Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jedno miejsce. Trzy zapomniane historie. I świadek, który nie wierzy w przypadki.
Antoni Grochowski wiedzie proste życie pracownika PRL-owskiej fabryki. Nie szuka kłopotów i nie interesuje się cudzymi sprawami. Wszystko zmienia przypadkowa rozmowa z Henrykiem Kurzydło, byłym funkcjonariuszem UB, o brutalnych porachunkach z czasów, gdy na Ziemiach Odzyskanych działały bezwzględne grupy przestępcze.
Wkrótce po tym spotkaniu Henryk ginie w niewyjaśnionych okolicznościach.
Sprawą zajmują się organy ścigania, w tym doświadczony kapitan Władysław Kowal. Antoni niespodziewanie zostaje wtajemniczony w postępy dochodzenia i zaczyna łączyć fakty na swój sposób. Wszystkie tropy prowadzą do jednego miejsca: owianego tajemnicą pomnika w leśnictwie Wąsosz, przy którym przed laty znaleziono martwe ciało…
„Pomnik w lesie” to kryminał inspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Mroczna historia prowadzi czytelników przez Ziemię Złotowską, Szczecin i Bydgoszcz – miejsca, gdzie przeszłość wciąż rzuca długi cień.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 323
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W warsztacie krawieckim Józefa Grochowskiego obok wielkiego lustra siedział kierownik miejscowej szkoły. Owszem, na co dzień korzystał z usług krawieckich mistrza, lecz tym razem przyszedł porozmawiać z panią Grochowską, przewodniczącą komitetu rodzicielskiego. Za trzy tygodnie koniec roku szkolnego, należało ustalić szczegóły uroczystego apelu na zakończenie.
Do ubiegłego roku kierownik Maciaszek nie był zadowolony z podległej mu kadry. Najczęściej były to osoby bez kwalifikacji. Na szczęście ostatecznie same zrezygnowały z pracy w szkolnictwie. Ostatni rok jednak przerósł jego oczekiwania. Inspektorat przydzielił mu dwóch młodych, zdolnych, pomysłowych i pracowitych nauczycieli. Postanowił naradzić się z Grochowską, jak okazać im wdzięczność.
Zebranie koła gospodyń wiejskich, któremu Grochowska również przewodniczyła, trwało dłużej niż zwykle.
Maciaszek czekał cierpliwie. Z natury był człowiekiem lubiącym pogawędzić. Wykorzystując chwilową ciszę, zwrócił się do trzeciej osoby przebywającej w warsztacie.
– Widzę, Antoś, że pomagasz ojcu?
Zagadnięty Antoni, dwunastoletni syn krawca, usuwał, a raczej wyciągał fastrygi z uszytej marynarki.
– Panie kierowniku – odpowiedział – ja pracuję. W ten sposób zarabiam na kieszonkowe. Od każdej sztuki tato płaci mi złotówkę.
– Podoba mi się ten sposób zarobkowania. – Kierownik nie krył podziwu.
– Panie Maciaszek, tak ustaliliśmy. Pochodzę z wielodzietnej rodziny. Nie znaliśmy określenia „kieszonkowe” – wyjaśnił senior.
– Znam to, też pochodzę ze wsi. Urodziłem się w Świętej. Lekko nie było…
Antoś wiedział, że gdy rozmawiają dorośli, nie wolno im przeszkadzać. Słuchał jednak uważnie. Nic nie uszło jego uwadze, a pamięć miał świetną. Obojętnie czy po polsku, czy po niemiecku, chłonął wszystko.
Było siedem lat po wojnie, lecz w powiecie złotowskim nadal słyszało się rozmowy w języku niemieckim. Rzadko, ale bywało.
W Świętej ku niezadowoleniu Maciaszka garstka autochtonów pochodzenia niemieckiego miała trudności z opanowaniem języka polskiego. Byli to ludzie w podeszłym wieku, którzy z różnych względów nie opuścili ziemi złotowskiej w 1945, najczęściej poprzez koligacje z Polakami.
Siedem lat to wystarczający okres na integrację. Osiedleńcy z Kresów Wschodnich lub z centralnej Polski opanowali język niemiecki na tyle, że umieli porozumieć się z niemieckimi ostańcami.
Rdzenni mieszkańcy, autochtoni polskiego pochodzenia, byli dwujęzyczni. Pomimo stu dwudziestu trzech lat zaborów zachowali język ojczysty. Może nie był to język literacki, ale był polski.
Maciaszkowi nie przeszkadzała przedłużająca się nieobecność Grochowskiej. Lubił rozmawiać, Józefa Grochowskiego szanował, więc chętnie wdał się z nim w pogawędkę.
– Józefie, na brak roboty pewnie nie narzekasz. Gdyby był kryzys, nie zatrudniałbyś czeladnika i ucznia.
– W Świętej jest nas trzech krawców. Wszyscy mamy pełne ręce roboty. W sąsiednich wioskach aż po Łobżenicę nie mają szyjących majstrów. Stąd taka sytuacja – tłumaczył spokojnie. – Zresztą Święta to duża wieś. Oprócz tego mam kilku klientów ze Złotowa. Na razie jest dobrze.
– Dlaczego na razie?
– Mam w Anglii kuzyna, też krawca. Zanim osiadł na wyspach, przewędrował z generałem Andersem kawał świata. Jednak nie pracuje w wyuczonym zawodzie, bo do sklepów trafiają gotowe wyroby, i tak upada rzemiosło. Dojdzie i ta zaraza do nas.
– Może masz rację. – Maciaszek zamyślił się. – Ale z twoją głową i obrotnością twej żony nie grozi wam bieda. Masz oprócz tego kawałek ziemi. Na wyżywienie i utrzymanie inwentarza starczy.
– Niezupełnie. Mamy wprawdzie krówkę, i to dobrą. Łąkę, niestety, musimy dzierżawić. Na razie dogadujemy się z nadleśnictwem. W tym roku zawarliśmy trzyletnią umowę. Ponad pół hektara dobrej łąki nad Kocunią. Już jest skoszona. Jutro po południu pojedziemy zgrabić, a może jak pogoda pozwoli, przygotujemy do zwózki.
– Nad Kocunią? Znaczy… leśniczówka Wąsosz.
– Zgadza się, to niedaleko. Przed przepustem na rzeczce, przy tym wielkim dębie. To skrót do Podróżnej. Nasza łąka jest na prawo przed przepustem.
– Znam dobrze te tereny, z szosy na Kleszczynę…
– Tak. Nie skręcam w lewo, tylko jadę dalej prosto polną drogą w stronę lasu.
– Józefie, słuchaj uważnie. Wjedziesz do lasu i po około stu metrach zatrzymasz się. Zejdziesz z roweru, skręcisz w prawo w głąb lasu. Po około czterdziestu metrach znajdziesz pomnik.
– Po co komu pomnik w lesie?
– To nie jest okazały postument. Jest to betonowy, a może granitowy kamień, nieco tylko większy od tego, który stoi przy twoim płocie.
– Ten kamień to hektometr – wtrącił Józef. – Dzięki niemu wiem, że do kaplicy świętego Rocha w Złotowie mam cztery kilometry i sześćset metrów. Punkt zerowy jest na skrzyżowaniu ulic Mickiewicza, Staszica i…
Grochowski znacząco nie wymienił nazwy jednej z ulic.
– Rozumiem, też chciałbym dożyć czasów, w których znikną nazwy takich ulic. Wstyd dla miasta – odezwał się Maciaszek.
Antoś słuchał wnikliwie. Wiedział, co miał na myśli kierownik. Ulicę Stalina.
Wiedział również, że pan Maciaszek musi mówić inaczej, niż myśli. Dotyczy to spraw na styku z polityką. Z rodziną Grochowskich był zżyty. Mógł mówić swobodnie, bez obawy. Uważać jednak należało. Można było z tego powodu zakosztować aresztu, podobnie jak za słuchanie Radia Wolna Europa.
– Józefie, słuchaj dalej. Dla mnie ten pomniczek ma szczególne znaczenie. W roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym drugim w tym miejscu został zastrzelony gajowy z leśnictwa Wąsosz. Prawdopodobnie to nadleśnictwo zafundowało ten pomniczek ku czci zamordowanego.
– Nigdy o tym nie słyszałem.
– Ojciec nie wspominał o tym?
– Jakoś nie.
– Nie będę wymieniał nazwisk, po sześćdziesięciu latach to nieistotne. Ważne jest zdarzenie i jego skutki. Znam sprawę z relacji mego ojca – ciągnął Maciaszek. – Tato był nią szczególnie zainteresowany. Główny, a właściwie jedyny podejrzany o zabójstwo był dobrym znajomym mojego staruszka. Gdy go aresztowano, miałem trzy latka. Z opowiadań wiem, że często brał mnie na kolana. Gdy miał interesy w Świętej, wpadał do ojca na pogawędkę. Wnioskuję, że to mogła być nawet przyjaźń. Mieszkał przy szkole w Wąsoszu, był nauczycielem.
– Nie do wiary. Nauczyciel mordercą?
– Spokojnie. Głównym świadkiem oskarżenia był sąsiad. Nie lubił nauczyciela, mieli na pieńku. Tak mówiła cała wieś. Kiedyś nauczyciel przyłapał go na drobnej kradzieży. Wstyd na całą wioskę i okolicę. Rewanż był dotkliwy.
– Sąd tego nie uwzględnił?
– Józefie, myślisz jeszcze kategoriami przedwojennymi. Zgoda, w tamtych czasach nauczyciel wiejski był drugi po proboszczu. Nie to, co obecnie. Cieszył się poszanowaniem wśród uczniów, rodziców i władz. Jednak w sądzie nie było sentymentów. Tylko fakty się liczyły, a one niestety przemawiały przeciw oskarżonemu. Jego pasją było myślistwo. Posiadał legalnie broń i miał wszelkie uprawnienia na polowania.
– To chyba nie wystarczy, aby oskarżyć kogoś o zabicie człowieka.
– Słuchaj dalej – kontynuował dyrektor. – Ojciec nie potrafił zrozumieć, jak taki rozsądny człowiek mógłby popełnić tak karygodne przestępstwo. W okresie niedozwolonym upolował sarenkę i przywiózł ją ręcznym wózkiem do domu. Wścibski sąsiad w rewanżu za poprzednie sprawki doniósł o tym władzom. Ot, całe przestępstwo – westchnął. – Po odnalezieniu zwłok gajowego dla prokuratora sprawa była jasna. Nauczyciel wprawdzie nie przyznał się do zarzutów, lecz poszlaki świadczyły przeciw niemu. Niemieckie sądy były wówczas w takich sprawach rygorystyczne: śmierć za śmierć. Gdyby nie poszlakówka i dobra opinia władz szkolnych, prawdopodobnie otrzymałby karę śmierci. Ostatecznie wymierzono mu dożywocie.
– Jeśli dobrze myślę, to nie nauczyciel był zabójcą. A więc kto? Ustalono w końcu, kto to zrobił?
– Nie. Sprawa wyszła na jaw po dwunastu latach – kontynuował. – Do sądu złotowskiego dotarło pismo ze Stanów Zjednoczonych. Pismo wiarygodne, sygnowane notarialnie, w którym zabójca gajowego wyznał na łożu śmierci prawdę. Kłusował, pozwolenia na broń nie posiadał, przyłapany na kłusownictwie strzelił. W obawie przed toporem kata wyjechał do Ameryki.
– Dwanaście lat, a jednak… nie zapomniał. Dopiero widmo śmierci ruszyło jego sumienie. Rozumiem, że nauczyciela ułaskawili i wypuścili?
– Tak, wypuścili – potwierdził. – Na krótko wpadł do ojca, pożegnał się. Wyjechał prawdopodobnie do Zagłębia Ruhry. Później nie dał znaku życia.
– Znane jest nazwisko zabójcy?
– Ja nie znam, ojcu powiedział. Z pewnych względów ojciec zachował wiadomość dla siebie.
– Jak to tłumaczył?
– Pewnie nie chciał urazić rodziny zabójcy. Zupełnie możliwe, że ojciec znał niektórych jej członków. To mogli być zwykli, szanowani ludzie. Wiesz, Józefie, jak to jest, gdy cię wytykają palcami.
– Uważam, że postąpił słusznie.
– Powiedział tylko tyle: nie był to człowiek z bliskiej okolicy. Ani ze Świętej, ani z Wąsosza czy Kleszczyny.
– To historia prawie książkowa.
– Pewnie. Miejsce, na którym stoi pomnik, według ludzkiego gadania jest przeklęte. Krótko po wojnie obok tego nieszczęsnego kamienia znaleziono zwłoki pewnego pana. Również zginął od kuli. – Maciaszek przyjrzał się wnikliwie Józefowi. – Musiałeś słyszeć, było o tym głośno.
– Ludzie w warsztacie mówią różne rzeczy. Pewnie o tym także gadali. Gdy pracuję, na plotki nie zwracam uwagi.
– I słusznie. Ten zabity to był jakiś partyjniak, peperowiec. Zrobiono z tego sprawę polityczną. Ubowcy szaleli. – Maciaszek pokręcił głową. – Co ci będę mówił. Jacy są ubecy, wiesz dobrze. Przesiedziałeś u nich dwa tygodnie. I za co? Za idiotyzm wywołany również przez partyjniaka.
Ten czas Antoś pamiętał bardzo dobrze. Ojca faktycznie nie było dwa tygodnie, zresztą matkę też aresztowano. Siedziała nawet dwa dni dłużej. Było lato czterdziestego szóstego, za kilka tygodni miał po raz pierwszy pójść do szkoły.
W czasie nieobecności rodziców opiekował się nim czeladnik Wacek. Mieszkał u nich, miał pokój na poddaszu. Grochowscy traktowali go jak syna. Wszystkie posiłki spożywali wspólnie. Antoś był bardzo zżyty z Wackiem. Był dla niego jak kolega, lepszy od rówieśników. Gdyby nie wyjazd na pogrzeb stryja, byłby tu teraz razem z nimi. Pracował – tak jak tato – od rana do wieczora. Jak było coś pilnego, to zarywali noc.
– Miło pobytu u ubowców nie wspominam. Muszę przyznać, że nie wszyscy mieli zwierzęce odruchy. Kilku z nich nie nazwałbym nawet ludźmi.
Rozmowę o nieprzyjemnych wspomnieniach przerwało wejście Grochowskiej.
– Dzień dobry, a raczej dobry wieczór, kierowniku. Długo pan czekał? Przepraszam. Zebranie, jak to u bab, przeciągnęło się.
– Pani Heleno, nic nie szkodzi. Pogawędziliśmy sobie z mężem.
– Wiem, dlaczego pan przyszedł. Chodzi o zakończenie roku. Mam pewne pomysły – zaświergotała. – Przejdziemy do drugiego pokoju, zrobię kawę, a i placek drożdżowy się znajdzie. Józek, mam nadzieję, że jesteście z Antosiem po kolacji. Jak skończysz, dołącz do nas. Co trzy głowy, to nie dwie – zaśmiała się serdecznie i zwróciła do syna: – Antoś, o lekcje nie pytam, zawsze odrabiasz zaraz po obiedzie. Idź do siebie i poczytaj.
– Co teraz, Antosiu, czytasz?
– Panie kierowniku, pan dobrze wie co. Kazał nam pan przeczytać Placówkę Prusa i właśnie to robię.
– Bardzo dobrze, czytanie to mądrość. Oczywiście wartościowych książek.
Pozostali w warsztacie w dwójkę. Ojciec i syn.
– Tato, odnajdziemy ten pomnik?
– Zauważyłem, że opowiadanie kierownika mocno cię zaciekawiło.
– Jutro jedziemy na łąkę, jest więc okazja.
– Jak szybko skończymy grabienie, zrobimy to, obiecuję. Mnie także zainteresowała ta niesamowita historia.
***
Antoni pracował jak najęty. Grabił szybciej niż zwykle. Pamięć o pomniczku go nie opuszczała. Rozmyślał: „może jest zniszczony, może go wcale nie ma?”. Pomimo wątpliwości robota paliła mu ręce.
Jednak tam był. Wcale długo nie szukali. Namiary podane przez Maciaszka były dokładne. Wielkością nie różnił się od kamieni hektometrowych – może był nieco wyższy, za to znacznie szerszy. Antoś rozpoznał go ze względu na napisy. Były w języku niemieckim i częściowo niewyraźne. Rok 1892. Ta data pomimo upływu sześćdziesięciu lat była czytelna.
– Zadowolony jesteś, synku?
– Bardzo. Dziękuję ci, tato, za pomoc w odnalezieniu tego historycznego kamienia. O gajowym wiem tyle, co powiedział kierownik Maciaszek. A możesz mi powiedzieć coś więcej o tym drugim, partyjnym?
– Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Jak dorośniesz, może natrafisz na jakąś wzmiankę. Jak słyszałeś, ja o tej sprawie niewiele wiem.
Antoś spojrzał z niedowierzaniem na ojca, ale dał spokój. W duchu zaś pomyślał: „może to ciekawsze niż historia skrzywdzonego nauczyciela. Czas pokaże”.
Rzeczywiście… pokazał.
Tylko w zepsutym zegarku czas stoi w miejscu. W życiu człowieka, niestety, czas biegnie nieubłaganie. Jednemu człapie, innemu ucieka.
Z upływem lat nieubłagane są także zmiany. Dotyczy to wszystkich dziedzin życia. Największe różnice dostrzegalne są w polityce, gdyż dotykają nie jednostek, lecz ogółu. I to nie tylko w regionie czy kraju. Zmiany te rzutują na obraz całego świata.
Po drugiej wojnie światowej Polska znalazła się w strefie wpływów Kremla, czyli Stalina, a po jego śmierci – Chruszczowa. Początkowo schedę po Stalinie dzierżył Malenkow. Widocznie jednak był za słaby i nie miał poparcia, więc wszechwładnym został towarzysz Nikita.
Zmiany w Polsce następowały początkowo szybko. Po czterdziestym ósmym nastąpiła stabilizacja. Fuzja komunistów z socjalistami poskutkowała powstaniem PZPR.
Zlikwidowano stanowisko prezydenta, tworząc w zamian funkcję Przewodniczącego Rady Państwa – stanowisko bez wpływu na funkcjonowanie kraju. Oczywiście istniała Rada Ministrów, czyli rząd, na którego czele stanął Cyrankiewicz. Aby zachować pozory, był również sejm i władza sądownicza. Na pierwszy rzut oka – demokracja.
Pierwsze skrzypce w tej orkiestrze grał szef PZPR, zwany pierwszym sekretarzem. Został nim Bolesław Bierut. Niby pierwsze skrzypce, lecz musiały grać według nut wysyłanych z Kremla. Okazało się jednak, że fałszował, gdyż wiosną pięćdziesiątego szóstego podczas oficjalnej wizyty w Moskwie nagle zmarł.
Fałszywymi skrzypkami okazali się także: czechosłowacki pierwszy sekretarz i niemiecki premier. Jakiś włoski komunista również nie wytrzymał moskiewskiego powietrza.
Dziwny zbieg okoliczności. W krótkim odstępie czasu cztery osoby opuszczały Moskwę w drewnianych jesionkach, jak mawiał Wiech.
Po Bierucie nastąpiła czternastoletnia era Władysława Gomułki. Bierut zmarł w kwietniu, a Gomułka przejął ster w październiku.
W okresie przejściowym sekretarzował Ochab. Miał pecha. W czerwcu w Poznaniu doszło do rozruchów. Był to pierwszy protest społeczeństwa wobec uległych Kremlowi władz. Po krwawym zdławieniu poznańskiego buntu dał o sobie znać premier Cyrankiewicz. Zagroził odrąbywaniem rąk wyciągniętych przeciw władzy ludowej. Pomimo buńczucznej mowy premier, jak wskazywałaby nazwa, nie był pierwszym. Pierwszym był sekretarz PZPR, któremu – jak wspomniałem wcześniej – nuty do grania przysyłano ze stolicy Kraju Rad.
Gomułka zasłynął jako znawca literatury. Podczas sprawowania przez niego władzy niektórzy literaci, między innymi Paweł Jasienica, popadli w niełaskę. Gomułka miał pretensje nawet do Mickiewicza. Zdjął z afisza warszawskie przedstawienie Dziadów, a reżyser spektaklu Kazimierz Dejmek mocno podpadł sekretarzowi. To tylko przedsmak jego działalności. Za jego rządów nastąpił masowy wyjazd ludności pochodzenia żydowskiego z Polski do Izraela.
Wszystko ma swój kres, od siedemdziesiątego sekretarzował Edward Gierek.
Początki były trudne. Polska za udział w agresji na Czechosłowację (w roku 1968) nie cieszyła się na świecie dobrą opinią. Gierkowi udało się tę niechęć opanować. Niebagatelne sumy w formie pożyczek napływały z bogatych krajów zachodnich. W efekcie zadłużył kraj. Jedyny pożytek – rozwinął budownictwo mieszkaniowe. W szybkim tempie powstawały bloki, jeden po drugim. Nie było to budownictwo luksusowe, ale dało się mieszkać.
Dotarliśmy do roku siedemdziesiątego szóstego. Krawiec Józef Grochowski wraz z żoną Heleną opuścili wieś i zamieszkali w pobliskim mieście – Złotowie. Początkowo emeryt Józef nie bardzo był z tego zadowolony. Brak pracy, drobnego inwentarza; jednym słowem: nuda. Chyba ze trzy miesiące trwało, zanim zrozumiał, że dokonali właściwego wyboru. Starość to jeszcze nie tragedia. Przychodnia pod nosem jest niezwykle wygodna. Do sklepów kilka kroków, a poza tym znajomi przynosili mu drobiazgi do roboty. Sąsiad zażyczył sobie uszycie garnituru. I wreszcie: miasto to też miejsce szczęśliwego życia. Zapomniał o krówce, kurach, a w zamian upodobał sobie spacery.
Przed reformą gierkowską Złotów był miastem powiatowym. Po degradacji z powiatu na nie wiadomo co żyło się tak samo. Utworzenie czterdziestu dziewięciu województw dla Złotowian było dość korzystne.
Do miasta wojewódzkiego było wtedy trzydzieści trzy kilometry. Tyle wynosi odległość do Piły. Do poprzedniej stolicy województwa, Koszalina, było o sto kilometrów więcej. Dla petentów w urzędach wojewódzkich okazało się to ulgą. Największą korzyść odnieśli chorzy wymagający leczenia specjalistycznego. Dla przykładu: do specjalisty okulisty należało niegdyś jeździć do Słupska, obecnie wystarczało pojechać do Piły. Oszczędność stu dwudziestu kilometrów. Poziom poradni w Pile był wyższy niż w Słupsku. Tak twierdzili wszyscy, którzy korzystali z usług pilskich specjalistów.
Normalne, spokojne życie bez trosk w drugiej połowie lat siedemdziesiątych uległo zachwianiu. Dotyczyło to wszystkich – z zaopatrzeniem w sklepach masarskich zawsze był kłopot. Po pięciu latach rządów Gierka kolejki wydłużyły się. Zakup choćby pół kilograma kiełbasy zwyczajnej uważano za sukces. Właśnie za czasów gierkowskich powstał nowy zawód – stacz. Staczami bywali przeważnie emeryci. Za niewielką opłatą okupowali kolejki nie tylko przed sklepami z mięsem. Kolejki były przed sklepami meblowymi i AGD. Wszystkie branże trudno wymienić. Kolejki były wszędzie. Panie z dzieckiem na ręku były obsługiwane poza kolejnością, więc maluchy były przekazywane z rąk do rąk, po kilka razy pomagając w bezkolejkowych zakupach.
Dla przedsiębiorczych gospodyń robiących przetwory z owoców – tragedia. Wprowadzono kartki na cukier. Wiadomo, jak kartki, to i spekulacja.
Lato roku siedemdziesiątego szóstego – z Ursusa i Radomia napływały nienajlepsze wieści. Ludzie słyszeli o tłumieniu protestów robotników. To zły znak. Czyżby?
***
Antoni, gdy skończył podstawówkę, ku niezadowoleniu ojca rozpoczął naukę w szkole średniej. Oświadczył ojcu, że krawiectwo to nuda. Interesował go sport. Nie tylko kibicowanie. Jak większość chłopaków ganiał za piłką. Gdy podrósł, grał jako amator w kilku klubach. Poważnie myślał o piłce nożnej. Niestety, groźna kontuzja wybiła mu z głowy karierę.
Gdy przyjmował się do pracy w Zakładach Chemicznych „Zachem” w Bydgoszczy, był jeszcze mieszkańcem koszalińskiego. Stały adres miał w Złotowie przy rodzicach.
Przed Zachemem pracował w szczecińskim Wiskordzie. Niby też chemia i też organiczna, tylko nie ta klasyczna. Wiskord to tylko częściowo udoskonalona dziewiętnastowieczna manufaktura. O rozwoju fachowości nie było mowy.
Bydgoski „Zachem” otworzył Antkowi oczy. Kadry skierowały go na wydział w końcowej fazie budowy, krótko przed rozruchem. Nowoczesność, pełna automatyzacja. Teraz zrozumiał wymogi przemysłu chemicznego.
Uczył się pilnie i obserwował otoczenie. To dało okazję do pewnych porównań.
Sąsiedni wydział już po rozruchu, jak to na początku, borykał się z trudnościami. Wydział na licencji radzieckiej w fazie początkowej „gościł” specjalistów z Kraju Rad. Kilkanaście osób. Oczywiście przydzielono im specjalne pomieszczenie z napisem „Specjaliści radzieccy”. Codziennie o dziesiątej mieli naradę.
Ubrani byli w ciuchy zachemowskie: flanelowe koszule, drelichowe ubranie i buty. Kierownik tej zbieraniny odróżniał się od reszty specjalistów krawatem założonym na flanelkę.
Wydział Antka to był polski wydział – projektanci polscy, choć akcenty z zachodu były. Posiadali aparaturę ze Szwajcarii, Zachodnich Niemiec, Austrii i drobne elementy z USA.
Przedstawiciele zachodnich firm także uczestniczyli w rozruchu. Były to pojedyncze osoby, nie jak gromada rosyjska; ci to byli faktycznie specjaliści – znali wszystko, od śrubki po automatykę.
Eksperci radzieccy sprawiali wrażenie, jakby do Polski przyjechali na codzienne zebrania partyjne. Narady i jeszcze raz narady. Nie zawsze dawało to efekt. Nasi inżynierowie bez ich narad często wychodzili cało z tarapatów.
Zachodni eksperci także przystępowali do pracy w ubraniach roboczych. Nie były to ciuchy zachemowskie, ale ich własne, firmowe. Niektórzy pracownicy zastanawiali się, czy krawat radzieckiego kierownika zakupiono ze specjalnego funduszu. Nic dziwnego. W zachemowskich magazynkach rubryka „krawat” nie istniała.
Tak sobie żartowano. Oficjalnie Rosjan traktowano poważnie.
W Grochowskim grupa Rosjan nie budziła żadnych emocji. Częściowo znał ich obyczaje. Mieszkając w Szczecinie, spotykał się z sympatycznym, rosyjskim oficerem, który przy butelce stolicznej nie krył niezadowolenia z rządów Chruszczowa. Ufał Antoniemu, bo za takie stwierdzenie Syberia pewna.
Jedyne, co Antoniego ciekawiło, to kto z tej zachemowskiej grupy jest obserwatorem politycznym. Dobrze wiedział, że do każdej grupy dokooptowano kapusia. Nawet niekoniecznie podczas wyjazdów zagranicznych. Jeśli zbierało się jakieś skupisko ludzi, partia musiała mieć swojego kreta. Musiała o wszystkim wiedzieć.
W Polsce wszechwładna przewodniczka ludu niestety przejęła tę metodę inwigilacji. Mieliśmy polskich politruków, ale łatwo było ich rozszyfrować.
Na wydziale Antoniego najdłużej przebywającym w Bydgoszczy ze speców zagranicznych był Szwajcar. Przyczyny jego przedłużającego się pobytu w Polsce były dwie. Pierwsza: z winy inwestora. Konstrukcja podłoża pod potężne kompresory zakupiona z jego firmy w Bazylei była zbyt słaba. Należało ją wzmocnić grubą warstwą żelbetu. Trochę to trwało.
Skąd takie niedopatrzenie? Zamiast wysłać na rozpoznanie do Anglii fachowca, gdzie takie urządzenia pracowały, wysłano kolesia na wycieczkę. Takie projektant otrzymał dane. A właściwie ich nie dostał.
Druga przyczyna: wina Szwajcarów. Wadliwe parametry jednego z tłoków kompresora. Przy rozruchu nie wytrzymał. Pękł.
Wykonano telefon i po dwudziestu czterech godzinach przedstawiciel producenta, przepraszając, stwierdził wadę, a po siedemdziesięciu dwóch godzinach zamontowany tłok był gotowy do pracy. Oprócz tego w ramach przeprosin dotarła pełna skrzynia z rezerwową armaturą.
Widocznie u nich to normalne. A u nas…?
Szwajcaria, kraj wielojęzyczny. Nasz spec na imię miał Franz. Bazylea to niemieckojęzyczna część kraju. Franz z projektantem porozumiewali się po francusku. Znał również włoski.
Antoni znający język niemiecki miał z Franzem dobry kontakt. Szybko zostali kumplami. Obaj dawno przekroczyli wiek chrystusowy, czyli starzy kawalerowie. Nie tylko to ich łączyło. Byli miłośnikami muzyki operowej. Zarówno Franz, jak i Antoni na pierwszym miejscu stawiali Pucciniego.
Franza zakwaterowano w hotelu Brda. Fabryka traktowała go należycie, jak gościa. Codziennie miał zapewniony dowóz do zakładu. Wspólne zainteresowanie muzyką powodowało częste wypady Antka do Brdy. Franz przywiózł sporo nagrań – nie tylko Pucciniego. Był Verdi i inni twórcy, sami Włosi. Antek pytał, dlaczego nie ma nagrań kompozytorów innych nacji, na przykład Bizeta, Mozarta, Wagnera czy Czajkowskiego.
– Oczywiście, mam i takie nagrania – odpowiedział Franz. – Przywiozłem tylko Włochów, bo na resztę zabrakłoby walizek.
Ich rozmowy toczyły się też na inne tematy. Problemy w fabryce, w Polsce, a szczególnie poziom życia przeciętnego Polaka. Według Szwajcara – bieda.
– Dziwne, jak wy to wytrzymujecie – komentował.
Namawiał Antka na wyjazd do Szwajcarii na stałe. Gwarantował mieszkanie i dobre zarobki. Odmowę przyjął ze zdziwieniem.
Antek nie tłumaczył dlaczego, a powodów było kilka. Po pierwsze rodzice już niemłodzi, liczyli na jego opiekę. Drugi aspekt – dziadek Antka, działacz polonijny pod zaborem niemieckim, przewróciłby się w grobie, gdyby wnuk dla pieniędzy opuścił Polskę. Po trzecie normalny strach przed nieznanym.
Wyjazd Franza zakończył znajomość. Antek nie poprosił nawet o adres. Nie chciał być kuszony.
Relacja Antka z rodzicami była dobra. Komunikacja autobusowa sprzyjała – tylko osiemdziesiąt pięć kilometrów. Dojazd koleją z przesiadką w Pile też. System pracy Antoniego, tak zwany czterobrygadowy, pozwalał na trzydniowe wizyty co cztery tygodnie. Mieszkanie w Bydgoszczy zapewniała fabryka. Nowoczesny hotel robotniczy. Nie był to co prawda Hilton, lecz warunki były znośne.
Dni wolne od pracy wykorzystywał zawsze na wyjazd do Złotowa. Urlopy także spędzał z rodzicami.
– Po co mi wczasy? – mawiał. – Nie ma lepszego miejsca do odparowania chemikaliów niż Złotów.
Co racja, to racja. Miasto czyste, bez hałasu, obdarzone szczerze przez naturę. Na obrzeżach pięć jezior, niewielka rzeczka i dużo zieleni.
Zachodnia część miasta zwana Zwierzyńcem stanowiła prawdziwe płuca miasta. Spacery w tej dzielnicy to samo zdrowie, a Antoś maszerować lubił.
W siedemdziesiątym szóstym ojciec, kilka lat starszy od matki, zaczął podupadać na zdrowiu. Był – jak to mówią – na chodzie i wykonywał lekkie prace. Głowę miał nie od parady. Potrafił tak zaplanować cięższe roboty, żeby trafiły na wolne dniówki Antka.
Trzydniówki to była uciecha dla całej rodziny. Antek oprócz pracy na działce – a dużo tego nie było – robił to, co lubił: spacerował. Przechodząc obok jezior, żałował, że nie załapał bakcyla wędkarskiego. Spacery praktykował nie tylko z zamiłowania, lecz głównie dla zdrowia. Miał przecież do czynienia z chemikaliami, i to niebezpiecznymi. Na przykład z fosgenem, który w przeszłości używano jako gaz bojowy.
Najważniejsze jednak były rozmowy. O wszystkim. Choć… niezupełnie. Nie było mowy o żeniaczce. Obie strony uważały, że tak jest lepiej.
Rozmowa o Szwajcarze i jego propozycji, gdy dotarła do świadomości ojca, wzbudziła w staruszku pewne zaniepokojenie.
Nie był działaczem jak dziadek, choć do Związku Polaków w Niemczech wstąpił – i to wcale nie za namową dziadka. Sam z siebie. Czuł taką potrzebę.
Udowodnił to w trzydziestym szóstym. Był już samodzielnym krawcem. W ogólnoniemieckim spisie powszechnym w rubryce narodowość zadeklarował polską, mowa ojczysta – także polska. Stracił przez to kilku klientów, zwolenników Adolfa. Dane były jawne.
Józef spojrzał na syna i zapytał:
– Co mu odpowiedziałeś?
– Możecie być spokojni. Nigdzie nie wyjeżdżam. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego.
Nic nie odpowiedział. Uśmiech wystarczył. Żeby staruszków zupełnie uspokoić, tak zaczął:
– Pamiętacie Bolka, z którym chodziłem do ogólniaka?
– Czy to ten, z którym siedziałeś w jednej ławce? – spytała matka.
– Nie, mamo. Pierwsze dwa lata siedziałem z Januszem. A później różnie. Po dwóch latach Janusz przeniósł się do średniej muzycznej. Złotowskie ognisko muzyczne to było za mało na jego talent. Nie mam z nim kontaktu, a szkoda. Teraz to znany kompozytor. W szkole byliśmy kolegami. To równy, dowcipny chłop.
Matka kiwnęła głową.
– Pamiętam jego ojca z wywiadówek. Też muzykalny. Każdego roku w maju z wieży kościoła świętego Stanisława Kostki na trąbce wygrywał melodię do pieśni maryjnych. Podczas wywiadówek też zasiadaliśmy w jednej ławce.
– Dajcie mi dokończyć o Bolku.
– Chyba kojarzę. To ten syn komunisty z…
– Oczywiście, tato. Bolek był taki sam jak jego ojciec. Gdy dotarła do niego wiadomość o śmierci Bieruta, płakał jak bóbr. Nasza rozmowa o propozycji Szwajcara skierowała moje myśli na postępowanie Bolka po szkole. – Antek zamyślił się. – Skończył polską politechnikę i ożenił się z dziewczyną urodzoną w Gorzowie. Czyli tak jak ja, w Trzeciej Rzeszy. Załatwili sobie wyjazd do Niemiec Zachodnich na stałe. Teraz Adenauer dla niego cacy, a kiedyś wróg numer jeden – zadrwił. – Nie wiem, od kogo dostał mój adres bydgoski, ale napisał do mnie. Byłem zdziwiony. Teraz kapitalizm to same superlatywy. Pracę dostał w swoim zawodzie. Dobrze płatną. Chwalenie zawsze było jego mocną stroną, oczywiście siebie – zauważył z przekąsem. – Nie odpisałem. Zawsze uważałem, że wydane setki tysięcy złotych trzeba odrobić. To niebagatelna kwota. Wydał je rząd polski, a nie niemiecki. Może ktoś uważa to za normalność, ale w mojej ocenie to niemoralne.
– Skoro tak uważasz, postąpiłeś słusznie.
– Tato, to nie koniec. Napisał ponownie. Namolność to druga jego cecha.
– Odpisałeś?
– W końcu tak. Początkowo chciałem krótko i dość ordynarnie. Po zastanowieniu odpisałem, że z nikim z ogólniaka nie utrzymuję kontaktu i dla mnie cztery lata znajomości wystarczą. Zrozumiał. Mam spokój.
– Mądrze. Ważne, że skutecznie – skwitowała matka.
Podczas pobytu w Złotowie rozmowy o sprawach bieżących, o cenach i znajomych z wioski to była normalność. Rozmowa o fabryce zmieniła dyskusję z rodzicami. Dyskurs z pewnym panem w zakładzie cofnął myśli Antoniego o wiele lat. To spotkanie przypomniało Antoniemu opowiadanie Maciaszka o pomniczku w lesie.
Maciaszek już nie żył. Antoni żałował, że nie mógł być na jego pogrzebie. Na jego ewentualne sugestie było za późno. Może rodzice pomogą? Takiej szansy nie mógł zmarnować.
Po dwudziestu czterech latach zamierzał znaleźć przyczynę, dlaczego zginął partyjniak. To jest to, co postanowił jako dzieciak.
Wówczas nikt o tym nie mówił. Ale po tylu latach chyba można?
Antek nie był bojaźliwy.
W podręcznikach ekonomii politycznej socjalizmu, którą Antoni musiał swego czasu zdawać, nie było wzmianki o bardzo ważnym czynniku. Gdy zaczął pracować, zauważył przemilczanie postaci słynnych ekonomistów socjalistycznych.
Sprawa jest prosta. W socjalistycznym zakładzie produkcyjnym są dwie kategorie pracowników: potrzebni i niepotrzebni.
Potrzebni, jak sama nazwa wskazuje, to ci, którzy pracują. Dzielą się oni na dwie grupy: widoczni i niewidoczni. Przykładem widocznego jest etatowy związkowiec. Z kolei facet, który nic nie wnosząc do produkcji, przyklepuje wszystko, co mu każe dyrekcja, to pracownik niewidoczny. Przynajmniej w zakładzie. Niekiedy niewidoczni są podziwiani na stadionach, w halach sportowych czy pływalniach. Tego ekonomiści nie dostrzegają. Przez niepotrzebnych produkujemy drożej.
Środa, druga zmiana. O piętnastej niektórzy potrzebni, z kierownikiem na czele, i niepotrzebni opuścili zakład. Reszta potrzebnych odetchnęła. Teraz nikt nie będzie zawracał im głowy.
Jeszcze tylko dwie nocki i do wtorku rana wolne. Bilet autobusowy do Złotowa zakupiony w Orbisie spoczywał już w portfelu Grochowskiego. W sobotę o dziewiątej będzie pałaszował śniadanie sporządzone przez matulę.
Zbliżała się siedemnasta. Praca przebiegała spokojnie, bezawaryjnie. Czas na posiłek.
Zazwyczaj do stołówki dochodzili indywidualnie. Co najwyżej parami. Stołówkę obsługiwały etatowe pracownice. Na każdej zmianie jedna. Były to panie z grupy potrzebnych. Oprócz stołówki sprzątały szatnię, łazienki i biura. Na plotkowanie nie miały czasu.
Na zmianie Grochowskiego taką funkcję sprawowała pani Krystyna Rek. Ta pani w wieku przedemerytalnym na pewno plotkarą nie była. Wręcz przeciwnie – milczkiem. Miała jedną zaletę, a mianowicie pracowitość. Zmieniająca ją pani nie miała wiele pracy.
Stołówka była obszerna. Zaprojektowana na wyrost. Podczas porannej zmiany zajęta zaledwie w połowie. Antoni wszedł do środka. Przy stoliku usytuowanym blisko okienka wydawniczego nad talerzem zupy siedział osobnik około pięćdziesiątki, znany Antoniemu tylko z widzenia. Nie był pracownikiem wydziału. To podrzutek – tak ich nazywano.
Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się wydział, który produkował produkt na potrzeby wydziału Antka. Tylko dla nich. Fosgenu już się nie sprzedawało. Moce przerobowe tego wydziału były na wyrost. Gdy mieli zapełnione zbiorniki, wydział stawał. Pracownicy albo brali urlopy, albo byli podrzutkami.
Podrzutek to osoba z grupy tych potrzebnych. Po ich pracy wydział lśnił czystością. Złom lub śmieci trafiały, gdzie trzeba.
Mówiąc językiem wojskowym, można by stwierdzić, że Antoni zafasował posiłek. Odchodząc od okienka, usłyszał głos podrzutka:
– Panie Grochowski, proszę usiąść przy moim stoliku. Chętnie z panem porozmawiam.
– Porozmawiać możemy, produkcja przebiega bez zakłóceń. – Usiadł naprzeciwko i zapytał: – Skąd pan zna moje nazwisko?
– Jeden z waszych mi powiedział. Od niego wiem także, że pochodzi pan ze Złotowa, a urodził się pan w Świętej.
– Zadziwia mnie pan. Skąd ta wścibskość? Moi współpracownicy wiedzą o mnie niemal wszystko, nie mam tajemnic. Ale po co to panu potrzebne?
– Podczas gadki z tym waszym, zapytany, gdzie mieszkam, powiedziałem: „na Wyżynach przy Złotowskiej”. Gdy to usłyszał, odpowiedział: „Nasz Antek Grochowski mieszka w Złotowie”. Od słowa do słowa i dotarliśmy do Świętej.
– Dlaczego to dla pana takie interesujące?
– Bo znam Złotów i Świętą jeszcze lepiej. Ładnych parę miesięcy przebywałem w tych stronach.
– Szkoda. To żadna rewelacja. Mogliśmy trafić na siebie wcześniej.
– Niemożliwe. Znam te okolice z czasów krótko powojennych. Pan zapewne był jeszcze dzieckiem.
– To możliwe. Zdradzi mi pan wreszcie, o czym mamy rozmawiać?
– Zacznę od informacji, którą może pan zna. Zaraz po wojnie przez kilka miesięcy, może rok, Złotów i cały powiat należał do województwa bydgoskiego.
– To wiem. Później szczecińskie, dalej koszalińskie, a teraz pilskie. Zupełnie jak rzucona piłka. Wcale nie w dwa ognie, a cztery. – Antoni zaśmiał się ze swojego dowcipu. – To przenośnia. Tak mi się skojarzyło. Gdy byliśmy w podstawówce, graliśmy w cztery ognie.
– Przebywałem w waszych stronach służbowo.
– Dowiem się w końcu, kogo pan reprezentował?
– Pracowałem w urzędzie.
– Wojewódzkim?
– Nie, bezpieczeństwa.
– To znaczy… był pan ubowcem?
– Tak, byłem. Mówię to ze wstydem. Należałem do grupy śledczej, tropiliśmy przestępców. Moją grupą kierował major, nazwisko nieważne, już nie żyje. To był przedwojenny nauczyciel. Niewiele o nim wiem. Musiał być zwolennikiem, może nawet członkiem partii komunistycznej, gdyż zaliczył Berezę Kartuską. Skąd u niego smykałka śledcza, trudno powiedzieć. Był dobry. Zatrzymanych traktował po ludzku, od nas też tego wymagał. Rękoczynów nie było. Co robili specjaliści od przesłuchań, nie nasza wina. Wiedzieliśmy o torturach.
– Wiedzieliście? To gdzie wasza reakcja?
– Nie było szans. Byliśmy zaledwie ogniwem w łańcuchu. Drobne ogniwo łatwo roztrzaskać. Kto próbował, tylko próbował. Podlegał eliminacji. Byliśmy zastraszani. Niewielu było takich, którzy chcieliby zrezygnować z pewnego kawałka chleba. – Były ubowiec urwał na moment. – To też przenośnia. Płacono nam dobrze.
– Rozumiem. Nie pojmuję jednego, po co pan do nich zapukał.
– Nie byłem tam z własnej woli. Powiem panu coś dziwnego… Pochodzę z kieleckiego. Niemcy z zemsty za porażki z Hubalem potrafili wytłuc całe wsie. Z mojej rodziny nikt nie przeżył. Ja zostałem, bo byłem w partyzantce. Teraz to najdziwniejsze: należałem do NSZ. Paradoks, co? Z NSZ do UB. – Mężczyzna pokręcił głową. – Gdy od Wschodu parli Rosjanie, nasz dowódca, pseudonim Stal, rozwiązał oddział. Jego ostatnie słowa brzmiały: „działajcie na własną rękę”. Co miałem robić? Wstąpiłem do pierwszej armii – westchnął. – Przynależność do NSZ wyznałem. Miałem dziewiętnaście lat, zaufano mi. Czułem jednak wnikliwą obserwację politruka. Koniec wojny? Byłem dwudziestolatkiem. Powinienem odbywać zasadniczą służbę wojskową. Nikt mnie nie pytał o zdanie. Dostałem skierowanie do UB w Bydgoszczy i tyle. Nie wiedziałem, co to za firma.
– Kiedy zorientował się pan, w co wdepnął?
– Mówiłem. Dobrowolnie tam nie poszedłem. Nie trzeba było być zbyt bystrym; po kilku dniach każdy z nas wiedział, co jest grane.
– Długo pan u nich służył… czy pracował? Nie wiem, które słowo jest właściwe.
– Wszystko jedno. Chyba służyłem. Przy likwidacji bandy złodziejskiej pod Szubinem zostałem ranny w biodro. Do tej pory utykam. Dostałem rentę, niezłą, bo wojenną. Na początek na trzy lata. Następne komisje lekarskie przedłużały ją aż do października pięćdziesiątego szóstego. Gdy nastał Gomułka, rentę szlag trafił.
– Musiało zaboleć.
– I to jak. Odwołania nie pomogły. Zacząłem rozglądać się za pracą. Najbliżej było do Zachemu. Przyjęli, nie było kłopotu. Nie miałem zawodu, a teraz jestem tak zwanym aparatowym procesów chemicznych.
– Panie…
– Nie przedstawiłem się, przepraszam. Moje nazwisko Kurzydło. Henryk Kurzydło.
– Panie Kurzydło, wszystko to jest ciekawe. Kiedyś mi pan dokończy, teraz muszę oblecieć instalację. Praca wzywa.
– Panie Grochowski, nie dotarliśmy do najciekawszych historii. Te związane ze Świętą na pewno pana zainteresują.
– Faktycznie może być ciekawie. Zrobimy tak: zrobię obchód w ciągu pół godziny i proszę przyjść do sterowni. Będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Widok całego procesu będę miał na ścianie.
– Ja także jeszcze raz sprawdzę swój rejon. Ślusarze potrafią zrobić niezły bałagan. W mojej działce usuwali awarię. Sprawdzę, czy wszystko w porządku.
Do ponownego spotkania doszło po czterdziestu minutach. Kurzydło wszedł do sterowni. Antoni siedział za biurkiem i spoglądał na świecące na czerwono lampki. Proces przebiegał normalnie. Poprosił Kurzydłę, aby usiadł. Obsługujący sterownię Romek Wcisło powiedział do Grochowskiego:
– Skoro jesteś, pójdę na stołówkę. Jakby co, wiesz, jak zareagować.
– Po co ta gadka? Zawsze tak robimy. Nie musisz się śpieszyć. Mamy z panem Henrykiem ciekawy temat do przedyskutowania. Smacznego, dobra dzisiaj fasolówka.
Po wyjściu Romka Grochowski zaczął pierwszy:
– Sprawa musiała być niezwykle trudna. Komendy wojewódzkie nie załatwiają łatwizny?
– Nie mnie to określać. Faktycznie, w dwóch powiatach, wyrzyskim i właśnie złotowskim, przestępstwa miały identyczny charakter. Założono działanie kilkuosobowej grupy. Na podstawie danych bazę tej bandy zlokalizowano wstępnie w okolicy Złotowa. Najlepiej pasowała Święta – wyjaśniał Kurzydło. – Rozważano, czy nie przydzielić rozpracowania tej sprawy komendzie złotowskiej. Z powodu przeciążenia, gdyż rozpracowywali aferę polityczną rozpętaną właśnie w Świętej, areszt był zapełniony. Siedziało kilkunastu lub więcej mieszkańców wioski. Tak nam tłumaczono – ciągnął. – Ostatecznie dostaliśmy przydział my. Właściwie było inaczej: sprawę przydzielono wspomnianemu wcześniej majorowi, dobór ludzi należał do niego. Trafiłem do jego grupy. Dlaczego wybrał mnie, nie wiem.
– Przepraszam, interesuje mnie ta afera polityczna – wtrącił Antoni. – Moi rodzice byli przetrzymywani w złotowskiej komendzie przez dwa tygodnie. Zupełnie możliwe, że to miało związek z tym wydarzeniem.
– Nie znam szczegółów. Rodzice panu nie powiedzieli?
– Byłem szkrabem. A później poszło wszystko w niepamięć. Nigdy nie komentowano tej sprawy, przynajmniej przy mnie. W sobotę będę w Złotowie, to zapytam – zapewnił. – Wróćmy do meritum: dlaczego Święta?
– Zna pan Aleksa z Wybudowania? Jego zagroda znajduje się przy torach kolejowych do Więcborka. Chyba jeszcze istnieje.
– Kto by go nie znał. Należał do pijackiej elity w Świętej. Pewnie jeszcze żyje. Gdyby zmarł, byłoby głośno.
– Do mnie należała inwigilacja tego gościa. Major założył, że usytuowane na uboczu gospodarstwo Aleksa doskonale nadaje się na bazę grupy.
– Jakie miał przesłanki? Musiał wam to jakoś wyjaśnić.
– Jego rozumowanie miało sens. Muszę zacząć od charakteru przestępstw: napadano nocą na magazyny i sklepy należące do gminnych spółdzielni. Sprawcy byli względnie dobrze uzbrojeni, nie zostawiali świadków. Jednym z zastrzelonych był członek PPR. To był wystarczający powód do afery politycznej. Dlatego sprawę przydzielono nam, a nie milicji – wyjaśnił. – Po wojnie bywało różnie. Oglądał pan pewnie film Wajdy na podstawie powieści Andrzejewskiego Popiół i diament.
– Oczywiście, oglądałem ten film.
– Jest pan młody, może pan nie wierzyć. Tak jednak było.
Grochowski przypomniał sobie opowiadanie Maciaszka, spojrzał na Kurzydłę i zapytał:
– Interesuje mnie, gdzie znaleziono zwłoki tego pana. Tego, dzięki któremu wam przydzielono śledztwo.
– Na terenie leśnictwa Wąsosz. Zaledwie kilkaset metrów od rozgraniczenia pomiędzy Wąsoszem a Świętą.
– Panie Henryku, czy to było jakieś charakterystyczne miejsce?
Teraz Kurzydło spojrzał podejrzliwie na Antoniego i zapytał wprost, a raczej stwierdził:
– Dziwne pytanie. Coś obiło się panu o uszy? A może oglądał pan ten dziwny kamień z dziewiętnastego wieku? Tak, zastrzelony leżał obok.
– Oczywiście. Jako dwunastolatek słyszałem, a raczej podsłuchiwałem, jak kierownik szkoły opowiada o tym pomniczku memu ojcu. Historia jak z kryminału.
– Poznaliśmy tę historię od majora. Zupełnie możliwe, że major zapoznał się z nią od tego samego pana, co pański ojciec. Mówił: „Wiem to od miejscowego nauczyciela”.
– To Maciaszek. Był osobiście zainteresowany tym zdarzeniem.
– Teraz najistotniejsze. Major sumiennie przygotował plan śledztwa. Odrzucił z góry politykę. Przy zabitym znaleziono zwoje drutu i dwa gotowe wnyki na zające. Taki z niego był członek partii – zakpił. – Normalny kłusownik, miał pecha. Banda wracała po napadzie. Musiał zginąć, mógł znać kogoś z członków grupy.
– Coraz ciekawiej. Osiemdziesiąt cztery lata temu kłusownik zabił stróża prawa, a po pięćdziesięciu trzech latach złodzieje zabijają kłusownika. W tym samym miejscu. Dziwny zbieg okoliczności.
– Panie Grochowski, może to żart, ale ten kamień trzeba zlikwidować. To miejsce przeklęte. Zlikwidować, aby nie doszło do dalszych tragedii.
– Jest pan przesądny?
– Powiedziałem: to był żart.
Wszedł Romek Wcisło.
– Kawały sobie opowiadacie – stwierdził.
– Jesteś. My niestety musimy naszą ciekawą dyskusję zakończyć, a szkoda. Dokończymy przy następnym spotkaniu, najlepiej poza fabryką.
– Proponuję u mnie w domu. Wie pan, gdzie ulica Złotowska?
– Tak. Dobrze znam ten kawałek Wyżyn. Porozmawiamy o tym na zewnątrz w palarni? – zapytał, po czym zwrócił się do współpracownika: – Romek, jak widzisz, z produkcją wszystko w porządku.
– Dzięki, aby tak do końca zmiany.
Kurzydło i Grochowski opuścili sterownię. Palili jednakowe gatunki papierosów. Klubowe, najtańsze z filtrem.
– Nietrudno obliczyć, że w tym roku stuka panu pięćdziesiąt cztery lata – zagadnął Antoni.
– Jestem rocznik dwudziesty piąty, z listopada.
– Do emerytury jeszcze sześć lat. Praca w warunkach szkodliwych daje sześćdziesięciolatkom możliwość przejścia w stan spoczynku.
– Oby nie ostatecznego – zaśmiał się Kurzydło. – Mnie szkodliwe nie dotyczy. Jako kombatant też mam zagwarantowaną wcześniejszą emeryturę. W moim przypadku jest to korzystniejsze.
– Na czym polega różnica?
– Zyskuję parę złotych jako dodatek kombatancki. Niewiele, ale zawsze. Na papierosy wystarczy. – Henryk zakasłał głośno. – Za długo nie mogę siedzieć w palarni. Jeżeli pan łaskaw, umówmy się na dalszy ciąg rozmowy.
– Dobrze. Wystarczy mi numer pańskiego domu – odparł Antoni. – Nie od razu zamieszkałem w hotelu przy ulicy Krasickiego. Początkowo kadry zaoferowały mieszkanie na Białostockiej. Zachem wynajmował wolne pokoje u ludzi z nadmetrażem. Hotel przy Krasickiego był w końcowej fazie budowy. Złotowska leży blisko Białostockiej, więc znam dobrze te strony. – Mężczyzna wyraźnie miał ochotę pogawędzić. – Ustalmy termin.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Pomnik w lesie
isbn: 978-83-8423-527-0
© Paweł Chodera i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Aleksandra Płotka
korekta: Magdalena Brzezowska-Borcz
okładka: Magdalena Czmochowska
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
