontu, a ten Rusek to nawet lakieru dobrze sobie nie porysował!

– Jak głęboko mogliście schodzić tym waszym Baton Rouge?– Spytała Agnieszka.

– Na pewno nie tak głęboko, jak ten wasz wypożyczony od Angoli Yellow Submarine… Zazwyczaj dwieście, czasem trzysta metrów. Potem robi się już dość nieprzyjemnie. Rekord świata wynosi pewnie około sześciuset metrów, ale z pewnością żadna, nawet taka tytanowa ruska łódź podwodna nie przekroczy kilometra zanurzenia… Wypijmy lepiej za twoje zdrowie, Agnes!

Londyn, 90 St. Charles Square 51°30’50”N, 0°11’55’6”EMieszkanie Briana Thomsona, czynnego agenta MI6Poniedziałek, 28 czerwca 2021, godzina 21.32 czasu UTC

W odróżnieniu od większości kolegów z Centrali ds. Komunikacji Rządowej, Brian Thomson niespecjalnie przepadał za piłką nożną. Tradycją wydziału stały się regularne wizyty w sobotnie popołudnia w pubie White Swan na Vauxhall Bridge Road, połączone ze wspólnym oglądaniem meczów piłki nożnej, najchętniej brytyjskiej Premier League, na kanale Sky Sports. Część chłopaków gorąco kibicowała drużynie Arsenal, część raczej Chelsea, ale zamiłowanie do zimnego piwa Green King ostatecznie godziło wszystkich. Brian towarzyszył im, ale bez entuzjazmu. Był za to zagorzałym fanem wyścigów Formuły Pierwszej. Starał się nie opuścić żadnej transmisji na żywo, chociaż nieraz kolidowało to z jego pracą. Wówczas zawczasu programował nagrywarkę i do chwili obejrzenia zarejestrowanej relacji starał się nie poznać wyników wyścigu, aby nie zepsuć sobie zabawy. Jak wielu Brytyjczyków, jego również przepełniały dumą wieloletnie sukcesy Lee Hammonda, którego dominacja wsparta imponującą machiną techniki najstarszej marki samochodowej świata do niedawna nie budziła najmniejszych wątpliwości. Podczas majowego wyścigu F1 w Monte Carlo wydarzyło się jednak coś, co nie dawało mu spokoju. Nie dość, że jego ulubiony kierowca uległ poważnemu wypadkowi, to jeszcze dwa czołowe miejsca w stawce zajęły bolidy stajni Bharat Power, dotychczas uznawanej za typowy plankton Formuły Pierwszej, zawodników trzeciego planu, z definicji skazanych na porażkę w konfrontacji już nie tylko z pierwszoligowymi zespołami Mercedesa, Ferrari i Red Bulla, ale także z okupującymi zazwyczaj środek tabeli McLarren’em, Alfą Romeo i Alpine. Pikanterii całej sprawie dodawało jeszcze i to, że właścicielem Bharat Power był delikatnie mówiąc kontrowersyjny przedsiębiorca pochodzenia indyjskiego, prawomocnie skazany we własnym kraju za grube malwersacje finansowe. Od pewnego czasu krążyły plotki, że jego pokaźny majątek ma wyjątkowo niejasne pochodzenie, ale oczywistych dowodów na to wciąż brakowało. Biznesmen staranie unikał wszelkich kontaktów nie tylko z wymiarem sprawiedliwości, ale także z dziennikarzami. Dlatego prawdziwą sensacją wieczoru miał być zapowiadany na 21.30 wywiad z Varunem Mandal na kanale Eleven Sports nagrany w Rangunie, osobiście przez szefa ośrodka telewizyjnego w Myanmar. Thomson otworzył puszkę piwa i usiadł przed ekranem sześćdziesięciopięciocalowego telewizora Sharp. Po nieco przedłużonym bloku reklamowym na ekranie pojawił się Clive Eastwood, dyrektor birmańskiego oddziału Eleven Sports.

– Na dzisiejszy wieczór przygotowaliśmy dla naszych widzów wyjątkowy materiał – zaczął reporter – udało się nam uzyskać ekskluzywny wywiad z postacią, o której zrobiło się ostatnio bardzo głośno, tak w środowisku kibiców Formuły Pierwszej, jak i naturalnie pośród samych jej uczestników. Mam tu oczywiście na myśli pana Varuna Mandal, właściciela Bharat Power, zespołu, który sporo ostatnio namieszał w tabeli tegorocznego sezonu. Pan Mandal zgodził się odpowiedzieć na kilka pytań. Ponieważ jednak nasz rozmówca niezwykle starannie dba o ochronę swojej prywatności, postawił nam pewne warunki. Dlatego nie zobaczycie dziś państwo jego twarzy, a jedynie sylwetkę na tle okna, natomiast jego głos został elektronicznie zniekształcony. Przed wyemitowaniem tego materiału musieliśmy skasować oryginalny zapis tej rozmowy.

Na ekranie ukazał się widok wnętrza apartamentu w pięciogwiazdkowym hotelu Yangon Excelsior w Rangunie. Zachodzące słońce zza okna oświetlało pokój w taki sposób, że sylwetka mężczyzny w turbanie, usadowionego w fotelu obróconym plecami do kamery była jedynie ciemnym konturem. Głos Eastwooda dobiegał spoza ekranu. Najwyraźniej w apartamencie przebywali w tym momencie tylko on i jego rozmówca.

– Dobry wieczór panie Mandal!

– Wyjaśnijmy sobie na wstępie pewne sprawy, panie Eastwood – odpowiedział Hindus – po pierwsze zgodziłem się na ten wywiad w drodze absolutnego wyjątku, a i to tylko dlatego, że mam parę ważnych wiadomości do przekazania i to bynajmniej nie tylko fanom F1, ale całej społeczności międzynarodowej. Poza tym, gdyby pan nie wiedział, jestem Maharadżą, więc będzie się pan do mnie zwracać: „wasza wysokość”. Raz lub co najwyżej dwa razy podczas tego wywiadu może pan mnie również zatytułować „ekscelencją”. Jeśli natomiast użyje pan w pytaniu innych tytułów, nie będę w ogóle na nie odpowiadać. Czy to jasne? Mam niewiele czasu i dużo pracy, więc daję panu dwadzieścia minut. Proszę zadać pierwsze pytanie!

– Cały świat motosportu, a zwłaszcza Formuły Pierwszej jest zaszokowany sukcesami pańskiej ekipy podczas wyścigów w Monako, Azerbejdżanie i w Kanadzie. Jak tego dokonaliście? Wiem, że niczego nieregulaminowego w waszych samochodach nie wykryto, ale sam pan przyzna, że trochę to dziwne?

Dziesięciosekundowa cisza.

– Traci pan czas panie Eastwood. To, że traci pan własny, to pański problem, ale marnuje pan również mój cenny czas. Czy nie powiedziałem panu, jak ma się pan do mnie zwracać?

– Przepraszam, to się już więcej nie powtórzy… Ekscelencjo, ale proszę mi zdradzić, jak dokonaliście tych cudów w Monte Carlo, Baku i Montrealu?

– Już chyba najwyższy czas panie Eastwood, abyście zaczęli się przyzwyczajać, że to nie wy, tylko my jesteśmy najlepszymi inżynierami na świecie!

– Wasza wysokość, z całym szacunkiem, ale nie odpowiedział pan na moje pytanie!

– Odpowiedziałem. Jesteśmy najlepsi. W matematyce, fizyce oraz inżynierii, i tyle! Co jeszcze chciałby pan wiedzieć?

– Wasza wysokość przecież wie, że ten wywiad będą oglądały miliony telewidzów na całym świecie. Oni chcieliby wiedzieć, jaka przyszłość stoi przed Formułą Pierwszą.

– Myślę panie Eastwood, że to nie jest dobrze postawione pytanie. Właściwszym byłoby pytanie, jaka przyszłość czeka nasz świat. Chciałbym abyście wreszcie pojęli, że będzie ona zupełnie inna niż większość z was sobie to wyobraża!

– Co wasza wysokość ma przez to na myśli?

– No proszę, powoli uczy się pan, jak należy się zwracać do osób z wyższych sfer. Więc odpowiem panu. Wy w tym waszym zachodnim świecie kompletnie się już pogubiliście! Zburzyliście hierarchię, czyli odwieczny porządek społeczny! Sam nieraz byłem świadkiem, jak w którejś z waszych fabryk zwykły robotnik zatrudniony na co dzień przy maszynie potrafił bezczelnie i bez szacunku zwracać się do swojego przełożonego, dyrektora, ba! Nawet do prezesa zarządu koncernu! Zupełnie, jak gdyby byli sobie równi, a przecież nie są! W gruncie rzeczy, to jesteście wielkimi hipokrytami. Udajecie, że społeczeństwo składa się z jednostek, które osiągnęły ten sam poziom rozwoju i mają w związku z tym takie same prawa, a to jest przecież kompletna bzdura!

– Co wasza wysokość chce nam przez to powiedzieć?

– Chcę aby dotarło do was, że wasz czas już się skończył! Cały ten incydent w dziejach ludzkości, to nieporozumienie, jakim była przejściowa dominacja białej rasy i tak zwanego „amerykańskiego stylu życia” to już na szczęście historia.

– Czyli twierdzi ekscelencja, że wasze zwycięstwo Formule Pierwszej ma wymiar symboliczny?

– Oczywiście, ale to dopiero początek wielkiego projektu. Początek budowy nowego porządku świata. Jedynego możliwego, gdyż opartego o dziejową prawdę.

– Rozumiem, wasza wysokość…

– Niczego pan nie rozumie panie Eastwood, ale wcale się temu nie dziwię, gdyż wy z zasady niczego nie rozumiecie! Żyjecie wyłącznie iluzjami. Ale proszę mi wierzyć, że już niedługo sprawimy, że zaczniecie w końcu coś pojmować… Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?

– W tej sytuacji już chyba nie… wasza wysokość …

– W takim razie ja powiem panu jeszcze kilka słów na koniec. Już wkrótce udowodnimy światu o wiele jaśniej i jeszcze o wiele dobitniej, kim naprawdę jesteśmy. W rzeczywistości to nie odkrywam tu niczego nowego. Po prostu, po latach błędów i upokorzeń wracamy do najwspanialszych kart naszej wielkiej historii. Do czasów, kiedy to my stanowiliśmy jądro cywilizacji, sól tego świata. To wszystko zostało dokładnie opisane w naszych narodowych eposach, Mahabharacie, Bhagawadgiciei Ramajanie, panie Eastwood, których wy z powodu waszej ignorancji i lenistwa umysłowego nie znacie. Tymczasem my już wkrótce zadziwimy świat osiągnięciami, o jakich nie macie nawet pojęcia, ponieważ dawno temu zatrzymaliście się w rozwoju, a potem podążyliście fałszywą drogą!

„Jasna pogoda” – pomyślał Thomson – „a to co znowu za model? Mimo wszystko, warto byłoby mu się bliżej przyjrzeć… Chyba o tej godzinie mogę jeszcze zadzwonić do Goeffrey’a Stuarta?”

Morze Karaibskie rejon głębi Bartlett; 19°12’N, 80°15’WR/V Trident, statek badawczy Uniwersytetu GalvestonŚroda, 7 lipca 2021, godzina 04.10 czasu EST

Zaimprowizowana przez kapitana impreza urodzinowa zakończyła się – wraz z butelką szkockiej – krótko przed godziną drugą. Oprócz trzymającego wachtę na mostku pierwszego oficera, wszyscy poznikali w swoich kajutach. Agnieszka z trzecim już tej nocy kubkiem kawy w ręku uważnie śledziła ekran laptopa. Zrobiło się nieco chłodniej, więc wciągnęła na siebie białą bluzę z wiśniowym logo, negatyw uniwersyteckiego t-shirta. Na ciemnoniebieskim tle wirtualnej mapy morskiej jasnozielony pulsujący punkcik wyznaczał aktualną pozycję Tridenta. Drugi, żółty wskazujący dokładną pozycję batyskafu powinien był pojawić się już ponad godzinę temu. Zgodnie ze stworzonym przez nią algorytmem, robot yellow submarine powinien był wypłynąć na powierzchnię około trzeciej nad ranem, na trzy godziny przed świtem. W tym momencie miał automatycznie nadać sygnał podając swoje współrzędne, umożliwiając w ten sposób zlokalizowanie go na morzu. W przewidywanym przedziale czasu nic takiego jednak nie nastąpiło.

„Ładna historia” – pomyślała – „jeśli przepadnie sprzęt warty miliony zielonych, to będzie niezła afera”.

Postanowiła na razie nie wszczynać alarmu, tylko zaczekać z tym do świtu. Okazało się, że intuicja jej nie zawiodła. Sygnał pojawił się o czwartej piętnaście. Tyle, że w odległości półtorej mili morskiej od statku. Agnieszka poczuła jak ciężki kamień spada jej z serca i tonie w otchłani tektonicznego rowu, nad którym wciąż się znajdowali. Utrata cennego batyskafu byłaby niewątpliwie źródłem pasma nieprzyjemności. Wzięła pod pachę laptopa i wdrapała się na mostek.

– Bonjour, Michael – przywitała pierwszego oficera. Pomimo niewyspania z miejsca wrócił jej dobry humor.

– Bonjourmademoiselle – odpowiedział Vonier – bonne anniversire!

– Merci, właśnie dostałam piękny prezent od losu!

– Co takiego?

– Bałam się już, że zgubiliśmy naszego banana, jednak na szczęście się znalazł. Zobacz tylko gdzie! Czy nie moglibyśmy podpłynąć do niego trochę bliżej? – spytała.

– OK, ale z wyciąganiem grata z wody poczekamy do świtu!

– Jasne, tylko nie chciałabym znów stracić z nim kontaktu. Zakładam, że ma jeszcze dosyć prądu w bateriach, chociaż tkwił pod wodą o dobrą godzinę dłużej, niż to było zaplanowane. Jak go wyciągniemy, to odczytam zapisy przyrządów i obejrzymy wideo. Może wtedy się dowiemy, gdzie się tak długo podziewał. Najważniejsze, że wrócił!

Słońce wstało dwie minuty po szóstej, a o siódmej ociekający słoną wodą batyskaf znalazł się na pokładzie Tridenta. Agnieszka po nieprzespanej nocy czuła piasek w oczach, ale postanowiła nie czekać ani chwili dłużej z odczytaniem danych z pomiarów. Nurtowało ją, do czego robot potrzebował dodatkowej godziny przed powrotem na powierzchnię.

„Czyżby natrafił na jakąś podwodną przeszkodę?”

Odpowiedzi udzieliły zarówno wykres przebiegu wynurzenia, jak i zapis z pokładowych kamer CCTV. To co zobaczyła było jednak tak niewiarygodne, że postanowiła zapytać o zdanie Steve’a Browna, który od szóstej ponownie objął wachtę na mostku.

– Kapitanie, proszę na to spojrzeć. Tutaj widać, co tak opóźniło powrót naszego banana. Co to może być pańskim zdaniem? – zapytała wskazując na ekran swojego przenośnego komputera, na którym widniała zatrzymana klatka filmu.

– A na jakiej głębokości to było? – spytał Brown.

– Jakieś… cztery i pół kilometra.

– To niemożliwe, musiałaś się pomylić!

– Nie, kapitanie, proszę spojrzeć na wykres wynurzenia. Od sześciu do pięciu kilometrów banan jechał, jak po szynach ale potem natrafił na to „coś” w drodze na powierzchnię. Potem kombinował, jakby to ominąć i znaleźć się jak najbliżej Tridenta. Zabrało mu to ponad godzinę.

– Nie ma takich rzeczy na świecie, Agnes! Wygląda na to, że to twoje „coś” miało ponad kilometr średnicy… Takie konstrukcje podwodne nie istnieją!

– Ale przecież sam pan widzi, że to nie jest żadne złudzenie optyczne, tylko całkiem wyraźne nagranie wideo! Przecież to „coś” ma od cholery świateł pozycyjnych!

– Widzę i własnym oczom nie wierzę, dziecino… A teraz coś ci powiem. Na razie nikomu więcej tego nie pokazuj. Kiedy zawiniemy do portu, wyślesz to nagranie do Waszyngtonu. Oczywiście tylko oryginalny dysk, żadnych maili! I niech ci nie przyjdzie do głowy robić z tego kopii. To mi wygląda na mocno śmierdzący temat…

* * *

Ochota na sen odeszła jej na dobre. Dla uspokojenia myśli postanowiła wstępnie przejrzeć wyniki pomiarów promieniowania kosmicznego. Podłączyła do laptopa zewnętrzny dysk wyjęty z batyskafu.

– „Przynajmniej tutaj nie powinno być niespodzianek” – pomyślała.

Jednak myliła się, i to bardzo.

Waszyngton, District Columbia, 38°53’52”N, 77°02’12”WPensylwania Avenue 1600 NW, Gabinet OwalnyCzwartek, 8 lipca 2021, godzina 11.22 czasu EST

Telefon IP Cisco sprawiający wrażenie intruza na bogato rzeźbionym zabytkowym biurku prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki wybrzęczał cichą melodyjkę Yankee Doodle. Ronald Gump podniósł wzrok znad szczotki artykułu edytorskiego, który miał ukazać się na pierwszej stronie jutrzejszego wydania Washington Post. Na pięciocalowym, kolorowym wyświetlaczu ukazała się otoczona burzą jasnych loków twarz oraz fragment dekoltu Jennifer Harlow, jego osobistej sekretarki, od dwóch lat oficjalnie zatrudnionej w Białym Domu po tym, jak jej poprzedniczkę, działaczkę rządzącej partii i byłą trenerkę fitnessu zwolniono dyscyplinarnie w atmosferze medialnego skandalu. Siedemdziesięcioletni prezydent był powszechnie znany ze swojej słabości do urodziwych młodych republikanek, dlatego decyzja o zaangażowaniu w najbliższym otoczeniu Gabinetu Owalnego byłej Miss Wisconsin nikogo szczególnie nie zaskoczyła. Prezydent odniósł wrażenie, że w jej jak zawsze stonowany, aksamitny tembr głosu wkradła się jakaś nuta niepokoju.

– Panie prezydencie, mam na linii Nigela Romero. Nalega na spotkanie z panem. Mówi, że to bardzo pilne.

– Mamy teraz na to czas, Jenny?

– Teoretycznie nie, panie prezydencie. Za niecałe dwadzieścia minut miał pan udzielić wywiadu Johnowi Gibsonowi z FOX TV i skomentować rozwój wypadków na Dalekim Wschodzie. Na trzynastą ma pan zaplanowany lunch z trzema sędziami Sądu Najwyższego, o który zabiegali od pół roku. O czternastej piętnaście przyjmuje pan delegację OPA2, a konkretnie ambasadorów Argentyny, Boliwii, Brazylii, Chile, Kostaryki i Peru w związku z sytuacją w Wenezueli, z kolei na szesnastą wyznaczył pan spotkanie z szefem United Steel Workers w sprawie strajku hutników w Pensylwanii, co może trochę potrwać. Wieczorem, wraz z pierwszą damą wydajecie państwo w Hiltonie kolację na cześć naszych weteranów z Iraku…

– Spytaj Nigela o co chodzi i ile czasu potrzebuje na tę rozmowę… Albo nie, najlepiej niech się tu od razu pokaże. Poinformuj Johna, że mamy niewielkie opóźnienie. Zaproponujcie mu jakąś przekąskę w międzyczasie.

Sekretarz Stanu Nigel Romero, sześćdziesięcioletni prawnik i były dyrektor CIA pojawił się w drzwiach Gabinetu Owalnego w przeciągu sześciu minut.

– Cześć Nige, gadaj co cię sprowadza – zaczął prezydent bez wstępów – mamy jak zwykle mało czasu.

– Wiem, ale John może chwilę zaczekać. Korona mu z głowy nie spadnie!

– Tak, a zaraz potem obsmaruje mnie na antenie i w tym swoim blogu, jak to niby my olewamy dziennikarzy!

– Od kiedy się tym przejmujesz? Twoi republikańscy wyborcy i tak cię kochają, a demokratów za cholerę nie przekonasz, więc o co ci chodzi? Poza tym, masz już tę swoją drugą kadencję, a na trzecią to i tak konstytucja ci nie pozwala. Dlatego miej to gdzieś!

– Wystarczy tego wykładu, mów krótko w czym rzecz!

– Rozumiem, że już znasz jutrzejszy editorial w Poście? – Sekretarz Stanu wskazał wzrokiem na plik zadrukowanych kartek na biurku głowy państwa.

– Byłem akurat w trakcie lektury, kiedy Jenny zadzwoniła z wiadomością, że chcesz mnie pilnie widzieć.

– Ile zdążyłeś przeczytać?

– Prawie wszystko, poza wnioskami końcowymi.

– To nie musisz już dalej się męczyć. Pozwól, że sam ci to przybliżę. Od tego mnie masz, Ron.

– Za dużo sobie pozwalasz, Nige. Pamiętaj, że zawsze jeszcze mogę cię kopnąć w…

– Nie zrobisz tego, panie prezydencie. W każdym razie teraz na pewno nie. No dobra, ale już bez żartów. Sytuacja zrobiła się nagle mocno nieciekawa. Do tej pory zakładaliśmy, że Chinole wyprzedzą nas nie wcześniej, niż za pięć lat. Nawet to wydawało się ostatnio mocno niepewne, skoro tobie udało się tak ładnie rozkręcić naszą gospodarkę a im, szczególnie po tej aferze z wirusem, słupki wzrostu poleciały mocno w dół.

– To o co chodzi?

– W tym całym rozgardiaszu przegapiliśmy Hindusów.

– A konkretnie?

– Po pierwsze, za rok ich gospodarka na tyle urośnie, że wyprzedzą Japonię i staną na pudle. Ale nie to jest najgorsze… Niestety wszystko wskazuje, że właśnie dogadują się z Czajnikami3.

– Niemożliwe, przecież od zawsze darli koty…

– Też tak do tej pory myślałem, Ron, ale okazuje się, że w obydwu tych krajach dochodzi teraz do głosu nowe pokolenie pragmatyków, którzy gdzieś mają wszelkie historyczne animozje! Chcą tylko patrzeć w przyszłość. I… zapanować nad światem!

– Żartujesz…

– No nie! Pani premier Indii od czterech dni siedzi w Pekinie. Już wiemy, że się dogadali a jutro w Wielkiej Hali Ludowej na placu Tian’anmen uroczyście podpiszą z przewodniczącym Lin Hongiem traktat o wieloletniej współpracy strategicznej.

– To jest pewne?

– Tak!

– No niech to szlag trafi…

Biuro Interpolu przy ONZ, 40°44′58″N73°58′5″WNowy Jork, One United Nations Plaza, DC1, Suite 2610Poniedziałek, 5 lipca 2021, godzina 14.18 czasu EST

Podróż do Nowego Jorku przebiegła bez niespodzianek. Poranny pociąg TGV z dworca Lyon Part Dieu pokonał prawie pięciusetkilometrowa trasę na międzynarodowe lotnisko Charles De Gaulle w Roissy pod Paryżem w niewiele ponad dwie godziny. O dziesiątej dwadzieścia Airbus A-380, największy samolot pasażerski świata w barwach Air France rozpędził się, jakby od niechcenia, do ponad trzystu kilometrów na godzinę i prawie niezauważalnie odkleił od pasa startowego, aby po ośmiu godzinach spokojnego lotu łagodnie osiąść na betonowej nawierzchni pasa 31 na lotnisku imienia Johna F. Kennedy’ego w nowojorskiej dzielnicy Queens. Hybrydowa Toyota Camry w przepisowo żółtym kolorze, prowadzona przez gadatliwego hinduskiego taksówkarza w niecałą godzinę dotarła na Manhattan. Nieoceniona Caroline zarezerwowała Goeffreyowi na dwie doby pokój w Hiltonie. Tym samym, w którym Interpol wynajmował swoje nowojorskie biuro. Trzydzieści pięć minut pozostające do spotkania z Alanem Nortonem akurat wystarczyło Stuartowi aby zameldować się w hotelu, wziąć prysznic, ogolić się i przebrać w świeżą koszulę. Przed wyjściem na spotkanie zdążył jeszcze rzucić okiem na spektakularny widok za oknem. Hiltona wybudowano na narożniku Pierwszej Alei i Czterdziestej Czwartej Ulicy, dokładnie naprzeciw kompleksu gmachów ONZ, wzniesionych przed siedemdziesięciu laty nad samym brzegiem East River, nie będącej tak naprawdę żadną rzeką, tylko wąskim morskim przesmykiem, oddzielającym Long Island od Manhattanu. W drugiej połowie lat czterdziestych dwudziestego wieku, kiedy na gruzach Ligi Narodów i wśród wojennych zgliszcz zawiązano Organizację Narodów Zjednoczonych, snuto projekty nowej stolicy świata, idealnego miasta stworzonego od podstaw. Romantyczna idea nie wytrzymała zderzenia z rzeczywistością. Młoda organizacja musiała szybko zejść na ziemię i przystosować swoje ambitne plany do realiów powojennego świata. Ostatecznie postanowiono wznieść gmach ONZ na skrawku wolnej ziemi należącym do magnackiej rodziny Rockefellerów, położonym na wschodnim brzegu Manhattanu. ONZ postanowiła zlecić projektowanie swojej głównej siedziby międzynarodowemu zespołowi architektów należących do światowej elity. Osobowości wybitnych, ale z natury nieskłonnych do kompromisów. Od pierwszych dni na pracy zespołu cieniem położył się otwarty konflikt pomiędzy Le Corbusierem i Oscarem Niemeyerem, dwoma gigantami architektury. Le Corbusier próbował za wszelką cenę przeforsować swój pomysł. Zaapelował do młodszego kolegi, aby ten zrezygnował z prezentacji swojej koncepcji, w zamian proponując współpracę przy rozwijaniu własnej. Niemeyer odmówił i był bliski odejścia z zespołu. Dopiero po wielokrotnych naciskach zgodził się przedstawić komisji własny projekt. I to właśnie jego pomysł zatwierdzono! Po latach projekt Oskara Niemeyera z charakterystycznym, niewysokim budynkiem Sali Zgromadzenia Ogólnego oraz smukłą żyletką budynku Sekretariatu wpisał się trwale na listę ikon Nowego Jorku obok takich arcydzieł, jak Empire State Building czy muzeum Guggenheima autorstwa Franka Loyda Wrighta.

Alan Norton pojawił się w drzwiach apartamentu 2610, służącego za biuro stałego przedstawiciela Interpolu przy ONZ punktualnie o czternastej. Czterdziestodwuletni, ciemnowłosy agent NSA miał na sobie idealnie dopasowany ciemny garnitur od Brooks Brothers, perfekcyjnie wyprasowaną białą koszulę, ciemnoszary krawat w prążek i klasyczne angielskie buty Crockett & Jones’. Pod pachą dzierżył płaską, czarną aktówkę.

– „Naoglądał się skubaniec filmów o kosmitach” – pomyślał Goeffrey – „brakuje mu tylko ciemnych okularów… na kim on kurna chce zrobić wrażenie?” – Cześć Alan, dziękuję za możliwość spotkania!

– You are welcome. Cieszę się, że dotarłeś Jeff. Lot bez problemów?

– Najmniejszych.

– I co, nie cierpisz na jet-lag?

– Na razie jestem OK, dzięki. Trochę długi dzień. Pojutrze wracam do Europy, więc może nie zdążę się jeszcze do końca przestawić na wasz czas. Masz ochotę na kawę?

– Nie, dziękuję, ale poproszę szklankę wody.

– Spodziewasz się dłuższej rozmowy?

– Zobaczymy. Przyniosłem ci kilka materiałów na temat naszego hinduskiego przyjaciela. Tyle, ile było mi wolno skopiować.

– A co z resztą?

– Reszta jest zastrzeżona przez nasz Departament Obrony.

– Obejrzę je sobie i poczytam później, jeśli pozwolisz. Na razie chciałbym usłyszeć, co ty masz mi do powiedzenia na jego temat… Wiesz co, daj mi minutę. Chyba jednak napiję się kawy, bo zaczyna mnie morzyć… Jestem na nogach od czwartej naszego czasu, w sumie to już dwadzieścia osiem godzin, a w samolocie z zasady nigdy nie sypiam.

– Obiecuję ci, że zaraz przejdzie ci wszelka ochota na sen!

– Więc kim jest pan Varun Mandal?

– Jak wpadłeś na jego ślad? O ile wiem, do tej pory trzymał się raczej z dala od kontynentalnej Europy?

– W gruncie rzeczy trochę przez przypadek. Mój dobry kumpel z poprzedniej roboty, Brian Thomson jest wielkim fanem Formuły. Strasznie teraz przeżywa, że jego ukochany Hammond nie dość, że zaliczył ścianę w Monte Carlo, to potem jeszcze Mercedes dwa razy pod rząd oberwał po tyłku od chłopców z Bharat Power. W zeszłym tygodniu Brian obejrzał na dodatek wywiad telewizyjny z właścicielem tej stajni, czyli właśnie panem Mandalem. Ten pajac miał podobno oświadczyć, że wkrótce czeka nas ogólnoświatowy przewrót i tryumfalny powrót cywilizacji hinduskiej na piedestał. Mój kumpel zazwyczaj nie miewa skłonności do panikarstwa, ale kiedy zadzwonił do mnie tydzień temu, był tym autentycznie poruszony. Swoją drogą, to nie rozumiem jak FIA pozwala mu nadal wystawiać zespół w Formule…

– Po pierwsze, oficjalnie on sprzedał tę stajnię jednemu ze swoich słupów, chociaż każde dziecko wie, że to lipa. Po drugie, czy ogarniasz, jak im po tej aferze w Monte Carlo skoczyła oglądalność F1? Biznes bracie, to biznes! Czy to już wszystko, co o nim wiesz?

– No nie, potem sam zacząłem trochę buszować po naszych archiwach…

– I do czego się dokopałeś?

– W sumie do niczego szczególnego. Kilka raportów, głownie z MI6, na temat działalności naszego chłoptasia. Wiadomo, że ma co najmniej kilka firm zarejestrowanych na słupy i rozrzuconych po całym świecie. Zazwyczaj w rajach podatkowych lub takich miejscach, które nie uznają ekstradycji. We własnym kraju jest od dawna spalony, ma na karku kilka wyroków odsiadki i parę listów gończych, ale jakoś nikt do tej pory nie potrafił go skutecznie zlokalizować…

– Nie potrafił, albo nie chciał, Jeff.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Poczytasz sobie… potem. Powiem ci tylko tyle, że ten gość ma nieprawdopodobny łeb. Jego biznesy to głównie super nowoczesne laboratoria branży IT. Produkują niewiarygodnie zaawansowaną elektronikę. Taką, jakiej raczej nie kupisz w supermarkecie. Dlatego nalegałem, abyśmy nie gadali na jego temat przez telefon. Oni potrafią zhakować każdą, nawet teoretycznie najbezpieczniejszą linię!

– To może trzeba mu pozabierać te jego zabawki?

– Obawiam się, że to nie takie proste,. Poza tym, sukinsyn ma za plecami cholernie wpływowych opiekunów.

– U was też?

– Oficjalnie, to oczywiście nie. Ale trudno nie odnieść wrażenia, że kiedy tylko próbujemy się do niego dobrać, jakaś niewidoczna ciemna siła miesza nam szyki i ciągnie do tyłu.

– Bez żartów, Alan, chyba nie wierzysz w woo-doo i inne takie brednie?

– Bardzo chciałbym w to nie wierzyć, Jeff. Ale już kilka razy poparzyliśmy sobie łapy… I jeszcze jedno!

– Co?

– Uważam że skoro już tu jesteś, powinieneś się spotkać z panią Osman.

– A to kto znowu?

– Doktor Maryam Delima Osman?Była szefowa UNOOSA, Biura do spraw Przestrzeni Kosmicznej.

– Tego, które mieści się w Wiedniu?

– Tak. Ona jest teraz w Nowym Jorku. Spróbuj się umówić na spotkanie, może cię jutro przyjmie, zwłaszcza jeśli jej powiesz, w jakiej sprawie przychodzisz.

– A co ona ma wspólnego z Mandalem?

– Teoretycznie nic, ale Maryam jest cichym pełnomocnikiem ONZ do spraw kontaktów z pozaziemskimi cywilizacjami.

– Że co, przepraszam?

– Słyszałeś. Jest poza tym naprawdę wybitnym astrofizykiem. Dlatego wybrali ją do tej roboty.

– Alan, czy chcesz przez to powiedzieć, że Mandal utrzymuje kontakty z kosmitami?

– A słyszałeś o grupie Brandenburger?

3200 Mount Vernon Hwy, Virginia 38°42’29”N, 77°05’10”WHistoryczna siedziba Georga WashingtonaŚroda, 16 lutego 1955, godzina 18.30 czasu EST

Sekretne spotkanie pięciu mężczyzn dobiegło końca.

– Rad jestem – podsumował prezydent – że osiągnęliśmy pełną zgodność, co do dalszych kroków w sprawie, odnośnie której panów tutaj dzisiaj zaprosiłem. Proszę przystąpić niezwłocznie do realizacji projektu „White Raven”. Panie generale Le May, jest pan za niego osobiście odpowiedzialny i ma pan całkowicie wolną rękę. A teraz dziękuję panom za spotkanie!

Eisenhower odsunął swój fotel od stołu i wstał. To samo zrobili pozostali, admirał Richard Byrd, dowódca sił lotniczych generał Curtis LeMay, dyrektor CIA, Allen W. Dulles oraz szef FBI, John Edgar Hoover.

– Ed, zostań proszę jeszcze chwilę, chciałbym zamienić z tobą kilka zdań. Panów to już nie dotyczy.

Prezydent spojrzał wymownie na pozostałych. Kiedy wyszli z budynku kierując się ku swoim limuzynom oczekującym na żwirowym podjeździe, Eisenhower pokiwał im zza okna na znak pożegnania, a potem zwrócił się do szefa FBI.

– Usiądź proszę i powiedz mi, jak wyglądamy z operacją „Sunny Beach”.

– Wszystko gotowe, tak jak kazałeś, Ike.

Jutro wszystkie media w Waszyngtonie ogłoszą, że przebywasz na krótkich wakacjach w Południowej Kalifornii. Z oczywistych względów bezpieczeństwa Biały Dom nie poinformuje gdzie konkretnie, a Kalifornia to w końcu wielki stan…

– Dobrze, wersję dla telewizji już mamy. A jak będzie naprawdę?

– Naprawdę, to za trzydzieści minut Air Force One, gotowy do startu będzie czekać na nas w bazie Andrews. Polecimy do Albuquerque w Nowym Meksyku. Mamy zarezerwowane na tę noc całe piętro hotelu u Conrada Hiltona. Jutro z rana udamy się do bazy Holloman koło White Sands. Z Albuquerque to już tylko żabi skok, niecałe dwieście mil. Baza Holloman leży na kompletnym zadupiu, więc żaden cywil nie będzie o niczym wiedział.

– Ile dokładnie mamy stąd do Nowego Meksyku?

– W linii prostej do Albuquerque jakieś tysiąc siedemset, ale żeby nie zwracać niepotrzebnie niczyjej uwagi, będziemy trzymać się regularnych korytarzy komunikacyjnych. Pewnie wyjdzie z tego jakieś dwa tysiące mil. Wystartujemy o ósmej wieczorem. Na miejscu będziemy koło drugiej w nocy naszego czasu. W New Mexico będzie dopiero północ. Spotkanie ma mieć miejsce jutro o jedenastej. Zdążysz się jeszcze porządnie wyspać. O ile naturalnie zdołasz zmrużyć oko, Ike…

* * *

Opancerzona limuzyna prezydencka Lincoln Cosmopolitan w niecałe trzydzieści minut pokonała dystans dzielący historyczną siedzibę Georga Washingtona w Virginii od bazy lotniczej Andrews leżącej w południowym Maryland. Kiedy samochód wtoczył się na płytę wojskowego lotniska, srebrny Lockheed Super Constellation, od niedawna nieformalnie nazywany w wewnętrznym kodzie Białego Domu „Air Force One”, rozgrzewał wszystkie cztery silniki. Zrobiło się nieprzyjemnie chłodno, a wschodni wiatr znad Atlantyku wywołał zamieć śnieżną i dodatkowo obniżył odczuwalną temperaturę o kilka stopni.

– Psiakrew, co za gówniana pogoda – westchnął Eisenhower podnosząc kołnierz płaszcza i przytrzymując na głowie kapelusz, kiedy wspinali się po chwiejnych schodkach na pokład maszyny.

– Za to wygląda, że w Nowym Meksyku będzie na odmianę całkiem gorąco. – odparł dyrektor FBI.

Darby Island, Archipelag Bahama, 23°51‘04.4“N 76°13‘41.1“WJedna ztajnych rezydencji Varuna MandalCzwartek, 8 lipca 2021, godzina 00.00 czasu EST

Przed kilkoma godzinami mikroskopijne lotnisko wyposażone w pojedynczą drogę startową przygotowano na przyjęcie spodziewanych gości. Przede wszystkim odsunięto na bok pokrytą zielskiem sieć maskującą, mającą za zadanie oszukać kamery satelitów tworząc wrażenie, że port lotniczy jest nieczynny. Krótko po zachodzie słońca zapłonęły światła wskazując drogę lądowania sześciu prywatnym odrzutowcom. W ciągu godziny plac parkingowy urządzony na końcu betonowego pasa zapełnił się. Przypominał teraz ekspozycję „long range private jets” na targach lotniczych. Dwie maszyny Grumann-Gulfstream, 550 i 650, trzysilnikowy Dessaud Falcon, dwie Cessny Citation w wersji Longitude i last but not least Bombardier Global 8000, prywatny odrzutowiec o najdłuższym zasięgu na świecie. Terenowe Range Rovery sprawnie dostarczyły pasażerów do zameczku, odległego o zaledwie kilkaset metrów.

Darby Island stanowi część archipelagu Exuma Cays na Bahamach składającego się z ponad trzystu wysp. Przez wiele lat wysepka była niesprzedawalna i pokutowała w ogłoszeniach na portalach nieruchomości. Jej cena wywoławcza falowała wraz z fluktuacjami na rynku nieruchomości, oscylując wokół czterdziestu milionów dolarów. Pośrednicy zachwalali jej turystyczny potencjał. Pięćset pięćdziesiąt cztery akry zupełnej prywatności, tajemniczy zamek, kilkanaście piaszczystych plaż oraz prawie kilometrowy pas startowy, jakkolwiek od wielu lat nieużywany. Nad tym skrawkiem karaibskiego raju najwidoczniej jednak zawisło widmo jego ponurej przeszłości. Bezpośrednio przed II wojną światową i w jej trakcie wyspa należała do brytyjskiego hotelarza, Sir Guy Baxtera otwarcie sympatyzującego z nazistami. W tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku Baxter pobudował na wyspie zamek, ponure gmaszysko o powierzchni ponad tysiąca metrów kwadratowych, okolone czterema basztami. Zlokalizowano go na wzgórzu, najwyższym punkcie wyspy. Miejscowa legenda głosi, że Baxter kolaborował z Hitlerem kierując przez radio u-botami grasującymi po zachodnim Atlantyku, w razie potrzeby udzielając im schronienia w przepastnych jaskiniach, jakie występują na wyspie. Podobno nadal można tam znaleźć ogromne betonowe pachołki przeznaczone do cumowania okrętów podwodnych. Powojenne losy Sir Baxtera nie są znane. Podobnie jak wiele u-botów, one także zatonęły w mrokach historii. W połowie roku dwa tysiące dwudziestego wyspa zniknęła z rynku. Mówiono, że nabył ją jakiś ekscentryczny miliarder, który ponad wszystko cenił sobie anonimowość.

* * *

Dwanaście zakapturzonych postaci w czarnych jak noc habitach utworzyło milczący krąg wokół marmurowego stołu przypominającego kościelny ołtarz. Twarze zasłonięte maskami imitującymi pyski drapieżników. W rękach zapalone pochodnie. Były to zresztą jedyne źródła światła rozpraszające mrok pomieszczenia, zajmującego lwią część przyziemia zamku. Dopiero głęboki, przejmujący ton gongu przerwał wielominutową ciszę oznajmiając nadejście północy. Na sygnał rozjarzyły się kinkiety umieszczone pod sklepieniem w narożniku sali wydobywając z ciemności spiralne marmurowe schody prowadzące na piętro. Z niewidocznych głośników popłynęły hipnotyzujące dźwięki fletu. Melodia była zarazem niezwykle prosta i dominująca tak, że z każdą nutą coraz mocniej pochłaniała świadomość obecnych. Pozornie kojąca, niosła zapowiedź jakiejś niewypowiedzianej grozy czającej się w mroku i rozwieszonej w wilgotnym powietrzu nasączonym korzennym aromatem kadzideł zmieszanym z dymem pochodni. Na szczycie schodów pojawiły się trzy postacie. Dwie męskie silnie podtrzymywały bezwładną trzecią, kobiecą. Obaj mężczyźni byli odziani w jednakowe, ciemnogranatowe habity. Tak, jak u pozostałych dwunastu, spiczaste kaptury okrywały im głowy. Twarz pierwszego zasłaniała maska przedstawiająca bengalskiego tygrysa, drugiego wizerunek szakala. Kobieta była bardzo młoda. Miała odkrytą twarz, bladą cerę i długie jasne włosy. Na oko mogła mieć siedemnaście, co najwyżej osiemnaście lat. Owinięta w pomarańczowe sari z trudem stąpała w dół schodów, podtrzymywana z obydwóch stron. Była odurzona, nieomal nieprzytomna. Kiedy sprowadzono ją ze schodów potoczyła po obecnych niewidzącym spojrzeniem. Potem rzuciła głową i zatoczyła się lekko, jak gdyby chciała uwolnić się z uścisku, ale „opiekunowie” przytrzymali ją mocno, unosząc ponad posadzkę. Załkała cicho i zaraz zamilkła. Elektryczne światło nad klatką schodową zgasło. W pomieszczeniu znów zapanował mrok, jeśli nie liczyć migotliwego blasku pochodni. Mężczyźni unieśli dziewczynę jeszcze wyżej i jak szmacianą lalkę rzucili na marmurowy blat stołu. W kręgu zebranych rozległ się cichy pomruk aprobaty. Wówczas wyższy z oprawców z twarzą zasłoniętą maską szakala wydobył spod habitu krótki, obosieczny katar i błyskawicznym cięciem rozpruł sari okrywające dziewczynę. Pomarańczowy jedwab spłynął na kamienny blat jak kościelny obrus odsłaniając nagie ciało. Zebrani wydali kolejny pomruk. Czterech zbliżyło się do stołu oburącz chwytając ofiarę za ręce i nogi. Piąty przytrzymał jej głowę jednocześnie zatykając usta. Mężczyzna w masce tygrysa uniósł w górę ręce i nienaturalnie podniesionym głosem począł recytować słowa mantry.

Kiedy wypowiedział je po raz siódmy, w narożniku sali przeciwległym do schodów nie wiadomo skąd pojawiło się coś, co z początku wyglądało jak kłąb szarego dymu prześwietlonego ciemnoniebieską poświatą. Za każdym kolejnym powtórzeniem mantry dym gęstniał przybierając coraz wyraźniejszy kształt postaci do połowy nagiej kobiety o czterech rękach. W jednej z nich dzierżyła sierpowaty miecz, w pozostałych trójząb, odciętą głowę oraz czaszkę. Dół postaci przesłaniała girlanda ludzkich głów. Na jej widok zebrani – jak ogarnięci transem – poczęli chórem powtarzać słowa mantry. Głośniej i głośniej. Nagle oprawca z twarzą szakala zatopił obusieczne ostrze w piersi ofiary. Fontanna krwi trysnęła wysoko plamiąc pomarańczowy jedwab czerwienią. Nieszczęsna szarpnęła się rozpaczliwie i wydała z siebie ostatni, stłumiony krzyk, ale nikt jej nie usłyszał.

Morze Karaibskie rejon głębi Bartlett; 19°12’N, 80°15’WR/V Trident, statek badawczy Uniwersytetu GalvestonŚroda, 7 lipca 2021, godzina 09.17 czasu EST

Statek wykonał zwrot przez bakburtę, ustawił się na kursie północno zachodnim i wolno ruszył w kierunku odległego o czterysta mil morskich półwyspu Jukatan. W drodze powrotnej mieli zaplanowany jeszcze tylko jeden postój na tankowanie w Cancun, a następnie powrót do portu macierzystego. Według prognozy meteo pogoda, która do tej pory była idealna, miała wkrótce ulec pogorszeniu. Od zachodu nadciągał niż, który wlókł za sobą ciężkie chmury burzowe. – „Znów dopadnie mnie ta cholerna migrena” – pomyślała Agnieszka. Miała od dziecka niskie ciśnienie i kiepsko znosiła wszelkie paroksyzmy aury. Postanowiła szybko przejrzeć plik z widmem promieniowania kosmicznego zarejestrowanym przez detektory w otchłani Rowu Kajmańskiego, a potem łyknąć tabletkę tylenolu i spróbować przespać spodziewany ból głowy. Ustawiła swojego laptopa na stole w suchym laboratorium, które było największym pomieszczeniem na pokładzie Tridenta. Chcąc wstępnie ocenić wyniki dokonanych pomiarów, uruchomiła aplikację AutoPROC, zaawansowany program naukowy udostępniony przez Instytut Laue-Langevin w Grenoble. AutoPROC zawierał w sobie cały zestaw wyrafinowanych narzędzi umożliwiających automatyzację przetwarzania danych, w tym analizy obrazów dyfrakcyjnych, określania dokładnych parametrów dla słabych oddziaływań, tworzenie wykresów natężeń i amplitud, analizę anomalnych sygnałów, badanie symetrii grup przestrzennych oraz wiele innych. Kiedy program wczytał się do pamięci RAM, ściągnęła plik danych z zewnętrznego dysku rejestratora promieniowania wydobytego z hermetycznej kapsuły batyskafu. Wpisała polecenie renderowania modelu graficznego widma i kliknęła klawisz „enter”. Teraz trzeba było tylko poczekać na wynik. Na ekranie laptopa pokazał się zielony pasek wykresu postępu: Przewidywany czas: osiem minut. Agnieszka poczuła, że zbiera się w niej ochota na papierosa, ale zamiast tego sięgnęła do kieszeni jeansów po antynikotynową gumę do żucia. Na dodatek, znów zaczęła ogarniać ją senność. Postanowiła zaparzyć sobie jeszcze jedną kawę.

– „Ale żadne tam amerykańskie siki z papierowego filtra, tylko prawdziwą, polską budowlankę”.

Kambuz znajdował się w sąsiednim pomieszczeniu. Postawiła na płycie indukcyjnej czajnik z odrobiną wody i zasypała dno kubka dwiema łyżeczkami brązowego proszku. Kiedy zawrzało, zalała kawę i po chwili, z parującym kubkiem w ręku wróciła do laboratorium. Program wykonał swoje zadanie. Na ekranie pojawiła się kolorowa, trójwymiarowa wizualizacja wykresu widma. Agnieszka usiadła z wrażenia.

– „A to co znowu za psikus?” – pomyślała – „niemożliwe, żeby to mogło TAK wyglądać!”

Wiedziała, że teraz już na pewno nie zaśnie.

UNOOSA, Biuro ds. Kosmicznych, 40°44′58″N73°58′5″WNowy Jork, 760 United Nations Plaza, (ONZ)Wtorek, 6 lipca 2021, godzina 11.03 czasu EST

– Dzień dobry, pani ambasador. Dziękuję, że zechciała mnie pani przyjąć tak szybko!

– Jest pan bardzo uprzejmy, młody człowieku, ale proszę nie przesadzać z tymi tytułami. Kiedyś faktycznie, kierowałam naszym biurem w Wiedniu, ale teraz jestem tylko skromną astrofizyczką, na krok przed emeryturą. Aktualnie nie mam nic do czynienia z dyplomacją…

Szczupła kobieta z przystojną twarzą o ciemnej karnacji podkreślonej aureolą krótkich, siwych włosów uśmiechnęła się z miną niewiniątka. Tylko iskierki w źrenicach jej dużych ciemnych oczu zdradzały, że nie jest do końca szczera.

– To może zacznijmy od początku, pani doktor.

– O, tak będzie zdecydowanie lepiej – uśmiechnęła się znowu.

– „W co ona gra” – pomyślał Goeffrey – nazywam się Jeff Stuart. Pracuję w centrali Interpolu w Lyonie. Do spotkania z panią namówił mnie mój amerykański kolega, Alan Norton. Kojarzy go pani?

– Chyba tak. Czy to przypadkiem nie ten gentleman, który stał za projektem „Wheeping Angel”? Musiałam przez niego w swoim czasie pozbyć się mojego ulubionego telefonu Samsunga… Więc co z nim?

– Alan jest agentem NSA. Trochę współpracujemy, jak się pani zapewne domyśla.

– O ile ich znam, to i tak Jankesi nigdy nie pokażą wam swoich najlepszych kart.

– Prawdopodobnie ma pani rację. Powołują się wówczas na bezpieczeństwo narodowe, Departament Obrony i inne takie…

– Stara śpiewka. Kto chce, niech w to wierzy. Ale mniejsza z tym, jakich konkretnie informacji pan poszukuje?

– Alan twierdzi, że może nam pani pomóc w rozpracowaniu niejakiego Varuna Mandal. Wzięliśmy go ostatnio na celownik…

– Ostatnio? To co, dopiero teraz się w tym panowie połapaliście?

– W czym, przepraszam?

– Że ktoś taki jak on może sobie spokojnie działać i grać na nosie wszystkim policjom świata.

– Nam raczej nikt na nosie nie gra. A jeśli nawet, to tylko do czasu.

– Próbuje mnie pan pocieszyć?

– Nie w tym rzecz. Facet nam podpadł i zamierzamy się mu bliżej przyjrzeć. Jeśli rzeczywiście łamie prawo międzynarodowe, wystawimy za nim list gończy na cały świat. Prędzej czy później wpadnie w nasze ręce i wyląduje przed obliczem sprawiedliwości. Być może nie działamy super szybko, ale jesteśmy skuteczni. Do bólu, pani doktor.

– W takim razie życzę panu i pańskim kolegom powodzenia w tej szlachetnej misji!

– Wyczuwam sarkazm.

– Oczywiście! Czy myśli pan, że pan pierwszy próbuje osaczyć tego zbrodniarza?

– Zbrodniarza? To może o czymś jeszcze nie wiem?

– Jeśli wątpi pan, że Varun Mandal jest odpowiedzialny za zbrodnie przeciwko ludzkości, to znaczy, że nie wie pan o nim właściwie nic.

– Dlatego właśnie jestem tu dzisiaj, aby się czegoś w końcu dowiedzieć.

– Powiem szczerze, nie wiem czy jest pan na to gotów. Wygląda mi pan na miłą osobę. A to wyjątkowo brudne i nieprzyjemne sprawy.

– Pozory czasem mylą, pani doktor. Mam za sobą dziesięć lat służby w MI6. To nie była zabawa dla grzecznych dziewczynek, proszę mi wierzyć!

– OK, być może źle to zaczęliśmy… Niech pan usiądzie trochę wygodniej, panie Stuart – rozumiem, że słyszał pan już o bractwie Brandenburger?

– Owszem, obiła mi się ta nazwa o uszy. Na świecie jest cała masa różnych dziwnych sekt i tajemnych stowarzyszeń. Większość z nich to tylko zabawki znudzonych życiem poszukiwaczy wrażeń.

– Nie w tym wypadku, panie Stuart. Zanim zacznę, musimy się jednak co do pewnej kwestii umówić.

– Jakiej mianowicie?

– Pomijam już sprawę dyskrecji. Zakładam, że jako były agent MI6 umie pan utrzymać buzię na kłódkę.

– To chyba jest oczywiste!

– Też tak myślę. Chodzi mi jednak o coś innego. Musi pan obiecać, że kiedy zakończymy tę rozmowę, to nie uzna mnie pan za wariatkę i wychodząc stąd nie wezwie od razu pogotowia psychiatrycznego.

– Nie wygląda mi pani na kogoś takiego, ale oczywiście, ma pani moje słowo skauta, że wszystko o czym tu rozmawiamy zostaje między nami. I niezależnie co mi pani opowie, nie uznam pani za osobę niestabilną mentalnie.

– Słowo skauta? To naprawdę piękne… Zacznijmy więc od tego, że nie jesteśmy tutaj sami.

– To znaczy?

– Nie mam na myśli tego pokoju, chociaż to też nie jest wcale takie pewne…

Nie jesteśmy sami, my ludzie, na naszej planecie. Od dawna towarzyszą nam…

– Obcy..?

– Oni wcale nie są dla nas takimi znowu obcymi, panie Stuart. To nasi dalecy kuzyni. Tyle, że znacznie od nas mądrzejsi. I znacznie potężniejsi.

– No dobrze, obiecałem zachować spokój… ale co ma z tym wspólnego to całe bractwo, jak mu tam?

– Brandenburger. Jego nazwa pochodzi od jednego z niemieckich krajów związkowych. Powstało w Poczdamie na początku lat trzydziestych. Wkrótce potem kanclerzem Niemiec został niejaki Adolf Hitler…

– A gdzie tu jest jakiś związek z kosmitami?

– Naziści nad wyraz interesowali się wszelkimi zjawiskami paranormalnymi. Powiem więcej. Mieli na tym punkcie kompletnego fioła. Na terenie Niemiec działało wówczas co najmniej kilka tajnych stowarzyszeń zajmujących się okultyzmem, ezoteryką i czarną magią. Thule Gesselschaft, Vril, Ahnenerbe… a to przecież tylko wierzchołek góry lodowej! W najwyższych władzach państwowych specjalistą od tego rodzaju spraw był Heinrich Himmler, prawa ręka wodza. W takich właśnie okolicznościach powstało towarzystwo Brandenburger. Najtajniejsze z tajnych.

– Ale na Boga, pani doktor! To było ponad dziewięćdziesiąt lat temu!

– Wtedy się to zaczęło i trwa do dzisiaj. To jeszcze nie wszystko. Niech mi pan proszę da skończyć.

– Oczywiście, już się nie wcinam…

– Wśród tych naszych dalekich kuzynów z kosmosu też są rozmaite stronnictwa. Niektórzy nam sprzyjają. Inni już niekoniecznie. Ci drudzy znajdują sobie na Ziemi sojuszników wśród ludzi gotowych im służyć, bez względu na cenę. I teraz już dochodzimy do osoby Varuna Mandal. Podaje się za potomka najwyższej hinduskiej kasty Kszatrija, do której należeli władcy Indii. Dlatego każe się tytułować maharadżą. Wiele jednak wskazuje, że to tylko jego kolejne oszustwo. Za to z całą pewnością jest od lat zamieszany w wyjątkowo szemrane interesy. Malwersacje finansowe i pranie brudnych pieniędzy na wielką skalę. Ale to jeszcze nic. Wszyscy, którzy zaczynali się nim bliżej interesować ginęli w tajemniczych okolicznościach, albo po prostu znikali jak kamfora.

– Są na to jakieś dowody?

– Całe mnóstwo poszlak i zero dowodów. Facet nieustannie zmienia miejsca pobytu i pozostaje nieuchwytny. Niektórzy uważają nawet, że Mandal zawarł pakt z siłami nieczystymi. Ja jestem przekonana, że raczej ma mocnych opiekunów, także wśród… naszych dalekich kuzynów.

– Mimo wszystko, spróbujemy go rozpracować i namierzyć.

– Bardzo bym tego sobie i naturalnie panu życzyła… Tam są jeszcze inne, znacznie gorsze sprawy… Rytualne zabójstwa dokonywane podczas obrzędów na część bogini Kali. A tak naprawdę, to prawdopodobnie chodzi po prostu o handel ludzkimi organami!

– Co jeszcze wiemy o tym towarzystwie?

– Nazywają siebie „Bractwem Czarnego Słońca”. Ich symbolem jest dwunastoramienna swastyka. Podobno święcie wierzą, że ich kolebką jest układ planetarny wygasłej gwiazdy w gwiazdozbiorze Oriona. Mandal twierdzi, że utrzymuje regularne kontakty z obcą cywilizacją. Rzekomo zamierza zrekonstruować statek kosmiczny Vimana, opisany w starohinduskich eposach. A w ogóle, to zapowiada rychłe nadejście epoki dominacji kultury i filozofii hinduistycznej nad światem…

– Owszem, słyszałem te jego wynurzenia. Opowiadał o tym w swoim słynnym wywiadzie telewizyjnym.

– Bardzo proszę, niech pan na siebie uważa, panie Stuart. Byłoby mi niezwykle przykro dowiedzieć się, że coś złego się panu przytrafiło. A o to naprawdę nietrudno, proszę mi wierzyć!

 

1 letnich domach na wsi

2Organizacja Państw Amerykańskich

3 Pogardliwie: Chińczykami