Policz do dziesięciu - Nolan Sinéad - ebook + książka
NOWOŚĆ

Policz do dziesięciu ebook

Nolan Sinéad

0,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Osiem, dziewięć, dziesięć.

Komu uda się uciec z lasu?

Jedno z najgorętszych odkryć 2025 roku według Sunday Independent. Gęsty thriller psychologiczny spleciony z irlandzkim folklorem, lokalnymi przesądami i duszną atmosferą prowincji.

Książka określana jako błyskotliwa i wciągająca („Irish Examiner”) oraz wielowarstwowy, atmosferyczny i zaskakujący thriller psychologiczny (Caitlin Mullen).

Irlandia, 1995 rok. Spokojną wieś Drumsuin paraliżuje strach, gdy w pobliskim lesie znika nastoletnia Saoirse. Dawne przesądy odżywają, a społeczność pogrąża się w panice. Jedna osoba widziała, co się wydarzyło. Dziewięcioletni Jack. Do sprawy zostaje zaangażowana Freya – angielska psychoterapeutka. Czy uda jej się dotrzeć do chłopca, zanim będzie za późno?

Mroczna, hipnotyzująca i poruszająca opowieść o żałobie, winie i niszczącej sile sekretów – debiut, który zapowiada jedną z najciekawszych nowych autorek irlandzkiego kryminału.

 

Zdumiewające studium winy i żałoby, zamknięte w hipnotyzującej zagadce.

Liz Nugent, autorka bestsellerowej powieści Strange Sally Diamond

Trzymająca w napięciu, niepokojąca opowieść – mroczne połączenie kryminału i folkloru.

Emiko Jean, autorka bestsellerowej powieści The Return of Ellie Black

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 447

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU: The Counting Game

Redaktor prowadzący: Wojciech Ciuraj

Wydawca: Wojciech Ciuraj

Redakcja: Magdalena Kawka

Korekta: Wojciech Ciuraj

Projekt okładki: Łukasz Werpachowski

Zdjęcie na okładce: © Fabiano / Stock.Adobe.com, © dhk / Stock.Adobe.com

Copyright © 2025 by Sinéad Nolan

Copyright © 2026 for the Polish edition by Mova an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Krzyżanowski, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie I

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-844-7

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Idziemy do lasu.

Liczymy do dziesięciu.

Tylko jedno z nas

wróci do domu.

Dedykuję tę książkę Mamie i Tacie,

którzy zawsze we mnie wierzyli.

Drumsuin, Irlandia

1995 r.

Zasady

1. Zamykasz oczy i liczysz powoli do dziesięciu. Jedna z osób uczestniczących w grze powinna się ukryć.

2. Szukający (lub grupa szukających) ma zawołać: „Leśna Istoto, czy dołączysz do Wyliczanki?”.

3. Szukający liczy (albo liczą) na głos, próbując w tym czasie znaleźć osobę, która się ukryła. Wolno tylko chodzić. Nie można biegać.

4. Gdy szukany zostanie już znaleziony, musi opowiedzieć jakąś straszną historię o tym, co Istota zamierzała mu właśnie zrobić (np. chciała go pozbawić możliwości mówienia lub pogrzebać żywcem).

5. Zabawa jest testem, który ma sprawdzić, czy uczestniczące w niej osoby zachowywały się właściwie w stosunku do lasu. Jeśli tego nie robiły, szukanego nie uda się odnaleźć.

Prolog

Gałęzie szeleszczą na wietrze. Przemawiają do Jacka. Coś do niego mówią, ale on nie wie, co próbują mu przekazać. Czasami nie rozumie lasu; kiedy indziej doskonale odczytuje jego sygnały, chociażby wtedy, gdy dowiaduje się od niego czegoś na swój temat — tego, że się myli lub postępuje w niewłaściwy sposób.

Jack zakrywa oczy palcami, pogrążając się w ciemności. Wilgotny oddech wypełnia zagłębienie utworzone przez jego dłonie. Odlicza sekundy: dwa, trzy, cztery…

Blade październikowe światło przedziera się przez lukę między drzewami, a gdy Jack otwiera wciąż przesłonięte dłońmi oczy, widzi, jak przenika przez jego palce. Chłopiec wyczuwa na końcu języka posmak piżma i sosny unoszący się w popołudniowym powietrzu. Mżawka spowija las i znajduje sobie drogę za kołnierz Jacka; kropelki spływają później wzdłuż jego kręgosłupa. Chłopiec czuje tam mrowienie, a na jego rękach pojawia się gęsia skórka. Gdy słyszy gdzieś w pobliżu pohukiwanie, przechodzi do działania — po doliczeniu do dziewięć-prawie-dziesięć opuszcza dłonie. Otwiera szeroko oczy i rozgląda się wokół siebie. To musiał być jakiś ptak: sowa lub gołębiak długosterny. Słowa wypowiadane drżącym głosem rozchodzą się w zimnym, nieruchomym powietrzu:

— Leśna Istoto, czy dołączysz do Wyliczanki?

Jack odwraca się i lustruje wzrokiem otoczenie.

— Jeden! — woła, zaczynając wędrować w kierunku szczytu góry. — Dwa! — krzyczy jeszcze głośniej, a wystraszone ptaki uciekają, trzepocząc skrzydłami. — Trzy! — Pniew się do góry, z trudem łapiąc oddech. Jest teraz w pobliżu traktora, daleko od domku na drzewie. — Cztery!

Z miejsca, w którym się znajduje, słychać szum rzeki. Wiatr zawodzi i huczy jak w kominie. Chłopiec zatrzymuje się, odwraca i spogląda na zbocze porośnięte niezliczonymi drzewami. Potem obniża głos:

— Pięć…

Widzi po swojej prawej stronie jakiś cień kryjący się wśród gałęzi. Słyszy głosy. Potem milkną, równie gwałtownie, jak wcześniej się pojawiły.

— Sześć — szepcze.

Czuje zawroty głowy. Spogląda teraz na siebie z góry: widzi małego chłopca, zupełnie samego, zagubionego wśród setek sosen. Chwilę później czuje ucisk w żołądku. Gdzieś w oddali rozlega się inny krzyk, który ciągnie się bez końca, budząc przerażenie. Taką samą wściekłość słychać było w odgłosach wydawanych przez kozę wleczoną na ubój do stodoły Fergala Duffy’ego Juniora tamtego dnia, kiedy Jacka nie powinno było tam być. To ten rodzaj krzyku, o którym jego matka powiedziałaby, że ma swój ciężar; wołanie zrodzone ze strachu i rozpaczliwej walki. Ten krzyk brzmiał, jakby wydała go z siebie istota ludzka. To dźwięk, który będzie powracał w koszmarach Jacka przez kolejne tygodnie.

Być może Saoirse też to słyszała. Przerwą zabawę i znajdą źródło tego krzyku. Pomijając wszystko inne, odległość była zbyt duża, by mogło to być wołanie Saoirse — dźwięk dochodził z miejsca oddalonego co najmniej o długość całego pola. Jego siostra nie mogła dotrzeć tak daleko w tak krótkim czasie. W tym szkarłatnym, napływającym falami krzyku i w jego pierwotnej, śmiertelnej powadze jest jednak coś, co sprawia, że Jack wie — w głębi duszy czuje — iż to właśnie wołanie Saoirse.

Ogarnia go poczucie pustki. Saoirse nie ma już w pobliżu — wyraźnie to odczuwa. Zawsze są ze sobą połączeni, niczym ludzie rozmawiający przez telefon. Teraz Jack odnosi wrażenie, że ona odłożyła słuchawkę. Zniknęła. Dokładnie tak samo czuł się wtedy, gdy zmarła ich matka. Jack musi teraz ruszyć na poszukiwania, ale drzewa wyglądają, jakby znajdowały się bliżej niż dotychczas i jakby były bardziej stłoczone.

Słychać grzmot. Po lewej i prawej stronie chłopca gigantyczne potwory szczerzą brązowe zęby z kory, a w mroku między tymi stworzeniami widać mnóstwo oczu. Istota go obserwuje. Jack to czuje. Wrażenie, które pojawia się chwilę później, jest zdecydowanie bardziej nieprzyjemne — jakby był zagrożony, a to, co schwytało jego siostrę, miało zaraz złapać również jego. Odwraca się i kieruje wzrok do góry. Nagle dostrzega spowitą czymś postać, która unosi się nad nim. Jest czarna i ma kształt człowieka, ale jest o wiele większa niż istoty ludzkie. Budzi przerażenie.

Chłopiec czuje, jak po wewnętrznej części nogi spływa ciepła strużka. Ze strachu zmoczył spodnie. Szczypie własną dłoń, żeby przekonać się, czy nie jest to koszmar senny, ale czuje ból. Najwyraźniej nie śpi i nie może tu zostać. Musi uciekać — ale dokąd? Rusza pędem w dół zbocza, z trudem łapiąc oddech. Teraz otaczają go jodły. Powietrze jest mgliste, wypełnione upiornym strachem. Samhain. Za tydzień dusze wrócą, by włóczyć się po świecie ludzi.

Jack pędzi przez las, uciekając przed Istotą i próbując znaleźć Saoirse. Wydaje mu się, że biegnie tak godzinami. Od czasu do czasu zatrzymuje się, wypatrując jej pośród mroku. Jego plecy są mokre od potu. Raz za razem woła swoją starszą siostrę. Saoirse. Sir-szaaa. Najpierw robi to głośno i z desperacją, a później — nieregularnie i ciszej. Szepcze, pokrzykuje, wyje i szlocha. Woła jej imię. Nie mogła zniknąć, po prostu w to nie uwierzy.

Wreszcie dostrzega przerwę między drzewami i niepewnym krokiem wychodzi na krętą, wiejską drogę. Czeka tam aż do zmroku, licząc na to, że usłyszy jakichś ludzi, lecz do jego uszu docierają jedynie odgłosy wydawane przez ptaki. Wreszcie, gdy zapada już zmierzch, na drodze pojawia się samochód, którym jedzie jakiś człowiek. Po chwili zauważa on małego chłopca stojącego na środku drogi.

Część pierwsza

1

Dzień pierwszy

Jack

Wszystko ma swój początek i koniec. Gdy coś się zaczyna, zwykle towarzyszy temu radość, natomiast kiedy się kończy, najczęściej pojawia się smutek. Jedynka to początek, a dziesiątka to koniec. Gdy dotrzesz do dziesięciu, gra dobiega końca.

Ręce Jacka ubrudzone są pomarańczową farbą plakatową. Siedzi w kuchni i coś maluje. Odgłos kroków sprawia, że zrywa się na równe nogi. W drzwiach staje starsza z jego sióstr, Kate. Ma zaczerwienioną twarz i oczy spuchnięte od płaczu. Jej jasne, krótkie, nierówno obcięte włosy tworzą chłopięcą fryzurę. Chodzi w tym samym, zielonym swetrze, który miała na sobie poprzedniego wieczoru, kiedy wrócił po cichu do domu bez Saoirse i zobaczył Kate zmorzoną snem.

Jack widzi po jej minie, że nie są już w domu sami. Najwyraźniej mają jakiegoś gościa.

Garda schyla się w drzwiach wejściowych, choć wcale nie ma takiej potrzeby. Trzymając czapkę w dłoniach, skinieniem głowy wita się z Jackiem. Chwilę później siada obok pustego, rozbebeszonego legowiska Pearla, które pokryte jest kłaczkami białej sierści. Krzesło głośno skrzypi, jak gdyby wyrażało niezadowolenie z powodu spoczywającego na nim ciężaru.

— Garda Morris — przedstawia się mężczyzna. — Czy będzie pani miała coś przeciwko, jeśli zapalę?

Kate potrząsa głową. Zaczyna porządkować stół w kuchni, zbiera stare gazety w jeden stos i dorzuca kawałek torfu do przygasającego ognia. Garda zapala papierosa dokładnie wtedy, kiedy rozlega się gwizd czajnika. Jack obserwuje, jak torebki wypływają w kubkach na powierzchnię niczym małe ciała unoszące się na powierzchni morza. Odrobina herbaty przelewa się nad brzegiem kubka, gdy Kate podaje go Gardzie — mężczyzna odbiera naczynie, stawia je na stole, a potem zaczyna grzebać w swojej aktówce. Jack kładzie pomalowaną przez siebie kartkę w kącie, po czym myje ręce i wyciera je przy zlewie. Później bierze do ręki swoją pluszową zabawkę i siada na krześle znajdującym się możliwie daleko od stołu. Zauważa teraz, że Garda nie ma jednego oka — jego miejsce zajmuje zagłębienie pokryte skórą. Jack ma mnóstwo pytań dotyczących okoliczności, w jakich mężczyzna stracił oko, ale jest też zmartwiony, że to właśnie tę osobę przysłano, by im pomagała. Jakim cudem ktoś taki może się przydać podczas szukania zaginionej dziewczynki?

Garda zwraca w kierunku Jacka swoje jedyne oko, obdarza chłopca obojętnym spojrzeniem i skinieniem głowy wskazuje na jego kolana:

— Jak ma na imię twój mały kompan?

Jack zaciska palce na wełnianym futrze leniwca.

— Wilberry.

— I towarzyszy ci podczas różnych przygód?

— Ta.

— Nie „ta”, tylko „tak” — poprawia go Kate.

— Tak — powtarza Jack.

Garda rzuca Kate i Jackowi spojrzenie znad swoich okularów.

Jack odwraca Wilberry’ego, żeby sprawdzić, czy leniwiec nie jest poirytowany, a następnie układa jego niebieskie, luźno wiszące stopy tak, by znalazły się obok siebie. Usta pluszowego zwierzaka są naszytą, prostą kreską, która nieznacznie unosi się do góry z jedne strony. Leniwiec ma spiczasty nos i ogrodniczki z czerwonego materiału w kratkę. Jedno z jego oczu jest błyszczącym guzikiem, natomiast w miejscu drugiego, które odpadło wczoraj w lesie, widać tylko krzyżyk z nitki.

Jack milczy. Rysuje na brzuszku Wilberry’ego niewidoczne S — pierwszą literę imienia Saoirse. Zaczyna też skubać paznokcie. Wciąż widać pod nimi resztki jaskrawopomarańczowej farby.

— Ile masz lat? — pyta Garda.

— Dziewięć i trzy czwarte.

— Całkiem duży chłopak. A twoja zaginiona siostra, Saoirse?

— Ma trzynaście lat.

— Jest starsza od ciebie. To ona wszystkim rządzi, gdy jesteście we dwójkę?

Jack przytakuje, a Garda uśmiecha się pod nosem.

— Wiem, jak to jest. Też mam starszą siostrę i zachowuje się dokładnie tak samo. Jak doszło do tego, że się wczoraj rozdzieliliście?

— Straciłem ją z oczu w lesie.

Garda zapisuje coś w swoim notatniku, a potem po raz kolejny zaciąga się papierosem.

— Kate powiedziała mi, że bawiliście się w chowanego, a Saoirse miała za zadanie się ukryć?

Jack kiwa głową. Garda przez chwilę milczy, po czym pyta:

— Dlaczego wczoraj wieczorem nie powiedziałeś nikomu, że zaginęła?

Przez dłuższy czas utrzymuje się cisza. Kate nachyla i szepcze coś do Gardy. Jack nie słyszy jej słów, ale mężczyzna kiwa głową. Kolejne pytanie zadaje łagodniejszym tonem:

— Czy to możliwe, że wciąż gdzieś się ukrywa?

Chłopiec nie odpowiada. Garda Morris pozwala sobie na westchnienie.

— Czy ktoś mógł ją porwać? Widziałeś w tym czasie kogokolwiek w pobliżu?

Jack próbuje sobie przypomnieć, co widział, ale ten obraz szybko znika, niczym duch. Coś nie pozwala mu wrócić do tych wspomnień. Wczorajszy dzień obfitował w nieprzyjemne przeżycia — teraz ma wrażenie, że nie jest w stanie przypomnieć sobie tych wydarzeń, choćby nawet bardzo się starał.

— To właśnie w lesie po raz ostatni widziałeś siostrę, prawda?

Jack myśli o tym, co działo się poprzedniego dnia, zanim zaczęli zabawę. Stał niedaleko polanki, a silny wiatr szarpał kosmyki jego włosów. Przyjął stabilną pozycję, jak gdyby jego stopy miały korzenie podobnie jak okoliczne drzewa, a potem zasłonił oczy i zaczął liczyć. Garda powtarza te same pytania, które Kate zadawała mu rano, choć funkcjonariusz nie trzyma go za ramiona ani nie próbuje nim potrząsać.

— Gdzie może być Saoirse?

Nie wiem.

— Czy mogła gdzieś uciec?

Nie wiem.

— Czy ktoś ją zabrał?

Jack chce wrócić do szafy i schować się tam wśród sukienek mamy. Chciałby się ukryć i zostać tam, aż będzie już po wszystkim.

— Czy przychodzą ci jeszcze do głowy jakieś dodatkowe szczegóły lub jakiekolwiek informacje?

Jack opuszcza głowę i rzuca spojrzenie spod rzęs.

— Co Saoirse miała na sobie, gdy zaginęła?

— Niebieskie dżinsy, czerwony sweter, granatowy płaszcz — odpowiada Kate. — Zgadza się, Jack?

Jack kiwa głową. Kate zagryza wargę i gładzi palcem wierzch drugiej dłoni. Wciąż ma pod paznokciami resztki soku z jeżyn — ślady pozostawione przez owoce, z których dwa dni temu przygotowywali dżem. Jack miał wcześniej podobne, czerwono-fioletowe plamy wokół ust; ktoś mógłby pomyśleć, że zajadał smołę.

— Ma węże zamiast włosów — mówi Jack. — Jak Meduza.

— Przepraszam pana, chłopak ma bujną wyobraźnię.

Kate kieruje w stronę Jacka surowe spojrzenie, zaciskając przy tym usta.

— Czy ma pani jakieś zdjęcie dziewczynki? — pyta Garda Morris. — Żebym mógł się upewnić, że jej fryzura naprawdę nie składa się z węży — dodaje, obdarzając Jacka uśmiechem.

— Oczywiście — odpowiada Kate.

Wychodzi z pomieszczenia. Jack wygląda przez zaparowane okno: spogląda w kierunku drewna ułożonego przy płocie na tyłach domu, w miejscu, gdzie kiedyś stał kurnik. Teraz rośnie tam trawa.

— Proszę — mówi Kate, wracając do kuchni z fotografią.

Jack przygląda się wybranemu przez Kate zdjęciu Saoirse. Młodsza z jego sióstr ma na twarzy nienaturalny uśmiech, a jej wargi są trochę rozchylone, jak gdyby zmagała się z niepewnością i nie wiedziała, czy może zaufać osobie znajdującej się po drugiej stronie obiektywu. Jej rude, falowane włosy nie zostały zaplecione w zwyczajowy warkocz — są rozpuszczone i sięgają do ramion. Kołnierzyk jej koszuli odcina się na tle błękitu swetra i brązowego tła, tworząc dwa jasne, białe trójkąty.

— Niebieskie oczy, rude włosy, piegi… — mamrocze Garda Morris, spoglądając na zdjęcie i zapisując coś w swoim notatniku. — Mówi pani, że miała na sobie granatowy płaszcz. Jak wyglądał?

Wzrok Kate ucieka w bok.

— Jest uszyty z tweedu, z drewnianymi guzikami i… kapturem.

Jack koncentruje myśli na płaszczu. Przypomina sobie, że widział go, gdy razem z Saoirse poszli bawić się na terenie należącym do Fergala Duffy’ego Juniora. Nie powinni byli się tam zapuszczać, ponieważ niepokoili krowy. Fergal stał w błocie niedaleko wejścia do swojej stodoły: w jednej ręce trzymał podkurzacz pszczelarski, a w drugiej — kapelusz z ochronną siatką.

— Buty, w których wczoraj wyszła, to jej jedyna para, jeśli nie liczyć kaloszy — mówi Kate. — Są materiałowe i niespecjalnie nadają się na deszcz.

— Czy zaginiona ma jakieś problemy zdrowotne? — pyta Garda Morris.

— Choruje na astmę.

Fergal przyglądał im się ze stodoły. Jack mu pomachał, ale mężczyzna nie odwzajemnił tego gestu. Spoglądał tylko na nich gniewnie jak poirytowana pszczoła, którą ktoś wypędził z ula. Czy to wszystko też wydarzyło się wczoraj, czy jakiegoś innego dnia?

Garda Morris wciąż zadaje pytania:

— Czy powinna była mieć ze sobą inhalator?

— Tak, chyba ten niebieski… Jack, przypominasz sobie, czy go zabrała?

Chłopiec próbuje pomyśleć o tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia, gdy biegli pośród mżawki przez las. Saoirse użyła inhalatora, by zaaplikować sobie dawkę leku. Słyszał jej świszczący oddech. Przedostali się na drugą stronę metalowego ogrodzenia ciągnącego się wzdłuż pola Fergala, a potem przykucnęli pod pasem kolcolistu, który podrapał im skórę na dłoniach.

Jack kiwa głową.

— Czy Saoirse ma w lesie jakieś ulubione kryjówki? Jakieś miejsca zapewniające schronienie, na przykład domek na drzewie?

To nowe pytanie. Garda odkłada długopis i obserwuje. Sekundy mijają powoli, a atmosfera gęstnieje za sprawą uczucia, którego Jack nigdy wcześniej nie doświadczył i które nie chce teraz ustąpić.

Chłopiec za wszelką cenę stara się nie patrzeć w stronę Kate.

— Mają domek na drzewie — mówi Kate. — To niedaleko stąd. Mogę panu powiedzieć, gdzie dokładnie się znajduje.

Garda Morris odwraca stronę w swoim notatniku i notuje coś w rogu. Sięga do kieszeni i wyciąga stamtąd paczkę cukierków Black Jack.

— Lubisz te słodycze? — pyta Jacka.

Chłopiec kiwa głową, po czym dodaje:

— Ale nie wolno mi przyjmować cukierków od obcych.

Starsza siostra spogląda na niego z ukosa.

— Nie bój się, ze strony Gardy nic ci nie grozi.

Chłopak sięga powoli po jeden z cukierków, rozpakowuje go, a potem wkłada do buzi. Lubi te słodycze, tym bardziej że mają w nazwie jego imię. Gładzi pod stołem szorstkie futro psa, robiąc przy tym użytek ze swojej bosej stopy. Przygląda się również słojom drewna, z którego wykonany jest kuchenny stół — ich krzywizny układają się tak, że przypominają cyfrę osiem.

Zapada cisza. Jack cofa w myślach coś w rodzaju taśmy magnetofonowej. To, co robili poprzedniego dnia, było ich zwyczajową zabawą. Rysuje na stole szereg niewidocznych cyfr, a potem zakreśla wokół nich wszystkich duże koło. Kate odstawia kubek w pobliżu trójki. Siedzi przy stole między Gardą Morrisem a Jackiem. Chłopiec przesuwa powoli palcami wzdłuż ramienia i dłoni; przypomina sobie, co czuł, gdy sosnowe igły ocierały się o jego skórę.

— Wygląda więc na to, że bawiliście się w chowanego, a tobie nie udało się jej znaleźć? — pyta ostrożnie Garda.

Jack ani nie przytakuje, ani nie kręci głową. Zamiast tego odwraca się na swoim krześle i klęka na jego siedzisku, balansując na krawędzi. Zaciska dłonie na oparciu i spogląda przez okno w kierunku ogrodu. Znów zmaga się ze strachem — duszącym uczuciem, które sprawia, że ledwie może oddychać. Ze swojego miejsca widzi ciągnące się w oddali drzewa. Kate dotyka jego ramienia.

— Usiądź z powrotem i skup się na tym, o co pytał Garda.

Jack nadal spogląda w kierunku drzew, czekając na jakiś znak. Wreszcie go dostrzega. Czarne kształty wznoszą się, a potem nurkują. Unoszą się na wietrze, łopoczą skrzydłami, pikują i rozpraszają się po niebie, aż wreszcie zbliżają się do niego, przez co nie może już dłużej im się przyglądać. Ostrzegają go jednak, żeby się nie odzywał. Szybko się odwraca i osuwa się niżej na swoim krześle, by nie mogły go zauważyć. Przyciska brodę do klatki piersiowej, szybko oddychając. Gdy odwraca głowę i spogląda za siebie, już ich nie ma.

Goście przychodzą i wychodzą, a Kate kursuje tam i z powrotem. Wszyscy są zmartwieni i podenerwowani. Nieustannie pytają Jacka, dlaczego aż do rana nikomu o niczym nie powiedział. Jack nie ma pojęcia, dlaczego to zrobił — wie tylko, że nie chciał niepokoić Kate, której zdarza się spać o dziwnych porach, a do tego nie chciał narobić problemów Saoirse. Sam bardzo kiepsko spał tej nocy. Ciągle się budził i wydawało mu się, że słyszy, jak Saoirse wraca do domu. Wyobrażał sobie odgłos jej klucza wsuwanego do zamka w drzwiach, jej skradanie po schodach, jej szept informujący go, że nic jej nie jest i wróciła już do domu. W rzeczywistości nic takiego nie miało jednak miejsca.

Garda Morris spędza w dusznej kuchni kilka godzin, a wiatr na zewnątrz przybiera na sile. Jack pociera o siebie bose stopy, ukrywając krwiaka pod paznokciem u nogi, jak gdyby próbował zataić jakąś wskazówkę. Obejmuje Wilberry’ego i mocno go do siebie przytula. Wciąż zadają mu pytania. Saoirse zniknęła ponad dwadzieścia cztery godziny temu — jak ujął do Garda Morris, „to dużo czasu”. Z radioodbiornika stojącego obok należących do Kate kaset z muzyką płynie jakaś melodia. Przerywa ją pilny komunikat o zaginionej dziewczynce. Świat dowiedział się o tym, że jego siostra zniknęła. Wiadomość błyskawicznie roznosi się po Drumsuin i całej południowo-zachodniej części Irlandii.

Kate spała, gdy Jack wrócił poprzedniego wieczoru do domu. Po długim dniu w pracy chrapała na sofie. Człowiek, który znalazł go na drodze, wysadził go przed domem. Jack błagał, by nie odprowadzał go do drzwi ani nie rozmawiał z Kate. Wbiegł do środka, machając mężczyźnie. Potem wyjrzał przez okno, by mieć pewność, że ów człowiek odjechał, a światła jego samochodu zniknęły w oddali.

Rano Kate była wściekła na brata. Miała mu za złe, że nie powiedział jej o zaginięciu Saoirse, gdy poprzedniego wieczoru wciąż mogli ją łatwo znaleźć. Jak mogłeś jej coś takiego zrobić? zawołała. Jack zdołał z tego wywnioskować, że nie jest po prostu złym chłopcem, lecz w istocie jest bardzo zły. Tak zły, że teraz są tu Gardaí i mogą go aresztować.

Jack zamyka oczy i jeszcze usilniej próbuje wymazać z pamięci wszelkie wspomnienia z poprzedniego dnia. Czuje, jak wełniane spodnie Wilberry’ego dotykają wewnętrznych części jego ramion. Gdy ponownie otwiera oczy, widzi, jak Garda Morris odchyla się do tyłu na krześle. Mężczyzna podsuwa wyżej na nosie swoje okulary do czytania, wypija łyk herbaty, odstawia kubek i sięga po nową paczkę ze słodyczami. Opakowanie szeleści, choć leży już na stole od dłuższej chwili, stanowiąc obietnicę lub element jakiejś umowy. Garda przeżuwa jeden z cukierków, nie zamykając przy tym ust, a potem wyciąga w kierunku Jacka paczkę czerwonych, żółtych i fioletowych żelków w kształcie robaczków. Wyglądają niczym wijące się, splątane ze sobą, pozbawione kręgosłupów rybki z długimi ogonami i wyłupiastymi oczami. Przypominają węgorze, połykacze lub ryby żyjące na dużych głębokościach. Garda kojarzy się z rybami głębinowymi, ponieważ można odnieść wrażenie, że jedno jego oko jest zamknięte. Przywodzi zarazem na myśl bohaterów westernów, którzy przymykają jedno oko, mierząc z rewolweru, natomiast Jack upodabnia się do ryb żyjących na dużych głębokościach w inny sposób: starannie się kamufluje.

Jack przez minutę w ogóle się nie rusza. Ostatecznie sięga ręką przez stół do otwartego opakowania z żelkami i wybiera kilka cukierków, które przywierają do jego palców. Trzyma żelki w dłoniach, aż robią się lepkie. Kiedy Garda Morris nie patrzy, wkłada jeden z cukierków do ust, a potem połyka go w całości. Garda Morris zapisuje coś w swoim notatniku, ale Jack nie jest w stanie przeczytać tych słów.

— Jak wiadomo, wasza matka, Lucy Kellough, nie żyje — zwraca się do Kate, która kiwa głową. — W tej sytuacji jest pani w domu najstarszą osobą, prawda?

Kate ponownie kiwa głową.

— A Saoirse i Jack są pod pani opieką… — dodaje, jak gdyby dotychczas nie zdawał sobie z tego sprawy.

Najstarsza siostra Jacka po raz trzeci potwierdza jego słowa skinieniem głowy.

— No dobrze — stwierdza Garda Morris, pocierając nasadę nosa. — Czy Saoirse przejawiała w przeszłości autoagresję?

— Nic mi o tym nie wiadomo.

Garda Morris spogląda na inne fotografie wiszące na ścianie. Ściąga do tyłu barki i mówi:

— Funkcjonariusze w Dublinie skontaktowali się już z waszym ojcem, Cahillem. Wasza ciocia, Bronagh, powiedziała nam, że wraca z Londynu, a gdy z nią rozmawialiśmy, wsiadała właśnie do samolotu. Czy Saoirse mogłaby być u kogoś jeszcze? Jakichś innych przyjaciół lub krewnych?

Kate spogląda w kierunku sufitu.

— Nie. Większość naszej dalszej rodziny mieszka w Seancarrig. Przeważnie w ogóle się nami nie interesują.

Spoglądając gdzieś w dal, Kate bezmyślnie bawi się swoim medalionem w kształcie serca.

— Na pewno nie ma już pani nic do dodania? — pyta Garda Morris.

Kate nagle sprawia wrażenie dużo smutniejszej i bardziej wystraszonej niż dotychczas.

— W pewnym sensie chyba wiedziałam, że coś takiego się zdarzy. To znaczy, nie jestem zaskoczona, jeśli wziąć pod uwagę wszystko, co działo się wcześniej…

— Co ma pani na myśli?

— To długa historia.

— Mam czas — stwierdza Garda, wykonując gest obejmujący pogrążone w spokoju pomieszczenie i trzaskający ogień.

Kate odchrząkuje, po czym zaczyna mówić:

— Od śmierci naszej matki wszystko sprawiało wrażenie, jakby było tak naprawdę… poza naszą kontrolą. Poczucie wiszącego nad nami fatum i wrażenie, że jesteśmy obserwowani przez coś, co znajduje się w lesie… Nie umiem się od tego uwolnić. Próbowałam już wszystkiego. Poprosiłam nawet tutejszego księdza, ojca Maguire’a, by odwiedził nasz dom i oczyścił to miejsce. Ta gra, której nauczyła ich nasza mama… — Kate spogląda na ścianę, jakby przyglądała się minionym wydarzeniom.

— To też nie pomaga. Jack liczy, odkąd zmarła nasza matka. Ma nadzieję, że jeśli będzie to robił, ona wróci. — Przez moment można odnieść wrażenie, że jest myślami gdzieś daleko. — Ksiądz powiedział, że to my, a nie dom. — Kate wykonuje głęboki wdech, po czym kontynuuje:

— To my jesteśmy nawiedzeni. Nie jestem zaskoczona zaginięciem Saoirse, ponieważ najwyraźniej właśnie tak to się zawsze układa. — Przymyka oczy, a potem ciągnie dalej. — Kobiety, które zaginęły w tej okolicy… wszystkie te, które zniknęły tu w przeszłości. Mam wrażenie, że to jest ze sobą powiązane. Las chciał jedną z nas, a teraz dostał to, na czym mu zależało.

Kate zwraca ku swojemu rozmówcy badawcze spojrzenie, a jej oczy pełne są łez.

Garda Morris robi zmartwioną minę i mówi:

— Minęły dwadzieścia cztery godziny. Choć to bardzo niepokojące, może gdzieś się ukryła, jak czasem zdarza się dzieciom. Miejmy nadzieję, że właśnie coś takiego się wydarzyło.

Kate urywa twarz w dłoniach. Jack słyszy wysoki dźwięk przypominający niekontrolowane łkanie.

Chłopiec obserwuje akwarium, które znajduje się obok stołu, w rogu kuchni. Rybka przemierza swój mały świat, na jej barwnych łuskach widoczne są turkusowe plamki. Wpływa do swojej jaskini, potem ją opuszcza i kryje się pod kawałkiem drewna, mieniąc się przy okazji błękitem, zielenią i złotem. Jack przypomina sobie dzień, kiedy mama kupiła mu tę rybkę, a także zalecenia kobiety ze sklepu akwarystycznego, która wpuściła to stworzenie do przezroczystego woreczka z wodą: Pielęgnica niebieskołuska powinna mieć zapewnione mnóstwo miejsc, gdzie mogłaby się ukryć. Rybka kręciła się gorączkowo w tej przezroczystej torebce, próbując jakoś się stamtąd wydostać.

Jack wyczuwa instynktownie smutek Kate. Zmaga się z bólem, jak gdyby jego uczucia były połączone z czymś, co znajduje się poza jego umysłem. Ma wrażenie, że jakiś duch ulokował się w jego żołądku i próbuje się tam rozpychać. Chłopiec czuje ucisk w gardle i pieczenie oczu, ale nie chce płakać — nie w obecności Gardy Morrisa. Ktoś wypowiada jego imię, choć dźwięk dociera do niego jak przez sen.

— Jack — mówi cicho Kate.

— Czy mogę założyć, że tym razem niczego więcej się od ciebie nie dowiem? — pyta go Garda Morris.

Oczy Jacka wilgotnieją, ale nie odzywa się ani słowem — porusza tylko w górę i w dół głową Wilberry’ego, po czym ześlizguje się z krzesła. Układa pluszową zabawkę tak, by zajęła jego miejsce. Na pyszczku Wilberry’ego wciąż maluje się niewyraźny uśmiech, natomiast Jack podchodzi do akwarium i dotyka dłonią szkła. Jego odbicie wyciąga ku niemu rękę ze swojego odwróconego świata. Rzeczywiście, jest tam mnóstwo miejsc, w których można się schować. Jack widzi, jak Garda Morris przygląda się jego odbiciu w szkle. Po drugiej stronie tej tafli rybka wychyla się ze swojej kryjówki pod kawałkiem drewna. Przez kilka sekund przygląda się chłopcu, a potem odwraca się i odpływa w przeciwnym kierunku.

2

Dzień drugi

Jack

Garda Walter Morris jeździ czerwonym samochodem, nazywanym przez wszystkich Garbusem. Przednia część pojazdu jest wybrzuszona niczym nos, a reflektory przypominają szeroko otwarte oczy bacznie wypatrujące kogoś, kto może mu zrobić krzywdę. Jack siedzi z Wilberrym na progu drzwi prowadzących do domu i obserwuje, jak lśniący pojazd pojawia się w polu widzenia, a potem znika za drzewami oddzielającymi ich ogród od wiejskiej drogi prowadzącej do Drumsuin. Jego siostra, Kate, utrzymuje, że drzewa ich chronią. Zapewniają osłonę, dzięki czemu ludzie nie mogą im zarzucić rzeczy, które uważają za grzech. Jack wie, że starsza i mądrzejsza z jego dwóch sióstr ma rację: drzewa są dobrymi obrońcami, choć mogą też kogoś uwięzić.

Powietrze pachnie tego ranka świeżością. Nocą mgła się uniosła i znów widać las. Cienkie czubki sosen kołyszą się na wietrze. Krople porannego deszczu zebrały się na końcówkach liści bluszczu pnącego się po bocznej ścianie domu. Jakiś pajączek przemierza podest schodów, a potem zatrzymuje się na chłodnym progu, czekając tam razem z Jackiem. Garda Morris skręca ostro w kierunku domu, a jego samochód toczy się po kamienistym torfie. Jack czuje, jak ogarnia go strach związany z tym, co przyjechał im powiedzieć ten mężczyzna. Od zaginięcia Saoirse upłynęły już dwie noce. Gdy Jack wrócił poprzedniego wieczoru do domu po tym, jak przeszukiwali las z okolicznymi mieszkańcami, Gardaí kontynuowali poszukiwania, robiąc użytek z latarek i helikopterów. Teraz Garda Morris wrócił. Czy tym razem aresztuje Jacka?

— Nie ma powodów do obaw — mówi na głos Jack, zwracając się do pająka. — Ze strony Gardy nic nam nie grozi.

Garda Moris wyłącza światła w samochodzie, a potem zajmuje się jakimiś papierami leżącymi na siedzeniu pasażera. Jack mruży oczy. Tablica rejestracyjna zaczyna się od dziewiątki i zera, co oznacza, że samochód został wyprodukowany w 1990 roku i ma pięć lat. Garda otwiera drzwi i wysiada z samochodu; gdy to robi, przypomina trochę fokę wychodzącą z wody na brzeg. Chwilę później zamyka samochód, przekręca kluczyk w drzwiach, po czym wrzuca pęczek kluczy do kieszeni i prostuje plecy. Wsuwa długopis do kieszeni na piersi, zwraca w stronę Jacka swoje jedyne oko, a następnie poprawia czapkę, nieznacznie ją przekrzywiając.

— Nabawisz się paskudnego kaszlu, jeśli będziesz tak siedział na tym progu — mówi, poklepując go po ramieniu.

Wyciera buty i wchodzi do pachnącej stęchlizną sieni, przyglądając się żółtej tapecie i starym grzejnikom. Jack wchodzi za nim do domu, a potem wskazuje wyblakłe zdjęcie stojące na szafce.

— To twoja matka, Lucy — stwierdza Garda Morris.

Jack unosi wzrok w kierunku mężczyzny. Na tym zdjęciu jego matka trzyma na kolanach pucołowatego brzdąca, a starsze dziecko stoi obok niej, trzymając się jej spódnicy w kwiaty. Garda nachyla się i unosi oprawioną fotografię, żeby lepiej jej się przyjrzeć. Gdy Jack zbyt długo wpatruje się w zdjęcia swojej matki, chce mu się płakać, więc przełyka to coś, co uwięzło mu w gardle, a potem odwraca wzrok.

Właśnie wtedy zauważa pierścionek na jednym z palców Gardy. Trochę przypomina pierścionek, który jego mama zwykła nosić przed odejściem taty. Dokładnie w tym samym czasie na schodach rozlega się odgłos kroków. Garda Morris prostuje się i odwraca się w stronę Kate, która zatrzymała się na trzecim stopniu od góry.

— Dziennikarze wydzwaniali przez cały ranek — mówi Kate, po czym zakłada kosmyk włosów za ucho i spogląda w kierunku Jacka.

— Proszę pamiętać, że nie ma pani obowiązku im pomagać — sugeruje Garda Morris głębokim głosem.

— Czy są jakieś nowe wieści? — pyta Kate.

Mężczyzna potrząsa głową.

— Gardaí i ochotnicy prowadzili poszukiwania przez całą noc, ale nie znaleźli żadnych śladów Saoirse.

Kate się garbi, choć potem próbuje zebrać się w sobie.

— Chcielibyśmy… wyjść z domu i dołączyć dziś do poszukiwań. Oboje chcemy się stąd wyrwać i jakoś pomóc.

W jej głosie słychać panikę i strach. Jack zauważył, że od poprzedniego wieczoru starsza z jego sióstr co chwilę zalewa się łzami. Chodzi tam i z powrotem, mówiąc do siebie coś na temat Saoirse, jak gdyby Jacka w ogóle tam nie było.

Garda Morris przestępuje z nogi na nogę.

— Wolałbym, żebyście od tego momentu się stąd nie ruszali. Jesteśmy skrajnie zaniepokojeni: w przypadku dziecka w tym wieku dwie noce spędzone w niewyjaśnionych okolicznościach to dużo czasu. Muszę sprawdzić, czy zdołam się od was czegoś jeszcze dowiedzieć. Czy to, co mówię, brzmi rozsądnie?

W oczach Kate lśnią łzy, ale kiwa głową.

— Przekazaliśmy wszystkie informacje na temat zaginionej sierżantowi z posterunku w Drumsuin, a w sprawę jest teraz zaangażowany lokalny wydział śledczy — ciągnie Garda Morris. — Pisemne i ustne informacje zostały też przedstawione nadinspektor Ridgeway, której podlega cała ta okolica. Odtąd to ona będzie nadzorować dochodzenie. Wezwaliśmy też na miejsce nurków.

Kate unosi brwi, a w jej oczach pojawia się strach.

— Nurków?

— Zgadza się.

Głos Kate robi się bardziej piskliwy:

— Nie sądzicie chyba, że utonęła?

— Mamy nadzieję, że nic takiego się nie wydarzyło — odpowiada Garda uspokajająco.

Kate szarpie swój szlafrok, a potem wiąże pasek i pociera dłońmi twarz. Jack spogląda w dół, na Wilberry’ego. Gdy podnosi wzrok, Garda Morris i Kate zmierzają do kuchni. Chłopiec idzie za nimi — widzi, jak Garda siada na tym samym krześle, co dzień wcześniej, a potem gładzi po głowie ich psa. Mężczyzna wyciąga z kieszeni metalowe pudełko, wyjmuje stamtąd długiego, biało-żółtego papierosa, a następnie go zapala. Jack obserwuje dym wydobywający się z jego ust.

Chłopiec siada przy stole, a Kate nalewa wodę do czajnika. Pearl podchodzi do Gardy i obwąchuje jego buty.

— Nie zmrużyłam tej nocy oka — mówi Kate, wyciągając jabłko z koszyka stojącego z boku, a potem toczy je po stole w taki sposób, by Jack mógł je złapać. Chłopiec obserwuje, jak owoc zmierza w jego stronę niczym granat ręczny; wyciąga dłoń i chwyta go, zanim mógłby eksplodować. Wbija zęby w skórkę, żeby go rozbroić i natychmiast czuje w ustach goryczkę.

— Niedługo pojawi się tu również grupa poszukiwawcza z psami — mówi Garda Morris. — Może Pearl do nas dołączy? Dobrze zna jej zapach, więc mógłby nas do niej doprowadzić

— Oczywiście — odpowiada Kate.

Garda Morris sięga ręką w dół, by podrapać psa po szyi.

— Ponieważ mamy już ubrania Saoirse, które pozwolą innym psom zapoznać się z jej zapachem, a do tego pobraliśmy DNA z jej szczotki do włosów, na razie nie będziemy niczego więcej od was potrzebowali.

Kate kiwa głową. W kąciku jej oka pojawia się łza, która po chwili spływa po twarzy. Szybko ją ociera.

De-en-a?

Jack po raz kolejny wbija zęby w jabłko, próbując odsunąć od siebie obraz stada rozwścieczonych psów. Ma nadzieję, że Pearl zostanie przez nie dobrze potraktowany. Chłopiec układa jeden z pazurów Wilberry’ego nad jego okiem z guzika, jak gdyby leniwiec czegoś wypatrywał.

Pearl podbiega i kładzie łeb na kolanach Jacka. Pokazuje białka oczu i ma opuszczone uszy. Jack głaszcze miękką część jego łba, licząc pod nosem.

— Czy Jack będzie dziś skłonny ponownie ze mną porozmawiać? — pyta Garda.

— Może pan spróbować, ale on nigdy nie był zbyt rozmowny. Od śmierci naszej mamy sytuacja zmieniła się tylko na gorsze.

Noga Gardy, która rytmicznie stukała o podłogę, zamiera nagle w bezruchu. Mężczyzna sięga po swój notatnik i zmienia pozycję na krześle.

Jack rysuje coś palcem na stole. Zapisuje jakieś niewidoczne cyfry, a potem dołącza do nich literę M. Chwilę później rysuje na tym wszystkim duży znak X. Garda Morris przenosi wzrok z Jacka na Kate, która z bólem nabiera powietrza w płuca, a potem opuszcza wzrok.

— Może będziemy musieli sprowadzić jakiegoś specjalistę, który z nim porozmawia. Mam na myśli kogoś przyzwyczajonego do radzenia sobie z dziećmi, które nie są skore do rozmowy. Czy moglibyśmy zrobić coś takiego?

Kate odwraca wzrok w stronę lady. Znajdują się tam niedokończone puzzle przedstawiające motyle pokryte wyrazistymi, niebieskimi i różowymi kropkami. Po jednej stronie układanki widać trzy motyle siedzące na tulipanie. Saoirse pracowała nad tymi puzzlami przez kilka ostatnich tygodni.

— Oczywiście — stwierdza. — Proszę robić wszystko, co konieczne.

Garda Morris przekrzywia głowę.

— Gdy zmarła wasza matka, spadła na panią ogromna odpowiedzialność związana z opieką nad dziećmi — mówi. — Ile ma pani lat?

— Dwadzieścia. Przekazanie ich opiece społecznej nie wchodziło w grę. Nie chciałam pozwolić, by nasza rodzina się rozpadła.

Kate sięga po ścierkę do naczyń leżącą obok puzzli i składa ją — raz, a potem drugi. Później odkłada ją z powrotem na ladę.

Garda Morris sprawia wrażenie zmartwionego.

— Odejście Lucy było niesłychanie smutnym zdarzeniem — mówi. — To była ogromna… tragedia dla całej społeczności. Ucieszyłem się, gdy usłyszałem, że dzieciaki nie trafią do placówki opiekuńczej. Niezależnie od tego faktu, sądziłem, że jest pani starsza.

Kate wyciąga z kredensu dwa kubki, ponownie odwracając się do rozmówcy plecami.

— No cóż, życie nie zawsze zapewnia nam luksus w postaci wyboru, prawda? Robię, co tylko mogę. Pracuję w Hope’s Café w miasteczku i próbuję opiekować się dziećmi. Nie jest mi łatwo.

Kate otwiera lodówkę i wyjmuje mleko.

— No właśnie: wiem, że już o to pytałem, ale chciałem się jeszcze upewnić co do tego szczegółu. O której wróciła pani z pracy do domu tamtego dnia, kiedy zaginęła Saoirse? — pyta Garda.

— Około szóstej. Zwykle przygotowuję wtedy kolację. Oglądamy telewizję lub czytamy, a potem przed dziesiątą kładziemy się spać. Tamtego dnia nie było ich jednak w domu, więc czekałam na rodzeństwo na sofie. Właśnie w taki sposób zasnęłam. Byłam wyczerpana.

— Wygląda na to, że ma pani na głowie mnóstwo pracy. Czy ostatnio miała pani problemy z którymś z dzieci?

Kate wzdraga się, po czym odpowiada:

— Nie miałam ich z Saoirse.

Zamyka na chwilę oczy, otwiera je ponownie, po czym opada ciężko na krzesło. Jack znów słyszy dzwonienie w uszach.

— Natomiast Jack… cóż, zmienił się po śmierci naszej mamy. Najpierw pojawiła się u niego ta obsesja dotycząca liczenia pod nosem. Potem zaczęły się sny.

— Sny?

— Koszmary. Budzi się i krzyczy na cały dom. Lunatykuje. Czasami zdarza mu się nawet opuścić przy tej okazji ogród i zniknąć w lesie. W ciągu dnia maluje z kolei przerażające obrazki.

— Czy próbowała mu pani kiedyś zapewnić jakąkolwiek pomoc?

— Jakiego rodzaju?

Zapada długa cisza. Jack czuje, że jego oddech robi się coraz płytszy, jak u zwierzątka kryjącego się gdzieś w kącie. Wyobraża sobie, że ten węzeł zaciskający się w jego brzuchu jest prawdziwym supłem, który mógłby rozwiązać, choć nie ma pojęcia, w którym miejscu miałby zacząć. Może powinien uciekać. Może powinien krzyczeć.

— Nigdy o tym nie myślałam — odpowiada wreszcie Kate.

Garda Morris zapisuje coś w swoim notatniku i pyta:

— Czy krył się za tym jakiś specyficzny powód?

Kate nerwowo rozgląda się wokół siebie.

— Nie należymy do rodzin, które otwarcie opowiadają o swoich problemach — mówi, po czym wyciera dłonie o swoje dżinsy.

— Może próbowała pani z nim o tym porozmawiać?

Najstarsza siostra Jacka skubie paznokcie, po czym potrząsa głową.

— Czy jest jakaś konkretna przyczyna, dla której nie zdecydowała się pani na ten krok?

Kate przygląda się dokładniej skórkom przy swoich paznokciach.

— Obawiam się tego, czego mogłabym się dowiedzieć, gdybym spróbowała go zrozumieć. Wyrzuciłam część jego obrazków, a niektóre spaliłam. Pozwalam mu trzymać resztę na poddaszu. Ma pan jednak rację: powinien porozmawiać z kimś, kto spojrzy na to w obiektywny sposób — dodaje, patrząc wreszcie na Gardę Morrisa. — Z kimś spoza rodziny. Naszych relacji nie można porównać z bliską więzią, jaka łączyła go z naszą matką.

Mężczyzna przez chwilę milczy.

— Czy jest jeszcze coś, o czym pani nie wspomniała? — pyta ostrożnie. — Cokolwiek, co mogła pani pominąć?

— Nie. Mówiłam już: za jej zaginięciem kryje się ten las. Niczego więcej nie zdołam już panu powiedzieć.

Garda coś zapisuje, a potem spogląda na Jacka, który siedzi w całkowitym bezruchu.

— Mimo to nie mogę przekazać pani nadinspektor, że „to po prostu las”. Zaginęła istota ludzka i musi być jakieś wyjaśnienie. To przestępstwo popełnione przez człowieka. Musimy znaleźć dowody i świadków.

Kate na moment zamiera.

— Ale ja powiedziałam już panu wszystko, co wiem.

— Zgadza się — odpowiada Garda Morris.

Jack czuje, jak zaczyna mu dzwonić w uszach. Znów zaczyna się martwić o Saoirse. Ostatniej nocy przyśnił mu się kolejny koszmar dotyczący jej zaginięcia. Gdy się obudził, uświadomił sobie, że to nie był tylko sen. Teraz czuje, jak smutek znowu zaczyna wzbierać w jego klatce piersiowej.

— Myślę, że powinniśmy sprowadzić specjalistę, który porozmawia z Jackiem i z panią. Zobaczę, czy zdołamy szybko ściągnąć jakiegoś psychologa lub terapeutę. Póki co chciałbym jednak zapytać o pani sytuację: czy ma pani zapewnione jakieś wsparcie?

Kate wskazuje na przestrzeń gdzieś za oknem.

— Tylko ze strony cioci Bronagh. Dużo nam pomaga. Pojawi się tu, gdy tylko wróci z Wielkiej Brytanii.

Garda na chwilę odwraca uwagę od Kate.

— Jesteś dużym, silnym chłopcem, prawda? — pyta Jacka, choć sprawia wrażenie zdekoncentrowanego i rozgląda się po kuchni.

Jack wymachuje nogami, próbując nie odczuwać strachu. Spogląda też na Kate, która dostrzegła na kredensie kawałek papieru. Podchodzi tam, wsuwa karteczkę do kieszeni i spogląda przez ramię na brata. Garda Morris zachowuje się tak, jakby niczego nie zauważył.

3

Dzień trzeci

Freya

Zza zakrętu wyłania się zwieńczony płaskim dachem budynek stacji benzynowej, a ja wciskam pedał hamulca. Włączam kierunkowskaz, sprawdzam lusterka i usiłuję zignorować dyskusję toczącą się na antenie radia RTÉ.

— …premier John Bruton stwierdził, że ponowne zagłosowanie przeciwko legalizacji rozwodów zaszkodzi wizerunkowi Irlandii jako postępowego itolerancyjnego kraju. — Do dyskusji włącza się druga osoba. — Jestem przekonany, że mogłoby się to przyczynić do wzrostu napięcia wIrlandii Północnej ze względu na wpływy tamtejszego Kościoła katolickiego… Byłoby poważnym błędem, gdyby nasze prawo nie pozwalało wybaczyć osobom, których sumienia akceptują pomysł ponownego zawarcia związku małżeńskiego.

Wyłączam silnik, a radio milknie wraz z nim. Sięgam po kluczyki, a potem obchodzę samochód, sprawdzając kolejno wszystkie opony i kołpaki. Ponad trzystukilometrowa trasa, którą pokonałam od momentu wyjazdu z Dublina, usiana była ogromnymi dziurami. Prostuję się, a moją twarz wykrzywia grymas bólu. Siedzenie przez wiele godzin w jednej pozycji nie służy moim plecom. Sporo czasu minęło, odkąd po raz ostatni wybrałam się samochodem w tak długą trasę.

Gardaí stwierdzili, że tego rodzaju sprawa wyda mi się całkiem znajoma: młodszy brat zaginionej dziewczynki, który być może nie chce mówić, choć bardziej prawdopodobne jest to, że nie jest wstanie niczego powiedzieć ze względu na przeżytą traumę.

To wszystko przypomina dochodzenie, którym zajmowałam się w zeszłym roku — niesławną sprawę Bolandów, która przerodziła się w szopkę medialną i proces dotyczący morderstwa. Dziewczynka widziała, jak jej ojciec brutalnie zadźgał matkę, a potem zakopał jej ciało w ogrodzie za domem. Dziecko przez wiele miesięcy nie było w stanie o tym mówić. Wreszcie zdołałam nakłonić dziewczynkę do opowiedzenia o tym, co widziała, a jej ojciec został skazany na wiele lat pozbawienia wolności.

Sięgam po pistolet dystrybutora paliwa, otwieram klapkę wlewu, a potem obserwuję cyfry tańczące przed moimi oczami niczym obrazki, które znajdują się na kolejnych stronach notatnika i ożywają podczas jego kartkowania. Zmęczona, odwracam na chwilę głowę i skupiam się na okolicy, która najwyraźniej położona jest z dala od cywilizacji: widzę ciągnące się kilometrami pola i skały, a także mnóstwo kolcolistu. Wciągam do płuc pierwszą porcję powietrza, w którym czuć zapach Oceanu Atlantyckiego. Niewykluczone, że nieprędko natknę się na kolejną stację benzynową. W oddali górska droga wije się, po czym przechodzi w serpentyny prowadzące w stronę morza. Wygląda na to, że od Drumsuin dzieli mnie zaledwie dwadzieścia, góra trzydzieści minut drogi.

Wchodzę do budynku stacji benzynowej, podchodzę do lodówki i wyciągam z niej zapakowaną kanapkę. Dorzucam do tego paczkę orzechów, jabłko i KitKata ze stojaka ze słodyczami, a następnie ruszam do kasy. Mężczyzna stojący za ladą ma spory brzuch, który rysuje się pod koszulą w kolorze złamanej bieli. Na plakietce przyczepionej do koszuli widnieje jego imię: Dave.

— To wszystko? — pyta.

— Jeszcze paliwo z dwójki.

Poniżej lady dostrzegam poważną twarz Saoirse Kellough: dziewczynka przygląda mi się z okładki „Drumsuin Examinera”. Sięgam po gazetę i wpatruję się w piegowatą twarz otoczoną rudymi włosami. Czuję szybsze bicie serca.

— Poproszę jeszcze to — mówię, dorzucając gazetę do pakowanych produktów spożywczych.

— W sumie wyszło dwadzieścia trzy pięćdziesiąt.

Sięgam do portmonetki po banknoty i wręczam mu pieniądze. Dave wydaje mi resztę, a ja mu dziękuję, po czym ruszam w kierunku wyjścia.

— Chwileczkę! — woła za mną.

Odwracam się, a on dodaje:

— Coś pani wypadło.

Wskazuje przy tym na podłogę za mną. Na zniszczonym linoleum leży jakaś zabawka. Zmęczona potrząsam głową, dając do zrozumienia, że nie należy do mnie.

— Rozumiem. W takim razie musiała ją zgubić rodzina, która była tu przed panią. Mieli tablice rejestracyjne z Dublina.

Podnoszę zabawkę i uważniej jej się przyglądam. To plastikowy pingwin. Obracam go i dostrzegam znajome logo.

— To tylko zabawka z McDonalda — mówię, podchodząc z nią do lady.

— W takim razie wyrzucę ją do kosza — stwierdza, wyciągając rękę.

Gdy jednak spoglądam w lśniące, plastikowe oczy pingwina, z jakiegoś powodu przykuwają one moją uwagę.

— Nie, jeśli ma go pan wyrzucić, chętnie go zatrzymam.

— Jasne — odpowiada, wzruszając ramionami.

Czuję, jak odprowadza mnie wzrokiem, gdy wracam do samochodu. Na stacji nie ma żadnych innych pojazdów. Wyczerpana, siadam ciężko na przednim siedzeniu i otwieram opakowanie z kanapkami. Jakaś część mnie zastanawia się, co ja tu w ogóle robię, tak daleko od Dublina i mojego wygodnego mieszkania. Nie planowałam wcale, że zostanę specjalistką zajmującą się regularnie takimi sprawami. Zaczęłam działać w tej branży przypadkiem, za sprawą dochodzenia, w którym uczestniczyłam wiele lat temu. Szereg zbiegów okoliczności sprawił jednak, że teraz jestem pierwszą osobą, do której dzwonią Gardaí, gdy mają do czynienia z najdziwniejszymi i najtrudniejszymi sprawami z udziałem zmagających się z traumą dzieci.

Łapczywie pochłaniam kanapkę, a potem uruchamiam samochód i odjeżdżam spod dystrybutora.

— …zgadza się, co najmniej osiemdziesiąt tysięcy osób boryka się zrozpadem małżeństw; referendum wsprawie rozwodów nie odzwierciedla realiów, zjakimi mają do czynienia nasi obywatele. Rozmawiałem zwieloma osobami, które żyją wzwiązkach małżeńskich itwierdzą, że to niewłaściwe, że nie mogliby zagłosować za legalizacją rozwodów, azarazem dotrzymywać przysięgi złożonej mężowi albo żonie.

Wyłączam radio. Słuchanie ciszy wydaje się łatwiejsze.

Dalsza część w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Zasady

Prolog

Część pierwsza

1. Dzień pierwszy

2. Dzień drugi

3. Dzień trzeci

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Epigraf

Dedykacja

Meritum publikacji