Pomnik w lesie - Paweł Chodera - ebook
NOWOŚĆ

Pomnik w lesie ebook

Paweł Chodera

0,0

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Jedno miejsce. Trzy zapomniane historie. I świadek, który nie wierzy w przypadki.

Antoni Grochowski wiedzie proste życie pracownika PRL-owskiej fabryki. Nie szuka kłopotów i nie interesuje się cudzymi sprawami. Wszystko zmienia przypadkowa rozmowa z Henrykiem Kurzydło, byłym funkcjonariuszem UB, o brutalnych porachunkach z czasów, gdy na Ziemiach Odzyskanych działały bezwzględne grupy przestępcze.

Wkrótce po tym spotkaniu Henryk ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.

Sprawą zajmują się organy ścigania, w tym doświadczony kapitan Władysław Kowal. Antoni niespodziewanie zostaje wtajemniczony w postępy dochodzenia i zaczyna łączyć fakty na swój sposób. Wszystkie tropy prowadzą do jednego miejsca: owianego tajemnicą pomnika w leśnictwie Wąsosz, przy którym przed laty znaleziono martwe ciało…

„Pomnik w lesie” to kryminał inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Mroczna historia prowadzi czytelników przez Ziemię Złotowską, Szczecin i Bydgoszcz – miejsca, gdzie przeszłość wciąż rzuca długi cień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W warsz­ta­cie kra­wiec­kim Jó­ze­fa Gro­chow­skie­go obok wiel­kie­go lu­stra sie­dział kie­row­nik miej­sco­wej szko­ły. Ow­szem, na co dzień ko­rzy­stał z usług kra­wiec­kich mi­strza, lecz tym ra­zem przy­szedł po­roz­ma­wiać z pa­nią Gro­chow­ską, prze­wod­ni­czą­cą ko­mi­te­tu ro­dzi­ciel­skie­go. Za trzy ty­go­dnie ko­niec roku szkol­ne­go, na­le­ża­ło usta­lić szcze­gó­ły uro­czy­ste­go ape­lu na za­koń­cze­nie.

Do ubie­głe­go roku kie­row­nik Ma­cia­szek nie był za­do­wo­lo­ny z pod­le­głej mu ka­dry. Naj­czę­ściej były to oso­by bez kwa­li­fi­ka­cji. Na szczę­ście osta­tecz­nie same zre­zy­gno­wa­ły z pra­cy w szkol­nic­twie. Ostat­ni rok jed­nak prze­rósł jego ocze­ki­wa­nia. In­spek­to­rat przy­dzie­lił mu dwóch mło­dych, zdol­nych, po­my­sło­wych i pra­co­wi­tych na­uczy­cie­li. Po­sta­no­wił na­ra­dzić się z Gro­chow­ską, jak oka­zać im wdzięcz­ność.

Ze­bra­nie koła go­spo­dyń wiej­skich, któ­re­mu Gro­chow­ska rów­nież prze­wod­ni­czy­ła, trwa­ło dłu­żej niż zwy­kle.

Ma­cia­szek cze­kał cier­pli­wie. Z na­tu­ry był czło­wie­kiem lu­bią­cym po­ga­wę­dzić. Wy­ko­rzy­stu­jąc chwi­lo­wą ci­szę, zwró­cił się do trze­ciej oso­by prze­by­wa­ją­cej w warsz­ta­cie.

– Wi­dzę, An­toś, że po­ma­gasz ojcu?

Za­gad­nię­ty An­to­ni, dwu­na­sto­let­ni syn kraw­ca, usu­wał, a ra­czej wy­cią­gał fa­stry­gi z uszy­tej ma­ry­nar­ki.

– Pa­nie kie­row­ni­ku – od­po­wie­dział – ja pra­cu­ję. W ten spo­sób za­ra­biam na kie­szon­ko­we. Od każ­dej sztu­ki tato pła­ci mi zło­tów­kę.

– Po­do­ba mi się ten spo­sób za­rob­ko­wa­nia. – Kie­row­nik nie krył po­dzi­wu.

– Pa­nie Ma­cia­szek, tak usta­li­li­śmy. Po­cho­dzę z wie­lo­dziet­nej ro­dzi­ny. Nie zna­li­śmy okre­śle­nia „kie­szon­ko­we” – wy­ja­śnił se­nior.

– Znam to, też po­cho­dzę ze wsi. Uro­dzi­łem się w Świę­tej. Lek­ko nie było…

An­toś wie­dział, że gdy roz­ma­wia­ją do­ro­śli, nie wol­no im prze­szka­dzać. Słu­chał jed­nak uważ­nie. Nic nie uszło jego uwa­dze, a pa­mięć miał świet­ną. Obo­jęt­nie czy po pol­sku, czy po nie­miec­ku, chło­nął wszyst­ko.

Było sie­dem lat po woj­nie, lecz w po­wie­cie zło­tow­skim na­dal sły­sza­ło się roz­mo­wy w ję­zy­ku nie­miec­kim. Rzad­ko, ale by­wa­ło.

W Świę­tej ku nie­za­do­wo­le­niu Ma­ciasz­ka garst­ka au­to­chto­nów po­cho­dze­nia nie­miec­kie­go mia­ła trud­no­ści z opa­no­wa­niem ję­zy­ka pol­skie­go. Byli to lu­dzie w po­de­szłym wie­ku, któ­rzy z róż­nych wzglę­dów nie opu­ści­li zie­mi zło­tow­skiej w 1945, naj­czę­ściej po­przez ko­li­ga­cje z Po­la­ka­mi.

Sie­dem lat to wy­star­cza­ją­cy okres na in­te­gra­cję. Osie­dleń­cy z Kre­sów Wschod­nich lub z cen­tral­nej Pol­ski opa­no­wa­li ję­zyk nie­miec­ki na tyle, że umie­li po­ro­zu­mieć się z nie­miec­ki­mi ostań­ca­mi.

Rdzen­ni miesz­kań­cy, au­to­chto­ni pol­skie­go po­cho­dze­nia, byli dwu­ję­zycz­ni. Po­mi­mo stu dwu­dzie­stu trzech lat za­bo­rów za­cho­wa­li ję­zyk oj­czy­sty. Może nie był to ję­zyk li­te­rac­ki, ale był pol­ski.

Ma­ciasz­ko­wi nie prze­szka­dza­ła prze­dłu­ża­ją­ca się nie­obec­ność Gro­chow­skiej. Lu­bił roz­ma­wiać, Jó­ze­fa Gro­chow­skie­go sza­no­wał, więc chęt­nie wdał się z nim w po­ga­węd­kę.

– Jó­ze­fie, na brak ro­bo­ty pew­nie nie na­rze­kasz. Gdy­by był kry­zys, nie za­trud­niał­byś cze­lad­ni­ka i ucznia.

– W Świę­tej jest nas trzech kraw­ców. Wszy­scy mamy peł­ne ręce ro­bo­ty. W są­sied­nich wio­skach aż po Łob­że­ni­cę nie mają szy­ją­cych maj­strów. Stąd taka sy­tu­acja – tłu­ma­czył spo­koj­nie. – Zresz­tą Świę­ta to duża wieś. Oprócz tego mam kil­ku klien­tów ze Zło­to­wa. Na ra­zie jest do­brze.

– Dla­cze­go na ra­zie?

– Mam w An­glii ku­zy­na, też kraw­ca. Za­nim osiadł na wy­spach, prze­wę­dro­wał z ge­ne­ra­łem An­der­sem ka­wał świa­ta. Jed­nak nie pra­cu­je w wy­uczo­nym za­wo­dzie, bo do skle­pów tra­fia­ją go­to­we wy­ro­by, i tak upa­da rze­mio­sło. Doj­dzie i ta za­ra­za do nas.

– Może masz ra­cję. – Ma­cia­szek za­my­ślił się. – Ale z two­ją gło­wą i ob­rot­no­ścią twej żony nie gro­zi wam bie­da. Masz oprócz tego ka­wa­łek zie­mi. Na wy­ży­wie­nie i utrzy­ma­nie in­wen­ta­rza star­czy.

– Nie­zu­peł­nie. Mamy wpraw­dzie krów­kę, i to do­brą. Łąkę, nie­ste­ty, mu­si­my dzier­ża­wić. Na ra­zie do­ga­du­je­my się z nad­le­śnic­twem. W tym roku za­war­li­śmy trzy­let­nią umo­wę. Po­nad pół hek­ta­ra do­brej łąki nad Ko­cu­nią. Już jest sko­szo­na. Ju­tro po po­łu­dniu po­je­dzie­my zgra­bić, a może jak po­go­da po­zwo­li, przy­go­tu­je­my do zwóz­ki.

– Nad Ko­cu­nią? Zna­czy… le­śni­czów­ka Wą­sosz.

– Zga­dza się, to nie­da­le­ko. Przed prze­pu­stem na rzecz­ce, przy tym wiel­kim dę­bie. To skrót do Po­dróż­nej. Na­sza łąka jest na pra­wo przed prze­pu­stem.

– Znam do­brze te te­re­ny, z szo­sy na Klesz­czy­nę…

– Tak. Nie skrę­cam w lewo, tyl­ko jadę da­lej pro­sto po­lną dro­gą w stro­nę lasu.

– Jó­ze­fie, słu­chaj uważ­nie. Wje­dziesz do lasu i po oko­ło stu me­trach za­trzy­masz się. Zej­dziesz z ro­we­ru, skrę­cisz w pra­wo w głąb lasu. Po oko­ło czter­dzie­stu me­trach znaj­dziesz po­mnik.

– Po co komu po­mnik w le­sie?

– To nie jest oka­za­ły po­stu­ment. Jest to be­to­no­wy, a może gra­ni­to­wy ka­mień, nie­co tyl­ko więk­szy od tego, któ­ry stoi przy two­im pło­cie.

– Ten ka­mień to hek­to­metr – wtrą­cił Jó­zef. – Dzię­ki nie­mu wiem, że do ka­pli­cy świę­te­go Ro­cha w Zło­to­wie mam czte­ry ki­lo­me­try i sześć­set me­trów. Punkt ze­ro­wy jest na skrzy­żo­wa­niu ulic Mic­kie­wi­cza, Sta­szi­ca i…

Gro­chow­ski zna­czą­co nie wy­mie­nił na­zwy jed­nej z ulic.

– Ro­zu­miem, też chciał­bym do­żyć cza­sów, w któ­rych znik­ną na­zwy ta­kich ulic. Wstyd dla mia­sta – ode­zwał się Ma­cia­szek.

An­toś słu­chał wni­kli­wie. Wie­dział, co miał na my­śli kie­row­nik. Uli­cę Sta­li­na.

Wie­dział rów­nież, że pan Ma­cia­szek musi mó­wić ina­czej, niż my­śli. Do­ty­czy to spraw na sty­ku z po­li­ty­ką. Z ro­dzi­ną Gro­chow­skich był zży­ty. Mógł mó­wić swo­bod­nie, bez oba­wy. Uwa­żać jed­nak na­le­ża­ło. Moż­na było z tego po­wo­du za­kosz­to­wać aresz­tu, po­dob­nie jak za słu­cha­nie Ra­dia Wol­na Eu­ro­pa.

– Jó­ze­fie, słu­chaj da­lej. Dla mnie ten po­mni­czek ma szcze­gól­ne zna­cze­nie. W roku ty­siąc osiem­set dzie­więć­dzie­sią­tym dru­gim w tym miej­scu zo­stał za­strze­lo­ny ga­jo­wy z le­śnic­twa Wą­sosz. Praw­do­po­dob­nie to nad­le­śnic­two za­fun­do­wa­ło ten po­mni­czek ku czci za­mor­do­wa­ne­go.

– Ni­g­dy o tym nie sły­sza­łem.

– Oj­ciec nie wspo­mi­nał o tym?

– Ja­koś nie.

– Nie będę wy­mie­niał na­zwisk, po sześć­dzie­się­ciu la­tach to nie­istot­ne. Waż­ne jest zda­rze­nie i jego skut­ki. Znam spra­wę z re­la­cji mego ojca – cią­gnął Ma­cia­szek. – Tato był nią szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wa­ny. Głów­ny, a wła­ści­wie je­dy­ny po­dej­rza­ny o za­bój­stwo był do­brym zna­jo­mym mo­je­go sta­rusz­ka. Gdy go aresz­to­wa­no, mia­łem trzy lat­ka. Z opo­wia­dań wiem, że czę­sto brał mnie na ko­la­na. Gdy miał in­te­re­sy w Świę­tej, wpa­dał do ojca na po­ga­węd­kę. Wnio­sku­ję, że to mo­gła być na­wet przy­jaźń. Miesz­kał przy szko­le w Wą­so­szu, był na­uczy­cie­lem.

– Nie do wia­ry. Na­uczy­ciel mor­der­cą?

– Spo­koj­nie. Głów­nym świad­kiem oskar­że­nia był są­siad. Nie lu­bił na­uczy­cie­la, mie­li na pień­ku. Tak mó­wi­ła cała wieś. Kie­dyś na­uczy­ciel przy­ła­pał go na drob­nej kra­dzie­ży. Wstyd na całą wio­skę i oko­li­cę. Re­wanż był do­tkli­wy.

– Sąd tego nie uwzględ­nił?

– Jó­ze­fie, my­ślisz jesz­cze ka­te­go­ria­mi przed­wo­jen­ny­mi. Zgo­da, w tam­tych cza­sach na­uczy­ciel wiej­ski był dru­gi po pro­bosz­czu. Nie to, co obec­nie. Cie­szył się po­sza­no­wa­niem wśród uczniów, ro­dzi­ców i władz. Jed­nak w są­dzie nie było sen­ty­men­tów. Tyl­ko fak­ty się li­czy­ły, a one nie­ste­ty prze­ma­wia­ły prze­ciw oskar­żo­ne­mu. Jego pa­sją było my­śli­stwo. Po­sia­dał le­gal­nie broń i miał wszel­kie upraw­nie­nia na po­lo­wa­nia.

– To chy­ba nie wy­star­czy, aby oskar­żyć ko­goś o za­bi­cie czło­wie­ka.

– Słu­chaj da­lej – kon­ty­nu­ował dy­rek­tor. – Oj­ciec nie po­tra­fił zro­zu­mieć, jak taki roz­sąd­ny czło­wiek mógł­by po­peł­nić tak ka­ry­god­ne prze­stęp­stwo. W okre­sie nie­do­zwo­lo­nym upo­lo­wał sa­ren­kę i przy­wiózł ją ręcz­nym wóz­kiem do domu. Wścib­ski są­siad w re­wan­żu za po­przed­nie spraw­ki do­niósł o tym wła­dzom. Ot, całe prze­stęp­stwo – wes­tchnął. – Po od­na­le­zie­niu zwłok ga­jo­we­go dla pro­ku­ra­to­ra spra­wa była ja­sna. Na­uczy­ciel wpraw­dzie nie przy­znał się do za­rzu­tów, lecz po­szla­ki świad­czy­ły prze­ciw nie­mu. Nie­miec­kie sądy były wów­czas w ta­kich spra­wach ry­go­ry­stycz­ne: śmierć za śmierć. Gdy­by nie po­szla­ków­ka i do­bra opi­nia władz szkol­nych, praw­do­po­dob­nie otrzy­mał­by karę śmier­ci. Osta­tecz­nie wy­mie­rzo­no mu do­ży­wo­cie.

– Je­śli do­brze my­ślę, to nie na­uczy­ciel był za­bój­cą. A więc kto? Usta­lo­no w koń­cu, kto to zro­bił?

– Nie. Spra­wa wy­szła na jaw po dwu­na­stu la­tach – kon­ty­nu­ował. – Do sądu zło­tow­skie­go do­tar­ło pi­smo ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Pi­smo wia­ry­god­ne, sy­gno­wa­ne no­ta­rial­nie, w któ­rym za­bój­ca ga­jo­we­go wy­znał na łożu śmier­ci praw­dę. Kłu­so­wał, po­zwo­le­nia na broń nie po­sia­dał, przy­ła­pa­ny na kłu­sow­nic­twie strze­lił. W oba­wie przed to­po­rem kata wy­je­chał do Ame­ry­ki.

– Dwa­na­ście lat, a jed­nak… nie za­po­mniał. Do­pie­ro wid­mo śmier­ci ru­szy­ło jego su­mie­nie. Ro­zu­miem, że na­uczy­cie­la uła­ska­wi­li i wy­pu­ści­li?

– Tak, wy­pu­ści­li – po­twier­dził. – Na krót­ko wpadł do ojca, po­że­gnał się. Wy­je­chał praw­do­po­dob­nie do Za­głę­bia Ruh­ry. Póź­niej nie dał zna­ku ży­cia.

– Zna­ne jest na­zwi­sko za­bój­cy?

– Ja nie znam, ojcu po­wie­dział. Z pew­nych wzglę­dów oj­ciec za­cho­wał wia­do­mość dla sie­bie.

– Jak to tłu­ma­czył?

– Pew­nie nie chciał ura­zić ro­dzi­ny za­bój­cy. Zu­peł­nie moż­li­we, że oj­ciec znał nie­któ­rych jej człon­ków. To mo­gli być zwy­kli, sza­no­wa­ni lu­dzie. Wiesz, Jó­ze­fie, jak to jest, gdy cię wy­ty­ka­ją pal­ca­mi.

– Uwa­żam, że po­stą­pił słusz­nie.

– Po­wie­dział tyl­ko tyle: nie był to czło­wiek z bli­skiej oko­li­cy. Ani ze Świę­tej, ani z Wą­so­sza czy Klesz­czy­ny.

– To hi­sto­ria pra­wie książ­ko­wa.

– Pew­nie. Miej­sce, na któ­rym stoi po­mnik, we­dług ludz­kie­go ga­da­nia jest prze­klę­te. Krót­ko po woj­nie obok tego nie­szczę­sne­go ka­mie­nia zna­le­zio­no zwło­ki pew­ne­go pana. Rów­nież zgi­nął od kuli. – Ma­cia­szek przyj­rzał się wni­kli­wie Jó­ze­fo­wi. – Mu­sia­łeś sły­szeć, było o tym gło­śno.

– Lu­dzie w warsz­ta­cie mó­wią róż­ne rze­czy. Pew­nie o tym tak­że ga­da­li. Gdy pra­cu­ję, na plot­ki nie zwra­cam uwa­gi.

– I słusz­nie. Ten za­bi­ty to był ja­kiś par­tyj­niak, pe­pe­ro­wiec. Zro­bio­no z tego spra­wę po­li­tycz­ną. Ubow­cy sza­le­li. – Ma­cia­szek po­krę­cił gło­wą. – Co ci będę mó­wił. Jacy są ube­cy, wiesz do­brze. Prze­sie­dzia­łeś u nich dwa ty­go­dnie. I za co? Za idio­tyzm wy­wo­ła­ny rów­nież przez par­tyj­nia­ka.

Ten czas An­toś pa­mię­tał bar­dzo do­brze. Ojca fak­tycz­nie nie było dwa ty­go­dnie, zresz­tą mat­kę też aresz­to­wa­no. Sie­dzia­ła na­wet dwa dni dłu­żej. Było lato czter­dzie­ste­go szó­ste­go, za kil­ka ty­go­dni miał po raz pierw­szy pójść do szko­ły.

W cza­sie nie­obec­no­ści ro­dzi­ców opie­ko­wał się nim cze­lad­nik Wa­cek. Miesz­kał u nich, miał po­kój na pod­da­szu. Gro­chow­scy trak­to­wa­li go jak syna. Wszyst­kie po­sił­ki spo­ży­wa­li wspól­nie. An­toś był bar­dzo zży­ty z Wac­kiem. Był dla nie­go jak ko­le­ga, lep­szy od ró­wie­śni­ków. Gdy­by nie wy­jazd na po­grzeb stry­ja, był­by tu te­raz ra­zem z nimi. Pra­co­wał – tak jak tato – od rana do wie­czo­ra. Jak było coś pil­ne­go, to za­ry­wa­li noc.

– Miło po­by­tu u ubow­ców nie wspo­mi­nam. Mu­szę przy­znać, że nie wszy­scy mie­li zwie­rzę­ce od­ru­chy. Kil­ku z nich nie na­zwał­bym na­wet ludź­mi.

Roz­mo­wę o nie­przy­jem­nych wspo­mnie­niach prze­rwa­ło wej­ście Gro­chow­skiej.

– Dzień do­bry, a ra­czej do­bry wie­czór, kie­row­ni­ku. Dłu­go pan cze­kał? Prze­pra­szam. Ze­bra­nie, jak to u bab, prze­cią­gnę­ło się.

– Pani He­le­no, nic nie szko­dzi. Po­ga­wę­dzi­li­śmy so­bie z mę­żem.

– Wiem, dla­cze­go pan przy­szedł. Cho­dzi o za­koń­cze­nie roku. Mam pew­ne po­my­sły – za­świer­go­ta­ła. – Przej­dzie­my do dru­gie­go po­ko­ju, zro­bię kawę, a i pla­cek droż­dżo­wy się znaj­dzie. Jó­zek, mam na­dzie­ję, że je­ste­ście z An­to­siem po ko­la­cji. Jak skoń­czysz, do­łącz do nas. Co trzy gło­wy, to nie dwie – za­śmia­ła się ser­decz­nie i zwró­ci­ła do syna: – An­toś, o lek­cje nie py­tam, za­wsze od­ra­biasz za­raz po obie­dzie. Idź do sie­bie i po­czy­taj.

– Co te­raz, An­to­siu, czy­tasz?

– Pa­nie kie­row­ni­ku, pan do­brze wie co. Ka­zał nam pan prze­czy­tać Pla­ców­kę Pru­sa i wła­śnie to ro­bię.

– Bar­dzo do­brze, czy­ta­nie to mą­drość. Oczy­wi­ście war­to­ścio­wych ksią­żek.

Po­zo­sta­li w warsz­ta­cie w dwój­kę. Oj­ciec i syn.

– Tato, od­naj­dzie­my ten po­mnik?

– Za­uwa­ży­łem, że opo­wia­da­nie kie­row­ni­ka moc­no cię za­cie­ka­wi­ło.

– Ju­tro je­dzie­my na łąkę, jest więc oka­zja.

– Jak szyb­ko skoń­czy­my gra­bie­nie, zro­bi­my to, obie­cu­ję. Mnie tak­że za­in­te­re­so­wa­ła ta nie­sa­mo­wi­ta hi­sto­ria.

***

An­to­ni pra­co­wał jak na­ję­ty. Gra­bił szyb­ciej niż zwy­kle. Pa­mięć o po­mnicz­ku go nie opusz­cza­ła. Roz­my­ślał: „może jest znisz­czo­ny, może go wca­le nie ma?”. Po­mi­mo wąt­pli­wo­ści ro­bo­ta pa­li­ła mu ręce.

Jed­nak tam był. Wca­le dłu­go nie szu­ka­li. Na­mia­ry po­da­ne przez Ma­ciasz­ka były do­kład­ne. Wiel­ko­ścią nie róż­nił się od ka­mie­ni hek­to­me­tro­wych – może był nie­co wyż­szy, za to znacz­nie szer­szy. An­toś roz­po­znał go ze wzglę­du na na­pi­sy. Były w ję­zy­ku nie­miec­kim i czę­ścio­wo nie­wy­raź­ne. Rok 1892. Ta data po­mi­mo upły­wu sześć­dzie­się­ciu lat była czy­tel­na.

– Za­do­wo­lo­ny je­steś, syn­ku?

– Bar­dzo. Dzię­ku­ję ci, tato, za po­moc w od­na­le­zie­niu tego hi­sto­rycz­ne­go ka­mie­nia. O ga­jo­wym wiem tyle, co po­wie­dział kie­row­nik Ma­cia­szek. A mo­żesz mi po­wie­dzieć coś wię­cej o tym dru­gim, par­tyj­nym?

– Nie za­przą­taj so­bie tym gło­wy. Jak do­ro­śniesz, może na­tra­fisz na ja­kąś wzmian­kę. Jak sły­sza­łeś, ja o tej spra­wie nie­wie­le wiem.

An­toś spoj­rzał z nie­do­wie­rza­niem na ojca, ale dał spo­kój. W du­chu zaś po­my­ślał: „może to cie­kaw­sze niż hi­sto­ria skrzyw­dzo­ne­go na­uczy­cie­la. Czas po­ka­że”.

Rze­czy­wi­ście… po­ka­zał.

ROZDZIAŁ 1

Tyl­ko w ze­psu­tym ze­gar­ku czas stoi w miej­scu. W ży­ciu czło­wie­ka, nie­ste­ty, czas bie­gnie nie­ubła­ga­nie. Jed­ne­mu czła­pie, in­ne­mu ucie­ka.

Z upły­wem lat nie­ubła­ga­ne są tak­że zmia­ny. Do­ty­czy to wszyst­kich dzie­dzin ży­cia. Naj­więk­sze róż­ni­ce do­strze­gal­ne są w po­li­ty­ce, gdyż do­ty­ka­ją nie jed­no­stek, lecz ogó­łu. I to nie tyl­ko w re­gio­nie czy kra­ju. Zmia­ny te rzu­tu­ją na ob­raz ca­łe­go świa­ta.

Po dru­giej woj­nie świa­to­wej Pol­ska zna­la­zła się w stre­fie wpły­wów Krem­la, czy­li Sta­li­na, a po jego śmier­ci – Chrusz­czo­wa. Po­cząt­ko­wo sche­dę po Sta­li­nie dzier­żył Ma­len­kow. Wi­docz­nie jed­nak był za sła­by i nie miał po­par­cia, więc wszech­wład­nym zo­stał to­wa­rzysz Ni­ki­ta.

Zmia­ny w Pol­sce na­stę­po­wa­ły po­cząt­ko­wo szyb­ko. Po czter­dzie­stym ósmym na­stą­pi­ła sta­bi­li­za­cja. Fu­zja ko­mu­ni­stów z so­cja­li­sta­mi po­skut­ko­wa­ła po­wsta­niem PZPR.

Zli­kwi­do­wa­no sta­no­wi­sko pre­zy­den­ta, two­rząc w za­mian funk­cję Prze­wod­ni­czą­ce­go Rady Pań­stwa – sta­no­wi­sko bez wpły­wu na funk­cjo­no­wa­nie kra­ju. Oczy­wi­ście ist­nia­ła Rada Mi­ni­strów, czy­li rząd, na któ­re­go cze­le sta­nął Cy­ran­kie­wicz. Aby za­cho­wać po­zo­ry, był rów­nież sejm i wła­dza są­dow­ni­cza. Na pierw­szy rzut oka – de­mo­kra­cja.

Pierw­sze skrzyp­ce w tej or­kie­strze grał szef PZPR, zwa­ny pierw­szym se­kre­ta­rzem. Zo­stał nim Bo­le­sław Bie­rut. Niby pierw­sze skrzyp­ce, lecz mu­sia­ły grać we­dług nut wy­sy­ła­nych z Krem­la. Oka­za­ło się jed­nak, że fał­szo­wał, gdyż wio­sną pięć­dzie­sią­te­go szó­ste­go pod­czas ofi­cjal­nej wi­zy­ty w Mo­skwie na­gle zmarł.

Fał­szy­wy­mi skrzyp­ka­mi oka­za­li się tak­że: cze­cho­sło­wac­ki pierw­szy se­kre­tarz i nie­miec­ki pre­mier. Ja­kiś wło­ski ko­mu­ni­sta rów­nież nie wy­trzy­mał mo­skiew­skie­go po­wie­trza.

Dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści. W krót­kim od­stę­pie cza­su czte­ry oso­by opusz­cza­ły Mo­skwę w drew­nia­nych je­sion­kach, jak ma­wiał Wiech.

Po Bie­ru­cie na­stą­pi­ła czter­na­sto­let­nia era Wła­dy­sła­wa Go­muł­ki. Bie­rut zmarł w kwiet­niu, a Go­muł­ka prze­jął ster w paź­dzier­ni­ku.

W okre­sie przej­ścio­wym se­kre­ta­rzo­wał Ochab. Miał pe­cha. W czerw­cu w Po­zna­niu do­szło do roz­ru­chów. Był to pierw­szy pro­test spo­łe­czeń­stwa wo­bec ule­głych Krem­lo­wi władz. Po krwa­wym zdła­wie­niu po­znań­skie­go bun­tu dał o so­bie znać pre­mier Cy­ran­kie­wicz. Za­gro­ził od­rą­by­wa­niem rąk wy­cią­gnię­tych prze­ciw wła­dzy lu­do­wej. Po­mi­mo buń­czucz­nej mowy pre­mier, jak wska­zy­wa­ła­by na­zwa, nie był pierw­szym. Pierw­szym był se­kre­tarz PZPR, któ­re­mu – jak wspo­mnia­łem wcze­śniej – nuty do gra­nia przy­sy­ła­no ze sto­li­cy Kra­ju Rad.

Go­muł­ka za­sły­nął jako znaw­ca li­te­ra­tu­ry. Pod­czas spra­wo­wa­nia przez nie­go wła­dzy nie­któ­rzy li­te­ra­ci, mię­dzy in­ny­mi Pa­weł Ja­sie­ni­ca, po­pa­dli w nie­ła­skę. Go­muł­ka miał pre­ten­sje na­wet do Mic­kie­wi­cza. Zdjął z afi­sza war­szaw­skie przed­sta­wie­nie Dzia­dów, a re­ży­ser spek­ta­klu Ka­zi­mierz Dej­mek moc­no pod­padł se­kre­ta­rzo­wi. To tyl­ko przed­smak jego dzia­łal­no­ści. Za jego rzą­dów na­stą­pił ma­so­wy wy­jazd lud­no­ści po­cho­dze­nia ży­dow­skie­go z Pol­ski do Izra­ela.

Wszyst­ko ma swój kres, od sie­dem­dzie­sią­te­go se­kre­ta­rzo­wał Edward Gie­rek.

Po­cząt­ki były trud­ne. Pol­ska za udział w agre­sji na Cze­cho­sło­wa­cję (w roku 1968) nie cie­szy­ła się na świe­cie do­brą opi­nią. Gier­ko­wi uda­ło się tę nie­chęć opa­no­wać. Nie­ba­ga­tel­ne sumy w for­mie po­ży­czek na­pły­wa­ły z bo­ga­tych kra­jów za­chod­nich. W efek­cie za­dłu­żył kraj. Je­dy­ny po­ży­tek – roz­wi­nął bu­dow­nic­two miesz­ka­nio­we. W szyb­kim tem­pie po­wsta­wa­ły blo­ki, je­den po dru­gim. Nie było to bu­dow­nic­two luk­su­so­we, ale dało się miesz­kać.

Do­tar­li­śmy do roku sie­dem­dzie­sią­te­go szó­ste­go. Kra­wiec Jó­zef Gro­chow­ski wraz z żoną He­le­ną opu­ści­li wieś i za­miesz­ka­li w po­bli­skim mie­ście – Zło­to­wie. Po­cząt­ko­wo eme­ryt Jó­zef nie bar­dzo był z tego za­do­wo­lo­ny. Brak pra­cy, drob­ne­go in­wen­ta­rza; jed­nym sło­wem: nuda. Chy­ba ze trzy mie­sią­ce trwa­ło, za­nim zro­zu­miał, że do­ko­na­li wła­ści­we­go wy­bo­ru. Sta­rość to jesz­cze nie tra­ge­dia. Przy­chod­nia pod no­sem jest nie­zwy­kle wy­god­na. Do skle­pów kil­ka kro­ków, a poza tym zna­jo­mi przy­no­si­li mu dro­bia­zgi do ro­bo­ty. Są­siad za­ży­czył so­bie uszy­cie gar­ni­tu­ru. I wresz­cie: mia­sto to też miej­sce szczę­śli­we­go ży­cia. Za­po­mniał o krów­ce, ku­rach, a w za­mian upodo­bał so­bie spa­ce­ry.

Przed re­for­mą gier­kow­ską Zło­tów był mia­stem po­wia­to­wym. Po de­gra­da­cji z po­wia­tu na nie wia­do­mo co żyło się tak samo. Utwo­rze­nie czter­dzie­stu dzie­wię­ciu wo­je­wództw dla Zło­to­wian było dość ko­rzyst­ne.

Do mia­sta wo­je­wódz­kie­go było wte­dy trzy­dzie­ści trzy ki­lo­me­try. Tyle wy­no­si od­le­głość do Piły. Do po­przed­niej sto­li­cy wo­je­wódz­twa, Ko­sza­li­na, było o sto ki­lo­me­trów wię­cej. Dla pe­ten­tów w urzę­dach wo­je­wódz­kich oka­za­ło się to ulgą. Naj­więk­szą ko­rzyść od­nie­śli cho­rzy wy­ma­ga­ją­cy le­cze­nia spe­cja­li­stycz­ne­go. Dla przy­kła­du: do spe­cja­li­sty oku­li­sty na­le­ża­ło nie­gdyś jeź­dzić do Słup­ska, obec­nie wy­star­cza­ło po­je­chać do Piły. Oszczęd­ność stu dwu­dzie­stu ki­lo­me­trów. Po­ziom po­rad­ni w Pile był wyż­szy niż w Słup­sku. Tak twier­dzi­li wszy­scy, któ­rzy ko­rzy­sta­li z usług pil­skich spe­cja­li­stów.

Nor­mal­ne, spo­koj­ne ży­cie bez trosk w dru­giej po­ło­wie lat sie­dem­dzie­sią­tych ule­gło za­chwia­niu. Do­ty­czy­ło to wszyst­kich – z za­opa­trze­niem w skle­pach ma­sar­skich za­wsze był kło­pot. Po pię­ciu la­tach rzą­dów Gier­ka ko­lej­ki wy­dłu­ży­ły się. Za­kup choć­by pół ki­lo­gra­ma kieł­ba­sy zwy­czaj­nej uwa­ża­no za suk­ces. Wła­śnie za cza­sów gier­kow­skich po­wstał nowy za­wód – stacz. Sta­cza­mi by­wa­li prze­waż­nie eme­ry­ci. Za nie­wiel­ką opła­tą oku­po­wa­li ko­lej­ki nie tyl­ko przed skle­pa­mi z mię­sem. Ko­lej­ki były przed skle­pa­mi me­blo­wy­mi i AGD. Wszyst­kie bran­że trud­no wy­mie­nić. Ko­lej­ki były wszę­dzie. Pa­nie z dziec­kiem na ręku były ob­słu­gi­wa­ne poza ko­lej­no­ścią, więc ma­lu­chy były prze­ka­zy­wa­ne z rąk do rąk, po kil­ka razy po­ma­ga­jąc w bez­ko­lej­ko­wych za­ku­pach.

Dla przed­się­bior­czych go­spo­dyń ro­bią­cych prze­two­ry z owo­ców – tra­ge­dia. Wpro­wa­dzo­no kart­ki na cu­kier. Wia­do­mo, jak kart­ki, to i spe­ku­la­cja.

Lato roku sie­dem­dzie­sią­te­go szó­ste­go – z Ur­su­sa i Ra­do­mia na­pły­wa­ły nie­naj­lep­sze wie­ści. Lu­dzie sły­sze­li o tłu­mie­niu pro­te­stów ro­bot­ni­ków. To zły znak. Czyż­by?

***

An­to­ni, gdy skoń­czył pod­sta­wów­kę, ku nie­za­do­wo­le­niu ojca roz­po­czął na­ukę w szko­le śred­niej. Oświad­czył ojcu, że kra­wiec­two to nuda. In­te­re­so­wał go sport. Nie tyl­ko ki­bi­co­wa­nie. Jak więk­szość chło­pa­ków ga­niał za pił­ką. Gdy pod­rósł, grał jako ama­tor w kil­ku klu­bach. Po­waż­nie my­ślał o pił­ce noż­nej. Nie­ste­ty, groź­na kon­tu­zja wy­bi­ła mu z gło­wy ka­rie­rę.

Gdy przyj­mo­wał się do pra­cy w Za­kła­dach Che­micz­nych „Za­chem” w Byd­gosz­czy, był jesz­cze miesz­kań­cem ko­sza­liń­skie­go. Sta­ły ad­res miał w Zło­to­wie przy ro­dzi­cach.

Przed Za­che­mem pra­co­wał w szcze­ciń­skim Wi­skor­dzie. Niby też che­mia i też or­ga­nicz­na, tyl­ko nie ta kla­sycz­na. Wi­skord to tyl­ko czę­ścio­wo udo­sko­na­lo­na dzie­więt­na­sto­wiecz­na ma­nu­fak­tu­ra. O roz­wo­ju fa­cho­wo­ści nie było mowy.

Byd­go­ski „Za­chem” otwo­rzył Ant­ko­wi oczy. Ka­dry skie­ro­wa­ły go na wy­dział w koń­co­wej fa­zie bu­do­wy, krót­ko przed roz­ru­chem. No­wo­cze­sność, peł­na au­to­ma­ty­za­cja. Te­raz zro­zu­miał wy­mo­gi prze­my­słu che­micz­ne­go.

Uczył się pil­nie i ob­ser­wo­wał oto­cze­nie. To dało oka­zję do pew­nych po­rów­nań.

Są­sied­ni wy­dział już po roz­ru­chu, jak to na po­cząt­ku, bo­ry­kał się z trud­no­ścia­mi. Wy­dział na li­cen­cji ra­dziec­kiej w fa­zie po­cząt­ko­wej „go­ścił” spe­cja­li­stów z Kra­ju Rad. Kil­ka­na­ście osób. Oczy­wi­ście przy­dzie­lo­no im spe­cjal­ne po­miesz­cze­nie z na­pi­sem „Spe­cja­li­ści ra­dziec­cy”. Co­dzien­nie o dzie­sią­tej mie­li na­ra­dę.

Ubra­ni byli w ciu­chy za­che­mow­skie: fla­ne­lo­we ko­szu­le, dre­li­cho­we ubra­nie i buty. Kie­row­nik tej zbie­ra­ni­ny od­róż­niał się od resz­ty spe­cja­li­stów kra­wa­tem za­ło­żo­nym na fla­nel­kę.

Wy­dział Ant­ka to był pol­ski wy­dział – pro­jek­tan­ci pol­scy, choć ak­cen­ty z za­cho­du były. Po­sia­da­li apa­ra­tu­rę ze Szwaj­ca­rii, Za­chod­nich Nie­miec, Au­strii i drob­ne ele­men­ty z USA.

Przed­sta­wi­cie­le za­chod­nich firm tak­że uczest­ni­czy­li w roz­ru­chu. Były to po­je­dyn­cze oso­by, nie jak gro­ma­da ro­syj­ska; ci to byli fak­tycz­nie spe­cja­li­ści – zna­li wszyst­ko, od śrub­ki po au­to­ma­ty­kę.

Eks­per­ci ra­dziec­cy spra­wia­li wra­że­nie, jak­by do Pol­ski przy­je­cha­li na co­dzien­ne ze­bra­nia par­tyj­ne. Na­ra­dy i jesz­cze raz na­ra­dy. Nie za­wsze da­wa­ło to efekt. Nasi in­ży­nie­ro­wie bez ich na­rad czę­sto wy­cho­dzi­li cało z ta­ra­pa­tów.

Za­chod­ni eks­per­ci tak­że przy­stę­po­wa­li do pra­cy w ubra­niach ro­bo­czych. Nie były to ciu­chy za­che­mow­skie, ale ich wła­sne, fir­mo­we. Nie­któ­rzy pra­cow­ni­cy za­sta­na­wia­li się, czy kra­wat ra­dziec­kie­go kie­row­ni­ka za­ku­pio­no ze spe­cjal­ne­go fun­du­szu. Nic dziw­ne­go. W za­che­mow­skich ma­ga­zyn­kach ru­bry­ka „kra­wat” nie ist­nia­ła.

Tak so­bie żar­to­wa­no. Ofi­cjal­nie Ro­sjan trak­to­wa­no po­waż­nie.

W Gro­chow­skim gru­pa Ro­sjan nie bu­dzi­ła żad­nych emo­cji. Czę­ścio­wo znał ich oby­cza­je. Miesz­ka­jąc w Szcze­ci­nie, spo­ty­kał się z sym­pa­tycz­nym, ro­syj­skim ofi­ce­rem, któ­ry przy bu­tel­ce sto­licz­nej nie krył nie­za­do­wo­le­nia z rzą­dów Chrusz­czo­wa. Ufał An­to­nie­mu, bo za ta­kie stwier­dze­nie Sy­be­ria pew­na.

Je­dy­ne, co An­to­nie­go cie­ka­wi­ło, to kto z tej za­che­mow­skiej gru­py jest ob­ser­wa­to­rem po­li­tycz­nym. Do­brze wie­dział, że do każ­dej gru­py do­ko­op­to­wa­no ka­pu­sia. Na­wet nie­ko­niecz­nie pod­czas wy­jaz­dów za­gra­nicz­nych. Je­śli zbie­ra­ło się ja­kieś sku­pi­sko lu­dzi, par­tia mu­sia­ła mieć swo­je­go kre­ta. Mu­sia­ła o wszyst­kim wie­dzieć.

W Pol­sce wszech­wład­na prze­wod­nicz­ka ludu nie­ste­ty prze­ję­ła tę me­to­dę in­wi­gi­la­cji. Mie­li­śmy pol­skich po­li­tru­ków, ale ła­two było ich roz­szy­fro­wać.

Na wy­dzia­le An­to­nie­go naj­dłu­żej prze­by­wa­ją­cym w Byd­gosz­czy ze spe­ców za­gra­nicz­nych był Szwaj­car. Przy­czy­ny jego prze­dłu­ża­ją­ce­go się po­by­tu w Pol­sce były dwie. Pierw­sza: z winy in­we­sto­ra. Kon­struk­cja pod­ło­ża pod po­tęż­ne kom­pre­so­ry za­ku­pio­na z jego fir­my w Ba­zy­lei była zbyt sła­ba. Na­le­ża­ło ją wzmoc­nić gru­bą war­stwą żel­be­tu. Tro­chę to trwa­ło.

Skąd ta­kie nie­do­pa­trze­nie? Za­miast wy­słać na roz­po­zna­nie do An­glii fa­chow­ca, gdzie ta­kie urzą­dze­nia pra­co­wa­ły, wy­sła­no ko­le­sia na wy­ciecz­kę. Ta­kie pro­jek­tant otrzy­mał dane. A wła­ści­wie ich nie do­stał.

Dru­ga przy­czy­na: wina Szwaj­ca­rów. Wa­dli­we pa­ra­me­try jed­ne­go z tło­ków kom­pre­so­ra. Przy roz­ru­chu nie wy­trzy­mał. Pękł.

Wy­ko­na­no te­le­fon i po dwu­dzie­stu czte­rech go­dzi­nach przed­sta­wi­ciel pro­du­cen­ta, prze­pra­sza­jąc, stwier­dził wadę, a po sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzi­nach za­mon­to­wa­ny tłok był go­to­wy do pra­cy. Oprócz tego w ra­mach prze­pro­sin do­tar­ła peł­na skrzy­nia z re­zer­wo­wą ar­ma­tu­rą.

Wi­docz­nie u nich to nor­mal­ne. A u nas…?

Szwaj­ca­ria, kraj wie­lo­ję­zycz­ny. Nasz spec na imię miał Franz. Ba­zy­lea to nie­miec­ko­ję­zycz­na część kra­ju. Franz z pro­jek­tan­tem po­ro­zu­mie­wa­li się po fran­cu­sku. Znał rów­nież wło­ski.

An­to­ni zna­ją­cy ję­zyk nie­miec­ki miał z Fran­zem do­bry kon­takt. Szyb­ko zo­sta­li kum­pla­mi. Obaj daw­no prze­kro­czy­li wiek chry­stu­so­wy, czy­li sta­rzy ka­wa­le­ro­wie. Nie tyl­ko to ich łą­czy­ło. Byli mi­ło­śni­ka­mi mu­zy­ki ope­ro­wej. Za­rów­no Franz, jak i An­to­ni na pierw­szym miej­scu sta­wia­li Puc­ci­nie­go.

Fran­za za­kwa­te­ro­wa­no w ho­te­lu Brda. Fa­bry­ka trak­to­wa­ła go na­le­ży­cie, jak go­ścia. Co­dzien­nie miał za­pew­nio­ny do­wóz do za­kła­du. Wspól­ne za­in­te­re­so­wa­nie mu­zy­ką po­wo­do­wa­ło czę­ste wy­pa­dy Ant­ka do Brdy. Franz przy­wiózł spo­ro na­grań – nie tyl­ko Puc­ci­nie­go. Był Ver­di i inni twór­cy, sami Wło­si. An­tek py­tał, dla­cze­go nie ma na­grań kom­po­zy­to­rów in­nych na­cji, na przy­kład Bi­ze­ta, Mo­zar­ta, Wa­gne­ra czy Czaj­kow­skie­go.

– Oczy­wi­ście, mam i ta­kie na­gra­nia – od­po­wie­dział Franz. – Przy­wio­złem tyl­ko Wło­chów, bo na resz­tę za­bra­kło­by wa­li­zek.

Ich roz­mo­wy to­czy­ły się też na inne te­ma­ty. Pro­ble­my w fa­bry­ce, w Pol­sce, a szcze­gól­nie po­ziom ży­cia prze­cięt­ne­go Po­la­ka. We­dług Szwaj­ca­ra – bie­da.

– Dziw­ne, jak wy to wy­trzy­mu­je­cie – ko­men­to­wał.

Na­ma­wiał Ant­ka na wy­jazd do Szwaj­ca­rii na sta­łe. Gwa­ran­to­wał miesz­ka­nie i do­bre za­rob­ki. Od­mo­wę przy­jął ze zdzi­wie­niem.

An­tek nie tłu­ma­czył dla­cze­go, a po­wo­dów było kil­ka. Po pierw­sze ro­dzi­ce już nie­mło­dzi, li­czy­li na jego opie­kę. Dru­gi aspekt – dzia­dek Ant­ka, dzia­łacz po­lo­nij­ny pod za­bo­rem nie­miec­kim, prze­wró­cił­by się w gro­bie, gdy­by wnuk dla pie­nię­dzy opu­ścił Pol­skę. Po trze­cie nor­mal­ny strach przed nie­zna­nym.

Wy­jazd Fran­za za­koń­czył zna­jo­mość. An­tek nie po­pro­sił na­wet o ad­res. Nie chciał być ku­szo­ny.

Re­la­cja Ant­ka z ro­dzi­ca­mi była do­bra. Ko­mu­ni­ka­cja au­to­bu­so­wa sprzy­ja­ła – tyl­ko osiem­dzie­siąt pięć ki­lo­me­trów. Do­jazd ko­le­ją z prze­siad­ką w Pile też. Sys­tem pra­cy An­to­nie­go, tak zwa­ny czte­ro­bry­ga­do­wy, po­zwa­lał na trzy­dnio­we wi­zy­ty co czte­ry ty­go­dnie. Miesz­ka­nie w Byd­gosz­czy za­pew­nia­ła fa­bry­ka. No­wo­cze­sny ho­tel ro­bot­ni­czy. Nie był to co praw­da Hil­ton, lecz wa­run­ki były zno­śne.

Dni wol­ne od pra­cy wy­ko­rzy­sty­wał za­wsze na wy­jazd do Zło­to­wa. Urlo­py tak­że spę­dzał z ro­dzi­ca­mi.

– Po co mi wcza­sy? – ma­wiał. – Nie ma lep­sze­go miej­sca do od­pa­ro­wa­nia che­mi­ka­liów niż Zło­tów.

Co ra­cja, to ra­cja. Mia­sto czy­ste, bez ha­ła­su, ob­da­rzo­ne szcze­rze przez na­tu­rę. Na obrze­żach pięć je­zior, nie­wiel­ka rzecz­ka i dużo zie­le­ni.

Za­chod­nia część mia­sta zwa­na Zwie­rzyń­cem sta­no­wi­ła praw­dzi­we płu­ca mia­sta. Spa­ce­ry w tej dziel­ni­cy to samo zdro­wie, a An­toś ma­sze­ro­wać lu­bił.

W sie­dem­dzie­sią­tym szó­stym oj­ciec, kil­ka lat star­szy od mat­ki, za­czął pod­upa­dać na zdro­wiu. Był – jak to mó­wią – na cho­dzie i wy­ko­ny­wał lek­kie pra­ce. Gło­wę miał nie od pa­ra­dy. Po­tra­fił tak za­pla­no­wać cięż­sze ro­bo­ty, żeby tra­fi­ły na wol­ne dniów­ki Ant­ka.

Trzyd­niów­ki to była ucie­cha dla ca­łej ro­dzi­ny. An­tek oprócz pra­cy na dział­ce – a dużo tego nie było – ro­bił to, co lu­bił: spa­ce­ro­wał. Prze­cho­dząc obok je­zior, ża­ło­wał, że nie za­ła­pał bak­cy­la węd­kar­skie­go. Spa­ce­ry prak­ty­ko­wał nie tyl­ko z za­mi­ło­wa­nia, lecz głów­nie dla zdro­wia. Miał prze­cież do czy­nie­nia z che­mi­ka­lia­mi, i to nie­bez­piecz­ny­mi. Na przy­kład z fos­ge­nem, któ­ry w prze­szło­ści uży­wa­no jako gaz bo­jo­wy.

Naj­waż­niej­sze jed­nak były roz­mo­wy. O wszyst­kim. Choć… nie­zu­peł­nie. Nie było mowy o że­niacz­ce. Obie stro­ny uwa­ża­ły, że tak jest le­piej.

Roz­mo­wa o Szwaj­ca­rze i jego pro­po­zy­cji, gdy do­tar­ła do świa­do­mo­ści ojca, wzbu­dzi­ła w sta­rusz­ku pew­ne za­nie­po­ko­je­nie.

Nie był dzia­ła­czem jak dzia­dek, choć do Związ­ku Po­la­ków w Niem­czech wstą­pił – i to wca­le nie za na­mo­wą dziad­ka. Sam z sie­bie. Czuł taką po­trze­bę.

Udo­wod­nił to w trzy­dzie­stym szó­stym. Był już sa­mo­dziel­nym kraw­cem. W ogól­no­nie­miec­kim spi­sie po­wszech­nym w ru­bry­ce na­ro­do­wość za­de­kla­ro­wał pol­ską, mowa oj­czy­sta – tak­że pol­ska. Stra­cił przez to kil­ku klien­tów, zwo­len­ni­ków Adol­fa. Dane były jaw­ne.

Jó­zef spoj­rzał na syna i za­py­tał:

– Co mu od­po­wie­dzia­łeś?

– Mo­że­cie być spo­koj­ni. Ni­g­dzie nie wy­jeż­dżam. Chy­ba nie mu­szę tłu­ma­czyć dla­cze­go.

Nic nie od­po­wie­dział. Uśmiech wy­star­czył. Żeby sta­rusz­ków zu­peł­nie uspo­ko­ić, tak za­czął:

– Pa­mię­ta­cie Bol­ka, z któ­rym cho­dzi­łem do ogól­nia­ka?

– Czy to ten, z któ­rym sie­dzia­łeś w jed­nej ław­ce? – spy­ta­ła mat­ka.

– Nie, mamo. Pierw­sze dwa lata sie­dzia­łem z Ja­nu­szem. A póź­niej róż­nie. Po dwóch la­tach Ja­nusz prze­niósł się do śred­niej mu­zycz­nej. Zło­tow­skie ogni­sko mu­zycz­ne to było za mało na jego ta­lent. Nie mam z nim kon­tak­tu, a szko­da. Te­raz to zna­ny kom­po­zy­tor. W szko­le by­li­śmy ko­le­ga­mi. To rów­ny, dow­cip­ny chłop.

Mat­ka kiw­nę­ła gło­wą.

– Pa­mię­tam jego ojca z wy­wia­dó­wek. Też mu­zy­kal­ny. Każ­de­go roku w maju z wie­ży ko­ścio­ła świę­te­go Sta­ni­sła­wa Kost­ki na trąb­ce wy­gry­wał me­lo­dię do pie­śni ma­ryj­nych. Pod­czas wy­wia­dó­wek też za­sia­da­li­śmy w jed­nej ław­ce.

– Daj­cie mi do­koń­czyć o Bol­ku.

– Chy­ba ko­ja­rzę. To ten syn ko­mu­ni­sty z…

– Oczy­wi­ście, tato. Bo­lek był taki sam jak jego oj­ciec. Gdy do­tar­ła do nie­go wia­do­mość o śmier­ci Bie­ru­ta, pła­kał jak bóbr. Na­sza roz­mo­wa o pro­po­zy­cji Szwaj­ca­ra skie­ro­wa­ła moje my­śli na po­stę­po­wa­nie Bol­ka po szko­le. – An­tek za­my­ślił się. – Skoń­czył pol­ską po­li­tech­ni­kę i oże­nił się z dziew­czy­ną uro­dzo­ną w Go­rzo­wie. Czy­li tak jak ja, w Trze­ciej Rze­szy. Za­ła­twi­li so­bie wy­jazd do Nie­miec Za­chod­nich na sta­łe. Te­raz Ade­nau­er dla nie­go cacy, a kie­dyś wróg nu­mer je­den – za­drwił. – Nie wiem, od kogo do­stał mój ad­res byd­go­ski, ale na­pi­sał do mnie. By­łem zdzi­wio­ny. Te­raz ka­pi­ta­lizm to same su­per­la­ty­wy. Pra­cę do­stał w swo­im za­wo­dzie. Do­brze płat­ną. Chwa­le­nie za­wsze było jego moc­ną stro­ną, oczy­wi­ście sie­bie – za­uwa­żył z prze­ką­sem. – Nie od­pi­sa­łem. Za­wsze uwa­ża­łem, że wy­da­ne set­ki ty­się­cy zło­tych trze­ba od­ro­bić. To nie­ba­ga­tel­na kwo­ta. Wy­dał je rząd pol­ski, a nie nie­miec­ki. Może ktoś uwa­ża to za nor­mal­ność, ale w mo­jej oce­nie to nie­mo­ral­ne.

– Sko­ro tak uwa­żasz, po­stą­pi­łeś słusz­nie.

– Tato, to nie ko­niec. Na­pi­sał po­now­nie. Na­mol­ność to dru­ga jego ce­cha.

– Od­pi­sa­łeś?

– W koń­cu tak. Po­cząt­ko­wo chcia­łem krót­ko i dość or­dy­nar­nie. Po za­sta­no­wie­niu od­pi­sa­łem, że z ni­kim z ogól­nia­ka nie utrzy­mu­ję kon­tak­tu i dla mnie czte­ry lata zna­jo­mo­ści wy­star­czą. Zro­zu­miał. Mam spo­kój.

– Mą­drze. Waż­ne, że sku­tecz­nie – skwi­to­wa­ła mat­ka.

Pod­czas po­by­tu w Zło­to­wie roz­mo­wy o spra­wach bie­żą­cych, o ce­nach i zna­jo­mych z wio­ski to była nor­mal­ność. Roz­mo­wa o fa­bry­ce zmie­ni­ła dys­ku­sję z ro­dzi­ca­mi. Dys­kurs z pew­nym pa­nem w za­kła­dzie cof­nął my­śli An­to­nie­go o wie­le lat. To spo­tka­nie przy­po­mnia­ło An­to­nie­mu opo­wia­da­nie Ma­ciasz­ka o po­mnicz­ku w le­sie.

Ma­cia­szek już nie żył. An­to­ni ża­ło­wał, że nie mógł być na jego po­grze­bie. Na jego ewen­tu­al­ne su­ge­stie było za póź­no. Może ro­dzi­ce po­mo­gą? Ta­kiej szan­sy nie mógł zmar­no­wać.

Po dwu­dzie­stu czte­rech la­tach za­mie­rzał zna­leźć przy­czy­nę, dla­cze­go zgi­nął par­tyj­niak. To jest to, co po­sta­no­wił jako dzie­ciak.

Wów­czas nikt o tym nie mó­wił. Ale po tylu la­tach chy­ba moż­na?

An­tek nie był bo­jaź­li­wy.

ROZDZIAŁ 2

W pod­ręcz­ni­kach eko­no­mii po­li­tycz­nej so­cja­li­zmu, któ­rą An­to­ni mu­siał swe­go cza­su zda­wać, nie było wzmian­ki o bar­dzo waż­nym czyn­ni­ku. Gdy za­czął pra­co­wać, za­uwa­żył prze­mil­cza­nie po­sta­ci słyn­nych eko­no­mi­stów so­cja­li­stycz­nych.

Spra­wa jest pro­sta. W so­cja­li­stycz­nym za­kła­dzie pro­duk­cyj­nym są dwie ka­te­go­rie pra­cow­ni­ków: po­trzeb­ni i nie­po­trzeb­ni.

Po­trzeb­ni, jak sama na­zwa wska­zu­je, to ci, któ­rzy pra­cu­ją. Dzie­lą się oni na dwie gru­py: wi­docz­ni i nie­wi­docz­ni. Przy­kła­dem wi­docz­ne­go jest eta­to­wy związ­ko­wiec. Z ko­lei fa­cet, któ­ry nic nie wno­sząc do pro­duk­cji, przy­kle­pu­je wszyst­ko, co mu każe dy­rek­cja, to pra­cow­nik nie­wi­docz­ny. Przy­naj­mniej w za­kła­dzie. Nie­kie­dy nie­wi­docz­ni są po­dzi­wia­ni na sta­dio­nach, w ha­lach spor­to­wych czy pły­wal­niach. Tego eko­no­mi­ści nie do­strze­ga­ją. Przez nie­po­trzeb­nych pro­du­ku­je­my dro­żej.

Śro­da, dru­ga zmia­na. O pięt­na­stej nie­któ­rzy po­trzeb­ni, z kie­row­ni­kiem na cze­le, i nie­po­trzeb­ni opu­ści­li za­kład. Resz­ta po­trzeb­nych ode­tchnę­ła. Te­raz nikt nie bę­dzie za­wra­cał im gło­wy.

Jesz­cze tyl­ko dwie noc­ki i do wtor­ku rana wol­ne. Bi­let au­to­bu­so­wy do Zło­to­wa za­ku­pio­ny w Or­bi­sie spo­czy­wał już w port­fe­lu Gro­chow­skie­go. W so­bo­tę o dzie­wią­tej bę­dzie pa­ła­szo­wał śnia­da­nie spo­rzą­dzo­ne przez ma­tu­lę.

Zbli­ża­ła się sie­dem­na­sta. Pra­ca prze­bie­ga­ła spo­koj­nie, bez­a­wa­ryj­nie. Czas na po­si­łek.

Za­zwy­czaj do sto­łów­ki do­cho­dzi­li in­dy­wi­du­al­nie. Co naj­wy­żej pa­ra­mi. Sto­łów­kę ob­słu­gi­wa­ły eta­to­we pra­cow­ni­ce. Na każ­dej zmia­nie jed­na. Były to pa­nie z gru­py po­trzeb­nych. Oprócz sto­łów­ki sprzą­ta­ły szat­nię, ła­zien­ki i biu­ra. Na plot­ko­wa­nie nie mia­ły cza­su.

Na zmia­nie Gro­chow­skie­go taką funk­cję spra­wo­wa­ła pani Kry­sty­na Rek. Ta pani w wie­ku przed­eme­ry­tal­nym na pew­no plot­ka­rą nie była. Wręcz prze­ciw­nie – milcz­kiem. Mia­ła jed­ną za­le­tę, a mia­no­wi­cie pra­co­wi­tość. Zmie­nia­ją­ca ją pani nie mia­ła wie­le pra­cy.

Sto­łów­ka była ob­szer­na. Za­pro­jek­to­wa­na na wy­rost. Pod­czas po­ran­nej zmia­ny za­ję­ta za­le­d­wie w po­ło­wie. An­to­ni wszedł do środ­ka. Przy sto­li­ku usy­tu­owa­nym bli­sko okien­ka wy­daw­ni­cze­go nad ta­le­rzem zupy sie­dział osob­nik oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, zna­ny An­to­nie­mu tyl­ko z wi­dze­nia. Nie był pra­cow­ni­kiem wy­dzia­łu. To pod­rzu­tek – tak ich na­zy­wa­no.

Po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy znaj­do­wał się wy­dział, któ­ry pro­du­ko­wał pro­dukt na po­trze­by wy­dzia­łu Ant­ka. Tyl­ko dla nich. Fos­ge­nu już się nie sprze­da­wa­ło. Moce prze­ro­bo­we tego wy­dzia­łu były na wy­rost. Gdy mie­li za­peł­nio­ne zbior­ni­ki, wy­dział sta­wał. Pra­cow­ni­cy albo bra­li urlo­py, albo byli pod­rzut­ka­mi.

Pod­rzu­tek to oso­ba z gru­py tych po­trzeb­nych. Po ich pra­cy wy­dział lśnił czy­sto­ścią. Złom lub śmie­ci tra­fia­ły, gdzie trze­ba.

Mó­wiąc ję­zy­kiem woj­sko­wym, moż­na by stwier­dzić, że An­to­ni za­fa­so­wał po­si­łek. Od­cho­dząc od okien­ka, usły­szał głos pod­rzut­ka:

– Pa­nie Gro­chow­ski, pro­szę usiąść przy moim sto­li­ku. Chęt­nie z pa­nem po­roz­ma­wiam.

– Po­roz­ma­wiać mo­że­my, pro­duk­cja prze­bie­ga bez za­kłó­ceń. – Usiadł na­prze­ciw­ko i za­py­tał: – Skąd pan zna moje na­zwi­sko?

– Je­den z wa­szych mi po­wie­dział. Od nie­go wiem tak­że, że po­cho­dzi pan ze Zło­to­wa, a uro­dził się pan w Świę­tej.

– Za­dzi­wia mnie pan. Skąd ta wścib­skość? Moi współ­pra­cow­ni­cy wie­dzą o mnie nie­mal wszyst­ko, nie mam ta­jem­nic. Ale po co to panu po­trzeb­ne?

– Pod­czas gad­ki z tym wa­szym, za­py­ta­ny, gdzie miesz­kam, po­wie­dzia­łem: „na Wy­ży­nach przy Zło­tow­skiej”. Gdy to usły­szał, od­po­wie­dział: „Nasz An­tek Gro­chow­ski miesz­ka w Zło­to­wie”. Od sło­wa do sło­wa i do­tar­li­śmy do Świę­tej.

– Dla­cze­go to dla pana ta­kie in­te­re­su­ją­ce?

– Bo znam Zło­tów i Świę­tą jesz­cze le­piej. Ład­nych parę mie­się­cy prze­by­wa­łem w tych stro­nach.

– Szko­da. To żad­na re­we­la­cja. Mo­gli­śmy tra­fić na sie­bie wcze­śniej.

– Nie­moż­li­we. Znam te oko­li­ce z cza­sów krót­ko po­wo­jen­nych. Pan za­pew­ne był jesz­cze dziec­kiem.

– To moż­li­we. Zdra­dzi mi pan wresz­cie, o czym mamy roz­ma­wiać?

– Za­cznę od in­for­ma­cji, któ­rą może pan zna. Za­raz po woj­nie przez kil­ka mie­się­cy, może rok, Zło­tów i cały po­wiat na­le­żał do wo­je­wódz­twa byd­go­skie­go.

– To wiem. Póź­niej szcze­ciń­skie, da­lej ko­sza­liń­skie, a te­raz pil­skie. Zu­peł­nie jak rzu­co­na pił­ka. Wca­le nie w dwa ognie, a czte­ry. – An­to­ni za­śmiał się ze swo­je­go dow­ci­pu. – To prze­no­śnia. Tak mi się sko­ja­rzy­ło. Gdy by­li­śmy w pod­sta­wów­ce, gra­li­śmy w czte­ry ognie.

– Prze­by­wa­łem w wa­szych stro­nach służ­bo­wo.

– Do­wiem się w koń­cu, kogo pan re­pre­zen­to­wał?

– Pra­co­wa­łem w urzę­dzie.

– Wo­je­wódz­kim?

– Nie, bez­pie­czeń­stwa.

– To zna­czy… był pan ubow­cem?

– Tak, by­łem. Mó­wię to ze wsty­dem. Na­le­ża­łem do gru­py śled­czej, tro­pi­li­śmy prze­stęp­ców. Moją gru­pą kie­ro­wał ma­jor, na­zwi­sko nie­waż­ne, już nie żyje. To był przed­wo­jen­ny na­uczy­ciel. Nie­wie­le o nim wiem. Mu­siał być zwo­len­ni­kiem, może na­wet człon­kiem par­tii ko­mu­ni­stycz­nej, gdyż za­li­czył Be­re­zę Kar­tu­ską. Skąd u nie­go smy­kał­ka śled­cza, trud­no po­wie­dzieć. Był do­bry. Za­trzy­ma­nych trak­to­wał po ludz­ku, od nas też tego wy­ma­gał. Rę­ko­czy­nów nie było. Co ro­bi­li spe­cja­li­ści od prze­słu­chań, nie na­sza wina. Wie­dzie­li­śmy o tor­tu­rach.

– Wie­dzie­li­ście? To gdzie wa­sza re­ak­cja?

– Nie było szans. By­li­śmy za­le­d­wie ogni­wem w łań­cu­chu. Drob­ne ogni­wo ła­two roz­trza­skać. Kto pró­bo­wał, tyl­ko pró­bo­wał. Pod­le­gał eli­mi­na­cji. By­li­śmy za­stra­sza­ni. Nie­wie­lu było ta­kich, któ­rzy chcie­li­by zre­zy­gno­wać z pew­ne­go ka­wał­ka chle­ba. – Były ubo­wiec urwał na mo­ment. – To też prze­no­śnia. Pła­co­no nam do­brze.

– Ro­zu­miem. Nie poj­mu­ję jed­ne­go, po co pan do nich za­pu­kał.

– Nie by­łem tam z wła­snej woli. Po­wiem panu coś dziw­ne­go… Po­cho­dzę z kie­lec­kie­go. Niem­cy z ze­msty za po­raż­ki z Hu­ba­lem po­tra­fi­li wy­tłuc całe wsie. Z mo­jej ro­dzi­ny nikt nie prze­żył. Ja zo­sta­łem, bo by­łem w par­ty­zant­ce. Te­raz to naj­dziw­niej­sze: na­le­ża­łem do NSZ. Pa­ra­doks, co? Z NSZ do UB. – Męż­czy­zna po­krę­cił gło­wą. – Gdy od Wscho­du par­li Ro­sja­nie, nasz do­wód­ca, pseu­do­nim Stal, roz­wią­zał od­dział. Jego ostat­nie sło­wa brzmia­ły: „dzia­łaj­cie na wła­sną rękę”. Co mia­łem ro­bić? Wstą­pi­łem do pierw­szej ar­mii – wes­tchnął. – Przy­na­leż­ność do NSZ wy­zna­łem. Mia­łem dzie­więt­na­ście lat, za­ufa­no mi. Czu­łem jed­nak wni­kli­wą ob­ser­wa­cję po­li­tru­ka. Ko­niec woj­ny? By­łem dwu­dzie­sto­lat­kiem. Po­wi­nie­nem od­by­wać za­sad­ni­czą służ­bę woj­sko­wą. Nikt mnie nie py­tał o zda­nie. Do­sta­łem skie­ro­wa­nie do UB w Byd­gosz­czy i tyle. Nie wie­dzia­łem, co to za fir­ma.

– Kie­dy zo­rien­to­wał się pan, w co wdep­nął?

– Mó­wi­łem. Do­bro­wol­nie tam nie po­sze­dłem. Nie trze­ba było być zbyt by­strym; po kil­ku dniach każ­dy z nas wie­dział, co jest gra­ne.

– Dłu­go pan u nich słu­żył… czy pra­co­wał? Nie wiem, któ­re sło­wo jest wła­ści­we.

– Wszyst­ko jed­no. Chy­ba słu­ży­łem. Przy li­kwi­da­cji ban­dy zło­dziej­skiej pod Szu­bi­nem zo­sta­łem ran­ny w bio­dro. Do tej pory uty­kam. Do­sta­łem ren­tę, nie­złą, bo wo­jen­ną. Na po­czą­tek na trzy lata. Na­stęp­ne ko­mi­sje le­kar­skie prze­dłu­ża­ły ją aż do paź­dzier­ni­ka pięć­dzie­sią­te­go szó­ste­go. Gdy na­stał Go­muł­ka, ren­tę szlag tra­fił.

– Mu­sia­ło za­bo­leć.

– I to jak. Od­wo­ła­nia nie po­mo­gły. Za­czą­łem roz­glą­dać się za pra­cą. Naj­bli­żej było do Za­che­mu. Przy­ję­li, nie było kło­po­tu. Nie mia­łem za­wo­du, a te­raz je­stem tak zwa­nym apa­ra­to­wym pro­ce­sów che­micz­nych.

– Pa­nie…

– Nie przed­sta­wi­łem się, prze­pra­szam. Moje na­zwi­sko Ku­rzy­dło. Hen­ryk Ku­rzy­dło.

– Pa­nie Ku­rzy­dło, wszyst­ko to jest cie­ka­we. Kie­dyś mi pan do­koń­czy, te­raz mu­szę ob­le­cieć in­sta­la­cję. Pra­ca wzy­wa.

– Pa­nie Gro­chow­ski, nie do­tar­li­śmy do naj­cie­kaw­szych hi­sto­rii. Te zwią­za­ne ze Świę­tą na pew­no pana za­in­te­re­su­ją.

– Fak­tycz­nie może być cie­ka­wie. Zro­bi­my tak: zro­bię ob­chód w cią­gu pół go­dzi­ny i pro­szę przyjść do ste­row­ni. Bę­dzie­my mo­gli spo­koj­nie po­roz­ma­wiać. Wi­dok ca­łe­go pro­ce­su będę miał na ścia­nie.

– Ja tak­że jesz­cze raz spraw­dzę swój re­jon. Ślu­sa­rze po­tra­fią zro­bić nie­zły ba­ła­gan. W mo­jej dział­ce usu­wa­li awa­rię. Spraw­dzę, czy wszyst­ko w po­rząd­ku.

Do po­now­ne­go spo­tka­nia do­szło po czter­dzie­stu mi­nu­tach. Ku­rzy­dło wszedł do ste­row­ni. An­to­ni sie­dział za biur­kiem i spo­glą­dał na świe­cą­ce na czer­wo­no lamp­ki. Pro­ces prze­bie­gał nor­mal­nie. Po­pro­sił Ku­rzy­dłę, aby usiadł. Ob­słu­gu­ją­cy ste­row­nię Ro­mek Wci­sło po­wie­dział do Gro­chow­skie­go:

– Sko­ro je­steś, pój­dę na sto­łów­kę. Jak­by co, wiesz, jak za­re­ago­wać.

– Po co ta gad­ka? Za­wsze tak ro­bi­my. Nie mu­sisz się śpie­szyć. Mamy z pa­nem Hen­ry­kiem cie­ka­wy te­mat do prze­dys­ku­to­wa­nia. Smacz­ne­go, do­bra dzi­siaj fa­so­lów­ka.

Po wyj­ściu Rom­ka Gro­chow­ski za­czął pierw­szy:

– Spra­wa mu­sia­ła być nie­zwy­kle trud­na. Ko­men­dy wo­je­wódz­kie nie za­ła­twia­ją ła­twi­zny?

– Nie mnie to okre­ślać. Fak­tycz­nie, w dwóch po­wia­tach, wy­rzy­skim i wła­śnie zło­tow­skim, prze­stęp­stwa mia­ły iden­tycz­ny cha­rak­ter. Za­ło­żo­no dzia­ła­nie kil­ku­oso­bo­wej gru­py. Na pod­sta­wie da­nych bazę tej ban­dy zlo­ka­li­zo­wa­no wstęp­nie w oko­li­cy Zło­to­wa. Naj­le­piej pa­so­wa­ła Świę­ta – wy­ja­śniał Ku­rzy­dło. – Roz­wa­ża­no, czy nie przy­dzie­lić roz­pra­co­wa­nia tej spra­wy ko­men­dzie zło­tow­skiej. Z po­wo­du prze­cią­że­nia, gdyż roz­pra­co­wy­wa­li afe­rę po­li­tycz­ną roz­pę­ta­ną wła­śnie w Świę­tej, areszt był za­peł­nio­ny. Sie­dzia­ło kil­ku­na­stu lub wię­cej miesz­kań­ców wio­ski. Tak nam tłu­ma­czo­no – cią­gnął. – Osta­tecz­nie do­sta­li­śmy przy­dział my. Wła­ści­wie było ina­czej: spra­wę przy­dzie­lo­no wspo­mnia­ne­mu wcze­śniej ma­jo­ro­wi, do­bór lu­dzi na­le­żał do nie­go. Tra­fi­łem do jego gru­py. Dla­cze­go wy­brał mnie, nie wiem.

– Prze­pra­szam, in­te­re­su­je mnie ta afe­ra po­li­tycz­na – wtrą­cił An­to­ni. – Moi ro­dzi­ce byli prze­trzy­my­wa­ni w zło­tow­skiej ko­men­dzie przez dwa ty­go­dnie. Zu­peł­nie moż­li­we, że to mia­ło zwią­zek z tym wy­da­rze­niem.

– Nie znam szcze­gó­łów. Ro­dzi­ce panu nie po­wie­dzie­li?

– By­łem szkra­bem. A póź­niej po­szło wszyst­ko w nie­pa­mięć. Ni­g­dy nie ko­men­to­wa­no tej spra­wy, przy­naj­mniej przy mnie. W so­bo­tę będę w Zło­to­wie, to za­py­tam – za­pew­nił. – Wróć­my do me­ri­tum: dla­cze­go Świę­ta?

– Zna pan Alek­sa z Wy­bu­do­wa­nia? Jego za­gro­da znaj­du­je się przy to­rach ko­le­jo­wych do Więc­bor­ka. Chy­ba jesz­cze ist­nie­je.

– Kto by go nie znał. Na­le­żał do pi­jac­kiej eli­ty w Świę­tej. Pew­nie jesz­cze żyje. Gdy­by zmarł, by­ło­by gło­śno.

– Do mnie na­le­ża­ła in­wi­gi­la­cja tego go­ścia. Ma­jor za­ło­żył, że usy­tu­owa­ne na ubo­czu go­spo­dar­stwo Alek­sa do­sko­na­le na­da­je się na bazę gru­py.

– Ja­kie miał prze­słan­ki? Mu­siał wam to ja­koś wy­ja­śnić.

– Jego ro­zu­mo­wa­nie mia­ło sens. Mu­szę za­cząć od cha­rak­te­ru prze­stępstw: na­pa­da­no nocą na ma­ga­zy­ny i skle­py na­le­żą­ce do gmin­nych spół­dziel­ni. Spraw­cy byli względ­nie do­brze uzbro­je­ni, nie zo­sta­wia­li świad­ków. Jed­nym z za­strze­lo­nych był czło­nek PPR. To był wy­star­cza­ją­cy po­wód do afe­ry po­li­tycz­nej. Dla­te­go spra­wę przy­dzie­lo­no nam, a nie mi­li­cji – wy­ja­śnił. – Po woj­nie by­wa­ło róż­nie. Oglą­dał pan pew­nie film Waj­dy na pod­sta­wie po­wie­ści An­drze­jew­skie­go Po­piół i dia­ment.

– Oczy­wi­ście, oglą­da­łem ten film.

– Jest pan mło­dy, może pan nie wie­rzyć. Tak jed­nak było.

Gro­chow­ski przy­po­mniał so­bie opo­wia­da­nie Ma­ciasz­ka, spoj­rzał na Ku­rzy­dłę i za­py­tał:

– In­te­re­su­je mnie, gdzie zna­le­zio­no zwło­ki tego pana. Tego, dzię­ki któ­re­mu wam przy­dzie­lo­no śledz­two.

– Na te­re­nie le­śnic­twa Wą­sosz. Za­le­d­wie kil­ka­set me­trów od roz­gra­ni­cze­nia po­mię­dzy Wą­so­szem a Świę­tą.

– Pa­nie Hen­ry­ku, czy to było ja­kieś cha­rak­te­ry­stycz­ne miej­sce?

Te­raz Ku­rzy­dło spoj­rzał po­dejrz­li­wie na An­to­nie­go i za­py­tał wprost, a ra­czej stwier­dził:

– Dziw­ne py­ta­nie. Coś obi­ło się panu o uszy? A może oglą­dał pan ten dziw­ny ka­mień z dzie­więt­na­ste­go wie­ku? Tak, za­strze­lo­ny le­żał obok.

– Oczy­wi­ście. Jako dwu­na­sto­la­tek sły­sza­łem, a ra­czej pod­słu­chi­wa­łem, jak kie­row­nik szko­ły opo­wia­da o tym po­mnicz­ku memu ojcu. Hi­sto­ria jak z kry­mi­na­łu.

– Po­zna­li­śmy tę hi­sto­rię od ma­jo­ra. Zu­peł­nie moż­li­we, że ma­jor za­po­znał się z nią od tego sa­me­go pana, co pań­ski oj­ciec. Mó­wił: „Wiem to od miej­sco­we­go na­uczy­cie­la”.

– To Ma­cia­szek. Był oso­bi­ście za­in­te­re­so­wa­ny tym zda­rze­niem.

– Te­raz naj­istot­niej­sze. Ma­jor su­mien­nie przy­go­to­wał plan śledz­twa. Od­rzu­cił z góry po­li­ty­kę. Przy za­bi­tym zna­le­zio­no zwo­je dru­tu i dwa go­to­we wny­ki na za­ją­ce. Taki z nie­go był czło­nek par­tii – za­kpił. – Nor­mal­ny kłu­sow­nik, miał pe­cha. Ban­da wra­ca­ła po na­pa­dzie. Mu­siał zgi­nąć, mógł znać ko­goś z człon­ków gru­py.

– Co­raz cie­ka­wiej. Osiem­dzie­siąt czte­ry lata temu kłu­sow­nik za­bił stró­ża pra­wa, a po pięć­dzie­się­ciu trzech la­tach zło­dzie­je za­bi­ja­ją kłu­sow­ni­ka. W tym sa­mym miej­scu. Dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści.

– Pa­nie Gro­chow­ski, może to żart, ale ten ka­mień trze­ba zli­kwi­do­wać. To miej­sce prze­klę­te. Zli­kwi­do­wać, aby nie do­szło do dal­szych tra­ge­dii.

– Jest pan prze­sąd­ny?

– Po­wie­dzia­łem: to był żart.

Wszedł Ro­mek Wci­sło.

– Ka­wa­ły so­bie opo­wia­da­cie – stwier­dził.

– Je­steś. My nie­ste­ty mu­si­my na­szą cie­ka­wą dys­ku­sję za­koń­czyć, a szko­da. Do­koń­czy­my przy na­stęp­nym spo­tka­niu, naj­le­piej poza fa­bry­ką.

– Pro­po­nu­ję u mnie w domu. Wie pan, gdzie uli­ca Zło­tow­ska?

– Tak. Do­brze znam ten ka­wa­łek Wy­żyn. Po­roz­ma­wia­my o tym na ze­wnątrz w pa­lar­ni? – za­py­tał, po czym zwró­cił się do współ­pra­cow­ni­ka: – Ro­mek, jak wi­dzisz, z pro­duk­cją wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Dzię­ki, aby tak do koń­ca zmia­ny.

Ku­rzy­dło i Gro­chow­ski opu­ści­li ste­row­nię. Pa­li­li jed­na­ko­we ga­tun­ki pa­pie­ro­sów. Klu­bo­we, naj­tań­sze z fil­trem.

– Nie­trud­no ob­li­czyć, że w tym roku stu­ka panu pięć­dzie­siąt czte­ry lata – za­gad­nął An­to­ni.

– Je­stem rocz­nik dwu­dzie­sty pią­ty, z li­sto­pa­da.

– Do eme­ry­tu­ry jesz­cze sześć lat. Pra­ca w wa­run­kach szko­dli­wych daje sześć­dzie­się­cio­lat­kom moż­li­wość przej­ścia w stan spo­czyn­ku.

– Oby nie osta­tecz­ne­go – za­śmiał się Ku­rzy­dło. – Mnie szko­dli­we nie do­ty­czy. Jako kom­ba­tant też mam za­gwa­ran­to­wa­ną wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę. W moim przy­pad­ku jest to ko­rzyst­niej­sze.

– Na czym po­le­ga róż­ni­ca?

– Zy­sku­ję parę zło­tych jako do­da­tek kom­ba­tanc­ki. Nie­wie­le, ale za­wsze. Na pa­pie­ro­sy wy­star­czy. – Hen­ryk za­ka­słał gło­śno. – Za dłu­go nie mogę sie­dzieć w pa­lar­ni. Je­że­li pan ła­skaw, umów­my się na dal­szy ciąg roz­mo­wy.

– Do­brze. Wy­star­czy mi nu­mer pań­skie­go domu – od­parł An­to­ni. – Nie od razu za­miesz­ka­łem w ho­te­lu przy uli­cy Kra­sic­kie­go. Po­cząt­ko­wo ka­dry za­ofe­ro­wa­ły miesz­ka­nie na Bia­ło­stoc­kiej. Za­chem wy­naj­mo­wał wol­ne po­ko­je u lu­dzi z nad­me­tra­żem. Ho­tel przy Kra­sic­kie­go był w koń­co­wej fa­zie bu­do­wy. Zło­tow­ska leży bli­sko Bia­ło­stoc­kiej, więc znam do­brze te stro­ny. – Męż­czy­zna wy­raź­nie miał ocho­tę po­ga­wę­dzić. – Ustal­my ter­min.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Po­mnik w le­sie

isbn: 978-83-8423-527-0

© Pa­weł Cho­de­ra i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Alek­san­dra Płot­ka

ko­rek­ta: Mag­da­le­na Brze­zow­ska-Borcz

okład­ka: Mag­da­le­na Czmo­chow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.